Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 września 2019

PSO, czyli Prawo Sobie Olewamy (w szkole)


Pierwsze 2 tygodnie szkoły za nami (do wakacji jeszcze tylko 283 dni; stan na 16 września).
W większości placówek upłynęły pod znakiem PSO (przedmiotowych systemów oceniania), WSO (wewnątrzszkolnych systemów oceniania), lub – jak byłoby najpoprawniej, bo w zgodzie z ustawą o systemie oświaty - oceniania wewnątrzszkolnego.

Jak stanowi przepis (art. 44b ust. 8 ustawy z 7 września 1991 r. o systemie oświaty, dostępna np. tutaj): „Nauczyciele na początku każdego roku szkolnego informują uczniów oraz ich rodziców o:
1) wymaganiach edukacyjnych niezbędnych do otrzymania przez ucznia poszczególnych śródrocznych i rocznych ocen klasyfikacyjnych z zajęć edukacyjnych, wynikających z realizowanego przez siebie programu nauczania;
2)  sposobach sprawdzania osiągnięć edukacyjnych uczniów;
3) warunkach i trybie otrzymania wyższej niż przewidywana rocznej oceny klasyfikacyjnej z zajęć edukacyjnych.”

W tłumaczeniu zatem na język polski: nauczyciel musi poinformować o tym:
1) za co postawi uczniowi określoną ocenę (wyrażoną w skali 1-6, w każdym razie na koniec roku szkolnego),
2) jak sprawdzi czego uczeń się nauczył
oraz 3) co uczeń może zrobić, jeśli chce poprawić ocenę na koniec roku szkolnego (w stosunku do tej, która mu "wychodzi").

Nauczyciel nie musi informować o niczym więcej, choć oczywiście jeśli chce – może. To jednak co wymienione wyżej, MUSI zrobić.
Z rzeczy przymusowych nauczyciel nie może zapominać jeszcze o jednym. O tym mianowicie, że jeśli chce stawiać oceny, to tylko za to, za co przewiduje je ustawa.

O tym, za co można oceniać ucznia, pisałam szerzej tutaj. Przypomnę więc tylko zwięźle, że oceny z poszczególnych przedmiotów (bo są jeszcze oceny z zachowania) można stawiać wyłącznie za osiągnięcia edukacyjne ucznia (art. 44b ust. 1 pkt 1 ustawy o systemie oświaty). A polega to na rozpoznawaniu przez nauczycieli poziomu i postępów w opanowaniu przez ucznia wiadomości i umiejętności w stosunku do wymagań określonych w podstawie programowej kształcenia ogólnego lub efektów kształcenia i kryteriów weryfikacji w podstawie programowej kształcenia w zawodzie szkolnictwa branżowego oraz wymagań edukacyjnych wynikających z realizowanych w szkole programów nauczania” (art. 44b ust. 3 pkt 1 ustawy o systemie oświaty). Uff!

Ustawa ustawą, trzeba ją zastosować w rzeczywistości.
W tej zaś od lat niewiele się zmienia. Bo nie ma to jak utarta praktyka i „wszyscy tak robią”. To zwalnia z myślenia i daje nieco wolnego czasu. Nauczycielom. Gdyż rodzic dziecka szkolnego w pierwszych tygodniach września podpisuje hurtowo wklejone do uczniowskiego zeszytu a wręczone uprzednio przez nauczyciela, zapisane gęstszym lub rzadszym maczkiem, kartki.

A co na kartkach? Oto subiektywny przegląd. Przykłady dobrane z kilku szczecińskich szkół podstawowych, z rozmaitych klas (jednakże tylko z przedziału IV-VIII; zdjęcia powiększają się po kliknięciu w nie).

Przykład 1, historia klasa VI:


Długo, zawile i... nie na temat.
Ani słowa o tym do czego odnosi się tak pracowicie i skrupulatnie rozpisany przedział procentowy i ocenowy. Konia z rzędem temu, kto odgadnie, które treści podstawy programowej wpadają do której przegródki. Czy jeśli uczeń będzie wiedział wszystko o Łokietku, a o Kazimierzu Wielkim kompletnie nic (strzelam, nie mam pojęcia czego w tym roku szkolnym uczą się na historii szóstoklasiści), to na koniec roku szkolnego dostanie 3 czy 2?
Ocenianiu podlega w zasadzie wszystko (również to czy zeszyt jest w kratkę, w linie czy gładki oraz czy w piórniku ucznia jest klej), w tym również to, co ocenie w świetle ustawy nie podlega (aktywność, zadania domowe, diagnoza - bez wyjaśnienia czym ta ostatnia jest).
I wreszcie najważniejsze. Nieważne, że ustawodawca uważa, że uczeń może poprawić  planowaną ocenę roczną. W tej szkole i klasie oceny z historii poprawić nie może. Koniec i kropka. O!

Przykład 2, historia klasa VI po raz drugi:


W zasadzie można napisać: jak wyżej (a to dwie całkiem różne podstawówki!).
O ocenie rocznej wiadomo tylko tyle, że stanowi sumę punktów zdobytych w ciągu całego roku, ale już za co można dostać ile punktów, o tym nauczyciel milczy. 
Milczy również o możliwości poprawy oceny rocznej, nie zapominając jednakże o nałożeniu obostrzeń w zakresie możliwości poprawy ocen cząstkowych. Ciekawe w jaki sposób ustalił, że przy poprawie pracy pisemnej można otrzymać tylko 90% pierwotnie możliwych do zdobycia punktów? Czemu 90, a nie np. 50, albo 95%, hę?
Czytający wyraźnie czuje też ból, który towarzyszył przyjęciu przez nauczyciela do wiadomości faktu istnienia sześciostopniowej skali ocen. No okej, skoro już muszę, to niech będzie, że stawiam szóstki. Ale tylko tym, co mają 100%, buchacha!
No i jak zwykle: oceny (negatywne) za brak zeszytu, podręcznika. To może dla równowagi przewidzieć pozytywne za uśmiech na twarzy? Umocowanie prawne mniej więcej takie same.

Przykład 3, biologia klasa 7


Powtórzę się: jak wyżej i jeszcze wyżej (a dodam, że to kolejna, trzecia już, podstawówka).
Nie ma tego co być powinno, jest za to mnóstwo innych rzeczy, niezgodnych z przepisami. 
Pewną nowością jest natomiast to, że ten nauczyciel lub zagadki. "Ocena na koniec okresu i roku nie jest średnią arytmetyczną ocen cząstkowych". Hm, ciekawe czy za odgadnięcie czym w takim razie jest (poza tym, że słodką tajemnicą nauczyciela) przewidziane są nagrody?

