czwartek, 11 października 2018

H.G.Ginott "Między rodzicami a dziećmi", czyli dziewczętom pod rozwagę w dniu ich święta

Dzięki zupełnemu przypadkowi dowiedziałam się, że 11 października jest – z inicjatywy ONZ – obchodzony jako Międzynarodowy Dzień Dziewczynek, co ma służyć podkreślaniu potrzeb i wyzwań, przed jakimi stają dziewczęta, przy jednoczesnym wspieraniu ich dążenia do korzystania z pełnych, przynależnych im, jako każdemu człowiekowi, praw (mniej więcej).
Pełna wzruszenia, natychmiast pomyślałam o tej książce.


Jej autor, amerykański psycholog Haim G. Ginott, był niewątpliwie bardzo mądrym człowiekiem, choćby z tego powodu, że głosił potrzebę zmiany sposobu patrzenia na relacje z dziećmi, orędując za opieraniem ich na wzajemnym szacunku i godności. Jasne, nie był pod tym względem ani pierwszy, ani jedyny, ale nie ma to żadnego znaczenia. Mądrych ludzi wszak nigdy zbyt wiele.
Na marginesie, to dzięki uczestnictwu w prowadzonych przez Ginotta warsztatach dla rodziców powstały światowe bestsellery dwóch amerykańskich mam: Adele Faber i Elaine Mazlish, które do dziś powinny być moim zdaniem lekturą rozdawaną obowiązkowo na porodówkach na całym świecie.

Bycie mądrym, a nawet bardzo mądrym człowiekiem, jak się jednak okazało, nie stanowi  wystarczającej ochrony przed, no właśnie, sama nie wiem czym.
Głupotą? Mizoginizmem? Ślepotą, powodującą, że wpada się w pułapki stereotypów, mimo że jednocześnie deklaruje się walkę z nimi?

Nie od rzeczy będzie w tym miejscu poczynić zastrzeżenie, że pierwsze wydanie książki „Między rodzicami a dziećmi” ukazało się w USA w roku 1965, a więc z punktu widzenia obyczajowego – bardzo dawno temu. Mam tego pełną świadomość, jednak dostrzegam również, że jeszcze 20 lat temu polski wydawca uważał te idee za na tyle atrakcyjne, by widzieć celowość zaszczepiania ich także na polskim gruncie.

Cóż więc (poza szeregiem naprawdę mądrych rzeczy) doradzał w latach 60-tych ubiegłego wieku wybitny amerykański psycholog?
Otóż, i w tym miejscu zwrócę się bezpośrednio do obchodzących dziś swoje święto dziewcząt, warto, byście dostrzegły, iż w rozdziale 10, zatytułowanym „Rola seksualna i funkcja społeczna” Ginott pisał:

źródło zdjęcia
W wielu społeczeństwach funkcja matki jest dokładniej zdefiniowana niż funkcja ojca. Bycie matką oznacza opiekowanie się dzieckiem, zmienianie pieluszek, kołysanie, obdarzanie miłością, zabawy z dzieckiem, uśmiechanie się do niego, rozmawianie. Potrzeba matczynej opieki jest zdeterminowana biologicznie. Jej brak upośledza psychikę niemowlęcia i małego dziecka, wręcz podcina podstawy jego egzystencji. Funkcja ojca jest mniej zdeterminowana przez naturę, a bardziej przez kulturę. Z punktu widzenia biologii rola ojca zaczyna się i kończy przed narodzinami dziecka. Wszystkie pozostałe funkcje ojcostwa są zdeterminowane społecznie.(…)
W naszym społeczeństwie ojciec jest tytularną rolą rodziny, ale jego rola i status są często niejasne i źle zdefiniowane. Niektóre autorytety twierdzą, że amerykański ojciec jest jednie nieobecnym dostarczycielem dóbr. (…)
W rezultacie matka jest dominującą osobą w rodzinie, często jedyną, która dba o dyscyplinę. Taka pozycja wystawia na szwank odwieczną rolę matki. W dawnych czasach matka reprezentowała miłość i współczucie, podczas gdy ojciec uosabiał dyscyplinę i moralność. Dzieci, szczególnie chłopcy, kształtowali swoje sumienie, czerpiąc przykład głównie z niego. To właśnie wewnętrznie utrwalony obraz ojca chronił ich przed pokusami i ganił za złe postępki. Tym sposobem ojciec stanowił łącznik pomiędzy rodziną a światem.
We współczesnej rodzinie role matki i ojca są rozchwiane. Wiele kobiet pracuje poza domem, „w świecie mężczyzn”, a wielu mężczyzn angażuje się w czynności matczyne, takie jak karmienie, przewijanie czy kąpanie dziecka. Chociaż niektórzy mężczyźni z radością witają te nowe możliwości bliskiego kontaktu z dziećmi, istnieje niebezpieczeństwo, iż koniec końców dziecko będzie miało dwie matki zamiast matki i ojca.”

Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu. Zwłaszcza, że mam nieodparte wrażenie, iż niektórzy polscy sędziowie – mężczyźni nadal z upodobaniem czytują Ginotta do poduszki.
Całkiem wszak niedawno, bo w ubiegłym roku, jeden z nich uzasadniał konieczność zasądzenia kobiecie – pracownicy zadośćuczynienia w określonej wysokości, powołując się m.in. na zaistniałe po jej stronie na skutek wypadku przy pracy „ograniczenie w pełnieniu roli żony i matki, tj. niemożności dokonywania prac domowych, zakupów czy też współuczestniczeniu w zabawach ruchowych z dziećmi. (chętni mogą sprawdzić treść wyroku i jego uzasadnienia tutaj).

No ale o co chodzi? – zapyta ktoś. To źle, że sędzia przyznał kobiecie pieniądze? I przecież to sama prawda, co napisał, skoro w Polsce jest jak jest i żaden gender nam tego nie odbierze.

Jasne. Czytajmy jednak, dziewczęta, dalej, szczególnie uważnie podrozdział zatytułowany: „Nauka męskości i kobiecości”.

