Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolejka w bibliotece. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolejka w bibliotece. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 września 2018

G.Flynn "Ostre przedmioty" i "Mroczny zakątek", czyli bestsellerowa monotwórczość


Mimo że jestem człowiekiem z natury i przekonania nieoglądającym, od szeregu lat, z uporem godnym lepszej sprawy, na bieżąco śledzę poczynania twórców filmów i seriali. Zazwyczaj poprzestaję na lekturze prasowych lub internetowych notek zapowiadających; niekiedy tylko oglądam zwiastun. Ożywiam się natomiast zawsze, gdy wyczytam, że otóż w grę wchodzi ekranizacja jakiejś książki. Wówczas bowiem czym prędzej udaję się, nie, bynajmniej nie do kina lub przed ekran telewizora czy komputera. Udaję się mianowicie do najbliższej biblioteki.

W ubiegłym roku przeczytałam w ten sposób „Wielkie kłamstewka” Liane Moriarty, bardzo sobie tę lekturę chwaląc (miniserialu do tej pory nie obejrzałam i pewnie już nie obejrzę).
W tym, dowiedziawszy się o emisji serialu, natychmiast sięgnęłam po „Ostre przedmioty”, autorstwa niejakiej Gillian Flynn.


Dowcipny, stylowy, fascynujący debiut. Prawdziwe objawienie” – poinformował mnie zamieszczony na tytułowej stronie okładki książki blurb podpisany: Harlan Coben.
Zachwycający kawał dobrej literatury, napisany świetnym językiem i z dużą przenikliwością” – tak zapewniła mnie na odwrocie tej samej okładki osoba podpisana jako Stephen King.
Ykhy!” – przeczytawszy tak zachwalane dzieło, kryjąc zmieszanie, odkaszlnęła momarta.

Problem bowiem z książką pani Flynn polega na tym, że jest, moim zdaniem, cokolwiek przeciętna. I dużo gorsza niż napisany przez nią później „Mroczny zakątek”, który przeczytałam jako pierwszy tylko dlatego, że po „Ostre przedmioty” była w bibliotece kolejka. Ot, siła reklamy.

Na ile zdążyłam się zorientować, pani Flynn napisała dotąd trzy książki (wszystkie trzy zekranizowano – brawo za marketingową skuteczność!). Dwie przeczytałam. Znając zatem ponad 65% jej twórczości, mogę pokusić się o wyprowadzenie kilku wniosków natury ogólnej.

Wniosek pierwszy: Gillian Flynn uwielbia nurzać się w mrocznych rodzinnych historiach.

serialowy plakat
źródło zdjęcia
W „Ostrych przedmiotach” główną bohaterką jest Camille Preaker, około trzydziestoletnia dziennikarka pracująca w podrzędnej chicagowskiej gazecie, wysłana przez szefa z reporterską misją do rodzinnego miasteczka, w którym rok wcześniej zamordowano dziewięciolatkę, a właśnie teraz zgłoszono zaginięcie dziesięciolatki. Z każdą kolejną stroną (uwaga! będę trochę spojlować, kto planuje przeczytać książkę, względnie obejrzeć serial, niech nie czyta dalszej części tego posta) dowiadujemy się o niej i jej rodzinie coraz więcej. Napisać, że jest dysfunkcyjna, to nie napisać nic. Lodowata matka, plastikowy ojczym, obrzydliwie bogaci dzięki znakomicie prosperującej przemysłowej fermie świń; jedna młodsza siostra od szeregu lat martwa (umarła jako dziecko; dlaczego i w jakich okolicznościach okaże się dopiero na końcu), druga, aktualnie trzynastoletnia, wprawdzie żywa, ale odstręczająca i rozkapryszona. Nasza bohaterka przez szereg stronic zajmuje się głównie miotaniem się – próbuje sklecić jakiś tekst (szef nalega), jednocześnie docieka prawdy na temat śmierci obu (gdyż jak łatwo odgadnąć, zaginiona dziesięciolatka ostatecznie też okazuje się być ofiarą zbrodni) dziewczynek, ślizga się po zmrożonym łonie rodziny, spotyka się ze znajomymi z przeszłości i romansuje, niejako przypadkiem. W tak uroczym otoczeniu ożywają wszystkie dręczące ją w przeszłości potwory, które doprowadziły ją swego czasu do nadużywania stosowania tytułowych ostrych przedmiotów. Dzięki nim aktualnie nasza bohaterka jest wprawdzie piękną kobietą, jednak wyłącznie z twarzy, gdyż reszta jej ciała jest pokryta różnorakimi napisami (stopniowe ujawnianie ich treści jest chyba najsłabszym z chwytów zastosowanych przez autorkę), w ilości kwalifikującej się do natychmiastowej hospitalizacji psychiatrycznej (którą, to chyba jasne, piękna Camille właśnie niedawno zakończyła).

