Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie kryminały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie kryminały. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2019

W.Chmielarz "Rana", czyli jedenaste: nie oczekuj


Pisanie w dniu 1 września o oczekiwaniach nie jest najlepszym pomysłem.
Oczekiwania to najgorsze co można mieć w związku z rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Wobec szkoły, nauczycieli, dzieci oraz siebie jako rodzica.
Oczekiwania to otwieracz do puszek z frustracją, rozczarowaniem i niepotrzebnym stresem.

Na najnowszą książkę Wojciecha Chmielarza, „Rana”, wydaną mniej więcej rok po poprzedniej, „Żmijowisku”, wiele osób, w tym ja, czekało. Autor przyzwyczaił swoich czytelników do wysokiego poziomu (o proszę: tutaj i tutaj).




„Rana” przyszła w paczce razem z kilkoma innymi pozycjami. Wszystkie (może poza nieujętymi na zdjęciu podręcznikami dla Starszego - każdy w cenie odpowiadającej wyrobom z 24-karatowego złota; nie ma to jak rocznik uczniów, którzy muszą zdać się na dyktat wydawców i hurtowni, bo nie istnieje dla nich rynek wtórny podręczników) zostały powitane z radością, jednak tylko „Rana” z entuzjazmem. To głównie jej wyczekiwałam. To ona dostąpiła rzadkiego zaszczytu – została przeczytana tego samego dnia, kiedy trafiła do moich rąk, w całości. Niewątpliwie, moje oczekiwanie, iż Wojciech Chmielarz napisze kolejną trzymającą w napięciu powieść, zostało spełnione.
Niestety, tym razem liczyłam na coś więcej.
I po co?



Nie byłoby „Rany”, gdyby nie było szkoły. Prywatnej szkoły podstawowej, położonej w Warszawie, co ma pewne znaczenie fabularne, aczkolwiek drugorzędne. Prywatna szkoła samo zło, chciałoby się napisać, w ślad za jedną z czwartoplanowych bohaterek „Rany”, przypadkową staruszką, doradzającą jednej z głównych postaci: „Tam źli ludzie pracują. Nie warto. Niech pani znajdzie normalną szkołę dziecku…
W opisanej w książce szkole dzieją się złe rzeczy - choć nie szkoła jako taka jest ich źródłem, to jednak bez niej wiele z nich nie miałoby miejsca. Ofiary wybierane są i wśród dorosłych, i spośród uczniów. Ale ofiarami okazuje się również wielu spośród tych, którym autor pozwolił przeżyć.

O prywatnych szkołach jako siedliskach zła wiem bardzo wiele. O występujących w nich rozbieżnościach między oczekiwaniami (i obietnicami) a rzeczywistością również. Tak, to miejsca, do których trafiają dzieci dobrane według specyficznego klucza. A imię jego: dużo zer na bankowych kontach ich rodziców.  
W związku z tym powinnam być zadowolona, że w „Ranie” znalazłam to, o czym sama przekonałam się (i napisałam) już wcześniej. Że rządzi tam pieniądz. Że zarządzający lubią papierki lakmusowe, np. w postaci stypendiów dla ubogich uczniów. Że nie uczy się tam dzieci empatii, współpracy i życia w normalnym społeczeństwie, lecz funkcjonowania w tej bańce, w której zostały zamknięte dzięki pieniądzom rodziców.
To wszystko prawda. Ale u Chmielarza jest ona zbyt oczywista.

„Rana”, mimo że krwista, jest bardzo czarna. Jest rozległa, jednak jej brzegi są gładkie, nie poszarpane. Wszystko (poza główną intrygą i pytaniem o to kto jest mordercą - po raz kolejny bardzo długo dałam się zwodzić) jest tu dość proste. I czarne, nie białe, i nie szare. Brakuje niejednoznaczności, wątpliwości. Tak, życie bywa takie jak tu opisane. Są tacy ludzie. Ale nie wszyscy, do diabła.
Przykro mi, po książce Wojciecha Chmielarza oczekiwałam czegoś więcej. Nie chciałam powtórki z serii gliwickiej – dobrej, ale za bardzo mrocznej, za bardzo jednoznacznie złej. Tymczasem właśnie to, tyle że unurzane w psychologicznym sosie (autor utrzymuje się na kursie obranym już przy „Żmijowisku”), dostałam.
A było się nie nastawiać.

Moim najpoważniejszym zarzutem wobec „Rany” jest nadmiar, bynajmniej nie krwi, choć trupów, owszem, całkiem sporo jak na jedną książkę. Autor miał zbyt wiele pomysłów na poprowadzenie czytelnika ku rozwiązaniu zagadki, która wprawdzie pozornie dotyczy tego, kto zabił, jednak faktycznie tego, co tak bardzo poraniło bohaterów, wszystkich bez wyjątku. Tej książce brakuje normalności, choćby w homeopatycznej dawce.

Razi także (uwaga, spojler!) jednoznaczna inspiracja reportażem Mariusza Szczygła „Śliczny i posłuszny” i podążenie tropem tego, co najbardziej intrygowało Szczygła w tej historii, opisanej po raz pierwszy przez Barbarę Seidler w tekście „Pani od maszynoznawstwa”. Pierwowzorem jednej z kluczowych postaci jest bohaterka opisanych tam zdarzeń – kobieta, nauczycielka, zabójczyni sześcioletniego dziecka. Chmielarz dokonał wprawdzie nieco zmian (płci dziecka oraz jego pokrewieństwa z morderczynią - faktycznie ofiarą był chłopiec, zakatowany przez swoją macochę, przy bierności, a może i współudziale ojca; u Chmielarza jest to dziewczynka, biologiczna córka zabójczyni), jednak poza tym ta sama jest nie tylko oś całej historii, ale i sporo jej szczegółów. A zwłaszcza sprzączka od wojskowego pasa, którym bite było dziecko. Kto raz przeczytał reportaż Seidler, nigdy pewnych rzeczy nie zapomni.

Zadaniem reportera jest opisanie rzeczywistości. Pisarz ma ten przywilej, że ogranicza go tylko własna wyobraźnia. Czy jednak tak jest również w przypadku, gdy korzysta, choćby w ramach luźnej inspiracji, z prawdziwych historii? Ja uważam, że nie; w tym zakresie nie zmieniłam poglądu od czasu lektury „Innej duszy” Łukasza Orbitowskiego.

Dlatego „Rana” jest, moim zdaniem, najmniej udaną książką Chmielarza. Za prosto przychodzi mu rozgrzeszanie (choć tylko niektórych), zbyt łatwe są podsuwane przezeń tłumaczenia. Za czarno-białe wykreowane przezeń postaci, mimo że pozornie skomplikowane. Biedni lepsi, bogatsi gorsi, choć poranić tak samo można i jednych, i drugich. Zarazem nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor przestraszył się wniosków, do których doszedł, stąd takie a nie inne zakończenie. Dające nadzieję, mało jednak moim zdaniem przekonywujące.
Za łatwo wreszcie rysowało się autorowi obraz złej szkoły, prywatnej szkoły.
Oczekiwałam czegoś więcej. Od Wojciecha Chmielarza. Sam to sobie u mnie zrobił. Za dobrze pisze.

