Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 sierpnia 2018

M.Szymaniak "Urobieni", czyli reportaże, które spłyną szybciej niż pracowniczy pot


Dawno, dawno temu dziwiłam się rozpaczy ludzi, którzy zostali uznani za zdrowych. Wydawało mi się bowiem wówczas, że chyba dobrze jest dowiedzieć się, że nic poważnego człowiekowi nie dolega.

Ponieważ jednak rzecz nie działa się w odległej galaktyce, lecz na polskiej ziemi, po niedługim czasie nie tylko przestałam się dziwić, ale i zaczęłam szczerze kibicować wszystkim próbującym udowodnić, że są ludzkimi wrakami.
Stan ten trwa nadal; najbardziej cieszę się zaś, gdy razem z nimi odkryję, że są chorzy psychicznie, mają ciężką postać padaczki lub też dotknęła ich ślepota.

Powyższe nie świadczy bynajmniej o moim zezwierzęceniu, lecz wyłącznie o dobrej znajomości krajowego rynku pracy. Na tym bowiem liczą się wyłącznie ciężko chorzy, najlepiej niezdolni z tego powodu do samodzielnej egzystencji.
W internecie pełno jest ogłoszeń podobnych do tego zacytowanego niżej:

Zatrudnimy na pełen etat osobę na stanowisko kierowca, pracownik rozlewni gazu i stacji LPG.

Osoba zatrudniona na tym stanowisku będzie odpowiedzialna za dostawy towaru do wyznaczonych miejsc, napełnianie butli, tankowanie aut, ewidencję sprzedaży.
Wymagania:
• Przynajmniej podstawowa znajomość obsługi komputera,
• Umiejętność organizacji czasu pracy,
• Prawo jazdy kat B, doświadczenie w prowadzeniu samochodów,
• Wysoka motywacja do pracy,
Mile widziane osoby z umiarkowanym lub znacznym stopniem niepełnosprawności.

Gwoli wyjaśnienia: zgodnie z definicją ustawową, do znacznego stopnia niepełnosprawności zalicza się osobę z naruszoną sprawnością organizmu, niezdolną do pracy albo zdolną do pracy jedynie w warunkach pracy chronionej i wymagającą, w celu pełnienia ról społecznych, stałej lub długotrwałej opieki i pomocy innych osób w związku z niezdolnością do samodzielnej egzystencji.
Z kolei do umiarkowanego stopnia niepełnosprawności zalicza się osobę z naruszoną sprawnością organizmu, niezdolną do pracy albo zdolną do pracy jedynie w warunkach pracy chronionej lub wymagającą czasowej albo częściowej pomocy innych osób w celu pełnienia ról społecznych.

Bardziej istotne jest jednak to, że za każdą taką osobę PFRON płaci pracodawcy 1800 zł – jeśli zatrudniona osoba jest niepełnosprawna w stopniu znacznym lub też 1125 zł w związku z zatrudnieniem pracownika o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności. Kwoty te mogą zostać podwyższone o 600 zł, jeśli niepełnosprawność jest spowodowana m.in. chorobą psychiczną, epilepsją czy utratą wzroku. Zatrudnienie osoby tylko lekko niepełnosprawnej jawi się więc w tym kontekście jako zupełnie nieopłacalne – PFRON płaci bowiem za nią tylko 450 zł. O zdrowych nie warto nawet wspominać. Bycie zdrowym kandydatem na pracownika to w Polsce prawdziwe nieszczęście.
Bez znaczenia jest przy tym to, że być może, obiektywnie rzecz biorąc, osoba niezdolna do samodzielnej egzystencji nie jest najlepszym kandydatem do pracy przy przewożeniu i napełnianiu butli z gazem. Pracodawca jest bowiem z pewnością dobrze ubezpieczony od ewentualnych następstw nieszczęśliwych wypadków, a już w trakcie sprzątania po wybuchu  będzie mógł przebierać w kandydatach na następcę świętej pamięci niepełnosprawnego nr 1.

Dawno, dawno temu, tj. na początku tego wieku, gdy zaczynałam zajmować się polskim rynkiem pracy w praktyce, dziwiłam się bardzo wielu rzeczom i zjawiskom. Teraz, blisko dwie dekady później, jestem mądrzejsza o tyle, że wiem, że nie istnieje takie świństwo, którego polski pracodawca nie byłby gotów popełnić. Jedyne co mnie jeszcze niekiedy dziwi, to brak śladów jakiejkolwiek refleksji u osób traktujących podwładnych jak podludzi. Ale pomału przywykam i do tego.


Zbiór reportaży o pracy „Urobieni” to historie osób pracujących w Polsce, zanotowane bez zdziwienia przez Marka Szymaniaka. W kolejnych rozdziałach swojej książki w zasadzie beznamiętnie prowadzi on czytelnika przez kolejne historie ze świata polskiej pracy. Szereg osób: kobiet i mężczyzn, młodych i starszych, podzieliło się z nim swoimi, zazwyczaj nader gorzkimi, doświadczeniami. Poruszone zostaną tematy przekształceń polskiego rynku pracy, wypaczeń w systemie zatrudniania osób niepełnosprawnych, pracy w oparciu o tzw. umowy śmieciowe, zatrudniania pomocy domowych, sytuacji pracujących w Polsce Ukraińców. Mowa też będzie o systemach sprzedaży bezpośredniej, molestowaniu seksualnym w pracy, emigracji zarobkowej, korporacjach, problemie braku czasu wolnego od pracy, marginalizacji związków zawodowych. Wreszcie, w ostatnim rozdziale, niczym chusteczka podana dla otarcia łez, pojawi się też głos tych, którym się udało.

Z całym szacunkiem, ale nic nowego, nie tylko dla kogoś, kto jak ja, wysłuchał i wysłuchuje nadal setek takich historii, ale i dla większości potencjalnych czytelników tego zbioru. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można bowiem założyć, że po książkę wydaną przez Wydawnictwo Czarne, napisaną przez autora, który dotychczas publikował wyłącznie w mediach kojarzonych z jedną stroną obecnej sceny publicznej w Polsce (TVN24, Gazeta Wyborcza, Newsweek), sięgną raczej tylko czytelnicy o określonych poglądach, którzy o wszystkich omawianych przez Szymaniaka problemach już czytali, właśnie na łamach przywołanych mediów. Nie sposób też nie zauważyć, że wezmą ją do ręki tylko ci, którzy w ogóle czytają cokolwiek innego niż raporty giełdowe. Krąg zainteresowanych wydaje się więc być nader wąski.

