Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 stycznia 2014

Baranek Bronek i krowa Matylda, czyli o czym naprawdę są książki o zwierzątkach

Kiedy nie miałam jeszcze własnych dzieci, nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, że bajki o zwierzątkach mogą być w rzeczywistości bajkami o dzieciach.

Odkąd mam własne dzieci, nie mam złudzeń.
Nie ma bajek o zwierzątkach. Są tylko alegoryczne bajki o potwornych, upiornych dzieciach, pisane przez ich rodziców, którzy w żaden inny sposób nie są w stanie odreagować traumatycznych przeżyć, jakie są ich udziałem każdego dnia. Rodzice owi występują w imieniu milczącego chóru innych rodziców, nieobdarzonych talentem literackim.


Jak się okazało, mam w domu - napisane przez dwie zupełnie różne osoby, zamieszkujące różne zakątki Europy - co najmniej dwie książki o Młodszym, występującym dla niepoznaki w przebraniu krowy (Matyldy) lub też baranka (Bronka). Oto dowody:

Od czasu, gdy Młodszy zaczął chodzić do przedszkola, wieczorne zasypianie nabrało w naszym domu zupełnie nowego znaczenia.
Uwielbiane przez panie przedszkolanki leżakowanie (nie, nie, dzieci nie leżakują, ależ skąd! one się tylko kładą grzecznie na materacykach!) skutkuje tym, że Młodszy (od urodzenia nie potrzebujący zbyt dużej ilości snu), o godzinie 22.00 jest rześki jak… baranek:


ewentualnie krowa:



Zaczyna wówczas robić tak:


a zaraz potem tak:

Kiedy nie pomaga, wybiera się na spacer:


Zazwyczaj do łazienki, gdzie nie zażywa jednak ciepłej kąpieli,


tylko robi siku. Raz. A potem jeszcze raz. I jeszcze raz. I na wszelki wypadek jeszcze raz.

Zawsze jednak kończy się to tak samo:


A kiedy, mniej więcej o północy, Młodszy wreszcie zasypia i Matce, już, już wydaje się, że i ona zaraz zaśnie, do akcji wkracza Starszy:


Co ciekawe, żadne z opisanych tu zdarzeń nigdy nie ma miejsca w czasie wakacji.
Może zdarzy się cud i w tym roku nadejdą one szybciej niż zwykle?

Rob Scotton „Baranek Bronek”, przełożył Jędrzej Polak. Vesper, Poznań 2010.
Alexander Steffensmeier „Krowa Matylda nie może zasnąć”, tłumaczyła Emilia Kledzik. Media Rodzina, Poznań 2013. 

niedziela, 19 maja 2013

B. Schlink "Coraz dalej od miłości", czyli nie jest łatwo


Plan był taki: w roku 2013 zacznę wreszcie znów czytać literaturę niemiecką, kto wie, może nawet w oryginale? Kuszą wszak zarówno Ania, jak i Agnieszka, a czekanie na polskie tłumaczenia niepokojąco przypomina niekiedy oczekiwanie na Godota.
Kiedyś (przed mitycznymi dwudziestoma laty) przeczytałam sporo niemieckiej klasyki, potem (gdzieś około 2000 roku) zdarzyło mi się sięgnąć po jakiś ówczesny niemiecki bestseller, który jednak okazał się niestrawny; następnie zapadła długa cisza. Wstyd, jak nic.

Niezaprzeczalnym plusem prowadzenia bloga jest dla mnie to, że zaczęłam się czytelniczo rozwijać. Na pewno rzadziej niż kiedyś sięgam po lektury przypadkowe (co wcale nie oznacza czytania tylko rzeczy poważnych i ambitnych), konieczność napisania posta zmusza mnie też do zastanowienia nad treścią tego, co przeczytałam, poszperania tu i ówdzie.
Minusem prowadzenia bloga jest to, że pożera czas. Czas, którego i bez niego mam mało, a który w innym przypadku mogłabym poświęcić choćby na lekturę.
Mamy więc oto maj, a ja obwieszczam światu: tadam! drodzy Państwo! właśnie przeczytałam pierwszą w tym roku książkę niemieckiego autora! W tym tempie, kto wie? może uda mi się do grudnia przeczytać jeszcze jakąś inną? Nie omieszkam się pochwalić.

źródło zdjęcia
O Bernhardzie Schlinku przed lekturą wiedziałam tyle, ile wyczytałam z okładki wypożyczonej książki. Teraz wiem znacznie więcej, choć ciągle niewiele. Zdumiewa mnie jednak to, że profesor prawa (aktualnie na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie), specjalizujący się w filozofii prawa i prawie publicznym, sędzia trybunału konstytucyjnego Nadrenii Północnej-Westfalii, jednocześnie zajmuje się działalnością literacką, osiągając w tym zakresie międzynarodowy sukces. I nie, nie chodzi tu o to, że prawnik a pisze po ludzku (choć to także może dziwić), a raczej o to, że nie jestem w stanie pojąć, w jaki sposób umiał pogodzić te dwie, a w zasadzie trzy sfery, gdyż zakładam że prowadzi jeszcze jakieś życie prywatne. W odróżnieniu ode mnie jest jednak mężczyzną, co być może stanowi klucz do rozwiązania zagadki.


