Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 czerwca 2014

Archiwalnie o sporcie, czyli w przededniu mundialu

Tuż przed rozpoczęciem kolejnego mundialu, będącego w ocenie jednych świętem sportu, zaś zdaniem drugich żenującym komercyjnym widowiskiem, w jednym z numerów mojego ulubionego archiwalnego miesięcznika „Ty i ja”, pochodzącym z maja 1967 roku natknęłam się na idealnie pasujący do okoliczności felieton „Opiekuna domowego”.


Kiedy ma się lat kilka, bo nawet nie kilkanaście, jest się sportowcem doskonałym. Piłka jest piłką i niczym więcej. Dziecko gra, bo ma na to ochotę.  Gra, bo gra je cieszy. Gra, bo chce wygrać po prostu tę grę, w której właśnie bierze udział. Później gra się już po coś. Na przykład po to, żeby być kimś. Liczyć się, być sławnym, zwiększać prestiż swojej grupy. Powiecie mi na to, że w tym znaczeniu świat dorosłych nie zna w ogóle czynności bezinteresownych. Ależ oczywiście, tylko że sport jest, nie wiedzieć czemu, tą dziedziną, gdzie stosuje się taryfę ulgową. Jeżeli dziewczyna zajmuje się intensywnie sobą nie w tym celu, by ładnie wyglądać i podobać się, lecz w zamiarze zostania gwiazdą filmową, mniema się po prostu, że jest głupia. Podobnie ocenia się piosenkarza-amatora, który układa swoje życie zgodnie z mitem wielkiej kariery. Jeżeli natomiast młody sportowiec szykuje się na gwiazdę stadionów, to nikt nie ma do niego pretensji. Nie jest śmieszny. Nie jest niemądry. Jest wartościowym młodym człowiekiem, któremu trzeba co najwyżej wspomnieć od czasu do czasu o potrzebie zrobienia matury. A ilu mamy w Polsce młodych ludzi, którzy są takimi sportowcami mitomanami? Ilu nimi nie jest?

Moi obaj synowie jako przedszkolaki chodzili (Młodszy nadal chodzi) na zajęcia piłkarskie. Oglądanie ich nieporadnych prób strzelenia gola, odbieranie ich po zajęciach zziajanych, spoconych i uśmiechniętych od ucha do ucha, stanowiło czystą przyjemność. Po okresie przedszkolnym przychodzi jednak czas przejścia do „prawdziwej”, klubowej piłki. Czas zetknięcia się z pełnymi ambicji tatusiami i mamusiami, widzącymi już oczyma wyobraźni swoją pociechę w roli następcy co najmniej Lewandowskiego. Czas treningów cztery razy w tygodniu po półtorej godziny plus wszystkie weekendy (nigdy w życiu nie zapomnę pewnego noworocznego poranka, kiedy to – jako matka siedmiolatka - odebrałam sms od trenera o treści: „o 13.00 zapraszam na halę na mały noworoczny rozruch”). Czas, kiedy radość płynąca z uprawiania sportu zostaje zastąpiona przez ciężką pracę, osładzaną komercyjnymi marzeniami. Starszy wytrzymał przez rok. Nauczona tym doświadczeniem Młodszego pewnie już w ogóle nie poślę do klubu, zwłaszcza że zaprzyjaźniony fizjoterapeuta, na co dzień pracujący z uprawiającą sport młodzieżą, stale donosi o rosnącej liczbie dwunasto i trzynastolatków trafiających do niego z poważnymi urazami stawów kolanowych, doznanymi w trakcie podobno profesjonalnych treningów piłkarskich.

