Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 października 2018

"Horropera", czyli zachwyt w wołaczu


W taki dzień jak dzisiejszy, gdybym chciała nawiązać do starych, dobrych czasów i jeszcze starszych, lokalnych, a nie amerykańskich komercyjnych tradycji, powinnam wieczorem zamknąć się w ciemnym pokoju, rozświetlanym wyłącznie światłem sączącym się z radioodbiornika, nakryć się kocem i zacząć słuchać odpowiednio strasznego słuchowiska.

Nie film, nawet nie książka, ale właśnie słuchowisko, koniecznie z oprawą muzyczną. Tylko tak chciałabym się dzisiaj bać, jednak nie bardzo, tylko troszeczkę, do tego inteligentnie.

Czy wymagam zbyt wiele?

No, może trochę. Zwłaszcza, że kilka lat temu pozbyłam się z domu ostatniego z w miarę klimatycznych aparatów radiowych.
Jeśli jednak ograniczyć wymagania tylko do słuchowiska i kocyka, to okazuje się, że da się to załatwić.

Półtora tygodnia temu, podczas 6 edycji szczecińskiego Festiwalu Czytania Odkrywcy Wyobraźni, miała bowiem miejsce premiera naprawdę strrrrasznego słuchowiska, a nawet operrrry. Konkretnie Horropery.



Początkowo wydawało mi się, że nie będzie to rzecz godna wielkiej uwagi. Dlatego poszłam niechętnie, prawie na siłę, wyłącznie dzięki natręctwu MoWi (dzięki!).

Duża sala, rząd krzesełek, na środku aktorzy, każdy z tekstem w ręku. Muzyka z taśmy (choć specjalnie skomponowana). Co to ma być? Próba czytana? Dajcie spokój.

źródło zdjęcia

A potem się zaczęło.

Dźwiedź we własnej osobie
 źródło zdjęcia
Początkowo istotnie, siedziałam i patrzyłam (czy raczej słuchałam) jak aktorzy odczytują swoje role z kartek. Jeden z nich był Narratorem (na szczęście od zawsze lubię Pawła Niczewskiego), inny, a raczej inna - Dziewczynką (Marta Uszko), pojawił się też wcielający się w Toperza Rafał Hajdukiewicz.

Wkrótce zaczęli odzywać się także Boszczyk (Sławomir Kołakowski) i Dźwiedź (Wiesław Orłowski) a ja znienacka przeniosłam się do ciemnego pokoju, rozświetlonego tylko bladym światłem radioodbiornika i słuchałam, słuchałam, słuchałam.


Potem, nie wiedzieć kiedy, pokój zamienił się w świat, który przemierzali bohaterowie. Bać się może nie bałam aż tak bardzo (w końcu mam jakieś 6 razy więcej lat niż wynosi sugerowany dla słuchacza dolny próg wiekowy), za to śmiałam się raz po raz. Również wtedy gdy wśród bohaterów pojawiły się trzy wiedźmy (Dorota Chrulska, Grażyna Madej, Iwona Kowalska, skojarzenia z „Makbetem” nieprzypadkowe), trzyosobowa trupa aktorskich trupów (Jacek Piątkowski, Grzegorz Młudzik, Robert Gondek - kazali na siebie długo czekać, ale było warto), a wreszcie prawdziwy czarny charakter - Pan Błysk (Konrad Pawicki). Naprawdę, to nie literacka figura, zdarzyło się kilka razy, że moja wyobraźnia zaczęła funkcjonować w oderwaniu ode mnie, za to z zachowaniem doskonałej łączności z tym, co działo się wokół. Niewiarygodne.

źródło zdjęcia
Jacek Wierzchowski
źródło zdjęcia

Myślę, że to zasługa wszystkiego po trochu: znakomitego tekstu (Irena Naumowicz i Konrad Pawicki), zaangażowania aktorów, którzy bawili się z pewnością nie gorzej od widzów, choć zarazem nie wychodzili z ról profesjonalistów (w każdym razie prawie nie wychodzili, ale w pełni ich rozumiem, bo chyba też bym nie wytrzymała) i świetnej muzyki (Jacek Wierzchowski, etatowy perkusista, od dawna zajmuje się także oprawą muzyczną spektakli i widać, a raczej słychać, że zna się na rzeczy. A poza tym pasuje do ekipy poczuciem humoru – gdyby go nie miał w dużych ilościach, nie zrobiłby sobie TAKIEGO zdjęcia do uroczystego folderu wydanego z okazji 70-lecia Filharmonii Szczecińskiej).

Nie jestem pewna jak ten tekst obroniłby się, wydany w formie książki. Nie widzę go też jako spektaklu (a chodzą słuchy, że jest taki pomysł). Stałby się wówczas, moim zdaniem, zbyt dosłowny, choć być może nadal niezły.
W takiej jednak słuchowiskowej wersji, w tym właśnie aktorskim wykonaniu (nie dokonałabym żadnej zmiany w obsadzie), wydany jako audiobook – och, kupiłabym od razu z dziesięć, by dziewięć rozdać wszystkim znajomym dzieciom. Bo pierwszy, rzecz jasna, byłby przeznaczony dla mnie.

źródło zdjęcia
Naprawdę, jak o tym pomyśleć, niewiele trzeba. Trochę wiary w inteligencję widza/czytelnika/słuchacza, trochę poczucia humoru, dużo elokwencji (wystarczy u twórców, słuchacze, pociągnięci ich przykładem też dadzą radę, czego najlepszym dowodem Dźwiedź). No dobrze, nie zaszkodziłoby też, jak się to kiedyś nazywało, solidne klasyczne wykształcenie. I już. Już jest.

Jest opowieść o małej dziewczynce, która razem ze swoim kotem i trzema, pozbawionymi członu „nie” w mianach, dziwolągami, wędruje ciemną nocą przez magiczny świat zaludniony przez obce stwory (by wymienić tylko frysztaki czy myszołaki), odpowiadając na prośbę o pomoc w jego ratowaniu. Może to i było, ale na pewno jeszcze nie w takiej formie.


Powtórzę zatem to, co już raz, na gorąco, napisałam na facebooku, bo jak dotąd nie wymyśliłam dla tego pochwalnego posta lepszej puenty.

Trafiłam niejako przypadkiem i był to jeden z najlepszych możliwych przypadków (wołacz, ten zawsze lubiłam).
O, Horropero! O autorzy i aktorzy! Gnę się w pokłonach!
I mam nadzieję, że na tym jednym wykonaniu się nie skończy.