źródło zdjęcia
Nauka męskości i kobiecości zaczyna się od najmłodszych lat. Jednak nie powinno się zbyt wcześnie zmuszać dzieci do przyjmowania ról przypisanych płciom. W wieku przedszkolnym zarówno chłopcy, jak i dziewczęta lubią bawić się lalkami i organizować zabawę w dom. Jest to zupełnie prawidłowe (…). Chłopcom w wieku przedszkolnym można pozwolić na używanie tych samych zabawek i gier co dziewczynkom. (…)
W latach szkolnych różnice płciowe są podkreślane. Oczekuje się, że dziewczęta i chłopcy będą rozwijać inne zainteresowania, wykazywać odmienne aspiracje. Chłopcy dążą do osiągnięcia prestiżu na polu męskich działań, dziewczęta w kobiecych zajęciach. (…)
Lata szkolne to dobry okres na wzmocnienie więzi ojca z synem, a matki z córką. To czas na wciągnięcie dziewczynek w zajęcia kulinarne i inne prace domowe. Dziewczęta mogą nauczyć się gotować, piec, przygotowywać proste posiłki, a także szyć, robić na drutach, zajmować się domem. Należy z przymrużeniem oka patrzeć na towarzyszącą tym próbom niezręczność i bałagan. Nacisk trzeba położyć na satysfakcję płynącą z prac domowych, a nie na dążenie do doskonałości. To najlepszy okres, aby przekazać córce radość z bycia kobietą, żoną i matką.
Ojcowie również powinni z radością przyjąć gotowość chłopców do nawiązania z nimi bliższego kontaktu, ich pragnienie chodzenia, mówienia i ubierania się jak ojciec. (…) W tych bliskich kontaktach ojciec zaświadcza własnym przykładem, co to znaczy być mężczyzną w rodzinie oraz w społeczeństwie. (…) Towarzysząc ojcu w miejscu pracy czy też obywatelskiej bądź politycznej aktywności, [dzieci] stają się świadome jego zainteresowań i dumy, jaką czerpie z pracy i działalności społecznej.

Och, i mamy rozwiązanie kolejnej zagadki! Jak się okazuje, książkę Ginotta czytają także polskie autorki podręczników dla dzieci!

źródło zdjęcia

I tak, wiem, Ginott miał na myśl całkiem co innego. Podobnie jak autorka podręcznika, która – jak tłumaczy wydawnictwo – „z namysłem odwróciła cechy charakteru dzieci, przełamując stereotypowe postrzeganie dziewczynek i chłopców. Ala jest roztargnioną gadułą i bałaganiarą, ma świetne pomysły i bujną wyobraźnię, natomiast Adam – to pedantyczny, obowiązkowy „wynalazca”, który ma kompletnego bzika na punkcie zegarów. Tak pokrótce możemy przybliżyć kontekst cytowanej wypowiedzi Ali na temat intelektu. W zdaniu „..a chłopakom, jak mówi mój tata, nie uroda jest potrzebna, tylko spryt, siła i intelekt” nie ma sugestii, że dziewczynkom nie jest potrzebny intelekt. Kolejna bohaterka powieści – Pola – „...jest pewna, że w przyszłości zostanie najlepszą pisarką i zdobędzie Nagrodę Nobla”. Ostatecznie okazuje się, że to dziewczynki rozwiązują zagadkę prowadzącą do odkrycia zaginionego skarbu. W całej powieści są one przedstawione jako osoby odważne, inteligentne, wierzące w sukces i dążące do celu.

Nie, no jasne. Bo przecież rola dziewczynek w świecie jest nie do przecenienia, nieprawdaż?

Jeśli jest wśród Was, dziewczęta, jakiś niedowiarek (precz z żeńskimi formami rzeczowników, to wygląda strasznie głupio!), wystarczy, że przeczyta do końca omawiany rozdział książki doktora Ginotta, szczególną uwagę skupiając na podrozdziale pt. „Różne wzory rodzinne”.

źródło zdjęcia
Otóż: „najlepszymi wzorami, z którymi można się identyfikować, są rodzice mający szacunek dla własnej roli przypisanej ich płci oraz wzajemnie dla swych ról.(…)
W niektórych rodzinach dzieci otrzymują przekaz, że przeznaczeniem mężczyzny jest pozostawienie znaku swej obecności na świecie, pozostawienie śladów w czasie obecnym i wieczności. Taka atmosfera podsyca wielkie marzenia o badaniach, odkryciach oraz osiągnięciach w dziedzinie nauki i sztuki. Od kobiet również oczekuje się jakiegoś wkładu w życie społeczne, oprócz zajmowania się rodziną. Taki punkt widzenia może przynieść sukces, o ile ojciec i matka przyjmują z satysfakcją swoje odmienne role, doceniają nawzajem swoją pracę i okazują zainteresowanie swoimi osiągnięciami.
W niektórych domach dzieci otrzymują inny przekaz. Gdy kobieta jest znudzona wychowywaniem dzieci i zajęciami domowymi albo gdy mąż nie docenia złożoności i sztuki bycia żoną i matką, dzieci mają niechętny stosunek do tradycyjnych ról kobiet. Dziewczęta z takich domów czują się zmuszone do współzawodnictwa, do pokonania chłopców, a później mężczyzn w ich własnej grze.
Jeszcze inny przekaz wynoszą dzieci z domów, w których role są odwrócone. Kobieta jest szefem i w słowach, i w czynach. Choć nie zawsze jest jedynym żywicielem, stanowi ostateczną instancję we wszystkich sprawach zasadniczej wagi. Dzieci z takich domów mają niewiele szacunku i podziwu dla mężczyzn.”

I oto zbliżamy się do sedna.

Ponieważ przeznaczeniem większości kobiet jest bycie żoną i matką, ich wykształcenie i prywatne oczekiwania powinny dać i zdolność czerpania głębokiej satysfakcji z pełnienia tych ról. Oczywiście w jednostkowych przypadkach kobiety decydują o wyborze innych ról: mogą zostać mechanikami, astronautami, prowadzić firmę albo zaangażować się w działalność polityczną. Chociaż muszą istnieć warunki społeczne pozwalające kobiecie na znalezienie satysfakcji w różnych rolach zawodowych i politycznych, życie jest łatwiejsze, kiedy większość kobiet i mężczyzn nie angażuje się we wzajemne współzawodnictwo i rywalizację.”

O to, to, to. Drogie dziewczęta, w dniu Waszego święta przeczytajcie jeszcze raz z uwagą ostatnie zdanie, a szczególnie słowa „życie jest łatwiejsze…” Jak myślicie, o czyje życie chodzi?