Przykład 4, przyroda klasa 4:


Tak, to czwarta już podstawówka. W tej jeszcze nie byliśmy.
Tym razem widać staranność w przepisaniu fragmentów ustawy. Która, jak wszystkim wiadomo, napisana jest językiem zrozumiałym dla każdego dziesięciolatka (bo w tym wieku są czwartoklasiści, choć akurat w tej klasie większość stanowią dziewięciolatki, ups!).
Dużo słów, mało treści. 
Kiedy uczeń dostanie jaką ocenę? Nie wiadomo.
Jak może uzyskać wyższą ocenę na koniec roku? Nie wiadomo.
Ale wiadomo (po lekturze wcześniejszych przykładów), że można dostać oceny (dziwnym trafem wyłącznie negatywne) za to, co nie powinno podlegać ocenie w ogóle.

Przykład 5, język polski, klasa 6:


Żeby nie wyjść na zrzędę: widać, że nauczyciel postarał się dobrać język do możliwości percepcyjnych uczniów. Brawo!
Niestety jednak i w tym przypadku nie poinformował o tym, o czym miał obowiązek poinformować.
Nie ma ocen, są punkty. Nie wiadomo ani jak będą one przeliczane na oceny, ani kiedy i co na ile punktów nauczyciel oceni.
Wiadomo też, że poprawa nie jest czymś mile widzianym (znów tylko 90% punktów). Na pytanie o możliwość poprawy oceny rocznej odpowiedzi udziela tylko echo.
A jako prawniczka nie mogę przyczepić się do podstawowej rzeczy. 
"Zawrzyjmy umowę" - pisze nauczyciel. Brzmi to nieźle, naprawdę.
Dopóki człowiek nie wie, że umowa to wspólne ustalenia dwóch stron. Do których dochodzi się zazwyczaj w drodze negocjacji.
To jak, proszę pani (lub pana), co do którego z punktów jest pani/pan otwarta/y na sugestie uczniów?

Przykład 6 i ostatni, klasa 8, matematyka:

Wizualnie bomba!
Jasno i przejrzyście.
Koniec komplementów.
Bo jeśli chodzi o treść, niczym tak naprawdę to PSO nie różni się od poprzednich.

I co?
Mi bardzo smutno, a Wam?

Jak widać na załączonych obrazkach, w większości PSO nie ma tego co być w nich powinno, za to jest mnóstwo rzeczy niepotrzebnych, stojących ponadto często w jawnej sprzeczności z ustawą.
Często są one napisane językiem trudnym do zrozumienia przez dorosłych, a co dopiero przez dzieci.

Skłania mnie to do wystąpienia z apelem.

Drodzy nauczyciele!
Ustawodawcy, gdy nakładał na Was obowiązek przedstawienia uczniom (i ich rodzicom) zasad oceniania, naprawdę nie chodziło o to, byście pisali uczniom za osiągnięcie ilu procent (procent czego?) będziecie stawiali jaką ocenę. Oni mają wiedzieć czego mają się nauczyć, by wiedzieć, że dostaną np. trójkę. Muszą też wiedzieć w jaki sposób będziecie to sprawdzać, jakie kryteria zastosujecie.
To nie jest czas na puszczanie wodzy fantazji i wymyślanie za co by tu jeszcze można było ocenić ucznia.
Nie macie prawa stawiać ocen za estetykę prowadzenia zeszytu, najdrożsi pedagodzy. (Chyba że chodziłoby o przedmiot kaligrafia, ale o ile się nie mylę, fala resentymentalnych powrotów do podstaw programowych jeszcze nie dopłynęła do czasów międzywojennych.)
Za aktywność na lekcji też nie.
I za brak zadania domowego również nie (ale o tym dyskusje na różnorakich forach toczyły się już w ubiegłym roku szkolnym).
A tym bardziej za brak zeszytu. Oraz za to, że nie jest on w kratkę, a uczeń ma długopis z różowym, nie niebieskim wkładem.
I nie możecie napisać uczniowi, że nie może poprawić oceny na koniec roku. No naprawdę nie możecie, serio, serio. Bo on ma prawo ją poprawić. Tak stoi zapisane w ustawie. Której nie możecie zmieniać, bo tak.

Naprawdę, nie mamy złych ustaw edukacyjnych. Mamy tylko złe wyobrażenie na ich temat, które – kompletnie nie rozumiem dlaczego – w większości szkół faktycznie owe ustawy zastępuje.

Wróćmy zatem do przeciętnego rodzica, masującego nadgarstek po złożeniu kilkunastu podpisów w kilkunastu zeszytach.
Cóż oto robi przeciętny rodzic w takiej sytuacji?
Brawo, zgadliście.
Nic.
Przeciętny rodzic nie czyta tego co podpisuje. Jeśli zaś czyta, niezupełnie rozumie (ja tam mu się wcale nie dziwię). Jeśli rozumie, macha ręką.
Bo to tylko „takie papierki, wiecie państwo, Unia kazała/RODO (niepotrzebne skreślić), teraz taka biurokracja wszędzie”.
A poza tym, jeśli czegoś nie wiesz, to się nie denerwujesz, nieprawdaż? I cóż z tego, że dotyczy to Twojego dziecka? Ja chodziłam do szkoły, ojciec chodził do szkoły i przeżyliśmy, to i ono przeżyje.

Może tak, może nie. Ja tam oglądałam ostatnio od środka poradnie i oddziały psychiatryczne dla dzieci i młodzieży. Kłębiące się tam tłumy nie biorą się znikąd. Śmiem zaś twierdzić, i nie tylko w oparciu o doświadczenia mojego własnego dziecka, że jednym ze źródeł ich pochodzenia (choć, rzecz jasna, nie jedynym) są szkoły.

Czas na literacką dygresję.
Dzięki lekturze „Rany” Wojciecha Chmielarza, o której pisałam w poprzednim poście, przypomniałam sobie ostatnio reportaż Mariusza Szczygła „Śliczny i posłuszny”, opisujący historię nauczycielki (nazwanej na potrzeby reportażu Ewą T.), która zakatowawszy sześcioletniego pasierba i odbywszy orzeczoną wobec niej w związku z tym karę pozbawienia wolności, powróciła do pracy w szkole  (reportaż do przeczytania w książce M. Szczygła „Nie ma” lub tutaj). Ponieważ było to w moim przypadku kolejne czytanie tego tekstu, tym razem mogłam skupić się na jego tle, które dotychczas pozostawało w cieniu najbardziej wstrząsających faktów.
A w owym tle Mariusz Szczygieł napisał m.in. tak:

Ponieważ bywało się tu i tam, to czytając zasady uczestnictwa na lekcji matematyki u E.T., doznało się nawet pewnego szoku. Jedna z jej zasad brzmi: uczeń używa na lekcji długopisu w kolorze granatowym, użycie innego składa się na ocenę niedostateczną.
Może pan odnaleźć stronę WWW szkoły, gdzie Ewa T. aktualnie pracuje, i sprawdzić, jaki regulamin obowiązuje w sali, gdzie ona uczy".

