Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autorzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autorzy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 października 2019

B.Butenko, A. Dobiecka "Nienarysowane historie", czyli pożegnanie Mistrza


- A co to za kolorowa książeczka? – zagadnął mnie w tym tygodniu wesoło mój fryzjer, człowiek sympatyczny i niegłupi.
Wyciągnęłam z torebki „Nienarysowane historie”.
- O, dla dzieci. Takie też Pani czyta? – zapytał z niespecjalnym zdumieniem, nawykły przez lata naszej znajomości do tego, że siedząc z farbą na głowie czytam różne, niekiedy zaskakujące książki.
Wyjaśniłam mu. Również to, że ta akurat książka to niekoniecznie dla dzieci. Oraz że umarł właśnie Mistrz - Bohdan Butenko.
- Aha. No tak coś kojarzę, że coś było za dzieciaka. Ale żebym wiedział coś więcej o człowieku, to nie powiem.


Bo tak to się w tym świecie kręci. Jedni wielbią, inni nie mają pojęcia. Dla mojego serca to bez znaczenia. Zieje w nim rana.

„Nienarysowane historie” nie są moją ulubioną pozycją w Butenkowej kolekcji. Brak tu bowiem nowych, porywających, zachwycających ilustracji – na kolejnych kartach możemy zobaczyć wyłącznie postaci już znane: Gucia, Cezara, Gapiszona, Kwapiszona, tyle że w nowych niekiedy pozycjach. Z kolei same historie z życia Butenki (a raczej historyjki), pogrupowane w czterech rozdziałach „Młode lata”, „Praca”, „Podróże” oraz „Różne”, nie są szczególnie porywające. Zwłaszcza dla kogoś, kto jak ja starał się czytać wszystkie wywiady z Mistrzem, zarówno te gazetowe, jak i zamieszczone w różnych książkach („Co czytali sobie kiedy byli mali?” czy „Ten łokieć źle się zgina”). Bohdan Butenko był bowiem nie tylko mistrzem ilustracji, ale i mistrzem w ukrywaniu własnego życia prywatnego. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że kto przeczytał jego dwa, może trzy wywiady, ten poznał wszystko, co Mistrz chciał światu ujawnić.




Mimo to, czytając teraz ponownie „Nienarysowane historie”, uświadomiłam sobie jasno dlaczego pokochałam, kocham nadal i będę kochać do końca życia Bohdana Butenkę.


Za konsekwencję. Od dzieciństwa chciał rysować i rysować, czy to się komuś podobało, czy nie.
Początki mojej twórczości były trudne i bolesne. A to z racji tego, że rysowałem na marginesach zeszytów. Niezależnie od przedmiotu, z którego były to notatki, marginesy zapełniały komiksowe postacie. Przygody tych bohaterów ciągnęły się w głąb zeszytu. Ale im bardziej moja twórczość podobała się kolegom, tym mniej podobała się nauczycielom, bo miałem poobniżane stopnie.

Za umiejętność zdystansowania się od samego siebie. I wobec innych, mimo że sytuacja wymagałaby być może, by się chociaż zdenerwować.
Kilka lat temu, na konferencji poświęconej pisarstwu dla dzieci, polowała na mnie dziennikarka z lokalnej telewizji. W końcu przydybała mnie w jakimś kącie, podsunęła pod nos mikrofon, operator wycelował we mnie kamerę i padło pytanie:
- Jak powinno się pisać dla dzieci?
- Tak, jak dla dorosłych – odpowiedziałem. – Czyli dobrze. Ale tutaj, na konferencji, jest więcej osób kompetentnych, które mogą dokładnie odpowiedzieć na to pytanie. Ja mogę objaśnić jak rysować dla dzieci.
- Aaaa, to pan też rysuje?! – wykrzyknęła z zachwytem zdumiona dziennikarka.

Za inteligencję. I wiarę w to, że również czytelnik takową posiada.
 Kiedyś spędzałem plener w Rogowie i musiałem się wybrać do miejscowego GS-u. (…) Gdy wszedłem do sklepu, zobaczyłem między salcesonami a puszkami z mielonką upstrzony przez muchy, wyblakły i zatłuszczony luksusowy album z pracami Wita Stwosza. Parę tygodni wcześniej próbowałem dostać go w Warszawie, ale mimo wysokiej ceny nakład rozszedł się błyskawicznie. (…) Zapytałem więc zaciekawiony:
- A co ta książka tu robi?
Sprzedawczyni odpowiedziała:
- A, bo ja mam limit. To znaczy muszę każdego miesiąca nabyć książki za sumę trzystu złotych. Więc zamiast kilkudziesięciu tanich książek wzięłam jedną drogą. I tak tego nikt nie kupi, a dużo mniej miejsca zabiera.


A poza tym za:
- szerokie horyzonty i wiecznie otwartą głowę,
- genialny zmysł obserwacji,
- pracowitość połączoną z poczuciem własnej wartości,
- szacunek dla drugiego człowieka,
- poczucie humoru.


I tak bardzo mi przykro, że owszem, w „Nienarysowanych historiach” Bohdan Butenko wspomina o Szczecinie, jednak w takim oto kontekście:
Zaproponowano mi poprowadzenie warsztatów w ekskluzywnej, renomowanej szkole w Warszawie. Ustaliliśmy z organizatorem honorarium i określonego dnia poprowadziłem zajęcia. Gdy wychodziłem, organizator gdzieś zniknął. Długo go szukano, a gdy znaleziono, okazało się, że nie dysponuje on żadnymi pieniędzmi. Podobna historia spotkała mnie w największej bibliotece w Szczecinie, gdzie miałem wystawę. Obiecano mi dokumentację z ekspozycji i zwrot kosztów podróży. Nigdy nie dotrzymano obietnicy.

