Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 października 2017

Henryk "Tylko spokojnie", czyli obrazy mocniejsze niż słowa

Są tacy, którzy najbardziej cenią sobie historie opowiadane obrazem. To zazwyczaj bywalcy sal kinowych lub też nałogowi oglądacze kolejnych seriali.
Przyjmuję do wiadomości, ale nie rozumiem.
Dla mnie bowiem od zawsze najważniejsze było słowo. Najchętniej pisane.
Poza tym przecież na początku było słowo, nie obraz, czyż nie?

To słowa wyczarowują historie, tworzą nastrój, wywołują emocje.
Słowa czasem ranią, a innym razem uwodzą. Skłaniają do refleksji, by zaraz potem zirytować.
Słowem można wszystko. Wprawne nim operowanie to wyższy stopień wtajemniczenia.
Obraz jest łopatologiczny, tekst wyrafinowany.

Takie, nader uproszczone i pełne swego rodzaju pychy, przyznaję, twierdzenia, głosiłam do niedawna.


A dokładnie do momentu, w którym wzięłam do ręki „Tylko spokojnie” Bartka „Henryka” Glazy.
Bo owszem, są tam słowa, niektóre całkiem udanie dobrane, ale to nie one decydują o sile tej historii.
Jej siłą są obrazy. Największą zaś te nieopatrzone słowami.


Napisać, że „Tylko spokojnie” to komiks o nowotworze i umieraniu, to przyznać się do tego, że nic się z niego nie zrozumiało. Że potraktowało się tę opowieść z lekceważeniem („phi, komiks!”), że skupiło się na tym, co najprostsze.

Owszem, to jest prawdziwa historia. Historia człowieka, którego już nie ma. Owszem, nie ma, bo umarł. Owszem, na nowotwór.


Tak, to ma znaczenie. Bez nowotworu i umierania nie byłoby „Tylko spokojnie”. Ale nie byłoby go też bez człowieka. Jego pasji i samotności. Również tej w chorowaniu i umieraniu.
I bez miłości też nie, z całą pewnością, bez niej by się nie udało.

Kiedy wzięłam do ręki „Tylko spokojnie”, nie miałam pojęcia o czym jest. Nie wiedziałam też czyją prawdziwą historię opowiada.

Marek Warzecha z żoną Anną Ostrowską-Warzecha
źródło zdjęcia

Gdy skończyłam, przeszperałam internet i dowiedziałam się, że to żona Marka, Anna Ostrowska-Warzecha, wpadła na pomysł, by poprosić kogoś o stworzenie komiksu o jej mężu. Henryk przystąpił do pracy jeszcze gdy jego bohater żył, wydał książkę dwa lata po jego śmierci.

Myliłby się jednak srodze ten, kto wysnułby z tego wniosek, że to komiks hagiograficzny, dzięki któremu kochająca żona wzniosła lśniący niczym złoto i w żadnym miejscu niezaśniedziały pomnik swojego męża.
W tak samo wielkim błędzie byłby ten, który uznałby, że to naturalistyczna opowieść o tym jak rak, dzień po dniu, konsekwentnie zjada głównego bohatera. Chemia, naświetlania, wymioty, wypadanie włosów, chudnięcie aż do osiągnięcia rozmiarów chodzącego szkieletu, po czym mało estetyczna śmierć. Znamy, znamy, przykro nam, jasne, ale ileż można?
Nic z tych rzeczy.

Marek Warzecha był, jak się wydaje, postacią nietuzinkową. Miał pasję – muzykę. Był mężem, ojcem, nauczycielem z powołania. Miał wady, jak każdy. Poza tym za dużo palił.
A potem dowiedział się, że jest chory. I musiał z tym żyć. W każdym razie jakiś czas.
On i jego rodzina.
Razem, ale każdy osobno. Bo w takich chwilach okazuje się, jak bardzo jesteśmy samotni. Samotnością, która jest wpisana w istotę naszego człowieczeństwa i której nie da się zagłuszyć trzymaniem się za ręce i najczulszymi słowami.