Jeśli jeszcze się nie domyśliłyście (tak, tak, do tego potrzebny jest intelekt), przypomnę Wam o czym doktor Ginott nauczał w rozdziale szóstym, zatytułowanym „Dzień z życia dziecka”, w podrozdziale: „Powrót ojca”.

źródło zdjęcia
Ojciec, który wraca wieczorem do domu, potrzebuje chwili spokoju, aby skierować swoje myśli, zajęte dotąd potrzebami świata, na inne tory. Nie należy go od progu bombardować gradem narzekań i żądań. Napój, gorący prysznic, codzienna poczta, tygodnik i czas „bez pytań” pomagają stworzyć oazę spokoju, a to znacznie podnosi jakość rodzinnego życia. Dzieci uczą się od najmłodszych lat, że gdy tatuś przychodzi do domu, należy mu dać chwilę spokoju i wytchnienia. Z kolei obiad powinien być porą rozmowy. Jego celem jest dostarczenie nie tylko jedzenie, ale również strawy duchowej. Wystarczy kilka uwag na temat tego, co i jak dziecko je, kilka działań dyscyplinujących, a poza tym pożądane są liczne przykłady staroświeckiej sztuki konwersacji.”

Drogie dziewczęta! W dniu Waszego święta życzę Wam, abyście pamiętały w jakim celu święto to zostało ustanowione. Otóż nigdy, przenigdy nie wolno Wam zapomnieć o tym, że macie dokładnie takie sama prawa jak chłopcy. Nawet gdy ci ostatni, nieważne – wyrośnięci czy nie – będą przekonywać Was, że jest inaczej.

Haim G. Ginott „Między rodzicami a dziećmi”, przełożyła Beata Horosiewicz. Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 1998.


PS. Dziwnym trafem wśród listy osób, którym autor podziękował za pomoc i inspirację przy tworzeniu książki nie ma jego żony, już wówczas matki ich córek. Ciekawe, kto wycierał dziecięce pupy, gdy profesor Ginott w zaciszu gabinetu tworzył swe dzieło…

PS.PS. Opisana książka doktora Ginotta w ostatnich latach jest wznawiana w wersji poprawionej. Poprawek dokonała między innymi żona autora, Alice Ginott, również psycholożka. Nie sprawdzałam, ale jestem niemal stuprocentowo pewna, że w nowych wydaniach brak jest cytowanych przeze mnie fragmentów. Ciekawe dlaczego...

niedziela, 23 września 2018

G.Flynn "Ostre przedmioty" i "Mroczny zakątek", czyli bestsellerowa monotwórczość


Mimo że jestem człowiekiem z natury i przekonania nieoglądającym, od szeregu lat, z uporem godnym lepszej sprawy, na bieżąco śledzę poczynania twórców filmów i seriali. Zazwyczaj poprzestaję na lekturze prasowych lub internetowych notek zapowiadających; niekiedy tylko oglądam zwiastun. Ożywiam się natomiast zawsze, gdy wyczytam, że otóż w grę wchodzi ekranizacja jakiejś książki. Wówczas bowiem czym prędzej udaję się, nie, bynajmniej nie do kina lub przed ekran telewizora czy komputera. Udaję się mianowicie do najbliższej biblioteki.

W ubiegłym roku przeczytałam w ten sposób „Wielkie kłamstewka” Liane Moriarty, bardzo sobie tę lekturę chwaląc (miniserialu do tej pory nie obejrzałam i pewnie już nie obejrzę).
W tym, dowiedziawszy się o emisji serialu, natychmiast sięgnęłam po „Ostre przedmioty”, autorstwa niejakiej Gillian Flynn.


Dowcipny, stylowy, fascynujący debiut. Prawdziwe objawienie” – poinformował mnie zamieszczony na tytułowej stronie okładki książki blurb podpisany: Harlan Coben.
Zachwycający kawał dobrej literatury, napisany świetnym językiem i z dużą przenikliwością” – tak zapewniła mnie na odwrocie tej samej okładki osoba podpisana jako Stephen King.
Ykhy!” – przeczytawszy tak zachwalane dzieło, kryjąc zmieszanie, odkaszlnęła momarta.

Problem bowiem z książką pani Flynn polega na tym, że jest, moim zdaniem, cokolwiek przeciętna. I dużo gorsza niż napisany przez nią później „Mroczny zakątek”, który przeczytałam jako pierwszy tylko dlatego, że po „Ostre przedmioty” była w bibliotece kolejka. Ot, siła reklamy.

Na ile zdążyłam się zorientować, pani Flynn napisała dotąd trzy książki (wszystkie trzy zekranizowano – brawo za marketingową skuteczność!). Dwie przeczytałam. Znając zatem ponad 65% jej twórczości, mogę pokusić się o wyprowadzenie kilku wniosków natury ogólnej.

Wniosek pierwszy: Gillian Flynn uwielbia nurzać się w mrocznych rodzinnych historiach.

serialowy plakat
źródło zdjęcia
W „Ostrych przedmiotach” główną bohaterką jest Camille Preaker, około trzydziestoletnia dziennikarka pracująca w podrzędnej chicagowskiej gazecie, wysłana przez szefa z reporterską misją do rodzinnego miasteczka, w którym rok wcześniej zamordowano dziewięciolatkę, a właśnie teraz zgłoszono zaginięcie dziesięciolatki. Z każdą kolejną stroną (uwaga! będę trochę spojlować, kto planuje przeczytać książkę, względnie obejrzeć serial, niech nie czyta dalszej części tego posta) dowiadujemy się o niej i jej rodzinie coraz więcej. Napisać, że jest dysfunkcyjna, to nie napisać nic. Lodowata matka, plastikowy ojczym, obrzydliwie bogaci dzięki znakomicie prosperującej przemysłowej fermie świń; jedna młodsza siostra od szeregu lat martwa (umarła jako dziecko; dlaczego i w jakich okolicznościach okaże się dopiero na końcu), druga, aktualnie trzynastoletnia, wprawdzie żywa, ale odstręczająca i rozkapryszona. Nasza bohaterka przez szereg stronic zajmuje się głównie miotaniem się – próbuje sklecić jakiś tekst (szef nalega), jednocześnie docieka prawdy na temat śmierci obu (gdyż jak łatwo odgadnąć, zaginiona dziesięciolatka ostatecznie też okazuje się być ofiarą zbrodni) dziewczynek, ślizga się po zmrożonym łonie rodziny, spotyka się ze znajomymi z przeszłości i romansuje, niejako przypadkiem. W tak uroczym otoczeniu ożywają wszystkie dręczące ją w przeszłości potwory, które doprowadziły ją swego czasu do nadużywania stosowania tytułowych ostrych przedmiotów. Dzięki nim aktualnie nasza bohaterka jest wprawdzie piękną kobietą, jednak wyłącznie z twarzy, gdyż reszta jej ciała jest pokryta różnorakimi napisami (stopniowe ujawnianie ich treści jest chyba najsłabszym z chwytów zastosowanych przez autorkę), w ilości kwalifikującej się do natychmiastowej hospitalizacji psychiatrycznej (którą, to chyba jasne, piękna Camille właśnie niedawno zakończyła).