Wracając jednak do Opiekuna Domowego, to dalej pisze on tak:
Inna strona tej samej sprawy to styl kibicowania. Są tacy kibice, którzy idą na stadion w nadziei obejrzenia dobrego meczu. Wydaje się jednak, że niepokojąco wielu idzie tam po prostu w tym celu, by się przekonać czy „swoi” dadzą sobie radę z „obcymi”. W pewnym sensie jest to całkiem naturalne. Swoje typy ma się nie tylko na wyścigach. Zauważmy wszakże, jak często ceni się nie grę, lecz wygraną. Końcowy efekt, a nie widowisko. Patrzy się na bitwę, a nie na zawody sportowe. Oklaskuje się sukcesy swoich i błędy ich przeciwników. Rzadko odwrotnie. Wygwizduje się sprawiedliwe orzeczenia sędziowskie, jeśli tylko godzą w „swojego”. Wiem, różnie to bywa, ale tylko tych kibiców słychać.(…)
Nie chciałbym być źle zrozumiany. Nie mam nic przeciwko sportowi. Nie sądzę również, aby kiedykolwiek mógł on stać się czystą zabawą. Nie wierzę w możliwość wyeliminowania z niego mitu kariery czy też owych gromadnych emocji, które znajdują sobie w sporcie pożywkę zastępczą. Marzę o czymś innym. O tym mianowicie, aby można było w Polsce uprawiać sport bez ambicji prywatnych, regionalnych lub narodowych. Prywatnie i dla własnej przyjemności. (…) Sport niewiele mnie, w gruncie rzeczy, obchodzi. Interesują mnie natomiast pewne radości ze sportem związane, które dzisiaj przeznacza się niemal wyłącznie dla zawodników oraz młodych ludzi, z których mogą wyrosnąć zawodnicy. Czy cała reszta może tylko siedzieć na trybunach i oddawać się uniesieniom zbiorowym?
Może należałoby zorganizować specjalne kluby sportowe, w których zrzeszaliby się ludzie, którzy nie interesują się żadnym Wielkim Sportem, a chcieliby jakiś malutki sport uprawiać, wcale nie będąc sportowcami? Taki klub miałby na przykład własny basen, do którego nie wpuszczano by zawodników lub rezerwowano dla nich jakieś wyjątkowe niewygodne godziny.

Przed nami miesiąc sportowych zmagań, które w tym roku, z uwagi na lokalizację oraz sposób ich organizacji, budzą wyjątkowe kontrowersje. Na szczęście „nasi” nie grają, obędzie się więc bez wspominanych przez Opiekuna gromadnych emocji. Nie ma jednak szans na brak komercji. Starszy już od dwóch miesięcy wydaje wszystkie własne pieniądze na „kolekcję kart piłkarskich” (swoją drogą, pomysł godny geniusza marketingu!), inni pędzą do sklepów RTV celem nabycia nowego, jeszcze lepszego niż kupiony rok temu, telewizora. Popołudniami na boiskach pojawią się zaś nowe rzesze chwilowych pasjonatów futbolu, przyodzianych w świeżo zakupione sportowe koszulki z logo mistrzostw.

I tylko ojciec albo matka razem ze swoimi kilkulatkami i ich gumową piłką przez jakiś czas nie dopchają się do orlików. Ale kto by się tam nimi przejmował.

niedziela, 23 marca 2014

"Odchudzanie ze strachu przed śmiercią", czyli nie ma takiej głupoty, której nie można by opublikować w mediach

„Odchudzamy się ze strachu przed śmiercią” – straszy na okładce sobotnio-niedzielna Gazeta Wyborcza, zapowiadając w ten sposób zamieszczoną w środku rozmowę Doroty Wodeckiej z profesorem Wiesławem Łukaszewskim, psychologiem, wykładowcą w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej.
Sobotnią Wyborczą kupuję mocno nieregularnie. Tę wzięłam. Punkt dla nich.

Drugi punkt za to, że udało im się dokonać rzeczy niemożliwej. Podnieść mi ciśnienie skurczowe powyżej setki.

Ćwicz z Ewą Chodakowską. Biegaj. Uprawiaj jogę. Bądź fit. Można zwariować od nadmiaru postulatów.” – zagaja Dorota Wodecka, a mnie już trafia szlag.

Łatwo zauważyć, że to mieszanina snobizmu, komercji, społecznych nacisków, konformizmu i zapewne wielu innych rzeczy.” – odpowiada w tym samym stylu profesor Łukaszewski, a ja gorączkowo rozglądam się za tabletką pod język.

