Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytaty dla prawników. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytaty dla prawników. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 września 2015

Marie Kondo radzi, czyli cytaty dla prawników

W tym tygodniu nie będzie „przekrojowego” posta – w moim roczniku „Przekroju” brakuje numeru datowanego na 12 września 1965r.
Zamiast tego, w odpowiedzi na żywe zainteresowanie złotymi myślami Marie Kondo, cytat dla prawników.

§

Kolejną rzeczą jaką warto wyrzucić są wyciągi z kart kredytowych. Jaki jest ich cel? Większość ludzi sprawdza w ten sposób, ile pieniędzy wydali w danym miesiącu. Kiedy już sprawdziłeś ich treść i zapisałeś wyniki z danego miesiąca, wyciąg spełnił swoje zadanie i powinieneś go wyrzucić. Uwierz mi. Nie musisz czuć się winny.
Czy są jakiekolwiek inne powody, dla których mógłbyś potrzebować wyciągów z kart kredytowych? Czy sądzisz, że możesz potrzebować ich podczas sprawy w sądzie, żeby udowodnić, ile pieniędzy zostało pobranych z konta? To się nie stanie, nie ma więc potrzeby gromadzenia tych wyciągów przez resztę życia. Tak samo postąp w przypadku potwierdzeń miesięcznych opłat. Podejmij ostateczną decyzję o ich wyrzuceniu.
Ze wszystkich moich klientów, którym najtrudniej było pozbyć się papierów, była para prawników. Pytali, co będzie, jeśli dokument będzie potrzebny w sądzie. Na początku robili nikłe postępy, ale na końcu bez problemu byli w stanie wyrzucić prawie wszystkie papiery. Jeżeli im się udało, to tobie też.

Drodzy prawnicy!

Macie wybór.

Możecie załamać się własną głupotą i zacząć czym prędzej wyrzucać wszystkie papiery, z biurek, szuflad, jak popadnie. Jeśli wykupiliście ubezpieczenie OC, za straty spowodowane przegraniem wszystkich prowadzonych przez was procesów zapłaci kto inny.

Możecie jednak także czym prędzej ruszyć do boju. Wystarczy odnaleźć polskich czytelników i wyznawców pani Kondo. Gdyby żyli w Japonii, być może nie daliby wam zarobić. W tym jednak kraju, jako ludzie zpapieronikąd, prędzej czy później będą potrzebowali waszej pomocy. 

wtorek, 31 marca 2015

M.Ostrowski "Teatr sprawiedliwości: aktorzy i kulisy", czyli brawo, bis!

„(…) Witold Wołodkiewicz, specjalista prawa rzymskiego, objaśniając filozoficzne znaczenie aequitas, słusznej sprawiedliwości, pisał: „Potrafi ona kojarzyć niezbędny formalizm prawa z zastosowaniem dobra.”
Stosowanie dobra – często poprzez interpretację przepisu – wymaga doświadczenia. Trudno zgodzić się z systemem, kiedy sędzia – jak w Polsce – zaczyna wyrokować, mając 29 lat. Za mało wie i za mało widział poza uniwersytetem i szkołą sędziowską (życie dzięki stypendium i pod kloszem). Kto sam nie doznał nigdy rażącej niesprawiedliwości, kogo nie przeczołgał kafkowski formalizm („przykro mi, taka jest procedura”) – nie będzie dobrym sędzią. Salomonowej mądrości bożej nie nauczy się w szkole. Poza tym jej absolwent nie ma odpowiedniej pozycji społecznej ani – co tu kryć – majątkowej, dającej niezależność.
A ma to być ktoś wyjątkowy: sprawiedliwy, nieprzekupny, nieposzlakowany. To ostoja obywatelskich nadziei, że w razie nieszczęścia jest się do kogo zwrócić. Są tacy sędziowie, sędziowie z powołania. Ale są i inni. Oto przykład. Adwokat ma przekonujący dowód, że kobieta, nigdy nie karana, trafiła do aresztu bezzasadnie. Łapie sędziego na korytarzu, ale jest piątek i słyszy w odpowiedzi: - „Proszę przyjść w przyszłym tygodniu.” Takich oskarża się o bezduszność, rozleniwienie i beztroski bałagan.