źródło zdjęcia

Z kolei w „Mrocznym zakątku” wszystkie karty pozornie zostają odkryte już na początku, a każda z nich spływa (obficie) krwią. Oto w brutalny sposób zostaje zamordowana niemal cała rodzina: samotnie wychowująca czwórkę dzieci matka i dwie jej córki. Z rzezi ocalało tylko najmłodsze dziecko, siedmioletnia wówczas dziewczynka. Sprawcą okazał się natomiast (już na samym początku książki, a więc uznaję, że to nie spojler) piętnastoletni w owym czasie syn, odsiadujący właśnie od bodajże dwudziestu lat (nie mam książki pod ręką, a więc nie mogę sprawdzić) zasłużoną karę pozbawienia wolności.
Konstrukcja tej powieści, klasyfikowanej jako thriller psychologiczny, sprowadza się do przeplatania relacji z bieżących zdarzeń (obecnie około trzydziestoletniej cudownie ocalonej siedmiolatce kończą się pieniądze pochodzące ze zbiórki publicznej, zorganizowanej na biedne dziecko, co zmusza ją do zmierzenia się z własną przeszłością), z retrospekcjami, opowiadanymi z różnych perspektyw (zabitej matki i jej syna, prawomocnie skazanego mordercy). Im dalej w las, tym mroczniej, ścieżki i tropy plączą się i krzyżują, a czytelnika (w każdym razie mnie) coraz bardziej mrozi. Pisarską robotę można w tym przypadku uznać za dobrze wykonaną.


Wniosek drugi: Gillian Flynn uwielbia nurzać się w atmosferze małych amerykańskich miasteczek, traktując je w typowo amerykański sposób, tj. pokazując, że pod piękną fasadą kryje się brud i zgnilizna.
Co do zasady, mało oryginalne, jakby nie patrzeć. Cóż więcej napisać?

Gillian Flynn
źródło zdjęcia
Wniosek trzeci: pani Flynn lubi psychologizować. 
„Ostre przedmioty” są jednak pod tym względem grubo ciosane – na istnienie związku pomiędzy toksycznym dzieciństwem z zimną matką a problemami w dorosłym życiu wpadnie najdalej po pięćdziesięciu stronach chyba każdy. Od tego momentu można zacząć się już tylko nudzić. W „Mrocznym zakątku” więcej jest natomiast niuansów, a sposób opowiadania historii (rozgrywającej się w jej wątku retrospektywnym w ciągu ledwie jednej doby), sprowadzający się do zwracania uwagi na niejednoznaczność i niejednowymiarowość sytuacji, w jakiej znajdują się bohaterowie, sprzyja wywoływaniu czytelniczej refleksji, a nie tylko skupianiu się na dreszczyku emocji.

Wniosek czwarty, a raczej dobra rada: wprawdzie wiem, że nie zabija się kury znoszącej złote jaja (skoro patent się sprawdza i zapewnia pierwsze miejsca na listach bestsellerów, tudzież zainteresowanie hollywoodzkich producentów, to po co się męczyć?), to jednak jako życzliwa czytelniczka sugerowałabym autorce przeprowadzenie rozmowy z kilkoma amerykańskimi farmerami, niech będzie nawet, że z małych miasteczek. Może nie doradzą jej jak napisać książkę, ale z pewnością wyjaśnią czym grozi niestosowanie płodozmianu.

Gillian Flynn „Ostre przedmioty”, przełożył Radosław Madejski. G+J Gruner + Jahr Polska, Warszawa 2007.
Gillian Flynn „Mroczny zakątek”, tłumaczenie Katarzyna Kasterska. G+J Gruner + Jahr Polska, Warszawa 2011.

czwartek, 20 września 2018

L.J.Kern "Bajki, bajki, bajki", czyli pozornie o zwierzętach, pozornie dla dzieci



Gdybym chciała zbudować legendę (własną), napisałabym, że nauczyłam się czytać, studiując opasły rocznik „Przekroju” (w zasadzie dwurocznik, gdyż zawierał numery z lat 1965-66), który leżał w domu moich dziadków.

Gdybym chciała być wierna prawdzie, napisałabym natomiast (tak jak wspominałam już kiedyś tutaj), że ów rocznik „Przekroju” był jedną z najważniejszych lektur mojego dzieciństwa.

Nie pamiętam ile miałam lat, gdy pierwszy raz wzięłam go do ręki, ale myślę, że nie mogło być ich więcej niż dziesięć. Od tamtej pory czytałam go, rzecz jasna, wyrywkowo, wielokrotnie. Nasiąkałam tekstami, nazwiskami i obrazami, nieważne – rozumiejąc czy nie. Uwielbiałam ostatnią stronę – przede wszystkim przez wzgląd na wiersze Ludwika Jerzego Kerna i Lengrenowskiego Profesora Filutka. Na zawsze też moją estetykę ukształtował ówczesny „Przekrojowy” grafik – Daniel Mróz.




Wydana w maju przez wydawnictwo Warstwy książka „Bajki, bajki, bajki” Ludwika Jerzego Kerna z ilustracjami Daniela Mroza, stanowi w istocie wznowienie pozycji, jaka ukazała się pięćdziesiąt pięć lat wcześniej. Obecne wydanie zostało jednak – jak twierdzi wydawnictwo – zmienione poprzez dodanie szeregu ilustracji, wcześniej opublikowanych wyłącznie w „Przekroju”.

Jak „Bajki…” wyglądały pierwotnie, można się zorientować tutaj, na stronie bloga Garaż ilustracji książkowych. Nie wiem czy teraz jest lepiej, na pewno jednak mniej pożółkle i w ogóle schludnie (od strony estetycznej Warstwy jak zwykle postawiły na jakość z najwyższej półki).