Po tamtej stronie burzy - Horropera. Słuchowisko na żywo. Festiwal Czytania Odkrywcy Wyobraźni, Szczecin, 20.10.2018 r.

niedziela, 4 października 2015

Szczeciński festiwal czytania "Odkrywcy wyobraźni", czyli jeszcze się taki nie urodził, który by momarcie dogodził

Ktokolwiek kiedykolwiek twierdził, że w Szczecinie nic się nie dzieje, w ten weekend musiał to odszczekać. Hau, hau! Działo się aż nadto. W każdym razie jak na możliwości normalnego pracującego człowieka, który w weekend musi nadrobić zaległości nie tylko z minionego tygodnia, ale i sprzed co najmniej kilku tygodni.
Z punktu widzenia książkowego najważniejszym zdarzeniem minionego weekendu był na pewno trzeci już Festiwal Czytania, obdarzony w tym roku nową nazwą „Odkrywcy wyobraźni”.


Program był bogaty i ambitny. Nazwiska zaproszonych osób zapierały dech w piersiach. Rozmach imponował.

To budujące, gdy widzi się Książnicę Pomorską, która mimo pięknego, słonecznego weekendu tętni życiem.

Ekscytujące, gdy można na żywo zobaczyć i posłuchać tych, których na co dzień widuje się tylko w telewizji, a których nazwiska budzą respekt. Anna Seniuk, Zofia Kucówna, Ewa Lipska, Maja Komorowska, Joanna Szczepkowska, Jerzy Bralczyk, Wojciech Pszoniak, Robert Więckiewicz – to tylko niektórzy z nich. Jak powiedział któryś z organizatorów festiwalu – to też sposób, by zachęcić nieczytających do kontaktu z książką w każdej jej formie: drukowanej, czytanej i elektronicznej. Jeśli nie przyjdą dlatego, że lubią czytać, to może przyjdą po to, by zobaczyć znaną z telewizji twarz. A przy okazji, mimochodem, posłuchają i kto wie, może się im spodoba?

To fantastyczne, gdy można zaprowadzić własne dzieci na spotkanie z autorami, których książki znają i lubią. Łukasz Wierzbicki i Paweł Wakuła – dwa razy rewelacja.




Wierzbicki urządził jak zwykle jednoosobowy show, sprawiając że dzieciaki przez 40 minut siedziały jak zaczarowane. Nawet ja, mimo początkowej rezerwy, pod koniec chichotałam razem ze wszystkimi.








Wakuła – niestety zdominowany przez współwystępującego Jarosława Boberka (czytającego jego książki – na żywo i w wersji audiobookowej). Człowiek-orkiestra, piszący i rysujący. Misiowaty niczym niedźwiedź brutalny Leon, bohater jednej z książek jego autorstwa, ale i sympatyczny jak on. No i jego autografy – rysunkowe dzieła sztuki!


Po sporej porcji miodu czas na parę łyżek dziegciu.

To wkurzające, gdy w tym samym czasie odbywa się równocześnie zbyt wiele zdarzeń, a dokonanie wyboru jest bardzo trudne. Rozrzucenie Festiwalu po całym centrum spowodowało, że nawet ktoś, kto gotów był spędzić dzień tylko na kolejnych festiwalowych imprezach, nie był w stanie przemieścić się w porę z miejsca na miejsce. Przykład z niedzieli: o 11.00 na ulicy Wielkopolskiej czytanki dla dzieci z Anną Seniuk, od 12.00 w Książnicy spotkanie z Pawłem Wakułą i Jarosławem Boberkiem. Czas potrzebny na przemieszczenie się z jednego miejsca w drugie to jakieś 20-30 minut (jeśli idzie się z dziećmi). Jakby nie liczyć, nie da rady być i tu, i tu. A taka szkoda.

Czytanie uspokaja i ukulturalnia, ale nawet najkulturalniejszy czytelnik czasem się denerwuje. Byłam tylko w dwóch miejscach: Książnicy i Starej Rzeźni (ulokowanej na ciągle źle skomunikowanej z miastem wyspie Łasztowni) i w obu było podobnie. Brakowało kompetentnych przedstawicieli organizatorów, którzy w razie pojawienia się problemów (a na imprezach takiego rodzaju pojawiają się one permanentnie) wzięliby sprawy w swoje ręce, informując, kierując i uspokajając. Miłe panie i młode wolontariuszki nie zawsze radziły sobie z trudnymi sytuacjami. Brakowało też moderatora, który nadałby kształt niektórym spotkaniom (nie każdy autor i aktor jest perfekcyjnie zorganizowanym i panującym nad salą Łukaszem Wierzbickim). Chaos i rozgardiasz – to źle komponuje się z czytaniem.

A może za wysoki koń? To fantastycznie, że do Szczecina przyjeżdża tyle znanych osób, ale może zamiast na ilość warto byłoby postawić na jakość? Mniej, za to lepiej?

źródło zdjęcia tutaj, autorka: MoWi
Wydarzenie w Starej Rzeźni, które miało być spektaklem na podstawie książki 1945 Magdaleny Grzebałkowskiej okazało się być czymś w rodzaju próby czytanej nie wiadomo czego. Czworo warszawskich aktorów (Sławomira Łozińska, Magdalena Smalara, Adam Woronowicz i Krzysztof Franieczek) pojawiło się na scenie z grubymi plikami kartek. To można by wybaczyć, teksty były długie i niewdzięczne, a czasu na przygotowanie być może mieli mało. Tylko czy na pewno niektórzy z nich, ubrani w stroje sprzed siedemdziesięciu lat, musieli świecić kartkami z pozakreślanymi zielonym markerem fragmentami własnego tekstu? Czy naprawdę nie można było przeczytać tekstu wcześniej, by nie mylić się w trakcie tak strasznie, próbując ukrywać błędy aktorską manierą (celowała w tym zwłaszcza Sławomira Łozińska, która w czasie spektaklu wypowiedziała chyba więcej „yyyy” niż innych słów)? Jedyną osobą, która nie irytowała była Magdalena Smalara, ale samodzielnie nie mogła uratować całości.

Z dobrze poinformowanych źródeł wiem też, że podobnie było podczas Teatrzyku Zielone Oko, w czasie którego zaprezentowano fragmenty słuchowiska według książki Agathy Christie. Rozumiem, że na dźwięk nazwiska Pszoniak (będącego zresztą dyrektorem artystycznym festiwalu) ręce powinny same układać się do klaskania, ale dobrze byłoby na przykład wcześniej poinformować widzów z godziny 15.00, że usłyszą tylko początek, zaś tych z 18.00, że im dla odmiany zostanie zaprezentowany środek słuchowiska, do tego na etapie bardzo wstępnej obróbki.

Reasumując: było nieźle, ale mogło być znacznie lepiej. Za rok? Trzymam kciuki! 

