Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki dla dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki dla dzieci. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 października 2019

W.Chotomska "Wiersze pod psem", czyli kochajcie kundelki (nie tylko z okazji ich święta)!


Wprawdzie nie jestem fanką obchodzenia wszelakich Dni… (Chłopaka, Kobiet, itepe), to jednak nie mogłam  przejść obojętnie obok wypadającego podobno dzisiaj (pierwsze słyszę) Dnia Kundelka. Zwłaszcza, że w mojej Butenkowej kolekcji znajduje się książka idealnie na tę okazję pasująca.


„Wiersze pod psem” Wandy Chotomskiej były wydawane kilka razy, jednak – jak mi się wydaje, a przeprowadziłam dość porządną kwerendę – tylko raz w jedynej słusznej oprawie graficznej, tj. z ilustracjami Bohdana Butenki.

Rzecz działa się w roku 1959, gdy Mistrz liczył sobie ledwie 28 wiosen (sądząc jednak po treści niektórych ilustracji, prace nad książką zaczęły się już pod koniec roku 1958, tj. jeszcze przed 28. urodzinami Butenki). Ledwie a jednak aż, bo takiej dbałości o książkę jako całość spodziewać by się można było po człowieku starszym, dojrzalszym, który niejeden już błąd popełnił i wyciągnął z niego wnioski.


"Wiersze pod psem" czarno na białym (choć niekiedy biało na czarnym, a także kolorowo na białym lub czarnym) pokazują Butenkowy geniusz i wyjątkowość. Żadna z ilustracji nie jest przypadkowa, książka zaczyna się już od obwoluty, gdzie kryje się pierwsza niespodzianka,  zahacza o stronę tytułową, a potem konsekwentnie biegnie (czy raczej drepce na czterech łapach, niekoniecznie tylko psich) dalej.


Jasne przy tym jest, że ilustrator nie jest tu tylko na doczepkę, przeciwnie – to równorzędny partner autorki wierszy (duet Chotomska – Butenko był zresztą wyjątkowo płodny, na szczęście dla nas wszystkich), uprawniony do samodzielnego komentowania tekstu (takiej ilości „dopisków grafika” nie widziałam chyba w żadnej innej zilustrowanej przez Bohdana Butenkę książce).


Na każdej stronie coś się dzieje, zmieniają się nie tylko rasy psów (swoją drogą, ciekawe czy można wnioskować z nich o tym, czy pod koniec lat 50-tych ubiegłego wieku opisane w wierszykach rasy psów były tymi najbardziej modnymi? Pojawiają się mianowicie jamniki, teriery, szpice, pinczery maltańskie, charty, pudle, boksery, chow-chowy, owczarki szkockie i spaniele. Mowy nie ma o amstaffach, briardach czy husky). Nie jestem specjalistką, ale mam wrażenie, że ilość użytych przez Butenkę na tych ledwie kilkudziesięciu stroniczkach technik czy po prostu trików graficznych jest co najmniej ponadprzeciętna.   


Ale miało być o kundelkach.
Nie wiem czy Bohdan Butenko miał psa, jednak wnioskując z jego rysunków, pierwszym skojarzeniem ze słowem „pies” były u niego właśnie one.
Kim bowiem był Cezar (ten od Gucia), jeśli nie kundlem?
Kim jest większość narysowanych przez niego w tej książeczce psów, łącznie z tym okładkowym? Wiadomo! Kundelkami.


Kiedy nieco ponad pół roku temu podjęliśmy decyzję o adopcji psa, wiedzieliśmy, że będzie to pies rasy kundelberry. I taki się trafił. Najlepszy.


Kochajcie kundelki! One potrafią kochać jak nikt inny (przykro mi, w tym przypadku w starciu pies vs. kot wygrywa pies. Przez nokaut).
A w schroniskach czeka ich na Was całe mnóstwo, wszystkie tak samo zapłakane.


Wanda Chotomska „Wiersze pod psem”, ilustrował Bohdan Butenko. Państwowe Wydawnictwo Literatury Dziecięcej „Nasza Księgarnia”, Warszawa 1959.

sobota, 5 października 2019

B.Butenko "Grzyby i król", czyli o czym autor nie napisał


Król Pafnucy Trzeci, bohater bajki napisanej i zilustrowanej przez Bohdana Butenkę "Grzyby i król", nigdy dotąd nie był jeszcze na grzybobraniu.


Dlaczego? – zapytacie. - Czy mieszka w Norwegii?
Hm, raczej nie. Wprawdzie Norwegia jest monarchią, zatem szanse na króla są w niej większe niż w Polsce, nie zbiera się w niej grzybów, jednak nie wydaje się, aby którykolwiek z jej królów (a nawet aż trzech) miał szansę mieć na imię akurat Pafnucy.

