Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lutego 2019

T.Noah "Nielegalny", czyli śmiech przez łzy


Być może gdybym przeczytała „Nielegalnego” w ubiegłym roku, zaraz po tym gdy ukazał się w Polsce, uważałabym – jak Marcin Meller, który podzielił się swoją opinią na temat tej książki na jej okładce – że to „przezabawna opowieść o koszmarnych czasach”.
Chociaż, po zastanowieniu, prostuję. Nie sądzę, abym użyła przymiotnika „przezabawna”. Noah pisze wprawdzie lekko i żartobliwie, ale nie po to, by czytelnika rozbawić. Raczej, by zmiękczyć swoją, jakżeż gorzką, opowieść o – tu zgodzę się z Mellerem – koszmarnych czasach.


Trevor Noah urodził się w roku 1984, a w książce opisał swoje dzieciństwo w RPA. To wystarczy, by stępić czujność polskiego czytelnika i zasugerować mu, by potraktował tę książkę jako egzotykę (nie dość, że do RPA daleko, to jeszcze wszystko działo się tak dawno temu); kolejną rzecz, którą przeczyta na luzie, ciesząc się, że „nas to nie dotyczy”. 

W Polsce nie mamy obecnie wielokulturowego, wielokolorowego i wielojęzycznego społeczeństwa. Nie istniał u nas nigdy problem apartheidu, ani tego co po nim (a co zdaniem Noaha i wielu innych nie było i nie jest wcale wiele lepsze). Mieliśmy jednak i mamy inne dylematy, których podłoże i skutki są podobne jak w RPA i innych miejscach na świecie.

Wykluczenie. Z tego czy innego powodu – koloru skóry, języka, statusu społecznego i majątkowego, wyglądu, poglądów politycznych czy orientacji seksualnej. Wszystko może okazać się nie takie. Zdecyduje o tym jakaś grupa, do której – z tych lub innych względów – nie będziesz należeć.

Lektura „Nielegalnego” porusza nie tylko ze względu na literacką sprawność autora książki, ale także (a może przede wszystkim) z uwagi na fakt, iż jest to opowieść osoby, która urodziwszy się z nielegalnego związku białego mężczyzny i czarnej kobiety, musiała odnaleźć swoje miejsce w świecie, w którym nie przewidziano przestrzeni dla takich jak ona.
To także opowieść o kobiecej sile, a w szczególności – by znów posłużyć się okładkowym sloganem – hołd złożony matce autora.

matka autora
źródło zdjęcia
Patricia Nombuyiselo to kluczowa postać tej historii, kobieta silna mocą płynącą z jej wnętrza, choć także i z wiary (gdyby „Nielegalny” został zekranizowany, Jezus miałby spore szanse na Oscara za rolę drugoplanową). Choć jej metody wychowawcze wywołują sprzeciw („Co roku zwyciężałem w zawodach w dzień sportu (…) i co roku mama wygrywała rywalizację mam” – pisze Trevor Noah. – „Dlaczego? Bo wiecznie za mną biegała, żeby mi spuścić lanie, a ja wiecznie przed nią uciekałem, żeby tego uniknąć.. Nikt nie biegał tak szybko jak mama i ja. (…) Lubiła też rzucać przedmiotami - wszystkim, co się akurat napatoczyło. Jeżeli to było coś delikatnego, musiałem to złapać i odstawić. Gdyby się zbiło, byłaby to moja wina i dostałbym jeszcze większe lanie.”), to nie sposób nie zgodzić się z jej rozumieniem roli matki, tak opisanym w książce przez jej syna:
 „Mama lubiła powtarzać: „Moim zadaniem jest karmić twoje ciało, twojego ducha i twój umysł.” I tak właśnie robiła.”
I dalej, w innym miejscu: „Mama wychowywała mnie tak, jakby świat stał przede mną otworem. Z perspektywy czasu widzę, że wychowywała mnie jak białe dziecko – nie w sensie kulturowym, ale w sensie wiary w swoje możliwości, wyrażania własnych opinii, przekonania, że moje poglądy, myśli i decyzje są ważne. Powtarzamy ludziom, żeby podążali za swoimi marzeniami, ale człowiek jest w stanie marzyć jedynie o tym, co potrafi sobie wyobrazić, a nasza wyobraźnia, w zależności od tego, skąd się wywodzimy, bywa mocno ograniczona. Marzeniem ludzi dorastających w Soweto był drugi pokój. Marzył nam się podjazd. I to, że może kiedyś na końcu tego podjazdu stanie brama z żelaza. Taki był nasz horyzont. Tymczasem najwyższy szczebel tego, co możliwe, zawsze jest daleko poza zasięgiem naszego wzroku. Matka pokazywała mi te możliwości.”

Siłą „Nielegalnego” jest jego wielopłaszczyznowość. Można w czasie lektury skupiać się na tym, w jaki sposób przedstawione są tam kobiety. Lub mężczyźni, jak kto woli. Można także szczególną uwagę zwracać na kwestie edukacji. Albo religii. Albo na wiele innych spraw, o których tam mowa (rasizm i jego źródła, przemoc domowa, państwo, prawo, cokolwiek sobie wymarzycie). Co jednak ważne, każda z tych czytelniczych dróg prowadzi nie tylko do poszerzenia wiedzy o południowoafrykańskiej rzeczywistości, lecz i do, niestety gorzkich, uniwersalnych konstatacji. Mimo bowiem że główny bohater, „nielegalny” Trevor Noah jest kolorowy, a znaczna część bohaterów jego książki czarna, w postawionych przed nimi lustrach odbijają się nader często białe twarze. Moja na pewno, może też Twoja, a może i sąsiada zza rogu.

Jak wychowujemy nasze dzieci? Czy jak „białe dzieci”, czy może „czarne”, zamknięte w kokonie naszych bojaźni i lęków? Czy pokazujemy im ich możliwości, wspieramy w marzeniach? Czym karmimy ich umysły?
Czy zastanawiamy się jak ulotne i ocenne jest to, co – żyjąc w bezpiecznym świecie – wyznacza nasz status? I jak łatwo to stracić? 

Język niesie ze sobą tożsamość i kulturę, a przynajmniej pewne wyobrażenie o niej. Wspólny język mówi: „Jesteśmy tacy sami”. Bariera językowa mówi: „Jesteśmy różni”. Architekci apartheidu to rozumieli. Obok fizycznej separacji jednym ze sposobów na wzmocnienie podziałów wśród czarnej ludności była separacja językowa. (…) Jeżeli jestem rasistą i spotykam kogoś, kto wygląda inaczej niż ja, różnice językowe wzmacniają moje rasistowskie uprzedzenia: ten człowiek jest inny, mniej inteligentny. Meksykanin, który zamieszkał w Ameryce, może być naukowcem, ale jeśli mówi łamaną angielszczyzną, ludzie powiedzą:
- Ee, nie ufam temu facetowi.
- Ale to naukowiec.
- Kto ich tam wie, co to za meksykańska nauka. Nie ufam i już.

Jakżeż łatwo przychodzi nam zaszufladkowanie mówiących po arabsku i śniadych (2 w 1) uchodźców z Afryki. Wiadomo, nie mogą reprezentować sobą niczego dobrego.
Równie dobrze radzimy sobie również z przybyszami zza wschodniej granicy. Wyglądem wprawdzie nie różnią się od nas, językiem niby również nie za bardzo, ale nie dalej niż po drugim wypowiedzianym przez nich z charakterystycznym zaśpiewem zdaniu, wiemy z kim mamy do czynienia.