Z dwojga złego wolę jednak frustrację spowodowaną rozczarowaniem wyczekiwaną lekturą (choć „Rana” jest zupełnie niezłą książką, serio) niż tym, że nie spełnią się moje oczekiwania co do nowych szkół obu moich synów. Niby poprzeczka nie jest zawieszona zbyt wysoko (gorszych niż dotychczasowe mieć raczej nie mogą), ale po co mi samodzielnie wyprodukowany stres i frustracja?

Dlatego 1 września 2019 roku od szkolnictwa w tym kraju nie oczekuję niczego. Swoje oczy zwracam raczej ku niebiosom: czekam na cud, który pozwoli mi i mojej rodzinie przetrwać kolejne 10 miesięcy.

Wojciech Chmielarz „Rana”. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019.

czwartek, 22 sierpnia 2019

J.Galiński "Kółko się pani urwało", czyli lektura dla fanów dowcipów o Murzynach

Już wcześniej to podejrzewałam, ale od tych wakacji wiem to na pewno: jeśli blurby, opinia publiczna oraz Michał Nogaś polecają jakąś książkę, ja muszę trzymać się od niej z daleka. Szczególną ostrożność muszę zachować zaś, gdy blurby i opinia publiczna (tym razem redaktora Nogasia w to nie mieszajmy) twierdzą, iż oto mamy do czynienia z książką prześmieszną, dziełem, które sprawi, że czytelnikiem wstrząsać będzie niemożliwy do skontrolowania śmiech.

źródło zdjęcia
Nabrałam się na to już kilka razy wcześniej. Dobrze pamiętam na przykład dzień, w którym zabrałam się za lekturę zachwalanej wszędzie jako przezabawnej „Ostatniej arystokratki”. Pełna nadziei i entuzjazmu, wykonałam wcześniej parę ćwiczeń oddechowych w celu rozluźnienia przepony. Doczytawszy do setnej strony, lekko już spięta z nadmiaru powagi, zaczęłam się lekko niepokoić, podczas gdy moja przepona skurczyła się z nudów. Na szczęście przy dwieście sześćdziesiątej pierwszej stronicy pojawił się cień humoru, co pozwoliło unieść mi do góry w radosnym grymasie lewą brew. Najwyraźniej słońce zbyt krótko opromieniało jednak swym blaskiem pana Evžena Bočka (autora dzieła), gdyż nie tylko humor, ale i jego cień zanikły bezpowrotnie i nigdy więcej się nie pojawiły. Przepona, obrażona, spięła się zaś na amen.

Tym razem miało być jednak inaczej. Lektura lekka, łatwa i przyjemna. Komedia kryminalna w sam raz na wakacje, do tego polskiego autora.


A dzwony ostrzegawcze biły, biły, aż pękły z wysiłku. I wszystko nadaremnie.

Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem, dlaczego pan Jacek Galiński, mężczyzna w kwiecie wieku, chcąc – jak twierdzi w dostępnych w internecie wywiadach – wykreować oryginalnego bohatera, uczynił nim starszą panią, emerytkę. Czy naprawdę nie słyszał bowiem o wymyślonych już wcześniej panie Marple, Agacie Raisin, czy – sięgając po polskie książki – wnikającej starszej pani z powieści Anny Fryczkowskiej albo emerytce Henryce, bohaterce serii książek autorstwa Katarzyny Gurnard?

Dobrze, pal sześć oryginalność, ale czemu kobieta emerytka? Czemu nie mężczyzna emeryt, do diabła? Chętnie poczytałabym o starszym panu, w końcu on też może ciągnąć za sobą kraciasty wózek zakupowy, nieprawdaż?

Jacek Galiński
źródło zdjęcia


Sam autor, indagowany, nie wyjaśnia przyczyn takiego a nie innego wyboru. Podkreśla natomiast (całość rozmowy tutaj): „świadomie zbudowałem bohaterkę na kontrastach. Wierzę, że tak się powinno budować interesujące postacie. Dr House wprowadził w tej kwestii nowe standardy. Urocza i zabawna starsza pani, to według mnie utarty schemat. Same pozytywne cechy w pewnym momencie stają się nudne, mdłe i nieautentyczne. Moja bohaterka zyskuje sympatię dzięki aktywności, sprawczości i kodeksowi moralnemu. Dopóki będę potrafił, będę tworzył ją właśnie w taki sposób.” Przyznaje jednak zarazem, iż nie ma „w ogóle zbyt wielkiego kontaktu ze starszymi osobami. Nie miałem też babci. To postać w 100% fikcyjna, która była przeze mnie tworzona na przestrzeni dłuższego czasu w poprzednich projektach i różnych tekstach. Bezpośrednim pierwowzorem bohaterki jest Karlson z dachu:)”.

Pff… Grunt to dobre samopoczucie.


Zofia Wilkońska, gdyż tak nazywa się wykreowana przez Galińskiego bohaterka, pani, której urwało się tytułowe kółko, jest antypatyczna i chamska. Tak, chamska. Nie „irytująca”, jak pisze się w niektórych recenzjach, ale chamska, obcesowa i bezczelna w sposób nie pozostawiający miejsca na sympatię. Nie lubię chamów, niezależnie od tego czy mają lat 20 czy 75. Samo w sobie nie byłoby to jednak literackim problemem, nie muszę lubić głównego bohatera, by podobała mi się książka, w której występuje. Gorzej jednak, gdy chamski bohater jest zarazem bezdennie głupi.

Przykro mi, nie kupuję narracji o tym, jakoby główna bohaterka tej książki była „sugestywnie stworzoną i dopracowaną przez autora postacią, której psychologiczna wiarygodność oraz przemyślany światopogląd stanowią cechy wyróżniające” (tak: Jarosław Czechowicz, autor bloga Krytycznym okiem, całość tutaj).

Owszem, rozumiem, że starsze panie bywają głupie. Jeśli ktoś całe życie nie był demonem intelektu, raczej na starość mu się nie poprawi. Mnie mamusia (i tatuś, nie zapominajmy o tatusiu) nauczyła jednak, że nieładnie jest śmiać się ze starszych i głupszych od siebie. Niestety, pan Galiński najwyraźniej pobrał inne nauki.

 Wprawdzie słyszałam nieco niepochlebnych opinii o policji, ale mimo to trudno było mi uwierzyć w nieporadność tego starszego posterunkowego, który do mnie przyjechał. Ciekawe, co to oznaczało w ich nomenklaturze? Na starszego nie wyglądał, na posterunkowego też nie. Chyba że posterunkowy to ten, co pisze posty. W klubie seniora mieliśmy szkolenie z pisania postów w internecie. Mnie szło całkiem nieźle. Innym różnie. Nawet udało mi się nawiązać pierwszą znajomość – z jakimś majętnym mieszkańcem Afryki, który potrzebował pomocy w przewiezieniu swojej fortuny do Europy. Niestety prowadząca szkolenie zabroniła mi z nim korespondować. Nazwała go oszustem i szpanerem. Potem szkolenie się skończyło i kontakt nam się urwał.