Nawiązując wprost do Bajek La Fontaine’a, a pośrednio również do Ezopa (stanowiącego wszak inspirację dla tego pierwszego), Kern stworzył własne historie. Traktują one o zwierzęcych bohaterach (wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest zupełnie przypadkowe!), tyle że ustawionych w innych niż u La Fontaine’a parach; charakter opowiastek również jest podobny. Stosunkowo krótkie, zgrabnie rymowane, inteligentne i dowcipne, kryjące znacznie więcej treści niż na pozór się wydaje. Okrutnie myliłby się zatem ten, kto postawiłby tę książkę w dziale „dla dzieci”. To znaczy, owszem, dzieciom przeczytać jak najbardziej można, jednak przypuszczalnie to dorosły będzie miał większą frajdę z tej lektury.


Dobrą literaturę poznaje się po tym, że niezależnie od tego z jak bardzo zamierzchłych czasów pochodzi, nie traci aktualności. Posługując się tym kryterium, „Bajki” Kerna niewątpliwie można zaliczyć do ścisłej czołówki (bo że ilustracje Mroza są ponadczasowe, to chyba jasne?). Przypuszczam zresztą, że gdyby któryś z bardziej światłych kandydatów na radnego czy burmistrza, posłużył się nimi w czasie trwającej właśnie kampanii wyborczej, spotkałby się z zarzutem stosowania chwytów poniżej pasa. Ponieważ jednak większość znanych mi kandydatów spowijają raczej wyłącznie ciemności z gatunku nieprzeniknionych, sądy (a co za tym idzie, i czytelnicy) mogą spać spokojnie – żadnemu z nich nie przyjdzie w trybie wyborczym osądzać, czy używanie Kerna powinno zostać prawnie zakazane, czy też nie.

Na wszelki wypadek jednak zachęcam: używajcie, póki można!

Mała próbka zawartości poniżej:

Bajka z jeżem


Był pewien jeż przed laty
w zamierzchłej epoce,
którego przez dni wszystkie i przez wszystkie noce
męczyło nieustannie to pragnienie szczere,
by zrobić jak najprędzej tak zwaną karierę.
Że natura mu raczej nie dała urody,
rozpoczął pozostałe studiować metody,
aż wreszcie,
po namyśle,
z różnych metod kupy
wybrał starą metodę włażenia do… tam.
Jak najprędzej chcąc stanąć na byle koturnie,
postanowił natychmiast zadziałać odgórnie.
A że rozmach to ważna rzecz jest w interesach,
zaczął od lwa samego, czyli od prezesa.
Lew,
odczuwszy po chwili, do czego jeż zmierza,
ryknął z bólu
i bardzo szybko przegnał jeża.
Podobny przebieg miały przeprawy:
ze słoniem,
z zebrą,
z hipopotamem,
z antylopą,
z koniem,
z kangurem,
z wielorybem,
z osłem (chociaż matoł)
i z wydrą (którą ryby zowią wydrowatą).
Żadne bowiem z tych zwierząt,
żadne, proszę Was,
nie zgodziło się na to, żeby jeż im wlazł. 
I w tym właśnie problemu tkwi okrutne sedno,
które miota i miota mą istotą biedną,
i które mi się każe skarżyć na papierze,
że niektórzy z nas kolców nie mają jak jeże,
na skutek czego włażą i włażą do woli,
jako że to włażenie nic a nic nie boli.

Ludwik Jerzy Kern „Bajki, bajki, bajki”, ilustrował Daniel Mróz. Wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, 2018.

sobota, 8 września 2018

Witaj szkoło 2018, czyli o lwie, którego nie da się oswoić

O tym, jak bardzo nienawidzę pierwszego września, niezależnie od tego czy w danym roku przypada drugiego, czy trzeciego, pisałam już kilka lat temu, tutaj.
Od tego czasu wiele się zmieniło.

Ośmiolatek, o którym pisałam w tamtym poście jest aktualnie trzynastolatkiem, usadowionym wbrew sobie i nam w samym środku deformy edukacji.
Ósmoklasista. To wcale nie brzmi dumnie; dla nas wyłącznie strasznie.
Jak twierdzi Starszy, jego życie skończyło się w miniony poniedziałek.
Mam wrażenie, że moje, jako jego matki, również.


Trzydzieści lat temu „Nasza Księgarnia” wydała książkę Marii Kobyłeckiej „Jak oswoić lwa”, opatrzoną podtytułem „na tropach kłopotów szkolnych”. Znalazł się w niej m.in. przedruk zamieszczonej w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w „Płomyku” (informacja dla młodszych czytelników: był to tygodnik dla młodzieży, która wyrosła już z przeznaczonego dla dzieciaków „Płomyczka”) rozmowy z lekarzem, Andrzejem Jaczewskim.

Praca ucznia jest pracą szczególną i bardzo ciężką. (…) pracując dużo, trzeba to robić jak najmądrzej, w zgodzie z wymogami czy zaleceniami higieny. Jako lekarz proponuję higieniczny program dnia:
Radzę wstawać dostatecznie wcześnie, by od rana się nie spieszyć, nie wpadać w nerwowy pośpiech. Przed wyruszeniem do szkoły – śniadanie. (…) Już rano konieczny jest zastrzyk ruchu. Proponuję spacer do szkoły. Radzę wcześniej wyjść, by przed rozpoczęciem zajęć odbyć choćby 15-minutowy spacer. (…) W szkole trzeba pracować intensywnie i korzystać jak najwięcej z lekcji. Szkoda czasu na bezmyślne tkwienie w ławce. Nauka na lekcjach powinna wystarczyć, aby w domu jedynie uzupełnić, pogłębić czy poszerzyć i utrwalić wiadomości. Na lekcjach uczymy się, natomiast na pauzach odrzucamy zeszyty i książki. Trzeba zrobić wszystko, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Jeżeli są z tym trudności, to samorząd szkolny powinien starać się je pokonać. (…)
Po skończonych lekcjach zalecałbym spacer, choćby półgodzinny.
Po obiedzie nie radziłbym od razu zasiadać do lekcji. Niektórym dobrze by zrobiła nawet mała drzemka, a w każdym razie jeszcze trochę przerwy, którą można by poświęcić na prace domowe. O zabawach, sporcie, ruchu – nie mówię, bo to już takie banalne zalecenie higieniczne. (…) Poza nauką człowiek ma jakieś inne pozalekcyjne zainteresowania, hobby. Bardzo bym polecał takie pasje, które wypędzałyby na powietrze. Sport, ruch, praca fizyczna są niemal koniecznością, taką jak dobre odżywianie i sen.
No właśnie – sen. Spać się opłaca! Spać trzeba, niestety, dużo. W Twoim wieku około 9 godzin.”