Mam głębokie poczucie, że Henrykowi udało się uchwycić wszystko, co najważniejsze. Bez popadania w sentymentalizm. Bez uciekania się do tanich chwytów.

Jego bohater umiera, ale żyje. Odczuwa zwierzęcy strach, ale ostatecznie zostaje sobą. Choć ponowne uświadomienie sobie kim jest, zajmuje mu sporo czasu.
Henryk nazywa, choć bardziej adekwatnie byłoby napisać: obrazuje, to, co myśli sobie chyba każdy z nas.
Że choć sami wiemy, że jesteśmy wyjątkowi i niepowtarzalni, to świat traktuje nas tylko jak jeden z wielu przypadków.
Że owszem, możemy próbować zostawić innym jakąś wiadomość, ale szanse na to, by ktoś w ogóle spróbował ją odszukać i odczytać są raczej marne. 

Opowiadając o konkretnym człowieku Glaza nie traci zarazem z pola widzenia innych.

Tych, którzy są najbliżej chorego – zwłaszcza żony, z jej przerażeniem i samotnością, których nie wypada przyrównywać do przerażenia i samotności Tego, Który Naprawdę Cierpi i Choruje, a które jednak są przecież tak samo gigantyczne.


Innych chorych. Których nie sposób przecież nie spotkać, gdy jest się chorym na Tę Chorobę. Którzy, choć chorzy na to samo, są bardzo różni. Tak różni, jak różny – a jednak! – jest każdy z nas.


Lekarzy. Bardziej lub mniej wrażliwych, zawsze jednak w historiach tego rodzaju obsadzonych w najbardziej niewdzięcznych rolach.

Krewnych i znajomych, zawsze chętnych do udzielania dobrych rad.


„Tylko spokojnie” to opowieść najprawdziwsza z prawdziwych.
Mam przy tym głębokie poczucie, że opowiedziana samymi tylko słowami nie byłaby taką. Można by ją pewnie wówczas zaliczyć do wielu, być może nawet poruszających, historii o chorowaniu na raka. Za dużo słów musiałoby w niej jednak wybrzmieć, za wiele rzeczy musiałoby zostać nazwanych wprost.
Tymczasem Glaza "tylko" narysował. Prostą, niewydumaną kreską, w czerni i bieli. Nieprzesadnie wiele plansz.
A mimo to powiedział więcej, niż gdyby użył tysiąca słów.

Czasem jest tak, że żadne słowa nie potrafią oddać tego, co czujesz. A jeśli nie umiesz rysować, odczuwasz głęboką wdzięczność wobec kogoś, kto narysował, nie wiedząc, że także w Twoim imieniu.

Bartek Glaza Henryk „Tylko spokojnie”. Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

poniedziałek, 28 marca 2016

Ksiądz Jan Kaczkowski

źródło zdjęcia
Lubię porównywać bliskość do mięśnia. Ten mięsień miłości, bliskości, a także sumienia musi być wyćwiczony na trudne czasy, bo kiedy przyjdzie tragedia, choroba, rozpadnie nam się związek, popłaczemy się, bo będzie ciężko, ale wpadniemy w ramiona najbliższych. Dlatego błagam was, rozmawiajcie z sobą, okazujcie sobie czułość, przytulajcie się. (…)

Często ludzie mówią: nikogo nie okradłem, nikogo nie zabiłem, jestem w porządku. Rzeczywiście trudno jest być przyzwoitym współcześnie. Ale czy zwykła przyzwoitość nam, wierzącym, powinna wystarczyć? Wydaje się, że jesteśmy wezwani do przyzwoitości z plusem. Co zrobiliśmy ponad zwykłą przyzwoitość? Jest więcej miłości, więcej bliskości, więcej uważności na drugiego człowieka, więcej dawania z siebie za darmo, życzliwego patrzenia na świat?