Przeprosiłabym za Szczecin. Na kolanach. Niestety nie zdążyłam.


Bohdan Butenko "Nienarysowane historie", zebrała Anna Dobiecka. Axis Mundi, 2016.

Na wszystkich zamieszczonych w poście zdjęciach widnieją książki z mojej, ciągle jeszcze niepełnej, Butenkowej kolekcji. Twórczość Mistrza stała się jednak w miniony poniedziałek, w co nie sposób uwierzyć, zbiorem zamkniętym.

wtorek, 15 maja 2018

W.Chmielarz i seria o komisarzu Mortce, czyli rzecz o prawdziwej namiętności


Stało się.

Ja, dojrzała kobieta, kpiąca z męskich zachowań związanych z przeżywaniem kryzysu wieku średniego, zrobiłam dokładnie to samo co oni.
Zakochałam się.
W młodszym.

Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę, akurat! Opętał mnie. Myślę o nim cały czas. Myślę, gdy wstaję rano, myję zęby i resztę ciała, gdy robię i jem śniadanie, gdy jadę do pracy, gdy jestem w pracy, gdy z niej wracam, gdy udaję, że jestem w domu, choć tak naprawdę myślami błądzę gdzie indziej. Myślę o nim wreszcie wieczorem, wieczorem jest zresztą najlepiej. Wtedy nikt nam już nie przeszkadza, wtedy wreszcie mogę skupić się tylko na nim. Zarwana noc? Pal ją sześć, czymże jest zarwana noc wobec prawdziwej namiętności?!

Naprawdę się tego nie spodziewałam. Wprawdzie mówili, że powinnam zwrócić na niego uwagę, ale słyszałam to już wielokrotnie i zawsze kończyło się tak samo. Piękna okładka a w środku pusto. Przerost formy nad treścią, pozerstwo i nadęcie, a przede wszystkim brak głębi. Tymczasem mnie trzeba uwieść słowem, frazą, umiejętnym dobieraniem tembru głosu, och, aż mnie ciarki przechodzą, gdy tylko o tym piszę. W każdym razie dotąd się nie udawało. Owszem, niekiedy bywało przyjemnie, ale nic poza tym.
Tymczasem po pierwszym spotkaniu okazało się, że on faktycznie ma w sobie to coś. Niby od niechcenia, ale przykuł moją uwagę. Pomyślałam: „fajny gość”. 
Za drugim razem było równie dobrze. Podobał mi się coraz bardziej, jednak nie na tyle, by zaiskrzyło. Nie protestowałam jednak, gdy okazało się, że możliwe jest trzecie spotkanie. A wtedy, och, wtedy zaczęło się na całego.

Co na to mój mąż?
Mąż wie o wszystkim. Początkowo był zazdrosny, jednak potem zaproponował (nie spodziewałam się tego po nim!) wejście w trójkąt. Gdy dołączyła do nas jeszcze moja koleżanka, wcale się nie zdziwił. Owszem, czasem bywa to kłopotliwe. Każde z nas ma inne tempo, jednak dla możliwości wzięcia do ręki kolejnej książki o komisarzu Jakubie Mortce jesteśmy gotowi zrobić wszystko, nawet dogadać się, gdy wydaje się to niemożliwe.

Wojciech Chmielarz
w trakcie spotkania w Szczecinie
źródło zdjęcia

To trafiło mnie znienacka.

Niby słyszałam, że jest taki Chmielarz, który dobrze pisze, ale niespecjalnie byłam skłonna w to uwierzyć. O Mrozie słyszałam to samo, a potem okazało się (patrz tutaj), że jest to prawdą tylko, gdy ustawić go w kategorii „ilość”, nie zaś „jakość”. Inni też jakoś nie zachwycali, a blog mi świadkiem, że próbowałam (np. Ziomeckiego i Przygodzkiego; poza tym byli nieopisani Czubaj, Wroński, Ćwirlej i paru innych, zawsze ostatecznie z tym samym skutkiem. Przeczytać się dało, ale zachwycić już nie).

Być może tym razem stało się inaczej dlatego, że Wojciech Chmielarz wydaje się być całkiem fajnym, zwyczajnym facetem. W każdym razie takie wrażenie zrobił na spotkaniu autorskim, jakie odbyło się w miniony poniedziałek (14 maja) w Szczecinie. Facetem, dodajmy, który otwarcie mówi, że jego ambicją jest napisanie dobrego kryminału, książki, którą będzie się świetnie czytało na plaży i tyle. Aż tyle, chciałoby się dorzucić.




Naprawdę, dawno nie zdarzyła mi się sytuacja, w której zawaliłabym kilka dni z życia po to, żeby czytać. Wszędzie. Bo musiałam, żeby nie pęknąć. Stan ten narastał przy tym niczym gorączka. O ile bowiem „Podpalacz” (pierwsza część cyklu) jest po prostu niezły, „Farma lalek” (druga część) dobra, o tyle „Przejęcie” i „Osiedle marzeń” (części trzecia i czwarta) są naprawdę znakomite. Finałowe (jak na razie) „Cienie” plasują się tylko ciut niżej, a i to chyba wyłącznie z racji nieco zbyt, jak na moje potrzeby, hollywoodzkiego zakończenia.

Opowiedziane historie są wiarygodne, dopracowane w detalach, bohaterowie – zarówno pierwszo, jak i drugoplanowi - psychologicznie prawdziwi, realia ze wszech miar autentyczne, a nie efekciarsko upiększone. Niezależnie od tego, czy te historie w całości lub w jakiejś części wydarzyły się naprawdę (autor twierdzi, że nie), zdają się być wyjęte ze stron prasy codziennej. 

