Są tacy, którzy
najbardziej cenią sobie historie opowiadane obrazem. To zazwyczaj bywalcy sal
kinowych lub też nałogowi oglądacze kolejnych seriali.
Przyjmuję do wiadomości,
ale nie rozumiem.
Dla mnie bowiem od
zawsze najważniejsze było słowo. Najchętniej pisane.
Poza tym przecież na początku było słowo, nie obraz, czyż nie?
To słowa wyczarowują
historie, tworzą nastrój, wywołują emocje.
Słowa czasem ranią, a
innym razem uwodzą. Skłaniają do refleksji, by zaraz potem zirytować.
Słowem można wszystko. Wprawne nim operowanie to wyższy stopień wtajemniczenia.
Obraz jest
łopatologiczny, tekst wyrafinowany.
Takie, nader uproszczone
i pełne swego rodzaju pychy, przyznaję, twierdzenia, głosiłam do niedawna.
A dokładnie do momentu,
w którym wzięłam do ręki „Tylko spokojnie” Bartka „Henryka” Glazy.
Bo owszem, są tam słowa,
niektóre całkiem udanie dobrane, ale to nie one decydują o sile tej historii.
Jej siłą są obrazy.
Największą zaś te nieopatrzone słowami.
Napisać, że „Tylko
spokojnie” to komiks o nowotworze i umieraniu, to przyznać się do tego, że nic
się z niego nie zrozumiało. Że potraktowało się tę opowieść z lekceważeniem
(„phi, komiks!”), że skupiło się na tym, co najprostsze.
Owszem, to jest
prawdziwa historia. Historia człowieka, którego już nie ma. Owszem, nie ma, bo
umarł. Owszem, na nowotwór.
Tak, to ma znaczenie.
Bez nowotworu i umierania nie byłoby „Tylko spokojnie”. Ale nie byłoby go też
bez człowieka. Jego pasji i samotności. Również tej w chorowaniu i umieraniu.
I bez miłości też nie, z całą
pewnością, bez niej by się nie udało.
Kiedy wzięłam do ręki
„Tylko spokojnie”, nie miałam pojęcia o czym jest. Nie wiedziałam też czyją prawdziwą historię opowiada.
![]() |
| Marek Warzecha z żoną Anną Ostrowską-Warzecha źródło zdjęcia |
Gdy skończyłam,
przeszperałam internet i dowiedziałam się, że to żona Marka, Anna
Ostrowska-Warzecha, wpadła na pomysł, by poprosić kogoś o stworzenie komiksu o jej mężu.
Henryk przystąpił do pracy jeszcze gdy jego bohater żył, wydał książkę dwa lata po jego śmierci.
Myliłby się jednak
srodze ten, kto wysnułby z tego wniosek, że to komiks hagiograficzny, dzięki
któremu kochająca żona wzniosła lśniący niczym złoto i w żadnym miejscu niezaśniedziały
pomnik swojego męża.
W tak samo wielkim błędzie byłby ten, który uznałby, że
to naturalistyczna opowieść o tym jak rak, dzień po dniu, konsekwentnie zjada
głównego bohatera. Chemia, naświetlania, wymioty, wypadanie włosów, chudnięcie
aż do osiągnięcia rozmiarów chodzącego szkieletu, po czym mało estetyczna
śmierć. Znamy, znamy, przykro nam, jasne, ale ileż można?
Nic z tych rzeczy.
Marek Warzecha był, jak
się wydaje, postacią nietuzinkową. Miał pasję – muzykę. Był mężem, ojcem,
nauczycielem z powołania. Miał wady, jak każdy. Poza tym za dużo palił.
A potem dowiedział się,
że jest chory. I musiał z tym żyć. W każdym razie jakiś czas.
On i jego rodzina.
Razem, ale każdy osobno.
Bo w takich chwilach okazuje się, jak bardzo jesteśmy samotni. Samotnością,
która jest wpisana w istotę naszego człowieczeństwa i której nie da się
zagłuszyć trzymaniem się za ręce i najczulszymi słowami.
Mam głębokie poczucie,
że Henrykowi udało się uchwycić wszystko, co najważniejsze. Bez popadania w
sentymentalizm. Bez uciekania się do tanich chwytów.
Jego bohater umiera, ale
żyje. Odczuwa zwierzęcy strach, ale ostatecznie zostaje sobą. Choć ponowne uświadomienie
sobie kim jest, zajmuje mu sporo czasu.
Henryk nazywa, choć bardziej adekwatnie byłoby napisać: obrazuje, to, co myśli sobie chyba każdy z nas.
Że choć sami wiemy, że jesteśmy wyjątkowi
i niepowtarzalni, to świat traktuje nas tylko jak jeden z wielu przypadków.
Że owszem, możemy próbować zostawić innym jakąś wiadomość, ale szanse na to, by ktoś w ogóle spróbował ją odszukać i odczytać są raczej marne.
Opowiadając o konkretnym
człowieku Glaza nie traci zarazem z pola widzenia innych.
Tych, którzy są
najbliżej chorego – zwłaszcza żony, z jej przerażeniem i samotnością, których nie wypada przyrównywać do przerażenia i samotności Tego, Który Naprawdę Cierpi
i Choruje, a które jednak są przecież tak samo gigantyczne.
Innych chorych.
Których nie sposób przecież nie spotkać, gdy jest się chorym na Tę Chorobę.
Którzy, choć chorzy na to samo, są bardzo różni. Tak różni, jak różny – a
jednak! – jest każdy z nas.
Lekarzy. Bardziej lub mniej wrażliwych, zawsze jednak w historiach tego rodzaju obsadzonych w najbardziej niewdzięcznych rolach.
Krewnych i znajomych, zawsze chętnych do udzielania dobrych rad.
„Tylko spokojnie” to
opowieść najprawdziwsza z prawdziwych.
Mam przy tym głębokie
poczucie, że opowiedziana samymi tylko słowami nie byłaby taką. Można by ją pewnie wówczas zaliczyć do wielu, być może nawet poruszających, historii o chorowaniu na raka. Za
dużo słów musiałoby w niej jednak wybrzmieć, za wiele rzeczy musiałoby zostać
nazwanych wprost.
Tymczasem Glaza "tylko" narysował. Prostą,
niewydumaną kreską, w czerni i bieli. Nieprzesadnie wiele plansz.
A mimo to powiedział
więcej, niż gdyby użył tysiąca słów.
Czasem jest tak, że
żadne słowa nie potrafią oddać tego, co czujesz. A jeśli nie umiesz rysować,
odczuwasz głęboką wdzięczność wobec kogoś, kto narysował, nie wiedząc, że
także w Twoim imieniu.
Bartek Glaza Henryk „Tylko spokojnie”. Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