Sprawdzam i nie chciałbym być uczniem Ewy T.
Uczniowie muszą przebywać w klasie w bezwzględnej ciszy. Uczeń, który nie usłyszy tego, co mówi nauczycielka, dostanie jedynkę. Uszkodzenie czegokolwiek w sali uczeń musi naprawić na swój koszt i otrzymuje ocenę niedostateczną. Nieporządek na ławce ma wpływ na ocenę. Uczniowie mają zająć miejsca raz im wskazane i mogą je zmienić, tylko kiedy nauczycielka wyda takie polecenie. Do jej poleceń trzeba stosować się natychmiast. Ma to się odbywać w ciszy, a uczeń musi się skoncentrować na prawidłowym i szybkim ich wykonaniu.
Żeby uczeń nie zapomniał o regulaminie, ma obowiązek wydrukować go z internetu i wkleić na drugą stronę zeszytu, zaś na pierwszej napisać, że nauczycielem jest profesor T.

Podpisując w tym roku kilkanaście PSO, nie mogłam odgonić się od krążących natrętnie wokół mojej głowy pytań.
Czy którykolwiek z rodziców dzieci, które uczyła Ewa T. przeczytał ustalony przez nią regulamin? Czy którykolwiek z nich zareagował na to, co w nim przeczytał?
Jak to możliwe, że dyrekcja szkoły, w której uczyła Ewa T. zezwoliła na to, by nauczyciel ustalił i egzekwował takie zasady? I dlaczego było to możliwe?

Tak, oczywiście, to przypadek skrajny.
Aczkolwiek czy naprawdę zamieszczanie w PSO postanowień jawnie sprzecznych z ustawą to nie jest skrajność? A robią to niemal wszyscy nauczyciele; przejrzałam kilkadziesiąt PSO z pięciu różnych szczecińskich szkół. Nie znalazłam ani jednego, które odpowiadałoby minimum wymogów przewidzianych ustawą.
Mnie to przeraża.

Co zatem robić?
Odpowiedź zależy od tego czy jesteś rodzicem, czy nauczycielem.
Jeśli tym pierwszym – przemyśleć, spisać swoje przemyślenia i porozmawiać. Z nauczycielem lub dyrekcją szkoły. O zmianie filozofii. O potrzebie respektowania prawa. O przywróceniu uczniom ich podmiotowości.
Jeśli jesteś nauczycielem - przeczytać ustawę. Pomyśleć. Zapytać. Otworzyć się na rozmowę. I na uczniów.  

Róbcie zresztą cokolwiek innego co przyjdzie Wam do głów. Tylko róbcie. Zanim szkolne mleko się rozleje, a wielu uczniów poparzy.

niedziela, 1 września 2019

W.Chmielarz "Rana", czyli jedenaste: nie oczekuj


Pisanie w dniu 1 września o oczekiwaniach nie jest najlepszym pomysłem.
Oczekiwania to najgorsze co można mieć w związku z rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Wobec szkoły, nauczycieli, dzieci oraz siebie jako rodzica.
Oczekiwania to otwieracz do puszek z frustracją, rozczarowaniem i niepotrzebnym stresem.

Na najnowszą książkę Wojciecha Chmielarza, „Rana”, wydaną mniej więcej rok po poprzedniej, „Żmijowisku”, wiele osób, w tym ja, czekało. Autor przyzwyczaił swoich czytelników do wysokiego poziomu (o proszę: tutaj i tutaj).




„Rana” przyszła w paczce razem z kilkoma innymi pozycjami. Wszystkie (może poza nieujętymi na zdjęciu podręcznikami dla Starszego - każdy w cenie odpowiadającej wyrobom z 24-karatowego złota; nie ma to jak rocznik uczniów, którzy muszą zdać się na dyktat wydawców i hurtowni, bo nie istnieje dla nich rynek wtórny podręczników) zostały powitane z radością, jednak tylko „Rana” z entuzjazmem. To głównie jej wyczekiwałam. To ona dostąpiła rzadkiego zaszczytu – została przeczytana tego samego dnia, kiedy trafiła do moich rąk, w całości. Niewątpliwie, moje oczekiwanie, iż Wojciech Chmielarz napisze kolejną trzymającą w napięciu powieść, zostało spełnione.
Niestety, tym razem liczyłam na coś więcej.
I po co?



Nie byłoby „Rany”, gdyby nie było szkoły. Prywatnej szkoły podstawowej, położonej w Warszawie, co ma pewne znaczenie fabularne, aczkolwiek drugorzędne. Prywatna szkoła samo zło, chciałoby się napisać, w ślad za jedną z czwartoplanowych bohaterek „Rany”, przypadkową staruszką, doradzającą jednej z głównych postaci: „Tam źli ludzie pracują. Nie warto. Niech pani znajdzie normalną szkołę dziecku…
W opisanej w książce szkole dzieją się złe rzeczy - choć nie szkoła jako taka jest ich źródłem, to jednak bez niej wiele z nich nie miałoby miejsca. Ofiary wybierane są i wśród dorosłych, i spośród uczniów. Ale ofiarami okazuje się również wielu spośród tych, którym autor pozwolił przeżyć.

O prywatnych szkołach jako siedliskach zła wiem bardzo wiele. O występujących w nich rozbieżnościach między oczekiwaniami (i obietnicami) a rzeczywistością również. Tak, to miejsca, do których trafiają dzieci dobrane według specyficznego klucza. A imię jego: dużo zer na bankowych kontach ich rodziców.  
W związku z tym powinnam być zadowolona, że w „Ranie” znalazłam to, o czym sama przekonałam się (i napisałam) już wcześniej. Że rządzi tam pieniądz. Że zarządzający lubią papierki lakmusowe, np. w postaci stypendiów dla ubogich uczniów. Że nie uczy się tam dzieci empatii, współpracy i życia w normalnym społeczeństwie, lecz funkcjonowania w tej bańce, w której zostały zamknięte dzięki pieniądzom rodziców.
To wszystko prawda. Ale u Chmielarza jest ona zbyt oczywista.