„- Mamo, a oni na tej Ukrainie to chyba nie są za mądrzy? Bo strasznie dużo u nich sprzątaczek.” – oznajmiło w ubiegłym miesiącu moje własne dziecko. Które – żeby nie było wątpliwości – nigdy nie widziało ani we własnym domu, ani w domu nikogo z bliskich żadnej sprzątającej Ukrainki. W czasie każdego pobytu w szpitalu spotykało jednak i spotyka salowe mówiące wyłącznie z charakterystycznym zaśpiewem. Słuchało również wielu rozmów na temat pracowników zza wschodniej granicy, w tym w szkole. Wystarczyło, by nasiąknął stereotypowym myśleniem.

I tak doszliśmy do mojego konika. Edukacji. W kontekście roli jaką ma do odegrania także w zakresie zapobiegania wykluczeniom, nie do przecenienia. 

W Niemczech każde dziecko uczy się w szkole o Holokauście. Nie tylko poznaje fakty, ale również genezę i znaczenie tego zjawiska. Dzięki temu młodzi Niemcy wchodzą w dorosłość z odpowiednią wiedzą i poczuciem skruchy. Szkoła brytyjska do pewnego stopnia podobnie traktuje kolonializm. Brytyjskie dzieci poznają historię imperium  z wyczuwalnym między wierszami zastrzeżeniem: „Trochę jednak wstyd, co?”.
W RPA do dziś nie uczy się w ten sposób o potwornościach apartheidu. Nie uczy się u nas krytycznej oceny ani wstydu. Nauka historii wygląda jak w Ameryce, gdzie mówi się dzieciom: „Najpierw było niewolnictwo, potem Jim Crow, potem Martin Luther King i skończyło się.” U nas jest podobnie: „Apartheid był zły. Nelson Mandela wyszedł na wolność. Porozmawiajmy o czym innym.” Garść faktów z pominięciem wymiaru emocjonalnego i moralnego. Tak jakby nauczycielom, nadal w przeważającej części białym, powiedziano: „Róbcie, co chcecie, tylko nie denerwujcie dzieci.”

Człowiek wykształcony jest człowiekiem wolnym, a przynajmniej tęskniącym za wolnością”, napisał Noah w innym miejscu.

Dla moich dzieci nie marzę o niczym innym niż o wolności.

Trevor Noah „Nielegalny”, przełożył Łukasz Witczak. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2018.

poniedziałek, 12 listopada 2018

M.Szczygielski "Leo i czerwony automat", czyli o tym co się dzieje w naszym Mieście


W moim Mieście domy są jasne i wysokie, a ulice szerokie i czyste. Rosną przy nich drzewa, które wiosną i latem zielenią się nad chodnikami, jesienią zaś zasypują je czerwonymi, żółtymi i brązowymi liśćmi. Nad ulicami przebiegają estakady kolejki, którą bardzo szybko można przejechać z jednej dzielnicy do drugiej. Wagony kolejki raz mkną nad ulicami, a za chwilę zjeżdżają do tuneli wydrążonych pod ziemią i suną w ciemności.
Są u nas place i skwery oraz stawy, jeziora i parki – całe mnóstwo! (…)
W Mieście są centra handlowe, biura szkoły i przedszkola. Kina, teatry, sklepy, urzędy. Wielkie szklane wieżowce i małe drewniane domki. Jest też uniwersytet, ogród zoologiczny, wiele muzeów, galerii – no, słowem, wszystko. (…)
Moje Miasto jest ogromne. Żyje w nim mnóstwo osób.
Kiedy mieszka się w takim Mieście, bardzo łatwo zapomnieć, że istnieje na świecie jeszcze coś poza nim.

Marcin Szczygielski, pisząc swoją najnowszą książkę „Leo i czerwony automat”, chciał uniknąć prostych skojarzeń. Dlatego też akcję tej powieści umieścił w Mieście bez nazwy, zaś jej bohaterom nadał imiona niekojarzące się z żadnym konkretnym krajem czy narodem. Leo, Timur, Fred, Anna – faktycznie, to mieszanka kosmopolityczna.
Mimo to dzisiaj i wczoraj, w dniach, w których wszyscy Polacy powinni być jak jedna, zgodnie machająca biało-czerwonymi flagami rodzina, która na te dwa dni zapomniała, że na świecie istnieje jeszcze coś poza nią, zamiast pisać tu o patriotycznych książeczkach dla dzieci lub dorosłych, pomyślałam właśnie o tej książce.

Szczecin, 11.11.2018
źródło zdjęcia

Książce, która mi wydała się mroczna, przygnębiająca i upiornie prawdziwa. Czytający ją w tym samym czasie znajomy dziesięciolatek nie przejął się jednak specjalnie, uznając ją wyłącznie za tajemniczą.
Jego szczęście, a mój pech. Pech bycia dorosłą.

Miasto jest wspaniałe nie tylko z powodu pięknych domów, szerokich ulic, parków, fontann, pomników i mostów, ale ze względu na mieszkańców. Ludzie z Miasta są życzliwi i sympatyczni – oczywiście jedni bardziej, a inni mniej. Jednym powodzi się lepiej, drugim gorzej; jedni zajmują luksusowe apartamenty lub wille i jeżdżą drogimi autami, a inni mieszkają w małych mieszkankach i stać ich tylko na rower, ale wszystkich łączy życzliwość. Często uśmiechają się do siebie, starają się być grzeczni i pomocni. Oczywiście kłócą się niekiedy i awanturują, ale wiadomo, że prędzej czy później się pogodzą. Po prostu wszystkim w Mieście zależy, aby mieszkańcy mieli dobre życie – nie tylko oni sami, ale też ich sąsiedzi. Tak przynajmniej myślałem do niedawna.”

źródło zdjęcia

W czasie spotkania promującego tę książkę, jakie dwa tygodnie temu odbyło się w szczecińskiej kameralnej księgarni „Fika”, Marcin Szczygielski unikał zdradzania szczegółów fabuły. Fragment książki, który przeczytał w czasie tego spotkania, był humorystyczny, zwiastując – jakżeż mylnie! - raczej lekturę przyjemną niż przygnębiającą.

W czasie kolejnych spotkań z autorem organizowanych w innych miastach, na plan pierwszy – jak wnioskuję z internetowych relacji – wysunęła się poruszona w książce (jednak tylko jako jedna z wielu) kwestia pojawiania się na świecie dzieci, które poczęły się wskutek udanego zabiegu zapłodnienia in vitro. Istotnie, trudno ten wątek pominąć, skoro główny bohater powieści, Leo, przyszedł na świat osiem lat po śmierci swojego ojca.

„Byłem zadowolony, że powstałem w laboratorium, niczym jakiś superbohater z komiksu. To w końcu coś wyjątkowego, a bardzo fajnie myśleć o sobie, że jest się choć trochę wyjątkowym.
Dopiero kiedy poszedłem do szkoły, przekonałem się, że niektórzy uważają takie dzieci jak ja za coś dziwacznego lub wręcz nienormalnego. Bardziej mnie to jednak zaskoczyło niż sprawiło mi przykrość. Bo co to komu przeszkadza, skąd i w jaki sposób się wziąłem? Grunt, że jestem fajny! (…) Mam poczucie humoru, dobrze się uczę, szybko biegam, pomagam mamie, mam wielu kolegów.”