środa, 27 maja 2015

J.M.Barrie "Piotruś Pan", czyli nie tylko dla chłopców

Nie wiem co sobie wyobrażałam, gdy kilka miesięcy temu zdejmowałam z półki rozpadającego się ze starości „Piotrusia Pana”. Wydawało mi się chyba, że to wartka opowieść o piratach, Indianach, wróżkach i małym, niesubordynowanym chłopcu, który nie chce dorosnąć.


Niestety. Wartka opowieść toczyła się nader ospale, piratów i Indian było w niej jak na lekarstwo (najwyraźniej Steven Spielberg ze swoim „Hookiem” mocno namieszał w mojej pamięci), wróżka wprawdzie się pojawiła, ale tylko jedna i nader złośliwa, natomiast chłopiec był po prostu denerwujący.

Zaraz po lekturze obejrzeliśmy inscenizację „Piotrusia Pana” w szczecińskim Teatrze Współczesnym. Okazało się, że może być gorzej. Znacznie gorzej.

źródło zdjęcia
Piotruś w klasycznej literackiej wersji jest nudnawy. Po dokonanym przez reżyserującą spektakl Ewelinę Marciniak uwspółcześnieniu (polegającym m.in. na wprowadzeniu wątków seksualnych gdzie tylko się da, a tam się gdzie nie da również) jest już tylko niestrawny. Ja wyszłam zażenowana, moje dzieci (które podobno miały być zachwycone faktem, że aktorzy latają i w ogóle jest tak fajnie i kolorowo) zdenerwowane tym, że nic nie trzymało się kupy, a Indianie w ogóle się nie pojawili.

Po tych doświadczeniach odłożyłam książkę z powrotem na najdalszą półkę, nie zamierzając sięgać do niej nigdy więcej.


Niespodziewanie wróciła do mnie przy okazji Dnia Matki.

Pani Darling po raz pierwszy usłyszała o Piotrusiu porządkując myśli swoich dzieci. Jest to conocnym zwyczajem każdej dobrej mamy. Kiedy dzieci już usną, przetrząsa ona wtedy ich główki i porządkuje im myśli na rano, przesuwając do właściwych przegródek rozmaite sprawy, które w ciągu dnia zawieruszyły się gdzie indziej. Gdybyś mógł wtedy nie spać (ale, oczywiście, nie możesz), zobaczyłbyś jak robi to twoja mama, i bardzo by cię zaciekawiło przyglądanie się jej pracy. Wygląda to zupełnie jak porządkowanie szuflad. Przypuszczam, że zobaczyłbyś ją na klęczkach, marudzącą śmiesznie nad jakąś cząstką zawartości twojej głowy  i zastanawiającą się, gdzie, na Boga, mogłeś to znaleźć. Robi przy tym odkrycia milutkie i mniej miłe, jedno potrafi przytulić do policzka, jakby to był mały kotek, a inne ukrywa pospiesznie. A kiedy wstajesz rano, wszystkie psoty i brzydkie myśli, które miałeś idąc do łóżka, są już zwinięte w jak najmniejszy węzełek i wtłoczone na samo dno twojego umysłu. A na wierzchu leżą pięknie przewietrzone twoje najładniejsze myśli, gotowe do użytku.

Nie przypominam sobie, abym – gdy czytałam „Piotrusia Pana” w dzieciństwie – obdarzyła panią Darling czymś więcej niż zdawkowym rzutem oka. Tym razem dostrzegłam ją już od pierwszego zdania i zdumiałam się jak wiele mam z nią wspólnego.

Wszystkie dzieci – poza jednym – dorastają. Szybko dowiadują się, że będą kiedyś dorosłe, a Wendy dowiedziała się o tym tak:
Kiedy miała dwa lata, bawiła się pewnego dnia w ogrodzie: zerwała kwiatek i pobiegła z nim do swojej mamy. Przypuszczam, że musiała wyglądać zachwycająco, bo pani Darling położyła rękę na sercu i zawołała:
- Ach, dlaczego nie możesz pozostać taka na zawsze?!

Kiedy patrzę na śpiącego Młodszego, mam ochotę wykrzyknąć to samo.

Doskonale też rozumiem, dlaczego pani Darling postanowiła zostawić sobie w kąciku ust jeden pocałunek, którego nie mogły otrzymać ani jej dzieci, ani pan Darling. „Wendy przypuszczała, że może Napoleon otrzymałby ten pocałunek, ale widzę go jak próbuje, a potem odchodzi wściekły i trzaska drzwiami.

Przeraża mnie sama myśl o tym, że mogłabym poczuć to samo, co pani Darling wówczas, gdy któregoś piątkowego wieczoru zastała łóżeczka dzieci puste, a okno otwarte. Mam przy tym ochotę narzekać razem z narratorem na bezmyślność i okrucieństwo Wendy, Janka i Michała, ale wiem też, że prawem dzieci jest być absolutnie pewnym, że ojciec i matka zawsze będą trzymali okno otwarte, tak aby można było przyfrunąć do domu z powrotem, zaś obowiązkiem rodziców jest sprawienie, by ich dzieci nigdy owej pewności nie utraciły.

Odlatujemy zwykle, jakbyśmy byli stworzeniami zupełnie bez serca (którymi dzieci zresztą są), a potem, gdy samolubnie spędziliśmy czas i poczuliśmy potrzebę opieki, powracamy wspaniałomyślnie i wierzymy, że zostaniemy wynagrodzeni zamiast otrzymać tęgie baty.

źródło zdjęcia

Może i James Barrie, jak można wyczytać w jego biografiach, miał poważny problem z relacją z własną matką. Może i – jak twierdzi Piers Dudgeon w swojej dopiero co wydanej książce („The Real Peter Pan: The Tragic Life of Michael Llewelyn Davies”) – sam zrujnował życie jednemu z dzieci, którymi się opiekował. Mały Michael Llewelyn Dawies, tak uroczy jako mały Piotruś Pan, musiał młodo umrzeć, by nigdy nie dorosnąć.
Może. Ale nie interesuje mnie to. Zamiast tego z fascynacją odkrywam, że J.M.Barrie wiedział o matkach więcej niż niejeden współczesny mężczyzna, nowoczesny mąż i ojciec.



Pani Darling podeszła do okna, bo obecnie czujnie pilnowała Wendy. Powiedziała Piotrusiowi, że usynowiła wszystkich pozostałych chłopców i chciałaby go też usynowić.
- Czy posłałaby mnie pani do szkoły? – zapytał chytrze.
- Tak.
- A potem do biura?
- Tak przypuszczam.
- I szybko stałbym się dorosłym mężczyzną?
- Bardzo szybko.
- Nie chcę iść do szkoły i uczyć się uroczystych rzeczy! – powiedział do niej z uniesieniem. – Nie chcę być mężczyzną. O, matko Wendy, nie chcę budzić się i czuć, że mam brodę!