Autor nie udaje zresztą, że odkrywa Amerykę; każdy rozdział kończy swego rodzaju podsumowaniem czy wyjaśnieniem, obficie korzystając (co uczciwie wyjaśnia w obszernej bibliografii) z szeregu artykułów publikowanych na łamach papierowych czy internetowych wydań…, tak, głównie Gazety Wyborczej i TVN24. Podpiera się także często poglądami nieco starszego kolegi, Rafała Wosia, który jednak od lat konsekwentnie podąża własną drogą i którego zakres poszukiwań znacznie wykracza poza dobrze mu znane, bezpieczne miejsca.

Nie piszę tego bynajmniej, by z gruntu krytykować Marka Szymaniaka. Przeciwnie, doceniam, że napisał przyzwoite reportaże, wykonał solidną pracę, powściągnął naturalne w przypadku takich tematów skłonności do grania na tanich sentymentalnych nutach i w ogóle wydaje się być bardzo przejęty. Z całym jednak szacunkiem, ale to za mało.
Nie widzę szans, by ta książka zapoczątkowała jakiś przełom w myśleniu o pracy w Polsce. Aby otworzyła komukolwiek oczy. Ci, którzy kiedyś nie wiedzieli, dowiedzieli się już dawno. Jeśli chcieli, zrobili z tej wiedzy użytek. Albo po prostu przyjęli do wiadomości, tak jak przyjmą do wiadomości istnienie tej książki. Przeczytają, może i nawet wzruszą się lub oburzą, po czym odłożą na półkę.
Pozostali pozostaną przy swoich poglądach. Chociażby takich, jakie wyłożył w ostatnim numerze „Dużego Formatu” (dodatku do – a jakże! – Gazety Wyborczej) człowiek sukcesu, milioner, Bogusław Filipiak.


„Dziś na rynku pracy nie ma żadnego wyzysku pracowników. (…) Dziś to pracownik jest panem i nie da się wyzyskiwać. I wcale nie mówię o informatykach czy menedżerach po Harvardzie. Myślę o hydraulikach, stolarzach, cieślach, itd. Zresztą o wszystkich ludziach, którym chce się pracować.
Jeżeli masz ochotę pracować, możesz pojechać do Niemiec zbierać szparagi i zarabiać dobre pieniądze. Czy jesteś wyzyskiwany? Nie. Zarabiasz dużo więcej niż w Polsce Jeśli chcesz pracować, możesz w Szwajcarii za dobre pieniądze kosić trawę. Czy jesteś wyzyskiwany? Nie.(…)
A co z pensjami nauczycieli, pielęgniarek czy ratowników medycznych?
Powtarzam: każdy, kto nie jest zadowolony ze swojej pensji, za granicą może zarobić więcej.
Pewnie zaraz pan nas przekona, że pani sprzątajaca też może dyktować warunki pracodawcy?
A jak?! Pani sprzątająca też nie da się wyzyskiwać, bo jak w Polsce będzie dostawała grosze, to wyjedzie za granicę. (…)
Szwajcarzy nie wpuszczą pracownika z Polski.
Na 90 dni można przyjechać do pracy.
I co ma zrobić ta kobieta po 90 dniach?
To niech jedzie do Anglii czy Niemiec. Tam też dobrze zarobi.
Dla pana to takie łatwe. Spakować się i wyjechać. A jak ktoś tu ma rodzinę, dzieci? Wolałby w Polsce godnie zarabiać i z rodziną mieszkać?
Ja tylko mówię, że pracownicy mają wybór. Chcą zarobić więcej, mogą wyjechać. Pasuje im to, co jest, mogą zostać w kraju.”

Cyniczny czy arogancki? Może jedno i drugie, a może żadne z nich. Nie wiem czy pan Filipiak cokolwiek czyta. Jeśli jednak sięgnie po „Urobionych”, nie wątpię, że nic z nich nie zrozumie. Bo nie chce rozumieć. A to tacy jak on dyktują dzisiaj warunki na rynku pracy.
Tak więc, szanowny autorze, panie Marku Szymaniaku, mam dla pana złą wiadomość. Chyba urobił się pan bez sensu.

Marek Szymaniak „Urobieni. Reportaże o pracy.” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.
Dziś pracownik jest panem – z Januszem Filipiakiem rozmawiają Leszek Kostrzewski i Piotr Mączyński. „Duży Format”, 20.08.2018 r., nr 32/1297.

niedziela, 1 stycznia 2017

"Przekrój" nr 1134/1967, czyli 50 lat temu (odc. 14)

50 lat temu, 1 stycznia 1967 roku, redakcja „Przekroju” – tak samo jak wszystkie redakcje gazet ukazujących się obecnie - robiła podsumowania minionego roku i składała czytelnikom życzenia.




Wyliczano kto zmarł w roku 1966 (m.in. Jan Brzechwa, Stanisław Cat Mackiewicz, Anna Achmatowa, Evelyn Waugh, Stanisław Jerzy Lec, Zofia Starowiejska-Morstinowa, Montgomery Clift, Jan Kiepura, Tadeusz Bór Komorowski, Elizabeth Arden i Walt Disney).


Pytano czytelników co szczególnego przytrafiło im się w tymże roku (Aziza Święcicka, maturzystka: „Zdałam maturę. Pojechałam z mamą na wycieczkę do Budapesztu. Czy mogą być cudniejsze przeżycia na świecie?”).




Udzielano ostatnich sylwestrowych porad: „Przypadkiem nie wpadnij na pomysł w ostatniej chwili, że nie pójdziesz, bo nie masz w czym, zmuszając wszystkich, żeby cię błagali i psując wieczór Twojemu partnerowi. Oczywiście, że nie masz w czym, nikt nie ma w czym, albo jeżeli ma to jest to okropne. Albo fryzura straszna. Albo się dzisiaj właśnie brzydko wygląda. Znam to doskonale, bo też nie mam w czym pójść i okropnie wyglądam, więc Cię rozumiem Czytelniczko, ale niech to wszystko zostanie między nami.”