Wprawdzie życie w Polsce w ciągu ostatnich trzydziestu lat mocno się zmieniło, to jednak sam człowiek jako gatunek nie wyewoluował (w każdym razie moim zdaniem) przez ten okres na tyle mocno, by nie musieć spać i odpoczywać. Dlatego też powyższe zalecenia uważam za nadal wiążące, a jako dobra matka zamierzam stosować się do nich, organizując nasze życie domowe.

Od najbliższego zatem poniedziałku dzień mojego ósmoklasisty będzie wyglądał tak:

(Gwoli wyjaśnienia: zgodnie z planem Starszy ma 38 godzin szkolnych zajęć lekcyjnych w tygodniu (bez 2 godzin religii, które są w końcu, bądź co bądź, ciągle jeszcze nieobowiązkowe) plus dwie godziny obowiązkowych zajęć organizowanych przez szkołę, przygotowujących do testu ósmoklasisty. Dwa razy rozpoczyna przy tym naukę o 7.10 (w pozostałe dni o 8.00), raz o 7.30; kończy o 14.30 lub 15.30.)

Pobudka o 5.30. 20 minut na ogólne ogarnięcie się ("zęby, synu, zęby!"), kolejne 20 na zjedzenie śniadania ("jedz wolno i przeżuwaj!" – to też zalecenie lekarskie, choć akurat z innej książki).
O 6.10 wymarsz z domu. Koniec z dowożeniem autem do szkoły! Na przystanek autobusowy jest piechotą akurat 15 minut, tyle ile codzienna zalecana poranna porcja spaceru. Niestety, autobus jeździ co 20 minut, o 6.25 nie ma akurat żadnego. Najbliższy o 6.35. Czas oczekiwania można poświęcić na sport - pajacyki na przystanku zimą będą jak znalazł!
Następnie 20 minut jazdy autobusem (to nie fanaberia, na skutek reformy oświaty najbliższa szkoła oferująca naukę w klasie ósmej, niezależnie od tego czy rejonowa, czy nie, znajduje się w takiej właśnie mniej więcej odległości) i już można rozpocząć naukę. 7.10 to godzina, o której wiedza wprost sama wskakuje do głów, nieprawdaż?
Po 7 lekcjach, przeplatanych dziesięciominutowymi przerwami, starczającymi akurat na tyle, by spakować książki i zeszyty po zakończonej poprzedniej lekcji oraz przenieść plecak z jednej klasy do drugiej, można zjeść szkolny obiad i około 15.00 wyruszyć w drogę powrotną. Myk, myk, 15.40 i już ósmoklasista jest w domu. Czas na małą drzemkę, powiedzmy półgodzinną.
Następnie pora zabrać się do zadań domowych. Cóż my tam mamy?
Trzy strony zadań z matematyki. Trudno się dziwić, gdy trzeba w dwa lata przerobić materiał przewidziany dotychczas na trzy lata gimnazjum. Nauczyciel „przerabia” więc kolejne partie, nie oglądając się za siebie. To czego nie zdąży i to, co trzeba „utrwalić”, zleci do domu.
Rozprawka z polskiego. Rodzice narzekali, że dzieci nie umieją jej pisać, więc proszę bardzo - jak napiszą ze trzydzieści, z pewnością się nauczą. Poza tym ministerstwo powiedziało, że teraz będzie kładło nacisk na formy otwarte. Żeby się dobrze otworzyć, trzeba najpierw porządnie poćwiczyć - to prawda znana w szkole nie od dziś.
Fizyka. Była dzisiaj, jest też jutro, a pani lubi robić kartkówki z poprzedniej lekcji. Trzeba powtórzyć.
Niemiecki. Dwie strony słówek. Szkoła szczyci się tym, że „uczy niemieckiego na wysokim poziomie”. Pani kuła słówka, uczniowie też muszą. Ktoś twierdzi, że to nieefektywne? To jakieś nowomodne podejście, doprawdy.
Bez przerw wyszłoby trzy godziny, ale ponieważ matka, która naczytała się jakichś głupot, każe robić przerwy (a w ich trakcie nie pozwala grać w Fortnite’a, twierdząc, że to rozprasza, doprawdy, świnia, nie matka!), z trzech zrobiły się cztery. I mamy godzinę 20.10. Ileż to godzin dziecko w tym wieku powinno spać? Dziewięć? Rety, trzeba się spieszyć!
Pół godziny na ekspresowe umycie się ("uszy, synu, uszy!"), zjedzenie kolacji (ups, nie powinno się jeść po 20!) i kolejne pół na przeczytanie kilkunastu stron lektury (więcej niż kilkanaście stron dzieł typu „Pan Tadeusz” na raz dzieciom urodzonym w XXI wieku nie wchodzi, choćby się starały). 21.10 - gasimy światło („mamo, nikt z mojej klasy nie chodzi spać o 21!” „Synu, wszyscy chodzą, tylko nikt się nie przyznaje!”).
Zalecane przez lekarza 9 godzin snu kończy się o 6.10.
Całe szczęście, że jutro do szkoły na 8, może się synu wyrobisz, bo gdybyś miał na 7.10, trzeba byłoby na czymś przyciąć. Tylko na czym? Na śnie? Kolacji? Do rozważenia.

Jakieś sporty? Kontakty z rówieśnikami? „Pozalekcyjne zainteresowania, hobby” (że zacytuję pana doktora)? Czas na nicnierobienie?
Fanaberie!

Dla ukojenia nerwów sięgnęłam po książkę dla dzieci.


Autorzy „Spóźniłem się do szkoły, bo…”, Davide Cali (tekst) i Benjamin Chaud (ilustracje), podają wprawdzie propozycje wyłącznie usprawiedliwień szkolnych spóźnień, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by rozciągnąć je także na nieobecność w szkole w ogóle. Jutro, pojutrze. I popojutrze też. A w czasie egzaminu ośmoklasisty i przyszłorocznej rekrutacji do szkół średnich to już na pewno.
I proszę od razu usprawiedliwić moją nieobecność na wszystkich wywiadówkach!