Och, gdybyż „Leo i czerwony automat” była po prostu książką o in vitro! Byłabym naprawdę zachwycona. Z pewnością wówczas nie czytałabym jej z coraz bardziej ściśniętym gardłem, przygnębiona narastającą mroczną atmosferą, z pogłębiającym się przekonaniem, że ukryję ją przed Młodszym, z myślą o którym ją kupiłam (Autor wpisał mu nawet stosowną dedykację).

Bo w moim odbiorze to przede wszystkim książka o nienawiści. Czerwonej jak tytułowy automat. Jak race odpalone podczas wczorajszych marszów. Jak połowa polskiej flagi. Flagi kraju podzielonego również w dniu święta, które powinno łączyć.

Warszawa, 11.11.2018
źródło zdjęcia

„Kiedy to wszystko zaczęło się zmieniać? Miesiąc, dwa miesiące temu? Pół roku? Może rok? Nie wiem. Uświadomiłem sobie na przykład, że dawno już nie widziałem, aby ktoś obcy uśmiechnął się do mnie na ulicy czy w sklepie. Gdy podróżuję kolejką, prawie nie słyszę rozmów – wszyscy siedzą w fotelach ze wzrokiem wbitym w podłogę lub przesuwający się za oknem krajobraz. Na słupach z plakatami jest od pewnego czasu znacznie więcej słów niż rysunków, a w telewizji częściej mówią, niż śpiewają. Ale może tylko mi się wydaje?”

Uchwycenie momentu, w którym TO się zaczyna, nie jest możliwe. Bo to nadchodzi zazwyczaj niepostrzeżenie. A może to my jesteśmy niewystarczająco czujni?

Nie będzie dobrze, bo to jest jak zaraza. Jak zaraza! Roznosi się w powietrzu, przechodzi z człowieka na człowieka. Jest bardziej zaraźliwa niż jakakolwiek inna choroba.”

„Oni są inni, a zarazem nie są. Rozumiesz? Zachowują się tak jak zawsze. Wszystko jest normalnie, aż nagle któreś z nich mówi coś takiego, czego nigdy w życiu bym się po nim nie spodziewała. Wtedy czuję strach. I wiem, że chcą zmienić także mnie.”

„Co możemy zrobić? Jak walczyć z czymś tak gigantycznym? Czy nie byłoby najlepiej zejść na dół i stanąć w tłumie ramię w ramię z resztą mieszkańców Miasta? Zapatrzeć się w tę szkarłatną ścianę i o niczym nie myśleć? A potem pozwolić się jej wchłonąć i stać się jej częścią. Częścią całości…”


Ta lektura boli i przeraża. W dużej mierze dlatego, że Marcin Szczygielski jest uważnym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. 
Nie uważam przy tym, aby była to jego najlepsza książka - jest na to zbyt nierówna, tak jakby autor mniej więcej w połowie sam przestraszył się mroku i przypomniał sobie, że jednak pisze dla dzieci. Pewnie stąd sięgnięcie po rozwiązania lekko fantastyczne i niekoniecznie (w każdym razie mnie) przekonywujące. Na szczęście, mimo tej zadyszki, finał jest bardzo porządny i zaskakujący.
A czy optymistyczny? To trzeba sprawdzić samemu.

Może kogoś ciekawi jednak dlaczego i dziś, i wczoraj myślałam właśnie o tej książce?
To w sumie proste.
Dlatego, że myślę podobnie jak Marzena Żylińska, która wczoraj, na swoim fejsbukowym profilu napisała tak:
Jaka będzie Polska za sto lat? Nas już wtedy nie będzie, ale w kolejnych pokoleniach przetrwają nasze idee i wartości, które dziś przekazujemy młodym. Od nas rodziców i nauczycieli tak wiele zależy. Dlatego powinniśmy zadać sobie pytanie, jakiej Polski chcemy, jakiej Ojczyzny? I jeśli chcemy lepszej, to przestańmy narzekać, a zacznijmy się zastanawiać, co zrobić, byśmy byli lepsi i zacznijmy działać. Bo nie można być dobrym Polakiem, jeśli nie jest się dobrym człowiekiem. A ile dziś dobra wokół nas? Ile dziś radosnych, uśmiechniętych twarzy i wyciągniętych do zgody rąk, ale ile pychy i zaciśniętych pięści? Ile prawdy, nawet trudnej, a ile kłamstwa i ludzi, którzy wolą chodzić na skróty?

Ślepa wiara we własną nieomylność, pycha i buta to siostry nienawiści. One właśnie doprowadzają ludzi do upadku.” – taką diagnozę stawia jeden z bohaterów książki Marcina Szczygielskiego.
Czy trafną? Moim zdaniem tak. Choć to oczywiście tylko część przyczyn tego, co dzieje się wokół.
Czy jest na to lekarstwo? Owszem. 

W spotkaniu z autorem, które zostało zorganizowane w szczecińskiej Fice, uczestniczyła także mama Marcina Szczygielskiego. Która wychowała swojego syna w taki a nie inny sposób, pokazała mu świat i wpłynęła na sposób, w jaki go postrzega.
Brali w nim udział również nauczyciele. Którzy także kształtują dzieci i młodzież, spędzając z nimi nierzadko więcej czasu niż ich rodzice.
Narzędzia i pomoce, z których mogą korzystać, są dostępne, na przykład tutaj, trzeba tylko po nie sięgnąć. W porę.
Najlepiej zacząć już od jutra.

Marcin Szczygielski „Leo i czerwony automat”. Ilustracje Dorota Wojciechowska-Danek. Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego, Warszawa 2018.

czwartek, 11 października 2018

H.G.Ginott "Między rodzicami a dziećmi", czyli dziewczętom pod rozwagę w dniu ich święta

Dzięki zupełnemu przypadkowi dowiedziałam się, że 11 października jest – z inicjatywy ONZ – obchodzony jako Międzynarodowy Dzień Dziewczynek, co ma służyć podkreślaniu potrzeb i wyzwań, przed jakimi stają dziewczęta, przy jednoczesnym wspieraniu ich dążenia do korzystania z pełnych, przynależnych im, jako każdemu człowiekowi, praw (mniej więcej).
Pełna wzruszenia, natychmiast pomyślałam o tej książce.


Jej autor, amerykański psycholog Haim G. Ginott, był niewątpliwie bardzo mądrym człowiekiem, choćby z tego powodu, że głosił potrzebę zmiany sposobu patrzenia na relacje z dziećmi, orędując za opieraniem ich na wzajemnym szacunku i godności. Jasne, nie był pod tym względem ani pierwszy, ani jedyny, ale nie ma to żadnego znaczenia. Mądrych ludzi wszak nigdy zbyt wiele.
Na marginesie, to dzięki uczestnictwu w prowadzonych przez Ginotta warsztatach dla rodziców powstały światowe bestsellery dwóch amerykańskich mam: Adele Faber i Elaine Mazlish, które do dziś powinny być moim zdaniem lekturą rozdawaną obowiązkowo na porodówkach na całym świecie.

Bycie mądrym, a nawet bardzo mądrym człowiekiem, jak się jednak okazało, nie stanowi  wystarczającej ochrony przed, no właśnie, sama nie wiem czym.
Głupotą? Mizoginizmem? Ślepotą, powodującą, że wpada się w pułapki stereotypów, mimo że jednocześnie deklaruje się walkę z nimi?