Leżycie i kwiczycie? Nie? To może scena w taksówce Was ubawi po pachy? Autora ubawiła, do tej pory się śmieje, ilekroć przypomni sobie co napisał.

źródło zdjęcia
Na szczęście tuż obok naszej kamienicy jakiś uczynny taksówkarz pakował do bagażnika wielką walizkę.
- Proszę pana, proszę pana, dokąd pan jedzie? – spytałam.
 - Jestem zajęty.
- Widzę, ale dokąd pan ma kurs, bo chętnie bym się zabrała.
- No nie wiem, musiałaby pani spytać pasażera.
- Na pewno się zgodzi.(…)
Chwyciłam za klamkę tylnych drzwi. W środku siedział czarnoskóry mężczyzna. Ależ on był potężny! (…) Przypominał wielkiego Murzyna, który tak strasznie natłukł naszemu Andrzejkowi Gołocie.
- Hello – powiedziałam, wsiadając. – How do you do?
Ha! Szkoda, że nauczycielka z klubu seniora mnie teraz nie widziała! Musi się pani bardziej przykładać do nauki, mówiła do mnie. No proszę. I kto teraz był mądry, a kto głupi? No kto?
- What are you doing? This is my cab – powiedział zaskoczony.
- Ja pana nie rozumiem, proszę pana – odpowiedziałam, uśmiechając się. – I co mi pan zrobi?
Poklepałam go po ramieniu, żeby się tak nie denerwował. Przesunęłam się w jego kierunku, dając do zrozumienia, żeby zrobił mi trochę miejsca. (…)
Miałam czas przyjrzeć się mojemu współpasażerowi. On zresztą także mi się przyglądał, czym wprawiał mnie w zakłopotanie. Najbardziej fascynowały mnie jego włosy.
- Mogę dotknąć? – spytałam, wskazując na jego czuprynę.
- What? What are you talking about? Are you crazy? – spytał, ponieważ także był mnie ciekaw.
Już mnie przyzwyczaił do swojej pewnej nieśmiałości, więc bez skrępowania wyciągnęłam rękę i delikatnie pomacałam jego zabawne kręcone kędziorki. W rewanżu pokazałam, że może podotykać moje włosy, jeśli chce. W dawnych czasach w telewizji emitowano programy podróżnicze, z których można się było nauczyć podobnych przyjaznych zachowań.

Doprawdy. Buchacha i jeszcze chacha. Wprawdzie liczyłam na to, że na końcu pani Zofia wyjmie tort z białą, koniecznie białą polewą i temu czarnemu Murzynowi przyłoży, ale nie można mieć wszystkiego, bo jeszcze by człowiek pękł ze śmiechu, nieprawdaż.

I tak dalej, i tak w kółko. Pani Zofia, podążając tropem bandyty, który włamał się do jej mieszkania, wpada na trop afery reprywatyzacyjnej. Niezmiennie impertynencka i bezczelna, daje sobie radę w najtrudniejszych okolicznościach, gdyż napotyka, co wydaje się niemożliwe, wyłącznie głupsze od siebie (a może po prostu mniej chamskie?) jednostki. I tak, owszem, po drodze pojawia się parę obiecujących wątków fabularnych, ba! bohaterce przydarza się nawet kilka przebłysków czegoś zwiastującego istnienie inteligencji, jednak autor za każdym razem jest tak samo bezwzględny. Ma być przecież śmiesznie, sama Bonda powiedziała mu, że to co pisze, jest komedią kryminalną, więc, buchacha, natychmiast oblewa wszystko humorem prosto z kanistra, po czym przykłada zapałkę.

Wybuchy śmiechu, rozpuki. Czytasz? Pamiętaj, ta lektura wymaga ofiary.

Jacek Galiński, „Kółko się pani urwało”. Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2019.

piątek, 13 lipca 2018

W. Chmielarz "Wampir" i "Zombie", czyli coś dla entuzjastów szambonurkowania


Nie chce mi się. Pisać postów na bloga również. Pogrążyłam się w marazmie i zadumie nad okropnością świata.
Bliskie kontakty z polską służbą zdrowia, stale zacieśniane, w połączeniu z bezpośrednim zanurzeniem w sam środek bagna oficjalnie zwanego reformami oświaty i wymiaru sprawiedliwości sprawiają, że niespecjalnie wiem, co powinnam tu pisać.

Z jednej strony włącza mi się tryb „naprawmy ten świat, albo choćby skonstruujmy jakąś bombę, która wysadzi to wszystko w p…!” (w powietrze, rzecz jasna). Jego zastosowanie skutkuje jednak nieuchronnością tworzenia postów katastroficznych, jojcząco-złowróżbnych.
Bez jaj, kto by to czytał. Ja sama niechętnie, toteż i innym nie życzę.

Z drugiej, galopująca skleroza (lata lecą) i resztki dawnej świetności, kiedy to byłam porządna i zorganizowana, przypominają, że fajnie jest napisać cokolwiek o książkach, które się przeczytało. Choćby po to, by za pół roku pamiętać o czym były. I że się je już czytało (ostatnio zorientowałam się dopiero w połowie lektury, że czytałam już tę książkę. Jakieś dwa lata wcześniej).

Zestrojenie tych dwóch głosów odzywających się w mojej głowie nie jest proste.
Na szczęście jest Chmielarz. Wojciech Chmielarz.

W tym roku, z racji przedwczesnego urlopu (swoją drogą, nigdy nie przypuszczałam, że tyle radości sprawi mi i całej rodzinie pokazanie szkole wała i zabranie dzieci na wakacje w połowie czerwca. Jednego ze świadectw do tej pory nie odebraliśmy. I dobrze mu tak!), jestem już tak po pakowaniu, jak i rozpakowaniu wakacyjnej torby książek. Dziwnym trafem, była ona pełna książek Chmielarza.
Małżonek nadrabiał serię o Mortce, ja postanowiłam przeczytać, jak na razie dwuczęściową, serię gliwicką.
To nie był dobry pomysł.

Co do zasady zdania na temat jakości twórczości tego autora nie zmieniam. Facet umie pisać, do tego dobrze. O ile jednak cykl książek, których głównym bohaterem był policjant Jakub Mortka był po prostu serią niezłych kryminałów, o tyle dwie dotychczas wydane książki o Dawidzie Wolskim, absolwencie prawa z licencją detektywistyczną, są znakomicie zaprojektowaną i zbudowaną przy użyciu najlepszych materiałów autostradą do piekła, niczym innym.


