Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 listopada 2018

M.Szczygielski "Leo i czerwony automat", czyli o tym co się dzieje w naszym Mieście


W moim Mieście domy są jasne i wysokie, a ulice szerokie i czyste. Rosną przy nich drzewa, które wiosną i latem zielenią się nad chodnikami, jesienią zaś zasypują je czerwonymi, żółtymi i brązowymi liśćmi. Nad ulicami przebiegają estakady kolejki, którą bardzo szybko można przejechać z jednej dzielnicy do drugiej. Wagony kolejki raz mkną nad ulicami, a za chwilę zjeżdżają do tuneli wydrążonych pod ziemią i suną w ciemności.
Są u nas place i skwery oraz stawy, jeziora i parki – całe mnóstwo! (…)
W Mieście są centra handlowe, biura szkoły i przedszkola. Kina, teatry, sklepy, urzędy. Wielkie szklane wieżowce i małe drewniane domki. Jest też uniwersytet, ogród zoologiczny, wiele muzeów, galerii – no, słowem, wszystko. (…)
Moje Miasto jest ogromne. Żyje w nim mnóstwo osób.
Kiedy mieszka się w takim Mieście, bardzo łatwo zapomnieć, że istnieje na świecie jeszcze coś poza nim.

Marcin Szczygielski, pisząc swoją najnowszą książkę „Leo i czerwony automat”, chciał uniknąć prostych skojarzeń. Dlatego też akcję tej powieści umieścił w Mieście bez nazwy, zaś jej bohaterom nadał imiona niekojarzące się z żadnym konkretnym krajem czy narodem. Leo, Timur, Fred, Anna – faktycznie, to mieszanka kosmopolityczna.
Mimo to dzisiaj i wczoraj, w dniach, w których wszyscy Polacy powinni być jak jedna, zgodnie machająca biało-czerwonymi flagami rodzina, która na te dwa dni zapomniała, że na świecie istnieje jeszcze coś poza nią, zamiast pisać tu o patriotycznych książeczkach dla dzieci lub dorosłych, pomyślałam właśnie o tej książce.

Szczecin, 11.11.2018
źródło zdjęcia

Książce, która mi wydała się mroczna, przygnębiająca i upiornie prawdziwa. Czytający ją w tym samym czasie znajomy dziesięciolatek nie przejął się jednak specjalnie, uznając ją wyłącznie za tajemniczą.
Jego szczęście, a mój pech. Pech bycia dorosłą.

Miasto jest wspaniałe nie tylko z powodu pięknych domów, szerokich ulic, parków, fontann, pomników i mostów, ale ze względu na mieszkańców. Ludzie z Miasta są życzliwi i sympatyczni – oczywiście jedni bardziej, a inni mniej. Jednym powodzi się lepiej, drugim gorzej; jedni zajmują luksusowe apartamenty lub wille i jeżdżą drogimi autami, a inni mieszkają w małych mieszkankach i stać ich tylko na rower, ale wszystkich łączy życzliwość. Często uśmiechają się do siebie, starają się być grzeczni i pomocni. Oczywiście kłócą się niekiedy i awanturują, ale wiadomo, że prędzej czy później się pogodzą. Po prostu wszystkim w Mieście zależy, aby mieszkańcy mieli dobre życie – nie tylko oni sami, ale też ich sąsiedzi. Tak przynajmniej myślałem do niedawna.”

źródło zdjęcia

W czasie spotkania promującego tę książkę, jakie dwa tygodnie temu odbyło się w szczecińskiej kameralnej księgarni „Fika”, Marcin Szczygielski unikał zdradzania szczegółów fabuły. Fragment książki, który przeczytał w czasie tego spotkania, był humorystyczny, zwiastując – jakżeż mylnie! - raczej lekturę przyjemną niż przygnębiającą.

W czasie kolejnych spotkań z autorem organizowanych w innych miastach, na plan pierwszy – jak wnioskuję z internetowych relacji – wysunęła się poruszona w książce (jednak tylko jako jedna z wielu) kwestia pojawiania się na świecie dzieci, które poczęły się wskutek udanego zabiegu zapłodnienia in vitro. Istotnie, trudno ten wątek pominąć, skoro główny bohater powieści, Leo, przyszedł na świat osiem lat po śmierci swojego ojca.

„Byłem zadowolony, że powstałem w laboratorium, niczym jakiś superbohater z komiksu. To w końcu coś wyjątkowego, a bardzo fajnie myśleć o sobie, że jest się choć trochę wyjątkowym.
Dopiero kiedy poszedłem do szkoły, przekonałem się, że niektórzy uważają takie dzieci jak ja za coś dziwacznego lub wręcz nienormalnego. Bardziej mnie to jednak zaskoczyło niż sprawiło mi przykrość. Bo co to komu przeszkadza, skąd i w jaki sposób się wziąłem? Grunt, że jestem fajny! (…) Mam poczucie humoru, dobrze się uczę, szybko biegam, pomagam mamie, mam wielu kolegów.”