„Rana”, mimo że krwista, jest bardzo czarna. Jest rozległa, jednak jej brzegi są gładkie, nie poszarpane. Wszystko (poza główną intrygą i pytaniem o to kto jest mordercą - po raz kolejny bardzo długo dałam się zwodzić) jest tu dość proste. I czarne, nie białe, i nie szare. Brakuje niejednoznaczności, wątpliwości. Tak, życie bywa takie jak tu opisane. Są tacy ludzie. Ale nie wszyscy, do diabła.
Przykro mi, po książce Wojciecha Chmielarza oczekiwałam czegoś więcej. Nie chciałam powtórki z serii gliwickiej – dobrej, ale za bardzo mrocznej, za bardzo jednoznacznie złej. Tymczasem właśnie to, tyle że unurzane w psychologicznym sosie (autor utrzymuje się na kursie obranym już przy „Żmijowisku”), dostałam.
A było się nie nastawiać.

Moim najpoważniejszym zarzutem wobec „Rany” jest nadmiar, bynajmniej nie krwi, choć trupów, owszem, całkiem sporo jak na jedną książkę. Autor miał zbyt wiele pomysłów na poprowadzenie czytelnika ku rozwiązaniu zagadki, która wprawdzie pozornie dotyczy tego, kto zabił, jednak faktycznie tego, co tak bardzo poraniło bohaterów, wszystkich bez wyjątku. Tej książce brakuje normalności, choćby w homeopatycznej dawce.

Razi także (uwaga, spojler!) jednoznaczna inspiracja reportażem Mariusza Szczygła „Śliczny i posłuszny” i podążenie tropem tego, co najbardziej intrygowało Szczygła w tej historii, opisanej po raz pierwszy przez Barbarę Seidler w tekście „Pani od maszynoznawstwa”. Pierwowzorem jednej z kluczowych postaci jest bohaterka opisanych tam zdarzeń – kobieta, nauczycielka, zabójczyni sześcioletniego dziecka. Chmielarz dokonał wprawdzie nieco zmian (płci dziecka oraz jego pokrewieństwa z morderczynią - faktycznie ofiarą był chłopiec, zakatowany przez swoją macochę, przy bierności, a może i współudziale ojca; u Chmielarza jest to dziewczynka, biologiczna córka zabójczyni), jednak poza tym ta sama jest nie tylko oś całej historii, ale i sporo jej szczegółów. A zwłaszcza sprzączka od wojskowego pasa, którym bite było dziecko. Kto raz przeczytał reportaż Seidler, nigdy pewnych rzeczy nie zapomni.

Zadaniem reportera jest opisanie rzeczywistości. Pisarz ma ten przywilej, że ogranicza go tylko własna wyobraźnia. Czy jednak tak jest również w przypadku, gdy korzysta, choćby w ramach luźnej inspiracji, z prawdziwych historii? Ja uważam, że nie; w tym zakresie nie zmieniłam poglądu od czasu lektury „Innej duszy” Łukasza Orbitowskiego.

Dlatego „Rana” jest, moim zdaniem, najmniej udaną książką Chmielarza. Za prosto przychodzi mu rozgrzeszanie (choć tylko niektórych), zbyt łatwe są podsuwane przezeń tłumaczenia. Za czarno-białe wykreowane przezeń postaci, mimo że pozornie skomplikowane. Biedni lepsi, bogatsi gorsi, choć poranić tak samo można i jednych, i drugich. Zarazem nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor przestraszył się wniosków, do których doszedł, stąd takie a nie inne zakończenie. Dające nadzieję, mało jednak moim zdaniem przekonywujące.
Za łatwo wreszcie rysowało się autorowi obraz złej szkoły, prywatnej szkoły.
Oczekiwałam czegoś więcej. Od Wojciecha Chmielarza. Sam to sobie u mnie zrobił. Za dobrze pisze.

Z dwojga złego wolę jednak frustrację spowodowaną rozczarowaniem wyczekiwaną lekturą (choć „Rana” jest zupełnie niezłą książką, serio) niż tym, że nie spełnią się moje oczekiwania co do nowych szkół obu moich synów. Niby poprzeczka nie jest zawieszona zbyt wysoko (gorszych niż dotychczasowe mieć raczej nie mogą), ale po co mi samodzielnie wyprodukowany stres i frustracja?

Dlatego 1 września 2019 roku od szkolnictwa w tym kraju nie oczekuję niczego. Swoje oczy zwracam raczej ku niebiosom: czekam na cud, który pozwoli mi i mojej rodzinie przetrwać kolejne 10 miesięcy.

Wojciech Chmielarz „Rana”. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019.

wtorek, 9 kwietnia 2019

Dość długa bajka o tym, dlaczego popieram strajk nauczycieli, mimo że najchętniej część z nich wysłałabym na Marsa


(albo na Plutona, który podobno nie jest planetą, ale mnie nauczyciele uczyli, że jest, dlatego bym ich na niego wysłała, a poza tym jest dalej od Marsa)

źródło zdjęcia
Wcale nie dawno temu, ale teraz, nie za górami i lasami, ale w Szczecinie, żyje sobie Momarta.

Momarta dotychczas żyła modelowo. Mąż, domek opodal lasu (wprawdzie nie na kurzej łapce, ale za to na kredyt), dwójka zdrowych dzieci (Starszy i Młodszy), kariera w rozkwicie, rozmiar ubrań ten sam od 20 lat. 
W domku opodal lasu wszystko przebiegało zatem harmonijnie, a przez jego okna (o ile akurat zostały umyte, co niestety nie zdarzało się częściej niż 2 razy w roku) biła, opromieniając okolicę i świat cały, aura ogólnej szczęśliwości.

Dzieci rosły, a co za tym idzie, zaczęły uczęszczać do przedszkoli i szkół. Raz było lepiej, raz gorzej, jednak Momarta zawsze trzymała rękę na pulsie. Śledziła najnowsze rodzicielskie trendy, od czytania nocami mądrej literatury niszczyła wzrok, nie ustawała w wysiłkach, by uczestniczyć we wszystkich mądrych warsztatach, spotkaniach czy odczytach. A wszystko po to, by wspomniana wcześniej aura biła blaskiem coraz większym i jaśniejszym (bo przecież te okna tylko dwa razy do roku).

Zatem. Skoro Starszy, rocznik 2005, miał być według zapewnień Ministerstwa Edukacji Narodowej na-pewno-ostatnim-rocznikiem-który-nie-będzie-musiał-pójść-do-szkoły-w-wieku-6-lat-ale-w-przyszłym-roku-to-będzie-płacz-tłok-i-zgrzytanie-zębów-podwójnego-rocznika-więc-my-tam-byśmy-go-posłali-do-szkoły-już-w-tym-roku, Momarta (wespół z mężem, rzecz jasna), zaufawszy, posłali Starszego do szkoły (publicznej) jako sześciolatka.