Gdybym przeczytała ten fragment piętnaście (a może nawet dziesięć) lat temu, z pewnością strasznie bym się obruszyła. Człowiek w wieku „przed trzydziestką” traktuje siebie bardzo poważnie.
Kiedy czytam go dzisiaj, kiwam głową. Przez ostatnie piętnaście (a może i dziesięć) lat zbyt dużo przeżyłam i zrozumiałam. Za dużo spraw, które zakończyłam dziesięć lat temu, dziś rozegrałabym całkiem inaczej.


Gdyby Marek Ostrowski napisał swoją książkę jako dwudziestoparolatek, tuż po zdanym egzaminie sędziowskim, raczej nie stworzyłby porywającego dzieła. Ponieważ jednak odczekał dobrych parę lat, mogłam się efektami jego pracy zachwycić.

W Polsce brakuje osób, które potrafią dobrze pisać o prawie, zwłaszcza tym, które z angielska nazywane jest „law in action”, a którego nie uczą na uniwersytetach. Mimo że rynek książek prawniczych jest bardzo bogaty, niemal nie sposób znaleźć wśród nich pozycji, które spełniają jednocześnie kilka podstawowych warunków: są napisane ładnym, przystępnym językiem, są merytorycznie poprawne oraz stawiają właściwe pytania, podejmując próby (i cóż, że czasem z góry skazane na niepowodzenie) znalezienia dobrych na nie odpowiedzi. Potencjalnych autorów takich książek trudno znaleźć wśród praktykujących prawników – większość z nich po pierwsze błyskawicznie i na wskroś przesiąka prawniczą nowomową, zatracając umiejętność posługiwania się przystępną polszczyzną, zaś po drugie, ma problem, by z dystansu spojrzeć na świat, w którym funkcjonuje na co dzień, a który wcale nie jest jedynym światem na ziemi.

Także wśród dziennikarzy zajmujących się prawem brak jest gwiazd (w dobrym tego słowa znaczeniu). Nie jest sztuką pójść na salę sądową, na której właśnie odbywa się ogłoszenie wyroku w głośnej, medialnej sprawie i wyjść z niej tuż po odczytaniu sentencji, a przed wysłuchaniem ustnych motywów orzeczenia po to, by nadać gorączkową relację („jako pierwsi o tym poinformowaliśmy!”), z której nie wynika nic poza gonieniem za sensacją. Prawdziwą sztuką jest zrozumienie tego, czego było się świadkiem, dostrzeżenie szeregu niuansów, zwrócenie uwagi na rzeczy pozornie nieistotne i przełożenie tego na zrozumiały dla ogółu język. Do tego trzeba jednak pokory, cierpliwości, mądrości i wiedzy. Cechy te nie są jednak częste – tak wśród dziennikarzy, jak i prawników.

We wstępie do swojej książki Marek Ostrowski pisze:
Nie pisałem oczywiście podręcznika, chciałem raczej postawić pytania. Dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej i co warto by zmienić? Zwykle trzeba dać ludziom więcej swobody i samodzielności, mogą w tym teatrze odegrać mądrzejsze role. Zebrałem przykłady z Polski, ale że pracowałem też jako korespondent zagraniczny, jest tu i mieszanka spraw z Ameryki, Francji i Anglii. Porównania są ryzykowne, ale i pouczające, zwykle dotyczą różnic w czymś, co nazwałbym filozofią czerwonego światła. W Paryżu, jeśli nie jadą samochody, piesi nie czekają na zielone i żadnemu żandarmowi nie przyjdzie do głowy żołądkować się w tej sprawie. W Warszawie policjant nie odmówi sobie przyjemności strofowania, a nawet ukarania obywatela, choćby ten żadnego zagrożenia nie stworzył. Dlaczego tak? Mam nadzieję, że czytelnika to zainteresuje.”