Och, gdybyż „Leo i czerwony automat” była po prostu książką o in vitro! Byłabym naprawdę zachwycona. Z pewnością wówczas nie czytałabym jej z coraz bardziej ściśniętym gardłem, przygnębiona narastającą mroczną atmosferą, z pogłębiającym się przekonaniem, że ukryję ją przed Młodszym, z myślą o którym ją kupiłam (Autor wpisał mu nawet stosowną dedykację).

Bo w moim odbiorze to przede wszystkim książka o nienawiści. Czerwonej jak tytułowy automat. Jak race odpalone podczas wczorajszych marszów. Jak połowa polskiej flagi. Flagi kraju podzielonego również w dniu święta, które powinno łączyć.

Warszawa, 11.11.2018
źródło zdjęcia

„Kiedy to wszystko zaczęło się zmieniać? Miesiąc, dwa miesiące temu? Pół roku? Może rok? Nie wiem. Uświadomiłem sobie na przykład, że dawno już nie widziałem, aby ktoś obcy uśmiechnął się do mnie na ulicy czy w sklepie. Gdy podróżuję kolejką, prawie nie słyszę rozmów – wszyscy siedzą w fotelach ze wzrokiem wbitym w podłogę lub przesuwający się za oknem krajobraz. Na słupach z plakatami jest od pewnego czasu znacznie więcej słów niż rysunków, a w telewizji częściej mówią, niż śpiewają. Ale może tylko mi się wydaje?”

Uchwycenie momentu, w którym TO się zaczyna, nie jest możliwe. Bo to nadchodzi zazwyczaj niepostrzeżenie. A może to my jesteśmy niewystarczająco czujni?

Nie będzie dobrze, bo to jest jak zaraza. Jak zaraza! Roznosi się w powietrzu, przechodzi z człowieka na człowieka. Jest bardziej zaraźliwa niż jakakolwiek inna choroba.”

„Oni są inni, a zarazem nie są. Rozumiesz? Zachowują się tak jak zawsze. Wszystko jest normalnie, aż nagle któreś z nich mówi coś takiego, czego nigdy w życiu bym się po nim nie spodziewała. Wtedy czuję strach. I wiem, że chcą zmienić także mnie.”

„Co możemy zrobić? Jak walczyć z czymś tak gigantycznym? Czy nie byłoby najlepiej zejść na dół i stanąć w tłumie ramię w ramię z resztą mieszkańców Miasta? Zapatrzeć się w tę szkarłatną ścianę i o niczym nie myśleć? A potem pozwolić się jej wchłonąć i stać się jej częścią. Częścią całości…”


Ta lektura boli i przeraża. W dużej mierze dlatego, że Marcin Szczygielski jest uważnym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. 
Nie uważam przy tym, aby była to jego najlepsza książka - jest na to zbyt nierówna, tak jakby autor mniej więcej w połowie sam przestraszył się mroku i przypomniał sobie, że jednak pisze dla dzieci. Pewnie stąd sięgnięcie po rozwiązania lekko fantastyczne i niekoniecznie (w każdym razie mnie) przekonywujące. Na szczęście, mimo tej zadyszki, finał jest bardzo porządny i zaskakujący.
A czy optymistyczny? To trzeba sprawdzić samemu.

Może kogoś ciekawi jednak dlaczego i dziś, i wczoraj myślałam właśnie o tej książce?
To w sumie proste.
Dlatego, że myślę podobnie jak Marzena Żylińska, która wczoraj, na swoim fejsbukowym profilu napisała tak:
Jaka będzie Polska za sto lat? Nas już wtedy nie będzie, ale w kolejnych pokoleniach przetrwają nasze idee i wartości, które dziś przekazujemy młodym. Od nas rodziców i nauczycieli tak wiele zależy. Dlatego powinniśmy zadać sobie pytanie, jakiej Polski chcemy, jakiej Ojczyzny? I jeśli chcemy lepszej, to przestańmy narzekać, a zacznijmy się zastanawiać, co zrobić, byśmy byli lepsi i zacznijmy działać. Bo nie można być dobrym Polakiem, jeśli nie jest się dobrym człowiekiem. A ile dziś dobra wokół nas? Ile dziś radosnych, uśmiechniętych twarzy i wyciągniętych do zgody rąk, ale ile pychy i zaciśniętych pięści? Ile prawdy, nawet trudnej, a ile kłamstwa i ludzi, którzy wolą chodzić na skróty?