(…) Bardzo państwa proszę o modlitwę w mojej intencji. Nie bójcie się śmierci. To może dziwnie zabrzmi, śmierć nie może być smutna i straszna. Ona jest tak oczywista jak życie. Zaprzeczanie temu jest idiotyzmem. Albo my tę śmierć weźmiemy za rogi, przygotujemy się na nią przez godne życie, przez niełamanie sumienia, albo nas rozpacz wdepcze w ziemię, zniszczy nasze człowieczeństwo. Dlatego bardzo was proszę: odwagi! Nie bójcie się zwłaszcza bycia blisko, kochania się i – tu was zaskoczę – także umierania.”

To takie proste, prawda?
Jeśli to proste, to już. Po prostu zróbmy. Zacznijmy od zaraz. Światu to z pewnością nie zaszkodzi.

A kto może, niech spełni Jego prośbę. Chociaż – jestem o tym głęboko przekonana – Jemu nasze modlitwy nie są wcale potrzebne. Ale może wstawi się za nami u kogo trzeba, kiedy przyjdzie czas. Od dzisiaj ma bliżej.

Wszystkie cytaty pochodzą z ósmego kazania księdza Jana Kaczkowskiego zamieszczonego w pierwszej części książki "Grunt pod nogami". Wydawnictwo WAM, Kraków 2016.

czwartek, 28 listopada 2013

O śmierci metodycznie i naukowo, czyli definitywnie żegnam się z listopadem

Plan zakładał, że w listopadzie będę cyklicznie pisać o śmierci w książkach dla dzieci oraz o potworach i strachach.
Lubię mieszać szyki planom.
A poza tym listopad okazał się być wyjątkowo i złośliwie krótki, za to przerażająco napięty.

Aby planowi nie było bardzo smutno, postanowiłam zamknąć chociaż cykl śmiertelny. Postraszyć się wszak zdążymy, wieczory jeszcze długo będą czarne.

O śmierci u mnie do tej pory było obrazkowo, dziadkowo i przyrodniczo. W zasadzie warto byłoby się jednak dowiedzieć o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.


Żadna z trzech książek, o których napiszę nie jest moim zdaniem przeznaczona dla dzieci, które właśnie doświadczyły śmierci. Dla dorosłych zresztą też nie.
Kiedy niedawno wróciłam z pogrzebu bliskiej mi osoby, wzięłam do ręki „Niebo” Gilberta. Nie miałam wtedy ochoty czytać o fizjologii śmierci, o tym co dzieje się z ciałem i jak w różnych kulturach celebruje się czyjeś odejście. W odróżnieniu od dzieci znam odpowiedzi na większość prostych pytań, niekiedy aż za dobrze, co nie znaczy, że w takich sytuacjach mam ochotę czynić z tej wiedzy użytek.

Każda z trzech książek, które trafiły w moje ręce jest nieco inna.


Francuska „O Grzesiu, chłopczyku, który nie przestawał zadawać pytań”, traktuje o śmierci jako tylko o jednym z wielu poruszanych problemów. Pomiędzy odpowiedzią na pytanie o to „dlaczego trzeba chodzić o przedszkola?” i „gdzie byłem, kiedy mnie nie było?”, autorzy próbują bowiem wytłumaczyć i to, „co to jest śmierć?”. To raczej tylko muśnięcie tematu, bez szerszego rozwinięcia, ale na początek, zwłaszcza dla młodszych dzieci, znakomicie moim zdaniem się nada.


Dwie pozostałe to pozycje prosto ze Szwecji, napisane i zilustrowane przez osoby całkowicie pozbawione kompleksów. Do tej pory wydawało mi się, że ten kto bazgrze jak kura pazurem (ja! ja!) powinien unikać pokazywania swoich rękodzieł osobom trzecim. Zdaje się jednak, że jest to pogląd niesłuszny, bo chyba – sądząc po sukcesie obu pozycji - można na tym sporo zarobić.
Zarówno bowiem Jonathan Lindström, jak i Pernilla Stalfelt rysują moim zdaniem fatalnie (gdyby któreś z nich miało wygrać w konkursie na najgorszego rysownika, postawiłabym na Stalfelt), za to dosadnie.