Spośród kilku znanych mi osób, które jak dotąd zmierzyły się tak z „Wampirem” (część pierwsza cyklu), jak i z „Zombie” (część druga), żadna nie zamierza sięgnąć po część trzecią, o ile ta kiedykolwiek powstanie.
„Wampir” był straszny, ale do zniesienia, zwłaszcza biorąc pod uwagę solidność wykonania. Ginie dwudziestolatek, według policji i prokuratury śmiercią samobójczą. Jego matka, samotnie go wychowująca od czasu gdy skończył dziewięć lat, nie wierząc w taką wersję zdarzeń, zwraca się o pomoc do adwokata, dla którego pracuje Dawid Wolski. W tle pojawiają się dwa zaginięcia młodych osób i mnóstwo syfu. Im dalej w sprawę, tym syf większy. Sam Wolski specjalnie sympatyczny nie jest, ale otacza go jeszcze jakaś tajemnica, nimb fatalny. Historia układa się w miarę składnie, choć obrzydliwie, ale całość kończy się na tyle niedopowiedzianie, że żal nie sięgnąć po część drugą.
Błąd. Olbrzymi błąd.

Znam osobiście człowieka, który całkiem dobrowolnie i z pełną świadomością tego, co czyni, wybrał zawód patomorfologa i wykonuje go od szeregu lat z pełnym zaangażowaniem, traktując towarzyszące mu okoliczności („kroisz, rzygasz, kroisz, …”) mniej więcej tak jak sprzedawczyni w sklepie spożywczym spowodowane pracą problemy z kręgosłupem i żylakami.
Nie znam jednak żadnego patomorfologa, który po godzinach pracy oddawałby się innej pasji w postaci nurkowania w szambie. Tymczasem tylko taka osoba może, w mojej ocenie, poradzić sobie z lekturą „Zombie”.


Ja wiem, że ten świat jest zły. Ba, wiem również, że większość mechanizmów, w tym także rządzących prawniczym światem, wygląda właśnie tak, jak opisał je Chmielarz (skąd on to wszystko wie? – zapytała moja koleżanka, a ja nie umiałam udzielić jej odpowiedzi). Ale, jak rany, dlaczego mam o tym również czytać po godzinach? Zwłaszcza gdy chodzi o książkę, w której nie pojawia się w zasadzie żaden dobry bohater?

„Zombie” oblepia. Zatyka usta i nos. Niestety, oczy omija.
Nie lubię książek, w których ofiarami są dzieci. Nie lubię gdy zło triumfuje. Nie lubię „Zombie”.
Chmielarz odpowiada w drugiej części gliwickiego cyklu na większość wcześniej zasygnalizowanych, dotyczących Wolskiego, pytań. Postać, która nie jest sympatyczna a przestaje być intrygująca, interesuje znacznie mniej. Mnie nie interesuje już w ogóle. Wolę czytać o kimś z rysem szlachetności, jak Mortka, wcale niejednoznaczny, ale jednak dający jakąś nadzieję, że lepsza część ludzkości do końca nie wyginęła.
Wolski nie interesuje mnie wcale. Niech go w trzeciej części piekło pochłonie, na zdrowie.
Jeśli mogę jednak podpowiedzieć coś autorowi, to najlepiej jeśli wrzuciłby w paszczę piekła jeszcze parę innych postaci. W tym odpowiedzialnych za reformy oświaty i wymiaru sprawiedliwości. Wtedy może przeczytam. Ku pokrzepieniu serca.

Wojciech Chmielarz „Wampir”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.
Wojciech Chmielarz „Zombie”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.

wtorek, 15 maja 2018

W.Chmielarz i seria o komisarzu Mortce, czyli rzecz o prawdziwej namiętności


Stało się.

Ja, dojrzała kobieta, kpiąca z męskich zachowań związanych z przeżywaniem kryzysu wieku średniego, zrobiłam dokładnie to samo co oni.
Zakochałam się.
W młodszym.

Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę, akurat! Opętał mnie. Myślę o nim cały czas. Myślę, gdy wstaję rano, myję zęby i resztę ciała, gdy robię i jem śniadanie, gdy jadę do pracy, gdy jestem w pracy, gdy z niej wracam, gdy udaję, że jestem w domu, choć tak naprawdę myślami błądzę gdzie indziej. Myślę o nim wreszcie wieczorem, wieczorem jest zresztą najlepiej. Wtedy nikt nam już nie przeszkadza, wtedy wreszcie mogę skupić się tylko na nim. Zarwana noc? Pal ją sześć, czymże jest zarwana noc wobec prawdziwej namiętności?!

Naprawdę się tego nie spodziewałam. Wprawdzie mówili, że powinnam zwrócić na niego uwagę, ale słyszałam to już wielokrotnie i zawsze kończyło się tak samo. Piękna okładka a w środku pusto. Przerost formy nad treścią, pozerstwo i nadęcie, a przede wszystkim brak głębi. Tymczasem mnie trzeba uwieść słowem, frazą, umiejętnym dobieraniem tembru głosu, och, aż mnie ciarki przechodzą, gdy tylko o tym piszę. W każdym razie dotąd się nie udawało. Owszem, niekiedy bywało przyjemnie, ale nic poza tym.
Tymczasem po pierwszym spotkaniu okazało się, że on faktycznie ma w sobie to coś. Niby od niechcenia, ale przykuł moją uwagę. Pomyślałam: „fajny gość”. 
Za drugim razem było równie dobrze. Podobał mi się coraz bardziej, jednak nie na tyle, by zaiskrzyło. Nie protestowałam jednak, gdy okazało się, że możliwe jest trzecie spotkanie. A wtedy, och, wtedy zaczęło się na całego.

Co na to mój mąż?
Mąż wie o wszystkim. Początkowo był zazdrosny, jednak potem zaproponował (nie spodziewałam się tego po nim!) wejście w trójkąt. Gdy dołączyła do nas jeszcze moja koleżanka, wcale się nie zdziwił. Owszem, czasem bywa to kłopotliwe. Każde z nas ma inne tempo, jednak dla możliwości wzięcia do ręki kolejnej książki o komisarzu Jakubie Mortce jesteśmy gotowi zrobić wszystko, nawet dogadać się, gdy wydaje się to niemożliwe.

Wojciech Chmielarz
w trakcie spotkania w Szczecinie
źródło zdjęcia

To trafiło mnie znienacka.

Niby słyszałam, że jest taki Chmielarz, który dobrze pisze, ale niespecjalnie byłam skłonna w to uwierzyć. O Mrozie słyszałam to samo, a potem okazało się (patrz tutaj), że jest to prawdą tylko, gdy ustawić go w kategorii „ilość”, nie zaś „jakość”. Inni też jakoś nie zachwycali, a blog mi świadkiem, że próbowałam (np. Ziomeckiego i Przygodzkiego; poza tym byli nieopisani Czubaj, Wroński, Ćwirlej i paru innych, zawsze ostatecznie z tym samym skutkiem. Przeczytać się dało, ale zachwycić już nie).