Ślepa wiara we własną nieomylność, pycha i buta to siostry nienawiści. One właśnie doprowadzają ludzi do upadku.” – taką diagnozę stawia jeden z bohaterów książki Marcina Szczygielskiego.
Czy trafną? Moim zdaniem tak. Choć to oczywiście tylko część przyczyn tego, co dzieje się wokół.
Czy jest na to lekarstwo? Owszem. 

W spotkaniu z autorem, które zostało zorganizowane w szczecińskiej Fice, uczestniczyła także mama Marcina Szczygielskiego. Która wychowała swojego syna w taki a nie inny sposób, pokazała mu świat i wpłynęła na sposób, w jaki go postrzega.
Brali w nim udział również nauczyciele. Którzy także kształtują dzieci i młodzież, spędzając z nimi nierzadko więcej czasu niż ich rodzice.
Narzędzia i pomoce, z których mogą korzystać, są dostępne, na przykład tutaj, trzeba tylko po nie sięgnąć. W porę.
Najlepiej zacząć już od jutra.

Marcin Szczygielski „Leo i czerwony automat”. Ilustracje Dorota Wojciechowska-Danek. Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego, Warszawa 2018.

środa, 31 października 2018

"Horropera", czyli zachwyt w wołaczu


W taki dzień jak dzisiejszy, gdybym chciała nawiązać do starych, dobrych czasów i jeszcze starszych, lokalnych, a nie amerykańskich komercyjnych tradycji, powinnam wieczorem zamknąć się w ciemnym pokoju, rozświetlanym wyłącznie światłem sączącym się z radioodbiornika, nakryć się kocem i zacząć słuchać odpowiednio strasznego słuchowiska.

Nie film, nawet nie książka, ale właśnie słuchowisko, koniecznie z oprawą muzyczną. Tylko tak chciałabym się dzisiaj bać, jednak nie bardzo, tylko troszeczkę, do tego inteligentnie.

Czy wymagam zbyt wiele?

No, może trochę. Zwłaszcza, że kilka lat temu pozbyłam się z domu ostatniego z w miarę klimatycznych aparatów radiowych.
Jeśli jednak ograniczyć wymagania tylko do słuchowiska i kocyka, to okazuje się, że da się to załatwić.

Półtora tygodnia temu, podczas 6 edycji szczecińskiego Festiwalu Czytania Odkrywcy Wyobraźni, miała bowiem miejsce premiera naprawdę strrrrasznego słuchowiska, a nawet operrrry. Konkretnie Horropery.



Początkowo wydawało mi się, że nie będzie to rzecz godna wielkiej uwagi. Dlatego poszłam niechętnie, prawie na siłę, wyłącznie dzięki natręctwu MoWi (dzięki!).

Duża sala, rząd krzesełek, na środku aktorzy, każdy z tekstem w ręku. Muzyka z taśmy (choć specjalnie skomponowana). Co to ma być? Próba czytana? Dajcie spokój.

źródło zdjęcia

A potem się zaczęło.

Dźwiedź we własnej osobie
 źródło zdjęcia
Początkowo istotnie, siedziałam i patrzyłam (czy raczej słuchałam) jak aktorzy odczytują swoje role z kartek. Jeden z nich był Narratorem (na szczęście od zawsze lubię Pawła Niczewskiego), inny, a raczej inna - Dziewczynką (Marta Uszko), pojawił się też wcielający się w Toperza Rafał Hajdukiewicz.

Wkrótce zaczęli odzywać się także Boszczyk (Sławomir Kołakowski) i Dźwiedź (Wiesław Orłowski) a ja znienacka przeniosłam się do ciemnego pokoju, rozświetlonego tylko bladym światłem radioodbiornika i słuchałam, słuchałam, słuchałam.


Potem, nie wiedzieć kiedy, pokój zamienił się w świat, który przemierzali bohaterowie. Bać się może nie bałam aż tak bardzo (w końcu mam jakieś 6 razy więcej lat niż wynosi sugerowany dla słuchacza dolny próg wiekowy), za to śmiałam się raz po raz. Również wtedy gdy wśród bohaterów pojawiły się trzy wiedźmy (Dorota Chrulska, Grażyna Madej, Iwona Kowalska, skojarzenia z „Makbetem” nieprzypadkowe), trzyosobowa trupa aktorskich trupów (Jacek Piątkowski, Grzegorz Młudzik, Robert Gondek - kazali na siebie długo czekać, ale było warto), a wreszcie prawdziwy czarny charakter - Pan Błysk (Konrad Pawicki). Naprawdę, to nie literacka figura, zdarzyło się kilka razy, że moja wyobraźnia zaczęła funkcjonować w oderwaniu ode mnie, za to z zachowaniem doskonałej łączności z tym, co działo się wokół. Niewiarygodne.