„Coraz dalej od miłości” to zbiór siedmiu opowiadań, które po niemiecku ukazały się w roku 2000, pod typowo niemieckim tytułem (uwielbiam ich nieprzetłumaczalne rzeczowniki!) – „Liebesfluchten”. W tym samym roku ukazało się zresztą i pierwsze polskie wydanie, w innym niż teraz tłumaczeniu i pod innym tytułem. Jeśli sposób tłumaczenia tytułu („Miłosne ucieczki”) odzwierciedla sposób tłumaczenia całej książki, to zdecydowanie wolę obecną, mniej łopatologiczną wersję.

Ostatnio przez przypadek przeczytałam książki trzech całkowicie od siebie różnych autorów, które łączy to, że zostały napisane przez mężczyzn po sześćdziesiątce i sprawiają wrażenie rozrachunkowych.
John Updike i jego „Po kres czasu” wypadli źle. Nie byłam w stanie wczuć się w sposób myślenia autora, ani jakkolwiek przejąć rozterkami głównego bohatera.
Julian Barnes i „Poczucie kresu” (wygląda na to, że ciężko jest ułożyć polski tytuł dla tego rodzaju powieści z użyciem innych liter niż p, k, o, u, c, s, i, e, z, r) pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie. To uniwersalna opowieść między innymi o naszej subiektywnej pamięci/niepamięci i tym, jak bardzo sposób postrzegania świata zależy od detali.

Historie Schlinka opowiadają o ucieczkach lub próbie ucieczek. Od siebie samego i tego, o czym marzymy lub co zaprząta nasze myśli, ale i od innych, z którymi nam niewygodnie. Także od miłości, czymkolwiek by ona była. Można szukać w nich wymiaru uniwersalnego lub zwracać uwagę na „niemieckość” tematyki i kojarzony ze Schlinkiem wątek rozliczenia z historią, prawdą, pamięcią. Czymkolwiek by były.
Schlink pisze językiem dość prostym, oszczędnym (w końcu to prawnik), jednak bardzo wymownym. Dotyka istoty problemów, nie udając jednak, że zna jedyne słuszne ich rozwiązanie. Mimo tego, że moje doświadczenia historyczne i życiowe są różne od tych, które były jego udziałem, miałam wrażenie, że wypowiada (choć nie wprost) pytania, które od niedawna zaczęłam stawiać sama sobie.

W opowiadaniu „Tamten mężczyzna” (niemiecki „Der Andere” – „Inny”), które jak się dowiedziałam, zostało całkiem niedawno zekranizowane i gwiazdorsko obsadzone (w Polsce film można było obejrzeć pod tytułem „Niewinna”, co niestety nie rokuje dobrze), Schlink zastanawia się nad tym, czy możliwym w ogóle jest poznać drugą osobę, choćbyśmy przeżyli z nią pod jednym dachem i kilkadziesiąt lat. Podobnie jak w „Niebieskim” Kieślowskiego, po śmierci małżonka druga osoba dowiaduje się na jego temat rzeczy, które nie mieściły się jej w głowie, i które wywracają cały obraz dotychczasowego wspólnego życia.
„Nie znał krzykliwego głosu swojej żony. Nigdy nie spędził z nią dni i nocy w łóżku. Nie wsiadł z nią po prostu do samochodu albo do pociągu i nie odjechał. W pierwszej chwili ogarnęło go tylko zdumienie, potem poczuł się oszukany i okradziony; jego żona odebrała mu coś, co było jego własnością – a w każdym razie mu się należało – a tamten mężczyzna to ukradł. Poczuł zazdrość.”

Opowiadanie „Kobieta na stacji benzynowej” to z kolei historia o natarczywym śnie, który okazuje się nieziszczonym marzeniem. Także o tym, że czasem przychodzi postawić na przeciwnych szalach coś, co znamy i coś, o czym marzymy. I o tym, czym staje się małżeństwo po wielu latach wspólnego życia (bohaterowie tego opowiadania obchodzą srebrne gody).
„W ich małżeństwie wciąż się powtarzały rytuały i na tym właśnie opierała się jego trwałość. Czy wszystkie dobre małżeństwa nie utrzymują się tylko dzięki swoim rytuałom?
(…) Ani jej, ani jego praca nigdy nie stanowiła przeszkody we wzajemnych relacjach. (…) Wymagało to precyzyjnego, poddanego dyscyplinie organizowania czasu i zostawiało niewiele miejsca na spontaniczność; widzieli to, widzieli jednak również, że u ich przyjaciół spontaniczność w relacjach pojawiała się nie tam, gdzie rezerwowano więcej miejsca na przebywanie ze sobą, ale gdzie rezerwowano go mnie. Nie, swoje oparte na rytuałach życie ułożyli w sposób absolutnie rozsądny i zadowalający.”

Kto chce, znajdzie też u Schlinka odwołania do problemów relacji niemiecko-żydowskich (opowiadanie „Obrzezanie”), poruszenie kwestii rozliczeń z wojenną historią („Dziewczynka z jaszczurką”), czy wątki związane ze zjednoczeniem Niemiec („Zdrada”). Mam jednak wrażenie, że w tym akurat zbiorze Schlinkowi najlepiej wyszło mówienie o człowieku.

Bernhard Schlink „Coraz dalej od miłości”, przełożyła Marta Szafrańska-Brandt. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2010.