Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminały. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 września 2018

G.Flynn "Ostre przedmioty" i "Mroczny zakątek", czyli bestsellerowa monotwórczość


Mimo że jestem człowiekiem z natury i przekonania nieoglądającym, od szeregu lat, z uporem godnym lepszej sprawy, na bieżąco śledzę poczynania twórców filmów i seriali. Zazwyczaj poprzestaję na lekturze prasowych lub internetowych notek zapowiadających; niekiedy tylko oglądam zwiastun. Ożywiam się natomiast zawsze, gdy wyczytam, że otóż w grę wchodzi ekranizacja jakiejś książki. Wówczas bowiem czym prędzej udaję się, nie, bynajmniej nie do kina lub przed ekran telewizora czy komputera. Udaję się mianowicie do najbliższej biblioteki.

W ubiegłym roku przeczytałam w ten sposób „Wielkie kłamstewka” Liane Moriarty, bardzo sobie tę lekturę chwaląc (miniserialu do tej pory nie obejrzałam i pewnie już nie obejrzę).
W tym, dowiedziawszy się o emisji serialu, natychmiast sięgnęłam po „Ostre przedmioty”, autorstwa niejakiej Gillian Flynn.


Dowcipny, stylowy, fascynujący debiut. Prawdziwe objawienie” – poinformował mnie zamieszczony na tytułowej stronie okładki książki blurb podpisany: Harlan Coben.
Zachwycający kawał dobrej literatury, napisany świetnym językiem i z dużą przenikliwością” – tak zapewniła mnie na odwrocie tej samej okładki osoba podpisana jako Stephen King.
Ykhy!” – przeczytawszy tak zachwalane dzieło, kryjąc zmieszanie, odkaszlnęła momarta.

Problem bowiem z książką pani Flynn polega na tym, że jest, moim zdaniem, cokolwiek przeciętna. I dużo gorsza niż napisany przez nią później „Mroczny zakątek”, który przeczytałam jako pierwszy tylko dlatego, że po „Ostre przedmioty” była w bibliotece kolejka. Ot, siła reklamy.

Na ile zdążyłam się zorientować, pani Flynn napisała dotąd trzy książki (wszystkie trzy zekranizowano – brawo za marketingową skuteczność!). Dwie przeczytałam. Znając zatem ponad 65% jej twórczości, mogę pokusić się o wyprowadzenie kilku wniosków natury ogólnej.

Wniosek pierwszy: Gillian Flynn uwielbia nurzać się w mrocznych rodzinnych historiach.

serialowy plakat
źródło zdjęcia
W „Ostrych przedmiotach” główną bohaterką jest Camille Preaker, około trzydziestoletnia dziennikarka pracująca w podrzędnej chicagowskiej gazecie, wysłana przez szefa z reporterską misją do rodzinnego miasteczka, w którym rok wcześniej zamordowano dziewięciolatkę, a właśnie teraz zgłoszono zaginięcie dziesięciolatki. Z każdą kolejną stroną (uwaga! będę trochę spojlować, kto planuje przeczytać książkę, względnie obejrzeć serial, niech nie czyta dalszej części tego posta) dowiadujemy się o niej i jej rodzinie coraz więcej. Napisać, że jest dysfunkcyjna, to nie napisać nic. Lodowata matka, plastikowy ojczym, obrzydliwie bogaci dzięki znakomicie prosperującej przemysłowej fermie świń; jedna młodsza siostra od szeregu lat martwa (umarła jako dziecko; dlaczego i w jakich okolicznościach okaże się dopiero na końcu), druga, aktualnie trzynastoletnia, wprawdzie żywa, ale odstręczająca i rozkapryszona. Nasza bohaterka przez szereg stronic zajmuje się głównie miotaniem się – próbuje sklecić jakiś tekst (szef nalega), jednocześnie docieka prawdy na temat śmierci obu (gdyż jak łatwo odgadnąć, zaginiona dziesięciolatka ostatecznie też okazuje się być ofiarą zbrodni) dziewczynek, ślizga się po zmrożonym łonie rodziny, spotyka się ze znajomymi z przeszłości i romansuje, niejako przypadkiem. W tak uroczym otoczeniu ożywają wszystkie dręczące ją w przeszłości potwory, które doprowadziły ją swego czasu do nadużywania stosowania tytułowych ostrych przedmiotów. Dzięki nim aktualnie nasza bohaterka jest wprawdzie piękną kobietą, jednak wyłącznie z twarzy, gdyż reszta jej ciała jest pokryta różnorakimi napisami (stopniowe ujawnianie ich treści jest chyba najsłabszym z chwytów zastosowanych przez autorkę), w ilości kwalifikującej się do natychmiastowej hospitalizacji psychiatrycznej (którą, to chyba jasne, piękna Camille właśnie niedawno zakończyła).

źródło zdjęcia

Z kolei w „Mrocznym zakątku” wszystkie karty pozornie zostają odkryte już na początku, a każda z nich spływa (obficie) krwią. Oto w brutalny sposób zostaje zamordowana niemal cała rodzina: samotnie wychowująca czwórkę dzieci matka i dwie jej córki. Z rzezi ocalało tylko najmłodsze dziecko, siedmioletnia wówczas dziewczynka. Sprawcą okazał się natomiast (już na samym początku książki, a więc uznaję, że to nie spojler) piętnastoletni w owym czasie syn, odsiadujący właśnie od bodajże dwudziestu lat (nie mam książki pod ręką, a więc nie mogę sprawdzić) zasłużoną karę pozbawienia wolności.
Konstrukcja tej powieści, klasyfikowanej jako thriller psychologiczny, sprowadza się do przeplatania relacji z bieżących zdarzeń (obecnie około trzydziestoletniej cudownie ocalonej siedmiolatce kończą się pieniądze pochodzące ze zbiórki publicznej, zorganizowanej na biedne dziecko, co zmusza ją do zmierzenia się z własną przeszłością), z retrospekcjami, opowiadanymi z różnych perspektyw (zabitej matki i jej syna, prawomocnie skazanego mordercy). Im dalej w las, tym mroczniej, ścieżki i tropy plączą się i krzyżują, a czytelnika (w każdym razie mnie) coraz bardziej mrozi. Pisarską robotę można w tym przypadku uznać za dobrze wykonaną.