Tym zaś, którzy (a raczej które) chcieli nabyć na sylwestrowe i karnawałowe bale nową kreację, podsuwano propozycję wprost z Paryża, na każdą kieszeń:

Jeden z dyktatorów mody, Paco Rabanne, przedstawił niedawno kolekcję sukien wieczorowych z… papieru. Strój taki z odległości 2 metrów przypomina do złudzenia najwytworniejszą kreację, kosztuje zaś tyle, co 4 pary pończoch. Problem taniej sukni sprowadza się do tego, czy wytrzymuje ona bez uszczerbku kilka godzin zabawy czy balu. Francuska dziennikarka, Catherine Nay, postanowiła wytestować taki strój. Oto jej notatki:

21.00 Z wielkim trudem wciągam suknię (długa, princesse, ozdobiona różyczkami ze staniolu). Pęka jedno ramiączko. Naprawiam przy pomocy klejącej taśmy.
22.00 Wsiadanie i jazda samochodem niebezpieczne. Gubię 3 różyczki. Zimno mi.
23.00 Pierwsza próba – taniec. Mój partner, zauważając z bliska strój, jest nieco zdziwiony. Drugim tańcem jest szybki jerk. Nie mogę ryzykować zniszczenia sukni. Odpadają jeszcze dwie różyczki, wycofuję się z parkietu.
24.00 Pęka drugie ramiączko. Naprawiam, przyklejam różyczki. Zapalam papierosa. Znajomi pytają, czy nie boję się zapalić sukni.
24.30 Słyszę pękanie papieru i chłód w okolicy żołądka. Pierwsza poważna kraksa – spore zadarcie. Naprawiam.
1.00 Wyciągam rękę po szklankę i słyszę następny trzask. Tym razem pęknięcie na plecach. Nie mogę naprawić na sali. Wychodzę.
2.00 Wracam, naprawiwszy zniszczenia. Czuję, ze na plecach taśma klejąca przylgnęła do skóry. Trudno. Zgubiłam jeszcze kilka różyczek. Suknia jednak nadal jest piękna i wytworna.
Wnioski: Strój z papieru jest niewygodny, ale ogromnie zabawny w noszeniu. Kilka godzin prawdziwego suspensu, czyli nerwowego napięcia.”

Wreszcie, spisywano noworoczne postanowienia, życząc (sobie i innym), aby udało się je zrealizować:

Nie palić więcej niż 32 papierosy dziennie (wliczając w to noc);
Dobierać sobie starannie nieprzyjaciół (z Oscara Wilde’a);
Nie mówić źle o sobie, nawet o własnym zdrowiu;
Nie zadawać się z ludźmi, którzy są na diecie odchudzającej;
Nie kupować niczego tylko dlatego, że trzeba po to stać w ogonku;
Nie całować cudzych dziatek, chyba że ma się katar;
Nie dawać nikomu rad; te, które się ma, chować dla siebie;
Nie brać żadnych nowych leków, stare są wystarczająco szkodliwe;
Nie poznawać ze sobą swoich przyjaciół, sprzysięgną się prędzej czy później przeciwko tobie;
Nie obgadywać cudzych psów, nawet kiedy są poza zasięgiem twojego głosu;
Nie przepowiadać, nie wróżkować, chyba że się wie na pewno;
Nie pokazywać kolan nikomu, z wyjątkiem myśliwych;
Dotrzymywać terminów, choćby to cię miało narazić na miano nudziarza i wazeliniarza;
Na spotkania z kobietami spóźniać się tylko 10 minut, z mężczyznami tylko 15 minut (dla płci odmiennej odwrotnie);
Czytać jedną polską powieść miesięcznie, a jeżeli nawet nie czytać, to kupować;
Nie kupować za ciasnych pantofelków, żeby były nawet najpiękniejsze i najmodniejsze;
Nie jechać tramwajami na gapę. Trolejbusami też nie;
O żywych nie mówić nic złego; jeżeli już musimy się wyżyć, mówić źle o nieobecnych, na przykład o Dantem lub Juliuszu Cezarze;
Gadulstwo to wada. Nie bać się milczenia, od tego jeszcze nikt nie zachorował;
Pamiętać, że nie ma nic niemodniejszego niż zeszłoroczny ostatni krzyk mody;
Nie chwalić własnych dzieci, psów, własnego zdrowia, własnych utworów, mebli, przodków, przepisów kulinarnych, poglądów, powiedzeń, dowcipów, krewnych, pomysłów, własnych osiągnięć, zarobków, sukcesów, chorób, wyników sportowych, szczęścia w kartach i temu podobnych rzeczy, bo można to wszystko uroczyć, a co wtedy???”

A ponieważ wszystko to wydaje się nadal w pełni aktualne, zaś w świeżo reaktywowanym „Przekroju” nie zamieszczono (zdaje się, bo ciągle jestem w trakcie lektury) żadnych podobnie pogłębionych noworocznych życzeń, na tym poprzestanę.

Najlepszego! 

niedziela, 2 października 2016

"Przekrój" nr 1021/1966, czyli 50 lat temu (odc. 13)

„Przekrój” datowany na 2 października 1966 roku sporo miejsca poświęcił książkom.




Poza stałym cyklem „Czytać albo nie czytać”, prezentującym wydawnicze nowości (tym razem nic ciekawego, poza nieznanym mi dziełem Antoniego Słonimskiego „Jawa i mrzonka”), całą stronę zajęła ankieta skierowana przez redaktorów „Przekroju” do dyrektorów czterech największych ówcześnie polskich wydawnictw, tj. Państwowego Instytutu Wydawniczego, Książki i Wiedzy, Czytelnika oraz Państwowego Wydawnictwa Naukowego. Każdy z nich miał odpowiedzieć na pięć pytań, w tym o wysokość nakładów i ilość zatrudnianych osób, najbardziej rozchwytywaną przez czytelników książkę, książkę uważaną za najwybitniejsze osiągnięcie wydawnictwa, wschodzącą młodą gwiazdę polskiej literatury oraz ulubioną książkę dyrektora wydawnictwa.