źródło zdjęcia

Z kolei w „Mrocznym zakątku” wszystkie karty pozornie zostają odkryte już na początku, a każda z nich spływa (obficie) krwią. Oto w brutalny sposób zostaje zamordowana niemal cała rodzina: samotnie wychowująca czwórkę dzieci matka i dwie jej córki. Z rzezi ocalało tylko najmłodsze dziecko, siedmioletnia wówczas dziewczynka. Sprawcą okazał się natomiast (już na samym początku książki, a więc uznaję, że to nie spojler) piętnastoletni w owym czasie syn, odsiadujący właśnie od bodajże dwudziestu lat (nie mam książki pod ręką, a więc nie mogę sprawdzić) zasłużoną karę pozbawienia wolności.
Konstrukcja tej powieści, klasyfikowanej jako thriller psychologiczny, sprowadza się do przeplatania relacji z bieżących zdarzeń (obecnie około trzydziestoletniej cudownie ocalonej siedmiolatce kończą się pieniądze pochodzące ze zbiórki publicznej, zorganizowanej na biedne dziecko, co zmusza ją do zmierzenia się z własną przeszłością), z retrospekcjami, opowiadanymi z różnych perspektyw (zabitej matki i jej syna, prawomocnie skazanego mordercy). Im dalej w las, tym mroczniej, ścieżki i tropy plączą się i krzyżują, a czytelnika (w każdym razie mnie) coraz bardziej mrozi. Pisarską robotę można w tym przypadku uznać za dobrze wykonaną.


Wniosek drugi: Gillian Flynn uwielbia nurzać się w atmosferze małych amerykańskich miasteczek, traktując je w typowo amerykański sposób, tj. pokazując, że pod piękną fasadą kryje się brud i zgnilizna.
Co do zasady, mało oryginalne, jakby nie patrzeć. Cóż więcej napisać?

Gillian Flynn
źródło zdjęcia
Wniosek trzeci: pani Flynn lubi psychologizować. 
„Ostre przedmioty” są jednak pod tym względem grubo ciosane – na istnienie związku pomiędzy toksycznym dzieciństwem z zimną matką a problemami w dorosłym życiu wpadnie najdalej po pięćdziesięciu stronach chyba każdy. Od tego momentu można zacząć się już tylko nudzić. W „Mrocznym zakątku” więcej jest natomiast niuansów, a sposób opowiadania historii (rozgrywającej się w jej wątku retrospektywnym w ciągu ledwie jednej doby), sprowadzający się do zwracania uwagi na niejednoznaczność i niejednowymiarowość sytuacji, w jakiej znajdują się bohaterowie, sprzyja wywoływaniu czytelniczej refleksji, a nie tylko skupianiu się na dreszczyku emocji.

Wniosek czwarty, a raczej dobra rada: wprawdzie wiem, że nie zabija się kury znoszącej złote jaja (skoro patent się sprawdza i zapewnia pierwsze miejsca na listach bestsellerów, tudzież zainteresowanie hollywoodzkich producentów, to po co się męczyć?), to jednak jako życzliwa czytelniczka sugerowałabym autorce przeprowadzenie rozmowy z kilkoma amerykańskimi farmerami, niech będzie nawet, że z małych miasteczek. Może nie doradzą jej jak napisać książkę, ale z pewnością wyjaśnią czym grozi niestosowanie płodozmianu.