Wniosek drugi: Gillian Flynn uwielbia nurzać się w atmosferze małych amerykańskich miasteczek, traktując je w typowo amerykański sposób, tj. pokazując, że pod piękną fasadą kryje się brud i zgnilizna.
Co do zasady, mało oryginalne, jakby nie patrzeć. Cóż więcej napisać?

Gillian Flynn
źródło zdjęcia
Wniosek trzeci: pani Flynn lubi psychologizować. 
„Ostre przedmioty” są jednak pod tym względem grubo ciosane – na istnienie związku pomiędzy toksycznym dzieciństwem z zimną matką a problemami w dorosłym życiu wpadnie najdalej po pięćdziesięciu stronach chyba każdy. Od tego momentu można zacząć się już tylko nudzić. W „Mrocznym zakątku” więcej jest natomiast niuansów, a sposób opowiadania historii (rozgrywającej się w jej wątku retrospektywnym w ciągu ledwie jednej doby), sprowadzający się do zwracania uwagi na niejednoznaczność i niejednowymiarowość sytuacji, w jakiej znajdują się bohaterowie, sprzyja wywoływaniu czytelniczej refleksji, a nie tylko skupianiu się na dreszczyku emocji.

Wniosek czwarty, a raczej dobra rada: wprawdzie wiem, że nie zabija się kury znoszącej złote jaja (skoro patent się sprawdza i zapewnia pierwsze miejsca na listach bestsellerów, tudzież zainteresowanie hollywoodzkich producentów, to po co się męczyć?), to jednak jako życzliwa czytelniczka sugerowałabym autorce przeprowadzenie rozmowy z kilkoma amerykańskimi farmerami, niech będzie nawet, że z małych miasteczek. Może nie doradzą jej jak napisać książkę, ale z pewnością wyjaśnią czym grozi niestosowanie płodozmianu.

Gillian Flynn „Ostre przedmioty”, przełożył Radosław Madejski. G+J Gruner + Jahr Polska, Warszawa 2007.
Gillian Flynn „Mroczny zakątek”, tłumaczenie Katarzyna Kasterska. G+J Gruner + Jahr Polska, Warszawa 2011.

wtorek, 15 maja 2018

W.Chmielarz i seria o komisarzu Mortce, czyli rzecz o prawdziwej namiętności


Stało się.

Ja, dojrzała kobieta, kpiąca z męskich zachowań związanych z przeżywaniem kryzysu wieku średniego, zrobiłam dokładnie to samo co oni.
Zakochałam się.
W młodszym.

Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę, akurat! Opętał mnie. Myślę o nim cały czas. Myślę, gdy wstaję rano, myję zęby i resztę ciała, gdy robię i jem śniadanie, gdy jadę do pracy, gdy jestem w pracy, gdy z niej wracam, gdy udaję, że jestem w domu, choć tak naprawdę myślami błądzę gdzie indziej. Myślę o nim wreszcie wieczorem, wieczorem jest zresztą najlepiej. Wtedy nikt nam już nie przeszkadza, wtedy wreszcie mogę skupić się tylko na nim. Zarwana noc? Pal ją sześć, czymże jest zarwana noc wobec prawdziwej namiętności?!

Naprawdę się tego nie spodziewałam. Wprawdzie mówili, że powinnam zwrócić na niego uwagę, ale słyszałam to już wielokrotnie i zawsze kończyło się tak samo. Piękna okładka a w środku pusto. Przerost formy nad treścią, pozerstwo i nadęcie, a przede wszystkim brak głębi. Tymczasem mnie trzeba uwieść słowem, frazą, umiejętnym dobieraniem tembru głosu, och, aż mnie ciarki przechodzą, gdy tylko o tym piszę. W każdym razie dotąd się nie udawało. Owszem, niekiedy bywało przyjemnie, ale nic poza tym.
Tymczasem po pierwszym spotkaniu okazało się, że on faktycznie ma w sobie to coś. Niby od niechcenia, ale przykuł moją uwagę. Pomyślałam: „fajny gość”. 
Za drugim razem było równie dobrze. Podobał mi się coraz bardziej, jednak nie na tyle, by zaiskrzyło. Nie protestowałam jednak, gdy okazało się, że możliwe jest trzecie spotkanie. A wtedy, och, wtedy zaczęło się na całego.

Co na to mój mąż?
Mąż wie o wszystkim. Początkowo był zazdrosny, jednak potem zaproponował (nie spodziewałam się tego po nim!) wejście w trójkąt. Gdy dołączyła do nas jeszcze moja koleżanka, wcale się nie zdziwił. Owszem, czasem bywa to kłopotliwe. Każde z nas ma inne tempo, jednak dla możliwości wzięcia do ręki kolejnej książki o komisarzu Jakubie Mortce jesteśmy gotowi zrobić wszystko, nawet dogadać się, gdy wydaje się to niemożliwe.

Wojciech Chmielarz
w trakcie spotkania w Szczecinie
źródło zdjęcia

To trafiło mnie znienacka.

Niby słyszałam, że jest taki Chmielarz, który dobrze pisze, ale niespecjalnie byłam skłonna w to uwierzyć. O Mrozie słyszałam to samo, a potem okazało się (patrz tutaj), że jest to prawdą tylko, gdy ustawić go w kategorii „ilość”, nie zaś „jakość”. Inni też jakoś nie zachwycali, a blog mi świadkiem, że próbowałam (np. Ziomeckiego i Przygodzkiego; poza tym byli nieopisani Czubaj, Wroński, Ćwirlej i paru innych, zawsze ostatecznie z tym samym skutkiem. Przeczytać się dało, ale zachwycić już nie).

Być może tym razem stało się inaczej dlatego, że Wojciech Chmielarz wydaje się być całkiem fajnym, zwyczajnym facetem. W każdym razie takie wrażenie zrobił na spotkaniu autorskim, jakie odbyło się w miniony poniedziałek (14 maja) w Szczecinie. Facetem, dodajmy, który otwarcie mówi, że jego ambicją jest napisanie dobrego kryminału, książki, którą będzie się świetnie czytało na plaży i tyle. Aż tyle, chciałoby się dorzucić.