Nie od rzeczy będzie w tym miejscu poczynić zastrzeżenie, że pierwsze wydanie książki „Między rodzicami a dziećmi” ukazało się w USA w roku 1965, a więc z punktu widzenia obyczajowego – bardzo dawno temu. Mam tego pełną świadomość, jednak dostrzegam również, że jeszcze 20 lat temu polski wydawca uważał te idee za na tyle atrakcyjne, by widzieć celowość zaszczepiania ich także na polskim gruncie.

Cóż więc (poza szeregiem naprawdę mądrych rzeczy) doradzał w latach 60-tych ubiegłego wieku wybitny amerykański psycholog?
Otóż, i w tym miejscu zwrócę się bezpośrednio do obchodzących dziś swoje święto dziewcząt, warto, byście dostrzegły, iż w rozdziale 10, zatytułowanym „Rola seksualna i funkcja społeczna” Ginott pisał:

źródło zdjęcia
W wielu społeczeństwach funkcja matki jest dokładniej zdefiniowana niż funkcja ojca. Bycie matką oznacza opiekowanie się dzieckiem, zmienianie pieluszek, kołysanie, obdarzanie miłością, zabawy z dzieckiem, uśmiechanie się do niego, rozmawianie. Potrzeba matczynej opieki jest zdeterminowana biologicznie. Jej brak upośledza psychikę niemowlęcia i małego dziecka, wręcz podcina podstawy jego egzystencji. Funkcja ojca jest mniej zdeterminowana przez naturę, a bardziej przez kulturę. Z punktu widzenia biologii rola ojca zaczyna się i kończy przed narodzinami dziecka. Wszystkie pozostałe funkcje ojcostwa są zdeterminowane społecznie.(…)
W naszym społeczeństwie ojciec jest tytularną rolą rodziny, ale jego rola i status są często niejasne i źle zdefiniowane. Niektóre autorytety twierdzą, że amerykański ojciec jest jednie nieobecnym dostarczycielem dóbr. (…)
W rezultacie matka jest dominującą osobą w rodzinie, często jedyną, która dba o dyscyplinę. Taka pozycja wystawia na szwank odwieczną rolę matki. W dawnych czasach matka reprezentowała miłość i współczucie, podczas gdy ojciec uosabiał dyscyplinę i moralność. Dzieci, szczególnie chłopcy, kształtowali swoje sumienie, czerpiąc przykład głównie z niego. To właśnie wewnętrznie utrwalony obraz ojca chronił ich przed pokusami i ganił za złe postępki. Tym sposobem ojciec stanowił łącznik pomiędzy rodziną a światem.
We współczesnej rodzinie role matki i ojca są rozchwiane. Wiele kobiet pracuje poza domem, „w świecie mężczyzn”, a wielu mężczyzn angażuje się w czynności matczyne, takie jak karmienie, przewijanie czy kąpanie dziecka. Chociaż niektórzy mężczyźni z radością witają te nowe możliwości bliskiego kontaktu z dziećmi, istnieje niebezpieczeństwo, iż koniec końców dziecko będzie miało dwie matki zamiast matki i ojca.”

Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu. Zwłaszcza, że mam nieodparte wrażenie, iż niektórzy polscy sędziowie – mężczyźni nadal z upodobaniem czytują Ginotta do poduszki.
Całkiem wszak niedawno, bo w ubiegłym roku, jeden z nich uzasadniał konieczność zasądzenia kobiecie – pracownicy zadośćuczynienia w określonej wysokości, powołując się m.in. na zaistniałe po jej stronie na skutek wypadku przy pracy „ograniczenie w pełnieniu roli żony i matki, tj. niemożności dokonywania prac domowych, zakupów czy też współuczestniczeniu w zabawach ruchowych z dziećmi. (chętni mogą sprawdzić treść wyroku i jego uzasadnienia tutaj).

No ale o co chodzi? – zapyta ktoś. To źle, że sędzia przyznał kobiecie pieniądze? I przecież to sama prawda, co napisał, skoro w Polsce jest jak jest i żaden gender nam tego nie odbierze.

Jasne. Czytajmy jednak, dziewczęta, dalej, szczególnie uważnie podrozdział zatytułowany: „Nauka męskości i kobiecości”.

źródło zdjęcia
Nauka męskości i kobiecości zaczyna się od najmłodszych lat. Jednak nie powinno się zbyt wcześnie zmuszać dzieci do przyjmowania ról przypisanych płciom. W wieku przedszkolnym zarówno chłopcy, jak i dziewczęta lubią bawić się lalkami i organizować zabawę w dom. Jest to zupełnie prawidłowe (…). Chłopcom w wieku przedszkolnym można pozwolić na używanie tych samych zabawek i gier co dziewczynkom. (…)
W latach szkolnych różnice płciowe są podkreślane. Oczekuje się, że dziewczęta i chłopcy będą rozwijać inne zainteresowania, wykazywać odmienne aspiracje. Chłopcy dążą do osiągnięcia prestiżu na polu męskich działań, dziewczęta w kobiecych zajęciach. (…)
Lata szkolne to dobry okres na wzmocnienie więzi ojca z synem, a matki z córką. To czas na wciągnięcie dziewczynek w zajęcia kulinarne i inne prace domowe. Dziewczęta mogą nauczyć się gotować, piec, przygotowywać proste posiłki, a także szyć, robić na drutach, zajmować się domem. Należy z przymrużeniem oka patrzeć na towarzyszącą tym próbom niezręczność i bałagan. Nacisk trzeba położyć na satysfakcję płynącą z prac domowych, a nie na dążenie do doskonałości. To najlepszy okres, aby przekazać córce radość z bycia kobietą, żoną i matką.
Ojcowie również powinni z radością przyjąć gotowość chłopców do nawiązania z nimi bliższego kontaktu, ich pragnienie chodzenia, mówienia i ubierania się jak ojciec. (…) W tych bliskich kontaktach ojciec zaświadcza własnym przykładem, co to znaczy być mężczyzną w rodzinie oraz w społeczeństwie. (…) Towarzysząc ojcu w miejscu pracy czy też obywatelskiej bądź politycznej aktywności, [dzieci] stają się świadome jego zainteresowań i dumy, jaką czerpie z pracy i działalności społecznej.

Och, i mamy rozwiązanie kolejnej zagadki! Jak się okazuje, książkę Ginotta czytają także polskie autorki podręczników dla dzieci!

źródło zdjęcia

I tak, wiem, Ginott miał na myśl całkiem co innego. Podobnie jak autorka podręcznika, która – jak tłumaczy wydawnictwo – „z namysłem odwróciła cechy charakteru dzieci, przełamując stereotypowe postrzeganie dziewczynek i chłopców. Ala jest roztargnioną gadułą i bałaganiarą, ma świetne pomysły i bujną wyobraźnię, natomiast Adam – to pedantyczny, obowiązkowy „wynalazca”, który ma kompletnego bzika na punkcie zegarów. Tak pokrótce możemy przybliżyć kontekst cytowanej wypowiedzi Ali na temat intelektu. W zdaniu „..a chłopakom, jak mówi mój tata, nie uroda jest potrzebna, tylko spryt, siła i intelekt” nie ma sugestii, że dziewczynkom nie jest potrzebny intelekt. Kolejna bohaterka powieści – Pola – „...jest pewna, że w przyszłości zostanie najlepszą pisarką i zdobędzie Nagrodę Nobla”. Ostatecznie okazuje się, że to dziewczynki rozwiązują zagadkę prowadzącą do odkrycia zaginionego skarbu. W całej powieści są one przedstawione jako osoby odważne, inteligentne, wierzące w sukces i dążące do celu.

