Kiedy
pierwszy raz przeczytałam cokolwiek Márqueza (a przez „cokolwiek” należy
rozumieć, bagatela, „Sto lat samotności”), zaczynałam liceum. Trudny wiek.
Jak
więc należy się spodziewać, zachwyciłam się niezmiernie, a zrozumiałam
niewiele. O ile w ogóle cokolwiek.
Był
to złoty czas wydawnictwa „Muza”, które zalewało wówczas rynek literaturą z
hiszpańskiego kręgu językowego. Obficie czerpałam wtedy z biblioteczki
snobistycznych rodziców mojej ówczesnej koleżanki, którzy kupowali wszystko jak leci, ponieważ taki był wtedy szpan i szyk. To były złote czasu szpanu i
szyku, niewątpliwie.
Do
Márqueza z tamtych czasów został mi sentyment. Kojarzy mi się z moją młodością
i świeżością, także czytelniczą. Dlatego nie zamierzam go interpretować, ani
rozkładać na czynniki pierwsze (mały wyjątek zrobiłam jedynie dla "Szarańczy"). W nosie mam to czy jest lepszy, czy gorszy od
Cortazara; nie zamierzam rozważać, czy to moralne że zadaje się z Castro (choć
akurat tu niespecjalnie jest co rozważać); nie chce mi się tropić w jego
twórczości motywu rodziny pułkownika Buendia.
Dla
mnie Márquez to uczucia i odczucia, chwila i klimat. Pogodziłam się z tym, że w
niektórych przypadkach nigdy nie zrozumiem, co miał na myśli, choć zarazem
czasem wydaje mi się, że widzę wzór, który ułożył na samym początku, aby
następnie z matematyczną precyzją kreślić przed czytelnikiem szereg znaków, mających doprowadzić go do starannie zaplanowanego rozwiązania. W ciągu dnia zużywam jednak
swoje zwoje mózgowe zbyt intensywnie, by mieć jeszcze potem siłę na analizy i
głębie. Sięgając po lekturę zazwyczaj potrzebuję zabawy, choć nie głupiej i
płytkiej. Do takiego zaś celu „Opowiadania” nadają się znakomicie.
W
tomie wydanym w 2008 roku przez – a jakże! – Muzę, znajdują się opowiadania z
trzech osobnych, publikowanych w różnym czasie zbiorów: „Dialog lustra”, „W tym
mieście nie ma złodziei” oraz „Niewiarygodna i smutna historia niewinnej
Erendiry i jej niegodziwej babki”. Każdy z nich ma inny klimat i nastrój,
jednak tym razem poszczególne historie postanowiłam czytać niechronologicznie,
bez ładu i składu, tak jak mi podpowiadała moja intuicja. Kto wie, czy nie była
to metoda właściwa, bowiem pierwsze podejście do tego zbioru, uczynione ze dwa
lata temu z zastosowaniem tradycyjnego sposobu czytania, zakończyło się
spektakularną klęską. Tym razem zaś dałam się ponieść.
W
tych, w większości króciutkich, opowiastkach znajdziemy prawie wszystko. Miłość
i nienawiść. Życie i śmierć. Prozę życia i najbardziej fantastyczną poezję. Seks
za pieniądze i tęsknotę. Jedni bohaterowie stąpają trzeźwo po ziemi, planując swoje
poszczególne kroki a niekiedy i całe życie, podczas gdy inni pozostają w
zawieszeniu - ni to we śnie, ni na jawie. Czasem popadamy w refleksyjność,
czasem zaś znienacka parskamy śmiechem, jak choćby wówczas gdy czytamy podany
ze śmiertelną powagą opis przygotowań do pogrzebu Mamy Grande, z Ojcem Świętym
w roli honorowego gościa.
Pojawiają
się też typowe dla Márqueza opisy dusznego, wyludnionego miasta. Miasta, w
którym za zamontowanymi w oknach drucianymi siatkami czai się coś nieznanego i
mrocznego. To dzięki takim właśnie opisom Márquez uruchomił w mojej głowie
ciągi skojarzeń, sprawiając niekiedy, że czułam jakby to mój pot spływał za
koszulę.
W
zbiorze są pozycje lepsze i gorsze. Jednego z opowiadań nie byłam w stanie
przeczytać, gdyż tak bardzo mi się nie podobało. Kilka mnie znużyło. Mam też
wrażenie, że takiego Márqueza w większej jednorazowej dawce (w powieści), nie
byłabym w stanie znieść.
Nie
szkodzi. Wystarczy, że przeczytałam kilkanaście historii, które mnie poruszyły,
czysto zagrały moje nuty.
„Oczy
niebieskiego psa” to jedna z nich. I choć wiem, że to niezupełnie o tym, dla
mnie idealnie współbrzmi z jednym z utworów z płyty Janusza Radka „Z ust do
ust”, która ostatnio całkiem znienacka mnie opętała. Nie martwcie się jednak o mnie zbytnio, przejdzie mi. Chyba.
Gabriel
García Márquez „Opowiadania”, przełożyli Zofia Chądzyńska i Carlos Marrodán
Casas. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2008.