Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po prostu życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po prostu życie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 października 2019

B.Butenko "Grzyby i król", czyli o czym autor nie napisał


Król Pafnucy Trzeci, bohater bajki napisanej i zilustrowanej przez Bohdana Butenkę "Grzyby i król", nigdy dotąd nie był jeszcze na grzybobraniu.


Dlaczego? – zapytacie. - Czy mieszka w Norwegii?
Hm, raczej nie. Wprawdzie Norwegia jest monarchią, zatem szanse na króla są w niej większe niż w Polsce, nie zbiera się w niej grzybów, jednak nie wydaje się, aby którykolwiek z jej królów (a nawet aż trzech) miał szansę mieć na imię akurat Pafnucy.

Jak sądzę, przyczyn należy upatrywać raczej w istocie królowania. Król bowiem rzadko oddaje się sam plebejskim rozrywkom. Ma od tego poddanych. Którzy wstają o świcie (król jeszcze wtedy śpi, otulony cieplutką kołderką). Drepczą w gumiakach po mokrym lesie, narażając się na ukąszenia kleszczy (w królewskiej garderobie gumiaków się nie uświadczy). Schylają się co chwilę, dostrzegłszy wśród liści prawdziwka czy kozaka, co następnego dnia skutkuje często bólami w krzyżu (król nie schyla się po nic, jego krzyżem jest zaś cały kraj, który dźwiga na swych barkach. Metaforycznie. Starczy).

Doprawdy, na pozór wiodę królewskie życie. To mój małżonek bowiem wstał w tym roku o świcie, wdział gumiaki i udał się w mroczną czeluść lasu. Ja zaś nie mam gumiaków; mam za to cieplutką kołderkę (i ułożonego na niej, grzejącego mnie w nerki kota; każdemu królowi szczerze polecam!). Na tym podobieństwa się kończą, gdyż bóle w krzyżu miewam i bez grzybów, do tego całkiem niemetaforyczne.



Mi jednak również, podobnie jak Pafnucemu, zdarzyło się wybrać do lasu z wielkim koszem. Oboje naiwnie myśleliśmy, że skoro inni nie mają problemów z napełnieniem go dorodnymi grzybami, my także zrobimy to raz, dwa.
Cóż. Jak napisano w książce: „chodził godzinę, chodził dwie – na próżno: ani jednego grzyba.” 


Swoją klęskę przyjęłam z godnością. Zrozumiałam, że mogę zbierać tylko te grzyby, które będą rosły z transparentami „Tu jesteśmy!”, dlatego też, nie licząc na ich rychłe pojawienie się w lesie, czym prędzej wróciłam pod cieplutką kołderkę (uprzednio jednak wyiskawszy się z kleszczy).
Tym samym dowiodłam, że w mych żyłach nie płynie królewska krew.





Prawdziwy bowiem król, a takim, rzecz jasna, jest Pafnucy Trzeci, zdenerwowawszy się („Co te grzyby sobie myślą?”), natychmiast przechodzi do działania.
Wie, że w tym przypadku konieczne jest wysłanie do lasu heroldów celem oznajmienia „prawdziwkom i innym maślakom” królewskiej woli („Król nasz i monarcha, miłościwie nam panujący Pafnucy Trzeci, nakazuje wam wszystkim stawić się jutro na polanie, bo punktualnie o ósmej jego majestat was stąd zabierze!”), a następnie surowe ukaranie wszelkich przejawów lekceważenia tejże („Jutro rano cały las wyciąć tak, żeby tam jednego drzewka nie zostało!”).



Docenić przy tym należy umiejętność zmiany zdania. I to mimo najwścieklejszej wściekłości, która może ogarnąć człowieka (a co dopiero króla!) na widok wysłanych do lasu z siekierami drwali, którzy krążą w tę i z powrotem, nosząc do domów kolejne kosze wypełnione grzybami, mimo że nieprawomyślnymi!
Tak, nawet król, widząc taką ilość grzybów, może rzucić się do zbierania.

A król dobrodziej tylko pot ociera z czoła i zbiera, zbiera, zbiera…



Kiedy pierwszy raz przeczytałam tę książkę (a pisałam o niej już tutaj), nie doceniłam sprytu mistrza Butenki.
Sprytu, który kazał mu uciąć opowieść w newralgicznym momencie. Król zbiera w zapamiętaniu, dworzanie odnoszą kolejne kosze do zamku. I nikt, absolutnie nikt, nie zadaje sobie pytania o to, co dalej się z zebranymi grzybami działo.
No ja się wcale nie dziwię.