źródło zdjęcia

Początkowo było ślicznie i lirycznie. Dziecię uczyło się na dywaniku, w życzliwej atmosferze, przez znakomicie do tego przygotowaną nauczycielkę edukacji wczesnoszkolnej, nie przysparzając sobie i rodzicom większych zmartwień. Niestety, gdy ukończyło klasę 3, liryka gwałtownie została zastąpiona szkolną prozą w postaci nauczycieli z piekła rodem, których główne zajęcie sprowadzało się do wykrzykiwania uczniom, że żarty się skończyły (po szczegóły odsyłam do książki Marcina Wichy „Klara. Słowo na Szy”).


Powyższe sprawiło, że Momarta (wspólnie z mężem, rzecz jasna) postanowiła, że Młodszemu należy tego wszystkiego oszczędzić. Skonsultowawszy się z mądrzejszymi i nieprzespawszy stu nocy, posłała Młodszego do szkoły Montessori. Niestety prywatnej, gdyż publicznych szkół montessoriańskich w tym kraju, póki co, nie robią. Momarta miała w związku z tym pewne wątpliwości, gdyż zawsze pilnie uczyła się historii, zwłaszcza najnowszej, co doprowadziło ją do ugruntowanego przekonania, że nigdy w życiu nie chciałaby znaleźć się w getcie. Nawet jeśli miałoby być to getto ludzi bogatych. Dyrekcja szkoły zapewniała ją jednak w gorących słowach, że wprawdzie liczy sobie za czesne 750 złociszów miesięcznie (plus obiady, plus wszystko inne, stawki sprzed 4 lat, pamiętajcie o inflacji i waloryzacji), to jednak dzięki stosowaniu bogatego systemu ulg i zwolnień wśród jej uczniów nie brakuje osób z rodzin mniej zamożnych. Momarta (i jej mąż, rzecz jasna, dalej jako: ijmrj), naiwna, uwierzyła.

źródło zdjęcia

Przez pierwsze dwa lata wszystko przebiegało pomyślnie. Aura szczęśliwości miała się świetnie i przebijała się nawet przez bardzo brudne szyby. Niestety, jak to w bajkach bywa, na horyzoncie wkrótce pojawiły się czarne chmury.

Rok 2017 nie był dobrym rokiem.

Najpierw okazało się, że – a kuku! – ministerstwo dokonało rewizji swych planów i uznało, że rocznik 2005 jest jednak skazany. Nie, nie na sukces, lecz na bycie podwójnym rocznikiem. To przed czym Momarta (ijmrj) chciała uciec, wystawiło znienacka łeb zza brudnych szyb domku opodal lasu.

Aura zawyła boleśnie, jednak planowała walczyć. Niestety, wróg zaszedł ją również od tyłu. Szkoła Montessori, przeniósłszy się do nowej wypasionej siedziby, postanowiła bowiem udoskonalić metodę nauczania, dostosowując ją tak do potrzeb nowoczesnego XXI wieku, jak i cen oraz rozmiarów aut, którymi dowożeni byli do niej jej uczniowie (system ulg i zwolnień słabo się przyjął).
Aura podkuliła ogon i uciekła do pobliskiego lasu (a było zamieszkać w centrum!), zostawiając Starszego, Młodszego oraz Momartę (ijmrj) na pastwę losu.
Los zaś bywa, nie tylko w bajkach, okrutny.

źródło zdjęcia
Przez kolejny rok Momarta (ijmrj) tułała się od lekarza do lekarza, od szpitala do szpitala, próbując zdiagnozować i wyleczyć to jedno, to drugie dziecko. Bóle głowy, bóle brzucha, ogólne osłabienie organizmu, infekcje - jedna za drugą, zapalenia płuc, każde trwające miesiąc (dygresja prawnicza: razy dwoje dzieci równa się dwa miesiące, co już prowadzi do wyczerpania zasiłku opiekuńczego przysługującego na dzieci w wymiarze 60 dni rocznie, a gdzie reszta chorób?). Hospitalizacja tu i tam, diagnostyka taka i owaka. Lekarze, rozkładający ręce i mówiący, że to już wprawdzie ente takie dziecko, które widzą, jednak z medycznego punktu widzenia to oni nie są w stanie postawić diagnozy innej niż chwcmjajchnjmk (w swobodnym tłumaczeniu z lekarskiej łaciny: „ch… wie co mu jest, ale ja ch… nie jestem, może kolega”).
I tak minął cały rok 2018.
Naszedł rok 2019.

źródło zdjęcia
Starszy zobojętniał i zapatyczniał. Nauczyciele z jego szkoły przestali już nawet ukrywać, że nie są w stanie w dwa lata zrealizować programu przewidzianego dotychczas na trzy lata gimnazjum (fuj gimnazjum, fuj!) i zaczęli jawnie sugerować konieczność korzystania z pozalekcyjnego wsparcia, napominając, że bez tego to ciężko będzie dobrze zdać egzamin ósmoklasisty, a co za tym idzie – dostać się do szkoły innej niż branżowa (wiadomo, podwójny rocznik). Starszy zaczął przesiadywać przy biurku godzinami, wpatrując się w ścianę i powtarzając, że jest debilem i idiotą, szczególnie głośno po każdej kolejnej ocenie niedostatecznej (szczegóły tutaj). Zrozpaczona Momarta (ijmrj) postanowiła zorganizować mu korepetycje. Niestety, przy planie lekcji Starszego (zajęcia od 7.10 do 16.30, w porywach do 14.30, patrz tutaj) okazało się, że można wcisnąć mu je tylko w weekendy, co też uczyniono. Wobec faktu, iż miesięczne wydatki z tego tytułu przekroczyły kwotę przekazywaną co miesiąc na konto nowej, lepszej szkoły Młodszego, małżonek Momarty zaczął bywać w domu tylko w weekendy, z uwagi na konieczność zdwojenia wysiłków w celu dostarczenia potrzebnych rodzinie środków utrzymania. Starszy przywykł do tego, że codziennie rano musi łyknąć proszek od bólu głowy, a do już i tak napiętego grafiku dorzucił wizyty u logopedy-specjalisty od jąkania. Aura szczęśliwości, do której jakimś cudem dotarły wieści w tej sprawie, zawyła tylko głośno z oddali, szczęśliwa, że nie musi już brać w tym udziału.

Równolegle Młodszy zaczął chorować intensywniej niż wcześniej. Okazało się, że nie zwizytował jeszcze szeregu oddziałów szpitalnych, toteż rozpoczął nadrabianie braków. Momarta (tym razem samodzielnie) uruchomiła wszystkie znajomości (również w banku), dzięki czemu mogła zapoznać się z przebogatą ofertą świadczeń medycznych tylko teoretycznie refundowanych przez NFZ. W przerwach od korzystania ze świadczeń Młodszy wracał do swojej szkoły, czasem na tydzień, czasem na dwa, po czym spektakularnie rozpoczynał prezentowanie nowej gamy objawów klinicznych. Momarta pomału zaczęła przywykać do tego, że co drugi poniedziałek stawia się w pracy jako zombie (o ile się stawia), zaś personel dziecięcego SOR-u zaczął witać ją (zazwyczaj po ukraińsku) w każdy niedzielny wieczór jak starą znajomą.

