Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 marca 2018

"Noc w wielkim mieście", czyli dlaczego jazz bandowi Młynarski-Masecki należy się najwyższy szacunek


Szacunek.
Słowo, którego znaczenie jeszcze jest, jak się wydaje, powszechnie znane. Co niekoniecznie przekłada się jednak na częstotliwość jego stosowania w mowie i piśmie.
Czym innym jest zresztą używanie, choćby najbardziej poprawne, a czym innym postępowanie w zgodzie z tym, co się mówi.
Traktowanie kogoś lub czegoś z szacunkiem – to nie jest wartość w dzisiejszych czasach. Dziś na szczycie są raczej dewaluowanie i deprecjonowanie, prowadzące prostą drogą do degrengolady, degradacji i destrukcji, by przywołać tylko niektóre z haseł „Słownika wyrazów obcych”.

Im więcej wkoło mnie słów z przedrostkiem „de-”, tym większą radość czerpię z obcowania z ludźmi, którzy traktują mnie, wszystkich innych i to, co robią z szacunkiem. Wczorajszy wieczór doprowadził mnie zaś do stanu wręcz euforycznego.


Płyta jazz bandu Młynarski-Masecki „Noc w wielkim mieście” jest świetna. Koncert z kolei to istna petarda, eksplozja radości.
Niewiarygodny kunszt muzyków (w tym genialnego Marcina Maseckiego, którego miałam okazję słuchać drugi raz w ciągu ostatnich trzech tygodni, poprzednio w bardziej klasycznej odsłonie), nienaganny styl, pozbawiony jednak pompatyczności i sztuczności. I szacunek. Tak do granej muzyki, jak i słuchającej jej publiczności (nie zawsze odwzajemniony, sądząc po strojach i typowym dla każdego koncertu, gdziekolwiek by się on odbywał i jakikolwiek miałby charakter, zachowaniu pt. „muszę wyjść przed końcem, żeby być pierwszy w szatni”).

źródło zdjęcia
Nie idzie mi tu przy tym tylko o nader wytworne ubiory muzyków i przepiękny kwiat w klapie Jana Młynarskiego, ale także o podejście do granych utworów.

Jan Młynarski
źródło zdjęcia
Przedwojenne fokstroty i inne taneczne kawałki, w sam raz do wykonywania na eleganckich międzywojennych dancingach; niedzisiejsze, jednak zaaranżowane (przez Maseckiego) w nowoczesny sposób, zagrane przez znakomitych muzyków na stylowych instrumentach (fantastyczny zestaw perkusyjny, pianino, bandżola, suzafon, trzy saksofony zastępowane niekiedy klarnetami), sprawiają, że nie sposób nie ukłonić się nisko przed przedwojennymi kompozytorami, będącymi głównie Polakami narodowości żydowskiej. Z muzyki przebija wielokulturowość i brak kompleksów. Tak mogli i mogą tworzyć i grać albo ci, którzy żyli w Polsce czasów dwudziestolecia międzywojennego, albo ci, którzy w dorosłość weszli po roku 1989, a wykształcenie muzyczne zdobyli w wielokulturowej Ameryce (Młynarski i Masecki).

Marcin Masecki
źródło zdjęcia
Trudno jest zbudować coś dobrego od zera, negując wszystko, co było wcześniej.
Pycha to w kościele katolickim jeden z siedmiu grzechów głównych; nie bez powodu.
Masecki i Młynarski są od pychy wolni, co nie przeszkadza im cieszyć się własną, wysoką i w pełni zasłużoną samooceną (w przypadku Maseckiego połączonej dodatkowo ze specyficzną, pełną uroku, nonszalancją).

Ich jazz band na każdym kroku podkreśla, że wykonuje utwory, które nie pojawiły się znikąd. Tu fetuje się przedwojennych mistrzów, wśród których są takie nazwiska jak Fanny Gordon (jedyna kobieta - kompozytorka w tym towarzystwie), Jerzy Jurandot, Andrzej Włast czy Henryk Wars.

Adam Aston
źródło zdjęcia

Z kolei śpiewający Jan Młynarski nisko kłania się swoim poprzednikom, na czele z Adamem Astonem. Jego głos, daleko od oczywistej „ładności”, idealnie wpasowuje się w klimat wykonywanych utworów, zaś sama interpretacja daleka jest od pastiszu czy prostego epatowania szeregiem zapewniających łatwy poklask chwytów.

Nie sposób także nie wspomnieć o samej płycie i dołączonej do niej książeczce, w której Tomasz Lerski obszernie przybliża historie i pochodzenie poszczególnych utworów, dyskretnie edukując słuchaczy (nie oszukujmy się, niewielu jest wśród nich znawców muzyki polskiego przedwojnia). Na każdym kroku widać ogrom pracy włożony przez twórców w przygotowanie i wydanie tej płyty. To nie jest efekt przypadkowego spotkania paru muzyków, a owoc kilku lat pracy. 

Doprawdy, był to chyba najlepszy koncert na jakim byłam od czasu niezapomnianego (i już nie do powtórzenia) koncertu Zbigniewa Wodeckiego z Mitchami.

Wrażeniom sprzyjała także znakomita akustyka w Trafostacji Sztuki, choć całkowicie niezrozumiałym było dla mnie zrezygnowanie przez organizatorów z obiecywanej przy zakupie biletów możliwości zajęcia tak miejsc siedzących, jak i stojących. Taki koncert aż prosił się o możliwość poruszania się w eleganckim, przedwojennym tańcu. Niestety, ustawiony ciasno szereg plastikowych krzesełek pozwalał wyłącznie na rytmiczne kiwanie głową i przytupywanie.
Zapewniam jednak, że czyniłam to wyłącznie z najwyższym szacunkiem.

Jazz Band Młynarski-Masecki „Noc w wielkim mieście”. Lado ABC, 2017.
Koncert w Trafostacji Sztuki w Szczecinie (w ramach festiwalu Szczecin Jazz 2018), 10 marca 2018 r.

niedziela, 4 lutego 2018

"Piotruś i Wilk" - koncert rodzinny, czyli rechot w filharmonii


Gdy wejdziecie na fanpage Filharmonii Szczecińskiej, odtworzy Wam się od razu krótki film. Zobaczycie wyelegantowanych ludzi w różnym wieku, kierujących się do chłodno-dystyngowanego białego budynku. Koronki, kamienie szlachetne, muszka i wyglansowane buty.