Jak sądzę, przyczyn należy upatrywać raczej w istocie królowania. Król bowiem rzadko oddaje się sam plebejskim rozrywkom. Ma od tego poddanych. Którzy wstają o świcie (król jeszcze wtedy śpi, otulony cieplutką kołderką). Drepczą w gumiakach po mokrym lesie, narażając się na ukąszenia kleszczy (w królewskiej garderobie gumiaków się nie uświadczy). Schylają się co chwilę, dostrzegłszy wśród liści prawdziwka czy kozaka, co następnego dnia skutkuje często bólami w krzyżu (król nie schyla się po nic, jego krzyżem jest zaś cały kraj, który dźwiga na swych barkach. Metaforycznie. Starczy).

Doprawdy, na pozór wiodę królewskie życie. To mój małżonek bowiem wstał w tym roku o świcie, wdział gumiaki i udał się w mroczną czeluść lasu. Ja zaś nie mam gumiaków; mam za to cieplutką kołderkę (i ułożonego na niej, grzejącego mnie w nerki kota; każdemu królowi szczerze polecam!). Na tym podobieństwa się kończą, gdyż bóle w krzyżu miewam i bez grzybów, do tego całkiem niemetaforyczne.



Mi jednak również, podobnie jak Pafnucemu, zdarzyło się wybrać do lasu z wielkim koszem. Oboje naiwnie myśleliśmy, że skoro inni nie mają problemów z napełnieniem go dorodnymi grzybami, my także zrobimy to raz, dwa.
Cóż. Jak napisano w książce: „chodził godzinę, chodził dwie – na próżno: ani jednego grzyba.” 


Swoją klęskę przyjęłam z godnością. Zrozumiałam, że mogę zbierać tylko te grzyby, które będą rosły z transparentami „Tu jesteśmy!”, dlatego też, nie licząc na ich rychłe pojawienie się w lesie, czym prędzej wróciłam pod cieplutką kołderkę (uprzednio jednak wyiskawszy się z kleszczy).
Tym samym dowiodłam, że w mych żyłach nie płynie królewska krew.





Prawdziwy bowiem król, a takim, rzecz jasna, jest Pafnucy Trzeci, zdenerwowawszy się („Co te grzyby sobie myślą?”), natychmiast przechodzi do działania.
Wie, że w tym przypadku konieczne jest wysłanie do lasu heroldów celem oznajmienia „prawdziwkom i innym maślakom” królewskiej woli („Król nasz i monarcha, miłościwie nam panujący Pafnucy Trzeci, nakazuje wam wszystkim stawić się jutro na polanie, bo punktualnie o ósmej jego majestat was stąd zabierze!”), a następnie surowe ukaranie wszelkich przejawów lekceważenia tejże („Jutro rano cały las wyciąć tak, żeby tam jednego drzewka nie zostało!”).



Docenić przy tym należy umiejętność zmiany zdania. I to mimo najwścieklejszej wściekłości, która może ogarnąć człowieka (a co dopiero króla!) na widok wysłanych do lasu z siekierami drwali, którzy krążą w tę i z powrotem, nosząc do domów kolejne kosze wypełnione grzybami, mimo że nieprawomyślnymi!
Tak, nawet król, widząc taką ilość grzybów, może rzucić się do zbierania.

A król dobrodziej tylko pot ociera z czoła i zbiera, zbiera, zbiera…



Kiedy pierwszy raz przeczytałam tę książkę (a pisałam o niej już tutaj), nie doceniłam sprytu mistrza Butenki.
Sprytu, który kazał mu uciąć opowieść w newralgicznym momencie. Król zbiera w zapamiętaniu, dworzanie odnoszą kolejne kosze do zamku. I nikt, absolutnie nikt, nie zadaje sobie pytania o to, co dalej się z zebranymi grzybami działo.
No ja się wcale nie dziwię.

Gdyż grzyby, po zebraniu, trzeba natychmiast przerobić.
Oczyścić, pokroić. Ususzyć, udusić. Wsadzić w ocet i w cebulę. Zakisić też można.


Król mąż przywiózł mi przedwczoraj z lasu mnóstwo grzybów. Po czym, zalany w pestkę (nie ma to jak grzybobranie z kolegami), udał się do łóżeczka. A następnego dnia, wytrzeźwiawszy, do pracy. Czym prędzej.

Czyściłam, kroiłam. Suszyłam, dusiłam. Wsadzałam w ocet. Mroziłam. I tak przez pół nocy oraz kolejny dzień cały aż do kolejnej nocy.


Zrobiłam grzyby w śmietanie, w pomidorach i zupę grzybową.



Dzieci drugiego dnia odmówiły dalszego spożywania („znów grzyby?!”)
W międzyczasie skończyły mi się słoiki i cierpliwość. 


O tak, Bohdanie Butenko, teraz już doskonale wiem dlaczego kazałeś swojemu królowi błąkać się do dziś po lesie.
Bo niewątpliwie w zamku te wszystkie kosze z grzybami odbierała bardzo, bardzo, bardzo Zła Królowa!!!

Bohdan Butenko „Grzyby i król”. Wydawnictwo Dreams, Rzeszów 2013.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Cz.Centkiewicz "Anaruk, chłopiec z Grenlandii", czyli lektura w sam raz do d...


Kiedy miałam 9-10 lat, zaczytywałam się książkami Aliny i Czesława Centkiewiczów.