Gdyż grzyby, po zebraniu, trzeba natychmiast przerobić.
Oczyścić, pokroić. Ususzyć, udusić. Wsadzić w ocet i w cebulę. Zakisić też można.


Król mąż przywiózł mi przedwczoraj z lasu mnóstwo grzybów. Po czym, zalany w pestkę (nie ma to jak grzybobranie z kolegami), udał się do łóżeczka. A następnego dnia, wytrzeźwiawszy, do pracy. Czym prędzej.

Czyściłam, kroiłam. Suszyłam, dusiłam. Wsadzałam w ocet. Mroziłam. I tak przez pół nocy oraz kolejny dzień cały aż do kolejnej nocy.


Zrobiłam grzyby w śmietanie, w pomidorach i zupę grzybową.



Dzieci drugiego dnia odmówiły dalszego spożywania („znów grzyby?!”)
W międzyczasie skończyły mi się słoiki i cierpliwość. 


O tak, Bohdanie Butenko, teraz już doskonale wiem dlaczego kazałeś swojemu królowi błąkać się do dziś po lesie.
Bo niewątpliwie w zamku te wszystkie kosze z grzybami odbierała bardzo, bardzo, bardzo Zła Królowa!!!

Bohdan Butenko „Grzyby i król”. Wydawnictwo Dreams, Rzeszów 2013.

środa, 17 lipca 2019

Książki na wakacje, czyli na pomoc ginącemu czytelnikowi!


Przygotowuję się do wakacyjnego wyjazdu. Pal sześć ciuchy, buty, wałówkę. Książki! Jakie wziąć książki?!

Na domowych półkach setki (to nie hiperbola, to gorzka prawda) nieprzeczytanych pozycji. Krążę wokół nich, oglądam, odkładam. Ta za poważna, ta za głupia, ta nie pasuje do wakacyjnego nastroju. O ta, może ta?


Nie bez sensu, za gruba. Czytać jedną grubą książkę przez większość urlopu? Też coś!

Zaglądam do bibliotecznego katalogu. Mam 3 karty (wyrobiłam dla siebie i dzieci), na każdej 7 miejsc. 21 książek. Starczy, nie starczy. Po co tyle wozić, cztery-pięć najwyżej. Ale na których pięć się zdecydować? Jakieś mam już wypożyczone, ale czy trafią w swój czas?


Mąż podbija stawkę. Też chce coś do czytania. Nie wie co, ale ma być fajne. Nie ma czasu się zastanawiać, przed urlopem pracuje do późna. Jak mu nie pomóc? W sumie dobrze się składa, jeśli wezmę pięć książek dla niego i pięć dla siebie, razem będzie 10, powinno wystarczyć. Tylko które wybrać?


Dziś ostatnia szansa, by coś jeszcze zamówić przez internet. Do lokalnej księgarni nie pojadę, kręgosłup mnie uziemił. Złożoną samej sobie obietnicę, że ograniczę się do zamawiania maksymalnie jednej paczki na 2 miesiące, unieważniłam natychmiast po jej złożeniu. Wrzucam do wirtualnego koszyka kolejne pozycje, po czym natychmiast je odklikuję. Ta bez sensu, ta jest w bibliotece, może ta? Składam zamówienie, po czym natychmiast przypominam sobie, że zapomniałam o dwóch książkach, które muszę mieć teraz, zaraz, bo pęknę.

Kurier dostarczył z rana zamówione kilka dni temu książki. Do księgarni już w zasadzie nie chodzę. Na moim osiedlu nie ma żadnej, pewnie by się nawet nie utrzymała. Do miasta jeżdżę dość rzadko. Książki sprowadzam przez Internet, bo na półkach zazwyczaj nie ma tego, co chcę. (…) Lubię odbierać takie duże paczki. Rozcinam ją nożem w kuchni, oglądam każdą książkę z osobna, cieszę się jak dziecko. A potem przytulając do piersi, niosę na górę i jeszcze raz przeglądam.
Nie mam złudzeń – choć czytam codziennie, większość z moich książek nigdy nie zostanie przeczytana. Nie zdążę. Musiałabym nie mieć innych zajęć, prac domowych i zawodowych, wyjazdów, obowiązków rodzinnych i społecznych. Dlaczego je więc kupuję, skoro z góry wiem, jaki los je czeka? Może to nadzieja, że jednak oszukam czas? Może chęć, aby mieć je obok i zawsze móc sięgnąć? Szacunek dla czyjegoś wysiłku? A może to po prostu głód narkomana, który zawsze chce mieć przy sobie działkę? Wiele z nich jest mi też potrzebnych do pracy. Co za wspaniały pretekst!
Zagospodarowywałam dziś nową półkę w gabinecie. Nadzieja szybko prysła. Zapełniła się natychmiast książkami, które narosły na regale powciskane jedne na drugie. Zrobił się trochę porządku. Na krótko.