Wizyta w filharmonii to wydarzenie. Choćbyś bywał w niej co piątek (a może i częściej), wiesz, że to nie jest coś powszedniego. Idziesz tam, by oderwać się od rzeczywistości. To miejsce, w którym możesz przypomnieć sobie co to piękno i kultura. Skoro zaś tak, sam przenosisz się w inny, lepszy wymiar, starasz się zachowywać i wyglądać inaczej niż zwykle.
To, moim zdaniem, przekaz tego spotu. W pełni się z nim zgadzam.

Nieco ponad dwa lata temu Filharmonia wydała przeznaczony dla młodych czytelników komiks „Bon Ton”. „Komiks jest sztuką. Sztuką jest także muzyka. A to jest komiks, w którym odkrywamy finezyjny obszar sztuki jakim jest muzyka”, napisano w przedmowie. A dalej delikatnie zasugerowano, iż na jego planszach można znaleźć „podpowiedzi jak zachować się wobec muzyki, aby czerpać z niej radość i dobrze się bawić w towarzystwie innych. Jak przygotować się do koncertu i na co zwrócić uwagę w jego trakcie.”


Historia opowiedziana w komiksie dotyczy niejakiego Robina Nietakta, rozbitka odnalezionego na jednej z bezimiennych wysepek w Oceanii, który spędził w odcięciu od cywilizacji długie lata. Robin trafia na koncert do filharmonii, gdzie zachowuje się w sposób adekwatny do noszonego nazwiska (czyli niespecjalnie dobrze). W zabawny i nienachalny sposób twórcy komiksu nie tylko przemycają w nim informacje o tym w jaki sposób należy zachowywać się w czasie odbywających się w filharmonii koncertów, ale i wyjaśniają dlaczego jest to ważne.
Dla mnie bomba. Dla moich dzieci również. Młodszy przeczytał komiks jakieś trzydzieści razy i ciągle podoba mu się tak samo, czyli bardzo.

Od szeregu lat raz w miesiącu Filharmonia Szczecińska organizuje koncerty rodzinne, przeznaczone dla rodzin z dziećmi w wieku 6+. Bywało gorzej (w starym gmachu, choć w nowym też, o czym pisałam tutaj), i lepiej. Ostatnio (jest to drugi sezon, w którym w zasadzie nie opuszczamy żadnego koncertu) jest raczej tylko bardzo dobrze.

Idea koncertów jest prosta. W każdym razie dla mnie (nie czytałam nigdzie żadnego oficjalnego przesłania w tej sprawie, ale tak to odbieram): pokazać, że muzyka klasyczna może być dla każdego. Że nie trzeba się od razu puszyć i nadymać, wystarczy otworzyć umysł, uszy i serce. Serce koniecznie, muzyki klasycznej słucha się sercem.

Prowadząca Agata Kolasińska regularnie przypomina dzieciom o koncertowym savoir-vivrze („nie rozlewamy się na siedzeniach jak meduzy!”), choć zarazem dozwala na swobodę na co dzień w filharmonii zakazaną: można klaskać w trakcie utworów, machać, a niekiedy nawet wznosić dzikie okrzyki. Dzieci mają czuć się w filharmonii dobrze, jednak nie mogą zapominać o tym, że to miejsce wyjątkowe, któremu (tak miejscu, jak i temu co się w nim dzieje) należny jest szacunek.

Uważam, że to dobra droga.
Sacrum i profanum mogą znaleźć wspólny język. Sacrum nie zaszkodzi gdy spuści nieco z tonu, zaś profanum może się trochę uświęcić, od tego się nie umiera.
Koncerty rodzinne nie mogą być tylko odgrywaniem muzyki, bo dzieci umrą z nudów i nigdy już nie zmartwychwstaną, a na pewno nie w filharmonii. Musi być jakaś akcja, nieco gadżetów, wykorzystania multimediów.
Wydawało mi się, że zespół Filharmonii Szczecińskiej odpowiedzialny za edukację muzyczną doskonale wie czym jest ideał i konsekwentnie stara się do niego doskoczyć. Używam czasu przeszłego, bo niestety byłam na koncercie „Piotruś i wilk” (w niedzielę, 4 lutego 2018 roku).



Idea była słuszna.
Klasyczną bajkę symfoniczną Sergiusza Prokofiewa, powstałą w 1936 roku, przystosowano do potrzeb widza/słuchacza urodzonego w XXI wieku. Uczestniczyliśmy więc w procesie Wilka, oskarżonego o zjedzenie Kaczuszki. Prokurator (a w zasadzie prokuratorka, gdyż była rola kobieca, do czego jeszcze wrócę) odczytała przebieg zdarzeń odtworzony przez Narratora, będący w istocie skrótem Prokofiewowskiej historii: oto chłopiec, Piotruś, wyszedł z zagrody na łąkę, lekkomyślnie zostawiając otwartą furtkę, przez którą wymknęła się Kaczuszka. Pojawili się Ptaszek, Kot i Dziadek (w tej roli wszystkie instrumenty dęte drewniane), a wreszcie i Wilk (waltornie), który zjadł Kaczuszkę (tak w każdym razie twierdziło oskarżenie). Sprytny Piotruś jednak, przy pomocy Ptaszka, zwabił Wilka w pułapkę, schwytał i – w ramach kary – miał odstawić do zoo.
W tym miejscu zaczął się proces, w czasie którego sędzia miał ostatecznie zdecydować o tym, czy Wilk dopuścił się zarzucanego mu czynu.
Teoretycznie scenariusz był bez zarzutu: były multimedia, aktorzy (element akcji, ożywiający publiczność), muzyka, w nienazbyt długich fragmentach. Była też edukacja – po kolei wywołano instrumenty ze wszystkich grup, nazywając je i pokazując jak brzmią. Bawiąc uczy, ucząc bawi. Jakoś tak to szło.
Cóż, kiedy twórcy postanowili całość ulepszyć. Widz nierechoczący to widz niezadowolony, pozwólmy mu więc zarechotać.

Jeśli więc sędzia, to przygłupi. Słowo „metaforyczny” okazało się dla niego wyzwaniem nie do przejścia („nie używajcie słów, których znaczenia nie rozumiem!”). Sposób prowadzenia przez niego rozprawy dalece swobodny – żadnego poszanowania czyjejś godności, żadnego szacunku. Oddalenie sprzeciwu manifestowane rzucaniem młotkiem sędziowskim w głowę, pojęcie bezstronności nie istnieje.