Gillian Flynn „Ostre przedmioty”, przełożył Radosław Madejski. G+J Gruner + Jahr Polska, Warszawa 2007.
Gillian Flynn „Mroczny zakątek”, tłumaczenie Katarzyna Kasterska. G+J Gruner + Jahr Polska, Warszawa 2011.

niedziela, 22 kwietnia 2018

A.Bikont "Sendlerowa. W ukryciu", czyli prawda i jej kryjówki


W tekście „Cesarz bez poddanych”, napisanym krótko po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego (do przeczytania tutaj), Piotr Bratkowski podzielił się między innymi taką refleksją:

„ (…) oto wcale nie oddajemy hołdu prawdziwemu Ryszardowi Kapuścińskiemu, lecz jego stworzonemu przez media wizerunkowi; wizerunkowi wielce dla nas wygodnemu, pozwalającemu się łączyć we wspólnej żałobie, lecz zarazem zwalniającemu od stawiania sobie trudnych pytań. Ten wizerunek składa się z kilku stereotypów. Chłopca, który wychodząc z ubogiego, poleskiego miasteczka, ruszył w świat i zyskał sławę. Polaka przyjmowanego na światowych salonach, mędrca obsypanego nagrodami, odznaczeniami i honorowymi doktoratami. Starszego, niezwykle sympatycznego pana, który od czasu do czasu pojawiał się w telewizji, wygłaszając kilka przemyśleń na tyle mądrych, by zatrzymały na chwilę uwagę widza, i na tyle ogólnych, by niemal każdy widz mógł uznać je za swoje.

Rok 2018, w którym już za chwilę, 12 maja, przypadnie 10 rocznica śmierci Ireny Sendlerowej, uchwałą Sejmu RP został ustanowiony rokiem jej imienia. W uchwale, przyjętej 8 czerwca 2017 r. czterysta trzydziestoma pięcioma głosami za, przy jednym wstrzymującym i braku głosów przeciw, posłowie stwierdzili:

Irena Sendlerowa, pseudonim okupacyjny „Jolanta”, to wybitna polska działaczka społeczna. Urodziła się 15 lutego 1910 roku  w Warszawie, gdzie zmarła 12 maja 2008 roku.
W czasie II wojny światowej jako kierowniczka referatu dziecięcego Rady Pomocy Żydom „Żegota” zorganizowała siatkę ludzi i instytucji, z którymi niosła pomoc dzieciom z getta. Przyczyniła się do ocalenia z Holokaustu około 2500 żydowskich dzieci. Z narażeniem życia, heroizmem, w największej konspiracji wyprowadzała dzieci z warszawskiego getta, a następnie znajdowała im schronienie w polskich rodzinach, klasztorach i domach opieki.
W październiku 1943 roku Irena Sendlerowa została aresztowana, była przesłuchiwana i torturowana w siedzibie Gestapo przy alei Szucha i więziona przez 100 dni na Pawiaku. Nawet pod groźbą kary śmierci nie zdradziła swoich współpracowników ani nie ujawniła żadnych informacji. Prowadzony przez Irenę Sendlerową rejestr uratowanych dzieci pozwolił im na poznanie ich własnej tożsamości, a także odnalezienie bliskich po zakończeniu II wojny światowej.
Irena Sendlerowa została uhonorowana w 1965 roku medalem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata, w 2003 roku – Orderem Orła Białego, w 2007 roku – Orderem Uśmiechu. Od 1990 roku Honorowa Obywatelka państwa Izrael.

Powyższa uchwała jest hołdem złożonym stworzonemu w ostatnich latach wizerunkowi Ireny Sendlerowej, miłej starszej pani, którą znają nawet w Ameryce, listkowi figowemu, który tak pięknie przesłania to, czym niekoniecznie chcielibyśmy się chwalić.

Irena Sendlerowa
źródło zdjęcia

Niestety, przywołane w niej fakty niekoniecznie odpowiadają historycznej prawdzie. Ani 2500 dzieci, ani 100 dni na Pawiaku. To znaczy owszem, uratowane dzieci tak i Pawiak tak, jednak przywołane liczby niekoniecznie się zgadzają z twardymi danymi.