Ilekroć trafiam na tego rodzaju cytaty, uspokajam się. Nie jestem wariatką, jest nas przecież więcej. Więcej wariatów???

Nie wiem na czym to polega. Jestem przecież racjonalnie myślącą, inteligentną kobietą, starającą się walczyć z nadmiarem, nie tylko kilogramów. Jeśli to genetyczne, to odziedziczyłam z defektem. Moja babcia wprawdzie książek miała kilka tysięcy, ale każdą kupioną natychmiast czytała. Niektóre nawet więcej niż raz. Tylko co ona wtedy, biedaczka, zabierała ze sobą na wakacje? Może Rodziewiczównę, tę mogła czytać w kółko. Nie chcę Rodziewiczówny, nie ma mowy.

Zatem.
Iść w kryminały czy prozę kobiecą?



A może reportaż?


Coś pożyczonego od znajomych, co wypadałoby wreszcie oddać?


Nadrobić braki we współczesnej literaturze polskiej czy niemieckiej?



Niezłym pomysłem byłyby też powieści dla młodszych czytelników, może przy okazji zachęciłabym do czytania któreś z dzieci?


Fantastyka, zapomniałam o fantastyce. Takiej lżejszej raczej, przecież Lema nie wezmę.


No i rozwój duchowy. Samodoskonalenie. Parę mądrych słów od mądrych osób, rady na życie. W wakacje też przydatne, może lepiej mi wejdą?


Książki o zwierzętach. Sytuacja wymaga, bym którąś przeczytała.


W sumie te też powinnam. I w zasadzie chciałabym...


I – rany! – gazety! Wszędzie stosy gazet.
Dziesiątki niedoczytanych „Polityk” i „Tygodników Powszechnych”, kilka zaległych „Rymsów” i „Dużych Formatów”. 


Parę magazynów, zostawionych na moment, gdy będzie więcej czasu na ich lekturę.


Miotam się, wybieram, odkładam. Ciągle nie wiem czy dobrze zdecydowałam. Niech mnie ktoś walnie w łeb, żebym nie musiała nigdzie jechać, ratunku!

Jak nigdy, dziś rozumiem dlaczego Polacy nie czytają. Życie jest wtedy dużo prostsze, a wakacje wolne od trosk.

Zamieszczony w poście cytat pochodzi z książki Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk „Kalendarze”. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

Na wszystkich zdjęciach (poza zdjęciem "Kalendarzy") książki, które chciałbym spakować do walizki. Wszelkie uwagi, sugestie, kategoryczne żądania mile widziane. Dziesięć, pamiętajcie tylko 10 książek!

wtorek, 9 kwietnia 2019

Dość długa bajka o tym, dlaczego popieram strajk nauczycieli, mimo że najchętniej część z nich wysłałabym na Marsa


(albo na Plutona, który podobno nie jest planetą, ale mnie nauczyciele uczyli, że jest, dlatego bym ich na niego wysłała, a poza tym jest dalej od Marsa)

źródło zdjęcia
Wcale nie dawno temu, ale teraz, nie za górami i lasami, ale w Szczecinie, żyje sobie Momarta.

Momarta dotychczas żyła modelowo. Mąż, domek opodal lasu (wprawdzie nie na kurzej łapce, ale za to na kredyt), dwójka zdrowych dzieci (Starszy i Młodszy), kariera w rozkwicie, rozmiar ubrań ten sam od 20 lat. 
W domku opodal lasu wszystko przebiegało zatem harmonijnie, a przez jego okna (o ile akurat zostały umyte, co niestety nie zdarzało się częściej niż 2 razy w roku) biła, opromieniając okolicę i świat cały, aura ogólnej szczęśliwości.

Dzieci rosły, a co za tym idzie, zaczęły uczęszczać do przedszkoli i szkół. Raz było lepiej, raz gorzej, jednak Momarta zawsze trzymała rękę na pulsie. Śledziła najnowsze rodzicielskie trendy, od czytania nocami mądrej literatury niszczyła wzrok, nie ustawała w wysiłkach, by uczestniczyć we wszystkich mądrych warsztatach, spotkaniach czy odczytach. A wszystko po to, by wspomniana wcześniej aura biła blaskiem coraz większym i jaśniejszym (bo przecież te okna tylko dwa razy do roku).