Kiedy w końcu wyszedłem na prostą, trafiłem w sam środek stada owiec i chmary kaczek. Wypadało pomóc rolnikom je rozdzielić.” – opowiada bohater książki, a ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że opisywane stado owiec to polskie dzieci. Ich rodzice zaś są – co w tym kontekście oczywiste - od szeregu lat traktowane przez rządzących jak stado baranów. 

Ach, gdybyż życie było takie proste jak w ilustrowanych książeczkach!
Gdyby takie było, z chęcią użyłabym choćby takich przekonujących wyjaśnień:

Nie posłałam dzieci do szkoły, bo…

- chciałam, żebyśmy wszyscy byli nadal wyłącznie szczęśliwi!
- chciałam, żeby moje dzieci miały czas, aby żyć!
- moim dzieciom szkoła nie jest do niczego potrzebna („no, wytłumacz mi, mamo, dlaczego muszę chodzić do szkoły, wytłumacz mi, bo ja nie rozumiem!”)
- szkoła jest w naszej rodzinie wyłącznie źródłem frustracji, a lekarz zabronił nam się denerwować.

Wanda Kobyłecka „Jak oswoić lwa”, ozdobił graficznie Bohdan Butenko. Nasza Księgarnia, Warszawa 1989.
Davide Cali, Benjamin Chaud „Spóźniłem się do szkoły, bo…”. Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2015.

A wszystkim, którzy uważają, że z polską szkołą dzieje się coś złego, polecam uwadze ten apel. Szczegółowe informacje dostępne tutaj.



sobota, 25 sierpnia 2018

M.Szymaniak "Urobieni", czyli reportaże, które spłyną szybciej niż pracowniczy pot


Dawno, dawno temu dziwiłam się rozpaczy ludzi, którzy zostali uznani za zdrowych. Wydawało mi się bowiem wówczas, że chyba dobrze jest dowiedzieć się, że nic poważnego człowiekowi nie dolega.

Ponieważ jednak rzecz nie działa się w odległej galaktyce, lecz na polskiej ziemi, po niedługim czasie nie tylko przestałam się dziwić, ale i zaczęłam szczerze kibicować wszystkim próbującym udowodnić, że są ludzkimi wrakami.
Stan ten trwa nadal; najbardziej cieszę się zaś, gdy razem z nimi odkryję, że są chorzy psychicznie, mają ciężką postać padaczki lub też dotknęła ich ślepota.

Powyższe nie świadczy bynajmniej o moim zezwierzęceniu, lecz wyłącznie o dobrej znajomości krajowego rynku pracy. Na tym bowiem liczą się wyłącznie ciężko chorzy, najlepiej niezdolni z tego powodu do samodzielnej egzystencji.
W internecie pełno jest ogłoszeń podobnych do tego zacytowanego niżej:

Zatrudnimy na pełen etat osobę na stanowisko kierowca, pracownik rozlewni gazu i stacji LPG.

Osoba zatrudniona na tym stanowisku będzie odpowiedzialna za dostawy towaru do wyznaczonych miejsc, napełnianie butli, tankowanie aut, ewidencję sprzedaży.
Wymagania:
• Przynajmniej podstawowa znajomość obsługi komputera,
• Umiejętność organizacji czasu pracy,
• Prawo jazdy kat B, doświadczenie w prowadzeniu samochodów,
• Wysoka motywacja do pracy,
Mile widziane osoby z umiarkowanym lub znacznym stopniem niepełnosprawności.

Gwoli wyjaśnienia: zgodnie z definicją ustawową, do znacznego stopnia niepełnosprawności zalicza się osobę z naruszoną sprawnością organizmu, niezdolną do pracy albo zdolną do pracy jedynie w warunkach pracy chronionej i wymagającą, w celu pełnienia ról społecznych, stałej lub długotrwałej opieki i pomocy innych osób w związku z niezdolnością do samodzielnej egzystencji.
Z kolei do umiarkowanego stopnia niepełnosprawności zalicza się osobę z naruszoną sprawnością organizmu, niezdolną do pracy albo zdolną do pracy jedynie w warunkach pracy chronionej lub wymagającą czasowej albo częściowej pomocy innych osób w celu pełnienia ról społecznych.

Bardziej istotne jest jednak to, że za każdą taką osobę PFRON płaci pracodawcy 1800 zł – jeśli zatrudniona osoba jest niepełnosprawna w stopniu znacznym lub też 1125 zł w związku z zatrudnieniem pracownika o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności. Kwoty te mogą zostać podwyższone o 600 zł, jeśli niepełnosprawność jest spowodowana m.in. chorobą psychiczną, epilepsją czy utratą wzroku. Zatrudnienie osoby tylko lekko niepełnosprawnej jawi się więc w tym kontekście jako zupełnie nieopłacalne – PFRON płaci bowiem za nią tylko 450 zł. O zdrowych nie warto nawet wspominać. Bycie zdrowym kandydatem na pracownika to w Polsce prawdziwe nieszczęście.
Bez znaczenia jest przy tym to, że być może, obiektywnie rzecz biorąc, osoba niezdolna do samodzielnej egzystencji nie jest najlepszym kandydatem do pracy przy przewożeniu i napełnianiu butli z gazem. Pracodawca jest bowiem z pewnością dobrze ubezpieczony od ewentualnych następstw nieszczęśliwych wypadków, a już w trakcie sprzątania po wybuchu  będzie mógł przebierać w kandydatach na następcę świętej pamięci niepełnosprawnego nr 1.

Dawno, dawno temu, tj. na początku tego wieku, gdy zaczynałam zajmować się polskim rynkiem pracy w praktyce, dziwiłam się bardzo wielu rzeczom i zjawiskom. Teraz, blisko dwie dekady później, jestem mądrzejsza o tyle, że wiem, że nie istnieje takie świństwo, którego polski pracodawca nie byłby gotów popełnić. Jedyne co mnie jeszcze niekiedy dziwi, to brak śladów jakiejkolwiek refleksji u osób traktujących podwładnych jak podludzi. Ale pomału przywykam i do tego.


