Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 maja 2018

S.Majcher "Gotuję, nie marnuję", czyli nie marnuj papieru (i pieniędzy nań)

„Oszczędność, niestety, nie jest cechą charakterystyczną polskiej gospodyni. Prawdą jest również, że praca zawodowa kobiet ogranicza w poważnym stopniu czas przeznaczony na prowadzenie gospodarstwa domowego. Stąd dążenie do maksymalnego upraszczania prac związanych z utrzymaniem w porządku mieszkania, a zwłaszcza z przyrządzaniem posiłków.”

To wstęp do wydanej 35 lat temu książki kucharskiej – poradnika „Nie tylko dla jaroszów” autorstwa Zofii Zawistowskiej. Choć służył on wówczas przekonaniu czytelnika (czy raczej czytelniczki – autorce zdawało się nie mieścić w głowie, że codziennym gotowaniem dla rodziny mogą zajmować się mężowie i ojcowie) do dań jarskich, głównie z ekonomicznej konieczności (informacja dla młodszych wiekiem: w roku 1983 w Polsce obowiązywały kartki na mięso), to jednak wydaje się częściowo odpowiadać także na pytanie dlaczego dzisiaj, pod koniec drugiej dekady XXI wieku, marnujemy tyle jedzenia.

Niemarnowanie jedzenia to teraz temat trendy. Po okresie rozpusty i zachłyśnięcia się powszechną dostępnością wszystkiego (najgorzej wydaje się obecnie być z pieniędzmi, wszystko inne jest na wyciągnięcie ręki), przyszedł czas na opamiętanie.

Ratuj jedzenie, które dla innych jest marzeniem” – to hasło akcji prowadzonej przez polską Federację Banków Żywności. Kto jest jej adresatem?
Na pewno ja i moja rodzina. Niestety wyrzucamy, niestety nie przejadamy, niestety kupujemy za dużo i bez sensu. I tak już od pewnego czasu.

Nie wiem, czy marnowanie żywności jest tylko problemem lepiej sytuowanych mieszkańców większych miast. Ale owszem, z mojego punktu widzenia jest to rodzaj nowobogackiej, zglobalizowanej fanaberii (mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa!). Przeradzającej się coraz szybciej w chorobę.

Wszystko jest wszędzie i niemal zawsze.
Chcesz truskawek w środku zimy? Nie ma sprawy.
Masz ochotę dziś na kurczaka po tajsku, jutro na bigos, zaś pojutrze na łososia z grilla? Nic nie stoi na przeszkodzie, w końcu żyje się tylko raz.
Lubisz mieć wybór? Cóż prostszego – wystarczy kupić pięć gatunków sera i drugie tyle rodzajów warzyw (pomidor, ogórek, papryka, rzodkiewka i sałata), by potem móc wybrzydzać przy robieniu śniadania. A gdy okaże się, że masz ochotę na brie, podczas gdy w lodówce jest tylko rokpol, gouda, camembert, półtłusty twaróg i serek ricotta, zawsze możesz wysłać dziecko do sklepu.
Z drugiej strony, gdy wychodzisz codziennie z domu o siódmej rano, a wracasz o siódmej wieczorem, doprawdy ostatnią rzeczą, którą chcesz sobie jeszcze zaprzątać głowę, jest planowanie zbilansowanych posiłków na kolejny dzień.
Jeśli jednak mimo to przychodzi Ci do głowy myśl, że tym czego potrzebujesz jest świeżo wydana książka o tym jak nie marnować jedzenia, pamiętaj – bierz czym prędzej nogi za pas!



Sylwia Majcher jest – jak pisze o sobie na platformie „Z nami zdrowo” – „dziennikarką, blogerką i mamą, której dzieci najbardziej lubią czarne oliwki i hummus”.
Jakaż szkoda, że nie przeczytałam tego zdania, zanim kupiłam jej książkę. Byłabym kilkadziesiąt zeta do przodu, a w koszu miałabym dokładnie tyle samo niezużytego jedzenia, ile mam po zapoznaniu się z jej poradami.
Ale owszem, oficjalnie moje dzieci też najbardziej na świecie uwielbiają szpinak i kaszę pęczak. Gdybym miała konto na którymś z serwisów społecznościowych, ustawiłabym sobie jako profilowe ich zdjęcie, koniecznie bosonogich, nad miską z tymi boskimi pokarmami, a zachwyceni rodzice innych dzieci lajkowaliby mnie, spijając z mych internetowych ust wszystkie kolejne wyrazy. Kto wie, zachęcona sukcesem, może nawet wydałabym książkę o tym jak żywić dzieci. Choć może raczej o tym, jak ładnie ustawić je do zdjęcia.

Przeczytawszy „Gotuję, nie marnuję”, opatrzoną podtytułem „Kuchnia Zero Waste po polsku” (bo w tym kraju najlepiej sprzedają się angielskie nazwy, wiadomo), dowiedziałam się, że wszystko jest bardzo proste, a najlepiej zacząć od tego, że w sobotnie przedpołudnie wszyscy członkowie mojej rodziny usiądą razem i opowiedzą, na co mają apetyt. Wystarczy wówczas zanotować ich sugestie i wziąć pod uwagę przy tworzeniu domowego jadłospisu na najbliższy tydzień. Ponadto nie należy kupować na zapas, gdyż „nawet na niewielkich wsiach (…) sklepy otwierają się o świcie”, zaś „jeśli kończysz pracę w nocy, w drodze do domu na pewno spotkasz miejsce, gdzie uzupełnisz lodówkę”.
Dowiedziałam się również, że źródłem moich problemów jest chęć ugotowania posiłku z przeznaczeniem na więcej niż jeden dzień, gdyż na to, co zjadłam wczoraj, dziś nie będę już miała ochoty.
Poczułam się wprawdzie skonsternowana, gdy w innym miejscu dowiedziałam, że autorka zna „takie idealne domy, w których jadłospis powstaje na cały tydzień i nie ma odstępstw od ustalonej wizji. Zakupy robione są najczęściej w weekend i potem sukcesywnie wykorzystywane zgodnie z określonym harmonogramem.” Wytłumaczyłam to sobie jednak tym, że mieszkańcy owych domów z pewnością posiadają także idealne kubki smakowe, które zawsze mają ochotę na to, co na dany dzień z góry zaplanowano im w jadłospisie. Potem przypomniał mi się również mój nieżyjący sąsiad, który przez 30 lat niezmiennie żądał w niedzielę rosołu, w poniedziałek pomidorowej, we wtorek ogórkowej i tak dalej, a jego żona była z tego powodu zachwycona, gdyż nie musiała martwić się i wymyślać co by tu ugotować na obiad. Czym prędzej zapragnęłam być więc jak ona. No, może bez brodawki na policzku.