Zatem. Skoro Starszy, rocznik 2005, miał być według zapewnień Ministerstwa Edukacji Narodowej na-pewno-ostatnim-rocznikiem-który-nie-będzie-musiał-pójść-do-szkoły-w-wieku-6-lat-ale-w-przyszłym-roku-to-będzie-płacz-tłok-i-zgrzytanie-zębów-podwójnego-rocznika-więc-my-tam-byśmy-go-posłali-do-szkoły-już-w-tym-roku, Momarta (wespół z mężem, rzecz jasna), zaufawszy, posłali Starszego do szkoły (publicznej) jako sześciolatka.

źródło zdjęcia

Początkowo było ślicznie i lirycznie. Dziecię uczyło się na dywaniku, w życzliwej atmosferze, przez znakomicie do tego przygotowaną nauczycielkę edukacji wczesnoszkolnej, nie przysparzając sobie i rodzicom większych zmartwień. Niestety, gdy ukończyło klasę 3, liryka gwałtownie została zastąpiona szkolną prozą w postaci nauczycieli z piekła rodem, których główne zajęcie sprowadzało się do wykrzykiwania uczniom, że żarty się skończyły (po szczegóły odsyłam do książki Marcina Wichy „Klara. Słowo na Szy”).


Powyższe sprawiło, że Momarta (wspólnie z mężem, rzecz jasna) postanowiła, że Młodszemu należy tego wszystkiego oszczędzić. Skonsultowawszy się z mądrzejszymi i nieprzespawszy stu nocy, posłała Młodszego do szkoły Montessori. Niestety prywatnej, gdyż publicznych szkół montessoriańskich w tym kraju, póki co, nie robią. Momarta miała w związku z tym pewne wątpliwości, gdyż zawsze pilnie uczyła się historii, zwłaszcza najnowszej, co doprowadziło ją do ugruntowanego przekonania, że nigdy w życiu nie chciałaby znaleźć się w getcie. Nawet jeśli miałoby być to getto ludzi bogatych. Dyrekcja szkoły zapewniała ją jednak w gorących słowach, że wprawdzie liczy sobie za czesne 750 złociszów miesięcznie (plus obiady, plus wszystko inne, stawki sprzed 4 lat, pamiętajcie o inflacji i waloryzacji), to jednak dzięki stosowaniu bogatego systemu ulg i zwolnień wśród jej uczniów nie brakuje osób z rodzin mniej zamożnych. Momarta (i jej mąż, rzecz jasna, dalej jako: ijmrj), naiwna, uwierzyła.

źródło zdjęcia

Przez pierwsze dwa lata wszystko przebiegało pomyślnie. Aura szczęśliwości miała się świetnie i przebijała się nawet przez bardzo brudne szyby. Niestety, jak to w bajkach bywa, na horyzoncie wkrótce pojawiły się czarne chmury.

Rok 2017 nie był dobrym rokiem.

Najpierw okazało się, że – a kuku! – ministerstwo dokonało rewizji swych planów i uznało, że rocznik 2005 jest jednak skazany. Nie, nie na sukces, lecz na bycie podwójnym rocznikiem. To przed czym Momarta (ijmrj) chciała uciec, wystawiło znienacka łeb zza brudnych szyb domku opodal lasu.

Aura zawyła boleśnie, jednak planowała walczyć. Niestety, wróg zaszedł ją również od tyłu. Szkoła Montessori, przeniósłszy się do nowej wypasionej siedziby, postanowiła bowiem udoskonalić metodę nauczania, dostosowując ją tak do potrzeb nowoczesnego XXI wieku, jak i cen oraz rozmiarów aut, którymi dowożeni byli do niej jej uczniowie (system ulg i zwolnień słabo się przyjął).
Aura podkuliła ogon i uciekła do pobliskiego lasu (a było zamieszkać w centrum!), zostawiając Starszego, Młodszego oraz Momartę (ijmrj) na pastwę losu.
Los zaś bywa, nie tylko w bajkach, okrutny.

źródło zdjęcia
Przez kolejny rok Momarta (ijmrj) tułała się od lekarza do lekarza, od szpitala do szpitala, próbując zdiagnozować i wyleczyć to jedno, to drugie dziecko. Bóle głowy, bóle brzucha, ogólne osłabienie organizmu, infekcje - jedna za drugą, zapalenia płuc, każde trwające miesiąc (dygresja prawnicza: razy dwoje dzieci równa się dwa miesiące, co już prowadzi do wyczerpania zasiłku opiekuńczego przysługującego na dzieci w wymiarze 60 dni rocznie, a gdzie reszta chorób?). Hospitalizacja tu i tam, diagnostyka taka i owaka. Lekarze, rozkładający ręce i mówiący, że to już wprawdzie ente takie dziecko, które widzą, jednak z medycznego punktu widzenia to oni nie są w stanie postawić diagnozy innej niż chwcmjajchnjmk (w swobodnym tłumaczeniu z lekarskiej łaciny: „ch… wie co mu jest, ale ja ch… nie jestem, może kolega”).
I tak minął cały rok 2018.
Naszedł rok 2019.