Po zapoznaniu się z treścią odpowiedzi popadłam w głęboką zadumę, by nie powiedzieć: w stupor dysocjacyjny.
Taką reakcję wywołały u mnie głównie podawane w tekście liczby.

Adam Ostrowski z PIWu wyznał bowiem, że jego wydawnictwo w każdym roku publikowało wówczas 220 książek w łącznym nakładzie 4 milionów egzemplarzy! Z kolei „Czytelnik” w roku 1966, licząc do lipca, wydał 5200 tytułów w nakładzie, phi!, ledwie 90 milionów egzemplarzy. Każde z wydawnictw zatrudniało zarazem imponującą liczbę pracowników: PIW – 158 osób, w tym 50 redaktorów i 19 korektorów („prawie wszyscy z wyższym wykształceniem, przeważnie polonistycznym”); „Książka i Wiedza” – 226 osób, w tym 92 redaktorów; „Czytelnik” – 145 osób, w tym 52 redaktorów, zaś PWN – 848 pracowników, w tym 298 redaktorów.
W stupor można popaść, rozważając każdą z tych kwestii z osobna, by nie wspomnieć o wszystkich naraz. Nie mam wprawdzie dostępu do jakichkolwiek aktualnych danych dotyczących jakichkolwiek wydawnictw, ale śmiem postawić tezę, że milionowych nakładów (nieważne: w przypadku pojedynczej książki czy wszystkich wydawanych łącznie) żadne z nich na oczy nie widziało. Zaryzykowałabym także uwagę, że gdyby zapytać obecnie o liczbę zatrudnianych osób, oczekując wyłącznie danych dotyczących osób zatrudnianych w oparciu o umowy o pracę (w 1966 nikt nie słyszał o „śmieciówkach” czy też o konieczności założenia własnej działalności gospodarczej), dane byłyby raczej nędzne (mam przy tym wrażenie, że niektóre ze współczesnych wydawnictw nigdy nie wpadły na możliwość zatrudnienia jakiegokolwiek redaktora, a słowo „korektor” kojarzy im się wyłącznie z przyrządem piśmienniczym).

Dalsza lektura tej ankiety dostarcza kolejnych wstrząsów, kto wie, czy jeszcze nie groźniejszych dla zdrowia.
Dyrektor PIW-u, Adam Ostrowski, wyznaje bowiem oto: „Niemal wszystkie książki PIWu znikają błyskawicznie z księgarń, a większość z nich sprzedaje się praktycznie spod lady. Od wielu lat sprzedajemy ok. 95% naszych książek już w roku ich wydania, co jest oczywiście zjawiskiem anormalnym i niezdrowym, gdyż książki powinny znajdować się w księgarniach w niektórych wypadkach nawet po 10 latach od wydania.

Czy widział ktoś dyrektora, menadżera z prawdziwego zdarzenia, który chciałby sprzedawać swój towar w ciągu 10 lat?

Czy widział ktoś książkę, która jest w stanie przeleżeć cierpliwie 10 lat na księgarnianej półce?
Łatwiej chyba bezpańskiemu psu z Nowego Jorku umknąć ze szponów rakarza (tak, byłam z dziećmi w kinie na „Sekretnym życiu zwierzaków domowych”), niż współczesnej książce uniknąć skierowania na przemiał po ledwie kilku latach od jej wydania.

Jeszcze gorzej robi się czytającemu, gdy zapozna się z dalszym wyjaśnieniem dyrektora Ostrowskiego, odnoszącym się do tej samej kwestii (tj. zbyt szybkiego znikania książek z półek).
Tłumaczy on bowiem tak: „Przyczyny tego stanu są ogólnie znane: ciągle jeszcze mamy zbyt mało papieru, a ponadto – co obecnie jeszcze bardziej daje się we znaki – nasz zacofany przemysł poligraficzny nie jest w stanie zaspokoić potrzeb wydawców”.

Czyli: gdyby było więcej papieru, a przemysł poligraficzny nie był zacofany, nakłady w roku 1966 byłyby jeszcze wyższe?
Doprawdy, zwykłe westchnięcie (choćby głębokie) nie pozwala na danie upustu emocjom.

Na szczęście (w każdym razie z punktu widzenia czytającego ten tekst w roku 2016), także w roku 1966 nie wszystko udawało się tak, jak sobie to panowie dyrektorzy wyobrażali.
Stanisław Wroński z „Książki i Wiedzy”, opowiadając o najwybitniejszym, jego zdaniem, osiągnięciu wydawnictwa, twierdził bowiem tak: „mogę wymienić dwutomowy album pt. „Polska 1944-1965”. Do tego co o nim napisał Karol Małcużyński, prof. Konstanty Grzybowski, dyr. R. Tomaszewski i wielu innych, mógłbym dodać moje osobiste przypuszczenie, iż w miarę upływu czasu będzie on coraz bardziej interesujący. Za lat 20 czy 50 pożółkłe jego kartki przeglądane przez nowych czytelników będą swego rodzaju przenośnikiem chwili historycznej, atmosfery przeszłości, której rangę właściwą nada dopiero odległa przyszłość.”

Obawiam się, że dziś, czyli 50 lat później, pożółkłych kartek tego albumu nie przegląda niemal nikt (i to mimo że bez problemu, za całkiem małe pieniądze, można go kupić czy to na allegro, czy to w antykwariatach), toteż i nikt nie jest w stanie poczuć zapowiadanej atmosfery przeszłości we właściwej randze. Gdyby jednak ktoś był gotów podjąć to wyzwanie, proszę donieść o wrażeniach. Jeśli nie uda się dziś, to może za kolejnych 50 lat?

PS. Szanownych PT Czytelników tego bloga pragnę w tym miejscu poinformować, że mimo wszelkich starań nie jestem w stanie obiecać, że kolejne wpisy będą pojawiały się w miarę regularnie. Co więcej, nie jestem w stanie obiecać, że będę mogła czytać cokolwiek, co pojawia się na innych, zacnych i wielce przeze mnie cenionych, blogach. Borykam się ostatnio z szeregiem problemów, natury znacznie poważniejszej niż brak weny i brak czasu. Czy i kiedy uda mi się je rozwiązać, nie wiem. Zapewniam jednak, że nie ustaję w wysiłkach:)

niedziela, 31 lipca 2016

"Przekrój" nr 1112/1966, czyli 50 lat temu (odc. 12)

„Przekrój” datowany na ostatni dzień lipca 1966 roku sporo uwagi poświęcał kobietom.