Nie, no jasne. Bo przecież rola dziewczynek w świecie jest nie do przecenienia, nieprawdaż?

Jeśli jest wśród Was, dziewczęta, jakiś niedowiarek (precz z żeńskimi formami rzeczowników, to wygląda strasznie głupio!), wystarczy, że przeczyta do końca omawiany rozdział książki doktora Ginotta, szczególną uwagę skupiając na podrozdziale pt. „Różne wzory rodzinne”.

źródło zdjęcia
Otóż: „najlepszymi wzorami, z którymi można się identyfikować, są rodzice mający szacunek dla własnej roli przypisanej ich płci oraz wzajemnie dla swych ról.(…)
W niektórych rodzinach dzieci otrzymują przekaz, że przeznaczeniem mężczyzny jest pozostawienie znaku swej obecności na świecie, pozostawienie śladów w czasie obecnym i wieczności. Taka atmosfera podsyca wielkie marzenia o badaniach, odkryciach oraz osiągnięciach w dziedzinie nauki i sztuki. Od kobiet również oczekuje się jakiegoś wkładu w życie społeczne, oprócz zajmowania się rodziną. Taki punkt widzenia może przynieść sukces, o ile ojciec i matka przyjmują z satysfakcją swoje odmienne role, doceniają nawzajem swoją pracę i okazują zainteresowanie swoimi osiągnięciami.
W niektórych domach dzieci otrzymują inny przekaz. Gdy kobieta jest znudzona wychowywaniem dzieci i zajęciami domowymi albo gdy mąż nie docenia złożoności i sztuki bycia żoną i matką, dzieci mają niechętny stosunek do tradycyjnych ról kobiet. Dziewczęta z takich domów czują się zmuszone do współzawodnictwa, do pokonania chłopców, a później mężczyzn w ich własnej grze.
Jeszcze inny przekaz wynoszą dzieci z domów, w których role są odwrócone. Kobieta jest szefem i w słowach, i w czynach. Choć nie zawsze jest jedynym żywicielem, stanowi ostateczną instancję we wszystkich sprawach zasadniczej wagi. Dzieci z takich domów mają niewiele szacunku i podziwu dla mężczyzn.”

I oto zbliżamy się do sedna.

Ponieważ przeznaczeniem większości kobiet jest bycie żoną i matką, ich wykształcenie i prywatne oczekiwania powinny dać i zdolność czerpania głębokiej satysfakcji z pełnienia tych ról. Oczywiście w jednostkowych przypadkach kobiety decydują o wyborze innych ról: mogą zostać mechanikami, astronautami, prowadzić firmę albo zaangażować się w działalność polityczną. Chociaż muszą istnieć warunki społeczne pozwalające kobiecie na znalezienie satysfakcji w różnych rolach zawodowych i politycznych, życie jest łatwiejsze, kiedy większość kobiet i mężczyzn nie angażuje się we wzajemne współzawodnictwo i rywalizację.”

O to, to, to. Drogie dziewczęta, w dniu Waszego święta przeczytajcie jeszcze raz z uwagą ostatnie zdanie, a szczególnie słowa „życie jest łatwiejsze…” Jak myślicie, o czyje życie chodzi?

Jeśli jeszcze się nie domyśliłyście (tak, tak, do tego potrzebny jest intelekt), przypomnę Wam o czym doktor Ginott nauczał w rozdziale szóstym, zatytułowanym „Dzień z życia dziecka”, w podrozdziale: „Powrót ojca”.

źródło zdjęcia
Ojciec, który wraca wieczorem do domu, potrzebuje chwili spokoju, aby skierować swoje myśli, zajęte dotąd potrzebami świata, na inne tory. Nie należy go od progu bombardować gradem narzekań i żądań. Napój, gorący prysznic, codzienna poczta, tygodnik i czas „bez pytań” pomagają stworzyć oazę spokoju, a to znacznie podnosi jakość rodzinnego życia. Dzieci uczą się od najmłodszych lat, że gdy tatuś przychodzi do domu, należy mu dać chwilę spokoju i wytchnienia. Z kolei obiad powinien być porą rozmowy. Jego celem jest dostarczenie nie tylko jedzenie, ale również strawy duchowej. Wystarczy kilka uwag na temat tego, co i jak dziecko je, kilka działań dyscyplinujących, a poza tym pożądane są liczne przykłady staroświeckiej sztuki konwersacji.”

Drogie dziewczęta! W dniu Waszego święta życzę Wam, abyście pamiętały w jakim celu święto to zostało ustanowione. Otóż nigdy, przenigdy nie wolno Wam zapomnieć o tym, że macie dokładnie takie sama prawa jak chłopcy. Nawet gdy ci ostatni, nieważne – wyrośnięci czy nie – będą przekonywać Was, że jest inaczej.

Haim G. Ginott „Między rodzicami a dziećmi”, przełożyła Beata Horosiewicz. Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 1998.


PS. Dziwnym trafem wśród listy osób, którym autor podziękował za pomoc i inspirację przy tworzeniu książki nie ma jego żony, już wówczas matki ich córek. Ciekawe, kto wycierał dziecięce pupy, gdy profesor Ginott w zaciszu gabinetu tworzył swe dzieło…

PS.PS. Opisana książka doktora Ginotta w ostatnich latach jest wznawiana w wersji poprawionej. Poprawek dokonała między innymi żona autora, Alice Ginott, również psycholożka. Nie sprawdzałam, ale jestem niemal stuprocentowo pewna, że w nowych wydaniach brak jest cytowanych przeze mnie fragmentów. Ciekawe dlaczego...

wtorek, 21 listopada 2017

A.Czerwińska-Rydel, R. Piątkowska "Moje prawa - ważna sprawa!", czyli pójdźcie dzieci, nauczać o waszych prawach was będziemy

Teoretycznie wszystko jest fajnie.

Mamy Konwencję Praw Dziecka, Rzecznika Praw Dziecka, a cytatami z wypowiedzi Janusza Korczaka wytapetowana jest co druga polska szkoła.

W preambule Konwencji (do przeczytania np. tutaj) stoi czarno na białym, że „dziecko powinno być w pełni przygotowane do życia w społeczeństwie jako indywidualnie ukształtowana jednostka, wychowana w duchu ideałów zawartych w Karcie Narodów Zjednoczonych, a w szczególności w duchu pokoju, godności, tolerancji, wolności, równości i solidarności”.
Super, nie?

W art. 72 Konstytucji RP mowa jest o tym, iż „w toku ustalania praw dziecka organy władzy publicznej oraz osoby odpowiedzialne za dziecko są obowiązane do wysłuchania i w miarę możliwości uwzględnienia zdania dziecka." "Rzeczpospolita Polska zapewnia" zaś, rzecz jasna, "ochronę praw dziecka". 

Niestety, wszystko to się jakoś słabo przyjmuje. Konstytucja – wiadomo, postkomunistyczna, można zrozumieć. Z kolei Konwencja to akt prawa międzynarodowego, a każdy Polak co sił w płucach przecież od maleńkości śpiewa, że nie będzie żaden obcy pluł nam w twarz i dzieci nam bisurmanił.