W Warszawie (gdzie toczy się akcja czterech z pięciu książek cyklu; fabuła jednej – „Farmy lalek” rozgrywa się w położonych w Karkonoszach Krotowicach), a także w innych polskich miastach z całą pewnością pracują policjanci podobni do komisarza Jakuba Mortki i jego kolegów (a także jednej koleżanki – pojawiającej się wprawdzie dopiero w trzeciej części, za to z dobrym efektem). Nie są płascy i jednowymiarowi – źli lub dobrzy. Każdemu z nich zdarzają się potknięcia i chwile słabości, często kładące się cieniem na ich pozornie prostej historii. Są ludzcy tak bardzo jak w życiu – jedni piją, inni biją, kolejnym po prostu się nie chce lub też robią wyłącznie to czego oczekują tego od nich przełożeni; jeszcze inni zapadają się w pracę, zawalając życie prywatne. Większość boryka się z problemem marnych zarobków, co autor świetnie pokazuje poprzez detale.

Chmielarz lubi swoich bohaterów, to widać. Lubi ich wszystkich, nawet tych złych. Doskonale zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę o każdym można opowiedzieć fascynującą historię, dlatego z szacunkiem podchodzi również do tych, których rola wydaje się być tylko epizodyczna. Być może dzięki tej konstrukcyjnej czułości mnie najbardziej poruszyła postać dziada w garniturze, pojawiająca się w „Przejęciu” - nawet nie drugo, lecz pewnie dziesiątoplanowa. Poznałam kilku takich „dziadów” (o bardzo różnych historiach), może dlatego scena, w której u Chmielarza ta postać pojawia się po raz ostatni do głębi mnie dotknęła. Tak bardzo jest prawdziwa.

Niewiarygodne jest też to, jak niesamowicie autor potrafi budować napięcie, pokazując niemal wszystkie nitki, które trzyma w garści, a i tak zaskakując czytelnika. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak czułabym się, gdybym czytała książki z tej serii na bieżąco, gdy tylko się ukazywały. Jestem jednak pewna, że po przeczytaniu czwartej części, która ukazała się we wrześniu 2016 roku, nie mogąc dowiedzieć się od razu, co wydarzyło się dalej (kolejna część, „Cienie”, została wydana dopiero w styczniu tego roku), obgryzłabym ze złości wszystkie paznokcie, a autora, gdyby tylko się napatoczył, obrzuciłabym zgniłymi jajami, dopiero potem uświadamiając sobie, że taki akt agresji pewnie nie przyspieszy procesu twórczego.
Na szczęście, z racji polskokryminalnego zacofania, udało mi się przeczytać na raz prawie zamkniętą całość. Wprawdzie autor nie odżegnuje się od kontynuowania tej serii (wczoraj twierdził, że przyjdzie na to poczekać jakieś dwa, trzy lata), to jednak w „Cieniach” pozamykał większość najważniejszych, budujących stopniowo napięcie wątków, co pozwoliło mi rozładować czytelnicze napięcie.

A że Wojciech Chmielarz nie jest w ciemię bity i w zanadrzu pozostawił sobie szereg potencjalnych petard (ostatni rozdział „Cieni” zwiastuje jedną z nich, być może), dlatego jestem pewna, że po upływie niezbędnej higienicznej przerwy będzie w stanie stworzyć coś równie dobrego jak dotychczas.
A wtedy płomień mej miłości z pewnością rozgorzeje na nowo. 

Wojciech Chmielarz „Podpalacz”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.
Wojciech Chmielarz „Farma lalek”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.
Wojciech Chmielarz „Przejęcie”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.
Wojciech Chmielarz „Osiedle marzeń”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.
Wojciech Chmielarz „Cienie”. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018.

niedziela, 15 października 2017

5. edycja Festiwalu Czytania w Szczecinie, czyli w zasadzie rewelacja

Wśród namiętnych czytelników książek jest z pewnością wielu introwertyków, którzy do szczęścia potrzebują wyłącznie książki, kocyka i kubka z gorącą herbatą.

źródło zdjęcia

Niewątpliwie wśród czytelników są jednak także ekstrawertycy, którzy czerpią siły witalne z pobytu wśród ludzi.

źródło zdjęcia
Miejscem, w którym w Szczecinie w miniony weekend można było spotkać przedstawicieli obu tych grup była Książnica Pomorska, w której (choć nie tylko w niej) odbywały się wydarzenia piątej edycji Festiwalu Czytania – Odkrywcy Wyobraźni.


Formuła wydarzenia w ciągu tych pięciu lat ulegała zmianie. Pierwotnie miał być on festiwalem książki słuchanej, obecnie nieco ten pomysł zmodyfikowano – i bardzo dobrze, w każdym razie moim zdaniem. Nie każdy lubi bowiem gdy ktoś przez godzinę czyta mu czyjąś książkę, nawet jeśli tym kimś jest Bardzo Znany Aktor lub inna Bardzo Znana Postać (w tym roku fragmenty różnych książek czytali m.in. Krystyna Czubówna, Anna Seniuk, Joanna Trzepiecińska, Wiktor Zborowski czy Krzysztof Kowalewski; niektóre z tych osób czytały w Szczecinie także w czasie poprzednich edycji).

W dalszym ciągu (bo pisałam już o tym dwa lata temu) największą wadą tego wydarzenia jest nadmiar. W czasie minionych trzech dni najlepiej było bowiem być nieobciążonym żadnymi zobowiązaniami chyżym emerytem. Niestety, póki co jestem wyłącznie chyża, jednak – jak się okazało – i tak niewystarczająco, gdyż nie udało mi się wziąć udziału we wszystkich spotkaniach, na które miałam ochotę (niektóre rozpoczynały się w czasie, gdy poprzednie jeszcze trwały).