Czy Sendlerowa byłaby treścią uchwały ucieszona? Pewnie tak. W każdym razie ta Sendlerowa, jaką była w ostatnich latach życia.
Czy jej działalność w czasach okupacji, która przyniosła jej sławę i chwałę, jest dziś przedmiotem głębszej analizy ogółu, w tym zwłaszcza czterystu trzydziestu pięciu głosujących „za” posłów? Śmiem twierdzić, że niekoniecznie.


 „Sendlerowa. W ukryciu” autorstwa Anny Bikont może być potraktowana jako książka, która rozbija mit, co jest ogromnie szkodliwe w dzisiejszych czasach, w których tak są potrzebne autorytety. Która zasmuci tysiące dzieci ze szkół imienia Sendlerowej. Tak uważa Elżbieta Ficowska, urodzona w 1942 roku, wywieziona z getta jako półroczne niemowlę, twierdząca publicznie, że życie zawdzięcza właśnie Sendlerowej. 

Tymczasem Bikont próbuje wyłącznie powiązać ze sobą w zgrabną całość, nie zaś w splątany kłąb, szereg sznurków, po których plotła się historia Ireny Sendlerowej. Po kolei, od początku, od narodzin małej Irenki, wówczas jeszcze Krzyżanowskiej, aż do czasów współczesnych.
Podjętej przez autorkę próbie towarzyszył wielki wysiłek, niestety jeśli chodzi o efekty zbliżony do tego jaki przypadł w udziale Syzyfowi.

I tak już będzie cały czas z tą opowieścią. Spędziłam setki godzin w archiwach, rozmawiałam z dziesiątkami osób, już, już wydawało mi się, że chwytam jakąś nitkę, że mogę powiedzieć coś pewnego o życiu Ireny Sendlerowej, po czym okazywało się, że znowu coś się nie zgadza.” – uprzedza lojalnie autorka już na początku trzeciego rozdziału (łącznie jest ich dwadzieścia).

Margarita Turkow dziś
źródło zdjęcia
W czasie lektury początkowo można odnieść wrażenie, że postać Sendlerowej jest tylko pretekstem do opowiedzenia o zagładzie Żydów z warszawskiego getta. O straszliwych czasach. O rozrywających serce losach żydowskich dzieci. Bikont opowiada bowiem o Sendlerowej przez pryzmat indywidualnych historii osób, które się z nią zetknęły.

Czytelnik pozna więc między innymi historię córki Jonasa Turkowa, Margarity. Uratowanej, a jednak od czasów wojny aż do teraz mającej poczucie, że nie żyje.
Coś we mnie pękło na zawsze, kiedy mieszkałam u Borcińskiej [osoba, u której była ukrywana]. Ja wtedy w Zielonce błagałam rodziców, żebym mogła zostać z nimi. Wiedziałam, że jak przeżyję, będę w środku martwa. Odesłali mnie. Dlaczego nie kochali mnie tak, żeby chcieć ze mną umrzeć?

Renata Skotnicka-Zajdman
źródło zdjęcia
Bikont opowie także o Renacie Skotnickiej-Zajdman, która poznała Sendlerową w roku 1993 i od tego czasu zaprzyjaźniła się z nią, stając się jej ambasadorką na drugiej półkuli (Skotnicka-Zajdman mieszkała w Montrealu), mimo że jej wojenna historia nie była z nią związana (życie zawdzięczała rodzinie Bartczaków).
Jak tylko zobaczyłam Irenę, zapragnęłam, by była częścią mojego życia” - powie Annie Bikont krótko przed swoją śmiercią.

W opowieści pojawi się także wiele innych nazwisk (zamieszczony na końcu spis postaci liczy blisko sześćdziesiąt osób), bardziej lub mniej znanych. Są wśród nich między innymi pisarz i literaturoznawca Michał Głowiński - z całą pewnością uratowany dzięki Sendlerowej; współpracownik Sendlerowej z Wydziału Opieki - Jan Dobraczyński, powojenny pisarz; Adam Celnikier (od czasów wojny - Stefan Zgrzembski) – drugi mąż Sendlerowej; Helena Radlińska – pedagożka i mentorka Sendlerowej czy rodzice pisarki Joanny Papuzińskiej – Stanisław Papuziński i Zofia Wędrychowska.