Naprawdę, dawno nie zdarzyła mi się sytuacja, w której zawaliłabym kilka dni z życia po to, żeby czytać. Wszędzie. Bo musiałam, żeby nie pęknąć. Stan ten narastał przy tym niczym gorączka. O ile bowiem „Podpalacz” (pierwsza część cyklu) jest po prostu niezły, „Farma lalek” (druga część) dobra, o tyle „Przejęcie” i „Osiedle marzeń” (części trzecia i czwarta) są naprawdę znakomite. Finałowe (jak na razie) „Cienie” plasują się tylko ciut niżej, a i to chyba wyłącznie z racji nieco zbyt, jak na moje potrzeby, hollywoodzkiego zakończenia.

Opowiedziane historie są wiarygodne, dopracowane w detalach, bohaterowie – zarówno pierwszo, jak i drugoplanowi - psychologicznie prawdziwi, realia ze wszech miar autentyczne, a nie efekciarsko upiększone. Niezależnie od tego, czy te historie w całości lub w jakiejś części wydarzyły się naprawdę (autor twierdzi, że nie), zdają się być wyjęte ze stron prasy codziennej. 

W Warszawie (gdzie toczy się akcja czterech z pięciu książek cyklu; fabuła jednej – „Farmy lalek” rozgrywa się w położonych w Karkonoszach Krotowicach), a także w innych polskich miastach z całą pewnością pracują policjanci podobni do komisarza Jakuba Mortki i jego kolegów (a także jednej koleżanki – pojawiającej się wprawdzie dopiero w trzeciej części, za to z dobrym efektem). Nie są płascy i jednowymiarowi – źli lub dobrzy. Każdemu z nich zdarzają się potknięcia i chwile słabości, często kładące się cieniem na ich pozornie prostej historii. Są ludzcy tak bardzo jak w życiu – jedni piją, inni biją, kolejnym po prostu się nie chce lub też robią wyłącznie to czego oczekują tego od nich przełożeni; jeszcze inni zapadają się w pracę, zawalając życie prywatne. Większość boryka się z problemem marnych zarobków, co autor świetnie pokazuje poprzez detale.

Chmielarz lubi swoich bohaterów, to widać. Lubi ich wszystkich, nawet tych złych. Doskonale zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę o każdym można opowiedzieć fascynującą historię, dlatego z szacunkiem podchodzi również do tych, których rola wydaje się być tylko epizodyczna. Być może dzięki tej konstrukcyjnej czułości mnie najbardziej poruszyła postać dziada w garniturze, pojawiająca się w „Przejęciu” - nawet nie drugo, lecz pewnie dziesiątoplanowa. Poznałam kilku takich „dziadów” (o bardzo różnych historiach), może dlatego scena, w której u Chmielarza ta postać pojawia się po raz ostatni do głębi mnie dotknęła. Tak bardzo jest prawdziwa.

Niewiarygodne jest też to, jak niesamowicie autor potrafi budować napięcie, pokazując niemal wszystkie nitki, które trzyma w garści, a i tak zaskakując czytelnika. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak czułabym się, gdybym czytała książki z tej serii na bieżąco, gdy tylko się ukazywały. Jestem jednak pewna, że po przeczytaniu czwartej części, która ukazała się we wrześniu 2016 roku, nie mogąc dowiedzieć się od razu, co wydarzyło się dalej (kolejna część, „Cienie”, została wydana dopiero w styczniu tego roku), obgryzłabym ze złości wszystkie paznokcie, a autora, gdyby tylko się napatoczył, obrzuciłabym zgniłymi jajami, dopiero potem uświadamiając sobie, że taki akt agresji pewnie nie przyspieszy procesu twórczego.
Na szczęście, z racji polskokryminalnego zacofania, udało mi się przeczytać na raz prawie zamkniętą całość. Wprawdzie autor nie odżegnuje się od kontynuowania tej serii (wczoraj twierdził, że przyjdzie na to poczekać jakieś dwa, trzy lata), to jednak w „Cieniach” pozamykał większość najważniejszych, budujących stopniowo napięcie wątków, co pozwoliło mi rozładować czytelnicze napięcie.

A że Wojciech Chmielarz nie jest w ciemię bity i w zanadrzu pozostawił sobie szereg potencjalnych petard (ostatni rozdział „Cieni” zwiastuje jedną z nich, być może), dlatego jestem pewna, że po upływie niezbędnej higienicznej przerwy będzie w stanie stworzyć coś równie dobrego jak dotychczas.
A wtedy płomień mej miłości z pewnością rozgorzeje na nowo. 

Wojciech Chmielarz „Podpalacz”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.
Wojciech Chmielarz „Farma lalek”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.
Wojciech Chmielarz „Przejęcie”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.
Wojciech Chmielarz „Osiedle marzeń”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.
Wojciech Chmielarz „Cienie”. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018.

sobota, 25 lutego 2017

R.Mróz "Kasacja", czyli jak dzięki dobrym notatkom wspiąć się na listy bestsellerów

Był winny jak ocet. Bez dwóch zdań” – to słowa Joanny Chyłki, głównej bohaterki „Kasacji”, książki Remigiusza Mroza - Kraszewskiego XXI wieku, człowieka, który doprowadził do zmartwychwstania czytelnictwa w Polsce. Doktor nauk prawnych, wielokrotnie nagradzany i nominowany. Każde z jego (licznych) słów jest natychmiast spijane przez tysiące, ba! setki tysięcy fanów, ba! psychofanów. Od licznych wywiadów grzeją się ekrany telewizorów, łamy prasy i internetowe łącza. Cała Polska w napięciu czeka na kolejne jego dzieła, wypluwane – jakież to szczęście – regularnie, niczym jajka łapane przez wilka w mojej ulubionej swego czasu grze, w którą grywałam na rosyjskiej matce przenośnych konsoli (przy okazji informuję: można w nią grać też na androidzie, hurra!).