Tak się składa, że – mimo iż nie jestem lekarzem – od ładnych kilku lat sporo czasu poświęcam na lekturę cudzych historii chorób.
Tak się składa, że wiem o obcych ludziach bardzo dużo. Znam ich wiek, wykształcenie, liczbę dzieci, ilość przebytych związków, wzrost i wagę.
Pokaż mi się, a powiem ci, co ci dolega – mogłabym wypisać sobie na czole i z pewnością wkrótce zrobiłabym karierę jako znakomita uzdrowicielka, co to tylko w oczy spojrzy i wie, co w trawie piszczy.

Pani w żółtym sweterku. Lat 56, wzrost 160 centymetrów, waga 89 kilogramów. Podczas poprzedniej wizyty u lekarza oceniającego jej zdolność do pracy (dwa lata temu) ważyła 83 kilogramy. Od dziesięciu lat na rencie.
Uwaga, proszę spojrzeć mi w oczy, diagnozuję: cukrzyca, nadciśnienie tętnicze II° wg WHO, zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa szyjnego, lędźwiowego, stawów biodrowych oraz kolanowych.
Zgadza się? Cóż za niespodzianka!

Milion Polaków choruje na miażdżycę, a trzy miliony na cukrzycę. Te choroby w połączeniu z brakiem ruchu i złą dietą stanowią największe zagrożenie dla naszych kończyn! – alarmowały w ostatnich dniach media, dodając: „W zapobieganiu powikłaniom cukrzycy istotne znaczenie ma stosowanie odpowiedniej diety i zdrowego stylu życia.

Cóż na to pan Łukaszewski?
Aktywność fizyczna to coś, co wypada robić, tak jak wypada myć zęby. Powszechnie się sądzi, że jest działaniem prozdrowotnym, i zapewne jest, ale to z pewnością nie najważniejszy motyw poświęcania czasu tej aktywności. Najważniejszy – jak się zdaje – to atrakcyjny wygląd. Problem jest jednak w tym, że z jakiegoś powodu trudno nam się do tego przyznać.

Oddajmy więc może głos mojej babci, lat osiemdziesiąt cztery (codziennie rano obowiązkowa czterdziestopięciominutowa gimnastyka, spacery co najmniej trzy, cztery razy w tygodniu, samodzielna i samowystarczalna).
- Spotkałam ostatnio Marcelę. – opowiada mi babcia. (Marcela to jej dawna koleżanka z pracy, młodsza od niej o dwadzieścia lat). – Ty wiesz, że ona w ogóle nie wychodzi z domu, bo ma takie problemy z nogami?! I strasznie się jej utyło.

Takich opowieści z ust babci słyszałam już wiele. O Marceli, Zosi, Jance, Basi i Krysi. Cztery ostatnie już nie żyją. Wszystkie były znacznie młodsze od niej. I znacznie grubsze (choć moja babcia też nie ułomek), a wolny czas najchętniej spędzały przed telewizorem.

Wy, media, nabiliście ludziom do głów, że jeśli ktoś ma być wartościowy, to musi być ładny i fit. Człowiek nieładny jest do niczego. Człowiek nieładny jest nikim. Człowiek nieładny nie ma miejsca wśród nas! Czy o to wam chodzi?” – atakuje w dalszej części rozmowy profesor Łukaszewski.
Dlaczego nie odrzucamy tych standardów?” – odpowiada pytaniem Dorota Wodecka.
„Można spróbować tworzyć standardy alternatywne, czego z małym powodzeniem próbowały na przykład panie Grycan.” –  rzuca Łukaszewski, a do mnie rzuca się mój mąż, widząc że wymagam natychmiastowej reanimacji.

Rzecz nie w tym, że uważam, że tylko chude jest piękne oraz, że tylko młode i ładne do czegoś się nadaje.
Oczywistym jest, że obecny kult piękna i młodości, w którym głównym obiektem czci jest Photoshop, przybiera w zachodnim świecie, do którego zaliczam także i Polskę, niepokojące rozmiary.