I tak żyliby sobie jeszcze być może długo, choć niezupełnie szczęśliwie, gdyby nie nastąpił trach. I krach.

W tym miejscu dygresja, niezbyt bajkowa.
Zgodnie z policyjnymi statystykami (dostęp tutaj), w roku 2017 dwadzieścioro ośmioro dzieci z grupy wiekowej od 7 do 12 lat targnęło się na swoje życie, z czego tylko jedno skutecznie. W grupie wiekowej od 13 do 18 lat takich dzieci było 702 (115 zamachów zakończyło się śmiercią dziecka). W roku 2018 w grupie wiekowej od 7 do 12 lat prób samobójczych było 26, z czego już 5 skutecznych, zaś w grupie wiekowej od 13 do 18 lat – 746, z czego śmiercią dziecka zakończyło się 92.

Psychiatria dziecięca w Polsce przeżywa kryzys. Lawinowo wzrasta liczba dzieci potrzebujących pomocy psychiatrycznej (o czym alarmował m.in. Rzecznik Praw Dziecka – tutaj), zaś maleje liczba dostępnych lekarzy specjalistów i łóżek szpitalnych. W listopadzie 2018 roku działający przy Ministerstwie Zdrowia zespół ds. zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży podał, że według jego ustaleń „rozpowszechnienie zaburzeń psychicznych w populacji dzieci i młodzieży dotyczy około 10%, co oznacza, że w Polsce ponad 600 tys. osób poniżej 18 roku życia wymaga zapewnienia profesjonalnej opieki. Wśród czynników wpływających na rozwój zaburzeń, oprócz czynników biologicznych, genetycznych i epigenetycznych, coraz większe znaczenie odgrywają czynniki rodzinne i społeczno-kulturowe. Na przestrzeni ostatnich lat obserwuje się narastanie częstości zaburzeń zależnych lub częściowo zależnych od uwarunkowań cywilizacyjnych i kulturowych (np. zaburzenia depresyjne, próby samobójcze, samookaleczenia, zaburzenia odżywiania, uzależnienia, zaburzenia związane ze stresem). Szczególnie poważnym problemem są próby samobójcze. Stanowią one w chwili obecnej w Polsce pierwszą przyczynę zgonów w wieku pomiędzy 14 a 19 rokiem życia.” (całe stanowisko zespołu dostępne tutaj).

Wróćmy jednak do naszej bajki.

Momarta (ijmrj) starała się być dobrym rodzicem. Wsłuchiwała się w potrzeby dzieci, starała się nie wywierać na nie nadmiernej presji, próbowała trzymać rękę na pulsie. Być może dlatego zorientowała się, że tonie, dopiero gdy znalazła się na samym dnie. Razem z Młodszym.

źródło zdjęcia

Momarta nigdy nie myślała, że zobaczy to, co zobaczyła i usłyszy to, co usłyszała.

Nie sądziła również, że kiedykolwiek zapragnie, by jej dziecko znalazło się w jakimś bezpiecznym miejscu, najlepiej wyposażonym w pasy i postawnych pielęgniarzy lub pielęgniarki, dzierżących w dłoniach strzykawki z dużą ilością mocnych środków uspokajających. A jednak zapragnęła.

Nie przypuszczała też, że sama będzie potrzebowała fajnych proszków, aby funkcjonować. Zawsze była wszak świadomą i nietracącą kontroli kobietą. A jednak zaczęła potrzebować.

Nigdy nie mów nigdy – to mógłby być morał tej przydługiej bajki, ale jednak nie będzie. I nie tylko dlatego, że jest mało błyskotliwy.

źródło zdjęcia
Momarta bowiem, opróżniwszy duszkiem znalezioną na dnie fiolkę z fajnymi proszkami, chwyciła Młodszego w objęcia w ostatniej chwili, tuż przed ostatecznym atakiem strasznego potwora (w porządnej bajce muszą być wszak potwory).
Potwór gonił ich długo, wykrzykując różne rzeczy i przybierając różne postacie.
Raz był którymś ze szkolnych kolegów i koleżanek Młodszego, wyśmiewającym się z niego stale i systematycznie, dzień po dniu; drugi raz - nauczycielem, nie reagującym na takie sytuacje. Innym razem przybrał postać innego nauczyciela, surowo mówiącego do Młodszego, że jest idiotą, który niczego nie rozumie, ale to nic dziwnego, bo pewnie nocami gra na komputerze, więc dorzuci mu jeszcze więcej zadań do zrobienia, to może zrozumie i wreszcie się nauczy. Kolejny raz był przedstawicielem dyrekcji szkoły, żyjącej w przekonaniu, że jeśli dzieciom trzy lata wcześniej mówiło się, że białe musi być białe, to można teraz, w związku z doraźną potrzebą, pomalować białe na czarno i twierdzić, że takie było zawsze, a dzieci i tak się nie zorientują. Różne, związane ze szkołą rzeczy wykrzykiwał potwór, a z każdym jego słowem Młodszy stawał się mniejszy i mniejszy, smutniejszy i smutniejszy.

źródło zdjęcia
Na szczęście dla Momarty, której kondycja fizyczna pozostawiała wiele do życzenia, gdyż wieczorami zamiast gnać na siłownię, gnała do biurka, by skończyć to, czego nie zdążyła zrobić w pracy (i działo się tak każdego wieczoru, gdyż czas pracy Momarty jest określony wymiarem jej zadań, a czego jak czego, ale zadań do wykonania to jej nigdy nie brakuje, buchacha), nagle zza węgła wyskoczył jakiś zbłąkany psychiatra dziecięcy (być może dlatego, że odwołali mu lot do Irlandii, ale nie wiadomo na pewno, bo Momarta bała się zapytać) i bach potwora po pysku! Niestety, zaraz potem poinformował, że następne bach może odbyć się dopiero za trzy miesiące, a i to tylko dlatego, że w trybie pilnym, po czym przeprosił i słaniając się na nogach, udał się ratować kolejne dziecko. To jednak wystarczyło, by zziajana Momarta złapała oddech (w przeciwieństwie do potwora) i odskoczyła w bok, cały czas tuląc Młodszego do obfitej piersi (co wieczór znakomicie jej się bowiem pracowało przy małych przekąskach, w sam raz na stres).

I w ten to sposób, moi drodzy, dobrnęliśmy niemal do końca tej przydługiej bajki. Momarta stoi sobie bowiem aktualnie z boku świata (razem z Młodszym) i duma.