Remigiusz Mróz
źródło zdjęcia
Jest płaska jak deska. Bez dwóch zdań.” – to słowa moje, momarty. Kobiety bez fanów i zasług dla rynku czytelniczego. I bez tytułu doktora nauk prawnych, jestem prostym magistrem. A, zapomniałam napisać, że nie odnoszą się one do klatki piersiowej Joanny Chyłki, lecz do książki, której jest główną bohaterką.

Po przeczytaniu „Kasacji” poczułam gwałtowną potrzebę sięgnięcia do definicji pojęcia „thriller prawniczy” (jak krzyczy okładka, opisywane dzieło należy właśnie do tego gatunku). Niestety, jednej, powszechnie obowiązującej, nie znalazłam (być może źle szukałam). Biorąc rzecz na logikę i doświadczenie życiowe (prawnicy tak lubią), należałoby jednak oczekiwać, że pod tym pojęciem musi kryć się książka a) wywołująca dreszcz emocji, b) osadzona w środowisku prawniczym, bądź też c) dotycząca stosowania prawa (law in action, nie law on the books).
Na pierwszy rzut oka jeśli chodzi o „Kasację” w zasadzie wszystko się zgadza. Dla wszelkiej pewności jednak skrupulatnie (po prawniczemu) sprawdźmy.


Po pierwsze, a raczej primo: środowisko prawnicze – jest.

Warszawska kancelaria Żelazny&McVay – jedna z najlepszych kancelarii prawniczych w Polsce, aspirująca do zajęcia już za chwilę pierwszego miejsca w rankingu najlepszych kancelarii w kraju. Prawnicza korporacja, zatrudniająca prawników-wyrobników, krwiopijczo wypijająca z nich wszystkie soki, rzucająca w zamian ochłapy w wysokości niższej nawet niż najniższa krajowa. Siedlisko zła, pracoholizmu, narkomanii, obłudy. Dla nielicznych wybrańców kraina kasą płynąca.

Słyszałam, że szykuje się ekranizacja „Kasacji” (a konkretnie serial telewizyjny). Wcale się nie dziwię, jest to niezły pomysł, pod warunkiem, że autorzy będą całkowicie wierni oryginałowi. Produkcja będzie bowiem bardzo niskobudżetowa. Wystarczy wyciąć z tektury plansze i figurki kilkudziesięciu ubranych w garnitury ludzików i już –  kancelaria wypisz, wymaluj jak z kart „Kasacji”. Niby korytarzami przemieszcza się stale ogarnięty prawniczym amokiem tłum, niby wszyscy pracują tam do późnych godzin wieczornych, a gwar panujący w otwartej przestrzeni biurowej (nazywanej „norąoborą”, bo autor jest wszak obeznany z branżowym slangiem i zarazem dowcipny, jak na doktora nauk prawnych przystało) nie pozwala na skupienie myśli. Niestety, gdzie się nie rozejrzeć, okazuje się, że tu tektura, tam dykta, a gwar ani chybi z taśmy.

Nie mam pojęcia, czy to Mrozowski znak rozpoznawczy, gdyż „Kasacja” jest jak dotąd jedyną książką tego autora, którą przeczytałam, ale mam wrażenie, że więcej życia niż na korytarzach wykreowanej przez niego kancelarii znalazłam w czytanych ostatnio komentarzach do ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Ja rozumiem, że gdy człowiek narzuca sobie określony rytm pracy (codziennie 15 stron, w ściśle określonych godzinach, raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa…), nie może zbytnio rozglądać się na boki, ale czy doprawdy musi od razu zakładać na oczy klapki jak dla konia? Na 492 stronach powieści, której akcja w dużej mierze rozgrywa się właśnie w opisanej kancelarii, poza dwójką głównych bohaterów (wspomnianą na początku Joanną Chyłką i jej aplikantem, Kordianem Oryńskim) oraz dwoma właścicielami kancelarii (Żelaznym i McVayem, jak nietrudno się domyślić) pojawiają się w niej jeszcze wyłącznie 4 (słownie: cztery) postaci: Anka z recepcji, nieznany z imienia haerowiec (czytaj: pracownik działu kadr), Jacek od prawa medycznego oraz niejaki Kormak. Przy czym wyłącznie Kormak ma w tej historii do odegrania jakąś, całkiem zresztą istotną, rolę; pozostali pojawiają się na momenty krótsze niż mgnienie oka.
Gdybyż jednak choćby w te postaci autor tchnął jakiegokolwiek ducha. Niestety, wszyscy zachowują się tak, jakby świat poza kancelarią nie istniał. Ot, fantazją autora powołani do życia, robią co im kazano. Skąd przyszli, kim są, dokąd zmierzają? A po cóż ci to czytelniku wiedzieć, skup się lepiej na akcji, raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa.

Oczywiście, główni bohaterowie zostali zarysowani w zupełnie inny sposób.
O Joannie Chyłce wiemy bowiem, że ma około czterdziestu lat, nosi taliowane żakiety i obcisłe spódnice, pali Marlboro, je dużo mięsa (osobiście niekoniecznie mi się to komponuje z obcisłymi spódnicami, ale co ja się tam, prosta magister, znam), lubi mocne brzmienia i Kubę Wojewódzkiego, a także jeździ (brawurowo, czytaj: łamiąc wszelkie przepisy) BMW X5. A, przepraszam, i że ma siostrę. Ale teraz naprawdę już skończyłam. 
Z kolei Kordian Oryński jest aplikantem I roku w Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie, nie ma ojca ani matki i chyba żadnej innej rodziny też nie. Pali Dawidoffy, nie je mięsa, lubi rap Willa Smitha. Koniec.
Jednym słowem, masz czytelniku deskę, a nawet kilka i obrób ją sobie sam, jeśli koniecznie musisz.

Wróćmy jednak do badania, czy zostały spełnione wszystkie przesłanki do uznania „Kasacji” za thriller prawniczy.
Przesłanka druga: law in action – jest. Niestety, w tej właśnie – anglojęzycznej - wersji.