źródło zdjęcia
Nie zgadzam się jednak na to, aby promować standardy tworzone przez panie Grycan. O ile bowiem najstarsza z nich jest mi doskonale obojętna, o tyle gdy patrzę na jej najmłodszą córkę chce mi się płakać. Sądzę, że nie jest normalnym, aby dziecko w takim wieku ważyło tyle, co ona, o ile nie cierpi na chorobę łączącą się z zaburzeniami metabolizmu (a zdaje się, że nie cierpi). Uważam też, że to nie ona ponosi za to odpowiedzialność. Za kilkanaście lat, kiedy zacznie ze zdwojoną siłą odczuwać wszystkie dolegliwości, będące typowe dla cywilizacji tzw. dobrobytu, podziękuje jednak za to z pewnością swojej, kreującej alternatywne standardy, mamusi.

Nie zgadzam się więc na to, aby ktokolwiek, nawet z tytułem profesorskim, deprecjonował rolę aktywności fizycznej.

Nawet bowiem jeśli ktoś podejmuje ją ze snobizmu (a z pewnością są takie osoby, wystarczy pójść do pierwszego lepszego sklepu dla biegaczy i popatrzeć na ceny butów oraz odzieży sportowej, zazwyczaj opatrzonej w rzucające się oczy loga), to jest to ten rodzaj snobizmu, który przynosi dobre owoce (uczciwie zaznaczam, że w dalszej części rozmowy wspomina o nich nawet profesor Łukaszewski).

Nawet bowiem jeśli dla szeregu osób jedyną motywacją do rozpoczęcia ćwiczeń fizycznych jest chęć schudnięcia, to nie uważam tego za grzech śmiertelny. Może w ten sposób uda się wreszcie załatać dziurę w budżecie ZUS-u, który przestanie wypłacać znaczne sumy z tytułu rent z powodu niezdolności do pracy. A i kolejki do lekarzy znacznie się zmniejszą.

Na swoich leśnych trasach spotykam wielu biegaczy, maszerowaczy i innych – zdaniem Łukaszewskiego – przerażonych śmiercią. Wszyscy są uśmiechnięci i życzliwi. Jak już pisałam tutaj, regularnie zdarza się, że z niejednym nieznajomym zamienimy parę zdań, bo to że powiemy sobie „dzień dobry” jest oczywiste. 
Może to nadmierne uproszczenie, ale śmiem wyprowadzić z tego wniosek, że uprawianie sportu pozytywnie wpływa na kulturę życia w społeczeństwie, czyniąc je dużo bardziej znośnym.

Czuję się uprawniona do formułowania tego rodzaju ogólnych tez. W omawianej rozmowie Wiesław Łukaszewski (przypomnę: psycholog, legitymujący się tytułem profesora, wypowiadający się dla dużej ogólnopolskiej gazety) podaje bowiem taki oto przykład:

Dbanie o ciało „załatwia” lęk przed śmiercią?"– pyta Dorota Wodecka, a profesor odpowiada:
„- Kiedy pojawia się niepokój egzystencjalny, poszukujemy dowodów na to, że jesteśmy urodziwi. To wyraźnie pokazuje, jaką wartość ma uroda jako składnik przekonania o własnej wartości. Co więcej, jeśli ludzie mają poczucie, że są dla szeregu osób ładni, to trudniej w nich ten lęk wzbudzić. Mają znacznie niższe wskaźniki lęku przed śmiercią. Przeprowadziliśmy dość zabawne badanie w salonach fryzjerskich. Osoby, które przychodziły do fryzjera, doświadczały znacznie silniejszego lęku przed śmiercią niż ci, którzy od fryzjera wychodzili. Podobne wyniki dotyczyły klientów solarium. Oznacza to, że działania wokół ciała polepszające wygląd pełnią funkcję kojącą.”

W zasadzie powinnam zostawić to bez komentarza. Ale nie mogę się powstrzymać.
Być może profesorowie nie słyszeli nigdy o reprezentatywności badanej grupy.
Być może są zawieszeni tak wysoko w swoim kosmicznym profesorskim świecie, że nie zdają sobie sprawy z tego, że klienci solariów są dość specyficzną grupą (żaden spośród moich znajomych nie jest jej członkiem; nie znam także zbyt wielu starszych pań i panów, którzy korzystaliby z wątpliwych uroków sztucznego słońca). Ale jestem pewna, że z owego „zabawnego” badania nie płyną żadne sensowne wnioski. Podobnie zresztą jak i z całej rozmowy z panem profesorem.