Już na pierwszej stronie Kajetan Kotowicz w poświęconym wędkowaniu tekście „Wszystkie rybki” z uznaniem opisywał wędkarskie przygody własnej żony. Odnotował przy tym, że Polski Związek Wędkarski liczył w owym czasie 269.793 członków, w tym tylko 1.182 kobiety (raptem 0,44% spośród wszystkich zrzeszonych w tym czasie w PZW osób). 
Patrząc na zdjęcia zamieszczane obecnie na internetowej stronie PZW, przypuszczam, że ów procent nie wzrósł jakoś bardzo znacząco. Z drugiej jednak strony, jeśli kobiety zabierają się za wędkowanie, zazwyczaj wkładają w to całe serce. Nie wątpię, że o niejakiej pani Beacie Radeckiej, która tydzień temu wygrała nocne zawody wędkarskie zorganizowane w Krapkowicach, można by napisać co najmniej to samo, co pół wieku napisał pan Kotowicz o swojej małżonce:
„(…) jeśli ta kobieta, która mdleje na widok karalucha, pieczołowicie faszeruje białe robaczki czosnkiem, to sami rozumiecie." 

Clementine Churchill
źródło zdjęcia
Połowę jednej ze stron poświęcono także żonie Winstona Churchilla, lady Clementine. Przyznam szczerze, tekst czytałam z rosnącym podziwem. Od dawna wiem jednak, że dyplomacja (również małżeńska) nie jest moją najmocniejszą stroną.
Nieznany autor zamieszczonego w "Przekroju" artykułu tak opisywał niektóre tylko z wielu wyzwań, jakie na co dzień stawały przed panią Churchillową:
Churchill był człowiekiem raczej uciążliwym w życiu codziennym. Miał pewne przyzwyczajenia, z których nie chciał rezygnować za żadną cenę. Takim przyzwyczajeniem były jego uroczyste niemal kąpiele. Brał ich co dzień dwie. W południe i koło wpół do ósmej wieczorem. Przez pięćdziesiąt kilka lat małżeństwa lady Churchill nigdy nie udało się go nakłonić do wcześniejszego wyjścia z wanny (siedział w niej strasznie długo), nawet jeśli na kolacji byli goście. W wannie recytował bez końca Szekspira albo powtarzał przemówienia, które wygłosić miał w Izbie Gmin.(…)
Churchill był człowiekiem niepunktualnym i… wielkim smakoszem. (…) [Lady Churchill] obliczyła, że w ciągu ich małżeństwa przygotowała ponad dziesięć tysięcy wykwintnych obiadów. Ulubionym daniem sir Winstona był kawior, wołowina, owoce w marcepanie. Tracił jednak wszelką miarę na widok bitej śmietany. (…) Oczywiście tył. Tu jednak lady Churchill była bezsilna. Równie bezowocna była jej walka z alkoholem. Osiągnęła tylko jedno, że sir Winston przesunął godzinę pierwszej whisky. Zwykle pijał ją o wpół do dziesiątej. Drogą kompromisu ustalono, że wypijać ją będzie o godzinę później.

Kobiece nawiązania (w tym razem klasycznym stylu) pojawiły się nawet w rubryce „Słuchać czy nie słuchać”, w tym numerze poświęconej omówieniu szeregu płyt z nagraniami Antoniego Dworzaka.
Nie wiem kto tworzył tę rubrykę, ale z pewnością gdyby osoby odpowiedzialne dziś za promocję muzyki poważnej przeczytały z uwagą wszystkie jego teksty, wyciągając stosowne wnioski, z pewnością od jutra filharmonie stałyby się najbardziej obleganymi miejscami w tym kraju. Ot, taka choćby wzmianka:
Czy zdarzyło ci się wracać wieczorkiem do domu, trochę skwaszonym – że nudno, że w domu nic ciekawego, kolacja z resztek obiadu, żona z wydatkami, którą znasz, zbyt dobrze wszystko znasz? (…) Otóż jeśli, ku twemu zdziwieniu, w pustym mieszkaniu zastaniesz kartkę od żony: „Wyjechałam na 3 dni z Zosią, cielęcina w lodówce”, oraz kopertę z nadrukiem a wewnątrz zawiadomienie, że na twoją ćwiartkę padło 125 tysięcy, a na dobitek w łazience będzie się kąpała szwedzka gwiazda filmowa Ursula Andress, bo w hotelu nie było pokoju, możesz śmiało zawołać: NIESPODZIANKA!
Otóż równie wielką niespodzianką będzie dla ciebie zapoznanie się z twórczością DWORZAKA Antoniego (1841-1904). Jak rzep przyczepiono mu określenie „epigon Brahmsa”. Jeśli nawet Brahms był artystą jeszcze wyższego lotu, to z tego nie wynika, że słuchanie Dworzaka nie da ci ogromnych rozkoszy.

Także redagowana przez niejaką Aleksandrę stała rubryka „Listy o filmie” poświęcona była premierom filmów, w których główne role grały kobiety. Polskim filmem, który wchodził latem 1966 roku na ekrany kin (premiera miała miejsce 20 lipca) był jeden z moich ulubionych filmów wszechczasów – „Lekarstwo na miłość”, adaptacja „Klinu” Joanny Chmielewskiej z będącą wówczas w rozkwicie urody Kaliną Jędrusik w roli głównej.
Nie będzie przesadą gdy napiszę, że to ten właśnie film stworzył (obowiązujący do dziś) mój wzorzec kobiety. To po jego obejrzeniu ukształtowały się moje wyobrażenia dotyczące tak typu urody, fryzury czy makijażu, jak i strojów.
Swego czasu na blogu „Agnieszka o modzie” zamieszczono świetną analizę tego filmu, dokonaną właśnie pod kątem mody. Szczerze polecam i tekst, i film.