Duma o tym, że rozpoczęty właśnie strajk nauczycieli tylko pozornie niczego w jej sytuacji nie zmienia. Teoretycznie jest jej przecież wszystko jedno, czy lekcje się odbywają, czy nie, skoro Młodszy i tak do szkoły nie chodzi, a Starszy nie zachowuje się jak osoba, która ma z tego powodu jakiś problem (o egzaminie ósmoklasisty Momarta nie myśli, gdyż przestała myśleć o rzeczach, na które nie ma wpływu).
Praktycznie jednak Momarta wie, że zależy jej na tym, aby każde dziecko w tym kraju zaczęło mieć realny, a nie tylko teoretyczny dostęp do darmowej EDUKACJI, niestety mylonej dotychczas z tresurą. Zależy jej na tym, aby jej dzieci spotykały w szkołach PEDAGOGÓW, a nie absolwentów kierunków pedagogicznych. Na tym, by wykonywanie pracy nauczyciela stało się na tyle prestiżowe, by garnęli się do niej nie tylko nieuleczalni zapaleńcy, gotowi do daleko idących poświęceń lub spadkobiercy rodzinnych fortun, niemuszący troszczyć się o finanse, ewentualnie ci, którym nic w życiu nie wyszło.
Momarcie marzy się bowiem świat, w którym szkoła jest miejscem, w którym szczęśliwi nauczyciele zapewniają szczęśliwym uczniom, każdemu z osobna i wszystkim razem, warunki niezbędne do ich rozwoju oraz przygotowują ich do wypełniania obowiązków rodzinnych i obywatelskich w oparciu o zasady solidarności, demokracji, tolerancji, sprawiedliwości i wolności (Momarta przeprasza za patos, ale przepisała tylko, wzruszając się do łez, fragment obowiązującej od ładnych kilku lat preambuły do ustawy – Prawo oświatowe).

Dlatego ja, Momarta, popieram strajk nauczycieli. Bo ja na dnie już byłam. I wiem, że nie sposób tam żyć.

piątek, 22 lutego 2019

Budzący się rodzice szukają budzących się nauczycieli, czyli głos wołającego na (szczecińskiej) puszczy

Na wczorajszym (21 lutego) spotkaniu BSS Szczecin (i nie tylko) pt. "Rodzice sojusznikami zmiany w edukacji" większość uczestników stanowili... rodzice.
W grupie uczestniczących w spotkaniu nauczycieli (świetnych, otwartych!) większość - jak na moje oko - stanowili ci spoza Szczecina. 


 Pod postem Doroty Trynks (siły sprawczej szczecińskich spotkań) "budzący się rodzice szukają budzących się szkół" (post tutaj), jak dotąd można znaleźć wyłącznie komentarze poszukujących rodziców. Odpowiedzi nauczycieli brak.

Popyt przewyższa podaż. Miałam to na zajęciach z ekonomii.
Cytuję za internetową "Encyklopedią zarządzania": „nadwyżka wartości popytu nad wartością podaży skutkuje zwiększeniem konkurencji wśród konsumentów dóbr, a w rezultacie wzrostem cen. Kiedy ceny rosną, zmniejsza się zapotrzebowanie na dane dobro, co jednocześnie skłania producentów do powiększenia rozmiarów podaży.”

Jak skłonić „producentów” dobrej edukacji do powiększenia rozmiarów podaży, przy jednoczesnym pominięciu etapu wzrostu cen?

Oto jest pytanie.
Hamlecie, Ty ze swoim wysiadasz, przykro mi.

środa, 13 lutego 2019

T.Noah "Nielegalny", czyli śmiech przez łzy


Być może gdybym przeczytała „Nielegalnego” w ubiegłym roku, zaraz po tym gdy ukazał się w Polsce, uważałabym – jak Marcin Meller, który podzielił się swoją opinią na temat tej książki na jej okładce – że to „przezabawna opowieść o koszmarnych czasach”.
Chociaż, po zastanowieniu, prostuję. Nie sądzę, abym użyła przymiotnika „przezabawna”. Noah pisze wprawdzie lekko i żartobliwie, ale nie po to, by czytelnika rozbawić. Raczej, by zmiękczyć swoją, jakżeż gorzką, opowieść o – tu zgodzę się z Mellerem – koszmarnych czasach.


Trevor Noah urodził się w roku 1984, a w książce opisał swoje dzieciństwo w RPA. To wystarczy, by stępić czujność polskiego czytelnika i zasugerować mu, by potraktował tę książkę jako egzotykę (nie dość, że do RPA daleko, to jeszcze wszystko działo się tak dawno temu); kolejną rzecz, którą przeczyta na luzie, ciesząc się, że „nas to nie dotyczy”. 

W Polsce nie mamy obecnie wielokulturowego, wielokolorowego i wielojęzycznego społeczeństwa. Nie istniał u nas nigdy problem apartheidu, ani tego co po nim (a co zdaniem Noaha i wielu innych nie było i nie jest wcale wiele lepsze). Mieliśmy jednak i mamy inne dylematy, których podłoże i skutki są podobne jak w RPA i innych miejscach na świecie.

Wykluczenie. Z tego czy innego powodu – koloru skóry, języka, statusu społecznego i majątkowego, wyglądu, poglądów politycznych czy orientacji seksualnej. Wszystko może okazać się nie takie. Zdecyduje o tym jakaś grupa, do której – z tych lub innych względów – nie będziesz należeć.

Lektura „Nielegalnego” porusza nie tylko ze względu na literacką sprawność autora książki, ale także (a może przede wszystkim) z uwagi na fakt, iż jest to opowieść osoby, która urodziwszy się z nielegalnego związku białego mężczyzny i czarnej kobiety, musiała odnaleźć swoje miejsce w świecie, w którym nie przewidziano przestrzeni dla takich jak ona.
To także opowieść o kobiecej sile, a w szczególności – by znów posłużyć się okładkowym sloganem – hołd złożony matce autora.