Zbiór reportaży o pracy „Urobieni” to historie osób pracujących w Polsce, zanotowane bez zdziwienia przez Marka Szymaniaka. W kolejnych rozdziałach swojej książki w zasadzie beznamiętnie prowadzi on czytelnika przez kolejne historie ze świata polskiej pracy. Szereg osób: kobiet i mężczyzn, młodych i starszych, podzieliło się z nim swoimi, zazwyczaj nader gorzkimi, doświadczeniami. Poruszone zostaną tematy przekształceń polskiego rynku pracy, wypaczeń w systemie zatrudniania osób niepełnosprawnych, pracy w oparciu o tzw. umowy śmieciowe, zatrudniania pomocy domowych, sytuacji pracujących w Polsce Ukraińców. Mowa też będzie o systemach sprzedaży bezpośredniej, molestowaniu seksualnym w pracy, emigracji zarobkowej, korporacjach, problemie braku czasu wolnego od pracy, marginalizacji związków zawodowych. Wreszcie, w ostatnim rozdziale, niczym chusteczka podana dla otarcia łez, pojawi się też głos tych, którym się udało.

Z całym szacunkiem, ale nic nowego, nie tylko dla kogoś, kto jak ja, wysłuchał i wysłuchuje nadal setek takich historii, ale i dla większości potencjalnych czytelników tego zbioru. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można bowiem założyć, że po książkę wydaną przez Wydawnictwo Czarne, napisaną przez autora, który dotychczas publikował wyłącznie w mediach kojarzonych z jedną stroną obecnej sceny publicznej w Polsce (TVN24, Gazeta Wyborcza, Newsweek), sięgną raczej tylko czytelnicy o określonych poglądach, którzy o wszystkich omawianych przez Szymaniaka problemach już czytali, właśnie na łamach przywołanych mediów. Nie sposób też nie zauważyć, że wezmą ją do ręki tylko ci, którzy w ogóle czytają cokolwiek innego niż raporty giełdowe. Krąg zainteresowanych wydaje się więc być nader wąski.

Autor nie udaje zresztą, że odkrywa Amerykę; każdy rozdział kończy swego rodzaju podsumowaniem czy wyjaśnieniem, obficie korzystając (co uczciwie wyjaśnia w obszernej bibliografii) z szeregu artykułów publikowanych na łamach papierowych czy internetowych wydań…, tak, głównie Gazety Wyborczej i TVN24. Podpiera się także często poglądami nieco starszego kolegi, Rafała Wosia, który jednak od lat konsekwentnie podąża własną drogą i którego zakres poszukiwań znacznie wykracza poza dobrze mu znane, bezpieczne miejsca.

Nie piszę tego bynajmniej, by z gruntu krytykować Marka Szymaniaka. Przeciwnie, doceniam, że napisał przyzwoite reportaże, wykonał solidną pracę, powściągnął naturalne w przypadku takich tematów skłonności do grania na tanich sentymentalnych nutach i w ogóle wydaje się być bardzo przejęty. Z całym jednak szacunkiem, ale to za mało.
Nie widzę szans, by ta książka zapoczątkowała jakiś przełom w myśleniu o pracy w Polsce. Aby otworzyła komukolwiek oczy. Ci, którzy kiedyś nie wiedzieli, dowiedzieli się już dawno. Jeśli chcieli, zrobili z tej wiedzy użytek. Albo po prostu przyjęli do wiadomości, tak jak przyjmą do wiadomości istnienie tej książki. Przeczytają, może i nawet wzruszą się lub oburzą, po czym odłożą na półkę.
Pozostali pozostaną przy swoich poglądach. Chociażby takich, jakie wyłożył w ostatnim numerze „Dużego Formatu” (dodatku do – a jakże! – Gazety Wyborczej) człowiek sukcesu, milioner, Bogusław Filipiak.


„Dziś na rynku pracy nie ma żadnego wyzysku pracowników. (…) Dziś to pracownik jest panem i nie da się wyzyskiwać. I wcale nie mówię o informatykach czy menedżerach po Harvardzie. Myślę o hydraulikach, stolarzach, cieślach, itd. Zresztą o wszystkich ludziach, którym chce się pracować.
Jeżeli masz ochotę pracować, możesz pojechać do Niemiec zbierać szparagi i zarabiać dobre pieniądze. Czy jesteś wyzyskiwany? Nie. Zarabiasz dużo więcej niż w Polsce Jeśli chcesz pracować, możesz w Szwajcarii za dobre pieniądze kosić trawę. Czy jesteś wyzyskiwany? Nie.(…)
A co z pensjami nauczycieli, pielęgniarek czy ratowników medycznych?
Powtarzam: każdy, kto nie jest zadowolony ze swojej pensji, za granicą może zarobić więcej.
Pewnie zaraz pan nas przekona, że pani sprzątajaca też może dyktować warunki pracodawcy?
A jak?! Pani sprzątająca też nie da się wyzyskiwać, bo jak w Polsce będzie dostawała grosze, to wyjedzie za granicę. (…)
Szwajcarzy nie wpuszczą pracownika z Polski.
Na 90 dni można przyjechać do pracy.
I co ma zrobić ta kobieta po 90 dniach?
To niech jedzie do Anglii czy Niemiec. Tam też dobrze zarobi.
Dla pana to takie łatwe. Spakować się i wyjechać. A jak ktoś tu ma rodzinę, dzieci? Wolałby w Polsce godnie zarabiać i z rodziną mieszkać?
Ja tylko mówię, że pracownicy mają wybór. Chcą zarobić więcej, mogą wyjechać. Pasuje im to, co jest, mogą zostać w kraju.”

Cyniczny czy arogancki? Może jedno i drugie, a może żadne z nich. Nie wiem czy pan Filipiak cokolwiek czyta. Jeśli jednak sięgnie po „Urobionych”, nie wątpię, że nic z nich nie zrozumie. Bo nie chce rozumieć. A to tacy jak on dyktują dzisiaj warunki na rynku pracy.
Tak więc, szanowny autorze, panie Marku Szymaniaku, mam dla pana złą wiadomość. Chyba urobił się pan bez sensu.

Marek Szymaniak „Urobieni. Reportaże o pracy.” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.
Dziś pracownik jest panem – z Januszem Filipiakiem rozmawiają Leszek Kostrzewski i Piotr Mączyński. „Duży Format”, 20.08.2018 r., nr 32/1297.