Tu próbka możliwości pani Stalfelt:



Tu zaś pana Lindströma:


Jeśli chodzi jednak o udzielanie odpowiedzi na różne nurtujące dzieci pytania, oboje są bezkonkurencyjni.

O ile Stalfelt skupia się bardziej na kwestiach prozaicznych, takich jak sam proces umierania oraz obrzędy i zwyczaje związane z pochówkiem, o tyle Lindström więcej miejsca poświęca na rozważania naukowo-filozoficzno-religijne. Stalfelt jest przy tym lakoniczna i politycznie poprawna, natomiast Lindström stara się ukazać całą złożoność problemu, wielokrotnie podkreślając ludzką bezradność w podejmowanych próbach wyjaśniania fenomenu śmierci i narodzin. 

Jeśli kogoś oburza to, że dzieciom ośmio-dziesięcioletnim (bo taki chyba jest właściwy krąg adresatów obu tych książek), chowanym w kraju, w którym dominującym wyznaniem jest wyznanie rzymskokatolickie, podsuwa się pozycje, w których poddaje się w wątpliwość to, czy aby na pewno człowiek jest obdarzony nieśmiertelną duszą, na pewno nie powinien  sięgać po żadną z tych książek.
Ci jednak, którzy dostrzegają, że żyjemy w świecie, w którym coraz więcej osób wierzy w nic, a w każdym razie mocno wątpi, nie powinni się bać, zwłaszcza książki Lindströma. Pisze on bowiem z dużym taktem i wyczuciem, a z każdego napisanego przez niego słowa bije szacunek do drugiej osoby i jej poglądów. Z takim podejściem mamy zaś do czynienia zdecydowanie za rzadko, być może dlatego tolerancja nie jest naszą najsilniejszą stroną.

Dlatego, o ile nie jestem pewna czy sięgnę po kolejne pozycje napisane przez Stalfelt, wydawane u nas w serii „Mała książka o…” (nie pociąga mnie zwłaszcza ta o kupie), o tyle kupiłam już dwie pozostałe wydane w Polsce książki dla dzieci napisane przez Lindströma. To on, a nie Stalfelt uświadomił mi bowiem nie tylko to, że jest wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi, ale – co gorsza – że są takie, o których dotąd nie wiedziałam, że powinnam je sobie postawić.

Matthieu de Laubier, Marie Aubinais, Gwénaëlle Boulet, Catherine Proteaux “O Grzesiu, chłopczyku, który nie prestawał zadawać pytań”, przełożyła Klementyna Suchanow. Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.
Pernilla Stalfelt „Mała książka o śmierci”, przekład Iwona Jędrzejewska. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2008.
Jonathan Lindström „Tajemnica śmierci”, tłumaczenie Magdalena Kostrzewska. Wydawnictwo Czarna Owieczka, Warszawa 2011.

środa, 20 listopada 2013

"Jesień liścia Jasia" c/a "Dziewczynka z parku", czyli polsko-amerykańskie botaniczne i śmiertelne starcie

Ponieważ w tych czasach coraz trudniej o klienta, wokół tego, którego się już ma, należy skakać i giąć się w ukłonach. Najlepiej, gdyby udało się czytać mu w myślach.
Dlatego też, wychodząc naprzeciw słupkom blogowych statystyk, które niebiesko na białym pokazują, że spore grono trafiających tu osób szuka jak najprostych odpowiedzi na skomplikowane pytania, w tym zwłaszcza te dotyczące szkolnych lektur, przygotowałam niniejszy post.