źródło zdjęcia
Jacek Wierzchowski
źródło zdjęcia

Myślę, że to zasługa wszystkiego po trochu: znakomitego tekstu (Irena Naumowicz i Konrad Pawicki), zaangażowania aktorów, którzy bawili się z pewnością nie gorzej od widzów, choć zarazem nie wychodzili z ról profesjonalistów (w każdym razie prawie nie wychodzili, ale w pełni ich rozumiem, bo chyba też bym nie wytrzymała) i świetnej muzyki (Jacek Wierzchowski, etatowy perkusista, od dawna zajmuje się także oprawą muzyczną spektakli i widać, a raczej słychać, że zna się na rzeczy. A poza tym pasuje do ekipy poczuciem humoru – gdyby go nie miał w dużych ilościach, nie zrobiłby sobie TAKIEGO zdjęcia do uroczystego folderu wydanego z okazji 70-lecia Filharmonii Szczecińskiej).

Nie jestem pewna jak ten tekst obroniłby się, wydany w formie książki. Nie widzę go też jako spektaklu (a chodzą słuchy, że jest taki pomysł). Stałby się wówczas, moim zdaniem, zbyt dosłowny, choć być może nadal niezły.
W takiej jednak słuchowiskowej wersji, w tym właśnie aktorskim wykonaniu (nie dokonałabym żadnej zmiany w obsadzie), wydany jako audiobook – och, kupiłabym od razu z dziesięć, by dziewięć rozdać wszystkim znajomym dzieciom. Bo pierwszy, rzecz jasna, byłby przeznaczony dla mnie.

źródło zdjęcia
Naprawdę, jak o tym pomyśleć, niewiele trzeba. Trochę wiary w inteligencję widza/czytelnika/słuchacza, trochę poczucia humoru, dużo elokwencji (wystarczy u twórców, słuchacze, pociągnięci ich przykładem też dadzą radę, czego najlepszym dowodem Dźwiedź). No dobrze, nie zaszkodziłoby też, jak się to kiedyś nazywało, solidne klasyczne wykształcenie. I już. Już jest.

Jest opowieść o małej dziewczynce, która razem ze swoim kotem i trzema, pozbawionymi członu „nie” w mianach, dziwolągami, wędruje ciemną nocą przez magiczny świat zaludniony przez obce stwory (by wymienić tylko frysztaki czy myszołaki), odpowiadając na prośbę o pomoc w jego ratowaniu. Może to i było, ale na pewno jeszcze nie w takiej formie.


Powtórzę zatem to, co już raz, na gorąco, napisałam na facebooku, bo jak dotąd nie wymyśliłam dla tego pochwalnego posta lepszej puenty.

Trafiłam niejako przypadkiem i był to jeden z najlepszych możliwych przypadków (wołacz, ten zawsze lubiłam).
O, Horropero! O autorzy i aktorzy! Gnę się w pokłonach!
I mam nadzieję, że na tym jednym wykonaniu się nie skończy.

Po tamtej stronie burzy - Horropera. Słuchowisko na żywo. Festiwal Czytania Odkrywcy Wyobraźni, Szczecin, 20.10.2018 r.

niedziela, 21 października 2018

Dwie historie z życia wypalonych dzieci, czyli czas na pobudkę


Takich historii mam w plecaku na pęczki. Część własnych, większość cudzych. Ta będzie cudza.

Chłopiec, lat 12. Rodzina dysfunkcyjna, matka pije i nie troszczy się o dzieci; ojciec pije razem z nią, jednak dzieci czasem zauważa i się nimi zajmuje. Chłopiec jakoś sobie radzi, również w szkole, także dzięki wsparciu starszej siostry.
Czerwiec. Matka odchodzi pić z kim innym. Nie interesuje się byłym partnerem ani dziećmi.
Połowa września. Ojciec nagle trafia do szpitala. W stanie ciężkim przebywa na OIOM-ie przez kolejne cztery tygodnie. Matka ma to gdzieś. Chłopiec trafia, na razie nieformalnie, pod opiekę babci.
Połowa października. Ojciec umiera. Matka ma to gdzieś. Nie pojawia się na pogrzebie, nie kontaktuje się z dziećmi. Sprawa w sądzie o ustalenie opieki w toku.
Listopad. Do domu chłopca i jego babci przychodzi kurator sądowy. Sporządza sprawozdanie na potrzeby sądu.