Wiem, to z mojej strony czysta złośliwość,
ale nie mogłam sobie odmówić umieszczenia
tej książki w mojej szafce z zapasami na czarną godzinę
Następnie okazało się, że nie powinnam mieć w domu więcej niż jeden rodzaj ulubionej kaszy i jedno opakowanie jednego rodzaju makaronu. Szkoda, że nie wiedzą tego moje dzieci, namiętnie jadające pomidorówkę z makaronem nitki, który jednak nijak nie nadaje się do innych niż zupa dań obiadowych. Poza tym promocja na włoskie makarony (50% zwykłej ceny, a to robi różnicę) nie zdarza się codziennie, ale być może nie da się jednocześnie oszczędzać i nie wyrzucać.
Dalej autorka zapewniła mnie, że moje życie odmieni się, gdy zacznę mrozić, suszyć, kisić i wekować. Ponieważ dotąd wykonywałam tylko pierwszą i ostatnią z wyżej wymienionych czynności (dzięki czemu moja zamrażarka od dawna jest najzimniejszym koszem na śmieci w całym domu, a regał w piwnicy stał się miejscem eksperymentów chemicznych [czy ten słoik wybuchnie po 10 latach od zawekowania, czy dopiero po 12?]), poczułam się mała i nic niewarta. A że naprawdę bardzo pragnę zmiany, postanowiłam czym prędzej wcielić w życie wszystkie przeczytane porady.

Wróciwszy zziajana do domu w sobotni poranek (wstałam o świcie, gdyż tylko wtedy mogę odpracować weekendową porcję sportu, którego niezmiennie domaga się mój kręgosłup), zjadłam szybko śniadanie, które przygotował mi małżonek (nie, żebym narzekała, ale zrobił mi kanapkę z nowym hummusem, podczas gdy na drugiej półce lodówki, w jej prawym rogu, tuż za słoikiem z musztardą, stało już otwarte opakowanie z połową starego), po czym odwiozłam młodsze dziecko do szkoły muzycznej, a następnie (odsiedziawszy w szkole czterdzieści pięć pełnych strasznych dźwięków minut) przywiozłam je stamtąd. Wówczas (a było południe) spróbowałam zlokalizować pozostałych członków rodziny (młodsze dziecko przezornie trzymałam na krótkiej smyczy). Niestety, okazało się, że w międzyczasie rozpełzli się w niewiadomych kierunkach.
Przekląwszy szpetnie pod nosem i skonsultowawszy się wyłącznie z Młodszym, udałam się na samodzielne zakupy. Kupiłam wszystko do sobotniego makaronu oraz niedzielnego kurczaka.
Gdy wróciłam, usłyszałam, że mąż nie chce makaronu w sobotę, zaś starszy syn kurczaka w niedzielę. Zgrzytnęłam zębami i oświadczyłam, że będzie makaron i już, a jak im się nie podoba, niech zrobią sobie coś innego. W odpowiedzi mąż ostentacyjnie udał się samodzielnie do najbliższego sklepu, po czym przystąpił do gotowania grochówki. W zamierzeniu miało być jej troszeczkę, jednak niechcący sypnęło mu się za dużo grochu.

W niedzielę przy śniadaniu nie obyło się bez zgrzytów, gdyż mąż zrobił wszystkim kanapki ze starym hummusem, który trzeba było skończyć. Niestety, nikt nie miał na niego ochoty (ja też).
Następnie starszy syn oświadczył, że na obiad to on zjadłby najchętniej szparagi, a kurczaka nie chce. Może ewentualnie zgodzić się na pomidorówkę (akurat nie było). Grochówki też nie chce.
Ostatecznie na obiad Starszy zjadł kanapki z dżemem (otworzył słoik truskawkowego, gdyż nie lubi porzeczkowego, którym zajada się z kolei Młodszy). Mąż grochówkę. Ja z Młodszym dojedliśmy wczorajszy makaron. Kurczak został się niczym sierotka.

W poniedziałek wstałam o świcie, aby kupić pieczywo (w sobotę zapomniałam, a w niedzielę sklepy były nieczynne). Niestety, najbliższy otwarty od rana sklep z  pieczywem jest oddalony od naszego domu o dwadzieścia minut drogi pieszo. Do listy zakupów czym prędzej dopisałam więc psa, uznając, że dzięki niemu poranny spacer będzie miał więcej sensu. Po powrocie zorientowałam się, że zapomniałam powiedzieć mężowi, który wstał w międzyczasie, aby przygotować śniadanie, żeby nie otwierał nowego opakowania sera, bo w lewym rogu trzeciej półki lodówki jest otwarte poprzednie. Kanapki ze świeżym serem są jednak znacznie smaczniejsze niż ze starym, przyznaję.
Oba słoiki z dżemem zostały tego dnia otwarte i nietknięte. Dzieci nie mogą jeść przecież codziennie tak niezdrowych rzeczy, nieprawdaż?
Przygotowanie wypełnionych zdrową zawartością śniadaniówek dla dzieci zajęło mi tak dużo czasu, że dla siebie zdążyłam chwycić tylko jabłko. Pocieszyłam się myślą, że w pracy zamówię zdrowy obiad z pobliskiej wegańskiej knajpy, a ugotowana w piątek kasza jęczmienna (przez jakiś czas łudziłam się, że zdążę wrzucić ją do termosu) wytrzyma jeszcze jeden dzień.

Tego dnia do domu wracałam o 20.30, marząc, by znaleźć się w nim czym prędzej i zalec w wannie. Na śmierć zapomniałam o kurczaku. Gdy dotarłam, okazało się, że starszy syn za nic nie umie zrobić zadań z matematyki, zaś młodszy zapomniał jak gra się gamę harmoniczną b-moll, którą miał tego dnia wyćwiczyć na blachę. Ponieważ w naszej rodzinie to ja mam wykształcenie muzyczne oraz udzielałam onegdaj korepetycji z matematyki, mąż spojrzał tylko wymownie i powiedział, że zrobi tego kurczaka, a ja mam zająć się dziećmi. Zanim powiedziałam mu, że w lodówce na drzwiach jest otwarta pomidorowa passata, przyniósł z piwnicy kolejny słoik i otworzył, dodając jego zawartość do sosu.
Myjąc tego dnia zęby, przewertowałam po raz kolejny książkę Sylwii Majcher, niestety nie znalazłam informacji na temat tego, jak poradzić sobie w takiej sytuacji.

Gdy kładłam się spać, była 23.30. Budzik nastawiłam na 5.00, bo starszy syn miał następnego dnia lekcje na 7.10, a przygotowanie zdrowego, zbilansowanego śniadania (najlepiej z resztek) zajmuje nieco więcej czasu niż posmarowanie chleba dżemem.
Tej nocy spałam fatalnie. Śniły mi się liście rzodkiewki wypełzające z kosza na śmieci i łypiące na mnie z wyrzutem. W związku z tym inne wyrzuty (sumienia) obudziły mnie o 4.58.
Rozpoczął się kolejny fascynujący dzień mojego życia.
W którym – wiem to już teraz na pewno – nie ma miejsca na książkę Sylwii Majcher z jej przepisami i poradami.