Im dalej w lekturę, tym z jednej strony lepiej, gdyż kończą się (a w każdym razie nie są już tak skondensowane) dramatyczne opowieści, sprawiające, że przeczytanie jednego rozdziału trzeba rozłożyć na kilka dni. Z drugiej, rośnie konsternacja. Pojawia się bowiem coraz więcej wątpliwości, nieścisłości, zmyśleń, często wprowadzanych, bardziej lub mniej świadomie przez samą Sendlerową. Trudno w takich okolicznościach wierzyć w mit.

źródło zdjęcia
Anna Mieszkowska, autorka pierwszej książki traktowanej jako biografia Sendlerowej, wydanej po raz pierwszy w roku 2004 pod tytułem „Matka dzieci Holocaustu. Historia Ireny Sendlerowej”, opowiadała jak wyglądała, wspólna z Sendlerową, jej praca nad tą książką.
„Irena Sendlerowa postawiła mi trzy warunki: proszę nie nagrywać, nie notować i nie zadawać bolesnych pytań. Spisywałam coś na skrawku papieru, podarła przy mnie i wrzuciła do kosza. Ten tekst był dwukrotnie autoryzowany, skakało jej ciśnienie i cukier. (…) Miałam bardzo mało czasu i bohaterkę, która nie nadawała się na dziennikarskie śledztwo.

Czy godzi się „grzebać” w historii Sendlerowej, skoro ona sama wyraźnie sobie tego nie życzyła? Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista (to samo pytanie stawiano zresztą także po śmierci przywołanego na wstępie Ryszarda Kapuścińskiego, zwłaszcza w kontekście jego biografii autorstwa Artura Domosławskiego).

Bikont odpowiada na nie pozytywnie, opisuje więc także powojenną działalność Sendlerowej, epizody dla których brak jest miejsca w hagiografii.

Bo jak powiązać z tą sympatyczną starszą panią fakt, że była między innymi członkinią partii komunistycznej, wcale nie wbrew własnej woli?

Jak pogodzić ze świętością to, że nie była w stanie ułożyć sobie życia prywatnego, żyjąc – z katolickiego punktu widzenia – w grzechu? Z pierwszym mężem, Sendlerem, rozwiodła się, po latach pobrała ponownie, by znów się rozwieść; z drugim, Celnikierem – Zgrzembskim wprawdzie się nie rozwiodła, jednak faktycznie rozstała na cztery lata przed jego przedwczesną śmiercią.

Czy pasuje do świetlanej postaci to, że jej dzieci miały do niej żal o to, że według ich pamięci nigdy nie było jej w domu. „I oni nigdy mnie, np. dziś, nie pocałują, bo mówią: „Teraz chcesz nas całować – a gdzie byłaś?? jak myśmy byli mali i czekaliśmy na Twe pocałunki?? – to ty byłaś na rozmaitych zebraniach?”  - żaliła się Sendlerowa w liście do przyjaciółki, Wandy Rotenberg.

Ktoś, kto nad wszystko przedkłada wielbienie pomników, kto uwielbia się chełpić cudzymi zasługami, traktując je niemal jak swoje (co sprzyja wszak ich wyolbrzymianiu), nie będzie zadowolony.
Nie spodoba mu się z pewnością bezceremonialność, z jaką Anna Bikont pisze (a warto przypomnieć, że książka ukazała się pod koniec października ubiegłego roku, na długo przed, mówiąc delikatnie, zamieszaniem z przegłosowaną w styczniu tego roku nowelizacją ustawy o IPN) że „Irena Sendlerowa wraz z Janem Karskim stała się sztandarowym produktem eksportowym Polski. Dla narracji patriotyczno-obronnej, która żywi się odpieraniem wyimaginowanych ataków godzących w dobre imię kraju, oboje są darem Opatrzności.”