Zdumiewające jak szybko przechodzimy od zaciskania powiek po to, by jak najdłużej zachować pod nimi obraz naszych malutkich synków, do otwierania im drzwi prowadzących do szerokiego świata.
Nasi mali chłopcy, pozornie coraz bardziej dorośli i bawiący się w coraz bardziej męskie zabawy, cały czas potrzebują nas jednak tak samo mocno.

Potem wszyscy upadli na kolana i wyciągające ręce zawołali:
- Och, Wendy damo, bądź naszą matką!
- Czy powinnam? – zapytała Wendy rozpromieniona. – Oczywiście to bardzo zachwycające, ale jestem przecież tylko małą dziewczynką. Nie mam wiele wprawy.
- To nie ma znaczenia – powiedział Piotruś, jak gdyby on był jedyną obecną tu osobą, która wie wszystko w tej sprawie, chociaż w rzeczywistości wiedział najmniej. – Potrzebujemy miłej, pełnej macierzyńskich uczuć osoby.”

Potrzebują nas i naszej miłości między innymi po to, by sami mogli w przyszłości poczuć i odkryć szczęście płynące z najprostszych codziennych sytuacji.

Ach, staruszko – powiedział na uboczu Piotruś do Wendy, grzejąc się przy ogniu i przyglądając się jej, gdy odwracała cerowaną skarpetkę – nie ma nic przyjemniejszego niż taki wieczór z tobą, kiedy ma się już za sobą trudy dnia i można odpocząć przy kominku mając blisko siebie te maleństwa.”

I choć na co dzień prycham i warczę, gdy tylko ktokolwiek wpada na pomysł podetknięcia mi skarpetki do zacerowania (od dawna nikt się nie odważył), a w tyle głowy nadal mam irytację, którą czułam czytając o Wendy („Gdy siadała obok koszyka pełnego ich skarpetek, z których każda miała dziurę na pięcie, unosiła zwykle w górę ręce i wołała: - O mili moi, jestem pewna, że powinno się zazdrościć starym pannom! A gdy wołała tak, twarz jej promieniała”), to jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że James Matthew Barrie napisał naprawdę dobrą książkę. Nie tylko dla dzieci.
A gdy to napisałam, twarz mi promieniała. 

J.M.Barrie „Piotruś Pan”, przełożył Maciej Słomczyński, ilustrował Jerzy Srokowski. Nasza Księgarnia, Warszawa 1958.

sobota, 16 listopada 2013

"Bajki samograjki", czyli jak radzić sobie w wieku przedemerytalnym

W naszym kraju jeszcze nie tak dawno 60-latek mógł cieszyć się zasłużoną emeryturą; jeśli dobrze się postarał, to nawet już od kilku lat.
Obecnie, z uwagi na przesunięcie granicy wieku emerytalnego, nie ma o tym mowy. (Ci, których od kilku lat, mimo upływu czasu, od emerytury niezmiennie dzielą trzy dziesięciolecia, z pewnością współodczuwają ból przeszywający klawiaturę, na której wystukuję te słowa.)

Od osób sześćdziesięcioletnich XXI-wieczny rynek oczekuje wykazywania się elastycznością, kreatywnością, przy jednoczesnej umiejętności praktycznego wykorzystywania swoich bogatych już doświadczeń zawodowych i dzielenia się nimi z młodszymi.
Nie jest lekko.


Premiera spektaklu „Bajki samograjki” według Jana Brzechwy w szczecińskim Teatrze Lalek „Pleciuga” została przygotowana z okazji 60-lecia istnienia tej sceny.
Nie było lekko.
Miało być – jak sądzę - elastycznie, kreatywnie i wielopokoleniowo.
Udało się, ale to czy stuprocentowe zrealizowanie tego planu oznacza super zabawę dla widzów, może budzić wątpliwości.

Z teatrem Anny Augustynowicz znam się od zamierzchłych czasów.
Pierwszy spektakl wyreżyserowany przez nią w szczecińskim Teatrze Współczesnym - „Klątwę”, widziałam bodajże pięć razy. Widziałam też wszystko inne, co reżyserowała w tym teatrze do końca ubiegłego wieku. Później nasze drogi nieco się rozeszły, wydaje mi się jednak, że wiem, czego można się po niej spodziewać.
Dlatego zdziwiłam się, gdy przeczytałam, że spektakl w „Pleciudze” proponowany jest dzieciom od lat czterech. Dziś, po obejrzeniu przedstawienia, wiem że moje zdziwienie miało uzasadnione podstawy.
Moim zdaniem to nie jest spektakl dla dzieci w takim wieku; w każdym razie nie przez pierwszą połowę.

Z „Bajek samograjek” został bowiem znakomity tekst, ale już na przykład typowo dziecięcej radości nie ma w przedstawieniu wiele. Kompletnie nie rozumiem też, dlaczego przez cały spektakl, łącznie z końcowym wyjściem, aktorzy (z dwoma czy trzema wyjątkami) mają upiornie poważne miny. Rozumiem, że to Sztuka, ale w końcu dla dzieci, czyż nie?

Być może patrzę (a raczej słucham) z perspektywy osoby skażonej wielokrotnym odsłuchiwaniem opartych o te same teksty znakomitych słuchowisk muzycznych, w których Brzechwę recytowały i wyśpiewywały chociażby Irena Kwiatkowska czy Barbara Krafftówna, a muzykę komponowali Stefan Kisielewski i Jerzy Wasowski. Znakomitej oprawie muzycznej i znakomitemu aktorstwu towarzyszyły też radość i zabawa.

Tymczasem spektaklowi Anny Augustynowicz w pierwszej jego połowie towarzyszy głównie zdumienie i nerwowe pochrząkiwanie osób, które chciałyby się roześmiać, ale nie wiedzą, czy przy tak ponurych minach aktorów to wypada.

Wydaje się też, że jeżeli teatr ma ciągle w swoim repertuarze „Kopciuszka” jako odrębny i samodzielny spektakl, to ktoś z osób nim zarządzających powinien pomyśleć i spośród czterech bajek samograjek do scenicznej adaptacji wybrać inną. Nie pomyślano jednak, wskutek czego moje dzieci, które „Kopciuszka” w wersji oddzielnej obejrzały w ubiegłym miesiącu, zaziewały się niemal na śmierć.