Być może tym razem stało się inaczej dlatego, że Wojciech Chmielarz wydaje się być całkiem fajnym, zwyczajnym facetem. W każdym razie takie wrażenie zrobił na spotkaniu autorskim, jakie odbyło się w miniony poniedziałek (14 maja) w Szczecinie. Facetem, dodajmy, który otwarcie mówi, że jego ambicją jest napisanie dobrego kryminału, książki, którą będzie się świetnie czytało na plaży i tyle. Aż tyle, chciałoby się dorzucić.




Naprawdę, dawno nie zdarzyła mi się sytuacja, w której zawaliłabym kilka dni z życia po to, żeby czytać. Wszędzie. Bo musiałam, żeby nie pęknąć. Stan ten narastał przy tym niczym gorączka. O ile bowiem „Podpalacz” (pierwsza część cyklu) jest po prostu niezły, „Farma lalek” (druga część) dobra, o tyle „Przejęcie” i „Osiedle marzeń” (części trzecia i czwarta) są naprawdę znakomite. Finałowe (jak na razie) „Cienie” plasują się tylko ciut niżej, a i to chyba wyłącznie z racji nieco zbyt, jak na moje potrzeby, hollywoodzkiego zakończenia.

Opowiedziane historie są wiarygodne, dopracowane w detalach, bohaterowie – zarówno pierwszo, jak i drugoplanowi - psychologicznie prawdziwi, realia ze wszech miar autentyczne, a nie efekciarsko upiększone. Niezależnie od tego, czy te historie w całości lub w jakiejś części wydarzyły się naprawdę (autor twierdzi, że nie), zdają się być wyjęte ze stron prasy codziennej. 

W Warszawie (gdzie toczy się akcja czterech z pięciu książek cyklu; fabuła jednej – „Farmy lalek” rozgrywa się w położonych w Karkonoszach Krotowicach), a także w innych polskich miastach z całą pewnością pracują policjanci podobni do komisarza Jakuba Mortki i jego kolegów (a także jednej koleżanki – pojawiającej się wprawdzie dopiero w trzeciej części, za to z dobrym efektem). Nie są płascy i jednowymiarowi – źli lub dobrzy. Każdemu z nich zdarzają się potknięcia i chwile słabości, często kładące się cieniem na ich pozornie prostej historii. Są ludzcy tak bardzo jak w życiu – jedni piją, inni biją, kolejnym po prostu się nie chce lub też robią wyłącznie to czego oczekują tego od nich przełożeni; jeszcze inni zapadają się w pracę, zawalając życie prywatne. Większość boryka się z problemem marnych zarobków, co autor świetnie pokazuje poprzez detale.

Chmielarz lubi swoich bohaterów, to widać. Lubi ich wszystkich, nawet tych złych. Doskonale zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę o każdym można opowiedzieć fascynującą historię, dlatego z szacunkiem podchodzi również do tych, których rola wydaje się być tylko epizodyczna. Być może dzięki tej konstrukcyjnej czułości mnie najbardziej poruszyła postać dziada w garniturze, pojawiająca się w „Przejęciu” - nawet nie drugo, lecz pewnie dziesiątoplanowa. Poznałam kilku takich „dziadów” (o bardzo różnych historiach), może dlatego scena, w której u Chmielarza ta postać pojawia się po raz ostatni do głębi mnie dotknęła. Tak bardzo jest prawdziwa.

Niewiarygodne jest też to, jak niesamowicie autor potrafi budować napięcie, pokazując niemal wszystkie nitki, które trzyma w garści, a i tak zaskakując czytelnika. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak czułabym się, gdybym czytała książki z tej serii na bieżąco, gdy tylko się ukazywały. Jestem jednak pewna, że po przeczytaniu czwartej części, która ukazała się we wrześniu 2016 roku, nie mogąc dowiedzieć się od razu, co wydarzyło się dalej (kolejna część, „Cienie”, została wydana dopiero w styczniu tego roku), obgryzłabym ze złości wszystkie paznokcie, a autora, gdyby tylko się napatoczył, obrzuciłabym zgniłymi jajami, dopiero potem uświadamiając sobie, że taki akt agresji pewnie nie przyspieszy procesu twórczego.
Na szczęście, z racji polskokryminalnego zacofania, udało mi się przeczytać na raz prawie zamkniętą całość. Wprawdzie autor nie odżegnuje się od kontynuowania tej serii (wczoraj twierdził, że przyjdzie na to poczekać jakieś dwa, trzy lata), to jednak w „Cieniach” pozamykał większość najważniejszych, budujących stopniowo napięcie wątków, co pozwoliło mi rozładować czytelnicze napięcie.

A że Wojciech Chmielarz nie jest w ciemię bity i w zanadrzu pozostawił sobie szereg potencjalnych petard (ostatni rozdział „Cieni” zwiastuje jedną z nich, być może), dlatego jestem pewna, że po upływie niezbędnej higienicznej przerwy będzie w stanie stworzyć coś równie dobrego jak dotychczas.
A wtedy płomień mej miłości z pewnością rozgorzeje na nowo. 

Wojciech Chmielarz „Podpalacz”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.
Wojciech Chmielarz „Farma lalek”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.
Wojciech Chmielarz „Przejęcie”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.
Wojciech Chmielarz „Osiedle marzeń”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.
Wojciech Chmielarz „Cienie”. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018.

poniedziałek, 26 lutego 2018

P.Świst "Prokurator" i J.Dubois "Nieład", czyli pisać każdy prawnik może, niestety raczej gorzej


Prawnicy dużo piszą. Pozwy, apelacje, skargi kasacyjne, uzasadnienia orzeczeń i liczne inne pisma. Twórczość każdego średnio aktywnego zawodowo polskiego jurysty liczona jest w tysiącach stron rocznie.

Kilkanaście lat temu, gdy uczyłam się jeździć samochodem, jeden z moich ówczesnych instruktorów, oceniając, że jestem gotowa, by przystąpić do egzaminu, jednocześnie zgasił mój zapał, stwierdzając, że nawet jeśli zdam, muszę pamiętać, że prawdziwym kierowcą zostanę dopiero po przejechaniu pierwszych dziesięciu tysięcy kilometrów. Miał stuprocentową rację.

W tym miejscu mam złą wiadomość dla prawników, lubiących wnioskowanie przez analogię. Zapisanie dziesięciu, a nawet i stu tysięcy stron językiem prawniczym nie oznacza, że można już nazwać siebie pisarzem.
Niestety, w doktrynie można spotkać także i przeciwne poglądy. Co więcej, część głoszących je prawników znajduje wydawców, a następnie wyznawców. Dowody poniżej.


Ksiażka „Prokurator” Pauliny Świst (będącej podobno trzydziestodwuletnią adwokatką z Wrocławia) jest w mojej bibliotece towarem deficytowym. Wyczekałam się na nią w kolejce ładnych parę tygodni, czując przy tym przez cały czas na plecach oddech napierającego tłumu kolejnych chętnych.

W sumie to dobrze, że naród chce czytać, nieprawdaż?
Niestety, w tym przypadku zgłaszam zdanie odrębne.