Nie wydaje się również, aby ów ktoś dobrze odebrał to, iż w innym miejscu Bikont stwierdza, że „by dopasować Sendlerową do obowiązującego w dzisiejszej Polsce wzorca bohatera, trzeba było wiele faktów z jej życia przykroić, dosztukować i doszyć. Chodziło przy tym nie tylko o umieszczenie Sendlerowej w panteonie aktualnych narodowych świętych. Celem było także przenicowanie doświadczenia Sprawiedliwych – ich dojmującej samotności, poczucia, że walczą nie tylko z niemieckim okupantem, ale także z polskim otoczeniem – na doświadczenie całego narodu, wystawiające dobrą notę Polakom en bloc. Jak to trafnie ujął tygodnik „Niedziela”: „dziś historia jej życia podawana jest w mediach i na lekcjach historii jako piękny przykład postawy Polaków wobec Holocaustu.”

Pomnik Sendlerowej w Moskwie
źródło zdjęcia
W mity, legendy i żywoty świętych przyjemnie jest wierzyć. Poza tym podobizny świętych ładnie wyglądają, oprawione w złote ramki i postawione na komodzie wśród rodzinnych portretów.

To, że życie nie jest czarno-białe, a postaci ludzkie jednowymiarowe, choć oczywiste, jest znacznie mniej fotogeniczne.

Anna Bikont podeszła do Ireny Sendlerowej z najwyższym szacunkiem. W napisanie książki o niej włożyła olbrzymi nakład pracy. Niemal każde zdanie jest tu znakomicie udokumentowane, dzięki czemu czytelnik w każdej chwili może powiedzieć: „sprawdzam”. Wydawałoby się, że nie sposób zarzucić jej, że dopuściła się przekłamania, jednak nie ma dziś u nas rzeczy niemożliwych.

Owszem, Bikont obtłukła ze wszystkich stron kryształową figurę Sendlerowej. Ci, którzy lubią piękne, lśniące formy mogli poczuć się zawiedzeni. Warto jednak, by otarłszy łzy sprawdzili, czy kryształ nie był przypadkiem plastikową podróbką, a w jego wnętrzu nie kryło się coś dużo cenniejszego. Choć znacznie mniej ostentacyjnego.

Anna Bikont „Sendlerowa. W ukryciu.” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.

środa, 7 marca 2018

Z.Miłoszewski "Jak zawsze", czyli książka wystana w kolejce


Dojrzałam do tego, by do etykiet, którymi oznaczam poszczególne posty, dodać taką o treści: „kolejka w bibliotece”.
Kolejki, zwłaszcza te biblioteczne, niezwykle mnie ostatnio fascynują. Gdyby było to możliwe, chciałabym mieć wgląd w biblioteczne programy; tylko po to, by wiedzieć co aktualnie rozpala czytających Polaków. 

W ciągu ostatniego roku w szczecińskich bibliotekach wyczekałam się sporo między innymi na: książkę Violetty Oziminkowski „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki” (efekt uboczny filmu; wcześniej książka kurzyła się ponoć na półkach), „Kasację” Remigiusza Mroza (cóż to była za kolejka!), „Prokuratora” (ten, kto mówił o kolejce oczekujących na „Kasację”, chyba nie widział tłumu czekającego na debiutanckie dzieło pani Świst!), „Sendlerową” (nadal czekam i tracę nadzieję, że się doczekam) oraz „Jak zawsze”. Jako że próba nie jest reprezentatywna, nie podejmuję się na razie wyprowadzania na tej podstawie jakichkolwiek wniosków. Zwłaszcza tych mało optymistycznych.


Niezależnie od tego czy jest się wielbicielem twórczości Zygmunta Miłoszewskiego, czy też nie, należy mu przyznać jedno: umie pisać. To zaś wśród wydawanych i masowo czytanych twórców zdarza się coraz rzadziej. Dał tego dowód już w napisanym dawno temu „Domofonie”, który moim zdaniem ciągle też pozostaje jego najlepszą książką. Była również trylogia o prokuratorze Szackim, dość nierówna, „Bezcenny”, który od dawna, niczym niemy wyrzut, kurzy się na jednej z moich półek i przeznaczone dla nieco młodszego czytelnika „Góry Żmijowe”. Teraz autor postanowił natomiast wturlać się do zupełnie innej beczki, pisząc - jak głosi informacja na okładce - komedię ironiczno-romantyczną o – jak donoszą  z kolei media – osiemdziesięcioletnich staruszkach, którzy zostają przeniesieni w przeszłość, do roku 1963, startując ponownie w dniu, w którym po raz pierwszy uprawiali seks.