Dzieci mają prawa, ok, nie będziemy tego negować. Pozwólmy jednak dorosłym zdecydować, jakie prawa są im przynależne, a na jakie są jeszcze zbyt małe, niedojrzałe. W końcu to dorośli są dorośli i odpowiedzialni. Nawet w Wikipedii napisali przecież, że dziecko to młody człowiek, który nie osiągnął jeszcze pełnej dojrzałości!

na wyklejce książki, o której piszę niżej,
nadano definicji z Wikipedii należną jej rangę

Weźmy więc takie art. 28 i 29 Konwencji (tudzież art. 70 Konstytucji, bo w obu mowa jest o tym samym – prawie do nauki). Przepraszam, ale muszę zacytować:

Art. 28 ust. 2: Państwa-Strony będą podejmowały wszelkie właściwe środki zapewniające, aby dyscyplina szkolna była stosowana w sposób zgodny z ludzką godnością dziecka i z niniejszą konwencją
Art. 29 ust. 1:  Państwa-Strony są zgodne, że nauka dziecka będzie ukierunkowana na:
a) rozwijanie w jak najpełniejszym zakresie osobowości, talentów oraz zdolności umysłowych i fizycznych dziecka;
b) rozwijanie w dziecku szacunku dla praw człowieka i podstawowych swobód oraz dla zasad zawartych w Karcie Narodów Zjednoczonych;
c) rozwijanie w dziecku szacunku dla jego rodziców, jego tożsamości kulturowej, języka i wartości, dla wartości narodowych kraju, w którym mieszka dziecko, kraju, z którego dziecko pochodzi, jak i dla innych kultur;
d) przygotowanie dziecka do odpowiedzialnego życia w wolnym społeczeństwie, w duchu zrozumienia, pokoju, tolerancji, równości płci oraz przyjaźni pomiędzy wszystkimi narodami, grupami etnicznymi, narodowymi i religijnymi oraz osobami rdzennego pochodzenia;
e) rozwijanie w dziecku poszanowania środowiska naturalnego.

Straszne nudy, a do tego niezrozumiałe. Na szczęście zwłaszcza dla dzieci.

Ludzka godność dziecka”? Co to w ogóle jest? W szkole dziecko jest uczniem, a w szkole musi panować właściwa uczniom, a nie dzieciom dyscyplina, to chyba oczywiste.
Gdyby nie było to jasne, zawsze można sięgnąć po odpowiednią lekturę.


Wydana pod patronatem Rzecznika Praw Dziecka z okazji dwudziestopięciolecia Konwencji o Prawach Dziecka książka „Moje prawa - ważna sprawa!” to kwintesencja takiego podejścia.

Jedna z historii (rozdziałów jest 16, każdy dotyczy innego artykułu Konwencji i innego prawa dziecka) poświęcona jest narzekającemu na szkołę Przemkowi. Przemek, dziecko w wieku nieokreślonym (sądząc jednak z tytułu jego lektury – dziewięcio- lub dziesięciolatek), nie miał dobrego dnia w szkole.

Nogi już niosły Przemka do domu, ale jemu wydawało się, że nadal jest w szkole, stoi w ławce, a pani czepia się go i strofuje przy całej klasie:
- Nie przeczytałeś lektury, a przecież miałeś na to cały miesiąc? Co masz na swoje usprawiedliwienie?
Przemek wzruszył ramionami i zwiesił głowę. Wtedy ktoś z końca klasy szepnął, ale na tyle głośno, by wszyscy usłyszeli:
- No bo Przemuś nie potrafi jeszcze czytać.
Śmiech przetoczył się przez salę. Pani skarciła dowcipnisia, a do Przemka powiedziała:
- Stawiam ci jedynkę. Jednak na tym nie koniec. Poprawiłam wasze wczorajsze dyktanda i twoje wypadło najgorzej. Zrobiłeś mnóstwo błędów. Tak więc zarobiłeś dzisiaj dwie jedynki za jednym zamachem.
- Oj, to z pisaniem u naszego orła też cieniutko – rozległo się gdzieś z tylnych ławek.
Pani uspokoiła klasę i patrząc na Przemka z przyganą, dodała, że w tej sytuacji z pozytywną oceną na półrocze mogą być kłopoty.

Pomyślmy teraz cóż tutaj mamy?

Dobrze pojętą troskę o rozwijanie w jak najpełniejszym zakresie osobowości, talentów oraz zdolności umysłowych i fizycznych dziecka? Dbanie o szkolną dyscyplinę? Poszanowanie ludzkiej godności dziecka?

A może przeciwnie? Wyśmiewanie, napiętnowywanie na klasowym forum? Zabijanie motywacji do nauki? Brak jakiejkolwiek empatii? Poniżanie? Straszenie? Zachęcanie do agresji?

Na szczęście wątpiący w dalszej części opowiadania znajdą gotową odpowiedź, wygłoszoną ustami dziadka, któremu Przemek żali się po przyjściu do domu (pewnie, głupi dzieciak, oczekuje wsparcia w domu), pytając „I po co się tyle mówi o prawach dziecka? (…) Niby mam tyle praw, a potem dostaję dwie jedynki na jednej lekcji, uwagę w dzienniczku na drugiej a telefon jest do odebrania u dyrektora!”.

Mądry dziadek (wiadomo, starszy to mądry, młody to jeszcze głupi) nie może się „nadziwić tym wszystkim pretensjom.
Myślę, że sam sobie nawarzyłeś tego piwa. A jeśli chodzi o te wasze prawa, to za moich czasów nikomu nawet się o nich nie śniło. W szkole różne kary były na porządku dziennym. Zazwyczaj bito nas linijką po dłoni. (…) Jeszcze gorsza była chłosta kijem albo trzciną na wypiętą pupę. Jeśli ktoś coś zbroił, to musiał położyć się na ławce lub krześle, a nauczyciel wymierzał mu karę. (…) I nie daj Boże, żeby poskarżyć się w domu, bo rodzice uważali, że jak nauczyciel zbił, to widocznie miał powody i ojciec jeszcze łapał za pas, żeby poprawić.
A żeby Przemek zrozumiał jeszcze jak złe jest gadanie na lekcji, dziadek wspomina:
Cisza była jak makiem zasiał. (…) Każdy uczeń musiał mieć ze sobą patyczek o długości mniej więcej ołówka i jak w klasie zapanowało jakieś poruszenie, nauczyciel kazał trzymać te patyczki w ustach. Podczas odpowiedzi kijki wyjmowano z buzi, a po skończeniu wkładano je tam na powrót. Sposób prosty a skuteczny. Taką mieliśmy, wnusiu, w szkole dyscyplinę i z godnością niewiele to miało wspólnego. A ty mi tu narzekasz, że zabrali ci na chwilę telefon albo że dostałeś zły stopień, bo się nie przyłożyłeś do nauki?

No. Szybko, prosto i rzeczowo. Lekcja poglądowa jak skutecznie wybijać dzieciom z głów fanaberie o jakichś ich prawach. I jakżeż przy tym skutecznie!
Przemek bowiem, wysłuchawszy z uwagą dziadka, dochodzi do wniosku, że „za nic w świecie nie chciałby chodzić do szkoły, w której uczył się dziadek.
To ja już wolę moją. Jak się tak zastanowić, to ona wcale nie jest zła – pomyślał i pobiegł do swojego pokoju czytać lekturę o najfajniejszej szkole pod słońcem, czyli o Akademii Pana Kleksa.

W pozostałych piętnastu rozdziałach schemat pozostaje mniej więcej taki sam: mądry dorosły naucza głupiutkie dziecko o jego prawach. Ono zaś, po spiciu słów z jego ust, nie ma już żadnych pytań.