Retrospekcja. Wrzesień i październik. Nowy rok szkolny. Diagnozy, sprawdziany, realizowanie nowego materiału, nowe przedmiotowe systemy oceniania.
Chłopiec, lat 12, zapomina zeszytu na polski. Jedynka. Nie odrabia zadania domowego z matematyki. Jedynka. Na angielskim w czasie ustnej odpowiedzi nie umie poprawnie wypowiedzieć choćby słowa. Jedynka. Nie przygotowuje się do kartkówki z biologii. Jedynka. I z geografii. Jedynka. Nie oddaje pracy domowej z polskiego – wypracowania pt. „jak spędziłem wakacje”. Jedynka.
Jak to szło? "Oceny małoletniego w ostatnim czasie pogorszyły się".

Nauczyciele przychodzą, każdy na swoją lekcję, a potem idą. Realizują program. Stawiają oceny, bo tak trzeba, bo z tego rozlicza ich dyrektor i kuratorium, bo przecież co oni mogą, to trzeba tych z góry pytać, jak zmieni się podejście tych z góry, to i oni będą mogli wreszcie uczyć jak powinni a nie jak muszą.
Może i matematyczka przez chwilę pomyślała, że coś się z chłopcem dzieje. A anglistka nawet zapytała go czy nie potrzebuje pomocy. Odburknął, że nie, więc dała sobie spokój. Przecież program napięty, trzeba gonić z materiałem, do tego w dwóch szkołach jednocześnie, bo w jednej po reformie nie uzbierał się dla niej cały etat. W końcu od tego jest szkolny pedagog, ona musi rozliczać uczniów z realizacji podstawy programowej.

Istotnie, czymże wobec perspektywy potrzeby realizacji podstawy programowej i rozliczenia się przed kuratorium jest zawalony świat jakiegoś dwunastolatka?
Życie jest brutalne, nie można udawać przed dziećmi, że jest inaczej. Przetrwają tylko najsilniejsze jednostki. Co cię nie zabije, to cię wzmocni.
Tylko dlaczego, poznawszy tę historię, miałam ochotę rozszarpać pierwszego lepszego nauczyciela, który wpadnie mi w ręce?


Niemiecki lekarz psychiatra, profesor Michael Schulte-Markwort, w swojej niezwykle przygnębiającej książce „Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem” pisze tak:
Najpóźniej na początku gimnazjum [w Niemczech, poza Berlinem, dzieci rozpoczynają naukę w gimnazjum po 4 klasie] utrwala się stosunek szkoły do dziecka, który ma potężny wpływ na rozwój jego poczucia własnej wartości i wiary w siebie: jeśli dziecko czegoś nie umie, czegoś nie zrozumiało, to jest to jego problem, a nie nauczyciela! We wszystkich innych sferach dorosłego życia taka postawa prowadziłaby do absurdalnych skutków i nikomu nie przyszedł do głowy pomysł, by pielęgnować tę zasadę odsuwania i oddawania odpowiedzialności. Żaden uniwersytet świata nie wpadłby na to, by słabe miejsce rankingu tłumaczyć tępotą studentów. Wręcz przeciwnie, natychmiast podjęto by ogromne wysiłki, by alternatywnymi metodami nauczania wzmocnić sukcesy studentów. Żadna firma nie zdeprecjonowałaby swoich szkoleń, twierdząc, że ci, których szkoli, sami są odpowiedzialni za niewystarczające wyniki.
Co tydzień w moim gabinecie siedzą dzieci wątpiące we własną inteligencję i możliwości, szczegółowo relacjonujące, jaką (negatywną) oceną ich nauczyciel po raz kolejny raczył ich poinformować, jak bardzo są głupie. Nierzadko przeradza się to w prawdziwe obelgi, niewarte przytaczania. czasami takie komentarze dotyczą całej klasy, której nauczyciel wyjaśnia, jak bardzo jest niezdyscyplinowana, głupia i leniwa.”

Czas na opowieść własną.
Starszy, lat 13. Ósma klasa. Życie ściśle wypełnione szkołą – od świtu do nocy. W szkole od początku września słyszy wyłącznie, że musi ciężko pracować, bo egzamin ósmoklasisty to nie będą przelewki. Część nauczycieli zapowiada, że teraz weźmie uczniów do galopu. Niektórzy z nich nie tylko zapowiadają, ale i żwawo przystępują do realizacji tego planu.
Na początku września Starszy wybiera język niemiecki jako ten, który będzie zdawał na egzaminie. W końcu uczy się go ósmy rok, sądzi, że umie go nieźle.


Połowa października. Starszy ma z niemieckiego już dziewięć ocen, najwięcej ze wszystkich przedmiotów. Większość to oceny negatywne, w tym za aktywność we wrześniu. Pytam, nie rozumiejąc, o co chodzi (jak można dostać negatywną ocenę za aktywność???) „- Bo ja się nie zgłaszam. Jak się zgłaszałem, to i tak zawsze było źle, poza tym nie lubię się zgłaszać.
Starszy rozważa możliwość zmiany języka, z którego będzie zdawał egzamin: „- Mamo, z niemieckiego jestem słaby. Nie umiem się go nauczyć, jest dla mnie za trudny. Poza tym go nie lubię.”