Z drugiej jednak strony, zdobywszy w nieco nietypowych okolicznościach autograf autora zbioru reportaży, który naprawdę mnie ostatnio poruszył (takie poruszenie przy takiej lekturze zdarzyło mi się po raz pierwszy od dawna), pomyślałam (niestety po fakcie), że czasem lepiej jest nie próbować spotkać Twórcy. Bo gdy okaże się, że jest on jakoś nie bardzo sympatyczny, czytelnikowi robi się po prostu smutno, a po co mu to.

To o czym chciałabym jednak – pozytywnie – napisać, dotyczy tego, że Festiwal Czytania okazał się być fantastyczną możliwością oderwania się od całej parszywości z jaką mamy ostatnio wszędzie do czynienia (i nie mam na myśli wyłącznie moich ostatnich internetowych doświadczeń, a nawet prawie wcale nie je mam na myśli).

Niecodziennie przecież można przebywać w jednym miejscu z takimi osobami jak Hanna Krall (przebywałam, wielbiąc) czy Zofia Posmysz (niestety, nie byłam w stanie dotrzeć na dzisiejsze spotkanie).

źródło zdjęcia

Ponadto, jakżeż rzadko ostatnio trafia się szansa posłuchania pięknego języka, wolnego nie tylko od błędów gramatycznych czy stylistycznych, ale również od agresji. Języka pełnego słów wyrażających szacunek wobec rozmówcy czy choćby tylko słuchacza. Języka inteligentnego, ale nie napuszonego i nadętego. Mądrego ale zarazem zrozumiałego. W dzisiejszych czasach to doświadczenie, które pomaga i wzmacnia.

Michał Rusinek w rozmowie z Michałem Ogórkiem
źródło zdjęcia

W Książnicy spotkałam wiele sympatycznych i życzliwych osób. Niektóre znałam lepiej, inne mniej, części zaś wcale. Byli tam też tacy, których obecności w tym miejscu i czasie się nie spodziewałam, gdyż zaklasyfikowałam ich (w swojej głowie, nie posiadając żadnych ku temu przesłanek poza własnymi wyobrażeniami) jako tych, którzy nie czytają i nie interesują się "takimi rzeczami". Po raz kolejny dowiedziałam się więc, że nie jestem wolna od uprzedzeń, choć wydawało mi się, że tak jest.

Tak więc, pełna niedosytu (nie wzięłam udziału w kilku spotkaniach, na których mi zależało, jednak po prostu nie mogłam, z takich czy innych względów), z radością oczekuję kolejnej, przyszłorocznej edycji. Liczę przy tym, że twórcy festiwalu nadal będą się rozwijać. Może wtedy wpadną na to, że po prostu nie wypada, aby największym zdjęciem w wydrukowanym i rozdawanym uczestnikom programie było zdjęcie pana marszałka województwa, czterokrotnie większe niż zdjęcia Hanny Krall, Zofii Posmysz czy Janusza Głowackiego.



Zna proporcją, mocium panie” – to też z literatury. Polecam uwadze.

piątek, 16 czerwca 2017

Wisłocka książkowo i filmowo, czyli wszystko i tak psu (pudelkowi) na budę

Nigdy nie lubiłam biografii, a im jestem starsza, tym bardziej wiem dlaczego.
Ułudą jest bowiem wierzyć, że jesteśmy w stanie dowiedzieć się czegoś o kimś innym. Poznać bliżej kogoś, kto nas fascynuje, intryguje.
Nie znamy samych siebie. Kreujemy swój wizerunek nawet przed najbliższymi. To, kim jesteśmy na zewnątrz, ma się nijak do tego, co robimy, gdy nikt nie patrzy. I wcale nie chodzi tylko o dłubanie w nosie czy puszczanie bąków.

Prawda jako byt obiektywny nie istnieje, bardzo mi przykro.

W tej samej chwili jedna osoba zobaczy coś/kogoś zupełnie innego niż druga. Ten sam ktoś jutro inaczej będzie oceniał zdarzenia z dzisiaj.
Jak w tak niesprzyjających warunkach dowiedzieć się czegokolwiek o kimś, kogo nie mieliśmy szans spotkać, zobaczyć, porozmawiać?
Nie da się i tyle.


Mimo to czasem zdarza mi się, że ktoś mnie zaciekawi. Że sięgnę po książkę, obejrzę film, łudząc się przez chwilę, że czegoś się dowiem.
Obejrzałam „Sztukę kochania”. Potem przeczytałam książkę Violetty Ozminkowski „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”. Nie twierdzę, że w związku z tym wiem już wszystko o Wisłockiej; przeciwnie, przypuszczam, że nie wiem o niej niczego. Ale wiem też, że książka przybliża mnie do niej dużo bardziej niż film. Który powinien nosić tytuł „Sztuka manipulacji”.

Na seansie w kinie byłam najmłodsza; średnia wieku zdecydowanie wynosiła więcej niż 50 lat. Widzowie reagowali żywo, wykrzykując co jakiś czas „tak było!” lub też chichocząc zgodnie w momentach innych niż te, która ja uznawałam za przeznaczone do chichotania. Film pokazał im ich prawdę o czasach, w których żyli, kochali, byli młodzi.
Nie wiedząc wcześniej zbyt wiele o Wisłockiej, z kina wyszłam z określonym wyobrażeniem na jej temat. Podtytuł filmu („Historia Michaliny Wisłockiej”) zamaskował to, że dałam się po prostu nabrać.