Jeśli czytać „Jak zawsze” jako powieść quasi-publicystyczną, zawierającą zawoalowaną (słabo, choć to pewnie zamierzone) krytykę współczesnej Polski, względnie traktować ją jako kolejną historię alternatywną („co by było, gdyby”), nie miałabym dla autora zbyt wielu ciepłych słów.
Są z pewnością tacy, którzy uwielbiają tego rodzaju literaturę, ja się do nich nie zaliczam. Całkiem zgrabny pomysł zrobienia z Polski lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku czegoś na kształt francuskiej kolonii, na dłuższą metę okazał się czytelniczo nużący. Rozumiem oczywiście i doceniam cały nakład pracy włożony przez autora w to, aby było jak najbardziej wiarygodnie, jednak z pewnością doceniałabym bardziej, gdybym nie musiała robić tego aż przez 471 stron. Dwieście mniej w zupełności by mnie usatysfakcjonowało, nie zmuszając do dyskretnego przerzucania po kilka kartek, niczym w czasach, gdy czytałam „Krzyżaków” (apage!).

Jeśli jednak potraktować „Jak zawsze” jako książkę, którą autor napisał, jak wynika z informacji w posłowiu, dla swoich rodziców, Marii i Krzysztofa, małżeństwa z pięćdziesięcioletnim stażem, okaże się, że jest to piękna, naprawdę, opowieść o miłości. Wolna od ckliwości, niepretensjonalna i diablo prawdziwa.

Mnie autor kupił już pierwszą sceną, w której opisał przygotowania obojga małżonków do wieczornych obchodów ważnej rocznicy – pięćdziesięciolecia dnia, w którym po raz pierwszy uprawiali seks (wówczas zdecydowanie jeszcze pozamałżeński).
Ona lat siedemdziesiąt osiem, on – osiemdziesiąt trzy; nie jest prosto opisać coś takiego, nie popadając w stereotypy. Miłoszewskiemu udało się to w zupełności, dzięki wyposażeniu głównych bohaterów (z których perspektywy, naprzemiennie, poznajemy przebieg zdarzeń) w inteligencję, dystans do siebie i poczucie humoru.

Zastanawiałam się jak przechytrzyć seksowną bieliznę. Normalnie jej zadaniem jest udawanie, że coś zakrywa, podczas gdy w istocie wszystko eksponuje. Ja potrzebowałam wdzianka, które sugerując, że coś odkrywa, tak naprawdę zakrywałoby te fragmenty, po których najbardziej widać, że jestem stara. Szpilki ukryją pokrzywione paluchy. Czarne pończochy rozwiążą sprawę cellulitowych ud. Ale co wyżej?

Cofnięcie akcji o pięćdziesiąt lat (cóż, w dużej mierze także dzięki udanemu przechytrzeniu bielizny), a co za tym idzie - odzyskanie przez bohaterów ich ciał w stanie sprzed półwiecza, połączone z zachowaniem niezmienionego stanu umysłów, otworzyło ogrom możliwości.

„Zaskoczony przejechał dłonią po włosach (…).
- O psiakrew – powiedział.
Jego dłoń zamiast na czaszkę z paroma cienkimi pasemkami włosów natrafiła na czuprynę gęstą jak sierść owczarka niemieckiego. Spojrzał na dłoń – żadnych plam, wykrzywień i pomarszczeń. Spojrzał na brzuch – prawie płaski. Klata normalna, bez siwych włosów i obwisłych męskich cycków. Członek wystawał z normalnego ciemnoblond zarostu, a jego nogi kończyły się normalnymi stopami, a nie sękatymi tworami, do których ktoś krzywo przytwierdził sine krogulcze pazury. Innymi słowy: był młody. Nie zatrważająco młody, ale gdzieś między trzydziestką a czterdziestką.(…)
- O psiakrew – powtórzył. (…)
Smród nikotyny wygonił Grażynę z łóżka tak samo jak jego. Przeciągnęła się, spojrzała na stojącego w obcej sypialni obcego mężczyznę i zaczęła przeraźliwie krzyczeć, szybko zakrywając gołe ciało ściągniętą z łóżka kołdrą.
- Grażyna, to ja!
- Jaki ja? Jaki ja, na miłość boską?
- Ludwik, no.
Zaśmiała się histerycznie.
- Spójrz na siebie! Grażyna, mówię ci, spójrz na siebie.
Zajrzała pod kołdrę.
- Matko Boska Przenajświętsza.
Odrzuciła kołdrę i zaczęła dotykać swojego gołego ciała. Idealnego, perfekcyjnego, pozbawionego wad ciała dwudziestokilkulatki (…). Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.
- Maryjo Królowo Polski, co za wspaniały sen. Szybko, kładź się, zanim się obudzę. Raz, raz, kładź się.”