Była to połowa lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Zamierzchłe czasy, w których nie istniał internet i telefony komórkowe, by nie wspomnieć o konsolach. W telewizji dostępne były wyłącznie dwa kanały TVP, z umiarkowanie atrakcyjnym repertuarem. Egzotyczne kraje mogłam sobie co najwyżej pooglądać w programach Toniego Halika i Elżbiety Dzikowskiej, ewentualnie w czterotomowej Encyklopedii Powszechnej PWN, niezbędnym wyposażeniu biblioteczki każdej polskiej rodziny (tak, to były czasy, gdy wypadało mieć biblioteczkę, choćby w meblościance).

Książki Centkiewiczów, opisujące mroźne, skute lodem krainy i brnących przez nie dzielnych polarników, stanowiły wówczas pożywkę dla mojej dziecięcej wyobraźni, niezainfekowanej przez (nieistniejącą wtedy) imponującą komputerową grafikę i nieskażonej oglądaniem szeregu filmów z fantastycznymi efektami specjalnymi (pierwszy kinowy seans "Gwiezdnych wojen" dopiero mnie czekał).

Po upływie nieco ponad trzydziestu lat świat, nie tylko dziecięcy, wygląda zupełnie inaczej.
Wiedzą o tym wszyscy.
Wszyscy poza polską szkołą.

W polskiej szkole bowiem nadal lekturą dziewięcio- i dziesięciolatków (trzecio- i drugoklasistów, zależnie od decyzji nauczyciela) jest nader często, niezmiennie od wielu, wielu lat, „Anaruk, chłopiec z Grenlandii”.



„Anaruk…” to książeczka napisana przez Czesława Centkiewicza w roku 1937, jakby nie patrzeć, ponad osiemdziesiąt lat temu.
W opatrzonym przyjazną okładką (autorstwa Joanny Rusinek) wydaniu z 2014 roku to ledwie nieco ponad 46 stron (jednak bitego druku, bez obrazków). 46 stron dziecięcej czytelniczej męki.

Męka to jednak uświęcona dążeniem do celów szlachetnych, w tym zwłaszcza do zdobycia wiedzy. Wydawca podkreśla wszak na odwrocie okładki, że to „opowieść o życiu, obyczajach i wierzeniach mieszkańców Grenlandii – Eskimosów.” Dorzuca, że „bohaterem utworu jest mały Eskimos od dzieciństwa nawykły do trudnej pracy myśliwego i egzystencji w warunkach polarnych”.
Niestety, nie dodaje, że wiedza jaką można zdobyć dzięki tej lekturze ma walor wyłącznie historyczny. Grenlandia tam opisana już bowiem w zasadzie nie istnieje, a zamieszkujące ją dzieci nie parają się bynajmniej myślistwem (użycie zwrotu „w zasadzie” służy zabezpieczeniu moich tyłów, na wypadek gdyby jednak moja internetowa wiedza okazała się być nie w pełni kompatybilna z rzeczywistością).

W poście, zamieszczonym kilka dni temu na fejsbuku, Dorota Trynks podzieliła się swoją rozpaczą, w jakiej pogrążyła się razem ze swoją córką, trafioną „Anarukiem…” jako lekturą.
Jej sprzeciw wzbudziła w szczególności konieczność zmierzenia się m.in. z opisami polowań na polarne zwierzęta. Ani ona, ani jej córka nie chcą bowiem czytać o zabijaniu fok, nie interesują ich tego rodzaju krwiste kawałki.
Jak zwykle w takich przypadkach głosy się podzieliły.
Byli tacy, którzy wyrazili zrozumienie dla jej postawy i tacy, którzy uznali, że przesadza i powinna „ochłonąć”. Bo przecież „nie można dzieciom tworzyć wyidealizowanego świata, gdzie wszyscy są piękni i młodzi i żyją długo i szczęśliwie”. A ponadto „ja to też czytałem. Nie płakałem i nie pamiętam, aby ktoś z mojej klasy się uskarżał.
Czyli jak zwykle.

Próbując znaleźć ucieczkę z tej drogi donikąd, zastanówmy się zatem po co są drugo- i trzecioklasistom lektury szkolne.

Najprościej będzie zajrzeć do obowiązującego w tym zakresie prawa, czyli stosownego rozporządzenia określającego tzw. podstawę programową. Obecnie jest to rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z 14 lutego 2017 roku o bardzo długiej nazwie, dostępne tutaj.
Stanowi ono m.in., że:

- „kształcenie ogólne w szkole podstawowej ma na celu formowanie u uczniów poczucia godności własnej osoby i szacunku dla godności innych osób”;

- „do zadań szkoły w zakresie edukacji wczesnoszkolnej należy planowa realizacja programu nauczania szanująca godność uczniów, ich naturalne indywidualne tempo rozwoju, wspierająca indywidualność, oryginalność, wzmacniająca poczucie wartości, zaspokajająca potrzebę poczucia sensu aktywności własnej i współdziałania w grupie”;

- „edukacja na tym etapie jest ukierunkowana na zaspokojenie naturalnych potrzeb rozwojowych ucznia. Szkoła respektuje podmiotowość ucznia w procesie budowania indywidualnej wiedzy oraz przechodzenia z wieku dziecięcego do okresu dorastania”;

- „ważne jest, aby zainteresować ucznia czytaniem na poziomie szkoły podstawowej. Uczeń powinien mieć zapewniony kontakt z książką, np. przez udział w zajęciach, na których czytane są na głos przez nauczycieli fragmenty lektur, lub udział w zajęciach prowadzonych w bibliotece szkolnej. W ten sposób rozwijane są kompetencje czytelnicze, które ukształtują nawyk czytania książek również w dorosłym życiu”.