Pani prokurator – długowłosa blondynka, w sposób do bólu stereotypowy ogrywająca swoją kobiecość (ach, ta noga w mini spódniczce wystająca spod togi; ach, ten gest odgarniania włosów z oczu!).

Wilk – nieokrzesany (i nieuczesany), ale inteligentny przeciwnik. Bezlitośnie wykpiwający poszczególnych świadków – muzyków. Drwiący z ich sposobu grania, a także wyglądu.

Finał – będący jedną wielką aluzją polityczną, zrozumiałą raczej tylko dla dorosłych (pojawiający się znienacka akt prezydenckiego ułaskawienia oczywiście winnego Wilka).

źródło zdjęcia

Nie tego spodziewałam się w filharmonii, drodzy Państwo.
Jasne, widzom się podobało, widzowie zarechotali. Dzieci obśmiały się do rozpuku z tego głupiego sędziego i głupich muzyków (moje dzieci również). Udało im się wysłuchać muzyki, może nawet zapamiętały, że fagot to ta długa drewniana rura.

Cóż, kiedy nie prowadzę moich dzieci do filharmonii po to, żeby zetknęły się z tym, czego na co dzień mają w nadmiarze.
Filharmonia to nie jest miejsce dla chamstwa i braku kultury.
Nie życzę sobie, żeby pokazywano w niej przemoc (czym innym jest rzucaniem sędziowskim młotkiem w głowę tych, którzy ośmielają się mieć inne zdanie?). Nie chcę, aby wykpiwać kogokolwiek stojącego na scenie, choćby w żartach. Nie interesują mnie dowcipy o zarobkach muzyków orkiestry, nie chcę słuchać w filharmonii o polityce.

Bo filharmonia jest miejscem, w którym powinniśmy przypominać sobie, że możemy być lepsi niż jesteśmy. 
Bo możemy, wystarczy nie schlebiać naszym najbardziej prymitywnym instynktom i wykonać minimalny wysiłek. 

Drogi Zespole Filharmonii, Ty to wiesz.
Nie sięgaj więc po importowane z Poznania wynalazki, zdaj się na lokalne pomysły.
A jeśli ci ich brakuje, graj po prostu muzykę.
Proszę.

Piotruś i Wilk. Koncert rodzinny w Filharmonii Szczecińskiej, 4.02.2018 r.

sobota, 4 marca 2017

"Filharmonia" gra planszowa, czyli skandale, koncerty i emocje

Pisałam tu już o muzyce, o szczecińskiej filharmonii, ale nigdy o grze planszowej.
Nie przypuszczałam, że będę mogła napisać o czymś, co łączy te trzy elementy.
„Filharmonia” to gra planszowa autorstwa Pawła Lorocha, świeżo wydana przez szczecińską filharmonię, w której najważniejszą rolę odgrywa oczywiście muzyka.


Pomysł jest prosty (ale trzeba było na niego wpaść).
Plansza, pionki, kostka oraz nieco komplikacji wywoływanych głównie przez wylosowywane karty – „wydarzenia”.
Celem gry jest zagranie koncertów, dzięki którym zdobywa się 3 (lub 5, zależnie od wariantu, który wybiorą gracze) złote klucze wiolinowe. Sławę i uznanie melomanów również, rzecz jasna.

Wędrując po planszy, nawiązującej nazwami pól oraz rysunkami do szczecińskiej filharmonii (tak do jej budynku i znajdujących się w niej pomieszczeń, jak i grających w niej muzyków, uwiecznionych na rysunkach), można liczyć i na emocje, i na mimowolną edukację.

W wyścigu do złotej lub czarnej sali koncertowej (czyli dwóch sal szczecińskiej filharmonii) nie liczy się bowiem tylko wirtuozeria graczy-wykonawców, ale też spryt, i – o zgrozo! – umiejętność podstawienia we właściwym momencie przeciwnikowi nogi. Kto nie chce, by zwycięstwo umknęło mu sprzed nosa, musi umieć wywołać dla niepoznaki skandal albo podebrać koledze muzykowi kluczowy dla niego instrument. Doprawdy, mam nadzieję, że to tylko fantazja Pawła Lorocha, a nie inspiracja faktycznymi zwyczajami muzyków szczecińskiej filharmonii.

źródło zdjęcia
Żeby był koncert, trzeba też starannie dobrać repertuar. Gracze muszą więc odpowiednio zestawić ze sobą utwór (do dyspozycji jest ich szereg, większość dobrze znanych), wiodący instrument i muzyka (niektórzy są wszechstronni, inni mają dość wąskie specjalizacje, jak na przykład pani Marta, skrzypaczka, która gra wyłącznie utwory Rimskiego-Korsakowa). Chcąc nie chcąc, czytając informacje zamieszczone na poszczególnych wylosowywanych kartach, po kilku rozgrywkach człowiek (choćby był bardzo młody) poszerza swoje muzyczne horyzonty.

Po połowie tegorocznego sezonu koncertowego i udziale w szeregu organizowanych przez szczecińską filharmonię wydarzeń, stwierdzam, że działająca w niej ekipa ma znakomite pomysły, które umie dobrze realizować. Mając na stanie dwójkę całkowicie różnych muzycznie dzieci (jedno muzykę uwielbia, drugie nie znosi), czuję się kompetentna, by wypowiadać się w imieniu szerszego grona odbiorców, przy czym – z racji tematu posta – ograniczę się wyłącznie do tego, co w Szczecinie proponuje się najmłodszym.


Koncerty rodzinne w tym sezonie nie są przegadane i nadmiernie wydumane (a bywało inaczej). Każdemu z nich przyświeca inny pomysł, jak na razie każdy niezły.

Moderująca Agata Kolasińska jest zaraźliwie energiczna i radosna. Zaangażowanie zawodowych aktorów (w tym naszego ulubionego Rafała Hajdukiewicza z Pleciugi) wprowadziło dodatkowe emocje, a także pozwoliło widzom na intensywny trening przepon.

Muzyka jest na swoim miejscu, muzycy również.



Filharmonia korzysta ponadto z – całkiem w tym przypadku dozwolonego – dopingu.

Środkiem stosowanym w październiku był wydany nieco wcześniej (i bardzo według mnie udany) komiks „Bon ton”, poświęcony koncertowemu savoir-vivre’owi, w lutym zaś – właśnie Paweł Loroch i jego gra planszowa.