Idealna nowoczesna lektura szkolna dla postępowych nauczycieli. Można zamknąć usta rodzicom narzekającym na starocie typu „O krasnoludkach i sierotce Marysi”, pokazać, że jest się światłym i dbającym o prawa ucznia, naszych milusińskich, a zarazem pozostać w sferze betonu. Zbrojonego.

fragment scenariusza apelu
źródło zdjęcia i link do dyskusji
Sięgnęłam po tę książkę, zainspirowana wpisem na fb Budzącej się szkoły, poświęconym apelowi, jaki miał się odbyć w jednej ze szkół podstawowych w Pabianicach.
Nauczyciele (sądząc z wymiany zdań na fb – 2 nauczycielki) uznały, że lepiej od dzieci wiedzą jaki ma być scenariusz apelu. Przygotowały gotowca, które dzieci miały po prostu odczytać (a reszta z uwagą wysłuchać).

W szkole nie mamy do czynienia z dzieckiem, ale z uczniem.”
„Jest oczywiste, że uczeń i nauczyciel nie mają równych praw.

To dwa najbardziej bulwersujące mnie zdania. I nie, wcale nie mam ochoty przeczytać całego scenariusza; za bardzo boję się, że mogłaby trafić mnie apopleksja.

To nie przypadek. Taki mamy teraz klimat, nie tylko w tej szkole, jak napisała jedna z matek, ale w całym odgórnie narzucanym (od lat) myśleniu o tym czym jest i być powinna polska oświata.

Dlatego tak ważny jest głos rodziców. Choćby mieli oni być wołającymi na puszczy (wiem, co piszę, w miniony piątek wołałam na jednej z wywiadówek, a odpowiadało mi echo).
Nie zgadzajcie się na to.
Nie pozwólcie, by zmuszano do tego Wasze dzieci.

I, jak rany, nie czytajcie tej książki! To może grozić śmiercią lub kalectwem!

Anna Czerwińska-Rydel, Renata Piątkowska „Moje prawa - ważna sprawa!”, ilustracje Kasia Kołodziej. Wydawnictwo Literatura, Łódź 2015.

PS. Na szczęście znam inną książkę poświęconą tej samej tematyce, znakomitą. Jeśli PT Czytelnicy wyrażą takie życzenie, chętnie o niej napiszę:) 

środa, 4 października 2017

Zadanie z geografii, czyli ćwiczenia praktyczne

Dziś zapraszam na wspólne ćwiczenia. 

Temat zajęć: dlaczego dziecko nie jest człowiekiem.

Ćwiczenie pierwsze:

Dostawca prądu w przesłanej Wam fakturze zaznaczył, że zmianie ulega numer rachunku  bankowego do dokonywania wpłat i podał (wcale nie małym druczkiem) nowy numer.
Rachunek opłaciliście jak zwykle przelewem, w terminie.
Miesiąc po upływie terminu płatności budzicie się rano a tu w lodówce ciemno. I wszędzie indziej też.
Wściekli dzwonicie do Waszego dostawcy prądu, chcąc dowiedzieć się o co chodzi - przecież zapłaciliście.
Osoba, z którą rozmawiacie, cedzi przez zęby: „płatności nie odnotowano, nie wiem dlaczego, nie interesuje mnie to, to Pana/Pani problem”, po czym się rozłącza.

Jak się czujecie?

Sprawdzacie historię konta – przelew poszedł, jak byk. Wściekli, maszerujecie do punktu obsługi klienta Waszego operatora, gdzie regulujecie należność gotówką i zgłaszacie potrzebę ponownego podłączenia prądu (bo światło w lodówce by się jednak przydało).
Miesiąc później, gdy przychodzi kolejny rachunek, ze zdumieniem odkrywacie, że zmienił się numer konta i… poprzednio po prostu się pomyliliście, a przelew poszedł na stary numer rachunku.
Niestety, przelane wcześniej pieniądze są nie do odzyskania.
Reakcja na Waszą próbę wyjaśnienia sytuacji sprowadza się do pełnych politowania spojrzeń i kąśliwych komentarzy typu: „a czytać Pana/Pani nie nauczyli? Wie Pani/Pan, w Pana wieku to chyba należałoby wiedzieć na co trzeba zwracać uwagę.” (Gdyby wyjaśnianie sprawy odbywało się poprzez wymianę maili, reakcja mogłaby być na przykład taka: „no faktycznie, bardzo trudno było popatrzeć gdzie trzeba i przeczytać ze zrozumieniem fakturę. <turlam się ze śmiechu>”)

Czy uważacie, że to byłoby w porządku? Czy chcielibyście, aby tak Was potraktowano?


Wczoraj mój syn dostał z geografii zero. Pod zrobionym przez niego zadaniem domowym nauczycielka napisała „Brak zadania”.
Sprawdziłam: zero w tym przypadku oznacza zero punktów na pięć możliwych do zdobycia. Ocena nie podlega poprawie. Nie ma możliwości ponownego wykonania zadania.
Abstrahując od tego, jak było naprawdę, załóżmy, że moje dziecko po prostu się pomyliło. Miało zrobić zadanie numer 3, a zrobiło zadanie numer 4.
I co?

Jak to co? 
Nie ma zmiłuj. Jak głupi, niech cierpi.

Pod zamieszczonym na Facebooku przez Marzenę Żylińską postem na ten temat (link do jej profilu tutaj), jeden z komentujących napisał (dalsze zamieszczane przeze mnie w tym poście komentarze będą pochodziły z tego samego źródła, zachowuję oryginalną pisownię):

Uczniowie mieli opisać, a nie zaznaczyć na mapie (swoją drogą na mapie brak Półwyspu Helskiego). Polecenie jest jasne i czytelne. A dawanie komuś chociaż jednego punktu bo sie napracował jest słabym pomysłem. Później rośnie pokolenie ludzi niezdolnych do pracy. Dochodzi do sytuacji gdzie młodzi nie chca pracować bo im sie nie podoba, że miszą coś robić tak jak szef każe a nie tak jak oni chcą. Że nie ma nagród za wszystko co sie zrobiło. Że zrobiło się źle a szef nie dał chociaż małej premii za to, że się napracował. Bo w szkole pani dawała punkty za źle wykonane zadanie, bo przecież się starał. Takie zachowania trzeba kształtować od początku. I uczyć czytania i słuchania ze zrozumieniem. Jak jes tapisane opisz to opisz a nie zaznacz na mapie. Jak każą opisać damę z łasiczką a uczeń namaluje obraz to też należą się punkty bo się napracował? Nie tędy droga. Szkoła ma również uczyć, że życie to nie tylko nagrody. To również kary i konsekwencje. Nie wykonałeś zgodnie z poleceniem to masz 0 punktów. Generalnie praca ładna (sam jestem po geografii) ale nie na temat.

Inny komentujący rzuca mimochodem:
to faktycznie bardzo trudne do zrozumienia polecenie <turlam się ze śmiechu>

Czy to, że dzieci są traktowanie w szkole inaczej niż sami chcielibyśmy być traktowani, jest w porządku?

Czy obowiązkiem pracowników jest wykonywanie „bez szemrania” wszystkich poleceń przełożonych? Bo jeśli szef coś powiedział, to trzeba to zrobić i już?