Co istotne, w zakresie lektur w klasach I-III, rozporządzenie nie posługuje się żadną sztywną „listą lektur”, a podaje tylko „propozycję lektur do wspólnego i indywidualnego czytania”. Wśród proponowanych tam 24 tytułów nie ma jednak „Anaruka…”

Warto również dostrzec, że Minister Edukacji Narodowej oczekuje, że uczeń będzie „czytał samodzielnie wybrane książki”, nie zaznaczając zarazem, że mają być to książki wybrane przez nauczyciela.
Ba, użyte w innym miejscu sformułowanie, że taki uczeń będzie „słuchał z uwagą lektur i innych tekstów czytanych przez nauczyciela, uczniów i inne osoby” sugeruje nawet, że dopuszczalne, a wręcz pożądane jest wspólne czytanie fragmentów książek w klasie, podczas lekcji.

Czemu zatem w realiach polskiej szkoły w XXI wieku to – co do zasady (przypominam: zabezpieczam sobie tyły, dopuszczając możliwość istnienia wyjątków) nauczyciel samodzielnie i odgórnie wybiera uczniom lektury do obowiązkowego przeczytania w ściśle określonym czasie?
Czemu w polskiej szkole w roku 2019 dzieci muszą czytać lektury samodzielnie w całości w domu, pod groźbą niezaliczenia „testu z lektury”?
Czemu w polskiej szkole uczeń nie może powiedzieć nauczycielowi, że wybrana przez niego książka mu się nie podoba, bo jest dla niego za trudna, albo wzbudza złe emocje? Czemu nie może zaproponować przeczytania w zamian innej książki, o zbliżonej tematyce?
Dlaczego?

Bo nie.
Bo dziecko w tym wieku ma „ćwiczyć samodzielne czytanie”.
Bo wszystkie dzieci od wielu lat czytają tę książkę i wszystkim się podoba, więc ma nie wydziwiać.
Bo niech nie przesadza z tą nadwrażliwością. Ogląda kreskówki i żyje? Więc tę książkę też przeczyta i przeżyje.

Jak to szło?
Respektuje podmiotowość ucznia.
Szanuje jego godność i indywidualne tempo rozwoju.
Albo jakoś tak.
Pitu-pitu, bez znaczenia.

Wróćmy jednak do „Anaruka…”.
Który – mimo całej mojej sympatii do Centkiewiczów – nie jest moim zdaniem dobrym pomysłem na lekturę dla współczesnych trzecioklasistów.

Po pierwsze, to książka napisana językiem – z punktu widzenia dzisiejszego dziesięciolatka - przeraźliwie nudnym. Niewiele się w niej dzieje, a nawet jeśli się dzieje, to jest opisane w sposób wywołujący samoczynne ziewanie. Wątpiących odsyłam do tego posta, w którym jedna z blogerek (dodam, że matka-wielce-czytająca-a-nawet-pracująca-w-wydawnictwie) opisuje udrękę swojego syna (a przy okazji i własną), zmuszonego do przeczytania tej książki.

Czy dziecko, które zostanie przymuszone do przeczytania kilkudziesięciu nudnych stron, dlatego, że jeśli nie przeczyta, to będzie kara (czyli zła ocena), będzie kojarzyło czytanie z czymś przyjemnym? Czy „rozbudzi to u niego zamiłowanie do czytania” oraz będzie działaniem „sprzyjające zwiększeniu jego  aktywności czytelniczej”? Czy „ukształtuje postawę dojrzałego i odpowiedzialnego czytelnika, przygotowanego do otwartego dialogu z dziełem literackim”? (tak, to wszystko to cytaty z przywołanego wcześniej rozporządzenia) Śmiem wątpić.

Po drugie, dlatego, że poznawcze walory tej książki są wątpliwe. Jest ona uważana za rodzaj reportażu – cóż, kiedy, jak się wydaje (podkreślę: tak mi się wydaje, to wyłącznie mój pogląd, oparty o taki research, jaki byłam w stanie zrobić na potrzeby tego posta), Centkiewicz napisał ją, bazując na cudzych opowieściach, sam nigdy w owym czasie na Grenlandii nie będąc.