Być może mój problem polega na tym, że doskonale wiem, co należy zrobić, aby być tak świetnie zorganizowanym i uporządkowanym jak pani Majcher.
Rzucić mianowicie wszystko w cholerę. Męża i dzieci najlepiej też, bo tylko psują wszystkie plany.
Wiem również i bez czytania w książkach, że to co robię (marnuję jedzenie), jest złe.
Jeśli ktoś pogrozi mi w związku z tym palcem, przywołując szereg liczb (cytuję za autorką: „Federacja Polskich Banków Żywności policzyła, że czteroosobowa rodzina z powodu nieprzemyślanych zakupów i nieumiejętnie wykorzystanych produktów traci rocznie 2500 złotych”), z pewnością bardzo się zmartwię.
Jeśli jednak ów ktoś będzie przy tym epatował swoją doskonałością, rzucając co chwila, niby od niechcenia: „każdy może zmienić te liczby. Trzeba tylko dostrzec w resztkach potencjał”, trafi mnie jasny szlag. A w ślad za nim ciemna cholera.

Nie twierdzę, że zmiany nie są możliwe, nie szukam usprawiedliwienia dla własnej nieudolności. Moje życie wygląda jednak tak a nie inaczej i na razie nie zanosi się na to, aby mogło się zmienić (chętnie porozmawiam z panią Majcher za parę lat, gdy jej dzieci będą nieco starsze, a moje jeszcze starsze. Kto wie, może udzielę jej nawet wówczas kilku porad).
Nie chcę żyć wyłącznie w kuchni, przygotowując codziennie coś nowego (i cóż, że zgodnie z planem?), bo wiem czym to pachnie. Jakiś czas temu z przyczyn zdrowotnych przez pół roku musiałam skoncentrować się głównie na przygotowywaniu jedzenia: owszem, byłam wtedy dużo bardziej sprawna i zorganizowana, znacznie mniej marnowałam, lepiej też się odżywiałam. Przez te sześć miesięcy chodziłam jednak stale niewyspana (żeby zdążyć wszystko przygotować, musiałam wstawać wcześniej, później też chodziłam spać, gdyż np. dania obiadowe na następny dzień przygotowywałam wieczorem) i nie miałam czasu na nic innego poza planowaniem posiłków i ich przygotowywaniem. Przykro mi, na dłuższą metę chromolę takie życie.

Poza tym, w moim domu poszczególni członkowie rodziny mają różne preferencje. Ja jem mało mięsa, a okresowo wcale, mój mąż mógłby żywić się wyłącznie nim. W efekcie często każde z nas przygotowuje sobie inny posiłek, uwzględniając dodatkowo, co nie ułatwia sprawy, życzenia dzieci (każde z nich ma inne, jakież szczęście, że nie jesteśmy rodziną wielodzietną!).

Żywe są też wszelkiego rodzaju uprzedzenia: ugotowanie bulionu z obierek, na który przepis podaje Sylwia Majcher, spowodowałoby, że miałabym do dyspozycji dwa litry tego płynu wyłącznie dla siebie, gdyż nikt inny w moim domu nie tknąłby go nawet palcem u nogi. Ale tak, owszem, czy wspominałam już, że moje dzieci, mając do wyboru chipsy i szpinak, zawsze wybiorą szpinak?


Czepiając się jeszcze bardziej, dodam, że w książce „Gotuję, nie marnuję”, nie znalazłam najmniejszej choćby wzmianki o tym, że owszem, można z powodzeniem wykorzystywać w kuchni liście rzodkiewek czy obierki z ziemniaków, jednak pod warunkiem, że pochodzą z warzyw ekologicznych. Nie przeczę, że ideałem byłoby wykorzystywanie wszystkiego do ostatniego okruszka, jak to robiły nasze babcie (pani Majcher zachęca: „z kilograma ziemniaków można mieć nawet 300 gramów obierek, które zamiast do śmieci trafią na stół jako chrupiąca przekąska”). Babcie te jednak posiadały zazwyczaj własne grządki, na których hodowały własne, niepryskane marchewki czy rzodkiewki. Tymczasem te warzywa, które są współcześnie dostępne w sklepach, obfitują głównie w pestycydy (ziemniaki od lat znajdują się na tzw. liście „brudnej 12-tki”, czyli najbardziej zanieczyszczonych pestycydami warzyw). Z dwojga złego wolę więc wyrzucić, niż zmarnować swoje zdrowie.

Wreszcie, nie można zapominać, że nie każdy jest talentem kulinarnym, który potrafi „z teoretycznie pustej lodówki (…) wyczarować rewelacyjny posiłek”, jak „autorytarnie” stwierdza Sylwia Majcher. Otóż, ja jestem kulinarnym głąbem, który owszem, umie ugotować coś dobrego, a nawet bardzo dobrego, o ile ktoś najpierw mu powie jak ma to zrobić. Przez lata spędzone w kuchni wyuczyłam się wielu rzeczy, jednak brakuje mi owego kulinarnego zmysłu, polotu, który sprawi, że zwiędłe rzodkiewki zobaczę w innej niż tylko kompostowej roli. Potrzebowałabym więc książki dla nielotów, z prostymi jak budowa cepa poradami. Parę takich w omawianej książce znalazłam, za mało jednak, bym uznała, że jest ona warta wydanych na nią pieniędzy.

Spróbuj zawsze myśleć w taki sposób, który pozwoli ci zaoszczędzić czas, energię i w efekcie pieniądze”, zachęca Sylwia Majcher.
Następnym razem pomyślę zatem. Zanim kupię książkę.

Sylwia Majcher „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia Zero Waste po polsku.” Buchmann, Warszawa 2018.

czwartek, 27 sierpnia 2015

T. Olszański "Budapeszteńskie ABC" i K. Varga "Czardasz z mangalicą", czyli jakże inaczej o tym samym

Tadeusz Olszański i Krzysztof Varga.
Dwóch półpolskich Węgrów lub – jak kto woli - półwęgierskich Polaków. Obaj piszący, w tym sporo o Węgrzech.
Mimo tych podobieństw ich książki różni wszystko. Dlaczego?
Hm, cytując klasyka, być może dlatego, że kiedy Tadeusz Olszański (rocznik 1929) pisał swoją książkę, Krzysztof Varga (rocznik 1968) na chleb mówił „bep”, a na muchy „tapty”?  


 „Czardasz z mangalicą” jest opowieścią dużo bardziej osobistą niż ta, którą Varga uraczył nas we wcześniejszym „Gulaszu z turula”. Choć autor nadal spogląda na Węgry ze specyficznej, wyznaczonej chociażby przez dobrą znajomość języka, perspektywy, to tym razem wyraźnie skraca dzielący go od czytelnika dystans. O ile więc „Gulasz z turula” wydał mi się tchnąć pewnym poczuciem wyższości (nigdy nie będę na Węgrzech nikim innym niż turystką, a tych Varga zdawał się mieć w niezbyt dużym poważaniu), to czytając "Czardasz z mangalicą" poczułam się godna bycia dopuszczoną do Wielkiej Węgierskiej Tajemnicy. 