źródło zdjęcia

I byłabym tak nabrana (i zadowolona) po dziś dzień, jednak, niestety, przeczytałam książkę. A wtedy wszystko się rypło.
Violetta Ozminkowski, która też fabularyzuje swoją opowieść o Wisłockiej, w odróżnieniu od twórców filmu nie próbuje jej jednak podrasowywać. Nie pomija też, wedle własnego uznania, niepasujących do jej wizji epizodów z życia jej bohaterki, ani nie przerabia ich na własną modłę, uwypuklając co jej potrzebne i przycinając, co odstaje. Stara się ponadto, w miarę możliwości, pokazać szerszą perspektywę. Wisłocka według Ozminkowski ma początek, środek i koniec. Po lekturze zostają pytania, wątpliwości. Postać, która po obejrzeniu filmu wydawała się być jednoznacznie pozytywna (dajmy jej tytuł Kobiety Roku!), po lekturze książki odzyskuje typową dla ludzi wielowymiarowość i niejednoznaczność.

Film zaś, hm. Owszem, ogląda się go dobrze. Dbałość o detale zachwyca. Kreacje Wisłockiej/Boczarskiej sprawiają, że człowiek wręcz żałuje, iż nie ma w domu choćby jednej zasłony, bo gdyby takową miał, byłby ją natychmiast zdarł z karnisza i powiózł do krawcowej.
Muzyka - dobrana idealnie. Aktorzy - naprawdę zapracowali na swoje gaże.
I tylko ja, głupia taka, nie rozumiem, czemu ktoś po raz kolejny sprzedał mi podkoloryzowany kit zamiast miodu, a ja zorientowałam się dopiero po odejściu od kasy.

Być może do biografii należałoby podchodzić jak do Pudelka. Czytać, ale nie przywiązywać się zbytnio do treści. Ot, parę obrazków, woda na młyn plotkarzy. Każdy i tak najlepiej wie co się wydarzyło a wszyscy wiedzą dokładnie tyle samo.
Czyli nic.

I po co było się, droga autorko książki, tak męczyć?

Violetta Ozminkowski „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
„Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, reżyseria Maria Sadowska, scenariusz Krzysztof Rak. 

piątek, 13 stycznia 2017

"Akademia Opowieści" w Szczecinie, czyli relacja z loży szyderców

Gdybym miała doradzić komuś jak napisać relację ze strasznie nudnego spotkania, zapytałabym go najpierw (w ślad za Magdaleną Parys) czy będzie pisał na zamówienie, czy z potrzeby serca.

Gdyby miał pisać na zamówienie, odesłałabym go do lektury tego tekstu w „Wyborczej”. Na jej stronach internetowych zamieszczono bowiem wzorcowo nudną relację z nie tylko nudnego, ale i wysoce rozczarowującego spotkania. Nawet gdybym bardzo się postarała, nie umiałabym napisać niczego bardziej spełniającego oczekiwania zamawiającego, będącego zarazem organizatorem opisywanego zdarzenia; sprawozdania, w którym zamieszczono szereg osobnych zdań, streszczających wypowiedzi, ale w żaden sposób nie oddających emocji.

Gdyby natomiast chciał pisać z potrzeby serca, poleciłabym mu, by przypomniał sobie te uczucia, które miotały nim pod koniec spotkania. Następnie, by zastanowił się nad motywacją, która sprawiła, że w paskudny styczniowy wieczór, miast udać się do domu po ciężkim dniu wypełnionym pracą, skierował się całkiem gdzie indziej, szczerze wierząc, iż jest to jedyny właściwy wybór.
To powinno wystarczyć, by wkurzył się wystarczająco mocno. A – co wiedzą wszyscy piszący z potrzeby serca relacje z nudnych spotkań – nie ma nic lepszego niż pisanie pod wpływem negatywnych emocji.

źródło zdjęcia

Bo też, gdybym na przykład ja miała napisać o spotkaniu, jakie w czwartek 12 stycznia odbyło się w Szczecinie i było dumnie i szumnie reklamowane jako pierwsze spotkanie w ramach nowego, ambitnego i jedynego w swoim rodzaju projektu pt. „Akademia Opowieści”, najpierw przypomniałabym sobie jak bardzo zdenerwowana (uwaga, eufemizm!) byłam mniej więcej od czterdziestej piątej minuty trwającego półtorej godziny spotkania. Jak coraz bardziej twarde i niewygodne stawało się krzesło, na którym siedziałam. Jak, chcąc nie chcąc, stawałam się coraz bardziej złośliwa i zgryźliwa, komentując pod nosem, niczym jeden z członków muppetowej loży szyderców, kolejne wypowiedzi. Potem wróciłabym do momentu, w którym wydawało mi się, że będzie to fantastyczny wieczór. Że – jak twierdzono zarówno na papierze, jak i w internecie – wezmę udział nie tylko w zwykłym spotkaniu z autorem, ale i w warsztatach. Że uwiedzie mnie opowieść autorki, którą lubię, o najważniejszym człowieku w jej życiu. Że nie tylko usłyszę, ale i zobaczę na własne oczy jak Michał Nogaś nawiązuje więź nie tylko z autorem, z którym rozmawia, ale i z publicznością. Że spędzę miło czas. Że usłyszę coś, co zapamiętam, co mnie w jakiś sposób poruszy.