źródło zdjęcia
Autor gry tak podczas koncertu „Dźwięki zostały rzucone”, który odbył się w Szczecinie 5 lutego, jak i w czasie dwóch premierowych spotkań, w czasie których można było w filharmonii, na specjalnie przygotowanych stolikoplanszach (przydałby się taki i w domu!), rozegrać partyjkę „Filharmonii”, sprawiał wrażenie spokojnego i stonowanego, czym nieco zbił mnie z tropu. Znałam go bowiem dotąd wyłącznie jako prowadzącego onegdaj teleturniej „Ugotowani, czyli bitwa na noże i widelce” i zapamiętałam jako niezłego ekscentryka. Im dalej w las (czyli w rozgrywkę), tym bardziej wychodziło jednak szydło z worka. Wszak czy porządny, poczciwy twórca gry wpadłby na pomysł, by nieszczęśników trafiających pionkiem na pole „wydarzenie” uszczęśliwiać komunikatami o treści: „Wieje dziś od morza bardzo silny wiatr i wyrywa Ci z ręki nuty. Tracisz jedną kartę „Utwór” albo „Ktoś rozsiewa głupie plotki na Twój temat. Jest Ci tak przykro, że siedzisz i pijąc lemoniadę w bufecie, tracąc poczucie czasu. Tracisz kolejkę”?

Wracając do "Filharmonii" jako gry, widzę w zasadzie tylko dwa mankamenty.
Pierwszy to cena. 99 zł to sporo, zwłaszcza jak na planszówkę o tematyce, która i tak z trudem przebija się pod strzechy.
Drugi to brak płyty z utworami pojawiającymi się na kartach. W czasie rozgrywek jakie miały miejsce w filharmonii, akompaniował nam sympatyczny pan pianista, niestety niedołączany do gry (nawet za dopłatą). W domu trzeba więc wspomagać się zasobami kanału You Tube – bez możliwości usłyszenia np. „Bolera” Ravela czy „Błękitnej rapsodii” Gershwina planszowe zmagania wiele tracą. Obiło mi się o uszy, że podobno twórcy myślą o stworzeniu także aplikacji mobilnej. Wprawdzie nie bardzo to sobie wyobrażam, ale z pewnością ten właśnie problem zostanie wtedy rozwiązany.

A poza tym bomba. Kto nie zagra, ten trąb(k)a.

„Filharmonia”. Gra planszowa dla 2-4 graczy w wieku od 7 lat. Filharmonia Szczecin, 2017.

niedziela, 3 kwietnia 2016

"Szwedzki stół" w Filharmonii Szczecińskiej, czyli najważniejszy jest kotlet

Dzisiejszy post adresowany jest do osób, które zastanawiają się po co filharmonie organizują koncerty rodzinne, nazywane także niekiedy familijnymi.

Do dzisiaj nasuwało mi się kilka odpowiedzi.

Myślałam, że chodzi o to, żeby oswajać dzieci z muzyką i instrumentami muzycznymi.
Lub o to, żeby pokazywać dzieciom, że są miejsca/sytuacje, w których dobrze jest zachowywać się/ubierać się inaczej niż na co dzień.
Lub żeby spędzić czas w sposób przyjemno-pożyteczny – razem z dziećmi, w dobrym towarzystwie, wynosząc z tego jakąś wartość.
I parę innych tym podobnych żeby.

Od dzisiaj wiem, że wszystkie te odpowiedzi są błędne. Niestety, razem z biletami do Filharmonii Szczecińskiej na koncert rodzinny „Szwedzki stół” nie dostałam w pakiecie kompletu nowych, prawidłowych.


Przyznaję, w nowej siedzibie Filharmonii byłam na takim koncercie po raz pierwszy. Wizyta w starej siedzibie, jakieś cztery lata temu, zakończyła się klęską. Repertuar był słabo dobrany, koncert zbyt długi, dzieci znudzone tak bardzo, że przez kolejne dwa lata ilekroć przejeżdżaliśmy obok filharmonii, dopytywały się czy na pewno ich tam znów nie zabiorę.

Tym razem do wizyty przygotowałam się starannie. Bilety zostały zakupione dawno temu, po dokładnym zapoznaniu się z deklarowaną tematyką koncertu.

„Szwedzki stół” miał być hołdem złożonym Skandynawii, podczas którego obiecywano, że dowiemy się „kim byli wikingowie, skąd się wzięły rogi na ich hełmach oraz czy fiordy mogą nam jeść z ręki”? W programie samograje – tematy muzyczne znane ze słyszenia nawet ignorantom, autorstwa Edvarda Griega i Jeana Sibeliusa. Byłam pełna optymizmu.
Użycie czasu przeszłego w poprzednim zdaniu nie było przypadkowe.

Być może jestem już po prostu stara i nienowoczesna.
Być może czegoś nie rozumiem.
Chętnie przyjmę więc wyjaśnienia od tych, którzy rozumieją. Oto lista pytań, na które nie znam odpowiedzi:

Dlaczego przez cały koncert nie padło ani jedno nazwisko kompozytora, ani jeden tytuł utworu muzycznego (pardon, pojawiła się wzmianka o Królu gór, ale podana w sposób, który niekoniecznie wszystkim musiał skojarzyć się z muzyką)?

źródło zdjęcia
Dlaczego orkiestra przez cały koncert pozostawała w półcieniu (dosłownie), a gwiazdami wieczoru byli konferansjerzy i członkowie grupy performance’owej (nie mam pojęcia jak to się odmienia), puszczający bańki mydlane, przemieszczający się na szczudłach i grający z publicznością w odbijanie wielkich balonów (wszystko to w czasie, gdy orkiestra coś tam grała)?

Dlaczego nikt ani przez chwilę nie wspomniał o jakimkolwiek instrumencie muzycznym, czy w ogóle o muzyce a orkiestra grała niczym do kotleta, zagłuszana przez czytających głośno jakieś teksty prowadzących? (Niestety, nikt nie powiedział nam, co czytają i dlaczego. Ogólnie orientujący się w kulturze mogli domyślić się, że była to któraś część Muminków, któraś z części przygód Pippi i coś jeszcze innego, co nijak nie pasowało do niczego, ale traktowało m.in. o piwie jęczmiennym i podpiwku, w każdym razie to utkwiło w pamięci mi i moim dzieciom. Czy Wikingowie pili piwo jęczmienne?).