Tymczasem w przypadku książki Tadeusza Olszańskiego sprawa była oczywista. Wszak autor pisał ją dla mieszkańców Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w czasie gdy, jak ujął to w rozdziale zatytułowanym „Éljen Lengyelország!” (czyli: „Niech żyje Polska!”) „zwycięstwo ustrojów socjalistycznych jeszcze bardziej zacieśniło współpracę między Węgrami i Polską, przydało nowych treści naszym braterskim stosunkom”. Dostrzegając różnice między oboma krajami i jego mieszkańcami, autor na każdym kroku starał się więc podkreślić jak wiele nas łączy, podsuwając zarazem pod nos coraz to nowe opowieści o węgierskich triumfach.

Varga krytyczny, sceptyczny, ale i nostalgiczny, podczas gdy Olszański entuzjastyczny i trzeźwo stąpający po ziemi. Paradoksalnie jednak to pierwszy z nich swoimi opisami dużo bardziej oddziaływał na moje czytelnicze zmysły, podczas gdy Olszański, smakosz, autor węgierskiej książki kucharskiej („Nobel dla papryki”), ani razu nie pobudził moich kubków smakowych, że o śliniankach nie wspomnę.

Varga przemieszcza się po Węgrzech, zostawiając po sobie ślad w postaci kolejnych plam tłuszczu na ceratowych obrusach tanich jadłodajni. „Ja muszę zawsze iść na bazar i zjeść tam hurkę z marynowaną papryką jabłkową, kupić trochę warzyw i pogacze ze skwarkami, nabyć jakąś suchą paprykowaną kiełbasę na kolację, rozejrzeć się po straganach, zatrzymać się przy stoisku z tytoniem i pooglądać nieznane marki papierosów, popodsłuchiwać ludzi robiących zakupy, przystanąć przed beczkami pełnymi kiszonej kapusty i zachwycić się kapustą kiszoną w całości – wielkie głowy kapusty w drewnianych beczkach jak ludzkie obcięte głowy po zbiorowym wyroku śmierci.

Olszański wędrował tymczasem raczej po miejscach znanych, jak – znakomicie prosperująca od roku 1904 do dzisiaj – budapeszteńska restauracja Mátyás Pince„Do „Mátyáspince" przychodzi się bowiem nie tylko zjeść, lecz i przyjemnie się zabawić, posiedzieć, posłuchać cygańskiej muzyki. (...) Łkają skrzypki, dzwonią cymbałki, primas [pierwszy skrzypek] chodzi po sali i gra przy stolikach zakochanym parom rzewne węgierskie melodie" pisał, a ja – czytając te słowa – gratulowałam sobie, że nie przyszło mi na myśl, by tam zajrzeć. Wystarczy, że byłam w innym reklamowanym przez Olszańskiego lokalu, tak przezeń opisywanym: „Obok tych ekskluzywnych lokali na Górze Zamkowej znajdują się dwie malutkie gospody „Pest – Buda” oraz „Old Firenze” wprawdzie z mniej wyszukanymi, ale nie mniej smacznymi potrawami, tanim winem i z autentycznymi historycznymi pamiątkami z okresu Wiosny Ludów w gablotkach na ścianach.” 
Jedzenie owszem, przyzwoite, jednak jego jakość nijak miała się do znacznie wygórowanej wysokości rachunku.

Tymczasem, wędrując śladami Krzysztofa Vargi, trafiłam w tym roku do jadłodajni „Tejivó”, mieszczącej się w Györze i wizytę tę jeszcze długo będę przechowywać w części pamięci przeznaczonej na miłe wspomnienia. Szliśmy tam, wiedzeni Vargową nostalgią: „w jadłodajni Tejivó przy Kisfaludy utca zjadłem rákott krumpli, zapiekankę ziemniaczaną z kiełbasą, boczkiem, jajkiem na twardo i śmietaną, dokładnie taką, jaką mój ojciec przyrządzał w niedziele wiosny mego życia i teraz ten smak powrócił. Rozkosz osiadającego w żołądku ciężaru jedzenia i wspomnień, bomba tłuszczowo-cholesterolowa i bomba pamięci, najwspanialszy smak, jaki mogłem sobie wyobrazić, pomyślałem od razu, że muszę wrócić do Györ, nie dlatego by znów przejść się po starej części miasta, ale by pójść do Tejivó i zjeść ponownie rákott krumpli, ponieważ to danie, za którym od razu zatęskniłem jak za kanapkami ze sznyclem u Wichmanna.
Ponieważ do „Tejivó” trafiliśmy w porze obiadowej, nie zdecydowaliśmy się na rákott krumpli. Nie samo zaserwowane nam jedzenie (choć znakomite, a pyszny sernik z … koperkiem (węgierskiej nazwy nie pomnę) chyba najlepszy na świecie) chwyciło nas jednak za serce, lecz towarzystwo. Mimo bariery językowej udało nam się bowiem właśnie tam uciąć przemiłą pogawędkę z sympatycznym Węgrem, który w piętnaście minut opowiedział nam historię swojego życia i swoich – także polskich, a jakże! – miłości. W restauracji „Pest – Buda” tego rodzaju zbliżenie zdecydowanie nie było możliwe.

Nie samym jedzeniem jednak człowiek żyje.
O ile Varga podrzuca więc czytelnikowi także strawę duchową, obficie snując literackie i ogólnokulturalne dygresje, o tyle Olszański najlepiej czuje się w świecie, w którym na wyścigi pną się do góry nowoczesne budynki oraz dane statystyczne obrazujące wzrost i rozwój.

Węgry Vargi to kraj wielkiej literatury („co rusz natykam się w jadłospisach węgierskich restauracji na dania noszące nazwiska sławnych pisarzy; albo to jest ulubiona gęś Józsefa Attili, albo jakieś danie à la Gyula Krúdy, czy też coś, co lubił Kosztolányi, przyznaję, że patrzę na te karty dań z niejaką zazdrością, ponieważ uważam, że nazywanie potraw nazwiskami wielkich psiarzy jest najwyższą formą oddawanego im szacunku, hołdem większym niż nadawanie ich imion szkołom i stawianie im pomników. Kuchnia jest tu zbyt poważną sprawą, by zaśmiecać ją byle czyimi nazwiskami, więc kiedy jem węgierskie jedzenie, to myślę o węgierskiej literaturze, a kiedy czytam węgierskich geniuszy – myślę o jedzeniu, to jest doskonała synergia duszy z ciałem, żołądka z mózgiem, melancholii i egzaltacji.”), zamieszkały jednak przez ludzi doskonale rozumiejących co to zdrowy dystans („Mam w domu na lodówce naklejkę, na której niewielki madziarozaur wpisany jest w figurę wielkiego dinozaura, jak dzisiejsze małe Węgry w obrys dawnych Wielkich Węgier. Być może Węgrzy mają bzika na punkcie swojej historii, ale potrafią też do niej podchodzić ironicznie, czego dowodem ta naklejka, w przeciwieństwie do Polaków, którzy wyłącznie mają bzika, a taka subtelność jak ironia jest w Polsce bardzo słabo znana.”).