matka autora
źródło zdjęcia
Patricia Nombuyiselo to kluczowa postać tej historii, kobieta silna mocą płynącą z jej wnętrza, choć także i z wiary (gdyby „Nielegalny” został zekranizowany, Jezus miałby spore szanse na Oscara za rolę drugoplanową). Choć jej metody wychowawcze wywołują sprzeciw („Co roku zwyciężałem w zawodach w dzień sportu (…) i co roku mama wygrywała rywalizację mam” – pisze Trevor Noah. – „Dlaczego? Bo wiecznie za mną biegała, żeby mi spuścić lanie, a ja wiecznie przed nią uciekałem, żeby tego uniknąć.. Nikt nie biegał tak szybko jak mama i ja. (…) Lubiła też rzucać przedmiotami - wszystkim, co się akurat napatoczyło. Jeżeli to było coś delikatnego, musiałem to złapać i odstawić. Gdyby się zbiło, byłaby to moja wina i dostałbym jeszcze większe lanie.”), to nie sposób nie zgodzić się z jej rozumieniem roli matki, tak opisanym w książce przez jej syna:
 „Mama lubiła powtarzać: „Moim zadaniem jest karmić twoje ciało, twojego ducha i twój umysł.” I tak właśnie robiła.”
I dalej, w innym miejscu: „Mama wychowywała mnie tak, jakby świat stał przede mną otworem. Z perspektywy czasu widzę, że wychowywała mnie jak białe dziecko – nie w sensie kulturowym, ale w sensie wiary w swoje możliwości, wyrażania własnych opinii, przekonania, że moje poglądy, myśli i decyzje są ważne. Powtarzamy ludziom, żeby podążali za swoimi marzeniami, ale człowiek jest w stanie marzyć jedynie o tym, co potrafi sobie wyobrazić, a nasza wyobraźnia, w zależności od tego, skąd się wywodzimy, bywa mocno ograniczona. Marzeniem ludzi dorastających w Soweto był drugi pokój. Marzył nam się podjazd. I to, że może kiedyś na końcu tego podjazdu stanie brama z żelaza. Taki był nasz horyzont. Tymczasem najwyższy szczebel tego, co możliwe, zawsze jest daleko poza zasięgiem naszego wzroku. Matka pokazywała mi te możliwości.”

Siłą „Nielegalnego” jest jego wielopłaszczyznowość. Można w czasie lektury skupiać się na tym, w jaki sposób przedstawione są tam kobiety. Lub mężczyźni, jak kto woli. Można także szczególną uwagę zwracać na kwestie edukacji. Albo religii. Albo na wiele innych spraw, o których tam mowa (rasizm i jego źródła, przemoc domowa, państwo, prawo, cokolwiek sobie wymarzycie). Co jednak ważne, każda z tych czytelniczych dróg prowadzi nie tylko do poszerzenia wiedzy o południowoafrykańskiej rzeczywistości, lecz i do, niestety gorzkich, uniwersalnych konstatacji. Mimo bowiem że główny bohater, „nielegalny” Trevor Noah jest kolorowy, a znaczna część bohaterów jego książki czarna, w postawionych przed nimi lustrach odbijają się nader często białe twarze. Moja na pewno, może też Twoja, a może i sąsiada zza rogu.

Jak wychowujemy nasze dzieci? Czy jak „białe dzieci”, czy może „czarne”, zamknięte w kokonie naszych bojaźni i lęków? Czy pokazujemy im ich możliwości, wspieramy w marzeniach? Czym karmimy ich umysły?
Czy zastanawiamy się jak ulotne i ocenne jest to, co – żyjąc w bezpiecznym świecie – wyznacza nasz status? I jak łatwo to stracić? 

Język niesie ze sobą tożsamość i kulturę, a przynajmniej pewne wyobrażenie o niej. Wspólny język mówi: „Jesteśmy tacy sami”. Bariera językowa mówi: „Jesteśmy różni”. Architekci apartheidu to rozumieli. Obok fizycznej separacji jednym ze sposobów na wzmocnienie podziałów wśród czarnej ludności była separacja językowa. (…) Jeżeli jestem rasistą i spotykam kogoś, kto wygląda inaczej niż ja, różnice językowe wzmacniają moje rasistowskie uprzedzenia: ten człowiek jest inny, mniej inteligentny. Meksykanin, który zamieszkał w Ameryce, może być naukowcem, ale jeśli mówi łamaną angielszczyzną, ludzie powiedzą:
- Ee, nie ufam temu facetowi.
- Ale to naukowiec.
- Kto ich tam wie, co to za meksykańska nauka. Nie ufam i już.

Jakżeż łatwo przychodzi nam zaszufladkowanie mówiących po arabsku i śniadych (2 w 1) uchodźców z Afryki. Wiadomo, nie mogą reprezentować sobą niczego dobrego.
Równie dobrze radzimy sobie również z przybyszami zza wschodniej granicy. Wyglądem wprawdzie nie różnią się od nas, językiem niby również nie za bardzo, ale nie dalej niż po drugim wypowiedzianym przez nich z charakterystycznym zaśpiewem zdaniu, wiemy z kim mamy do czynienia.

„- Mamo, a oni na tej Ukrainie to chyba nie są za mądrzy? Bo strasznie dużo u nich sprzątaczek.” – oznajmiło w ubiegłym miesiącu moje własne dziecko. Które – żeby nie było wątpliwości – nigdy nie widziało ani we własnym domu, ani w domu nikogo z bliskich żadnej sprzątającej Ukrainki. W czasie każdego pobytu w szpitalu spotykało jednak i spotyka salowe mówiące wyłącznie z charakterystycznym zaśpiewem. Słuchało również wielu rozmów na temat pracowników zza wschodniej granicy, w tym w szkole. Wystarczyło, by nasiąknął stereotypowym myśleniem.

I tak doszliśmy do mojego konika. Edukacji. W kontekście roli jaką ma do odegrania także w zakresie zapobiegania wykluczeniom, nie do przecenienia. 

W Niemczech każde dziecko uczy się w szkole o Holokauście. Nie tylko poznaje fakty, ale również genezę i znaczenie tego zjawiska. Dzięki temu młodzi Niemcy wchodzą w dorosłość z odpowiednią wiedzą i poczuciem skruchy. Szkoła brytyjska do pewnego stopnia podobnie traktuje kolonializm. Brytyjskie dzieci poznają historię imperium  z wyczuwalnym między wierszami zastrzeżeniem: „Trochę jednak wstyd, co?”.
W RPA do dziś nie uczy się w ten sposób o potwornościach apartheidu. Nie uczy się u nas krytycznej oceny ani wstydu. Nauka historii wygląda jak w Ameryce, gdzie mówi się dzieciom: „Najpierw było niewolnictwo, potem Jim Crow, potem Martin Luther King i skończyło się.” U nas jest podobnie: „Apartheid był zły. Nelson Mandela wyszedł na wolność. Porozmawiajmy o czym innym.” Garść faktów z pominięciem wymiaru emocjonalnego i moralnego. Tak jakby nauczycielom, nadal w przeważającej części białym, powiedziano: „Róbcie, co chcecie, tylko nie denerwujcie dzieci.”

Człowiek wykształcony jest człowiekiem wolnym, a przynajmniej tęskniącym za wolnością”, napisał Noah w innym miejscu.

Dla moich dzieci nie marzę o niczym innym niż o wolności.

Trevor Noah „Nielegalny”, przełożył Łukasz Witczak. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2018.