źródło zdjęcia
Dlaczego po wyjściu z koncertu niespecjalnie wiadomo było dlaczego zatytułowano go "Szwedzki stół", skoro jedynym wzmiankowanym skandynawskim krajem była Finlandia? (Nazwisko Sibeliusa w tym kontekście jednak nie padło; zamiast tego prowadzący udawał, że umie mówić po fińsku). O tym, że nikt nie wspomniał o fiordach i rogach na hełmach Wikingów nie muszę chyba pisać, prawda?

Dlaczego prowadzący nie umieli nauczyć się na pamięć nawet nazwiska dyrygenta (naprawdę żenujące było patrzenie, jak muszą spojrzeć do tekstu, by móc poprawnie podać jego – zupełnie zwyczajne - imię i nazwisko)?

Dlaczego po wyjściu z Filharmonii moje dzieci – które tym razem okazały się całkiem zadowolone, i owszem – nie były w stanie powiedzieć niczego na temat muzyki i orkiestry, za to wiele na temat balonów i plastikowego jo-jo z nazwą sponsora koncertu, które otrzymały przy wyjściu?
Biorąc pod uwagę, że rzeczone jo-jo kosztowały mnie łącznie 55 złotych (jeden bilet normalny i dwa ulgowe), a wiedzy muzycznej jak nie było tak nie ma, chyba wiem, kto zrobił na tym najlepszy interes.

„Szwedzki stół” koncert rodzinny w Filharmonii Szczecińskiej, 3.04.2016r.

niedziela, 14 lutego 2016

Walentynkowe wyznanie miłości, czyli kogo kocha momarta

Dziś Walentynki, czas wyznać komuś miłość.

Jako dojrzała kobieta nie będę bawić się w niuanse, tylko wywalę prawdę prosto z mostu:

KOCHAM PANA, PANIE WODECKI!
I WAS, MITCHE, TEŻ!

źródło zdjęcia

Odkąd pierwszy raz, a było to kilka lat temu, Was usłyszałam, wiedziałam, że taka miłość zdarza się tylko raz w życiu. Nie wiedziałam tylko, co najbardziej mnie do Was przyciąga: czy znamienna data w tytule płyty, czy wokal pana Zbigniewa, czy może niesamowita muzyka.

Po wczorajszym koncercie wiem, że chodzi także o coś więcej.

Jako ślepo zakochana, oddam głos głównemu obiektowi moich uczuć:

źródło zdjęcia


Co pokazali panu Mitch&Mitch?

- Nauczyć się Paganiniego to połowa roboty. Druga połowa to umieć się tym bawić. Gdy zaczynasz się bawić muzyką, wtedy jesteś artystą. Jeśli nie umiesz się bawić, jesteś rzemieślnikiem.




I jeszcze:

źródło zdjęcia
- Nigdy nie poznałem muzyków, którzy gwiazdorzą mniej od Mitchów. Oni właściwie nie gwiazdorzą. Ludzie, którzy w dzisiejszych czasach nie gonią za własnym ogonem w Warszawie i to w tej branży, muszą być dziwni. Bardzo dziwni! Z innej planety. Spotykają się w swoim składzie i godzinami potrafią bawić się muzyką, nie czekając na szmal. To się już prawie nie zdarza. Cała reszta jest zestresowana i zesrana ze strachu, że im się nie uda. Ale jak już ktoś wejdzie w estradę, to nie ma nic gorszego niż choroba popularności. Można wyjść z gorzały, narkotyków, najgorszego świństwa, ale jak raz zachorujesz na gwiazdorstwo, to kamień w wodę. Zaczyna się piekło. 

Czyli Mitche są dziwni, dlatego, że są normalni?

- Otóż to! Oni są normalni, bo nie chcą robić kariery.


Mało? Bardzo proszę:

- Najlepsze jest jednak to, że ja właściwie odniosłem sukces z tą płytą po blisko czterdziestu latach. Czekać na sukces czterdzieści lat to jest dość wyczerpujące, przyzna pan. Na szczęście byłem zajęty robieniem kariery. Mnie się udało parę festiwali wygrać, nagrać utwory, o których wspomniałem, zaś o tamtej płycie kompletnie zapomniałem. Zyskałem za to mnóstwo siwych włosów. Gdybym kiedyś miał taki stosunek do muzyki, jakiego mnie teraz nauczyli Mitch & Mitch, to miałbym dziś o połowę tych siwych włosów mniej. Naprawdę, przez to dążenie do kariery, do popularności, dbałość o to, by przez te kilka dekad być wciąż na topie, przestałem się muzyką bawić. Zapomniałem o tym, co kiedyś robiłem, żeśmy się bawili z zespołem bigbeatowym, improwizowało się. I zobaczyłem, ile straciłem, kiedy pojawili się ci ludzie młodsi od moich dzieci, którzy grają moją muzykę, lepiej się nią bawią ode mnie. Uświadomili mi, ile czasu straciłem na robienie kariery. Uświadomili mi, że muzyka nie służy temu, żeby się wybić, odnieść sukces, wygrać festiwal, dostać nagrodę i pokazać się w telewizji w muszce, elegancko uczesany, tylko służy temu, żeby się bawić. 

Ale tak naprawdę ważne jest co innego. Tak w muzyce, jak i w życiu. Niezależnie od tego, co się w nim robi. Zbigniew Wodecki umie to znakomicie ująć. I za to Go kocham!

źródło zdjęcia
- (…) mój ojciec był świetnym trębaczem, był pierwszym trębaczem krakowskiej Orkiestry Symfonicznej, w której ja później grałem siedem lat. Był też ułanem, był w 8. Pułku Ułanów, i zawsze mi powtarzał: zurückzuhalten. Takie określenie z niemieckiego jest - wstrzymać, przyhamować. On mi zawsze, kiedy ja grałem, chciałem się popisywać, tu ekspresja, tam wibracja, mówił: hamuj, synek, hamuj! Zurückzuhalten. Tego konia przed przeszkodą trzeba przyhamować, a potem w odpowiednim momencie puścić, żeby on wystrzelił jak z procy. To samo jest w muzyce, to samo jest w codziennym postępowaniu. Bardzo często, gdy odnoszę jakiś, powiedzmy, sukces, przypominam sobie te słowa ojca. Hamuj, synek. Hamuj, hamuj, bo jeszcze dużo słuchania przed tobą, uczenia się na innych. Ja się uczę na innych, uczę się słuchać muzyki i polecam młodym ludziom, żeby jak najwięcej słuchali mistrzów i doszukiwali się w ich graniu wirtuozerii, logiki, kultury, różnicy między efekciarstwem a czymś naprawdę efektownym. Oczywiście, to nie jest obowiązkowe, żeby każdy był muzykalny, ale jednak im bardziej będziecie umieli słuchać, tym lepiej dla was, bo to życie będzie bogatsze. To się tyczy również malarstwa, literatury i tak dalej. Ludzie muszą wiedzieć, co jest kiczem, a co nie, co to jest perspektywa, światłocień, farby do czego, na jakim podkładzie. W tym cała sztuka.