Węgry widziane przez Olszańskiego to przemysłowy kraj, w którym ważną rolę odgrywają inżynierowie i robotnicy („Csepel jest największym zakładem pracy na Węgrzech. Csepel to zespół jedenastu wielkich fabryk. Od martenów, walcowni blach i rur, fabryki rowerów, motocykli, traktorów, aż po fabrykę maszyn precyzyjnych, od której rozpocząłem zwiedzanie (…) Robotnicy Csepel są świadomi problemów swojego kraju, zdyscyplinowani, dojrzali. O swoich sprawach dyskutują niejednokrotnie z pierwszym sekretarzem WSPR Jánosem Kádárem, który jest członkiem organizacji partyjnej w Csepel.”). Wszystko jest tu dobrze zorganizowane i kwitnące, pewnie dlatego, że centralnie zarządzane. Nawet młodzież („Całokształtem życia młodzieży zajmuje się na Węgrzech jedna organizacja KISZ, skupiająca w swoich szeregach blisko 800 tysięcy członków”) i … przyrost naturalny („sytuacja demograficzna wymagała przedsięwzięcia szybkich i konkretnych kroków, wyjścia ze strefy podnoszenia warunków bytowych, bo stale podnoszone bodźce przestają być bodźcami. Duża liczba legalnych i nielegalnych poronień, nieodwracalne skutki tych zabiegów, a zwłaszcza przedwczesnych i martwych porodów, skłoniła rząd do wprowadzenia w 1973 roku dużych obostrzeń przy przerywaniu ciąży. Nie oznacza to oczywiście zerwania z polityką świadomego macierzyństwa i regulacji urodzin, ale będą temu służyć przede wszystkim inne środki antykoncepcyjne – a zwłaszcza pigułki (każda dziewczyna i kobieta ma prawo otrzymać na receptę lub bez niej odpowiednie medykamenty) oraz wprowadzenie wychowania seksualnego już od pierwszych klas szkoły podstawowej.”).

Wreszcie, Węgry Vargi to liczne, drobne spostrzeżenia. Szczegóły, które budują ogół. Opisane w tak sugestywny sposób, że mimochodem wwiercają się w podświadomość, zakładając podróżującemu po Węgrzech z „Czardaszem…” w ręku vargowy filtr. To pewnie z tego powodu patrząc na węgierskie pomniki wszędzie dostrzegałam tylko ich brak monumentalności (oczywiście tylko Vardze zawdzięczam to, że zwróciłam uwagę na pomnik wody sodowej), znakomicie komponujący się z nieuchronną koniecznością bycia upstrzonymi przez ptactwo.

Tymczasem, Węgry Olszańskiego to raczej monumentalizm i triumfalizm. Najlepsze fabryki, mosty, inżynierowie, wina, kąpieliska. Świat piękny, ale raczej wyobrażony i mocno fasadowy, czego najlepszym dowodem to, że nie przetrwał do dzisiaj.

Z powyższego zestawienia można wyprowadzić prosty wniosek, że „Budapeszteńskie ABC” to książka nadająca się tylko na śmietnik. Byłoby to jednak dla niej mocno krzywdzące. Śmietnik historii to bowiem całkiem godne miejsce. Trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza gdy nie wiadomo jak za 40 lat kolejne pokolenia czytelników obejdą się z wynurzeniami Vargi.

Tadeusz Olszański „Budapeszteńskie ABC”. Iskry, Warszawa 1976.
Krzysztof Varga „Czardasz z mangalicą”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Dlaczego na Węgrzech jest lepiej, czyli prezent z okazji trzecich urodzin

Blogomilczenie ma to do siebie, że z czasem przechodzi w nawyk. Wygodny nawyk. Całkiem więc niewykluczone, że pomilczałabym jeszcze trochę, gdyby nie fakt, że właśnie dziś przypadają trzecie urodziny Absolutnie nieperfekcyjnej. Niniejszy post będzie więc poniekąd prezentem dla niej. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba.

Do Węgrów i Węgier można mieć wiele zastrzeżeń, z których najpoważniejsze dotyczą ich aktualnej polityki. Miłość potrafi jednak wiele wybaczyć, zaś zwłaszcza w fazie zakochania (w której ciągle się znajduję) przymyka oczy na szereg wad.


To zaś, co widzę, to:

Genialne jedzenie (moja wątroba zgłosiła w tym miejscu zdanie odrębne, ale zagłuszyłam je głośnym bekaniem spowodowanym nadużyciem węgierskiej wody sodowej).

Daje się tu zauważyć istotna prawidłowość – im lepsze miejsce, tym jedzenie gorsze i serwowane w mikroskopijnej ilości. Ot, choćby jak tutaj. Miejsce wyglądało tak:

Restauracja Primas Pince w Esztergomie


Zaś porcja zupy – tak:


Mąż płakał długo i rzęsiście.

Podłe warunki (jak na przykład na tej hali targowej w Budapeszcie, której uroda ma się nijak do urody Centralnej Hali Targowej, co pozostaje w relacji odwrotnie proporcjonalnej do jakości jedzenia i sympatyczności obsługi) sprzyjają natomiast jedzeniu nie dość, że taniemu, to jeszcze rozkosznie dobremu.


Na zdjęciu poniżej obiad, o który walczyły ze sobą mój żołądek i moja wątroba. Hagymaleves (zupa cebulowa), pacalpörkolt z kluseczkami galuska (nazwy dania nie tłumaczę celowo, przez wzgląd na co wrażliwszych, kto zechce, wrzuci sobie do internetowego tłumacza) oraz töltött paprika (faszerowana mięsem papryka, niczym nasze gołąbki, tyle że sos pomidorowy dużo bardziej słodki).


Wątroba wygrała, całości nie zmieściłam. Żołądek (po cichu) też odetchnął z ulgą.

Kąpielisko w każdym miasteczku.

Niby wiedziałam, że Węgry kąpieliskami (nie tylko termalnymi, choć przede wszystkim) stoją, ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć na własne oczy. Nie byliśmy w żadnych słynnych miejscach, a i tak w każdym było co najmniej siedem basenów, zjeżdżalnie, bicze wodne oraz niecki z wodą leczniczą do taplania się weń.
Dla ułatwienia osiągnięcia stanu zachwytu dodam, że w liczącym czterysta tysięcy mieszkańców Szczecinie z wielką pompą otworzono w ubiegłym roku pierwsze porządne kąpielisko miejskie. Cztery baseny, trzy zjeżdżalnie.
Siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców Tatabanyi, wyposażonej w takie oto miejsce do taplania się w wodzie, pękłoby w tym miejscu ze śmiechu. A gdyby się już po tym pęknięciu zeszyli, pogrążyliby się w rozważaniach, na które z szeregu innych, oddalonych o dwadzieścia parę kilometrów, kąpielisk, pojechać danego dnia.