„Odchudzanie ze strachu przed śmiercią” z prof. Wiesławem Łukaszewskim rozmawia Dorota Wodecka. Magazyn „Gazety Wyborczej”, sobota-niedziela, 22-23 marca 2014r. 

poniedziałek, 10 marca 2014

A. Bahdaj "Wielki wyścig", czyli jak nie okazałam się najwolniejszym ślimakiem

„- Tego jeszcze nie było – powiedziała sroka Matylda do starej żaby Kumkiewiczowej. Proszę sobie wyobrazić, ślimaki urządzają wielki wyścig.
- Co też pani mówi? – zdziwiła się ogromnie Kumkiewiczowa. – Ślimaki urządzają wyścig? Jeszcze nigdy nie słyszałam o czymś podobnym. Skandal!
- Boki można zrywać, moja pani. A najśmieszniejsze to, że pierwszą nagrodę otrzyma ten, kto ostatni przyjdzie na metę.”

- Rany boskie! Zawody tylko dla kobiet? Tysiąc bab w jednym miejscu?! Dobrze, że mi mówisz, będę omijał w niedzielę Jasne Błonia! – zawołał mój kolega z pracy, gdy powiedziałam mu o wczorajszych zawodach.

- Nie, nie. To nie dla mnie, nie lubię takich imprez. – powiedziała moja koleżanka, kiedy usiłowałam namówić ją do wspólnego startu (jej mąż, który narzeka, że nigdy tu o nim nie piszę, nic nie powiedział, gdyż z uwagi na płeć do niczego go nie namawiałam).

- I ty tak dobrowolnie czy w pracy wam kazali? – pytali z niedowierzaniem współimprezowicze, kiedy w sobotę około północy, w stanie absolutnej trzeźwości, tłumacząc się startem w zawodach, opuszczałam miejsce, gdzie hucznie obchodzono Dzień Kobiet.


„- Nic mi nie pomoże – westchnął żałośnie [ślimak Pafnucy]. – Od urodzenia jestem w gorącej wodzie kąpany i zawsze się spieszę.
- Hm… zastanowiła się Kumkiewiczowa – a gdybyś tak zaraz po starcie ukrył się pod liściem i czekał, aż wszyscy miną metę?
- Nie, moja droga! – oburzył się Pafnucy. – Mam swój honor. Wolę przegrać, ale uczciwie.
- To przegrywaj, jeśli nie chcesz mnie słuchać – rozgniewała się stara Kumkiewiczowa i poszła zdrzemnąć się nad strumyk.

Kiedy sprawdzałam w internecie czasy najlepszych zawodniczek startujących w zawodach na dystansie, na jakim odbywały się zawody (5 kilometrów), nie miałam złudzeń. Podium nie dla mnie, ani indywidualnie, ani drużynowo. Pozostawała walka o honor, o to, by dzieci nie musiały oglądać matki finiszującej pół godziny po najlepszych zawodniczkach.
Oczywiście, znaleźli się tacy (nie będę wytykać palcami), którzy życzliwie doradzali kopanie wilczych dołów lub dźganie rywalek końcówką kija.
Puściłam ich rady mimo uszu, a przez ostatnie dwa tygodnie trenowałam niezwykle intensywnie, zaciskając zęby i tłumacząc sobie, że nawet zakwasy można polubić.

Nad strumykiem, przy wielkim kamieniu zebrało się już stu zawodników, a może i więcej. Każdy chciał zdobyć pierwszą nagrodę, a najbardziej Onufry, bo Onufry był zarozumiały i lubił się chwalić. To dopiero okazja! Gdy wygra, będzie mógł bębnić po całym lesie:
Patrzcie, jestem najpowolniejszym ślimakiem w całym lesie, a może na całym świecie!

źródło zdjęcia
W minioną niedzielę, w samo południe, w centralnym miejscu Szczecina zebrało się ponad dziewięćset kobiet w różnym wieku. Blisko siedemset biegaczek oraz dwie i pół setki maszerujących z kijami. Co najmniej połowa w otoczeniu gromady dopingujących, także dzieci. Jeśli choćby co czwartej tuż przed startem dziecko, jak mi, szepnęło do ucha: „Mamo, wygraj!”, łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo było podkręcone sportowe napięcie.
A wszystko w niezwykle wiosennych okolicznościach przyrody.