By pozostać przy filmie: w „Mieszance firmowej” donoszono, iż „reżyser Jerzy Hoffman przygotowuje się do realizacji historycznego superfilmu „Pan Wołodyjowski” (kolor, szeroki ekran). Początkowo kandydatami do roli tytułowej byli Michnikowski i Łomnicki. Wydaje się jednak, że tych dwóch świetnych aktorów pogodzi amator, tyle że znakomicie władający szablą: Wojciech Zabłocki, jeden z naszych czołowych szermierzy.
Jak wiadomo, reżyser ostatecznie zdecydował się na Tadeusza Łomnickiego. I chyba dobrze, bo – szczerze powiedziawszy – nijak nie jestem w sobie w stanie wyobrazić Wiesława Michnikowskiego w roli Małego Rycerza.


Na zakończenie literackie doniesienia o nowościach sprzed półwiecza.
Jak zwykle sporo wśród nich pozycji dotyczących II wojny światowej. Dwadzieścia lat od zakończenia wojny to był zdaje się odpowiedni czas, by pewne historie dojrzały do tego, by je z siebie wyrzucić. W lipcu 1966 ukazały się więc (obie tak samo mi nieznane): „Dolina Jozafata” Małgorzaty Hołyńskiej („o grupie dziewcząt różnych narodowości; po przejściach więzienno-obozowych wywieźli je Niemcy do pracy we Francji i Niemczech. Przeżycia, często tragiczne, ale przez pryzmat młodości. Czasem i humor. Wartka akcja.”) oraz „Czysta krew” Salomona Strausa-Marko („Jedna z niezwykłych wojenno-okupacyjnych historii. Autor wspomnień, Żyd, przedzierzgnął się w Ukraińca i doszedł nawet do dość eksponowanego stanowiska w hitlerowskiej machinie wojennej. Spryt i odwaga pozwoliły mu przeżyć, mimo że prowadzi cały czas niebezpieczną grę, współpracując z ruchem oporu. Dokumentalne zdjęcia.”).



W rubryce znalazły się ponadto wzmianki o kilku innych - jak się wydaje, interesujących - książkach:
Waldemar Babinicz (czy ktoś kiedykolwiek słyszał o takim autorze?) „Ludzie to powiedzieli” – „5 opowiadań; oprócz jednego wszystkie o tematyce współczesnej, umieszczone w realiach wsi i jej obyczajów. Pisane trochę z przymrużeniem oka; w konwencji typowego dla wsi (autor zna ją dobrze) dobrotliwie żartobliwego patrzenia na życie.”
„Kryształowy sześcian Wenus” – „Wybór 12 opowiadań fantastyczno-naukowych, dający przegląd tego rodzaju najnowszej twórczości amerykańskiej. Czołówka autorska tego gatunku. Kto lubi – ma pasjonującą lekturę. Wybór i wstęp J. Stawińskiego.”



I wreszcie jedyna w tym zestawie książka, którą mam (co wcale nie znaczy, że czytałam) – „Ikar” Jana Józefa Szczepańskiego: „Temat i bohater – wzięci z historii: 20-letni emigrant Antoni Berezowski, który dokonał zamachu na cara przebywającego z wizytą w Paryżu (1867) skazany na dożywotnie galery w Nowej Kaledonii. Proza b. współczesna. Czyta się.

Wówczas (wydanie I) „Ikar” został wydany przez „Czytelnika” w nakładzie 10 tysięcy egzemplarzy; blisko 30 lat później, w roku 1982 ten sam wydawca do „Ikara” dorzucił jeszcze „Wyspę” (być może dlatego nie mogę się za to zabrać – grubość mnie odstrasza!), a nakład zwiększył do 30.320 egzemplarzy. Ech! 

piątek, 22 lipca 2016

"Przekrój" nr 1111/1966, czyli 50 lat temu (odc. 11)

22 lipca 1966 roku, tak samo jak dzisiaj, był piątek.
Nie był to jednak zwykły piątek, taki jak dzisiaj. Był to bowiem piątek świąteczny – 22 lipca (obecnie E. Wedel).


Na drugiej stronie datowanego na ten szczególny dzień numeru „Przekroju” redakcja zamieściła krótkie objaśnienie. Z myślą o młodszych czytelnikach tego bloga, mając także na uwadze to, że nasza obecna rzeczywistość (w każdym razie polityczno-społeczna) coraz bardziej zaczyna przypominać tę sprzed pół wieku, zamieszczam poniżej obszerne cytaty:

Przed 22 laty na wyzwolonym skrawku ziemi w Chełmie Lubelskim objął władzę Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego – pierwszy rząd Polski Ludowej. Metryką jej urodzin stał się Manifest Lipcowy. Sprecyzował wizję Polski społecznie sprawiedliwej, gospodarczo silnej, politycznie znaczącej na mapie świata.(…)
Stało się tradycją, że w każdą rocznicę lipcową dokonuje się bilansu dorobku, który jest wspólnym dziełem umysłów i rąk naszych. Tak jest i teraz w dwudziestą drugą rocznicę. Ale tę rocznicę obchodzimy w roku wyjątkowym, zamykając TYSIĄCLETNI rozdział historii Polski.(…)
Jaka jest Polska roku 1966, otwierającego nowe tysiąclecie?
- Jesteśmy jednym z najmłodszych społeczeństw Europy. Ponad 40 proc. obywateli liczy poniżej dwudziestu lat. Blisko 70 proc. nie przekroczyło czterdziestki, 65 lat i więcej ma zaledwie 6,5 proc.
- W tym roku zrówna się ilość mieszkańców miast i wsi. Po raz pierwszy w dziejach kraj nasz przekroczy próg, oznaczający wysoki stopień urbanizacji i rozwoju gospodarczego. Zajmiemy szóste miejsce w Europie.
- Wkrótce także zrówna się ilość Polaków zatrudnionych w rolnictwie i leśnictwie z liczbą pracujących w przemyśle i innych dziedzinach gospodarki narodowej.(…)
A przecież nie tak bardzo odległe są czasy kiedy 70 proc. Polaków zajmowało się tylko rolnictwem i należeliśmy do krajów o najniższym odsetku ludności miejskiej. Nie tak dawne są czasy, w których likwidowaliśmy zmorę przeszłości – analfabetyzm.”