Mam wrażenie, że Remigiusz Mróz przeczytał bardzo dużo książek Grishama, kto wie, może nawet wszystkie. Przypuszczam także, że w czasie lektury zrobił sobie bardzo dużo bardzo porządnych notatek. To widać.
Ja rozumiem, że z polskiego procesu trudno jest zrobić emocjonujący spektakl. W pierwszej instancji w sprawie o zabójstwo potrafi on trwać rok. Do tego trzeba doliczyć kolejne pół roku na postępowanie międzyinstancyjne, rok oczekiwania na termin pierwszej rozprawy apelacyjnej, a gdy chce się – jak Joanna Chyłka – wnieść kasację, trzeba dodać, lekko licząc, jeszcze jakieś dwa lata. Żółw by zasnął, co dopiero czytelnik.
Nie rozumiem jednak czemu autor, który – jak napisał w posłowiu – starał się poruszać w granicach prawa, nie pozwalając sobie na większe odstępstwa, uczynił tak wiele, by zrobić z rozprawy w polskim sądzie nie wiadomo co. Czyżby za bardzo skupił się na swoich notatkach?

Pominę tempo rozpoznawania sprawy, która jest głównym tematem „Kasacji” (wiadomo tylko, że było ono szybkie, choć nie wiadomo jak bardzo. Autor starannie unika informowania czytelnika o czasie akcji; wiadomo, po co kłopotać się zbędnymi szczegółami, raz, dwa, raz, dwa). Zarówno tempo, jak i sposób rozpoznawania sprawy i zorganizowania rozpraw bliższe są wprawdzie procesom amerykańskim niż polskim, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Pominę, choć z większym trudem, fakt, że Kordian Oryński, aplikant – przypomnę – pierwszego roku, przed upływem pierwszych sześciu miesięcy trwania aplikacji radośnie galopuje najpierw na rozprawę w sądzie okręgowym, potem apelacyjnym, by wreszcie stawić się (ubrany w czerń i biel) w Sądzie Najwyższym. Niemożliwe przecież, aby doktor prawa nie znał treści przepisu art. 77 ust. 1 Prawa o adwokaturze, stanowiącego że „po sześciu miesiącach aplikacji adwokackiej aplikant adwokacki może zastępować adwokata przed sądami, organami ścigania, organami państwowymi, samorządowymi i innymi instytucjami, z wyjątkiem Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego, Trybunału Konstytucyjnego i Trybunału Stanu”. Być może jednak Grisham nie wspomniał o tym w żadnej ze swych powieści, wybaczmy to naszemu autorowi.

Nie mogę jednak pominąć kluczowego – w sensie prawnym – momentu akcji (spokojnie, to nie będzie spojler, w każdym razie nie taki, który obejdzie przeciętnego czytelnika, skupionego całkiem na czym innym), polegającego na znalezieniu przez jednego z głównych bohaterów TEGO orzeczenia, prawniczego „Sezamie, otwórz się!”, mającego w założeniu doprowadzić do intelektualnego powalenia sędziów Sądu Najwyższego i doprowadzenia do korzystnego dla naszych bohaterów zwrotu akcji.
O co chodzi? Oddam głos Joannie Chyłce: „zgodnie z orzeczeniem Sądu Najwyższego z dnia szóstego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku, sygnatura II KKN sześćdziesiąt trzy, łamane na dziewięćdziesiąt sześć, Sąd Najwyższy kontroluje nie same ustalenia faktyczne, ale sposób ich dokonania”.
Łał.

Gdyby przypadkiem czytał te słowa ktoś, kto książki Grishama zna na wyrywki (całkiem inaczej niż ja), bardzo uprzejmie proszę o informację w ilu z nich w kluczowym momencie akcji obrońca wyciąga – niczym asa z rękawa – informację o precedensowym orzeczeniu. W jednym? W pięciu? We wszystkich? Nic dziwnego, amerykański system prawa jest systemem opartym na precedensach, tj. tym, że w jakiejś sprawie, w zbliżonym stanie faktycznym, zapadł już określony wyrok. Kto zna ten wyrok, ten wygrywa (oczywiście upraszczam, ale mniej więcej o to chodzi). Z pewnością to właśnie Remigiusz Mróz miał w swoich notatkach.
Tymczasem w Polsce, o czym wiedzą wszyscy praktycy prawa, a i teoretycy w większości również, obowiązuje system zupełnie inny. Wyroki wydawane są w oparciu o przepisy, nie zaś precedensy. Owszem, strony często powołują się na treść orzeczeń wydanych przez sądy w podobnych sprawach, jednak – jak rany! – starają się znaleźć, zwłaszcza gdy idzie o postępowanie przed Sądem Najwyższym, takie, z których faktycznie wynika coś więcej poza jednym zdaniem, wytezowanym przez tworzące stosowny program prawniczy wydawnictwo (na marginesie: „Kasacja”, jeśli chodzi o program prawniczy, ewidentnie zawiera lokowanie produktu).

rozprawa przed Sądem Najwyższym
źródło zdjęcia

W książce, po zaprezentowaniu przez bohaterską (i błyskotliwą) Joannę Chyłkę przywołanego orzeczenia, wchodząca w skład składu orzekającego sędzia „Bazan prychnęła, spoglądając na swoich towarzyszy.”
Abstrahując od tego, że w Polsce sędziowie Sądu Najwyższego nie prychają w czasie rozpraw (być może w USA jest inaczej, podobnie jak być może w USA sędziowie poprzedzają ogłoszenie wyroku długą tyradą, w Polsce nie jest to praktykowane, co Remigiuszowi Mrozowi w niczym nie przeszkadza), to taka reakcja wydaje się być adekwatną do odkrywczości prezentowanego jako kluczowe orzeczenia. Trudno się jednak dziwić, gdy czas nagli (raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa…), nie ma czasu na poważne poszukiwania.