Uwaga, podaję najczęściej zadawane pytania wraz z poprawnymi odpowiedziami!

Pytanie 1:O czym jest jesień liścia Jasia?” (pasuje też do: napisz streszczenie książki „Jesień liścia Jasia.)


Odpowiedź: ponieważ aktualnie preferowane są krótkie formy, najlepiej nie wymagające czytania, najlepszą odpowiedzią będzie filmik z YouTube (to, że nie został on wyprodukowany z myślą o YouTube jest nieistotnym detalem. Wszystko, co istotne na świecie, pochodzi bowiem z YouTube albo z Facebooka).


Dla nieznających angielskiego suplement: „Jesień liścia Jasia” opowiada o liściach, które najpierw rosną na drzewie, a potem z niego spadają.

Pytanie 2: Jak pokolorować ten obrazek z Lekturnika, niezbędny do właściwego omówienia lektury z ośmio- i dziewięciolatkami?

(wyjaśnienie dla osób, które nie miały do czynienia z metodami dydaktycznymi wydawnictwa MAC: "Lekturnik" jest zeszytem ćwiczeń, przeznaczonym do pracy z lekturą, zawierającym szereg niezwykle przydatnych zadań, dzięki którym wszystkie dzieci na pewno dokonają jednolitej i właściwej interpretacji przeczytanych książek.)

Odpowiedź: ładnie. 
Punktowana jest też (choć nieco niżej) odpowiedź druga: kredkami.

Pytanie 3: Co czułaś/czułeś podczas słuchania opowieści o liściu Jasiu?

Odpowiedź: Podczas czytania opowieści o liściu Jasiu (czytania, a nie słuchania, bo umiem już czytać, jestem w trzeciej klasie) najpierw nic nie czułem, bo dwa razy zasnąłem. Kiedy jednak się obudziłem, poczułem zdziwienie. Zastanawiałem się, dlaczego w szkole każą mi czytać książki dla przedszkolaków.

Pytanie 4: Dlaczego uważasz, że wybranie tej książki jako lektury dla trzecioklasistów nie jest mądrym pomysłem?

Odpowiedź (pełnym zdaniem, pełnym zdaniem!): Uważam, że wybranie tej książki jako lektury dla trzecioklasistów jest głupim (nie używamy takich słów, fe!) pomysłem dlatego, że trzecioklasiści się przy niej nudzą. Gdyby mieli pięć lat, z pewnością byłby to lepszy pomysł, niestety reforma polskiego systemu oświaty na razie nie przewiduje jeszcze posyłania pięciolatków do trzeciej klasy.

Podpowiedź rodziców, aktywnie zaangażowanych w proces edukacji dziecka: Niniejszym, w trosce o dostosowanie listy lektur szkolnych do faktycznych potrzeb rozwojowych dzieci, i mając na uwadze fakt, że posłowie większością głosów uznali, że maluchów nie należy ratować, poddajemy jednak pod rozwagę możliwość wdrożenia reformy oświaty polegającej na umieszczaniu dzieci pięcioletnich w trzecich klasach.
(za tę odpowiedź można dostać 5 punktów z uwagi na dużą ilość użytych w niej trudnych słów oraz kreatywność)

Pytanie 5: Czy uważasz, że można by znaleźć lepszą książkę na podobny temat, która zainteresowałaby ośmio- i dziewięciolatków?

Odpowiedź: owszem. Na przykład taką:


Podpowiedź pierwsza (dla bojących się wrzucać dzieci na głębokie wody pełnego tekstu): stron jest wprawdzie nieco ponad sto, za to druk rozstrzelony, a do tego poprzedzielany ilustracjami.

Tymczasem tekst „Jesieni liścia Jasia” zajmuje tak naprawdę cztery strony druku. Nazywanie tego książką i „lekturą” dla dzieci wydaje się być więc niezrozumiałe, zwłaszcza że (patrz: podpowiedź druga) nie można mówić o tym, aby wydawca przyłożył się do formy.