Wreszcie, jeśli adresujemy przedstawienie do tak małych dzieci, warto byłoby zrobić przerwę w trakcie. Nawet jeśli zaburzy to artystyczną ciągłość.
Małym dzieciom często chce się siku, drodzy Państwo. A jeśli chce im się siku, będą miały w nosie walory artystyczne Dzieła.

Natomiast, gdyby przedstawienie zaczynało się od drugiej z bajek, czyli „Czerwonego kapturka”, ten post pełen byłby wyłącznie ochów i achów.
Rytm, nowoczesna muzyka, tworzona na scenie przez samych aktorów, znakomite kostiumy i ruch sceniczny (przy pierwszej z bajek ruch zdawał się być wartością nadrzędną), momentami operowe popisy aktorów, dowcip (mimo ponurych min).
Mimo że znakomicie pamiętam starą wersję tej bajki z jej dość typową melodyjnością, z radością akceptuję taki rodzaj liftingu.
Umiejętnie wykorzystano też nowoczesne środki komunikowania się z widzem.
Po raz kolejny w „Pleciudze” na ekranie za plecami aktorów zobaczyliśmy multimedialną prezentację. Czerwony Kapturek rozmawiał zaś z Wilkiem niczym doświadczony uczestnik internetowych czatów, nie pamiętający jednak o zachowaniu czujności, niezbędnej z uwagi na to, że nie może być pewnym tego, kto tak naprawdę kryje się za ekranem komputera.
Byłam naprawdę pod wrażeniem.

I zastanawiam się teraz, czy to, że ani ja, ani moje dzieci nie pamiętamy zbyt wiele z „Kopciuszka”, jest spowodowane tym, że był on tak nijaki, czy też „Czerwony kapturek” okazał się na tyle wybitny, że go przyćmił.

Reasumując:
- dobrze było z okazji jubileuszu zobaczyć na scenie cały zespół „Pleciugi”, pełen znakomitych aktorów;
- lepiej byłoby jednak, gdyby na przyszłość nie brali wszystkiego śmiertelnie poważnie.

Poza tym i mimo wszystko, moim zdaniem „Pleciudze” zesłanie na emeryturę jeszcze długo nie grozi.

Teatr Lalek „Pleciuga” w Szczecinie, Jan Brzechwa „Bajki samograjki”.
Reżyseria – Anna Augustynowicz; scenografia – Marek Braun; kostiumy – Wanda Kowalska; Muzyka – Jacek Wierzchowski; choreografia – Zbigniew Szymczyk.
Występują: Mariola Fajak-Słomińska, Rafał Hajdukiewicz, Danuta Kamińska, Dariusz Kamiński, Katarzyna Klimek, Mirosław Kucharski, Paulina Lenart, Grażyna Nieciecka-Puchalik, Edyta Niewińska-Van der Moren, Maciej Sikorski, Janusz Słomiński, Krzysztof Tarasiuk, Zbigniew Wilczyński, Przemysław Żychowski. 

wtorek, 22 października 2013

Kopciuszek, czyli czego uczy Was ta bajka, drogie dzieci?

„Kopciuszek” jest baśnią, której nie wypada nie znać. Stał się elementem kultury, hasłem pod którym kryje się coś, co wszyscy rozumieją.
Im bardziej jednak myślę o tej historii, tym bardziej zastanawiam się, czy aby na pewno jest nam dzisiaj do czegokolwiek potrzebna. I czego, jak rany, mogą nauczyć się z niej współczesne dzieci?! 

Klasyczna historia w wersji opowiedzianej przez Charles’a Perrault, raczej nie ma szans na aplauz. W czasach, w których liczy się zadaniowość, multimedialność i osiąganie jak najlepszych wyników na testach, losy absolutnie nieasertywnej dziewczynki (i cóż, że blondwłosej, niczym Barbie?) mogą bowiem wywołać co najwyżej pogardliwe wzruszenie ramionami.
No, bo jak można godzić się na takie poniżanie i dawać sobą pomiatać? W czasach, w których istnieją Rzecznicy Praw Dziecka i facebook, na którym można się poskarżyć na swój marny los?! A poza tym, co to jest popieliczka, tafta i krochmalenie, mamoooo?

Problematyczne może okazać się też przekonanie dzieci do prawdziwości i słuszności zakończenia. Bo chrześcijańskie miłosierdzie w podobno chrześcijańskim kraju idą oczywiście swoją drogą, ale tak naprawdę, to do czego to podobne, żeby zamiast wykorzystać sposobność do zdeptania swojego wroga (złych sióstr i macochy), wybaczyć mu i jeszcze pomóc ułożyć sobie życie?

źródło zdjęcia
Jeszcze gorszym pomysłem wydaje się zaprowadzenie dzieci na teatralną adaptację (wg tajemniczej, przynajmniej dla mnie, wersji niejakiej Tatiany Gabe). Przynajmniej na tę w szczecińskim Teatrze Lalek „Pleciuga”.
Choć pozornie nie ma do czego się przyczepić, gdyż proponuje się nam klasyczną sztukę lalkową (dawno na takiej nie byliśmy), reklamowaną przez scenografa jako „romantyczna baśń bez przemocy”, to jednak na zmianę mdli ona i nudzi, a Kopciuszek chwilami sprawia wrażenie osoby niespełna rozumu.

Najgorsze jednak, że w tej wersji morał bajki zostaje sprowadzony w zasadzie do jednego:
Droga dziewczynko w wieku od lat trzech! (taki jest sugerowany przez Pleciugę dolny pułap wiekowy widza)
Pamiętaj, że w życiu liczy się tylko to, czy jesteś ładna i jak wyglądasz. Bo, że chodzi tylko o to, by zdobyć męża, to przecież oczywiste. Jeśli jednak będziesz siedzieć w kącie, a do tego nie będziesz ubierać się w stylu bezowej panny młodej, na pewno Ci się to nie uda. Jeśli zaś los nie obdarzył Cię urodą, nic Ci już nie pomoże, bo do tego jesteś na pewno głupia, pusta i złośliwa.
Aha! Zapomniałabym o najważniejszym: trzeba biernie czekać na dobrą wróżkę! Bez niej na pewno nic się nie uda i w Twoim życiu nie dojdzie do żadnych zmian.

Dla odtrutki można oczywiście wybrać wariant braci Grimm.
Obcinanie palców, bądź pięt (jak kto woli) i umazywanie posoką pantofelków, względnie wydziobywanie oczu przez ptaki (i dobrze im tak, tym złym siostrom!), niewątpliwie zapadną głęboko w pamięć (mi zapadły, dotąd odrzuca mnie od Grimmów, co do których jestem pewna, że można by postawić im szereg psychiatrycznych diagnoz), ale czegóż to nauczą nasze dziatki, ach czegóż?    