Poza czerpaniem czysto cielesnej przyjemności z nowej sytuacji, bohaterowie muszą jednak stanąć także przed koniecznością skonfrontowania się z szeregiem pytań.
Czy po pięćdziesięciu latach spędzonych z jedną kobietą/jednym mężczyzną świadomie zdecyduję się na ponowne pójście tą samą, już znaną i dobrze wytartą ścieżką?
Czego nie wiedziałem/nie wiedziałam pięćdziesiąt lat temu i co z tą, teraz uzyskaną, wiedzą zrobię, gdy mogę zacząć od początku?
Czego na pewno nie chcę powtórzyć, a z czego nie jestem w stanie zrezygnować?
A żeby nie było tak patetycznie, także: jak zarobić na wiedzy, którą mam dzięki pobytowi w przyszłości?

Gdy Grażyna skupia się na planowaniu nowego, szczęśliwszego od dotychczasowego własnego życia prywatnego, biorąc niejako rewanż za wcześniejsze lata (co bynajmniej nie zwalnia jej od konieczności rozstrzygania szeregu dylematów), Ludwik myśli perspektywicznie. I praktycznie.

- Dobrze, porozmawiajmy zatem o pana literackiej przyszłości. Proszę powiedzieć, dlaczego taki rozstrzał gatunkowy? Z jednej strony – teatralnie przesunął jeden jego rękopis na lewą stronę stolika – mamy projekt powieści, jak rozumiem, sensacyjnej, zaczynającej się od bardzo zakrwawionych zwłok znalezionych w Muzeum Czartoryskich, co ma związek z jakąś wielką tajemnicą chrześcijaństwa, o ile dobrze zrozumiałem konspekt?
Przytaknął.
- (…) Czyli spisek i przygoda, tak. Natomiast z drugiej strony – przesunął drugi plik kartek na przeciwną stronę stołu – mamy młodego sierotę, prześladowanego przez wychowujące go wujostwo, jak z Dickensa ta sytuacja, powiedziałbym, który pewnego dnia dostaje zaproszenie do szkoły czarodziejów…
- Na Łysej Górze. – Uznał, że przeniesienie obu fabuł do Polski zwiększy jego komercyjne szanse.
- … i tam ma dwójkę przyjaciół, uczy się machania różdżką, ale ściga go cały czas ten zły czarnoksiężnik, jakby taki Hitler świata magii, który zamordował jego rodziców, czyli powieść dla młodzieży, dla dzieci nawet, tak?”

Prowadząc narrację na zmianę z pozycji kobiety i mężczyzny, paradoksalnie znacznie lepiej poradził sobie Miłoszewski z rolą żeńską. Jego Grażyna wydała mi się autentyczna, a jej rozterki i przemyślenia bardzo kobiece. Ludwik wypadł pod tym względem dużo bardziej blado. Mimo to ich dwugłos mnie przekonał, choć tylko do ich historii, a nie całej fabuły książki.

Reasumując: Miłoszewski napisał coś literacko przyzwoitego.
Jak zawsze.

Zygmunt Miłoszewski „Jak zawsze”. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2017. Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Górska i Jerzy Skakun.

Odrębne zdanie należy się grafikom. Efekt ich pracy uważam za znakomity, choć moim zdaniem wyklejka (prezentowana wyżej na zdjęciach) jest znacznie lepsza niż główna okładka. Jak widać, wydając książkę nie trzeba sięgać po stokowe zdjęcia, jakaż ulga!