Wspominałam już, że uwielbiałam książki Centkiewiczów, prawda? Czytałam w związku z tym również autobiograficzną powieść Czesława Centkiewicza „Wyspy mgieł i wichrów”, w której opisuje on swoje polarnicze wyprawy w latach 30-tych. Był wówczas dwukrotnie na Wyspie Niedźwiedziej, na Grenlandii jednak ani razu, a już na pewno nie spędził tam – jak narrator książki – całego roku polarnego. Skąd więc opowieść o Anaruku?
Może autor opierał się na opowieściach jednego ze swoich kolegów, z którymi spędził na Wyspie Niedźwiedziej kilkaset dni (niektórzy z nich byli na Grenlandii)?
A może, co mi wydaje się bardziej prawdopodobne, wykorzystał przeżycia Fridtjofa Nansena, który istotnie, pod koniec XIX wieku zimował w Grenlandii, mieszkając razem z jej mieszkańcami i przyglądając się ich zwyczajom. Opisał je nawet w jednej ze swoich książek, przetłumaczonej dość szybko na język polski. Centkiewicz z pewnością ją znał.

W takiej sytuacji „Anaruk…” nie jest jednak ani reportażem, ani „opowiadaniem, z którego bohaterem nadal mogą identyfikować się młodzi czytelnicy” (jak entuzjastycznie stwierdza jedna z jego recenzentek).  
Oczywiście, mimo to można by wykorzystać go twórczo w czasie lekcji.
Można by, ale czy aby jednak na pewno tak się dzieje?

Czy przypadkiem nie jest tak, że dziewięcio- i dziesięciolatki, pozostawione same z lekturą (przecież muszą doskonalić samodzielne czytanie), już na zawsze pozostaną z pierwszym skojarzeniem: Eskimos = straszny głuptas, który je mydło, a wyrzuca czekoladę (proszę sprawdzić recenzje w internecie) i który nie umie liczyć więcej niż do dwudziestu (że zacytuję Centkiewicza: „tylko bardzo niewielu Eskimosów, specjalnie zdolnych do rachunków, umie liczyć ponad dwadzieścia. Biorą wtedy do pomocy ręce i nogi innego człowieka”)?
Hm, a czy nie było to tak, że szkoła ma formować w uczniach „poczucie szacunku dla godności innych osób”?

Po trzecie, jednak, i chyba najgorsze.
Polska szkoła A.D. 2019 poprzez lekturę „Anaruka…” uczy polskie dzieci brzydkich eskimoskich wyrazów.
Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować fragment książki „Nie mieszkam w igloo” autorstwa Adama Jarniewskiego, Polaka, od 2006 roku mieszkającego na Grenlandii (cytat dzięki uprzejmości autora, jego blog dostępny tutaj):

Słowo anaruk to dość dziwne złożenie, składające się z czasownika „srać” w trybie rozkazującym oraz zaimka rzeczowego „to”, co daje rezultat w postaci nieszczęsnego „sraj to”.

Co proszę potraktować jako puentę. 

Czesław Centkiewicz „Anaruk, chłopiec z Grenlandii”. Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.

poniedziałek, 12 listopada 2018

M.Szczygielski "Leo i czerwony automat", czyli o tym co się dzieje w naszym Mieście


W moim Mieście domy są jasne i wysokie, a ulice szerokie i czyste. Rosną przy nich drzewa, które wiosną i latem zielenią się nad chodnikami, jesienią zaś zasypują je czerwonymi, żółtymi i brązowymi liśćmi. Nad ulicami przebiegają estakady kolejki, którą bardzo szybko można przejechać z jednej dzielnicy do drugiej. Wagony kolejki raz mkną nad ulicami, a za chwilę zjeżdżają do tuneli wydrążonych pod ziemią i suną w ciemności.
Są u nas place i skwery oraz stawy, jeziora i parki – całe mnóstwo! (…)
W Mieście są centra handlowe, biura szkoły i przedszkola. Kina, teatry, sklepy, urzędy. Wielkie szklane wieżowce i małe drewniane domki. Jest też uniwersytet, ogród zoologiczny, wiele muzeów, galerii – no, słowem, wszystko. (…)
Moje Miasto jest ogromne. Żyje w nim mnóstwo osób.
Kiedy mieszka się w takim Mieście, bardzo łatwo zapomnieć, że istnieje na świecie jeszcze coś poza nim.

Marcin Szczygielski, pisząc swoją najnowszą książkę „Leo i czerwony automat”, chciał uniknąć prostych skojarzeń. Dlatego też akcję tej powieści umieścił w Mieście bez nazwy, zaś jej bohaterom nadał imiona niekojarzące się z żadnym konkretnym krajem czy narodem. Leo, Timur, Fred, Anna – faktycznie, to mieszanka kosmopolityczna.
Mimo to dzisiaj i wczoraj, w dniach, w których wszyscy Polacy powinni być jak jedna, zgodnie machająca biało-czerwonymi flagami rodzina, która na te dwa dni zapomniała, że na świecie istnieje jeszcze coś poza nią, zamiast pisać tu o patriotycznych książeczkach dla dzieci lub dorosłych, pomyślałam właśnie o tej książce.

Szczecin, 11.11.2018
źródło zdjęcia

Książce, która mi wydała się mroczna, przygnębiająca i upiornie prawdziwa. Czytający ją w tym samym czasie znajomy dziesięciolatek nie przejął się jednak specjalnie, uznając ją wyłącznie za tajemniczą.
Jego szczęście, a mój pech. Pech bycia dorosłą.