źródło zdjęcia
„Akademia Opowieści”, według intencji jej twórców ma być szkołą pisania. Wirtualnym miejscem, dzięki któremu opowieści o pozornie zwykłych ludziach, snute przez osoby nieposługujące się na co dzień piórem, staną się pasjonującymi, zapadającymi w pamięć historiami. W papierowym „Dużym Formacie” zamieszczono, pewnie na zachętę, kilka dobrze skonstruowanych, pochodzących od zawodowców opowieści. W internetowym serwisie można odsłuchać (a może i obejrzeć, nie wiem, bo nie mam czasu sprawdzić) kolejne historie. 12 stycznia w Szczecinie, po raz pierwszy realnie a nie wirtualnie, miały się odbyć warsztaty, w czasie których jeden z trzech zaangażowanych w projekt dziennikarzy (ta trójka to Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak) miał poświęcić opowieściom ich uczestników „dużo więcej czasu niż akademicki kwadrans”.

Magdalena Parys w czwartek w Szczecinie kilkakrotnie powtarzała, że jeśli konstruuje się opowieść, koniecznie trzeba najpierw sporządzić konspekt, z którego będzie jasno wynikał początek, szczyt i koniec całej historii.
Spotkaniu jakie miało miejsce w Szczecinie 12 stycznia, zabrakło zarówno konspektu, jak i szczytu.

źródło zdjęcia
Są rozmówcy, których nie trzeba moderować i delikatnie nakierowywać na właściwe tory, bo sami mają doskonałe wyczucie i perfekcyjnie potrafią czarować słuchaczy. Magdalena Parys do nich nie należy. Nie wątpię przy tym w to, że ma do powiedzenia wiele mądrych i interesujących rzeczy – przeczytałam dwie jej książki („Tunel” i „Białą Rikę”) i obie mi się podobały, a autorkę zapisałam na liście „interesujących”. Nie każdy jednak, kto umie dobrze pisać, umie też porywająco opowiadać. Zadaniem osoby prowadzącej spotkanie z kimś takim jest więc nieustanne trzymanie ręki na pulsie i dbanie o to, by temperatura nazbyt nie opadła, a opowiadana historia nie zatraciła swojego sensu.
Niestety, Michał Nogaś w tej roli się nie sprawdził. Chwytanie się za czoło i wznoszenie oczu ku niebu, powtarzane wielokrotnie przez półtorej godziny to trochę za mało, by sprawić aby chaotyczna, pozbawiona nie tylko szczytu, ale i nawet małego wzgórka, opowieść Magdaleny Parys o jej dziadku Antonim, porwała. Jeśli chodziłoby o pokazanie, w najbardziej bolesny ze sposobów, jak nie konstruować historii, można by odtrąbić sukces.

Gdybym była jednym z twórców „Akademii Opowieści”, obejrzałabym kilka razy (bez przewijania w miejscach dłużyzn, czyli co chwilę) nagranie tego spotkania (które podobno ma kiedyś gdzieś zostać zamieszczone). A potem wyciągnęłabym wnioski.
A ponieważ jestem sobą, pozostaje mi wyłącznie żałować, że ten falstart miał miejsce akurat w Szczecinie. 

sobota, 19 listopada 2016

Spotkanie z Katarzyną Kłosińską, czyli Mrs Hyde powraca

Z umiejętnością poprawnego używania języka polskiego nie jest dobrze.
Z jednej strony narzekamy na jego wulgaryzację i zaśmiecanie słowami bezmyślnie kopiowanymi z innych języków.
Z drugiej, rośnie grupa osób pozornie wykształconych, które niestrudzenie włanczają światło i blombują zęby (osobiście znam kilka, wszystkie z tytułem magistra, a niektóre nawet doktora habilitowanego, wcale nie nauk ścisłych).  

W sytuacjach, w których uszy nam więdną, a ręce opadają, często czujemy się zagubieni. Bo co jest lepsze? Zwrócić uwagę, ryzykując, że nasz rozmówca śmiertelnie się obrazi, czy zignorować, godząc się tym samym na to, że wirus językowy będzie się rozprzestrzeniał, atakując kolejne ofiary?

Jeszcze gorzej dzieje się, gdy sięgamy po pisma urzędowe.

Na jednym biegunie znajdują się teksty napisane językiem, którego nie da się zrozumieć, jeśli nie ma się ukończonego choćby podstawowego kursu kryptologicznego.
Dla przykładu jedno zdanie autorstwa sędziego Sądu Najwyższego, osoby niewątpliwie bardzo wykształconej: „Oznacza to, że rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego powinno zostać osadzone w stanie faktycznym odzwierciedlonym przez Sąd odwoławczy, a wszelkie modyfikacje postulowane przez skarżącego nie są nośne.
Jeśli o mnie chodzi, jedyne co potrafię z siebie wydusić po bezowocnej próbie przeczytania tego tekstu ze zrozumieniem, to „hę?”

Na biegunie przeciwnym mieszkają ci, którzy bardzo się starają. Tak bardzo, że czasem przekraczają granice własnych możliwości.
Cytat tylko z jednego bardzo urzędowego pisma, które trafiło w moje ręce w ciągu minionego tygodnia: „Biegły nie wziął pod uwagę dokumentów złożonych przez powoda, a tym samym wykazał się ignorancją.”
Miałam ochotę odpisać, parafrazując znaną prawniczą paremię, „ignorantio lingua nocet”, ale się powstrzymałam, gdyż moja znajomość łaciny, a w szczególności zasad deklinacji, jest na poziomie zbliżonym do tego, w jakim językiem polskim włada autor krytykowanego przeze mnie pisma.

Przeżywając takie rozterki, chętnie skorzystałam z możliwości spotkania z profesor Katarzyną Kłosińską, które odbyło się wczoraj w ProMedia, jednej z filii Miejskiej Biblioteki Publicznej w Szczecinie, a które poprowadziła dziennikarka Marta Zabłocka.

źródło zdjęcia

Wrażenia? Było umiarkowanie porywająco. Nie mogłam niestety wziąć udziału w poprzedzających otwarte spotkanie warsztatach z frazeologii, które podobno były atrakcyjniejsze; być może wtedy, uskrzydlona emocjami, byłabym bardziej entuzjastyczna.