Największą zaletą "Teatru sprawiedliwości" są właśnie porównania. Siedząc na co dzień wyłącznie w polskim świecie miewałam niekiedy (zwłaszcza ostatnio) wrażenie, że oto sięgamy dna. Po tej lekturze ponownie widzę jednak wszystko we właściwych proporcjach – ludzie we wszystkich krajach są tacy sami, nasze problemy już wiele lat wcześniej rozwiązywali inni. Może nie jest to zbyt optymistyczne, ale na pewno skutecznie leczy z pokusy ustawienia się na pozycji ostatniego sprawiedliwego, który będzie walczył do upadłego, niczym błędny rycerz.
Przykładowo, odwołując się do sytuacji, jaka miała miejsce w amerykańskim mieście Cleveland w roku 1919, autor przywołuje konstatacje dwóch ówczesnych amerykańskich prawników – Roscoe Pounda i Felixa Frankfurtera:
Każdy prawnik i każdy dziennikarz wie, że ławy przysięgłych z niezwykłą łatwością poddają się atmosferze wytworzonej przez środowisko. To prasa w dużym stopniu kreuje tę atmosferę. Społeczna wrogość lub sympatia do oskarżonego może zasadniczo wpłynąć na wynik procesu (…). Nastawienie i treść codziennych wiadomości stają się najmocarniejszym budulcem opinii społecznej”.

W kilku rozdziałach, zatytułowanych niekiedy bardzo chwytliwie, choć zarazem (niestety) adekwatnie, autor skupia się przede wszystkim na sądach i sędziach (głównie tych orzekających w sprawach karnych) – jako obsadzających główne role w teatrze sprawiedliwości. Nie brak jednak także dywagacji na temat prokuratorów i adwokatów. Ostrowski wystrzega się przy tym agresji – choć niekiedy bezlitośnie obnaża prawniczą głupotę (nazwaną przez niego dosadnie „kretynizmem prawniczym”), czyni to w sposób rzeczowy i kulturalny. Jego uwagi są ponadto niezwykle trafne, pewnie dlatego, że są wynikiem czynionych przez wiele lat przemyśleń i szeregu różnorodnych obserwacji. Nie sposób także przypisać mu stronniczości – gdy w jednym miejscu zdaje się przychylać do opinii wyrażanych przez tzw. środowisko sędziowskie (pisząc na przykład, co osobiście przyjęłam ze złośliwą satysfakcją, że „to żenujące, że minister sprawiedliwości w ogóle wydaje rozporządzenia sprzeczne z konstytucją”), niemal za chwilę potrafi wytknąć sędziom, że przy dokonywaniu wykładni obowiązujących przepisów „boją się odejść od gramatyki, nawet nie pytając, czy taka wykładnia pozwala w ogóle wydać sprawiedliwy wyrok!” Swoje spostrzeżenia bogato okrasza przy tym przykładami, zarówno z krajowego, jak i z zagranicznego podwórka.


Nie podoba mi się w tej książce tylko jedno: to, że została dołączona wyłącznie do części nakładu przedostatniego (nr 13/2015) numeru „Polityki”, a teraz można ją – zdaje się - kupić tylko w internetowym sklepie „Polityki”.
Szkoda, bo powinna być to lektura obowiązkowa zarówno dla zatrudnionego w teatrze polskiej sprawiedliwości aktora, który chciałby zagrać w nim rolę życia, jak i dla zwykłego widza, kierowanego ludzką chęcią zajrzenia za teatralne kulisy czy do garderoby aktorów.


Marek Ostrowski „Teatr sprawiedliwości: aktorzy i kulisy”. Biblioteka „Polityki”, Warszawa 2015.

środa, 2 lipca 2014

Krzywicka o typach sędziów, czyli cytaty dla prawników

Gdy czytałam reportaże sądowe Ireny Krzywickiej, zebrane w zbiorze „Sąd idzie”, towarzyszyły mi różne uczucia. Najczęściej zdumienie.
Że osoba niebędąca prawnikiem może być tak spostrzegawcza i tak umiejętnie wydobywać to, co istotne. Że taka osoba widzi często znacznie więcej niż ktoś, kto skupia się na literze prawa. Że mimo upływu lat, spora część poczynionych przez autorkę obserwacji jest nadal tak aktualna. 