Strzał, strzał, strzał. Im więcej strzałów pod nogi, tym szybciej dziecko będzie biegło, nieprawdaż? Na oślep, przed siebie. Bez tchu. Aż padnie.

Najprościej byłoby zastrzelić strzelającego (przyznaję, miałam ochotę). Nieco trudniej spróbować zrozumieć czemu strzela, a jeszcze trudniej – skłonić do odwieszenia strzelby na kołek.

Lubię wyzwania, staram się tłumić agresję (najpierw własną, potem cudzą). Dlatego w minionym tygodniu udałam się na zorganizowane przez Dorotę Trynks szczecińskie spotkanie Budzącej się Szkoły, oddolnej inicjatywy mającej na celu zmianę sposobu myślenia o edukacji, której pomysłodawczynią jest Marzena Żylińska (o Budzącej się szkole pisałam już tutaj). W tym miesiącu spotkania odbywały się pod hasłem: „Mniej oceniania, więcej uczenia się”. Jak znalazł.

źródło zdjęcia

Zobaczyłam nauczycieli (chyba tylko ja pojawiłam się tam wyłącznie w roli rodzica), którzy mają otwarte głowy i chcą zmian. Niektórzy już je wprowadzili, inni ciągle macają teren. Chcieliby, lecz boją się. A może nawet nie są jeszcze pewni, czy by chcieli.

Okazało się, że nie jesteśmy wrogami. I że trzeba rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Spokojnie, nie atakując, słuchając.

W czasie tego spotkania ja akurat nie dowiedziałam się niczego nowego. Ale wiem, że kilka obecnych tam osób na pewno tak. A więc ziarno zakiełkowało. Może zaowocuje, a potem rozsieje się dalej.

Zasmuciło mnie to, że wśród 25 uczestników, ledwie połowę (a może i mniej) stanowili nauczyciele z samego Szczecina. Przyjechały natomiast fantastyczne kobiety z Goleniowa, Stargardu, Barlinka, spod Pyrzyc (niesamowita Kasia, dyrektorka szkoły w Okunicy) – chciało im się jechać tyle kilometrów, za prywatne pieniądze, po godzinach pracy. Aż chciałoby się wyprowadzić z wielkiego miasta.

Zmiana jest możliwa, także w ramach obecnie funkcjonującego systemu. Nie jest to jednak i nigdy nie będzie łatwe.

O tym jak jest źle, ale i o tym, że może być lepiej, pisałam już nie raz. Rok temu tutaj. Z mojej osobistej perspektywy przez ów rok zmieniło się wiele, niemal wyłącznie na gorsze. Mimo to będę ciągle pisać, rozmawiać i jeździć na takie spotkania. Aż do skutku, bo ten – tak wierzę – kiedyś musi nastąpić.

M. Schulte-Markwort „Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem”, przełożyła Małgorzata Guzowska. Wydawnictwo Dobra Literatura, Słupsk 2017.

niedziela, 11 marca 2018

"Noc w wielkim mieście", czyli dlaczego jazz bandowi Młynarski-Masecki należy się najwyższy szacunek


Szacunek.
Słowo, którego znaczenie jeszcze jest, jak się wydaje, powszechnie znane. Co niekoniecznie przekłada się jednak na częstotliwość jego stosowania w mowie i piśmie.
Czym innym jest zresztą używanie, choćby najbardziej poprawne, a czym innym postępowanie w zgodzie z tym, co się mówi.
Traktowanie kogoś lub czegoś z szacunkiem – to nie jest wartość w dzisiejszych czasach. Dziś na szczycie są raczej dewaluowanie i deprecjonowanie, prowadzące prostą drogą do degrengolady, degradacji i destrukcji, by przywołać tylko niektóre z haseł „Słownika wyrazów obcych”.

Im więcej wkoło mnie słów z przedrostkiem „de-”, tym większą radość czerpię z obcowania z ludźmi, którzy traktują mnie, wszystkich innych i to, co robią z szacunkiem. Wczorajszy wieczór doprowadził mnie zaś do stanu wręcz euforycznego.


Płyta jazz bandu Młynarski-Masecki „Noc w wielkim mieście” jest świetna. Koncert z kolei to istna petarda, eksplozja radości.
Niewiarygodny kunszt muzyków (w tym genialnego Marcina Maseckiego, którego miałam okazję słuchać drugi raz w ciągu ostatnich trzech tygodni, poprzednio w bardziej klasycznej odsłonie), nienaganny styl, pozbawiony jednak pompatyczności i sztuczności. I szacunek. Tak do granej muzyki, jak i słuchającej jej publiczności (nie zawsze odwzajemniony, sądząc po strojach i typowym dla każdego koncertu, gdziekolwiek by się on odbywał i jakikolwiek miałby charakter, zachowaniu pt. „muszę wyjść przed końcem, żeby być pierwszy w szatni”).