„Starterem był stary ślimak Bonifacy.
- Tylko bez sztuczek! – ostrzegał zawodników, gdy stanęli na starcie. – Każdy rusza uczciwie i jak najwolniej stara się dojść do mety. Startujecie na sygnał kukułki.
Za chwilę kukułka trzy razy zakukała na dębie i stu zawodników ruszyło ze startu.”

źródło zdjęcia
Szczerze powiedziawszy, nie pamiętam jak brzmiał sygnał startowy. Wiem, że przypadkowo zajęłam znakomitą pozycję, dzięki czemu uniknęłam na starcie śmierci wskutek stratowania lub zakłucia.
- Spokojnie, nie pchajcie się, i tak was przepuszczę! – usłyszałam za plecami głos zażywnej pani w średnim wieku, która postanowiła podejść do rywalizacji na luzie. Niestety, nie wszystkie uczestniczki jej uwierzyły.

Każdy starał się iść jak najwolniej, jak najbardziej po ślimaczemu. A najbardziej chciał oczywiście Onufry. Gdy tylko znaleźli się w gęstej trawie, skrył się pod liściem paproci.
- Gdzie jesteś, Onufry? – zawołał zdyszany Pafnucy.
- Ach, mówię ci – jęknął – kolka mnie złapała i nie mogę iść dalej.
- Zrób trzy głębokie wdechy, to ci minie.
- Nie mogę złapać tchu. Muszę chwileczkę odsapnąć – westchnął żałośnie, schował się jeszcze głębiej i udawał, że go nie ma.

Najwyraźniej na każdych zawodach musi znaleźć się jakiś Onufry, a z jego braku – Onufrzyca. Słyszałam już o tym wcześniej, ale tym razem na własne oczy zobaczyłam, że niektórym tak bardzo zależało na dobrym wyniku, że zdarzało im się podbiegać (mimo że zasadniczo to nie ta dyscyplina), skracać sobie drogę, albo też zachodzić ją innym.
Pal je sześć i ich wyniki też. Ja wiem, że uczciwie maszerowałam, wypluwając przy tym płuca. I moja mama też. I 95% innych zawodniczek również.

Kończył się wielki wyścig ślimaków. Kto żyw spieszył pod stary dąb na metę. Już niemal wszyscy zawodnicy ukończyli wyścig.
Ostatni sunął Onufry.
- Brawo, Onufry! Brawo, zwycięzca! – oklaskiwały go tłumy. (…)
Gdy minął już metę, z zielonych trybun zerwały się jeszcze huczniejsze brawa, jeszcze głośniejsze oklaski. Onufry był pewien, że to jego oklaskują, więc zrobił jeszcze ważniejszą minę i kłaniał się wszystkim.
Nagle tuż za sobą zobaczył Pafnucego.(…)
- Brawo, Pafnucy! Brawo, zwycięzca! – rozległy się z trybun radosne okrzyki.
Pafnucy był bardzo wyczerpany. Zdawało się, że nigdy nie dojdzie do mety. Wreszcie jednak doszedł, a gdy minął metę, padł zemdlony.

Na naszym biegu szczęśliwie omdleń nie było, choć momentami niewiele brakowało.
Ja w każdym razie pobiłam wszelkie życiowe rekordy i na mecie ze zdumieniem odkryłam, że pokonałam trasę w tempie, które przed startem wydawało mi się absolutną abstrakcją. Ciekawych informuję, że zmieściłam się w pierwszej czterdziestce, moja mama – pani, było nie było, po sześćdziesiątce – ukończyła marsz mniej więcej w połowie stawki, zaś drużynowo (matka i córka) zajęłyśmy miejsce w pierwszej dziesiątce (brzmi dumnie, dopóki nie doda się, że startowało ledwie dwadzieścia drużyn).