Podpowiedź druga (dla tych, którzy uważają, że edukujemy też przez kontakt z obrazem): książka została przepięknie i adekwatnie do treści zilustrowana przez Emilię Dziubak.


W odróżnieniu od „Jesieni liścia Jasia”, którą okraszono łopatologicznymi i anonimowymi zdjęciami.


Podpowiedź trzecia (zarówno dla tych, którzy zetknęli się ze śmiercią w najbliższej rodzinie, jak i dla tych, którzy nie wiedzą jak zachować się w obecności kogoś, kto właśnie stracił bliską osobę): Barbara Kosmowska nienachalnie opowiada zarówno o uczuciach głównej bohaterki, Andzi, której umarł tata, jak i o tym, jak ta śmierć wpłynęła na jej relacje z koleżankami z klasy.

„- Szkoda, że nie przyjdziesz na moje urodziny. – Zosia patrzyła na Andzię ze współczuciem. – Masz żałobę, nie?
Andzia pochyliła się nisko nad zeszytem, żeby nie widzieć Zosi.
- Jak chcesz, to możesz przyjść, ale wtedy nikt się nie będzie bawił. Bo wiadomo…
- Nie chcę do ciebie przyjść. – Andzia na końcu zeszytu malowała motyla. – Mogę, ale nie chcę.
-Ojejku, słyszycie? – Zosia rozejrzała się po klasie. – Ona mówi, że nie chce do mnie przyjść! Na kulig! Kto by w to uwierzył!

Natomiast „Jesień liścia Jasia” opowiada w zasadzie tylko o tym, że życie płynie, wszystko przemija, ale po nas będą inni i że każdy z nas kiedyś umrze, ale nie ma się czego bać. Owszem, sporo i o ważnych sprawach, ale który z tych ogólników przeciętne dziecko odniesie do realnych sytuacji z własnego życia?

Podpowiedź czwarta (dla tych, którzy upierają się, żeby było o przyrodzie, bo z uwagi na jej cykliczność wszystko można dzieciom łatwiej wyjaśnić): jak sam tytuł wskazuje, „Dziewczynka z parku” sporo czasu spędza w… parku. Historia toczy się zaś przez rok; w sam raz, by pokazać cykliczność przyrody. Nie tylko na – dość prostym i schematycznym – przykładzie liści i drzew, ale też w odniesieniu do – chociażby – ptasich i zwierzęcych zwyczajów.

Podpowiedź piąta (dla tych, którzy chcą, aby za jednym zamachem upiec wiele pieczeni): w książce Kosmowskiej, poza tematem śmierci, poruszonych zostaje jeszcze wiele innych, równie istotnych, choć trudnych spraw.
Mowa jest bowiem między innymi:
- o tym, że także dzieci chorują na przewlekłe i wcale niekoniecznie kończące się śmiercią choroby, co może powodować szereg problemów w zwykłym życiu, również szkolnym;
- o przyjaźni, tak po prostu i bez żadnych podtekstów;
- o tym, że czasem rodzic nie radzi sobie bardziej niż dziecko i co z tego wynika.

Całość podana jest jednak z umiarem, bardzo delikatnie, bez rozkrwawiania serca czytelnika i wyciskania z niego ostatniej łzy.
Tymczasem, moim zdaniem, „Jesień liścia Jasia” jest w zamierzony i bardzo amerykański sposób po prostu ckliwa.

I oczywiście, można powiedzieć, że nie w tym nic złego, skoro nawet Snoopy dał się uwieść panu Buscaglia,


ale ja będę się upierać, że akurat w tym przypadku znacznie lepsze to, co polskie.