Gdy dodać do tego fakt, że ilość osób starszych korzystających z kąpielisk wcale znacząco nie odbiega od ilości osób młodszych, można tylko pozazdrościć.

Umiejętność wykorzystywania transportu kolejowego.

W Polsce – wiadomo. Setki spółek, każda z kilkudziesięcioma związkami zawodowymi, zarządzających każda swoim kawałeczkiem kolejowego tortu. Skutek: tort nienadający się do konsumpcji.

Na Węgrzech – nie mam pojęcia ile spółek, czy w ogóle i jakim kosztem, jednak to co widać gołym okiem, to rozbudowana sieć kolei, wykorzystywana zarówno do przewozów osobowych, jak i towarowych. 10 kilometrów od miejsca, w którym mieszkaliśmy znajdowała się stacja kolejowa, z której co dwa dni odjeżdżał nowy skład pociągu, zawsze tak samo po uszy załadowanego produktami pobliskiej fabryki Magyar Suzuki.

Stacja kolejowa w Almasfuzitö

Umiejętność używania inteligentnej ironii (także w celach publicznych)

W Polsce większość kampanii jest – mówiąc oględnie – grubo ciosana, a zazwyczaj mocno dęta. Zaangażowanie obywateli – żadne. Używanie inteligencji – źle widziane.

Tymczasem na tych okropnych Węgrzech, którymi gdzieniegdzie straszy się polskie dzieci, pojawiła się Partia Psa o Dwóch Ogonach, która w trzy tygodnie zamiast planowanych trzech zebrała ponad trzydzieści trzy miliony forintów, przeznaczając je na odpowiedź na rządową kampanię antyimigrancką. Skutek: 800 rozlokowanych w całym kraju billboardów, z których najsłynniejszy jest chyba ten:


Widzieliśmy ich jednak o wiele więcej (tyle, że rozwieszonych w miejscach, w których nijak nie dało się zaparkować celem sfotografowania), za każdym razem wzdychając z wielkiej zazdrości.
Więcej plakatów można zobaczyć tutaj, zaś o samej kampanii najlepiej poczytać u znakomicie (w odróżnieniu ode mnie) znającego węgierskie realia Jeża, autora najlepszego moim zdaniem polskojęzycznego bloga o Węgrzech.

Umiejętność stawiania najlepszych pomników na świecie.

U nas – wiadomo. Jan Paweł II w wersjach monstrualnie potworkowatych, tudzież coś w rodzaju szczecińskiego Anioła Wolności, upamiętniającego (podobno) ofiary zajść z grudnia 1970 roku.
źródło zdjęcia
Tam – owszem, też upamiętniają. 

Budapeszt

Można? Można. Godnie? Dla mnie i owszem. A że zęby przy okazji nie bolą, to czysty zysk.

Węgrzy doceniają jednak także i prostotę życia codziennego. Bo czy widział ktoś gdzieś pomnik wody sodowej?

Györ

Oczywiście, są i przykłady gigantomanii. Jednak jako że dotyczą one turula, mitycznej i oryginalnej (Magyar termek!) węgierskiej krzyżówki orła z gęsią, można je wybaczyć.

Największy na Węgrzech pomnik turula w Tatabanyi

Swoją drogą, tylko czekać na pojawienie się pierwszego pomnika gigant mangalicy (węgierskiej świni).

Sympatia do Polaków.

Wiem oczywiście, że należy ją rozpatrywać też i w takich kategoriach, o których niezwykle trafnie napisał Ludwik Stomma w felietonie zamieszczonym w 31 numerze tegorocznej Polityki (całość do przeczytania tutaj, w skrócie chodzi o to, że gdybyśmy byli syryjskimi imigrantami, nasze postrzeganie Węgrów byłoby całkiem inne), jednak tak się składa, że jestem blondwłosą Polką z blondwłosą rodziną, czego nie zamierzaliśmy nie wykorzystywać. Jedząc w podłych pozornie miejscach, zawsze – jako Polacy – dostawaliśmy najlepsze dania, okraszone dodatkowo sympatyczną pogawędką z tubylcami. Ba! Dostaliśmy nawet zniżkę na parking (to zasługa mojego męża, odzianego wówczas w węgierską koszulkę z runicznymi napisami, z których każdy może odczytać to, co chce, ale najlepiej jeśli będzie to: „Wielkie Węgry”), dzięki której mogliśmy wejść na jedno z kąpielisk (gdyby nie zniżka, zabrakłoby nam gotówki na bilety wstępu, a płatności kartą akurat w tym miejscu nie przewidziano).
Ale w sumie czego spodziewać się po kraju, w którym w sali obrad Parlamentu na honorowym miejscu wisi Orzeł Biały (formalnie jako godło Jagiellonów, ale współcześnie kojarzy się jednoznacznie)?

jakość zdjęcia nienajlepsza, ale ręka mi się trzęsła z wrażenia

Umiejętność wpływania na zagraniczne koncerny.

W Polsce – wiadomo. Na półkach z napojami zagranicznych koncernów syf i malaria.

Na Węgrzech – też syf, ale zamiast malarii rzeczy, które nawet nadają się do picia.
Taka na przykład niebieska Fanta o smaku czarnego bzu. Widział ktoś kiedyś w Polsce? Nawet ja, która nie tykam słodzonych napojów gazowanych, dałam się skusić.


Albo wody smakowe.
W Polsce dostatek, wszystkie tak samo obrzydliwie słodkie i sztuczne. Na Węgrzech nie dość, że mniej słodkie, to i jeszcze o smakach naprawdę bardzo zbliżonych do naturalnych. Taka na przykład woda jeżynowo-limonkowa… Albo porzeczkowo-agrestowa? Czemu u nich Coca-Cola może, a u nas nie, hę?



I tak mogłabym jeszcze długo, jednak muszę coś zostawić na dalszy ciąg.
A będzie (o ile mię trzyletnia wena nie opuści) o węgierskich książkach dla dzieci, o przewodnikach po Węgrzech oraz o polsko-węgierskim „Czardaszu z mangalicą” Krzysztofa Vargi.

A ponieważ zaś to urodziny, zaś każdy blogorok liczy się za dziesięć lat, więc jak na imprezę dla pełnoletnich przystało – częstujcie się!