Miasto jest wspaniałe nie tylko z powodu pięknych domów, szerokich ulic, parków, fontann, pomników i mostów, ale ze względu na mieszkańców. Ludzie z Miasta są życzliwi i sympatyczni – oczywiście jedni bardziej, a inni mniej. Jednym powodzi się lepiej, drugim gorzej; jedni zajmują luksusowe apartamenty lub wille i jeżdżą drogimi autami, a inni mieszkają w małych mieszkankach i stać ich tylko na rower, ale wszystkich łączy życzliwość. Często uśmiechają się do siebie, starają się być grzeczni i pomocni. Oczywiście kłócą się niekiedy i awanturują, ale wiadomo, że prędzej czy później się pogodzą. Po prostu wszystkim w Mieście zależy, aby mieszkańcy mieli dobre życie – nie tylko oni sami, ale też ich sąsiedzi. Tak przynajmniej myślałem do niedawna.”

źródło zdjęcia

W czasie spotkania promującego tę książkę, jakie dwa tygodnie temu odbyło się w szczecińskiej kameralnej księgarni „Fika”, Marcin Szczygielski unikał zdradzania szczegółów fabuły. Fragment książki, który przeczytał w czasie tego spotkania, był humorystyczny, zwiastując – jakżeż mylnie! - raczej lekturę przyjemną niż przygnębiającą.

W czasie kolejnych spotkań z autorem organizowanych w innych miastach, na plan pierwszy – jak wnioskuję z internetowych relacji – wysunęła się poruszona w książce (jednak tylko jako jedna z wielu) kwestia pojawiania się na świecie dzieci, które poczęły się wskutek udanego zabiegu zapłodnienia in vitro. Istotnie, trudno ten wątek pominąć, skoro główny bohater powieści, Leo, przyszedł na świat osiem lat po śmierci swojego ojca.

„Byłem zadowolony, że powstałem w laboratorium, niczym jakiś superbohater z komiksu. To w końcu coś wyjątkowego, a bardzo fajnie myśleć o sobie, że jest się choć trochę wyjątkowym.
Dopiero kiedy poszedłem do szkoły, przekonałem się, że niektórzy uważają takie dzieci jak ja za coś dziwacznego lub wręcz nienormalnego. Bardziej mnie to jednak zaskoczyło niż sprawiło mi przykrość. Bo co to komu przeszkadza, skąd i w jaki sposób się wziąłem? Grunt, że jestem fajny! (…) Mam poczucie humoru, dobrze się uczę, szybko biegam, pomagam mamie, mam wielu kolegów.”

Och, gdybyż „Leo i czerwony automat” była po prostu książką o in vitro! Byłabym naprawdę zachwycona. Z pewnością wówczas nie czytałabym jej z coraz bardziej ściśniętym gardłem, przygnębiona narastającą mroczną atmosferą, z pogłębiającym się przekonaniem, że ukryję ją przed Młodszym, z myślą o którym ją kupiłam (Autor wpisał mu nawet stosowną dedykację).

Bo w moim odbiorze to przede wszystkim książka o nienawiści. Czerwonej jak tytułowy automat. Jak race odpalone podczas wczorajszych marszów. Jak połowa polskiej flagi. Flagi kraju podzielonego również w dniu święta, które powinno łączyć.

Warszawa, 11.11.2018
źródło zdjęcia

„Kiedy to wszystko zaczęło się zmieniać? Miesiąc, dwa miesiące temu? Pół roku? Może rok? Nie wiem. Uświadomiłem sobie na przykład, że dawno już nie widziałem, aby ktoś obcy uśmiechnął się do mnie na ulicy czy w sklepie. Gdy podróżuję kolejką, prawie nie słyszę rozmów – wszyscy siedzą w fotelach ze wzrokiem wbitym w podłogę lub przesuwający się za oknem krajobraz. Na słupach z plakatami jest od pewnego czasu znacznie więcej słów niż rysunków, a w telewizji częściej mówią, niż śpiewają. Ale może tylko mi się wydaje?”

Uchwycenie momentu, w którym TO się zaczyna, nie jest możliwe. Bo to nadchodzi zazwyczaj niepostrzeżenie. A może to my jesteśmy niewystarczająco czujni?

Nie będzie dobrze, bo to jest jak zaraza. Jak zaraza! Roznosi się w powietrzu, przechodzi z człowieka na człowieka. Jest bardziej zaraźliwa niż jakakolwiek inna choroba.”

„Oni są inni, a zarazem nie są. Rozumiesz? Zachowują się tak jak zawsze. Wszystko jest normalnie, aż nagle któreś z nich mówi coś takiego, czego nigdy w życiu bym się po nim nie spodziewała. Wtedy czuję strach. I wiem, że chcą zmienić także mnie.”