Ostry seks, ostry język, ostra jazda”. „Jeszcze żadna nowa gwiazda nie eksplodowała z taką siłą na firmamencie polskiego kryminału.” – to hasła na pierwszej stronie okładki „Prokuratora”, mające w zamierzeniu zachęcić do jego lektury. Sądząc po tłumach w bibliotece, skutecznie.
Jak przypuszczam, napisanie w tym samym miejscu: „Przy lekturze tej książki nie będziecie musieli używać mózgu”, nie przyniosłoby tak spektakularnego rezultatu.

Prosty język (dewizą autorki było, zdaje się, używanie jak najmniejszej ilości zdań podrzędnie złożonych), seks z użyciem przemocy, sporo wulgarnych słów z „pieprzyć” i „jebać” na czele, o poczciwym „chuju” nie wspominając. Poza tym fabuła, wskazująca wyraźnie, iż autorka obawiała się, że więcej książek w swoim życiu już nie napisze, dlatego w tej postanowiła zmieścić wszystko. Na nieco ponad trzystu stronach upchała więc: trudne dzieciństwo, molestowanie seksualne, zdradę małżeńską, codzienne życie prawnika, ze szczególnym uwzględnieniem prokuratorów i adwokatów, proces karny i proces cywilny (rozwodowy), więzienne życie, korupcję w organach, zorganizowaną przestępczość, zgniliznę moralną, porwania, spektakularne uwolnienia, strzelaniny, brawurowe ucieczki, zwykłą przemoc, miłość siostrzano-braterską, przystojnych prokuratorów (sic!), łatwe dziewczyny, piłkę nożną i seks, czy wspominałam już o seksie?

Ja rozumiem, ja wiem oczywiście, że czasem trzeba prosto i na ostro. Chciałabym jednak nieśmiało zauważyć, że nie wystarczy wspomnieć w jednym miejscu o Grey’u, dając do zrozumienia, że cha, cha, patrz, czytelniku, puszczam ci tu oczko, wiem co lubisz, więc napisałam ci tu polską wersję. Przydałoby się bowiem jeszcze mieć pomysł fabularny inny niż ten, że każda, nawet najbardziej porządna kobieta w głębi swego serca tak naprawdę marzy o tym, by ostro się pieprzyć z przygodnie poznanym mężczyzną, najchętniej w sądowej toalecie, tuż po tym jak zostanie tam gwałtownie i wbrew swej woli wepchnięta oraz, że w klatce piersiowej pozornie złego i brutalnego mężczyzny w rzeczywistości bije spragnione czułości wrażliwe serce (przepraszam za długość zdania, ale musiałam odreagować).
I owszem, wiem także, że potrzebne są książki-odmóżdżacze, nie niosące ze sobą żadnego przesłania i służące wyłącznie czczej rozrywce. Chciałabym jednakże zauważyć, że można się rozrywać, nie leżąc na dnie intelektualnego dna. Ja w każdym razie tak umiem, przepraszam, wiem, że dziś to niepopularne i słabo się sprzedaje.



Pozornie zupełnie inne wrażenie będzie towarzyszyć temu samemu czytelnikowi, gdy zabierze się on za lekturę „Nieładu” Jacka Dubois.
Tam debiutantka, tu doświadczony wyjadacz, tuz sal sądowych, debiut literacki mający już dawno na koncie.
Tam dłuższa historia fabularna, tu zbiór opowiadań, jak głosi okładka: „smakowitych, dowcipnych, intrygujących i zmuszających do myślenia”.
Pozory mylą.

Jacek Dubois używa tak samo prostego języka jak jego młodsza koleżanka po fachu. W efekcie czytelnik nie wie czy czyta literaturę, czy może protokół sądowy. Nie ma tu miejsca na delektowanie się słowem, efektowne metafory, czy cokolwiek innego, co faktycznie – jak wszak obiecano na wstępie – mogłoby jakkolwiek zmusić kogokolwiek do myślenia.

Świat opisany w piętnastu składających się na „Nieład” opowiadaniach, pozornie inny od tego z powieści Pauliny Świst, w rzeczywistości jest tak samo oderwany od rzeczywistości, w każdym razie innej niż tej warszawska.
Prawnicy - bohaterowie opowiadań Dubois - są nadętymi snobami, co nie jest bynajmniej autoironiczne. Autor bez umiaru epatuje nazwami luksusowych marek, dodatkowo na każdym kroku podkreślając jakimiż koneserami są wykreowane przez niego postaci.

Przeglądając blogi kulinarne, znalazła nową knajpkę na Kruczej, w której pad thai miał smakować równie egzotycznie jak w Tajlandii. Od rana kręciła się po domu, przeglądając szafy i zastanawiając się, co włożyć na spotkanie. Zrezygnowała z nowej sukienki z La Manii, jej widok mógłby za bardzo dekoncentrować przyjaciółkę, a miała jej sporo do opowiedzenia. Zdecydowała się na zwykłe dżinsy do szpilek Bally.”

„Lubił to mieszkanie na siódmym piętrze nowego apartamentowca, z dużym tarasem, z którego miał widok na kikut dawnej skoczni narciarskiej. Zamieszkał w nim po rozwodzie. Dziewczyna przyglądała się oprawionym fotografiom w salonie.
- Tomaszewski?
Zaimponowało mu, że rozpoznała autora i potwierdził kiwnięciem głowy. Wyjął z lodówki schłodzone Cremant i rozlał napój do kieliszków.”

Wymyślone przez autora historie są schematyczne i niemal wszystkie kręcą się wokół seksu. Kobiety, nawet jeśli zostaną obsadzone w roli prawniczek (choć zazwyczaj głównymi prawniczymi bohaterami są mężczyźni – sędziowie, prokuratorzy, adwokaci), radzą sobie przede wszystkim dzięki temu, że wykorzystują swój wdzięk i urodę, bez jakichkolwiek skrupułów pakując się do łóżka komu trzeba, jeśli tylko może je to doprowadzić do zamierzonego celu (w tym także wygrania prowadzonej sprawy). Oczywiście, są też przy tym inteligentne, przecież nikt nie posądziłby szacownego mecenasa Jacka Duboisa o jakikolwiek mizoginizm, ależ skądże. Inteligentnie obmyślają więc, opowiadanie za opowiadaniem, niczym na taśmie, plany seksualnego natarcia.

Ponadto, uznawszy któryś ze swoich konceptów za wyśmienity, autor ogrywa go do znudzenia. W zbiorze mamy więc dwa opowiadania oparte o ten sam pomysł: dobry lekarz zostaje z premedytacją niesłusznie posądzony o łapownictwo, w czym walny udział ma sprzyjająca atmosfera i złe CBA (podtekst polityczny jest w tym przypadku jednoznacznie czytelny, czyniąc obie historie jeszcze mniej strawnymi).