Wszystkim, którzy w dzisiejsze Walentynki smucą się, bo nie wiedzą kogo kochać, dobrze radzę: pokochajcie Wodeckiego i Mitchów. To będzie miłość z happy endem!
A kto może, niech idzie na koncert. Póki grają.

Cytaty pochodzą kolejno z:
Uczę się bawić – ze Zbigniewem Wodeckim rozmawia Jacek Świąder. Gazeta Wyborcza, 20.05.2015r. Dostęp tutaj.
Zbigniew Wodecki i Mitch&Mitch; rozmawiają Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke. Playboy, sierpień 2015. Dostęp tutaj.
„Hamuj synek, hamuj” – ze Zbigniewem Wodeckim rozmawia Piotr Dobry. T-Mobile, 28.05.2015. Dostęp tutaj.

Zbigniew Wodecki with Mitch&Mitch, Orchestra and Choir "1976: A Space Odyssey". Lado ABC.

środa, 10 lutego 2016

O muzycznych książkach dla dzieci, czyli nieco przydługi utwór zbudowany z dźwięków diatonicznych

Jakiś czas temu obiecałam post o muzycznych książkach dla dzieci. Materiał zebrałam, przeczytałam i złożyłam na kupce. Dziś zdmuchnęłam kurz, odliczyłam pieniądze (na karę za przetrzymywanie bibliotecznych książek) i uznałam, że nadszedł już czas, by dać głos.

Ostatnio jestem mało rozśpiewana, dlatego zacznę bezpiecznie. Od gamy. Kolejność nut nieprzypadkowa.
Uwaga! Używam wyłącznie całych nut, więc będzie dłuuuugo (można przewinąć).

C jak Czemu mi to robicie???


„Chopin oczami dzieci” to książka-potworek. Okropne ilustracje i cała grafika (łącznie z czcionką), infantylny, przewidywalny aż do bólu i chropowaty tekst. Przykład?
George Sand była jednak rozczarowana, zamiast do ekskluzywnego hotelu, których tam wtedy po prostu nie było, trafili do skromnej oberży, pełnej robaków.
- Robaków? Jakich? – pyta Gerard.
Na przykład w zupie można było zobaczyć skorpiona. A nad gośćmi unosił się ostry zapach czosnku.
- Nie lubię czosnku – skrzywiła się Dominika.
Potem przenieśli się do dawnego klasztoru kartuzów, Valdemosa George Sand wynajęła tam trzy cele, które połączyli w jedno romantyczne mieszkanie. Ale radość nie trwała długo. Trafili akurat na czas, kiedy nieustannie padał deszcz. A Chopin się rozchorował.



Pomijam już taki drobiazg jak to, że skorpion nie jest robakiem, ale wydaje mi się, że zaczynanie większości zdań od „a…” (w innym miejscu dowiemy się, że „A Fryderyk siedział jak zwykle cicho i spokojnie. A na pytanie matki, co publiczności najbardziej się podobało, odpowiedział (…)”) nie jest najlepszym pomysłem. A w każdym razie dla mnie. Ale jeśli ktoś potrzebuje podanych w bezpieczny sposób informacji na temat życiorysu Chopina, niech czyta. Ewentualnie słucha (do książki dołączona jest płyta zawierająca 7 utworów Fryderyka Chopina). A na pewno nie ogląda obrazków.



D jak Dobre kompendium



Dla wszystkich, którzy czasem czują się bezsilni, nijak nie mogąc sobie przypomnieć czym różnią się obój i klarnet.
Dla tych, którzy dziwią się, gdy w czasie rozwiązywania krzyżówki okaże się, że hasło z dziewięć poziomo („duży instrument dęty drewniany”) to akordeon.

Bezpiecznie, obszernie, ciekawie. Zdjęcia opatrzone opisami, trochę historii, nieco ciekawostek. Zdecydowanie dla laików, nie dla muzyków. Nie do czytania przed snem, ale do podczytywania przy okazji.



E jak Eeee, w sumie niezłe, ale coś nie gra


„Kot w nutach” to książka z niezłym pomysłem, podbudowana rzetelną wiedzą muzyczną, przyzwoicie zilustrowana, którą jednak źle się czyta.

Być może to wina oprawy graficznej – malarskie tło poszczególnych stron zestawione z wciśniętym w toporne ramki tekstem sprawdza się raczej słabo? Może trzeba było całość trochę skrócić? A może nie sprawdziła się pierwszoosobowa kocia narracja?

Bohater książki, czarny jak smoła kot Fagot, którego panem jest zajmujący się muzyką Andrzej, w każdym z dziesięciu rozdziałów przenosi się w inne muzyczne miejsce. Autorce udaje się dzięki temu przemycić wiele ciekawostek i informacji – nie tylko o bardziej lub mniej sławnych kompozytorach, ale także o pochodzeniu nut, pierwszych instrumentach czy sięgającej po nietypowe źródła dźwięków muzyce współczesnej. Niestety, nie robi tego z kocim wdziękiem.

To książka raczej dla dzieci starszych, którym autorka w umieszczonym na końcu „pomysłowniku muzycznym” podsuwa wiele możliwości przyjemnego wkroczenia w muzyczny świat.


F jak Fajny pomysł, choć przed prawykonaniem przydałoby się więcej prób


Opera i dzieci rzadko dobrze się dogadują.
Z jednej strony, mało które dziecko ma okazję w ogóle do opery trafić. Z drugiej, opera w jej klasycznym wydaniu jest dla dzieci co najmniej mało zrozumiała.
Gdy jednak wykazać odrobinę dobrej woli, okaże się, że operę z powodzeniem można potraktować jako cudowne połączenie wszystkiego co najlepsze w teatrze, z tym co najlepsze w filharmonii. Muzyka na żywo (z nawet lepszą niż w filharmonii możliwością obserwowania muzyków) plus akcja – w przypadku moich dzieci (zaciągniętych pierwszy raz niemal na siłę) zadziałało bez pudła.