„Co możemy zrobić? Jak walczyć z czymś tak gigantycznym? Czy nie byłoby najlepiej zejść na dół i stanąć w tłumie ramię w ramię z resztą mieszkańców Miasta? Zapatrzeć się w tę szkarłatną ścianę i o niczym nie myśleć? A potem pozwolić się jej wchłonąć i stać się jej częścią. Częścią całości…”


Ta lektura boli i przeraża. W dużej mierze dlatego, że Marcin Szczygielski jest uważnym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. 
Nie uważam przy tym, aby była to jego najlepsza książka - jest na to zbyt nierówna, tak jakby autor mniej więcej w połowie sam przestraszył się mroku i przypomniał sobie, że jednak pisze dla dzieci. Pewnie stąd sięgnięcie po rozwiązania lekko fantastyczne i niekoniecznie (w każdym razie mnie) przekonywujące. Na szczęście, mimo tej zadyszki, finał jest bardzo porządny i zaskakujący.
A czy optymistyczny? To trzeba sprawdzić samemu.

Może kogoś ciekawi jednak dlaczego i dziś, i wczoraj myślałam właśnie o tej książce?
To w sumie proste.
Dlatego, że myślę podobnie jak Marzena Żylińska, która wczoraj, na swoim fejsbukowym profilu napisała tak:
Jaka będzie Polska za sto lat? Nas już wtedy nie będzie, ale w kolejnych pokoleniach przetrwają nasze idee i wartości, które dziś przekazujemy młodym. Od nas rodziców i nauczycieli tak wiele zależy. Dlatego powinniśmy zadać sobie pytanie, jakiej Polski chcemy, jakiej Ojczyzny? I jeśli chcemy lepszej, to przestańmy narzekać, a zacznijmy się zastanawiać, co zrobić, byśmy byli lepsi i zacznijmy działać. Bo nie można być dobrym Polakiem, jeśli nie jest się dobrym człowiekiem. A ile dziś dobra wokół nas? Ile dziś radosnych, uśmiechniętych twarzy i wyciągniętych do zgody rąk, ale ile pychy i zaciśniętych pięści? Ile prawdy, nawet trudnej, a ile kłamstwa i ludzi, którzy wolą chodzić na skróty?

Ślepa wiara we własną nieomylność, pycha i buta to siostry nienawiści. One właśnie doprowadzają ludzi do upadku.” – taką diagnozę stawia jeden z bohaterów książki Marcina Szczygielskiego.
Czy trafną? Moim zdaniem tak. Choć to oczywiście tylko część przyczyn tego, co dzieje się wokół.
Czy jest na to lekarstwo? Owszem. 

W spotkaniu z autorem, które zostało zorganizowane w szczecińskiej Fice, uczestniczyła także mama Marcina Szczygielskiego. Która wychowała swojego syna w taki a nie inny sposób, pokazała mu świat i wpłynęła na sposób, w jaki go postrzega.
Brali w nim udział również nauczyciele. Którzy także kształtują dzieci i młodzież, spędzając z nimi nierzadko więcej czasu niż ich rodzice.
Narzędzia i pomoce, z których mogą korzystać, są dostępne, na przykład tutaj, trzeba tylko po nie sięgnąć. W porę.
Najlepiej zacząć już od jutra.

Marcin Szczygielski „Leo i czerwony automat”. Ilustracje Dorota Wojciechowska-Danek. Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego, Warszawa 2018.

piątek, 19 października 2018

T.Samojlik "Ambaras", czyli książka narzędziem kampanii


Informacja o tym, że o mandat radnego w najbliższych wyborach zamierza powalczyć wilk - basior Krzepki, zmroziła spin doktorów.
- Z takim wizerunkiem? Kto go w ogóle przyjął do naszej partii? Czy wyście zupełnie powariowali? Nie dość, że przegra, to jeszcze pociągnie nas na dno!” – nerwowo wykrzykiwali. 

ilustracja z książki
T. Samojlika
"To nie jest kraj
dla starych wilków"
Na szczęście znalazł się wśród nich jeden, który podjął wyzwanie. Bo nie oszukujmy się: żeby wypromować kandydata-wilka, i to w okręgu wyborczym zamieszkałym głównie przez rodziny z małymi dziećmi, trzeba wykazać się nie lada hartem ducha i odwagą. Uczynić to z wdziękiem i taktem, skutecznie, ale bez popadania w sentymentalizm i używania tanich chwytów – ho, ho, to misja wręcz niemożliwa (w każdym razie nie dla spin doktorów po politologii i socjologii).

Tomasz Samojlik
źródło zdjęcia
Niewątpliwie tylko Tomasz Samojlik, naukowiec, pracownik Instytutu Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk w Białowieży, zajmujący się zawodowo badaniem historii przyrodniczej Puszczy Białowieskiej, człowiek, który stworzył własną wersję historii o wielbionym przez wielu Wiedźminie (dla niepoznaki nazwanego w tym przypadku Wiedźmunem), mógł odnaleźć się w tej samobójczej misji.

- Książkę? Zwariowałeś? Chcesz napisać o nim książkę? Dziś nikt nie czyta książek, z książkami można się co najwyżej pokazać, bo dobrze wyglądają jako tło!” – wykrzyknęli pozostali spin doktorzy, dowiedziawszy się, jaką metodę promowania kandydata wybrał Samojlik. Następnie szybko wyjaśnili mu, że szanse na jakikolwiek sukces da wyłącznie wykreowanie wilka na wcielenie łagodności; człowieka, pardon, zwierza, który przeszedł ostatnio głęboką przemianę duchową. Ćwiczyli to wszak już wielokrotnie, ostatnio z dobrym skutkiem.