Leo Buscaglia „Jesień liścia Jasia”, przekład Ewa Wojtych. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2012.
Barbara Kosmowska „Dziewczynka z parku”, ilustracje Emilia Dziubak. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2012. 

sobota, 2 listopada 2013

O dziadkach, ich duchach i aniołach, czyli Zaduszki z książkami dla dzieci

Jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, pierwszą „bliską” śmiercią z jaką zetkną się nasze dzieci, będzie śmierć dziadków lub pradziadków.
W świecie, w którym żyjemy, każdy przeżyty rok przybliża nas jednak (i nasze dzieci także) do traktowania śmierci jako czegoś, co odbywa się poza nami i co budzi nasz lęk, o ile nie wstręt.
Szpitale, profesjonalne zakłady pogrzebowe zdejmują z nas konieczność bezpośredniego stykania się ze śmiercią, z całą jej przyziemnością.
Czy to dobrze, czy to źle, długo by o tym pisać.
Ja jednak, bazując na osobistych doświadczeniach, mam wrażenie, że my, „miastowi”, trochę się gdzieś pogubiliśmy. I jako dorośli zagubiliśmy naturalne podejście do śmierci, takie jakie mają dzieci.


Tak się składa, że trzy książki, o jakich zamierzam dziś napisać nie są książkami napisanymi przez polskich autorów. Może to symptomatyczne, a może nie. Niedawno pojawiła się wszak książka Zofii Staneckiej „Świat według dziadka”, wcześniej o śmierci oczami dziecka pisał też Jarosław Mikołajewski. To dobrze. Mam tylko nadzieję, że oboje polscy autorzy poszli w podobną stronę, co ich dwie zagraniczne koleżanki i jeden kolega.

Śmierć w książkach Skandynawów jest bowiem dla dzieci czymś zwyczajnym. Co wcale nie znaczy to samo, co „obojętnym”.



W najbardziej pod tym względem nieoczywistej „Chuście babci”, dzieci potrzebują czasu, ale i właściwego miejsca na to, by wszystko sobie w spokoju przemyśleć.
„- Jeśli ktoś myśli, to zazwyczaj znajduje właściwe obrazy i słowa. A jak już znajdzie obrazy i słowa, znajdzie też pytania. A jeśli zacznie pytać, zaraz pojawią się następne pytania.” – mówi dzieciom babcia.
„- A odpowiedzi? Nigdy się nie znajdują? – zapytał Biliam.
- Czasami tak – odparła babcia.



O ile „Chusta babci” jest refleksyjna i metaforyczna, o tyle „Esben i duch dziadka” porusza temat śmierci bardzo wprost.

Był sobie chłopiec Esben. Miał on dziadka, którego nazywał Dziadkiem.
Jednak pewnego dnia wszystko się zmieniło. To znaczy, Esben nie przestał nazywać dziadka Dziadkiem, ale stracił go, ponieważ Dziadek zmarł nagle na ulicy na coś, co nazywa się niewydolnością serca.
Chłopca ogarnął smutek. Płakał i płakał.”

Potem jednak chłopiec zaczyna się całkiem nieźle bawić. Dziadek przychodzi bowiem do niego podczas kolejnych nocy.
-Dziadku? – zagadnął go Esben. Nikt mu nie powiedział, że Dziadek mógłby wpaść na pomysł, żeby przyjść i usiąść na komodzie. Wszyscy mówili tylko o aniołach i prochu. – Co robisz? Myślałem, że umarłeś.
- Też tak myślałem – odpowiedział Dziadek.
- Ojej – zawołał Esben. – Ty jesteś duchem!
- Też coś! – mruknął Dziadek.”

Tej i kolejnej nocy Esben prawie nie śpi, szukając razem z Dziadkiem pomysłów na to, aby pomóc mu przestać być duchem. Jednak kiedy rano opowiada o wszystkim rodzicom, ci patrzą tylko na niego z troską i proponują, aby może nie poszedł do przedszkola.
Esben nie bardzo wiedział, co to miało do rzeczy, ale z chęcią został w domu.