„Wydaje mi się, że istnieją trzy zasadnicze typy sędziów grodzkich.
Sędzia-urzędnik – przeważnie młody człowiek, który tę funkcję uważa za pierwszy etap swojej kariery. Nie przejmuje się, nie wsłuchuje się zbytnio, śpieszy się. Jest dokładny, sumienny i choć sumaryczny, niczym jednak nie rażący, prawie automat, ale automat działający sprawnie.
Typ drugi: sędzia-sadysta. Tacy są prawie w każdym fachu, wymagającym zetknięcia z ludźmi, niesprawiedliwe więc byłoby obarczanie odpowiedzialnością za nich zawodu sędziowskiego. Bywają sadyści-nauczyciele, wojskowi, majstrzy, biuraliści, słowem różni. Sędzia-sadysta tym się wyróżnia od innych, że upaja się legalnością. Wszystko, co postanowi, jest przecież z góry przewidziane w kodeksie, wszystko ma sankcję prawną. Wolno mu, wolno, robi to, co mu wolno, a tym, co stoją za stołem – nie wolno. To go wprowadza w stan narkotycznego oszołomienia. Drobne torturki, jakie zadaje, to ostatecznie nic ważnego, jego szyderstwa, gromy nie są w gruncie rzeczy groźne, a jeżeli jaka nędzarka ugnie się pod ciężarem dziesięciu złotych grzywny, któż by mu robił zarzut z powodu tak śmiesznej sumy? To są sadyści w miniaturowym, kieszonkowym wydaniu. Ale oni awansują. Tak, niestety, awansują.
Czemu natomiast nie awansował ten oto starszy, już dobrze starszy sędzia, wysoki i zgarbiony, siwiejący, o smutnych, jakby załzawionych oczach? Z każdego jego ruchu wyziera dobroć jak kwiatek z pączka. To jest ten trzeci typ, bo i taki bywa. Z ust jego gęsto pada słowo „uniewinnić”, a jeżeli wymierza kary i grzywny, to z takim wahaniem, z takim bólem i wstrętem, że większe współczucie ogarnia dla niego niż dla skazanego.
Ach, jest podobno i czwarty typ: sędzia-głupiec. Tak słyszałam. Nadęty i senny, siedzi i nad niczym się nie zastanawia, nic go nie obchodzi, wyrokuje, jak popadnie, i namaszczonym tonem, wkładając biret, powiada: „sąd udaje się na naradę”, i samotny, nie zrozumiany i nie rozumiejący, wychodzi z sali. Ale, oczywiście, na własne oczy nigdy takiego sędziego nie widziałam.”      

niedziela, 13 kwietnia 2014

Czy dziś w przewodzie sądowym coś się odbija, czyli jak leczyć tę zgagę

W wydanej w roku 1926 książce Eugeniusza Śmiarowskiego „Mowy obrończe”, zawierającej wybór autentycznych, wygłoszonych na salach rozpraw w latach dwudziestych minionego wieku, mów obrońców – adwokatów, w przedmowie autor napisał tak:

źródło zdjęcia: allegro
  
W sali sądowej odbija się zawsze życie epoki, z jego zagadnieniami, z jego konfliktami, z jego obliczem społecznem i moralnem; odbija się w przewodzie sądowym, w wyrokach, wreszcie w przemówieniach stron, czy to oskarżycieli czy obrońców. Trybuna sądowa ma jeszcze to do siebie, że pozwala ujmować zagadnienia stawiane przez życie w oderwaniu od ich charakteru aktualnego, nie pod kątem nastrojów doraźnych i namiętności przejściowych, a pod kątem nieprzemijających prawd, które winne kierować życiem publicznem. Stwierdzanie i utrwalanie tych prawd jest przedewszystkiem zadaniem sądów, których wyroki, poza rozstrzygnięciem zagadnień jednostkowych, winny zawierać zawsze wskazania zasadnicze, mogące stać się czynnikiem wychowawczym dla społeczeństwa. Obrońca jest szczęśliwy, jeżeli mu jest dane być czasem współuczestnikiem, czasem inicjatorem tej twórczej pracy sądu.

W kwietniu 1971 roku w magazynie „Ty i ja” opublikowano bardzo długi (mierząc dzisiejszą miarą) zapis rozmowy Aleksandra Ziemnego z adwokatem Tadeuszem de Virion, zaliczanym do tuzów ówczesnej warszawskiej palestry.
De Virion mówił wówczas:
„(…) światło pada na fakty z rozmaitych stron. I co ważniejsze, zawsze, w życiu każdego, najgorszego bodaj potępieńca istnieje dodatkowa warstwa realiów (schowanych najczęściej pod grubą pokrywą), które choć nie tłumaczą wyrządzonego przezeń zła, zmniejszyć mogą ciężar jego winy. Ukazanie tej dodatkowej warstwy oraz znalezienie pewnego szczególnego kąta spojrzenia na osobę podsądnego – jest właśnie chwalebnym zadaniem adwokata. Dlatego jasny, nie pozostawiający wątpliwości materiał dowodowy nie musi bynajmniej niweczyć przekonania obrońcy o potrzebie obrony. Na odwrót, pobudza i daje pole jego ambicji zawodowej.