Ponieważ ten post rozrósł się już do gargantuicznych rozmiarów, czas czym prędzej przejść do punktu trzeciego. Dreszcz emocji.
Hm.
Przyznaję, Remigiusz Mróz miał przyzwoity pomysł i zrobił dobry szkic swojej powieści. Taki na jedną stronę. Na czterystu dziewięćdziesięciu dwóch prezentuje się on jednak znacznie gorzej. Sztucznie i przewidywalnie (poza samym zakończeniem, które mnie, owszem, zaskoczyło). Wiadomo mniej więcej kto, komu i kiedy obije mordę. Poza tym większość problemów z akcją autor rozwiązuje w taki sam sposób.
Swego czasu niejaki John Baldwin stworzył listę dziesięciu elementów niezbędnych do napisania bestsellerowego thrillera medycznego. Pozycja numer 10 brzmiała: jeśli ugrzęzłeś w fabule, po prostu kogoś zabij. Remigiusz Mróz radę tę nieco zmodyfikował, stosownie do swoich potrzeb (w końcu chodzi o thriller prawniczy, nie medyczny). Na jego liście brzmi ona tak: „Jeśli ugrzęzłeś w fabule, każ któremuś ze swoich bohaterów użyć swoich wpływów, żeby rozwiązać problem”.
W zasadzie tłumaczyłoby to olbrzymią popularność tej książki. W końcu naród wie, że żeby coś załatwić w sądzie, trzeba mieć dobre wpływy, inaczej nie da rady. A naród nie może się mylić.

Nie mam złudzeń, Remigiusz Mróz wkrótce zabierze się za powieści fantasy (na razie "obrobił" powieść kryminalną, historyczną, thriller prawniczy, powieść sensacyjną, political fiction, ale zapowiada już, że będzie też science-fiction, skąd do fantasy ledwie krok). Tam bez problemu będzie mógł używać magii. A zachwycona publiczność z pewnością będzie biła brawo. Na ten czas postaram się o dobre zatyczki do uszu.

Remigiusz Mróz „Kasacja”. Czwarta strona, Poznań 2015.

A gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czym powinien być prawdziwy thriller prawniczy, odsyłam do tego tekstu. Z tezami jego autora w pełni się zgadzam.

niedziela, 12 lutego 2017

H.Nesser "Komisarz i cisza", czyli wsłuchać się w tykanie właściwego zegara

Gdybym wierzyła w horoskopy, przeznaczenia i inne tego typu rzeczy, z pewnością zaczęłabym ten post od stwierdzenia, że przeczytałam cykl dziesięciu książek Håkana Nessera o komisarzu Van Veeterenie akurat teraz, gdyż tak było zapisane w gwiazdach.
Ponieważ jednak we wszystko powyższe nie wierzę, poprzestanę na wyrażeniu zachwytu z powodu tego, że te akurat książki wpadły w moje ręce właśnie teraz, gdy od kilku miesięcy słucham i szukam. Przeznaczenie czy co?;)

Van Veeteren (dla kolegów z pracy VV) to komisarz policji w nieistniejącym mieście Maardam, położonym w znajdującym się nie wiadomo gdzie kraju. Około sześćdziesiątki, rozwiedziony, niemający dobrych relacji z dziećmi, zwłaszcza synem, momentami opryskliwy i przemądrzały. Potrafi wykryć sprawcę każdego przestępstwa, poza jednym – w powracającej niczym zła mantra sprawie G (jej został poświęcony ostatni tom cyklu). Poza tym gustuje w rozrywkach, które przeciętnemu odbiorcy mogą wydać się nietypowe dla policjanta – gra w szachy i badmintona (żeby choć squasha!), jest znakomicie obeznany z literaturą i słucha wyłącznie dobrze dobranej muzyki poważnej.

Czytając kolejne części serii, można poprzestać na skupieniu się na kryminalnych zagadkach, związanych każdorazowo z jednym lub nawet kilkoma zabójstwami. Można, jeśli chce pozbawić się tego, co u Nessera najważniejsze i co było istotne także w drugiej serii jego książek kryminalnych, której bohaterem był inny komisarz policji, tym razem szwedzkiej, Gunnar Barbarotti.

To co odróżnia Nessera od innych autorów znanych mi kryminałów, to obyczajowe tło jego powieści.
Jeśli kogoś interesują realistyczne opisy pracy policji czy patologów sądowych (ach, te krwiste opisy sekcji zwłok), niech nawet nie próbuje sięgać po jego książki, bo przeżyje zawód.
Jeśli natomiast ktoś chce skonfrontować się z szeregiem często bolesnych konstatacji na temat współczesnego świata i ludzkiej kondycji, niech zarezerwuje sobie czas na lekturę dziesięciu wciągających, grubych opowieści.


Paradoksalnie, choć cała seria nazywana jest cyklem o Van Veeterenie (podtytuł na okładce zapewnia, że to „śledztwa komisarza Van Veeterena”), to on sam, po piątej książce „Komisarz i cisza”, pozostaje już tylko postacią drugoplanową. Powraca dopiero w części ostatniej, choć trudno jest powrót ów nazwać triumfalnym. To nie są bowiem książki o ciężkiej pracy dobrych policjantów, która zawsze prowadzi do przykładnego ukarania złych ludzi. Owszem, jej bohaterami są policjanci, będący jednak ludźmi takimi jak my wszyscy, co oznacza, że trafiają się wśród nich i czarne owce. Nie zawsze także udaje się im ukarać tego, który powinien zostać uznany za winnego. Podjęcie decyzji o winie i jej stopniu okazuje się często być trudne, o ile nie niemożliwe.

To co mnie najbardziej poruszyło, to trafność spostrzeżeń dotyczących banalności i powszechności zła w otaczającym nas świecie. I brania na siebie odpowiedzialności za jego zwalczanie.

Nie mam pojęcia w jaki sposób Nesser, do czterdziestki szwedzki nauczyciel gimnazjalny, mógł tak dobrze oddać i zrozumieć to, co dzieje się w głowie człowieka, który na co dzień styka się niemal wyłącznie ze złem, ale mam nadzieję, że nie jest to wynikiem fatalnej kondycji moralnej szwedzkiej młodzieży i ich rodziców.

Prawdziwa idylla. (…) Ciemna, lśniąca tafla wody. Pola dojrzewających zbóż. Tu i ówdzie grupki drzew liściastych i pojedyncze zabudowania w na wpół otwartym krajobrazie. A wszystko to otoczone bezgłośnym lasem iglastym. Armiami milczenia.
I wibrujący letni żar, który sprawiał, że delikatnie pomarszczona woda wydawała się nęcąca nawet tak opornemu pływakowi, jak komisarz Van Veeteren.
Idylla, tak, pomyślał i zaczerpnął głęboko powietrza. Na odległość i zanim się zdrapie wierzchnią skorupę, niemal wszystko wydaje się i piękne, i doskonale uporządkowane. To stara, dobrze znana prawda.”