Krzepki powinien zatem przede wszystkim zadeklarować, że przestał zjadać małe zwierzątka, a zaczął preferować przekąski wegańskie (ukłon w stronę elektoratu wielkomiejskiego). Konieczne będzie też zamanifestowanie miłości do dzieci, nieważne, co kandydat w rzeczywistości o nich myśli.
- „Żadna książka, tylko plakaty. Duże zdjęcia: Krzepki w otoczeniu słodkich dzieci i białych puchowych króliczków. Tak, to może być dobra strategia.” – dowodzili najmądrzejsi spin doktorzy.

Tomasz Samojlik wysłuchał tych rad w spokoju, po czym odwrócił się na pięcie, poszedł w puszczę i zrobił swoje.
Po pierwsze, na potrzeby kampanii odświeżył (pardon, zrebrandingował) książkę wydaną już wcześniej. Nowa redakcja, nowe ilustracje i już jest nowe otwarcie.


Sedno historii pozostawił jednak identyczne: oto w pewnym lesie, w pewnej watasze rodzi się troje wilcząt. Ojciec, wilk Krzepki, od początku traktuje je w sposób, który świadczy o tym, że nie zna najnowszych rodzicielskich trendów – tuż po porodzie szufladkuje je, oceniając tylko po pozorach. 
– Te dwa się udały – powiedział w końcu do wadery, czyli wilczycy, wskazując nosem na większe wilczki – ale trzeci jest zupełnie do niczego. Zobacz sama, wygląda jak mysz.”
Co gorsza, Krzepki okazuje się zwolennikiem radykalnych rozwiązań.
„- Powinniśmy go zanieść na mokradła i tam zostawić. Nic z tego nie będzie – stwierdził Krzepki stanowczym tonem.”
Wydawać by się mogło: strzał w stopę. Ha! Nic bardziej mylnego, to tylko głęboki ukłon w stronę wyborców konserwatywnych, preferujących tradycyjny model rodziny, z silnym, niedającym się omamić nowomodnymi trendami, ojcem na czele.
Samojlik nie byłby jednak sobą, gdyby na tym poprzestał. Nie, nie, on sprytnie dopieścił także elektorat kobiecy. Jeśli nawet nie spodoba im się Krzepki, z pewnością przychylnym okiem spojrzą na jego żonę. Wiadomo, dobra żona to skarb. A gdy ma zdolności dyplomatyczne, niewątpliwie będzie potrafiła przekonać męża do wszystkiego. Tak, zdecydowanie przy wyborze radnych należy zwracać uwagę także na ich małżonków.

„Ruda spojrzała basiorowi prosto w oczy.
- Nie jesteśmy ludźmi, żeby tak robić – zawarczała groźnie. – Nigdy się na coś takiego nie zgodzę. (…) Nie wyciągaj wniosków tak szybko. Coś mi mówi, że ten mały wyrośnie na porządnego wilka.
- Akurat. Jakoś w to nie wierzę. Będzie z nim tylko ambaras, zobaczysz – powiedział Krzepki.”
Autor wie jednak także, że do gry wyborczej prędzej czy później trzeba wprowadzić asa. W tym przypadku zgadza się ze spin doktorami: wie, że nic tak dobrze nie ociepla wizerunku kandydata, jak słodkie dzieci, choćby i wilcze. Tytułowy Ambaras, wilcze szczenię, jest zaś niewątpliwie uroczy, choć zarazem, jak się okazuje, jakby, hm, niepełnowilczosprawny (szczegóły w książce). Krzepki, mimo że szorstki w obyciu, może dzięki sprawowaniu opieki nad takim dzieckiem tylko zyskać w oczach wyborców, nie da się ukryć i Samojlik dobrze to wie. Dla pewności dorzuca jednak jeszcze wątek rodziny wielopokoleniowej (poza Krzepkim, jego żoną i licznymi dziećmi (nie, to nie zasługa 500 plus, wilkom te świadczenia nie przysługują) członkiem watahy jest także stary, zasłużony Kulawiec, pełniący aktualnie funkcję kogoś w rodzaju piastuna i mentora) i już. Trafiony, zatopiony.
Ach, gdyby wszystkie kampanie wyborcze planowali tacy ludzie jak Tomasz Samojlik - dysponujący nieskończonymi zasobami inteligentnego poczucia humoru, uniemożliwiającego zapadnięcie na pompatyczność i dydaktyzm. Wolni od uprzedzeń, pełni szacunku, kulturalni. Gdyby plakaty wyborcze były jak ta książka, ich oglądanie byłoby przyjemnością, a dokonanie faktycznego wyboru czystą przyjemnością.

Tymczasem jest jak jest. Smutno raczej. Od północy cisza wyborcza. Doba spokoju.
Lepszej okazji, by przeczytać „Ambarasa”, nie będzie.

Tomasz Samojlik „Ambaras”, ilustracje Elżbieta Wasiuczyńska. Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018.