Rozumiem, że podobne wątpliwości i obawy targały panią Iwoną Krynicką z wydawnictwa „Wilga”, i właśnie dlatego wymyśliła serię „Bajki na poziomie”, w ramach której wydano ostatnio także i „Kopciuszka”.
Mamy więc tekst (przez wzgląd na moje dobre wychowanie, będzie to jedyna wzmianka na jego temat), „przecudne” ilustracje (tu – z tych samych powodów, co w przypadku tekstu – pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że jest, jest beza, hurra!).
To, co jednak najbardziej w tym przypadku istotne, to zamieszczone na każdej stronie rady psychologa.
Bo jeśli czytać, to tylko po to, by zrealizować plan wychowawczy, ma się rozumieć.

Kiedy zobaczyłam to wydanie „Kopciuszka”, zatarłam ręce. Niestety (dla mojej zjadliwości), okazało się że owe psychologiczne rady nie są wcale takie głupie.
Na przykład fragmentowi tekstu opowiadającego o tym, jak to biedny Kopciuszek musiał w pocie czoła pracować, podczas gdy jego przyrodnie siostry wylegiwały się na kanapie, towarzyszy rada: „Mamo, Tato, o dom powinni dbać wszyscy jego mieszkańcy. To dobry moment, żeby ustalić z dzieckiem, za co ono chciałoby być odpowiedzialne.
Fakt. Sama na to nie wpadłam. Naprawdę.

Z drugiej jednak strony, pan psycholog (Jarosław Żyliński) chyba też miał kłopot z samym Kopciuszkiem, bowiem w pewnym momencie skapitulował i przesunął akcent na postać księcia.
Scena, w której książę, dzierżąc pantofelek pod pachą, wyrusza w objazd królestwa, okraszona jest bowiem radą: „Mamo, Tato, zwróćcie uwagę dziecka, że gdy bardzo czegoś pragnie, powinno od razu zacząć działać, tak jak książę. Podpowiedzcie mu, co może zrobić, żeby osiągnąć cel.
No właśnie. To ja się pytam, co myślał sobie Kopciuszek, lejąc brudne od kurzu łzy i czekając na cud? I czemu mimo to mu się udało? No i w takim razie po co się męczyć, mamoooo?

Wersję bardziej przyjazną współczesności – co wyjątkowo w tym przypadku uważam za zaletę, nie zaś wadę – zaproponował natomiast Grzegorz Kasdepke, w wydanej swego czasu przez gazetę Kolekcji „Dziecka”.
Wprawdzie ilustracyjnie Kopciuszek i tak musi ostatecznie okazać się bezą, to jednak tym razem autor nie ucieka przed trudnymi pytaniami.
Bo – przekazuję pytanie od moich dzieci – czemu ojciec Kopciuszka na to wszystko pozwalał?
Druga żona drugą żoną, ale to przecież była jego córka! Jak to możliwe, że siedział cicho i nie stawał w jej obronie?
Kasdepke bierze byka za rogi i przyznaje, że ojciec Kopciuszka „nie był zbyt odważnym człowiekiem”. Marna to pociecha, ale w końcu tacy rodzice też są i dobrze, że ktoś przestał udawać, że jest inaczej.

Po przebiciu się przez wszystkie te historie, wydaje mi się, że jedynym, co może ocalić Kopciuszka jest wdzięk, żart, a do tego dystans.

To wszystko zapewnił mu Jan Brzechwa, w swoich cudownych Bajkach-Samograjkach.
I nie chodzi tu nawet o tkwiący we mnie gdzieś głęboko (a odświeżony ostatnio przez Katarzynę Nosowską i zespół Hey) sentyment do zawołania Herolda: „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan…”, a o to, że rym i humor dodają całej opowieści lekkości.



I choć Kopciuszek znów jest wyzyskiwaną sierotą, bo przecież
inaczej nie byłby Kopciuszkiem, to jednak pomaga mu nie wróżka, a dobra Sąsiadka (przypominająca dla pewności: „A pamiętaj, że wróżek nie bywa.”). Sam Kopciuszek zaś nie tylko, że wreszcie nie przypomina bezy, to jeszcze nie widzi powodu, by padać przed Księciem na kolana, tylko dlatego, że ten akurat postanowił poszukać żony. Co więcej, w chwili gdy waży się jego przyszłość, bezczelnie wyśpiewuje Księciu nieco złośliwą piosenkę.
Dodatkowo, mimo że znów wszystko kończy się szczęśliwie, to jednak nikogo nie mdli.
A dzieciom po lekturze lub też wysłuchaniu tej bajki muzycznej może przyjdzie do głowy, że choć nie zawsze w życiu układa nam się tak, jakbyśmy tego chcieli, to jednak możemy liczyć na to, że karta się odwróci. O ile pozostaniemy sobą i nie będziemy bać się chwytać okazji, które nam się trafiają.

Bo chyba tego uczy nas Kopciuszek, moje drogie dzieci.



Charles Perrault „Kopciuszek” w: „Bajki”, w przekładzie Hanny Januszewskiej i z ilustracjami Janusza Grabiańskiego, Nasza Księgarnia, Warszawa 1988 oraz w: „Baśnie czyli opowieści z dawnych czasów”, w przekładzie Barbary Grzegorzewskiej i z ilustracjami Aleksandry Kucharskiej-Cybuch, Agencja Librone 2010.
„Kopciuszek”, tekst Iwona Krynicka, rady dla rodziców Jarosław Żyliński, ilustracje Kamila Stankiewicz. Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o., Warszawa 2013.
„Kopciuszek”, opowiedział Grzegorz Kasdepke, zilustrowała Agnieszka Żelewska. AGORA S.A., Warszawa 2005.
Jan Brzechwa „Kopciuszek” w: „Bajki Samograjki”, ilustrowała Danuta Imielska-Gebethner. Czytelnik, Warszawa 1986.

„Kopciuszek” wg Tatiany Gabe. Teatr Lalek „Pleciuga” w Szczecinie. Reżyseria Valdis Pavlovskis, scenografia Pāvils Šenhofs, muzyka Boriss Rezņiks. Obsada: Paulina Lenart, Marta Łągiewka, Mariola Fajak-Słomińska, Danuta Kamińska, Katarzyna Klimek, Krzysztof Tarasiuk, Maria Jamińska, Zbigniew Wilczyński, Dariusz Kamiński, Leszek Czyż. 