Nie ciekawią mnie historie o złu oczywistym. O gangsterach, mafiach, bandyckich porachunkach. To świat, od którego można się odizolować, z którym – o ile wybierze się właściwy zawód i miejsce zamieszkania – można się przez całe życie ani razu nie zetknąć. Prawdziwie fascynujące są dla mnie historie o zwykłych ludziach, którzy pewnego dnia – z własnej woli lub przypadkiem – stają się sprawcami przestępstw. Opowiadając o nich można bowiem pokazać całą złożoność świata, który niemal nigdy nie jest czarno-biały.
W czasach, w którym tak wielu z taką łatwością przychodzi wydawać kategoryczne sądy i ustawiać ludzi w jedynych, ich zdaniem, im należnych miejscach, dobrze jest przypomnieć sobie, że to jednak nie tak. Że życie jest zupełnie inne. Że my jesteśmy zupełnie inni. Że czasem możemy tylko odegrać swoje role, w których obsadził nas los. Lub Bóg, jeśli kto woli, choć Van Veeteren z pewnością uznałby tę opcję za błędną.

W najlepszej, moim zdaniem, książce cyklu – „Komisarz i cisza” – pojawia się jeszcze pytanie o odpowiedzialność. O to, jak długo można, trzeba dźwigać brzemię przywracania światu właściwego porządku. Ustawiania dobra i zła na właściwych miejscach. Kosztem siebie.
Wyczerpałem już swoje pensum udziału w cierpieniu – cierpieniu innych.
Może najwyższy czas trochę odpocząć, żeby odpędzić ponure myśli. Nie muszę przedzierać się aż do samego jądra ciemności.”
Van Veeteren ma dość.
To jest perwersja, pomyślał. Pewnego dnia nie wytrzymam już dłużej na tym świecie.
To tylko kwestia czasu.”

Wytrzymałość każdego człowieka jest inna, ale każda jest ograniczona.
Niektórzy ratują się popadnięciem w zobojętnienie i niezastanawianiem się nad cierpieniem innych. Robota jak robota, ważne żeby płacili.
Inni w pewnym momencie mówią: dość. Jedni szybciej, drudzy później. Jeden gotów jest zapłacić taką cenę, inny wyższą.
Czy to, że nie chcę, nie mogę już dłużej ratować świata, świadczy o moim egoizmie?
Czy jestem gotów/gotowa skupić się teraz wyłącznie na sobie, zamykając oczy na to banalne zło, które kryje się za rogiem?

Van Veeteren podjął decyzję i odpowiedział na powyższe pytania.
Zazdroszczę mu tego, że spojrzał na właściwy zegar, gdy nadszedł jego czas.
Bo to tylko kwestia czasu, który na każdym zegarze tyka inaczej.

Håkan Nesser, cykl o komisarzu Van Veeterenie.
Część piątą „Komisarz i cisza”, przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2013.

czwartek, 11 sierpnia 2016

H.Nesser "Człowiek bez psa", czyli kryminał mający w sobie wszystko (poza psem)

Nie jest sztuką napisać byle książkę. Dziś potrafi to niemal każdy, a straszne tego skutki widać w Empikach (nie mylić z księgarnią).
Sztuką jest napisać książkę, która nie będzie tylko głupim czytadłem, ale pozostawi w sobie jakiś ślad w głowach czytelników. Po którą sięgnie wiele osób, bo mądrych książek, których nikt nie czyta mamy już dosyć. Która, będąc pozornie tylko rozrywką w sam raz do pociągu albo na plażę, zmusi do postawienia sobie kilku pytań.

Nie spodziewałam się tego po „Człowieku bez psa”, naprawdę. Tym bardziej, że kryminały o charakterystycznych czarnych okładkach omijałam dotychczas szerokim łukiem, uznając, że seria, której czołową autorką jest Camilla Låckberg, nie może być dobra.
Nesser to jednak całkiem inna liga.

Jedna rodzina. Zwyczajna, jakich wiele zarówno w Szwecji, jak i w Polsce, a i w każdym innym kraju pewnie też.
Starsi już rodzice (ojca poznajemy tuż przed jego sześćdziesiątymi piątymi urodzinami), trójka dorosłych dzieci i wnuki. Pozornie wszystko wszystkim układa się znakomicie – oboje rodzice zakończyli właśnie aktywność zawodową i planują przeprowadzić się do słonecznej Hiszpanii. Ich dzieci (poza jednym – zakałą rodu, cóż taka zdarza się nawet w najlepszej rodzinie) są ustabilizowane życiowo, w trwałych związkach. Wnuki dają nadzieję na to, że w przyszłości będzie się kim chwalić. Rodzinne spotkanie zaplanowane z okazji urodzin, które w tym samym dniu obchodzi zarówno ojciec, jak i jedna z córek, może okazać się więc tylko szeregiem pięknych i szczęśliwych chwil.
Nic bardziej mylnego.

Jasne, jest w tej książce zbrodnia i to niejedna. Nie dążenie do rozwiązania zagadki jest jednak najważniejsze, zwłaszcza że autor niemal od początku celowo naprowadza na jego trop.
O czym więc Nesser chciał napisać? Na to pytanie można odpowiedzieć sobie według własnego uznania.
Poniżej parę pomysłów.