Profesor Kłosińska jest bardzo sympatyczną, otwartą, a do tego niezwykle mądrą osobą, perfekcyjnie posługującą się piękną polszczyzną. W zasadzie to powinno wystarczyć, by wytrzymać dwie godziny na niewygodnych krzesełkach. Czegoś jednak zabrakło, choć nie do końca wiem czego.
Może moderacji? Może wiodącego tematu? A może w ogóle pomysłu na ciekawą rozmowę?
Nie dowiedziałam się niczego nowego, nie rozwiązałam żadnego językowego problemu; po prostu spędziłam piątkowy wieczór w towarzystwie interesującej osoby. Może za wiele oczekuję, może to powinno wystarczyć, nie wykluczam.

Jeśli chodzi o moje problemy, do nierozwiązanych językowych doszedł jednak niestety jeszcze jeden, całkiem innej natury.

Od wczoraj nie wiem bowiem, czy naprawdę zainteresowanie czystością języka wyklucza zainteresowanie czystością własnych butów i schludnością ubioru?

źródło zdjęcia

Na szczęście siedziałam w jednym z dalszych rzędów, dlatego nie musiałam stale wpatrywać się w brudne buty, dżinsowe spodnie i zgrzebny sweter prowadzącej. Mimo to jednak nie do końca mogłam skupić się na wypowiedziach profesor Kłosińskiej. Zastanawiałam się bowiem nad tym, jak to jest, że dorosłej kobiecie, poproszonej o poprowadzenie spotkania z „pracownikiem naukowym na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, doktorem habilitowanym językoznawstwa, (…) sekretarzem naukowym Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN, [zajmującą się] w pracy naukowej (…) m. in. kulturą języka polskiego oraz językiem polityki i językoznawstwem kulturowym” (cytuję za informacją zamieszczoną na facebookowym profilu MBP w Szczecinie), nie przyszło do głowy, by ubrać się adekwatnie do okoliczności, a – przede wszystkim – by wyczyścić buty?!

Co jest ważniejsze? Wygląd czy sposób wyrażania się? To co na człowieku, czy to co ma w środku?
Czy można być kulturalnym niechlujem?
Czy to w ogóle ma znaczenie?

Doprawdy, trzeba było mi zostać w domu, oszczędzając tak cenny ostatnio czas.
Nie dość bowiem, że od wczoraj próbuję znaleźć odpowiedzi na postawione wyżej pytania, to jeszcze przerwałam blogowe milczenie w taki akurat, nie do końca dla wszystkich sympatyczny, sposób.
Ech!

wtorek, 24 maja 2016

M.Rusinek "Nic zwyczajnego", czyli nienadzwyczajna, choć milutka książeczka wspominkowa

Rzeczą ludzką jest myślenie o sobie jako o kimś nadzwyczajnym.
Kimś, komu przytrafiają się rzeczy, które innym nawet się nie śnią. Kimś najbłyskotliwszym, najmądrzejszym, najpiękniejszym, najlepszym na świecie. Może być nawet najbrzydszy, nieważne, ważne żeby naj.
Chcemy stać się zauważeni, nie przemknąć przez życie anonimowo.

W tym kontekście tytuł książki Michała Rusinka poświęconej Wisławie Szymborskiej – „Nic zwyczajnego” można uznać za strzał w dziesiątkę i znakomity chwyt marketingowy (lepiej więc nie nadmieniać, że to zwrot użyty przez samą Szymborską w wierszu „Nicość” – w co jak w co, ale w nicość wolelibyśmy się wszak nie obracać).


„Nic zwyczajnego” to napisana bardzo przyjemnym językiem miła opowieść o życiu niezwyczajnej kobiety, noblistki.
Kolejne anegdoty z życia Szymborskiej wprawiają czytelnika w coraz przyjemniejszy nastrój, przykrywając pojawiające się co jakiś czas dłużyzny.
Szymborska urocza, błyskotliwa, inteligentna, wybitna, obdarzona niesamowitym poczuciem humoru i talentem. Zarazem elegancka, zdystansowana, kryjąca w sobie tajemnicę. Czasem smutna, z wyboru samotna, ale nie za bardzo, bez obaw („Chyba nie traktowała samotności w sposób dramatyczny – jak ceny bycia poetką. Między samotnością a poezją istniała dla niej naturalna łączność. Zdecydowała się na takie, a nie inne życie. Wyrzekła się bliskości, bo chciała pisać.
Żadnych plotek, Boże broń! Żadnej próby analizy tego, co autorka miała na myśli (niech się maturzyści sami męczą). Żadnych trudnych pytań („Bywam pytany o jej wady. O to, co mnie w niej irytuje. Myślę o niej z nieustannym zachwytem, więc niełatwo mi na takie pytania odpowiadać”).
Raczej opis zdarzeń (historia 15 lat sekretarzowania, przedstawiona chronologicznie), niż rozprawka. Panegiryk, nie biografia.
To nie zarzut, to stwierdzenie.

Nie przeczę przy tym, że w czasie lektury wpadłam w zachwyt przeczytawszy taki oto na przykład fragment:
Szymborska dostawała propozycje włączania się w przeróżne akcje, na przykład „sprzątanie świata”. Idea to słuszna i szlachetna, ale dlaczego miałaby się w nią angażować poetka? Ostatecznie odpisała bardzo uprzejmie i standardowo, choć pierwotna wersja odpowiedzi brzmiała: „Miotłę mam, ale używam jej tylko w celach komunikacyjnych”.
Ach, być tak nadzwyczajna jak Szymborska! – pomyślałam wówczas (i myślę tak nadal). Ten dowcip, ironia, umiejętność złapania balansu między Starszymi Panami a Monty Pythonem!