 No i chlup! Za zdrowie Nieperfekcyjnej, rzecz jasna!


sobota, 21 lutego 2015

M. Dymek "Jadłonomia", czyli o kuchni roślinnej, która nie kłuje w podniebienie

Ostatnio za dużo narzekam i filozofuję, co widać także na blogu.
Znak, że znów wkroczyłam na nienajlepszą drogę życia i czas coś w nim zmienić.
Najprościej zacząć od jedzenia.


Książek kucharskich mam w domu mnóstwo (na zdjęciu kilka wyłącznie wegetariańskich). Kiedyś kupowałam je po to, by wyszukiwać ciekawe przepisy i wypróbowywać nowe smaki.
Odkąd odkryłam blogi kulinarne, gotuję głównie to, co wynajdę w sieci. Książki kucharskie kupuję nadal, choć znacznie rzadziej niż wcześniej i głównie dla obrazków.
Do tej pory nie kupiłam jednak żadnej „blogowej” książki kucharskiej.
Choć od kilku lat czytam blog White plate Elizy Mórawskiej, jakoś nie pasuje mi żadna z dwóch wydanych dotąd przez jego autorkę książek.
To samo dotyczy Moich wypieków Doroty Świątkowskiej.

Jadłonomia natomiast… Tak, „Jadłonomia” to zupełnie co innego.


Weganką byłam krótko i z przymusu (silna alergia u Młodszego, gdy był jeszcze w wieku noworodkowym). Dowiedziałam się wówczas tego, że na świecie jest mnóstwo jadalnych i zarazem pysznych rzeczy, o których istnieniu nie miałam pojęcia.
Niestety, jednocześnie odkryłam, że nie mogę żyć bez jajek.
Bez mięsa, owszem, mogę. To głównie kwestia nawyków smakowych (choć żyjąc w naszej szerokości geograficznej zawsze zimą odczuwam silną i niemożliwą do odparcia potrzebę wgryzania się niemal co dzień w kawał surowego mięsa, najchętniej w postaci pęta kiełbasy polskiej).
Bez krowiego mleka i jego przetworów też jakoś przeżyję.
Niemożność zjedzenia jajka (w jakiejkolwiek postaci, choćby jako składnika ciasta) wywołuje jednak u mnie niedający się nijak zwalczyć ból istnienia.

Co nie oznacza, że nie mogę czerpać pełnymi garściami ze znakomitych pomysłów Marty Dymek.

Blog Marty jest sympatyczny i bezpretensjonalny.
Autorka nie jest nawiedzoną anorektyczką, czego po wegance spodziewałaby się większość naszego żywiącego się fast foodami społeczeństwa. Nie zamierza nikogo kulinarnie nawracać, ani wyklinać. Zamiast tego pokazuje, że zdrowe nie musi być niesmaczne lub, co gorsza, nudne. Jej pomysły są często nieszablonowe i zaskakujące, ale zawsze trafione. Ja w każdym razie ilekroć wypróbowywałam któryś z jej przepisów, zawsze byłam wyłącznie zachwycona. A moja mięsożerna rodzina razem ze mną.

„Jadłonomia” w wersji papierowej zachowuje nieco atmosfery bloga.
Niezwykle starannie wydana, z przepięknymi zdjęciami, na których widok ślina sama napływa do ust, może stanowić inspirację do tego, by spróbować najpierw ugotować, a potem zjeść coś nowego.
Większość przepisów jest niezwykle wręcz prosta; tylko niewielka część wymaga ekstraordynaryjnych składników, przy czym większość z nich bez problemu można już nabyć na wydzielonych w niektórych zwykłych sklepach stoiskach ze zdrową żywnością (mam tu na myśli np. płatki drożdżowe czy pastę tahini. Sama autorka pisze np. o batatach, że są „dość drogie i trudno dostępne” – najwyraźniej nie odwiedza Biedronki, w której można je od pewnego czasu dostać za jedyne 6,99 zł za kilogram). To wyróżnia „Jadłonomię” spośród innych wegetariańskich książek kucharskich, których autorzy często prześcigają się w wymyślaniu dziwnych, ich zdaniem niezbędnych, dodatków do potraw. Z drugiej jednak strony, zanim obruszymy się, że każe nam się szukać czegoś drogiego i nieznanego, warto sprawdzić po co każe nam się to robić. W przypadku kuchni wegetariańskiej, a zwłaszcza wegańskiej dużą rolę odgrywa bowiem właściwe zbilansowanie diety. Czasem więc pozornie pozbawiony sensu dodatek odgrywa olbrzymią rolę.
Kilka lat temu w taki sposób (dzięki kuchni wegańskiej) odkryłam niełuskany sezam – bezcenne źródło wapnia (jest go w nim nieporównywalnie więcej niż w mleku), dzięki zaś „Jadłonomii” życzliwym okiem spojrzałam na płatki drożdżowe, bogate w witaminy z grupy B i szereg składników mineralnych.


Kiedy dowiedziałam się, że „Jadłonomia” pojawi się drukiem, zastanawiałam się, czy jest sens ją kupować, skoro znam i regularnie czytam bloga. Gdy odkryłam, ile kosztuje już wydana książka (69 złotych), tym bardziej zaczęłam się wahać.
Jakichkolwiek wątpliwości pozbyłam się po tym, jak – siedząc w księgarni wydawnictwa Dwie Siostry w czasie Bajtlikowych warsztatów – przejrzałam "Jadłonomię" kartka po kartce.
Sądzę, że trzeba wspierać takie inicjatywy (dotyczy to zarówno autorki, jak i wydawnictwa). Ba! Myślę, że każdemu ze wspierających wyjdzie to tylko na zdrowie.
Ja w każdym razie dziś zrobiłam duże zdrowe zakupy.


Marta Dymek „Jadłonomia. Kuchnia roślinna. 100 przepisów nie tylko dla wegan”. Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2014.

czwartek, 6 marca 2014

N. Usenko "Niesmacznik" i E. Dziubak "Gratka dla małego niejadka", czyli i tak źle, i tak niedobrze

Kto nie był rodzicem, albo chociaż okołorodzicem, nigdy nie zrozumie koszmaru, jakim może być życie pod jednym dachem z dzieckiem-niejadkiem. Leszek Talko jest rodzicem, a w opisywaniu przebytych ojcowskich dramatów doszedł niemal do perfekcji: 
Jeszcze całkiem niedawno obyczaje kulinarne Pitulka były niezmienne niczym wzorzec metra z Sèvres. Ale nic na świecie nie trwa bez końca, więc i Pitulek nas zaskoczył.
         Rano jak zwykle zasiadł na swoim krzesełku przy stole i wyczekująco patrzył, czy śniadanie już się zbliża. Na śniadanie zawsze życzył sobie dwa jogurciki. (…) Teraz jednak na widok jogurcików wydął usta, odwrócił się i wypowiedział swoje ulubione słowo:
         - Nie.
         - Ale dlaczego? – zapytałem.
         (…) Pitu zastanowił się przez chwilę, a potem wyjaśnił swój aktualny stosunek do jogurcików swoim drugim ulubionym słowem:
         - Niemogie. (…)
         Żeby to jeszcze był jednostkowy spadek zaufania do jogurcików. Ale gdzie tam. Gdy nadeszła pora obiadku i na stół wjechała zupka warzywna, Pitu skrzywił się.
         - Niemogie – wyjaśnił i poszedł się bawić do swojego pokoju.
         Nie skusiły go nawet kanapeczki z sosem tysiąca wysp i polędwicą z indyka. Do tej pory hit sezonu. Pitu wzruszył ramionami.
         - Niemogie – wyjaśnił i wywrócił oczami, zadziwiony, że trzeba coś tu wyjaśniać.