O banalności.
Zło jest banalne. Zło czai się wszędzie. Każdy może stać się zły – to tylko kwestia znalezienia się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. I wyboru. Bo zazwyczaj, niemal zawsze, wybór jest. I to tylko od nas zależy, co wybierzemy.
To jedna z tych chwil, kiedy ludzie dokonują wyborów, którymi rujnują sobie życie, pomyślała.
Co ciekawe, jest to tak głęboko ludzkie.
(…) Gdyby wszystko dobrze się skończyło, a powinno… to może, on i ona (…) za jakiś czas będą się z tego śmiać i będzie to dla nich miłe wspomnienie. Słodka tajemnica, tylko ich, którą do końca życia będą mogli nosić pod sercem. I wyjmować jedynie na krótkie, wybrane chwile.
Tylko w tym roku wyczytałam coś takiego w trzech książkach i pięciu kolorowych gazetach, pomyślała.
Te zdania, wyrwane z kontekstu, wydają się płytkie i banalne. Takie, jak sądzę, miały być. Bo życie złożone jest z pozornie banalnych sytuacji. Które jednak zazwyczaj mogą zakończyć się co najmniej na dwa sposoby. Można pójść drogą na wprost, ale można też skręcić w tę, na początku której stoi znak „zakaz wjazdu”. Czasem prowadzi to do odkrycia nieznanego dotąd przejścia do nowego, wspaniałego świata, a czasem jest wstępem na drogę do piekła. Kto nigdy nie był ciekaw, co pojawi się za zakazem, nie zrozumie. Kto zawsze dokonuje właściwych wyborów, niech nie czyta. U mnie ta akurat, zacytowana wyżej, bohaterka i jej wybory poruszyły jedne z najczulszych ostatnio strun.

O fasadowości.
Ludziom zależy na opinii innych. To stwierdzenie tak samo banalne jak wszystkie zamieszczone akapit wyżej. Wiele rzeczy robimy wbrew sobie, tylko dlatego, że tak wypada, albo inni uważają, że powinniśmy to zrobić. Jeśli ktoś postępuje inaczej, a jego zachowanie ma wpływ na nasz wizerunek, wstydzimy się za niego i siebie samych. Niektórzy z bohaterów Nessera zdają się wstydzić bez granic, do tego stopnia, że gotowi są odciąć się choćby i od własnych dzieci.
Fasadowe są też relacje wewnątrz rodziny głównych bohaterów. Nic nie pomoże tłumaczenie, że mowa przecież o zimnych Skandynawach, a oni są dziwni, w odróżnieniu od nas. Będące osią akcji spotkanie rodzinne większość jego uczestników traktuje jako przymusowe trzy dni w piekle. Wykonują gesty, które należy wykonać w takiej sytuacji, wymieniają uprzejme uwagi, wyrażają pozorne zainteresowanie, modląc się o to, by rozmówca nie pociągnął wątku. Ci, którzy są w oczach świata najlepsi, w finale okazują się największymi przegranymi. Chociaż nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę.

O relacjach.
To łączy się z tym co napisałam wyżej. Ze sztucznością. Z przerażającą klęską rodziny, która jest w istocie niczym innym jak tylko wydmuszką. Nesser niczego nie nazywa przy tym wprost, on tylko opisuje. W sposób, który mrozi. Scena, w której jeden z najmłodszych bohaterów rozmawia ze swoją matką, idealną kobietą sukcesu, która nawet rozmowy z dziećmi przeprowadza według najlepszych, polecanych przez specjalistów, schematów, będzie stała mi przed oczami chyba zawsze, ilekroć będę chciała przeprowadzić poważną rozmowę z którymś z moich synów.
Wyglądała teraz na zmartwioną, autentycznie zmartwioną. No przytul mnie, do kurwy nędzy, pomyślał. I tak nigdy nie spełnię twoich oczekiwań. Przytul mnie i olejmy sprawę.
- Chciałem tylko spróbować… tak mi się wydaje.
- Czego spróbować?
- Jak to jest.
- Co?
- Pić i palić, do kurwy nędzy. Skończ już, nie widzisz, że nie mogę…
Płacz i zrezygnowanie wezbrały w nim gwałtowniej i szybciej, niż się spodziewał; w pewnym sensie był z tego zadowolony. Skulił się nad stołem z twarzą wtuloną w rękaw i płakał. Ona jednak się nie poruszyła i nic nie powiedziała. Po minucie czy dwóch uspokoił się, wstał i poszedł urwać znad zlewu jakieś pół metra papierowego ręcznika. Wydmuchał nos i wrócił do stołu.
Siedzieli jeszcze przez chwilę w ciszy i pomału dotarło do niego, że naprawdę nie zamierza go przytulić. (…) Wymieniliby mnie, gdyby mogli, pomyślał (…). Tak, dawno już wymieniliby mnie na kogoś innego.”

O gliniarzu po czterdziestce.
Tak, to już wiele razy było. Rozwiedziony policjant rozwiązujący mroczne zagadki kryminalne. Nie czytałam zbyt wielu współczesnych powieści kryminalnych, być może dlatego Gunnara Barbarottiego postrzegam jako postać świeżą. Jest zdecydowanie porządniejszy niż Wallander z powieści Henninga Mankella, w każdym razie dużo mniej niż on pije. Jest też zdecydowanie bardziej od niego odważny, jeśli chodzi o branie własnych spraw w swoje ręce. No i te jego zakłady z Bogiem!
Istniało tak wiele nędznych dowodów na istnienie Boga, co do tego Gunnar Barbarotti i Nasz Pan byli całkowicie zgodni. (…) Gunnar poszukiwał – i Bóg zdawał się to całkowicie rozumieć – czegoś solidniejszego. Prostej i racjonalnej metody, która rozstrzygnęłaby kwestię raz na zawsze. (…)
Przedział czasowy ustalono na dziesięć lat. W tym okresie Gunnar Barbarotti będzie sprawdzał rzekome istnienie Pana, kierując do niego modlitwy tak często, jak będzie się to wydawało odpowiednie i uprawnione, a później – w specjalnie do tego celu założonym zeszycie – notował, czy zostały spełnione, czy też nie. (…)
- All right – powiedział Bóg.
- We have a deal – odparł Gunnar, tak jakby ubogi język szwedzki nie był w stanie właściwie wyrazić czy pomieścić w sobie porozumienia tego kalibru.

Tak, „Człowiek bez psa” zostawia ślad, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. A Håkan Nesser to facet, który żyje wystarczająco długo, by wiele zaobserwować, sporo zrozumieć i który do tego umie świetnie pisać.

Håkan Nesser „Człowiek bez psa”, przełożył Maciej Muszalski. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2012.