(…) Niektórzy myślą, że my, adwokaci, specjalizujemy się w przebijaniu jednego paragrafu drugim, tak jak dziesiątkę przebija się waletem. Nieważne, że to krzywdzące; jest to w zasadzie nieprawda. Czy wierzy pan w to, że obrona stara się za wszelką cenę oczyścić człowieka z wszelkich plam, aby wyszedł on z sądu, niby z pralni chemicznej? (…) Dzisiejszy adwokat musi nieraz przeciwstawiać się amatorskiej linii obrony, jaką obmyślił sobie jego klient. Dla przykładu – kiedy defraudant przybiera pozę człowieka czynu, omal że bohatera świata interesów. Co się tyczy złodziei przy biurkach, to sceny skruchy z ich strony rzadko ogląda się na sali sądowej. Oszustwo kompromituje człowieka tylko formalnie, jest on spalony dla jednego, drugiego, piątego biura kadr. Ale w oczach własnych, rodziny i towarzystwa uchodzi za faceta łebskiego, co dzień nowa idea! Potknął się i wpadł w dołek, na drugi raz będzie wiedział jak go omijać.
Bardzo trudna (...) jest obrona takich ludzi. A przecież konieczna! Najpierw jednak trzeba z mozołem oczyszczać przedpole, wbijać w świadomość oskarżonego, że brak poczucia infamii obraca się przeciwko niemu samemu. Trzeba pokazać go w świetle innym, niżby sobie tego życzył. (…) Bronimy ich bez upodobania, zapewne, ale z przekonaniem. Nie ma tu sprzeczności. Chodzi o utrzymanie związku podsądnego ze społeczeństwem, o uniknięcie przedwczesnego skreślenia go lub zawieszenia w normalnych prawach obywatelskich. Od precyzji wyroku zależy więcej niż zwykło się przypuszczać; dobry adwokat wie o tym i dlatego chce mieć pełne uczestnictwo w rozważnej pracy ustawiania i przemieszczania ciężarków na szalach sprawiedliwości.”

Od szeregu już lat przez moje ręce przechodzą młodzi adepci kilku różnych zawodów prawniczych - przyszli adwokaci, sędziowie, radcowie prawni, prokuratorzy. Tylko niektórzy łączą swoją przyszłą pracę z etosem i etyką, część chce po prostu zarabiać. Najlepiej dobrze, najlepiej jak najszybciej. Często wzorują się na swoich patronach, czasem podpatrują, co najlepiej sprzedaje się w mediach. Niektórzy nie mają żadnych zainteresowań, pasji. Nie czytają, mają braki w podstawowej wiedzy ogólnej, nie widzą przy tym potrzeby ich nadrobienia – uważają to za niepotrzebną stratę czasu. Nie mają oporów moralnych, bez trudu przychodzi im zacieranie granic pomiędzy tym co dobre, a tym co złe.

Jakżeż zarówno oni, jak i część z tych, którzy już wykonują wszystkie wyżej wymienione zawody, różnią się od tych, o których pisał Ziemny: „Połączenie różnych zamiłowań, oplatających pasję główną, osobistą i zawodową – nie było wśród wybitnych adwokatów rzadkością. Prawnik Śmiarowski był z wykształcenia również filozofem, oprócz tego uprawiał z powodzeniem literaturę i pianistykę. (…) Uważali swój zawód za sztukę, otwartą dla opinii publicznej; co ambitniejsi dopracowywali się własnych użytkowych poglądów socjalnych, ba, historiozofii; z osobistego wyboru i upodobania bywali sądowymi dramatis personae.”