Wzmiankowany na wstępie dowcip, owszem pojawia się, choć jak na moje oko w jednym tylko opowiadaniu. Na wszelki jednak wypadek, gdyby czytelnik nie zorientował się, że to właśnie opowiadanie jest tym, z którego należy się śmiać, autor podkręca śmieszną atmosferę. Żona głównego bohatera, Danusia, nie tylko więc zachodzi w ciążę po każdym (nader rzadkim) stosunku płciowym odbytym z mężem, ale i – z pewnością dla lepszego dramaturgicznego efektu - rodzi najpierw czworaczki, a następnie trojaczki.

Zamierzeniem Dubois, co jasno wynika z posłowia, było udzielenie przestrogi „przed pozorami i ferowaniem zbyt schematycznych wyroków”. Autor śmiało stawia się przy tym w jednym rzędzie z Johnem Grishamem i Ferdinandem von Schirachem, by sentencjonalnie spuentować: „No cóż, Temida nie zawsze jest sprawiedliwa”.

Korzystając z prawniczego prawa do repliki odpowiem: No cóż, miała być głębia, a wylądowaliśmy w brodziku.

Zaś kolejnym prawnikom, którzy po napisaniu wyjątkowo udanej apelacji poczują nieodpartą potrzebę sprawdzenia się w literackim biznesie, proponuję najpierw czopek.

Paulina Świst „Prokurator”. Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2017.
Jacek Dubois „Nieład czyli iluzje sprawiedliwości”. Edipresse Polska, Warszawa 2017.

środa, 8 marca 2017

"Rozdarta zasłona", czyli jak przerobić porządną kobietę na niebezpieczną feministkę

Profesorowa Zofia Szczupaczyńska, z którą przyjemność miałam już tutaj, także w drugiej części serii kryminalnej, której jest bohaterką, wiedzie dobre, spokojne życie. Takie, na jakie zasługuje każda porządna kobieta.

Po pierwsze, jest żoną krakowskiego profesora. Profesorowa Szczupaczyńska brzmi znacznie lepiej niż na przykład woźnicowa Szczupaczyńska, nieprawdaż?
Po drugie, mąż daje jej święty spokój, tzn. nie oczekuje od niej wiele więcej niż, by w schludnym domu dopilnowała tego, aby na czas otrzymał obiad, a także podała co trzeba, dokładnie wtedy, gdy on tego potrzebuje. Poza tym powinna z zaciekawieniem chłonąć każde mężowskie słowo, w tym z uwagą wysłuchiwać odczytywanych przez męża, odpowiednio wyselekcjonowanych (bo nie wszystkie nadają się wszak dla kobiecych uszu) doniesień prasowych, wtrącając - ewentualnie – drobne, nieistotne uwagi.
Po trzecie, może bez przeszkód oddawać się rozrywkom idealnym dla kobiet: organizować zbiórki na cele dobroczynne, wydawać przyjęcia, a nawet hodować rododendrony.
Czy można chcieć więcej?

Dobrze ułożona żona, jaką bez wątpienia jest Zofia Szczupaczyńska, bez najmniejszych wątpliwości zgodzi się też z wypowiedziami mądrzejszych od siebie mężczyzn, zwłaszcza gdy zostaną one poparte naukowymi stwierdzeniami.

Zaiste, „mania kształcenia kobiet”, z jaką świat musi mierzyć się od końca XIX wieku i ciągle nie może się z nią uporać, nie może prowadzić do niczego dobrego!

Czyż nie mają racji ci, którzy twierdzą, że „od tego zaczyna się zwyrodnienie niewiasty; każdy się przecież zgodzi, że więcej warta w społeczeństwie jedna zacna matka, dobra niewiasta niż mierny doktor”?

Poza tym, jak widać również i dzisiaj (patrz: jakieś strajki czy marsze kobiet): „ledwie się dziewczyna trochę czytać i pisać nauczy, już pretensje. (…) A co z tego, że mnożą się talenta do pisania nowelek, kiedy zdolnych i pracowitych szwaczek i przykrawaczek trzeba szukać za granicą?”

Ba! „Niektórzy tegocześni pracują ciągle nad tym, aby zatrzeć naturalne różnice między płciami i zaprowadzić ich bezwzględne zrównanie! Czy można sobie wyobrazić większą niedorzeczność? Przecież nawet w ciele widać zupełnie inne przeznaczone nam zadania! Choćby taki zarost (…) – to przecież dowód samej przyrody na to, że męskiej naturze przyrodzone jest dostojeństwo. Kobiety nie mają bród (…), gdyż nie muszą być tak dostojne, po prostu. To rzecz wiadoma, pisał już o tym Arystoteles.”

Każdy, kto tylko uważnie się przyjrzy, dostrzeże również, że o ile „postać mężczyzny jest wzniesiona i wyprężnie skupiona”, o tyle kobieca – „mniej równomierna, o szerokich biodrach oraz falisto wystających wygięciach piersi, brzucha i biódr. O ile postać męska zdaje się szukać (…) działalności, poczuciowej działalności, o tyle kobieca łatwo wstępuje w stan spokoju i zdaje się znajdować zadowolenie w postawie nieco skierowanej ku przodowi (…), niejako w położeniu poddania.”

Jeśli zaś głębiej pomyśleć nad panującą dziś (ale i nie tylko dziś, czego najlepszym dowodem sama Szczupaczyńska) epidemią bezpłodności, od razu będzie wiadomo, że zamiast szukać ratunku w jakichś czarcich wynalazkach typu in vitro, wystarczy sięgnąć po elementarnie proste rozwiązania.
Dlaczego? Otóż dlatego, że „kiedy u dziewczynek (…) jednostronnie natężamy mózg, gdy w ten sposób wszystką krew kierujemy do tylko jednego bieguna, jak to niestety bywa ciągle w obecnym wychowaniu szkolnym, wtenczas muszą zanikać czynności systemu sympatycznego, następuje osłabienie działalności żołądka (…), kiszek (…), wątroby (…), śledziony (…), a zarazem też zwyrodnienie gruczołów zarodkowych, kończące się (…) bez-płod-noś-cią!”

Tak, Zofia Szczupaczyńska, porządna kobieta, nie uczestniczy w hecach, mających na celu wywrócenie naturalnego porządku świata. Demonstracyjnie nie popiera działań zmierzających do umożliwienia kobietom studiowania na Uniwersytecie Jagiellońskim. Demonstracyjnie nie chodzi na wykłady o Amazonkach. Demonstracyjnie nie pojawia się na otwarciu Czytelni dla Kobiet, zwłaszcza, że natychmiast zlatują się tam „wszystkie te niebezpieczne emancypantki, istne żmijowisko! Nie mówiąc już o braku szacunku dla życia duchowego, bo przecież raptem trzy dni po tym bezeceństwie książę biskup ulicami Krakowa poprowadził procesję z głową świętego Stanisława.”