Nie jestem fanką opery; być może dlatego, że w dzieciństwie nikt nawet nie próbował mnie do niej przekonać. Obserwując jednak ostatnie działania dyrekcji szczecińskiej Opery na Zamku, próbującej znaleźć złoty środek i klucz do pozyskania młodych widzów, mam wrażenie, że to może się udać.

Czy udało się Izabeli Klebańskiej? Nie jestem pewna, choć doceniam starania. 22 opery stały się pretekstem do napisania 22 wierszyków i dołożenia płyty zawierającej 22 fragmenty tychże oper (niestety, w anonimowych wykonaniach, choć w niektórych przypadkach to może i dobrze, że nie znamy nazwisk występujących artystów…). Wierszyki jak wierszyki, moim zdaniem raczej poniżej średniej niż powyżej („Na co dzień koloratura / na pewno buja gdzieś w chmurach, / bo dźwięk tak czysty i wysoki / musi się wzbić nad obłoki.”), gorzej że pozostawiają młodego czytelnika w stanie jeszcze większego operowego niezrozumienia niż przed rozpoczęciem lektury. Zakładają bowiem po pierwsze znajomość podstawowych pojęć, ale także i fragmentów muzycznych (zamieszczone na końcu minimalistyczne kompendium dotyczące poszczególnych oper i ich twórców nie rozwiązuje większości problemów), po drugie jednak, w niektórych przypadkach robią wrażenie na siłę doklejonych do tematu (jak np. wierszyk o małej Tosi, która ma muchy w nosie, ale na szczęście jej mija, co ma jakoby stanowić nawiązanie do arii „La donna è mobile” z opery „Rigoletto” G. Verdiego).

Podsumowując: duży plus za zajęcie się tematem; poważny znak zapytania przy ocenie skuteczności podjętych działań.

G jak Gratulujemy, szkoda tylko, że nikt nie pomyślał o aktualizacji


Książki z cyklu „Monstrrrualna Erudycja” były wydawane przez Egmont ponad dziesięć lat temu; anglojęzyczne oryginały powstawały pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. W przypadku książki o muzyce to niestety widać. Najnowszym z opisanym tam hitów są bowiem utwory grupy Oasis, o której – jak mniemam – słyszeli tylko nieliczni z urodzonych w XXI wieku. Nie da się także ukryć, że brytyjski punkt widzenia znacznie różni się od polskiego.




Gdy pominąć jednak te drobiazgi, okaże się, że możliwym było napisanie książki, która umiejętnie przemyci sporo wiedzy, jednocześnie nie zanudzając na śmierć i – co istotne – nie schlebiając wyłącznie tanim gustom (choć niewykluczone, że niektórych oburzy zamieszczona w rozdziale poświęconym instrumentom komiksowa historyjka o francuskim artyście Josephie Pujolu, obdarzonym muzykalnym zadkiem). Oczywiście, nie należy traktować tej pozycji jako źródła pogłębionej wiedzy. Ten, kto szuka jednak czegoś na dobry początek, powinien czuć się usatysfakcjonowany. Na marginesie, podejrzewam, że po lekturze czterech mało poważnych stron, poświęconych w „Odlotowej muzyce” Mozartowi, Starszy dowiedział się o tym kompozytorze znacznie więcej niż po czterdziestopięciominutowej lekcji muzyki, przeprowadzonej w jego klasie w sposób nader klasyczny i pełen powagi.



A jak Ale kawał dobrej roboty


Anna Czerwińska-Rydel, choć ostatnio znana głównie z serii quasi-biografii dla dzieci, jest z wykształcenia muzykiem. Dla wydawnictwa „Wytwórnia” napisała trzy książki muzyczne (mam tylko dwie z nich, trzecia – „Co słychać?” – stała się, niestety, białym krukiem), każdą zilustrowaną przez inną osobę. Każda z nich inaczej dotyka muzycznych tematów; za każdym jednak razem tak samo, jak mi się wydaje, wymagająco.

„Wszystko gra”, zilustrowana przez Martę Ignerską (nagrodzona w roku 2012 Bologna Ragazzi Award), to opowieść o tym co dzieje się w orkiestrze tuż przed rozpoczęciem koncertu symfonicznego, snuta jednak nie z perspektywy muzyków, lecz instrumentów. Każdy z nich (a w każdym razie każdy w swojej grupie) ma nieco inny charakter i inne oczekiwania; każdy chce inaczej wypaść. Wydaje się, że ich zamierzenia nie są możliwe do pogodzenia, że to nie może się udać, a jednak w finale tej historii dyrygent robi pierwszy ruch ręką, a oni grają - „W harmonii i zgodzie, uzupełniając się wzajemnie i wspierając.
To znakomita lektura wprowadzająca przed koncertem symfonicznym. Ale także pretekst do dyskusji, np. o tym jak cenna jest różnorodność – tak w muzyce, jak i w życiu. Jest to też niezwykle udany eksperyment plastyczny – ilustracje Marty Ignerskiej, początkowo mogące robić wrażenie bohomazów wykonanych przy użyciu czterech kolorów, z czego dwóch żarówiastych, w miarę przewracania kolejnych kartek odsłaniają niezwykle przemyślaną koncepcję, spajającą dźwięki i kreski w przekonywującą całość.


Z kolei „Co tu jest grane?”, zilustrowana przez Katarzynę Bogucką to wprowadzenie do świata muzycznych form, tu wykorzystanych jako foremki do ciast i ciastek sprzedawanych w niezwykłej cukierni. Możemy tu poznać skład drożdżowej fugi, sonatowego pleśniaka, korzennych wariacji czy tortowego ronda. Chętni mogą delektować się smakiem wybranego ciasta, słuchając jednocześnie dźwięków proponowanych przez autorkę utworów (niestety, do książki nie dołączono płyty).
Doceniając pomysł, muszę jednak przyznać, że zdecydowanie wolę „Wszystko gra”. Może dlatego, że nadmiar słodyczy daje uczucie ciężkości?



H jak Ha, jak ja lubię Lutczyna!


„Kto tak pięknie gra” Jacka Krakowskiego to książka mojego dzieciństwa, od tamtej pory chyba ani razu nie wznawiana (ale dostępna za bezcen tu i ówdzie). Pomysł w zasadzie identyczny jak w przypadku „Wszystko gra” (niewykluczone, że Czerwińska-Rydel tu znalazła źródło inspiracji), wykonanie może i bardziej łopatologiczne, a przez długość utworu przyciężkawe, ale to wszystko bez znaczenia. Bo ja nie tylko lubię, ale wręcz kocham ilustracje Edwarda Lutczyna.