źródło zdjęcia
Nie idzie mi tu przy tym tylko o nader wytworne ubiory muzyków i przepiękny kwiat w klapie Jana Młynarskiego, ale także o podejście do granych utworów.

Jan Młynarski
źródło zdjęcia
Przedwojenne fokstroty i inne taneczne kawałki, w sam raz do wykonywania na eleganckich międzywojennych dancingach; niedzisiejsze, jednak zaaranżowane (przez Maseckiego) w nowoczesny sposób, zagrane przez znakomitych muzyków na stylowych instrumentach (fantastyczny zestaw perkusyjny, pianino, bandżola, suzafon, trzy saksofony zastępowane niekiedy klarnetami), sprawiają, że nie sposób nie ukłonić się nisko przed przedwojennymi kompozytorami, będącymi głównie Polakami narodowości żydowskiej. Z muzyki przebija wielokulturowość i brak kompleksów. Tak mogli i mogą tworzyć i grać albo ci, którzy żyli w Polsce czasów dwudziestolecia międzywojennego, albo ci, którzy w dorosłość weszli po roku 1989, a wykształcenie muzyczne zdobyli w wielokulturowej Ameryce (Młynarski i Masecki).

Marcin Masecki
źródło zdjęcia
Trudno jest zbudować coś dobrego od zera, negując wszystko, co było wcześniej.
Pycha to w kościele katolickim jeden z siedmiu grzechów głównych; nie bez powodu.
Masecki i Młynarski są od pychy wolni, co nie przeszkadza im cieszyć się własną, wysoką i w pełni zasłużoną samooceną (w przypadku Maseckiego połączonej dodatkowo ze specyficzną, pełną uroku, nonszalancją).

Ich jazz band na każdym kroku podkreśla, że wykonuje utwory, które nie pojawiły się znikąd. Tu fetuje się przedwojennych mistrzów, wśród których są takie nazwiska jak Fanny Gordon (jedyna kobieta - kompozytorka w tym towarzystwie), Jerzy Jurandot, Andrzej Włast czy Henryk Wars.

Adam Aston
źródło zdjęcia

Z kolei śpiewający Jan Młynarski nisko kłania się swoim poprzednikom, na czele z Adamem Astonem. Jego głos, daleko od oczywistej „ładności”, idealnie wpasowuje się w klimat wykonywanych utworów, zaś sama interpretacja daleka jest od pastiszu czy prostego epatowania szeregiem zapewniających łatwy poklask chwytów.

Nie sposób także nie wspomnieć o samej płycie i dołączonej do niej książeczce, w której Tomasz Lerski obszernie przybliża historie i pochodzenie poszczególnych utworów, dyskretnie edukując słuchaczy (nie oszukujmy się, niewielu jest wśród nich znawców muzyki polskiego przedwojnia). Na każdym kroku widać ogrom pracy włożony przez twórców w przygotowanie i wydanie tej płyty. To nie jest efekt przypadkowego spotkania paru muzyków, a owoc kilku lat pracy. 

Doprawdy, był to chyba najlepszy koncert na jakim byłam od czasu niezapomnianego (i już nie do powtórzenia) koncertu Zbigniewa Wodeckiego z Mitchami.

Wrażeniom sprzyjała także znakomita akustyka w Trafostacji Sztuki, choć całkowicie niezrozumiałym było dla mnie zrezygnowanie przez organizatorów z obiecywanej przy zakupie biletów możliwości zajęcia tak miejsc siedzących, jak i stojących. Taki koncert aż prosił się o możliwość poruszania się w eleganckim, przedwojennym tańcu. Niestety, ustawiony ciasno szereg plastikowych krzesełek pozwalał wyłącznie na rytmiczne kiwanie głową i przytupywanie.
Zapewniam jednak, że czyniłam to wyłącznie z najwyższym szacunkiem.

Jazz Band Młynarski-Masecki „Noc w wielkim mieście”. Lado ABC, 2017.
Koncert w Trafostacji Sztuki w Szczecinie (w ramach festiwalu Szczecin Jazz 2018), 10 marca 2018 r.

niedziela, 15 października 2017

5. edycja Festiwalu Czytania w Szczecinie, czyli w zasadzie rewelacja

Wśród namiętnych czytelników książek jest z pewnością wielu introwertyków, którzy do szczęścia potrzebują wyłącznie książki, kocyka i kubka z gorącą herbatą.