Ostatecznie jednak zarówno Dziadek, jak i Esben przypominają sobie bardzo wiele bardzo ważnych rzeczy.
No właśnie – ucieszył się Dziadek. – I o to chodzi.
- O które „to”?
- O wszystko, i o wszystko to, czego nie wymieniłeś – wyjaśnił Dziadek, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Brakuje mi… Nie pożegnałem się jeszcze z tobą, a ty przecież jesteś moim Esbenem.

I trochę sobie obaj popłakali.”





I ja zawsze płaczę, ilekroć czytam tę książkę, nieważne czy po raz pierwszy, czy sto pierwszy; czy w listopadzie, czy w maju.
Być może dlatego chcę wierzyć, że choć duchy naszych bliskich ostatecznie rozpłyną się gdzieś w ciemności, to jednak inne duchy, blisko z nimi związane, będą nad nami czuwać.




Tak, jak dzieje się to w oszczędnej historii Jutty Bauer o dziadkowym aniele stróżu.

Dziadek bohatera tej opowieści leży w szpitalu, który wydaje się równie obskurny i nieprzyjazny jak te, które znamy.
Mimo to, chętnie opowiada o swoim życiu, które obfitowało w zabawne, ale i tragiczne wydarzenia, z których jednak zawsze – dziwnym (a może wcale nie dziwnym?) trafem wychodził cało.

„- Miałem wiele szczęścia.” – mówi dziadek, kołysząc (się?) w bujanym fotelu, po czym – zmęczony – zamyka oczy.



I choć wydaje się to nam dziwne, zdarza się, że kiedy umierają nasi bliscy, na zewnątrz świeci słońce, a świat jest piękny. Życie toczy się dalej.
Z aniołami stróżami naszych dziadków lub po prostu ze wspomnieniami o nich powinno okazać się choć trochę łatwiejsze.



„Chusta babci” Åsa Lind, ilustrowała Joanna Hellgren; przełożyła ze szwedzkiego Agnieszka Stróżyk. Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2013.
„Esben i duch dziadka” Kim Fupz Aakeson, Eva Ericsson; przełożyła Katarzyna Stręk. Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2006.
Jutta Bauer „Opas Engel”. Carlsen Verlag, Hamburg 2003. 

wtorek, 15 października 2013

B.Gibert "Niebo", czyli prosto o trudnym

W ciągu ostatniego miesiąca trochę się w moim życiu zmieniło.
Po pierwsze, nastąpił skokowy wzrost ilości pogrzebów, w których z takich czy innych powodów musiałam uczestniczyć.
Po drugie, zaczęłam zwracać baczniejszą niż dotąd uwagę na książki obrazkowe.


„Niebo” w idealny sposób łączy te dwie sfery mojej aktywności.
O ile umówimy się, że w przypadku śmierci możemy w ogóle mówić o jakiejkolwiek aktywności.


Wykorzystując bardzo proste środki, używając niewielu słów i oszczędnej, piktogramowej grafiki Bruno Gibert umie sięgnąć głęboko.
Bo gdy stykamy się ze śmiercią, słowa więzną nam przecież w gardle.

Mówiąc o śmierci z perspektywy dziecka, Gibert wyraża w najprostszy sposób to, o czym tak wielu dorosłych nie chce pamiętać, udając że będą żyć wiecznie.


Nie jest jednak nadęty i pompatyczny, nie przywdziewa czarnych szat.


Wprost stawia fundamentalne pytania, na które odpowiedź nie zawsze i nie dla wszystkich jest oczywista.



Przypomina o tym, co ważne.


A na końcu zostawia nam wskazówkę.


Do tej książki zawsze możemy wrócić. Do pewnych jednak zdarzeń i osób niekoniecznie.
Warto wytłumaczyć to zarówno naszym dzieciom, jak i sobie samym.

Bruno Gibert „Niebo”, tłumaczenie Julian Kutyła, opracowanie typograficzne Anna Niemierko. Wytwórnia, Warszawa 2011.