Nie wiem, bo nie oglądam telewizji i staram się nie czytać wiadomości (w każdym razie tych krajowych), ale mimo wszystko mam wrażenie, że 50 lat później tchniemy nieco mniejszym optymizmem. Kołacze mi się coś o jakiejś ruinie…

Rubryka „Czytać albo nie czytać” także bardzo optymistyczna.
Jej przełożenie na współczesne realia już niekoniecznie.
W lipcu 1966 roku ukazał się bowiem (w nakładzie 20.000 egzemplarzy!) m.in. „Piłat” Magdy Szabó, opisany przez „Przekrój” jako „powieść współczesna, o kobietach. Życie matki i córki pod jednym dachem. Konflikt pokoleń, problem starości, narastający dramat. Dobra proza”.
Sprawdzam dostępność w mojej bibliotece. Odpowiada mi tylko informacja "egzemplarze wycofano".
50 lat, jak widać, dla książki to zbyt wiele…

W dziale „Sensacyjne” redakcja donosiła z kolei o ukazaniu się drugiej „przyjemnej i dowcipnej” powieści pewnej autorki. Notka o treści nader lakoniczna, acz zachęcająca: „Środowisko warszawskich architektów. Czyta się.”
Owszem, chodzi o Joannę Chmielewską i „Wszyscy jesteśmy podejrzani” (pierwszą wydaną jej książką był „Klin”).
Jakieś dwa miesiące temu ponownie (nie zliczę już który raz) przeczytałam. Niestety, nie w wydaniu z 1966, w serii „z jamnikiem”, ale i tak czytało się znakomicie.

I wreszcie najważniejsza, zdaje się, wydana ówcześnie pozycja.
źródło zdjęcia
Henryk Elzenberg. Nazwisko, które – przyznaję uczciwie – mówi mi niewiele. Coś tam się kołacze, coś dzwoni, ale żebym kiedykolwiek czytała? Nie, nic z tych rzeczy.
Tymczasem redaktor „Przekroju” nie ustaje w zachwytach:
Autor jest równie wybitnym pisarzem jak filozofem. Co za polszczyzna! Proza brzmi jak dobra muzyka. Zdania jasne, zrozumiałe – to znów są skutki, gdy ma się talent, a na domiar studia odbywało się we Francji. Prof. Elzenberg wydał trzy książki. Jego dziennik w formie aforyzmów pt. KŁOPOT Z ISTNIENIEM, określono: wielka przygoda intelektualna. Słusznie, ale z dodatkiem: i moralna, gdyż autor przede wszystkim jest moralistą. (…) Druga książka, WARTOŚĆ I CZŁOWIEK, trudniejsza, dla czytelników zaawansowanych, broni podstawowego pojęcia w życiu ludzkim: wartości. Obecnie ukazała się oczekiwana trzecia: PRÓBY KONTAKTU, tak z czytelnikiem, jak i z… współczesnością. 21 esejów: o Gandhim, o Brutusie, o Benedetto Croce (czy tylko ja nie wiem kto to?), o Lukrecjuszu (ale ciekawie!), o Żeromskim, Rabindranath Tagore… Pasjonująca lektura dla dorosłych. Mały nakład, pośpiesz się. (Wyd. Znak, 4 tys., str. 222, cena 38).

Pomijając już to co wiem o Henryku Elzenbergu i jego twórczości, chciałabym zwrócić uwagę na co innego. Na „mały nakład”, mianowicie. W roku 1966 było to 4 tysiące egzemplarzy.
W roku 2016, śmiem twierdzić, 4.000 to nakład całkiem spory.
Postawię tezę jeszcze śmielszą: Elzenberg wydany dziś choćby w 400 egzemplarzach miałby marne szanse na sprzedanie się. Chyba że wystąpiłby (pośmiertnie) w jakimś talent show. Studia we Francji mogłyby jednak nie wystarczyć do odniesienia sukcesu. No, chyba że pan Henryk mógłby zaprezentować światu kaloryfer na brzuchu, wtedy to zupełnie inna gadka!


Rubryka „Savoir vivre w odcinkach” Jana Kamyczka tym razem także blisko czytelniczych realiów. Pisze bowiem Ewa B.:
Czy rzeczywiście nie można, mocząc się w wannie, przejrzeć gazety? Babcia twierdzi, że w wannie czytają tylko osoby upośledzone umysłowo, tymczasem i ja i plejada koleżanek oraz kolegów, a także rodzice niektórych z nich, zażywają rozkoszy lektury w wannie, chyba nie jesteśmy wszyscy nienormalni?”
Mimo że w tym kontekście obecne masowe montowanie pryszniców zamiast wanien może otwierać pole do daleko idących interpretacji (ja jestem czysta; mam w domu dwie wanny, żadnego prysznica), warto jednak zapoznać się z pochodzącą sprzed półwiecza odpowiedzią Kamyczka:
I mnie się zdarza, bo właściwie w wannie jest dość nudno, a oczywiście mam się za normalnego, babcia przesadza.”


Na zakończenie zaś utwór Ludwika Jerzego Kerna, który – choć odnoszący się do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, jakie w roku 1966 odbyły się w Londynie – wydaje się być całkiem trafny także w odniesieniu do zakończonych właśnie ME we Francji.

W Londynie mieście, panowie i panie,
Wielkie się właśnie zaczeno kopanie,
Zjechało ci sie zewsząd kupe chłopa
Na Świento Kopa.
Że to poważna sprawa a nie lipa,
Wziena Królowa swojego Filipa
I przeczytała futbalowe mowe,
Mowe kartkowe.

Dziadek to widział na swoim „Lotosie”
I w sercu dziadka zrobiło błogo sie,
Że tak przejmują wszyćkie inne kraje
Polskie zwyczaje.

Potem sie walki zaczeli zaciente,
Na śmierć i życie, jak w ZUS-ie o rente.
Każden chciał zdobyć dla siebie publikę
I złote Nike.

Te Nike gwizdnoł jeden złodziej hardy,
Ale odbiły mu jom skotlandjardy,
A pomógł im w tym piesek przypadkowy
Nieetatowy.

Cienżka jak diabli jest piłkarska dola,
Każden drugiemu pragnie strzelić gola,
Bo za te gole dudki som i wikty
I stond konflikty.

Dziadek, niestety, gola już nie strzeli,
Może najwyżej przy świentej niedzieli
Patrzonc w „Lotosie” na kopanom fete
Strzelić se sete.