Być może nie przychodziłoby mi z taką łatwością prześlizgiwać się po partiach kolejnych instrumentów (a przerabiamy, o ile dobrze pamiętam, skład całej wielkiej orkiestry symfonicznej) i szeregu muzycznych terminów (rzuca je mimochodem altówka, która zna dobrze włoskie słówka), gdyby nie charakterystyczna lutczynowa kreska. Bo czyż nie można pokochać takiej perkusji?! A jak się już ją pokocha od pierwszego wejrzenia, przy drugim wejrzeniu (w tekst) bez problemów przyjmie się do wiadomości fakt, że „bez kotłów, bębnów, bez perkusji / nie ma muzyki i dyskusji. / Bez nas nie byłoby jazzowej / orkiestry ani rozrywkowej, / big-beatu ani rock and rolla.



C jak Cudowna, Celująco trafiająca do dzieci!


Powiem szczerze, o istnieniu tej książki nie miałam dotąd pojęcia.
Nie mam również pojęcia dlaczego nie jest ona wznawiana (ostatnie wydanie pochodzi z roku 1996) i wydawana w setkach tysięcy egzemplarzy, tak aby mogła trafić do każdej szkoły czy nawet przedszkola.
Autorka, Lidia Bajkowska, jest pianistką, pedagogiem, a także autorką książek metodycznych oraz muzycznych bajek i podręczników, prekursorką edukacji muzycznej dzieci poprzez (i tu cytat ze strony internetowej L. Bajkowskiej) "pedagogikę zabawy" Janusza Korczaka. Jest twórczynią autorskiej metody edukacyjnej dla dzieci w wieku od 2,5 do 8 lat, pozwalającej na naukę przez dzieci rozumienia muzyki, w sposób wyjątkowo skuteczny gry z nut na instrumentach muzycznych oraz wspierającej inne metody edukacji muzycznej i artystycznej. 

Zaprawdę powiadam Wam, żadne z użytych wyżej słów nie jest przesadzone.

Na pierwszy rzut oka „Bajka o piosence i nutkach” wydaje się nieco infantylna, a wrażenie to wzmagają tylko ilustracje Krystyny Lipki-Sztarbałło (bardzo lubię tę artystkę, brałam udział w prowadzonych przez nią warsztatach, kilka zilustrowanych przez nią książek należy do naszej kategorii „ulubione”, ale nic nie poradzę: rysunki do „Bajki…” bardzo mi się nie podobają). Gdy jednak przypomnieć sobie jaki jest cel tej książki (zapoznać dzieci – w sposób dla nich zrozumiały – z pojęciami i terminami muzycznymi), okaże się, że wszystko jest tak jak być powinno. A nawet znacznie lepiej.

Wychowanie muzyczne w szkołach leży i kwiczy. Starszy, aktualnie uczeń klasy V, nie dalej niż w październiku nie umiał rozpoznać ani jednej nuty, co objawiło się jedynką z kartkówki  (razem z nim taką ocenę otrzymało 9/10 uczniów jego klasy; nie do mnie należy kierować pytania dlaczego). Młodszy chętnie chodzi ze mną do filharmonii, ale szkolnych lekcji muzyki nie lubi (jako jedynych, bo poza nimi lubi wszystkie inne). Gdy zaserwowałam obu (Starszego trzeba było na początku lekko przycisnąć do siedzenia – ta książka zdecydowanie nie jest książką dla dziesięciolatków z aspiracjami do bycia jedenastolatkami) „Bajkę o piosence i nutkach”, nie wierzyłam temu, co widzę. Po pierwsze, zrozumieli wszystko i w lot. Po drugie, bardzo im się podobało. Po trzecie, kilka miesięcy po lekturze nadal pamiętają. Po czwarte wreszcie, Starszy bez problemów napisał poprawę kartkówki (szkoda, że jak zwykle szkoła osiągnęła cel dzięki moim a nie własnym staraniom).

ta na środku to ja. Tak właśnie wyglądam
Lekturę przetestowałam także na większej grupie dzieci. Dla wzmocnienia efektu dołożyłam akordeon, zdecydowanie łatwiejszy do wniesienia do klasy niż pianino. Skutek? Dokładnie taki sam jak w przypadku moich synów. Podejrzewam, że gdyby udało się popracować z książką dłużej niż pół godziny, okazałoby się, że każde z dzieci (a była to grupa sześcio- i siedmiolatków) odkryło w sobie zamiłowanie do muzyki. Nie żartuję. To naprawdę tak działa.

W posłowiu Lidia Bajkowska napisała: „Starałam się, aby moja książka była łatwym kluczem, który nie tylko otwiera wrota do krainy wysokich i niskich dźwięków, ale także do całego świata muzyki”.

Chapeau bas! Szkoda tylko, że nawet pani profesor nie wie jak sprawić, by jej klucz stał się dostępny dla każdego dziecka.

W tekście pisałam o - kolejno:
Dorota Wyżyńska „Chopin oczami dziecka”, ilustracje Katarzyna Bogucka. Book House, 2008.
Neil Ardley „Instrumenty muzyczne”, tłumaczyła Krystyna Bielawska. Wydawnictwo Arkady, Warszawa 1992.
Anna Siemińska „Kot w nutach”, ilustracje Piotr Szmitke. Oficyna Artystyczna Astraia, Kraków 2012.
Michael Cox „Odlotowa muzyka”, tłumaczył Piotr Makak Szarłacki, ilustrował Philip Reeve. Wydawnictwo Egmont Polska, Warszawa 2003.
Izabella Klebańska „Operowe stra…aaa…achy”, ilustrowała Małgorzata Flis. Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012.
Anna Czerwińska-Rydel „Wszystko gra”, ilustrowała Marta Ignerska. Wytwórnia, Warszawa 2011.
Anna Czerwińska-Rydel „Co tu jest grane?”, ilustracje Katarzyna Bogucka. Wytwórnia + Narodowy Instytut Fryderyka Chopina, Warszawa 2012.
Jacek Krakowski „Kto tak pięknie gra”, ilustrował Edward Lutczyn. Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1986.
Lidia Bajkowska „Bajka o piosence i nutkach. Muzyka dla najmłodszych”, ilustrowała Krystyna Lipka-Sztarbałło. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1992.