Dziękuję za wszystkie trzymane kciuki! Ten medal jest także dla Was!
A teraz niedobra wiadomość: w przyszłym roku też startuję! Trenować zaczęłam od dzisiaj, więc lepiej już zacznijcie dbać o swoje kciuki!

Adam Bahdaj "Wielki wyścig", ilustrował Ignacy Witz. Nasza Księgarnia, Warszawa 1967.

sobota, 1 marca 2014

Cz. Janczarski "Bieg z przeszkodami", czyli o związku pomiędzy pierzyną, kręgosłupem i nordic walking

Szarek był największym leniuchem i piecuchem w całym Zajączkowie.
Gdy inni malcy już od rana bawili się na łączce za miastem – Szarek wylegiwał się pod puchową pierzyną.


Od czasu gdy okazało się, że niestety nie jestem tak zdrowa, jak chciałabym, a było to jakieś dwadzieścia pięć lat temu, powoli acz konsekwentnie stąpałam drogą prowadzącą prosto pod pierzynę.

„Raz w zimie przyszli do Szarka koledzy, Kapustek i Sałatek.
- Chodź lepić bałwana – zaproponowali.
- Mogę zrobić bałwana w domu z pierzyny… - ziewnął Szarek, przewrócił się na drugi bok i usnął.”

Kiedy urodziły się dzieci, nieco zwiększyłam swoją aktywność fizyczną, nie popadając jednakże w przesadę.
Od niedawna miałam przy tym znakomitą wymówkę: moja lekarka zaleciła mi wzmożenie ostrożności i prowadzenie trybu życia starej babci. Ze sportów pozostawiła do wyboru pływanie (nie lubię) oraz szachy (lubię i swego czasu intensywnie uprawiałam, ale nie zamierzam nikogo przekonywać, że w czasie trwania partii wykonuje się ruchy innymi częściami ciała niż ręce, którymi można do wyboru: przesuwać pionki lub figury na szachownicy, naciskać przycisk zegara lub rwać włosy z głowy).

Kiedy Kapustek i Sałatek byli już w sieni, podeszła do nich mamusia Szarka.
- Chciałabym – powiedziała – żeby mój Szarek był taki, jak inne zajączki. Żeby wstawał rano, bawił się i miał dobry apetyt, żeby był silny i zdrowy. Ale jak zmienić Szarka? Czy mogę liczyć na waszą pomoc?
Przyjaciele byli dumni z zaufania, jakim obdarzyła ich dorosła zajęczyca. Szastnęli nogami i zawołali chórem:
- Postaramy się, proszę pani!

Mamusia jakiś czas temu zdjęła mnie już z sobie z garba, apetyt także – dziękuję – nieustannie mi dopisuje. Do akcji włączył się jednakże – znienacka – kręgosłup.
Siedzący tryb życia, praca biurowa, wożenie tyłka samochodem tu, ówdzie, a także tam. To musiało kiedyś rypnąć.
Kilka lat temu rypnęło w odcinku szyjnym kręgosłupa, skutkując potwornymi migrenami. Zainwestowawszy pokaźną ilość gotówki w szeroko pojętą terapię manualną, dałam radę bez zmieniania trybu życia.
Pod koniec ubiegłego roku rypnęło w odcinku lędźwiowym. Dowiedziałam się nagle i boleśnie, że otóż – o rety! – posiadam tam kręgosłup. Oraz że nie mogę samodzielnie zapiąć butów. Tudzież umyć włosów. Ani też pomóc dziecku (wzrost 113 cm) zapiąć kurtki. A w ogóle to nie ma pozycji, w której by mnie nie bolało.
Na doprowadzenie się do stanu używalności wydatkowałam kolejną porcję gotówki (umownie nazwijmy ją „kilkaset złotych”), po czym uznałam, że jest już dobrze.
Do czasu, gdy odprowadzając dziecko do przedszkola, źle postawiłam nogę na stopniu.

„Następnego dnia o świcie Szarek obudził się drżąc z zimna.
- Gdzie moja pierzyna?! – zawołał.
Spojrzał w okno: pierzyna leży na śniegu. Wyskoczył na dwór, podbiegł do pierzyny, a pierzyna – w nogi!
Gonił ją Szarek, ale nie miał siły. Zasapał się. Pierzyna uciekła. Wrócił Szarek do domu, słaniając się na nogach.”