Nie mogę jednak nie dostrzec, że kilka dni po przeczytaniu ostatniego zdania w pamięci mam tak naprawdę niewiele.

Być może tak miało być. Być może na więcej nie pozwoliła lojalność Michała Rusinka (co zresztą przyjmuję z pełnym zrozumieniem). W efekcie wyszła jednak z tego całkiem zwyczajna książka.
O noblistce, która była poetką i jej sekretarzu.
Któremu udało się dzięki niej przeżyć rzeczy, które innym nawet się nie śnią, a potem to opisać. 

Michał Rusinek „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2016.

sobota, 12 grudnia 2015

J.Przybora "Listy z podróży", czyli w stulecie urodzin

100 lat temu urodził się Jeremi Przybora.

źródło zdjęcia
Gdybym miała wymienić kilka osób, które ukształtowały mnie literacko, jedno z czołowych miejsc z pewnością zająłby właśnie on. Lekkość pióra, absolutny brak potrzeby schlebiania czytelnikowi przy jednoczesnej wierze w jego inteligencję, genialne poczucie humoru.
Jeśli ktoś chciałby mnie uwieść, ma na to receptę: pisać tak jak Przybora.

Moja znajomość twórczości Jeremiego Przybory pozwala na postawienie wniosku, że był on bardzo daleki od angażowania się w politykę. Raczej nie komentował też bieżących zdarzeń.
Mimo to, w zbiorze „Listy z podróży”, znalazłam list, który znakomicie moim zdaniem komentuje obecną polską rzeczywistość.

List z postoju

"Późną porą nocną wyszliśmy z przyjacielem z imienin Krystyny. Imieniny odbywały się na postoju dorożek samochodowych, zebrała się tam już wcale spora grupka pasażerów. Widocznie okolica obfitowała w Krystyny. Natomiast w taksówki nie obfitowała. Nie było żadnej.
Dopiero po jakichś może dwudziestu minutach czekania nadjechało auto marki „Warszawa” z jarzącym się napisem TAXI. Kiedy samochód zatrzymywał się na postoju, przez opuszczoną szybę wysunęła się głowa kierowcy, który zawołał:
- Nie wsiadać!
Skonsternowani reflektanci na przewóz osobowy zamarli w oczekiwaniu. Auto stanęło wreszcie, wysiadł z niego przysadzisty kierowca i przeszedł wzdłuż kolejki.
- Unieważniam tę kolejkę – oświadczył po dokładnym zlustrowaniu swoich potencjalnych klientów.
- Ustawić się według wzrostu!
Posypały się protesty, ale kierowca odczekał je spokojnie i powtórzył:
- Unieważniam tę kolejkę! Według wzrostu ustawić się!
Godzina była późna jednak i wszystkim strasznie chciało się do domu. Tym bardziej że i stać długo po imieninach niełatwo.
Ustawiliśmy się tedy według wzrostu, nie wiedząc zresztą, od której strony będzie brał. Od wyższych czy – od niższych. Ale nie wziął w ogóle.
- Nie będę brał według wzrostu – oświadczył nie podając motywów. – Ustawić się według wieku. Tylko bez lipy! Każde z dowodem osobistym.
Panie jednak nie miały dowodów przy sobie, więc kierowca postanowił zupełnie zmienić konkurencję.
- Kto umie śpiewać „Kormorany”? – zapytał.
- Ja!...Ja!...Ja!...- odezwały się liczne głosy.
Tylko jeden pan wycofał się ze współzawodnictwa twierdząc, że jest niemuzykalny i ruszył przed siebie na piechotę.
Wszyscy pozostali chętni byli do śpiewu, widząc w tym jedyną szansę wydostania się z komunikacyjnej pustyni. My np. z przyjacielem odśpiewaliśmy „Kormorany” na dwa głosy, ale niestety mieliśmy luki w tekście. Inni soliści popełniali również błędy i nikt nie zakwalifikował się do finałów.
- Fałszujecie jak wszyscy diabli i słów nie umiecie! Teraz będziecie podskakiwać! Kto wyżej! – rozkazał kierowca, już trochę zniecierpliwiony.
Podskakiwaliśmy jednak też bardzo słabo. Nie tyle z braku chęci, ile – ze słabej kondycji. W dodatku wszyscy mniej więcej jednakowo. Kierowca był już wściekły i nadal jedyny w promieniu paru kilometrów.
- Kto ma wyższe wykształcenie?! – wrzasnął teraz napastliwie.
Wszyscy mieliśmy je oczywiście, ale nikt nie miał przy sobie dyplomu. Wtedy szofer zarządził bieg na przełaj za jego taksówką. Nie pobiegliśmy z przyjacielem, bo jeden z nas cierpi na lumbago, a drugi nie cierpi biegania. Grupka kłusujących za upragnionym pojazdem znikła nam wkrótce z oczu, a my ruszyliśmy zmęczonym krokiem w drogę powrotną.
Po pewnym czasie dotarliśmy do postoju, na którym z ulgą ujrzeliśmy sznur czekających taksówek. Ale – cóż to? Taksówki były puste, natomiast opodal, przed jakimś facetem, służalczo prężył się szpaler mężczyzn. W facecie owym poznaliśmy tego niemuzykalnego, który nie chciał śpiewać „Kormoranów”. Najwidoczniej był dotąd jedynym pasażerem w tej okolicy i właśnie ustawiał kierowców według wzrostu…” 

Jeremi Przybora „Listy z podróży”. Wydawnictwo Werset, Warszawa 1993.