Praktykujący pół wieku po Śmiarowskim de Virion mówił tak:
rzecz w tym, żeby do społeczeństwa, do ludzi sprawujących władzę docierały możliwie szerokim nurtem sprawy dziejące się w sądzie i wokół sądu. Z oczywistym pożytkiem dla wielu działań publicznych. Obserwacja pracy sądu pozwala na wczesne rozpoznanie nie tylko skrzywień, anomalii, ale i normalnych zwrotów świadomości zbiorowej. Nie chcemy, nie możemy jako adwokaci pełnić wyłącznie funkcji służbowo-pragmatycznych; jeżeli mówię, że jest to zawód otwarty na społeczeństwo, to myślę o przekazie żywych, konkretnych treści i z góry wykluczam hałaśliwość.

Szkoda, że po ponad czterdziestu latach od wypowiedzenia tych słów, ciągle za mało osób je usłyszało.

Eugeniusz Śmiarowski „Mowy obrończe (1920-1925)”. Wydano w cyklu „Biblioteka prawnicza i sądowa” M. Borkowski, Warszawa 1926. 
„Obrońca” z Tadeuszem de Virion rozmawia Aleksander Ziemny. „Ty i Ja” nr 4 (132), kwiecień 1971. 

niedziela, 10 marca 2013

M. Szejnert "Ozdobić życie", czyli cytaty dla prawników

Po śmierci 2,5-letniej Dominiki szykują zmiany w prawie!
W 2014 roku polskie więzienia zaczną opuszczać mordercy, których przed 1989 roku skazano na karę śmierci, a potem zamieniono ją na 25 lat więzienia. Są wśród nich tacy, którzy zapowiadają, że po wyjściu na wolność nadal będą zabijać. Zmiany w Kodeksie karnym i ustawach o zdrowiu psychicznym mają sprawić, że groźni wielokrotni przestępcy po odbyciu wyroku nie będą wychodzić na wolność”.

To parę doniesień medialnych z ostatnich dni.
A z wcześniejszych, o nieco mniejszym kalibrze?


Liczba mediacji prowadzonych przez opolską prokuraturę pozostaje na dramatycznie niskim poziomie. W zeszłym roku było ich tylko siedem, z czego sześć zakończyło się ugodą. Rok wcześniej było ich sześć i tylko w przypadku dwóch doszło do porozumienia. Warto dodać, że w zeszłym roku opolska prokuratura prowadziła prawie 30 tysięcy spraw” – donosiło w październiku ubiegłego roku Radio Opole.

§
Wiara w to, że wszystko da się unormować przy pomocy przepisów i paragrafów ma się dobrze. Kto wie, może niedługo powstanie w naszym kraju Kościół Świętego Paragrafa? Stawiam na to, że liczba wyznawców w krótkim czasie osiągnie wynik co najmniej sześciocyfrowy.

Podpadłeś, krzywo spojrzałeś, o ty taki i owaki! Do sądu cię podam! Nie będziesz mi tu podskakiwał!
Sąd wydał wyrok nie po mojej myśli? O nie! Do Strasburga pójdę, tak, do Strasburga! I wygram!!!

Kobieta lat 50. Pracowała przez 10 lat u tego samego pracodawcy, w małej rodzinnej firmie. Tylko ona, on i jego córka. Wszystko było dobrze do momentu, w którym ona stwierdziła, że chce pójść "na swoje". Już, zaraz, teraz. On zgodził się, ale po upływie zwykłego okresu wypowiedzenia. Ona nie chciała czekać. Znalazła pretekst. Dostała pensję jedenastego, a nie dziesiątego. Bo dziesiątego pracodawca nie zdążył wrócić z terenu przed zamknięciem zakładu. Dwunastego przyniosła pismo o natychmiastowym rozwiązaniu umowy z winy pracodawcy z powodu ciężkiego naruszenia jego podstawowych obowiązków, polegającego na opóźnieniu w wypłacie wynagrodzenia.
Kiedy już postawiła na swoim, postanowiła jeszcze zarobić. Złożyła w sądzie pozew o odszkodowanie. Z paragrafu wynika, że jej przysługuje.

Ona i on. Małżeństwo po rozwodzie. Staż w związku był ponad dwudziestoletni. Majątek typowy, ale trzeba podzielić. Proces toczy się już czwarty rok. Kością niezgody jest m.in. figurka strzelca z pieskiem. Z miśnieńskiej porcelany. Żadne nie ustąpi.