Nie pamiętam, kto i kiedy wpadł na pomysł rozpoczęcia nordic walkingowej terapii. Wiem natomiast, że gdyby nie moja koleżanka, do tej pory pewnie bym się za nią nie zabrała, poprzestając na śledzeniu zrozpaczonym wzrokiem procesu ubywania gotówki na koncie.

Wieczorem pierzyna leżała na swoim miejscu.
A następnego ranka znowu uciekła i gonił ją leniwy zajączek. I tak już było odtąd co dnia: pierzyna uciekała z rana, a wieczorem wracała.
Przyszła wiosna. Szarek biegał coraz szybciej i dalej i coraz więcej zjadał potem listków sałaty i szpinaku.

żeby nie było:
to nie jest profesjonalna
pozycja z kijkami
Maszeruję z kijkami od ponad miesiąca. Początkowo dwa, trzy razy w tygodniu, ostatnio pięć, sześć razy.
Za każdym razem przechodzę dystans co najmniej sześciu kilometrów, a zdarza się (jak dzisiaj), że i ponad jedenastu.
Zainwestowałam w profesjonalne buty (i nie wiem, jak mogłam żyć do tej pory bez nich!) oraz kijki, a i tak wydałam mniej, niż kosztowałaby mnie kolejna porcja zabiegów rehabilitacyjnych.
Nie boli mnie nic (jedynie mięśnie po każdym treningu, ale ten ból dość szybko mija), jestem dotleniona jak rzadko, zaczynam widzieć pozytywne zmiany w swojej sylwetce.
Maszeruję wyłącznie po lesie, dzięki czemu odkrywam to, co umykało mi do tej pory. Okazało się, że tuż obok mnie są piękne tereny, wyposażone w strumyki, wzniesienia i porośnięte hubami drzewa.
W czasie treningów spotykam zaskakująco dużo (zważywszy na porę roku) osób, które albo także maszerują z kijkami, albo biegają. Wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni. Choć nie znamy się osobiście, jeden kłania się drugiemu i życzliwie zagaduje – rzecz nie do pomyślenia w polskim mieście.
Nie mam ochoty na jedzenie mięsa. Odkurzyłam swoje wegetariańskie książki kucharskie, przypomniałam sobie o szeregu kulinarnych wege-blogów (w tym o Jadłonomii, która – zasłużenie – zwyciężyła w konkursie Blog Roku w kategorii blogów kulinarnych).
Czuję się tak dobrze, jak już dawno się nie czułam.

Aż wreszcie któregoś ranka Szarek dogonił uciekającą pierzynę.
Wyleźli spod niej dwaj przyjaciele: Kapustek i Sałatek.
- Ach, to wy ściągaliście ze mnie pierzynę! To na waszych nogach uciekała przede mną co rano!
- Tak – przyznali się przyjaciele. – Ale nie gniewaj się na nas. Przeczytaj lepiej ten afisz.
I Szarek przeczytał afisz.

Afisz przeczytałam sama. Koleżanka nijak nie dała się namówić. Zatem namówiłam mamę.
9 marca 2014 roku startujemy w marszu na 5 km, w kategorii „matka - córka”.



Zawodnicy stali już na starcie. Huknął strzał – rozpoczął się bieg. Ale co to? Wraz z innymi zawodnikami biegnie Szarek. I to jak jeszcze! Przebiera szybko nogami. Już jest w środku grupy zawodników… Już jest na czele…
Wszyscy biegacze, nawet ci najlepsi, zostali daleko w tyle.
A Szarek z dumnie podniesioną głową pierwszy wpada na metę.
Trudno po prostu opisać, jakie były brawa, jakie wznoszono okrzyki na cześć zwycięzcy.

Nie, nie mam złudzeń. Nie ma takiej możliwości, abyśmy wygrały te zawody.
Trzymajcie jednak kciuki, żebyśmy przymaszerowały chociaż w połowie, a nie na końcu stawki!

Czesław Janczarski „Bieg z przeszkodami”, ilustrowała Halina Zakrzewska. Nasza Księgarnia, Warszawa 1979.