Gwoli wyjaśnienia:
W 1966 Polska nie brała udziału w finałach mistrzostw. Portugalia zajęła trzecie miejsce.
Natomiast L.J.Kern ewidentnie pisał o tym samym, o czym w tym roku śpiewał niejaki Ryszard Makowski, z którego wszyscy tak bardzo się śmiali. I co, łyso Wam teraz?

niedziela, 19 czerwca 2016

"Przekrój" nr 1106/1966, czyli 50 lat temu (odc. 10)

Ponieważ szanse na to, że w najbliższym czasie napiszę post o książkach są nikłe, daję znak życia samograjem w postaci „Przekrojowych” wspomnień sprzed 60 lat.

Na pierwszej stronie numeru datowanego na 19 czerwca 1966 roku – cztery mało znane (w każdym razie mi) wiersze Jana Brzechwy – „Bratowa”, „Słowa czterokrotne”, „Dziecko” i „W dobie choroby”. Wszystkie tak samo smutne, sprawiające wrażenie pożegnalnych - zwłaszcza ostatni kończący się strofą:

„Słowa te piszę na pożegnanie
W dobie choroby:
Jeśli z mych wierszy choć coś zostanie –
Nie noś żałoby.”

Autor tych słów zmarł ledwie dwa tygodnie później – 2 lipca 1966r.

W rubryce „Demokratyczny savoir vivre w odcinkach” Jana Kamyczka wpis ku przestrodze. Pisze „Wierna czytelniczka”:
Na przystanku autobusowym doszli do mnie znajomi i serdecznie zapraszali na oględziny ich nowego mieszkania. Ponieważ do autobusu miałam godzinę czasu, zgodziłam się, zaznaczając że tylko na pięć minut i że nie będę zdejmować płaszcza. Oni siłą zatrzymali mnie na herbatę, pan domu przemocą ściągnął ze mnie płaszcz, ja czułam się fatalnie w przyniszczonej sukni, na którą pani domu spoglądała krytycznym okiem. Rozmowa słabo się kleiła. Podziwiałam mieszkanie, myśląc stale by jak najszybciej wyrwać się. (…) Po kilku dniach dowiedziałam się, że pani domu mocno mnie obmówiła, (…) że przyszłam na wizytę w starej sukni, miałam niemodny płaszczyk wytarty i spełznięty i że w ogóle szkoda, że mam średnie wykształcenie skoro nie umiem się ubrać. Zaznaczam, że ona ma wyższe. Jestem rozżalona, mam zamiar tę znajomość zlikwidować.

Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się, jakiej porady udzielił w tym przypadku Kamyczek, chętnie uzupełnię posta (być może uda się też samodzielnie odczytać jej treść po powiększeniu zamieszczonego obok zdjęcia). Na razie jednak nie mogę – robię szybki przegląd znajomych pod kątem ich wykształcenia. Sprawdzam także, rzecz jasna, garderobę, czy nie jest aby nadmiernie spełznięta.

Skoro jesteśmy zaś przy odzieży, coś w sam raz na czasie, także dla mnie, która nie dalej niż wczoraj wreszcie nabyłam nadający się do użytkowania kostium kąpielowy.
Nie wiem czy to dobrze, czy niedobrze, lecz mój kostium fasonem nie przypomina tych sprzed 50 lat. Dostrzegłam jednak wzmiankę o tym, iż modny w 1966 roku fason bikini, w którym stanik składa się z „dwóch szpiczastych trójkątów, każdy zwykle z jedną tylko pionową zaszewką od dołu (…), jest to fason łatwy do wykonania nawet przez amatorkę, ale niespecjalnie pomaga figurze”.
Mając wybór: pomóc figurze czy raczej wręcz przeciwnie, zdecydowanie wybieram tę pierwszą opcję. Inspirując się modą sprzed pół wieku, rozważam jednak zakup takiego oto „modnego daszka osłaniającego twarz”.

W tym numerze „Przekroju” modzie poświęcony jest także felieton sióstr Rojek. Długi, dlatego zamieszczam tylko najbardziej frapujące fragmenty, licząc że po pięćdziesięciu latach wywołają żywą reakcję PT Czytelników.

Trzeba wiedzieć co jest modne, interesować się modą, ale czy trzeba to co modne od razu wszystko na siebie nałożyć? Szczególnie gdy się jest kobietą pracującą. Kobieta pracująca mało przebywa w domu, a cały dzień spędza wśród obcych ludzi i jej ubiór określa jej osobowość! Jeżeli na przykład modne są długie, grube swetry, to chodzenie w krótkim cienkim od razu dodaje dziesięć lat.
(…) W modzie trzeba wybierać tak zwaną bazę. To co w niej zasadnicze i tego się trzymać. Na przykład od lat niemodne są naszyjniki, broszki, w ogóle przypinane sztuczne świecidełka, jak też i apaszki. Może znowu kiedyś wrócą z wielkim hałasem, ale na razie powinno się je schować do najgłębszej szafy, do najbardziej zabałaganionej szuflady.
(…) Moda obecna nadaje się dla każdej kobiety, niezależnie od wieku, pod warunkiem, że nie jest tłusta. Dla tłustych kobiet nie ma żadnej mody.
Jeżeli zdecydowały się na to, żeby być tłuste, to muszą ponieść szereg konsekwencji które z tego wynikają. Muszą zrezygnować z kokieterii odzieżowej, ubierać się w ciemne rzeczy, zakrywające to co sobie zapuściły. Muszą się okrywać a nie ubierać. Ale za to muszą być piekielnie inteligentne, sympatyczne, uczynne, radosne, przydatne, nieludzko czyste, wypielęgnowane i pachnące i też przejdą.

W takich chwilach żałuję, że obecna poprawność uniemożliwia zamieszczanie we współczesnych czasopismach tego rodzaju tekstów. 50 lat temu było może (pozornie) dyskryminująco (kto ma poczucie humoru, zrozumie; kto nie ma, ten ma problem), za to kulturalnie i sympatycznie. Dziś jest (pozornie) w pełni poprawnie, za to pogarda i nienawiść do innych wyzierają z każdego kąta.
Twórcy wehikułów czasu pilnie poszukiwani!