Małgorzata Szejnert w wydanym ostatnio zbiorze reportaży z PRL-u „My, właściciele Teksasu” zamieściła i taki oto, pochodzący z roku 1975 a dotyczący jedynej w swoim rodzaju willi, stojącej w Łodzi przy ulicy Krakowskiej, dziele rąk własnych pana K. Wieżyczki, tarasy wyłożone mozaikowymi wzorami, balustrady o białych balaskach (1460 tralek), złocenia, ozdobne klamki z mosiądzu, w garażu obraz przedstawiający jelenia z wieńcem, obok domu oranżeria.
W gazecie pojawił się krótki tekst zatytułowany „Cudowna willa”, który „był podpisany przez znanego w Łodzi artystę plastyka K. (...) Informował on, że Willa jest kiczem najgorszego rodzaju i że – jak podają przygodni informatorzy – zbudowana została za amerykański spadek i według amerykańskich projektów. Proponował redaktorowi „Dziennika”, by wybrał się na Krakowską: „... radzę z dobrego serca, niech Pan weźmie ze sobą dobrego chirurga z igłą i nićmi i jeszcze lepszego mechanika z nitkami, aparatem spawalniczym i drutem. Chirurga, aby, gdy Pan na widok Willi pęknie ze śmiechu, zaraz Pana zeszył, a mechanika po to, aby rozpękniętą z wesołości warszawę zanitował, pościągał drutem i pospawał w miejscach bardziej rozdziawionych.”
(...)
Po tej historii pan K. ochronił siatką stratowany trawnik publiczny przy swojej ulicy i ustawił na nim tabliczkę: Nie deptać trawników, szanuj zieleń! Sprawę zaś wniósł do sądu. Notatka drugiego pana K. – argumentował – „podrywa moją opinię, szkaluje mnie i polską sztukę oraz polskie pomysły architektoniczne, a ponadto stawia mnie pod bardzo ciężkimi zarzutami czerpania funduszów zagranicznych”.
I wygrał. Sąd uznał, że zdrowa różnica poglądów nie może prowadzić do szkodliwych społecznie szyderstw publicznych, i skazał szydercę na dwa miesiące aresztu z zawieszeniem na dwa lata.
Po upływie tego terminu w salonie plastyków przy ulicy Piotrkowskiej otwarto odwetową wystawę prac przegranej strony.
Pan K. opowiada:
- Na pierwszym rysunku był dom w rodzaju mojego, ale zamiast wieżyczki moja fizjonomia, z takimi nozdrzami, z takimi zębami, taka przerażająco zrobiona. Na drugim znowuż była fontanna ogrodowa, przy której wyrzeźbiłem syrenkę, ślimaka i raka, a trochę dalej lwa, grotę i skały z cementu. Pod fontanną leży moja żona, tak złośliwie ujęta, pani wybaczy, taka gruba i niech się pani nie gniewa, pupa taka wypięta. W jedną połowę sroka dziobie, drugą ja całuję. Na trzecim rysunku była willa namalowana jak kobieta albo kobieta jak willa, tu wcięta, tam naddana, ja się do niej przytulam i wołam – moja najukochańsza willo!”

I jaki z tego morał?
Możesz iść ze wszystkim do sądu, możesz nawet wygrać. Pytanie, czy zyskasz? Niekoniecznie. Od roku 1975 nic się w tym zakresie nie zmieniło.
Jak dla mnie, lepiej pomyśleć zanim, powściągnąć emocje, dać na luz, spróbować się dogadać, choćby kosztem ustępstw, oszczędzając jednak nerwy swoje i innych. Ale co ja się tam znam...

Małgorzata Szejnert reportaż "Ozdobić życie" ze zbioru "My, właściciele Teksasu. Reportaże z PRL-u". Wydawnictwo Znak, Kraków 2013.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Cytaty dla prawników, czyli jeszcze o "Ryszardzie III"


Każdy, bez wyjątku, ma swojego Hyde’a. U Ryszarda III był on wyjątkowo silny, zdominował biednego Jekylla. U mnie nie jest aż tak źle, ale Hyde istnieje, i owszem.
Aby więc nie ukrywać całokształtu swej natury, pozwoliłam mu dojść do głosu.
Proszę zapamiętać, jeśli wpisy na blogu będą opatrzone etykietą „cytaty dla prawników”, strzeżcie się!