Kiedy urodził się Starszy, chowałam go zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami. Jako młoda matka (pojęcie „młoda” w naszych czasach jest niezwykle pojemne) unikałam czającego się wszędzie trującego prawdziwego pożywienia, atakując syna (poza mlekiem) wyłącznie słoiczkami o zawartości stworzonej - rzecz jasna - ze starannie wyselekcjonowanych składników.
W efekcie Starszy pluł i parskał, ewentualnie zaciskał usta, wiedząc że podjęcie próby wypowiedzenia zwrotu „niemogie” może skończyć się zwycięstwem matki, wpychającej mu pokarm w otwarte usta (wychodzi na to, że Leszek Talko był lepszym ojcem niż ja matką).
I tak przez trzy lata.


Gdyby wtedy wpadł mi w ręce „Niesmacznik” Natalii Usenko, z pewnością podarłabym go na strzępy.
Jest to bowiem książka wielce niepedagogiczna, w której autorka zamiast przy pomocy wierszyków zachęcać dzieci do prowadzenia zdrowego trybu życia i zdrowego odżywiania, utwierdza je w przekonaniu o słuszności postanowienia pielęgnowania stereotypowych żywieniowych fobii.
          
Weźmy na przykład taką owsiankę.
O zaletach owsa rozprawia się ostatnio niemal wszędzie, sama zresztą regularnie jadam ją w jesienne i zimowe poranki (choć niekiedy w formie jaglanki, ewentualnie orkiszanki). A tu proszę, taka opowieść o kijankach i ich mamie:

        
„(…) Przyszły do mamy i wszystkie w ryk:

- Mamo, my chcemy urosnąć w mig!

Zarechotała mama radośnie:
- Jedzcie owsiankę!
Od niej się rośnie!
Nagotowała im kaszy w bród
i nagle… Rety!
Zdarzył się cud!
Bo już po kilku łyżkach owsianki
zmieniły postać wszystkie kijanki:
zamiast być kluchą, małą i słabą,
                                           każda się stała OGROMNĄ ŻABĄ!

                                Morał jest prostszy od wyliczanki:
                                NIE CHCESZ BYĆ ŻABĄ
                                NIE JEDZ OWSIANKI!!!

Dostaje się także moim warzywnym ulubieńcom – marchewce z groszkiem (poświęcony im wierszyk zaczyna się od słów „Jest taka para, paskudna troszkę: groszek z marchewką, marchewka z groszkiem.”), że nie wspomnę o szpinaku, o którym Usenko opowiada tak:
W przedszkolu jest szpinak na obiad we czwartki,
więc wiadro szpinaku gotują kucharki.
Wiadomo, że szpinak okropnie jest zdrowy.
Lecz Krzyś wolał ciacha i torcik makowy!
Tarzanie się w błocie? To przecież się zdarza!
Dlaczego nie wolno w szpinaku się tarzać?
Krzyś mógłby się chętnie wytarzać w szpinaku,
lecz zjeść go nie umiał, bo wstrętny był w smaku.”   

Zdecydowanie, rodzice niejadków powinni rozważyć złożenie zbiorowego pozwu z żądaniem zakazu dalszej sprzedaży tej książki!

Zupełnie inaczej natomiast przedstawia się sprawa, gdy idzie o „Gratkę dla małego niejadka” Emilii Dziubak.


Autorka dołożyła bowiem wszelkich starań, by przekonać – bardzo naocznie – wszystkich małych grymaśników, że dobre jedzenie nie jest złe.




Marchewka to u niej nie żadna paskuda, ale luksusowa kobieta, wylegująca się w talerzu własnej zupy niczym w najlepszym spa.








Zupa jarzynowa wygląda tak apetycznie i kolorowo, że choćby największy niejadek z rozpędu z pewnością sięgnie nawet po brukselkę!








Szpinak nie występuje zaś w formie obrzydliwej brei, a jest „smacznym śpiochem”, czyli nadzieniem drzemiącym słodko pod naleśnikową kołderką (uważni obserwatorzy dostrzegą na obrazku nawet dwie rozkoszne zielone stópki).



O ile jednak, gdyby Starszy był obecnie młodszy, to niewykluczone, że dzięki lekturze tej książki zmieniłby swój stosunek do jedzenia nieco wcześniej niż po trzecich urodzinach (kiedy zdążyłam już niemal do szczętu osiwieć ze zgryzoty), o tyle w przypadku Młodszego pokazanie mu TYCH obrazków doprowadziło do dramatu.

Młodszy bowiem – od urodzenia wcinający wszystko, bez wybrzydzania i zbędnych pytań (nie spróbował zawartości jakiegokolwiek gotowego słoiczka, które – jak widać słusznie –  po jego urodzinach zostały w naszej rodzinie komisyjnie uznane za Słoiczki Samo Zło) – jako stworzenie niezwykle empatyczne, obkładające się tysiącami pluszaczków i starannie układające je co rano do snu we własnym łóżku, tak aby mogły jakoś przetrwać smutne chwile bez niego - po obejrzeniu pierwszego obrazka zaczął podejrzliwie przyglądać się wszystkiemu, co lądowało na jego talerzu.
- Mamo, nie mogę zjeść tego ziemniaka! On ma takie smutne oczy! – wykrzyknął z rozpaczą w czasie niedzielnego obiadu.
Pamiętając o zielonych nóżkach, szpinaku nawet nie próbowałam mu podsuwać.

Co jednak dziwne, wsunął cały drobiowy kotlecik (tak, mogłam opowiedzieć mu o biednych, malutkich i puchatych kurczaczkach, ale hipokryzja mi nie pozwoliła), po czym zagryzł czekoladą.


Na próżno próbowałam przekonać go, że to przecież Pan Czekolada, który też chce żyć. Pokłady empatii okazały się mieć swoje granice.
A może chodzi o to, że gdzieś w głębi Młodszego czai się nienawiść do wąsów?

Natalia Usenko „Niesmacznik”, ilustracje Ewa Poklewska-Koziełło. Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012.
Emilia Dziubak „Gratka dla małego niejadka”. Wydawnictwo ALBUS, Poznań 2011.

Zamieszczony na początku cytat pochodzi z książki Leszka Talko „Dziecko dla odważnych. Szkoła przetrwania”. Znak emotikon, Kraków 2014.