Ponad sto lat temu Zofii Szczupaczyńskiej przytrafiło się jednak objawienie.
Wyszła dalej niż poza próg własnego, poukładanego świata i dostrzegła rysy na tym, co dotychczas wydawało jej się monolitem oraz brud tam, gdzie dotychczas widziała tylko śnieżną biel.
Początkowo wydawało się jej to trudne do wyobrażenia. Bo „czy to możliwe, żeby w Krakowie, mieście dostojnych profesorów, wspaniałych fundacji, niezliczonych kościołów i klasztorów, nabożnych procesji z relikwiami świętego patrona, kryło się tyle plugastwa?”

Potem nie mogła się uwolnić od przeczytanego w archiwalnym artykule zdania „przez rozdartą zasłonę pozorów uderza nas widok błotnej kałuży”, znajdując je coraz bardziej aktualnym.
Stopniowo zaczęła zachowywać się inaczej niż zwykle, zmieniać swoje zwyczaje, poddawać w wątpliwość to, co do tej pory uważała za pewnik.
Wszystko za sprawą jednego morderstwa, którego ofiarą padła osoba z jej najbliższego otoczenia.

Z okazji Dnia Kobiet życzę wszystkim kobietom, by umiały - jak profesorowa Szczupaczyńska - zdobyć się na rozdarcie tych zasłon, które służą wyłącznie zakryciu hipokryzji i obłudy.
By nie czekały na to, aż zdarzy się coś, co dotknie je osobiście, tylko wcześniej wyszły poza próg swojego poukładanego świata i dostrzegły, że nie wszyscy mają luksus życia w takich warunkach. I uświadomiły sobie, że nic nie jest dane raz na zawsze.

Bo to, co było aktualne ponad sto lat temu, jest równie aktualne dzisiaj, w XXI wieku.

Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński) „Rozdarta zasłona”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2016.

A gdyby ktoś miał kontakt z Marylą Szymiczkową, która dawała do zrozumienia, że kontynuowanie pracy twórczej uzależnia od czytelniczego odzewu, proszę jej przekazać, że koniecznie, ale to koniecznie musi pisać dalej!                                  

wtorek, 2 sierpnia 2016

M. Ziomecki "Umierasz i cię nie ma", czyli prośba o usprawiedliwienie

Ja, niżej podpisana, zwracam się z uprzejmą prośbą o usprawiedliwienie mojej nieobecności na zajęciach Klubu Czytelników Zachwyconych Nowym Kryminałem Mariusza Ziomeckiego.


Na wstępie podkreślam, że bardzo chciałam wziąć w nich udział, zwłaszcza że dotychczasowym ich uczestnikom dobrze z oczu patrzy (o, tu patrzą, tam patrzą i jeszcze tutaj). Nastawiłam się odpowiednio, odświeżyłam w pamięci dobre wrażenia z lektury „Mr Pebble i Grudy”, co chwilę rzucałam okiem na blurba na okładce głoszącego, że oto mam w ręku „początek rewelacyjnego cyklu kryminałów”. Naprawdę bardzo przepraszam, nie wiem czemu nie wyszło.

Kiedy na początku dałam się zaciekawić, myślałam że będzie dobrze. Polskie realia, bohaterowie z krwi i kości, tematyka poniekąd mi bliska. Ba, był nawet seks małżeński, opisany w sposób, powiedziałabym, zaraźliwy. Tym bardziej nie wiem, nie rozumiem, tak bardzo mi przykro.

Elektrownia Wodna Dębe
źródło zdjęcia
Ja wiem, to żadne usprawiedliwienie, ale bardzo nie lubię książek, w których autor mruga do czytelnika okiem tak, że pod koniec dostaje od tego nerwowego tiku. Gdyby chodziło tylko o to, że akcja dzieje się w Rocku nad Zalewem Zegrzyńskim, z pewnością dałabym radę. I to nawet mimo tego, że wszystko dzieje się niedaleko zapory w Dębem, którą ostatnio widuję całkiem regularnie i bardzo nie lubię. Zniosłabym może też i niezweryfikowanego w roku 1990 Brunera, właściciela dobrze prosperującej firmy ochroniarskiej Smerf Security. Senator Złotokłos, paskudny typ, okazał się jednak ponad moje siły. Wiem, powinnam wytrzymać, wystarczyło tylko chcieć. Przepraszam.

Sędzia Dredd
źródło zdjęcia
W tym miejscu pragnęłabym jednak nadmienić, że próbowałam skupić się na postaci głównego bohatera. Wprawdzie Roman Medyna brzmi znacznie gorzej niż James Bond, ale nie zwykłam zniechęcać się na początku, zwłaszcza gdy chodzi o szczupłego faceta w wieku zbliżonym do mojego – takich bowiem ze świecą teraz szukać. Ze zrozumieniem przyjęłam więc, że jest to mężczyzna po przejściach, na wskroś uczciwy, nie konformistyczny, o złotym sercu (uratuje każdą niewiastę w potrzebie), wierny ukochanej żonie niczym pies, pełen pomysłów, a do tego wysportowany, zwinny i sprytny (wywinie się z każdej, no, prawie każdej, opresji) i do tego prezentujący się „w czarnym skórzanym motocyklowym kombinezonie i pełnym kasku z wizjerem jak filmowy Sędzia Dredd”. Niestety, zupełnie nie wiem dlaczego, ale przy Dredzie mnie zemdliło. Jeszcze raz przepraszam.

Wiem, że to głupio zabrzmi, ale naprawdę bardzo próbowałam znaleźć światełko w tym tunelu. Pomyślałam sobie: może zbrodnia? Skup się na zbrodni, a będzie dobrze. Ja nie wiem, może to ze mną jest coś nie tak, ale oczy mi tak latały z wątku na wątek, że ledwo dawałam radę czytać. Nie wiedziałam czy skupiać się na płatnych zabójcach ze Wschodu, femme fatale, szajce pedofilów, czy okrutnym, niezwykle krwawym morderstwie. Gdy już się prawie zdecydowałam, okazało się, że powinnam dostrzec także lokalne sitwy, zaginione dzieci, krzywdzone dzieci, hipokryzję, wykorzystywanie seksualne, przekupnych gliniarzy, korupcję i kumoterstwo na najwyższym szczeblu, a do tego wizję ekologicznej katastrofy. Ja rozumiem, świat jest zły, ludzie podli a życie brutalne, ale żeby aż tak?

Wreszcie, pomyślałam sobie, że to może pastisz, tylko nie zauważyłam, głupia. Bo okładka jak z westernu, ten Roman niczym miłości omam i w ogóle to wszystko nie może przecież być na serio. Potem jednak pomyślałam, że chyba jednak jest. Bo te dzieci, to absolutnie nie jest coś, z czego można żartować. A jeśli można, to tym bardziej nie chcę brać udziału w tych zajęciach.

Mając więc powyższe na uwadze, jeszcze raz zwracam się z prośbą jak na wstępie.
W razie pozytywnego jej rozpatrzenia, obiecuję, że kolejnej części tego cyklu nie wezmę do ręki. 

Mariusz Ziomecki „Umierasz i cię nie ma”. Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2015.