§


Ostatnio przeczytałam tu (do artykułu źródłowego nie odsyłam, bo w sieci za darmo jest już dostępny tylko w wersji okrojonej), że powstał pomysł, aby do polskich sądów wprowadzić przysięgę na Biblię. Że niby wszyscy tak strasznie w sądach kłamią, niczego się nie boją, a stosowane obecnie przyrzeczenie jest „be”, a poza tym było wprowadzone w poprzednim ustroju i przecież Polska katolicka, więc będzie super.
Na ten temat merytorycznie mogłabym mówić godzinami. Materiału poglądowego zgromadziłam dostatecznie dużo – gdybym chciała kiedyś doktorat z psychosocjologii, względnie psychologii, to dostałabym go awansem, z habilitacją na dokładkę.
Ale nie chcę żadnego doktoratu. Nie będę też o tym merytorycznie pisać tutaj, bo ciągle jeszcze panuję nad Hyde’m. A poza tym nie jest to jeden z licznych blogów prawniczych (czy ktoś zaglądał? Kto w ogóle czyta takie nudziarstwo?).

Łatwiej byłoby mi, gdyby ten pomysł powstał w głowach jakiegoś laika lub choćby młodego naukowca. Wtedy mogłabym skwitować temat prostym: „naoglądali się amerykańskich filmów” lub też „phi, odezwali się, teoretycy z mlekiem pod nosem” (z pogardliwym przeciągnięciem na słowie „teoretycy”).
Ale tu się nie da, bo państwo Zarychta (ojciec i córka, jak sądzę) mocno utytułowani i czynni zawodowo.

I byłabym uwiędła, gdyby nie Szekspir.
Wszystkim szukającym cudownych receptur na uzdrowienie ludzkości w przysięgach, Bibliach i groźnych minach, polecam lekturę „Ryszarda III”, akt pierwszy, scena czwarta. To dialog dwóch morderców, tuż przez realizacją zleconego im zadania ukatrupienia brata tytułowego Ryśka.
Oddajmy głos Drugiemu Mordercy.
„(…) sumienie robi z człowieka tchórza. Człowiek nie może spokojnie ukraść, żeby nie zaczęło go oskarżać; człowiek nie może zakląć, żeby go nie zrugało; człowiek nie może pójść do łóżka z żoną bliźniego swego, żeby sumienie tego nie wykryło. Tu duch wiecznie czerwony ze wstydu i wiecznie wykrzykujący nam w środku jakieś protesty albo ustawiający przeszkody. Zdarzyło mi się raz pod jego wpływem oddać sakiewkę ze złotem, którą przypadkiem znalazłem. Sumienie doprowadzi do nędzy każdego, kto je zachowa; ludzie wykurzają je z miast i osad jak najgorszą zarazę; kto chce żyć wygodnie i dostatnio, stara się ufać tylko sobie samemu i żyć bez niego.”

I jeszcze, choć niechronologicznie:
Drugi Morderca: Powiedziałeś „Sąd” i zaraz poczułem coś jakby wyrzuty sumienia”
Pierwszy Morderca: Co, strach cię obleciał?
Drugi Morderca: Nie strach przed samym zabiciem gościa – bo mamy nakaz – ale strach przed potępieniem za zabójstwo. Przed tym żaden nakaz nie obroni.
Pierwszy Morderca: Myślałem, że wiesz, czego chcesz.
Drugi Morderca: Wiem, czego chcę – zostawić go przy życiu. (…) Mam nadzieję, że mi ten napad świątobliwej litości zaraz przejdzie. Takie rzeczy zwykle mijają, zanim doliczę do dwudziestu.
Pierwszy Morderca: No i co? Już lepiej?
Drugi Morderca: Jakieś resztki sumienia wciąż się we mnie odzywają.
Pierwszy Morderca: Pamiętaj: po robocie odbieramy wypłatę.
Drugi Morderca: Tam do licha, gość ginie! Zapomniałem, że nam płacą.”

Czytajcie Szekspira, drodzy prawnicy, to więcej zrozumiecie. I od Biblii się odpimpajcie. Nawet jak będzie miała złote litery na okładce.