Czy chcielibyśmy, aby za wszystko nas karać? Pomyliłeś numer konta do przelewu, bach!, nie dość, że musisz zapłacić drugi raz, to jeszcze kara. Na początek finansowa, ale kto wie, może w przyszłości pomyślimy nad jakimś biczowaniem (to ukłon w stronę tych, którzy tęsknią do czasów bicia uczniów linijką po łapach), albo wrzucaniem nazwisk na internetową „listę idiotów”, nad którą zbiorowo będziemy turlać się ze śmiechu?

Ćwiczenie drugie:

Zrobiliście w domu remont. Nic wielkiego, ale tylko na tyle było Was stać. Pomalowaliście ściany w kuchni i pokoju. Chcecie skorzystać z ulgi remontowej i odliczyć od podatku kwoty równe podatkowi VAT doliczonemu do cen zakupionych materiałów budowlanych. Wypełniacie potrzebne dokumenty, składacie rachunki, a tu bach! Urząd Skarbowy twierdzi, że pomalowanie ścian to żaden remont, bo remont musi mieć większe rozmiary i ulga Wam nie przysługuje.

Czy możecie coś zrobić? Czy uważacie, że urząd ma zawsze rację tylko dlatego, że jest Urzędem, a obowiązkiem obywatela jest się go słuchać?



Polecenie, jakie nauczycielka podyktowała (niczego więcej nie tłumacząc) dzieciom w klasie mojego syna brzmiało: „opisać pasy rzeźby terenu Polski”.

Tok myślenia Starszego był taki (wiem, bo zapytałam): jestem na geografii, nie na polskim. Na geografii pracuje się z mapami, a nie pisze wypracowania.

Co więc zrobił? Narysował mapę Polski, zaznaczył na niej pasy rzeźby i ich granice oraz opisał. Tak jak on rozumie słowo „opis”.

Jaka była reakcja nauczycielki?
Jak na pierwszym zdjęciu: suchy komunikat: „Brak zadania. Zero.”
Ani słowa wyjaśnienia. Żadnej możliwości odwołania. Tylko prosty przekaz: nie masz racji, bo rację mam ja. Bo tak. Bo jestem Urzędem. Urzędem Nauczycielskim.

Dlaczego dzieci muszą się na to godzić, a ich rodzice nie?
Dlaczego dorośli mogą odwołać się od decyzji urzędu, przekonując, że to ich interpretacja pojęcia „remont” jest właściwa, a dzieci nie mają prawa złożenia do nikogo odwołania?

Uwaga: dorosły też może nie mieć racji i przegrać. Ale ma prawo do tego, żeby ktoś zbadał jego sprawę i wytłumaczył mu na czym polegał jego błąd.

Zacytujmy kolejny komentarz:
 Co jest niejasnego w poleceniu "opisz"? I czy naprawdę _nastolatek_ nie odróżnia "opisz" od "narysuj"...? Ja też bym nie wpadła na pomysł, że uczniom z 7 klasy trzeba tłumaczyć takie rzeczy.

Tak, bo racja jest zawsze tylko jedna, a świat czarnobiały, nieprawdaż?

Dlaczego dorośli mają prawnie zagwarantowaną zasadę rozstrzygania wątpliwości na ich korzyść (w prawie karnym: in dubio pro reo, a w prawie podatkowym in dubio pro tributario), zaś dzieciom nie przyznaje się takiego prawa?
Czy naprawdę uważacie, że to jest w porządku?

Ćwiczenie trzecie:

Postanowiliście wziąć udział w konkursie literackim. Napisaliście wiersz od serca, tak jak Wam muzy dyktowały.
Nie wygraliście. Pal sześć.
Dowiedzieliście się jednak, że niektórzy członkowie jury w kuluarach podśmiewali się z Waszego wiersza, komentując, że nie dość, że grafomański, to jeszcze żywcem ściągnięty z internetu.

Jak byście się czuli?

Starszy zrobił zadanie, korzystając z mapy zamieszczonej w podręczniku. Kontury Polski odrysował przy użyciu tekturowego szablonu pożyczonego od kolegi, resztę zrobił samodzielnie.

Parskającym pod nosem zwracam uwagę: nie rozmawiamy o tym czy Starszy zrobił dobrze, czy źle. Czy jest mądry, czy głupi (nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu, wszak jesteśmy tacy odważni, a w internecie to już najbardziej)

Ale ponieważ widzę, że sala ma taką potrzebę, to może pokomentujemy i osądzimy?

Komentujący nr 1: Bardzo kreatywnie! http://edudu.pl/print-sciaga-uksztaltowanie-powierzchni...
Tylko o tekstu spod sciagi juz sie kreatywnemu i pracowitemu dziecku nie chcialo przepisac :)

Komentujący nr 2: No właśnie. Tam wyżej pani specjalistka dramatycznie pyta: "czego można nauczyć się przepisując tekst z podręcznika, a czego rysując taką mapę, jak na załączonym obrazku?"
Śmiem twierdzić, że więcej można się nauczyć przepisując, niż kopiując mapkę (i to bardzo niechlujnie - co z Mierzeją Helską?) przez przytknięcie kartki do monitora.
Mam wrażenie, że do komentatorów nie dociera, że chodzi o ucznia klasy VII i zachowują się tak, jakby mowa była o sześciolatku, który godzinami tę mapkę kolorował. Otóż nie, nastolatek pobazgrał trochę, bo ewidentnie nie chciało mu się wykonać zadania, nawet o wielkie litery nie zadbał. Nie wykonał pracy - nie należą się punkty.

Komentujący nr 3: Jakby przerysował samodzielnie, to by nie oddał tak perfekcyjnie wszelkich proporcji i krzywizn. no chyba, że mamy dziecko uzdolnione plastycznie, o czym reszta rysunku kompletnie nie świadczy.

Komentujący nr 2: Nawet dziecko uzdolnione musi trochę poszkicować, zanim mu się uda, i na kartce byłyby ślady wytartego ołówka. To jest odrysowane.

Pozamiatane. Apelacja nie przysługuje.

A teraz proszę do odpowiedzi.
Są jacyś ochotnicy czy mam szukać z listy?



UZUPEŁNIENIE Z 5 PAŹDZIERNIKA: 
Napisałam ten post wczoraj. Wydawało mi się, że jasno określiłam o czym on jest.
Gdybym była złośliwa, napisałabym, że większość komentujących nie umie czytać ze zrozumieniem, więc stawiam im zero.
Zamiast tego, po przeczytaniu części internetowego hejtu jaki wylał się na mnie tu i ówdzie (przy okazji: nie prosiłam nikogo o rozpowszechnianie mojego tekstu. Żaden z rozpowszechniających, w tym dziennikarzy, nie zwrócił się do mnie z żadnym zapytaniem), napiszę tylko, że każdy widzi to co chce. A to, co widzi i jak widzi, wynika z tego, co ma w sobie.
Ja, mimo tego, że na co dzień spotykam się często ze złem, widzę w ludziach dobro. Dlatego nie doszukuję się wszędzie kłamstwa i oszustwa. Nie przypisuję ludziom na starcie złych intencji. Jeśli mam wątpliwości, pytam i – co ważne, o ile nie kluczowe – słucham odpowiedzi.
Jeśli ktoś zechce mnie o coś zapytać, chętnie odpowiem. Albo podyskutuję. Rzeczowo. Kulturalnie. Z przedstawieniem argumentów.

Oczekuję, że moje dziecko będzie tak samo traktowane. Dla niektórych to zbyt wiele.