źródło zdjęcia

Niewątpliwie wśród czytelników są jednak także ekstrawertycy, którzy czerpią siły witalne z pobytu wśród ludzi.

źródło zdjęcia
Miejscem, w którym w Szczecinie w miniony weekend można było spotkać przedstawicieli obu tych grup była Książnica Pomorska, w której (choć nie tylko w niej) odbywały się wydarzenia piątej edycji Festiwalu Czytania – Odkrywcy Wyobraźni.


Formuła wydarzenia w ciągu tych pięciu lat ulegała zmianie. Pierwotnie miał być on festiwalem książki słuchanej, obecnie nieco ten pomysł zmodyfikowano – i bardzo dobrze, w każdym razie moim zdaniem. Nie każdy lubi bowiem gdy ktoś przez godzinę czyta mu czyjąś książkę, nawet jeśli tym kimś jest Bardzo Znany Aktor lub inna Bardzo Znana Postać (w tym roku fragmenty różnych książek czytali m.in. Krystyna Czubówna, Anna Seniuk, Joanna Trzepiecińska, Wiktor Zborowski czy Krzysztof Kowalewski; niektóre z tych osób czytały w Szczecinie także w czasie poprzednich edycji).

W dalszym ciągu (bo pisałam już o tym dwa lata temu) największą wadą tego wydarzenia jest nadmiar. W czasie minionych trzech dni najlepiej było bowiem być nieobciążonym żadnymi zobowiązaniami chyżym emerytem. Niestety, póki co jestem wyłącznie chyża, jednak – jak się okazało – i tak niewystarczająco, gdyż nie udało mi się wziąć udziału we wszystkich spotkaniach, na które miałam ochotę (niektóre rozpoczynały się w czasie, gdy poprzednie jeszcze trwały).

Z drugiej jednak strony, zdobywszy w nieco nietypowych okolicznościach autograf autora zbioru reportaży, który naprawdę mnie ostatnio poruszył (takie poruszenie przy takiej lekturze zdarzyło mi się po raz pierwszy od dawna), pomyślałam (niestety po fakcie), że czasem lepiej jest nie próbować spotkać Twórcy. Bo gdy okaże się, że jest on jakoś nie bardzo sympatyczny, czytelnikowi robi się po prostu smutno, a po co mu to.

To o czym chciałabym jednak – pozytywnie – napisać, dotyczy tego, że Festiwal Czytania okazał się być fantastyczną możliwością oderwania się od całej parszywości z jaką mamy ostatnio wszędzie do czynienia (i nie mam na myśli wyłącznie moich ostatnich internetowych doświadczeń, a nawet prawie wcale nie je mam na myśli).

Niecodziennie przecież można przebywać w jednym miejscu z takimi osobami jak Hanna Krall (przebywałam, wielbiąc) czy Zofia Posmysz (niestety, nie byłam w stanie dotrzeć na dzisiejsze spotkanie).

źródło zdjęcia

Ponadto, jakżeż rzadko ostatnio trafia się szansa posłuchania pięknego języka, wolnego nie tylko od błędów gramatycznych czy stylistycznych, ale również od agresji. Języka pełnego słów wyrażających szacunek wobec rozmówcy czy choćby tylko słuchacza. Języka inteligentnego, ale nie napuszonego i nadętego. Mądrego ale zarazem zrozumiałego. W dzisiejszych czasach to doświadczenie, które pomaga i wzmacnia.

Michał Rusinek w rozmowie z Michałem Ogórkiem
źródło zdjęcia

W Książnicy spotkałam wiele sympatycznych i życzliwych osób. Niektóre znałam lepiej, inne mniej, części zaś wcale. Byli tam też tacy, których obecności w tym miejscu i czasie się nie spodziewałam, gdyż zaklasyfikowałam ich (w swojej głowie, nie posiadając żadnych ku temu przesłanek poza własnymi wyobrażeniami) jako tych, którzy nie czytają i nie interesują się "takimi rzeczami". Po raz kolejny dowiedziałam się więc, że nie jestem wolna od uprzedzeń, choć wydawało mi się, że tak jest.

Tak więc, pełna niedosytu (nie wzięłam udziału w kilku spotkaniach, na których mi zależało, jednak po prostu nie mogłam, z takich czy innych względów), z radością oczekuję kolejnej, przyszłorocznej edycji. Liczę przy tym, że twórcy festiwalu nadal będą się rozwijać. Może wtedy wpadną na to, że po prostu nie wypada, aby największym zdjęciem w wydrukowanym i rozdawanym uczestnikom programie było zdjęcie pana marszałka województwa, czterokrotnie większe niż zdjęcia Hanny Krall, Zofii Posmysz czy Janusza Głowackiego.



Zna proporcją, mocium panie” – to też z literatury. Polecam uwadze.