środa, 2 października 2013

E.E.Schmitt "Małe zbrodnie małżeńskie" kontra "Seks dla opornych", czyli że o osłach lepiej pisać na wesoło

Kryzys małżeński to temat samograj, niezależnie od tego czy jest się autorem poważnych książek, popularnych poradników, czy redaktorem w plotkarskim serwisie.
Każde małżeństwo dopada on bowiem prędzej czy później, przy czym rzadko daje się przegnać raz na zawsze.
Dlatego chętnie lubimy poczytać o tym, że po pierwsze nie tylko my, a po drugie, że inni mają jeszcze gorzej. Chyba że akurat nie, ale to temat na całkiem inny post (o tym, że co najmniej połowa świata udaje).


Eric-Emmanuel Schmitt lubi celować w samograje.
Do tego jest mistrzem chwytających za serce fraz, takich co to koniecznie trzeba zapisać piórem na czerpanym papierze i powiesić nad łóżkiem.
Czytając biblioteczny egzemplarz „Małych zbrodni małżeńskich” znacznie większą radość niż z samej lektury czerpałam więc ze stąpania po śladach osoby, która przede mną czytała ten dramat (z racji objętości, ale nie tylko z jej powodu, godny raczej miana dramaciku). Osoba ta skrupulatnie oznaczyła bowiem ołówkiem cytaty, które szczególnie zapadły w jej serce, niektóre opatrując dodatkowo wykrzyknikami.

Jeżeli mnie kochasz, przyjmiesz mnie oszpeconego, kalekiego, starego, chorego, pod warunkiem jednak, że będę sobą. Jeżeli mnie kochasz, pragniesz m n i e, a nie tylko mojego odbicia. Jeżeli mnie kochasz…”, wyznaje na trzynastej stronie jeden z dwojga bohaterów, czyli Gilles (mąż), a ja czytając te (starannie podkreślone i opatrzone jednym wykrzyknikiem) słowa, wyraźnie dostrzegałam w linii ołówka ślady drżenia rąk.
I przypomniało mi się, jak to było, gdy miałam osiemnaście lat i śmiertelnie kochałam się w pewnym koledze, i w pożyczanej mu właśnie książce dyskretnie zaznaczałam co bardziej romantyczne fragmenty, marząc o tym, że oto właśnie w ten sposób zrodzi się porozumienie naszych dusz.
Mój Boże, jakaż byłam wtedy głupia i nic nie wiedziałam o życiu i małżeństwie!

Jednak gdy czytam (wzięte w ramkę, dwa wykrzykniki) słowa Lisy (żona): „Nie kłamię, Gilles. Jesteś taki, jak opisuję. Mężczyzną. Mężczyzną, który mi odpowiada. Mężczyzną, którego kobiecie czasem udaje się spotkać.”, trochę zazdroszczę temu komuś, że jeszcze umie zachwycić się takim – było, nie było – romantycznym pustosłowiem.

Pomysł Schmitta na sztukę (kameralną jednoaktówkę, do tego niskobudżetową, gdyż potrzeba zatrudnić jedynie dwoje aktorów, niespecjalnie troszcząc się o dekoracje – wystarczą jakieś schody, lampa, fotel) początkowo wydaje się przedni. Czyż bowiem można wyobrazić sobie lepszy prezent dla związku z piętnastoletnim stażem niż amnezja jednego z małżonków? To wszak szansa na wyrwanie się z rutyny i nudy, ale też i niepowtarzalna możliwość, by ułożyć sobie partnera według swoich potrzeb, wyrugowując z niego wszystkie lub przynajmniej większość irytujących nas cech.

Uwielbiasz chodzić po sklepach, co rzadko zdarza się mężczyznom, wytrzymujesz godzinę w sklepie z damskimi butami – co zasługuje na dyplom. Masz zawsze wyrobione zdanie na temat mierzonych przeze mnie ubrań, zdanie estety, nie macho, który ubiera żonę swoimi pieniędzmi. Umawiamy się czasem w herbaciarniach.” – opowiada mężowi Lisa, a nam wydaje się, że oto dąży do spełnienia najpiękniejszego ze swych snów.
Potem jednak następuje kilka zwrotów akcji, po których zdarzenia zmierzają w inną stronę niż początkowo sądziliśmy, że będą zmierzać. Niezmienna pozostaje tylko skłonność autora do stosowania tanich chwytów z użyciem wielkich słów.

Mam wrażenie, że gdyby Eric-Emmanuel spotkał się z projektującą okładkę polskiego wydania jego sztuki Dominiką Zaleską (rewelacyjne piktogramy!), mógłby dowiedzieć się od niej między innymi tego, że własne mądrości dotyczące nawet najpoważniejszych tematów warto czasem złagodzić, puszczając we właściwym momencie oko. Owszem, Schmitt chwilami prowadzi dialog między bohaterami w taki sposób, że wydaje się iż chodziło mu o dowcip. Aby się tego domyśleć, trzeba jednak najpierw wygrzebać się spod stosu skrzydlatych słów, a to naprawdę wyczerpujące.

"Seks dla opornych" na teatralnej scenie
źródło zdjęcia
Dlatego, jeśli miałabym wybierać spośród licznych już sztuk teatralnych o okołomałżeńskiej tematyce, zamiast na Schmitta zdecydowanie wskazałabym na „Seks dla opornych” Kanadyjki Michel Riml.
Riml nie aspiruje, zdaje się, do roli literackiego guru i przewodniczki duchowej,  a stawia na zwykłą rozrywkę. Jej bohaterowie to – tak samo jak u Schmitta - małżeńska para, tym razem z dwudziestopięcioletnim stażem, podejmująca weekendową próbę rozgrzania dość dawno już przygasłej namiętności. Nikt na nikim nie popełnia tu zbrodni, część rozmów bohaterów krąży po prostu wokół seksu, także w jego poradnikowym wydaniu, złotych myśli pada znacznie mniej, a jednak – wśród chichotów, czy nawet momentami rechotów – dużo łatwiej niż w przypadku sztuki Schmitta zobaczyć odbicie własnych problemów i rozterek. Co więcej, ich wykoślawienie w krzywym zwierciadle dużo skuteczniej niż przepuszczenie przez podniosłe wyznania pozwala dostrzec własną głupotę.
Bo do większości, choć oczywiście nie do wszystkich, kryzysów małżeńskich niewątpliwie nie doszłoby, gdybyśmy nie zachowywali się czasem jak głupie osły.

Eric-Emmanuel Schmitt „Małe zbrodnie małżeńskie”, przełożyła Barbara Grzegorzewska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007.
Michele Riml „Seks dla opornych”, przekład Hanna Szczerkowska. Teatr Współczesny w Szczecinie, reżyseria i opracowanie muzyczne Justyna Celeda, scenografia Grzegorz Małecki, występują Beata Zygarlicka i Konrad Pawicki.

niedziela, 28 kwietnia 2013

"Kubuś i jego pan" w Pleciudze, czyli sprośnie acz refleksyjnie

Dawno, dawno temu „Kubuś Fatalista i jego pan” Denisa Diderota był lekturą w liceum. Czy jest nią i teraz, nie mam pojęcia, bowiem nie jestem się w stanie rozeznać w obecnym sposobie tworzenia listy lektur szkolnych.
Pamiętam, że wówczas zachwyciłam się zarówno Diderotem, jak i Wolterem. Z wypiekami na twarzy pochłonęłam „Kubusia…” oraz „Kandyda”; o ile jednak do dziś mniej więcej pamiętałam o czym był „Kubuś…”, o tyle treść „Kandyda” (poza podtytułem „powiastka filozoficzna”) rozpłynęła się w mrokach mej niepamięci (bo to w końcu dawno, dawno temu było!).

Dawno temu, kiedy studiowałam i miałam dużo wolnego czasu (choć wtedy wcale tak nie uważałam), przeżyłam także etap fascynacji twórczością Milana Kundery. Przeczytałam na pewno kilka (pięć? sześć?) jego książek, z których do dziś w mojej głowie nie zostało nic. Nawet jednak wówczas nie wiedziałam, że Kundera napisał sztukę „Kubuś i jego pan”, będącą hołdem złożonym Diderotowi i - jak pisze Jan Čulik – „zbiorem literackich wariacji, zainspirowanych przygodami Kubusia Fatalisty, postaci stworzonej przez Diderota, oraz przygodami Tristana Shandy’ego, opisanymi przez Laurence’a Sterne’a w jego mistrzowskiej powieści złożonej z szeregu zabawnych dygresji.”


W szczecińskiej Pleciudze spektakl, będący adaptacją właśnie sztuki Kundery, nie zaś – jak sądzi większość widzów (a wiem co mówię, bowiem podsłuchałam parę rozmów) – powieści Diderota, grany jest od czterech lat. W mojej ocenie owego upływu czasu w ogóle po aktorach nie widać. Jakkolwiek jest w rzeczywistości, widzom jawią się jako ci, którzy grając, nadal znakomicie się bawią. Nie jest to przy tym proste, bowiem sztuka (jak informuje z offu tajemniczy Czech) jest wprawdzie w trzech aktach, jednak musi być grana bez antraktu. Bite dwie godziny na scenie, to mnóstwo tekstu, to naprawdę ciężka praca fizyczna. Zachowanie lekkości i świeżości jest w takich warunkach sztuką, która temu zespołowi znakomicie się udała.

źródło zdjęcia
Spektakl niewątpliwie może być odbierany w kilku płaszczyznach.
Po pierwsze, jako prosta i dość świńska opowieść erotyczna. Kubuś (Rafał Hajdukiewicz), jego Pan (Janusz Słomiński – dla mnie król tego spektaklu) oraz – w drugim akcie – Markiza de La Pommeraye (w tej roli znakomita Grażyna Nieciecka-Puchalik) – opowiadają bowiem na wyścigi swoje miłosne historie, w których nie uświadczy się platonicznych powłóczystych spojrzeń i tęsknych westchnień, za to pełnymi garściami można sięgać po gołe biusty i tyłki (dla Pana – tylko duże!). Jeśli komuś wydawało się, że to XX i XXI wiek sprowadziły na ludzkość wyuzdanie i perwersję, jest w głębokim błędzie.

źródło zdjęcia
Po drugie, „Kubuś…” to znakomita okazja, by podpatrzeć na czym polega zabawa konwencją. To bowiem teatr w teatrze. Aktorzy przebierają się wśród publiczności, w usytuowanej obok sceny (na scenie?) garderobie; inspicjentka nie jest jak zazwyczaj wstydliwie schowana gdzieś poza zasięgiem lamp, lecz siedzi na scenie (obok sceny?) wraz z aktorami, niekiedy wkraczając nawet do akcji jako pełnoprawna postać. Odtwórcy poszczególnych ról (a wszyscy – poza tytułowymi Kubusiem i jego panem muszą wcielić się w trzy lub cztery (jak Mirosław Kucharski, brawurowo odgrywający m.in. rolę Matki) różne postaci), momentami sami zasiadają na widowni, tyłem do publiczności, przypatrując się występom swoich kolegów i komentując między sobą akcję. Siedząc tuż za panem Słomińskim i obserwując jego trzęsące się od tłumionego chichotu plecy, nie byłam w stanie stwierdzić, czy tylko gra, czy naprawdę tak dobrze się bawi. Dla pełni obrazu należy napomknąć jeszcze o umowności konwencji (prawie żadnych rekwizytów, poza butelkami i monstrualnymi przypinanymi atrybutami kobiecości) oraz o tym, że aktorzy chwilami wciągają do gry także i publiczność (obsadzenie mnie w roli pięknej, melancholijnej dziewczyny, w której onegdaj zakochał się Kubuś sprawiło, że spłoniłam się po uszy, choć wydawało mi się, że kto jak kto, ale ja nad emocjami umiem panować wręcz perfekcyjnie, a z etapu wpatrywania się cielęcym wzrokiem w aktorów wyrosłam bezpowrotnie).

Po trzecie, gdy już przyzwyczaimy się do atmosfery spektaklu i opatrzą się nam sprośności, zaczynamy rozumieć, że autor miał do powiedzenia znacznie więcej. Tu znów zacytuję Jana Čulika, a potem samego Kunderę, bowiem lepiej niż oni nie umiem tego ująć:
Kiedy jednak historia się rozwija, przeradza się w protest przeciwko beznadziejności świata i ludzkiej kondycji. Żartobliwe dialogi prowadzone na temat seksu i sztuki snucia opowieści stają się tarczą, która ma nas bronić przed nieprzyjazną rzeczywistością i przed naszą podróżą przez życie, której cel zawsze pozostaje nieznany.”
Życie jest repetycją. Wszystko już było. (…) a ja się zastanawiam, czy ten, kto napisał w górze to wszystko również sam się strasznie nie powtarzał, i czy nie wziął nas zatem za durniów…


Teatr Lalek „Pleciuga” w Szczecinie, Milan Kundera „Kubuś i jego pan. Hołd w trzech aktach dla Denisa Diderota”, w tłumaczeniu Marka Bieńczyka.
Reżyseria: Paweł Aigner, scenografia – Jan Policka, kostiumy – Elżbieta Terlikowska, muzyka – Jacek Wierzchowski.
Obsada: Rafał Hajdukiewicz, Janusz Słomiński, Mirosław Kucharski, Grażyna Nieciecka-Puchalik, Przemysław Żychowski, Edyta Niewińska-Van der Moren.
Inspicjentka – Marzena Heropolitańska.