źródło zdjęcia
Starszy zobojętniał i zapatyczniał. Nauczyciele z jego szkoły przestali już nawet ukrywać, że nie są w stanie w dwa lata zrealizować programu przewidzianego dotychczas na trzy lata gimnazjum (fuj gimnazjum, fuj!) i zaczęli jawnie sugerować konieczność korzystania z pozalekcyjnego wsparcia, napominając, że bez tego to ciężko będzie dobrze zdać egzamin ósmoklasisty, a co za tym idzie – dostać się do szkoły innej niż branżowa (wiadomo, podwójny rocznik). Starszy zaczął przesiadywać przy biurku godzinami, wpatrując się w ścianę i powtarzając, że jest debilem i idiotą, szczególnie głośno po każdej kolejnej ocenie niedostatecznej (szczegóły tutaj). Zrozpaczona Momarta (ijmrj) postanowiła zorganizować mu korepetycje. Niestety, przy planie lekcji Starszego (zajęcia od 7.10 do 16.30, w porywach do 14.30, patrz tutaj) okazało się, że można wcisnąć mu je tylko w weekendy, co też uczyniono. Wobec faktu, iż miesięczne wydatki z tego tytułu przekroczyły kwotę przekazywaną co miesiąc na konto nowej, lepszej szkoły Młodszego, małżonek Momarty zaczął bywać w domu tylko w weekendy, z uwagi na konieczność zdwojenia wysiłków w celu dostarczenia potrzebnych rodzinie środków utrzymania. Starszy przywykł do tego, że codziennie rano musi łyknąć proszek od bólu głowy, a do już i tak napiętego grafiku dorzucił wizyty u logopedy-specjalisty od jąkania. Aura szczęśliwości, do której jakimś cudem dotarły wieści w tej sprawie, zawyła tylko głośno z oddali, szczęśliwa, że nie musi już brać w tym udziału.

Równolegle Młodszy zaczął chorować intensywniej niż wcześniej. Okazało się, że nie zwizytował jeszcze szeregu oddziałów szpitalnych, toteż rozpoczął nadrabianie braków. Momarta (tym razem samodzielnie) uruchomiła wszystkie znajomości (również w banku), dzięki czemu mogła zapoznać się z przebogatą ofertą świadczeń medycznych tylko teoretycznie refundowanych przez NFZ. W przerwach od korzystania ze świadczeń Młodszy wracał do swojej szkoły, czasem na tydzień, czasem na dwa, po czym spektakularnie rozpoczynał prezentowanie nowej gamy objawów klinicznych. Momarta pomału zaczęła przywykać do tego, że co drugi poniedziałek stawia się w pracy jako zombie (o ile się stawia), zaś personel dziecięcego SOR-u zaczął witać ją (zazwyczaj po ukraińsku) w każdy niedzielny wieczór jak starą znajomą.

I tak żyliby sobie jeszcze być może długo, choć niezupełnie szczęśliwie, gdyby nie nastąpił trach. I krach.

W tym miejscu dygresja, niezbyt bajkowa.
Zgodnie z policyjnymi statystykami (dostęp tutaj), w roku 2017 dwadzieścioro ośmioro dzieci z grupy wiekowej od 7 do 12 lat targnęło się na swoje życie, z czego tylko jedno skutecznie. W grupie wiekowej od 13 do 18 lat takich dzieci było 702 (115 zamachów zakończyło się śmiercią dziecka). W roku 2018 w grupie wiekowej od 7 do 12 lat prób samobójczych było 26, z czego już 5 skutecznych, zaś w grupie wiekowej od 13 do 18 lat – 746, z czego śmiercią dziecka zakończyło się 92.

Psychiatria dziecięca w Polsce przeżywa kryzys. Lawinowo wzrasta liczba dzieci potrzebujących pomocy psychiatrycznej (o czym alarmował m.in. Rzecznik Praw Dziecka – tutaj), zaś maleje liczba dostępnych lekarzy specjalistów i łóżek szpitalnych. W listopadzie 2018 roku działający przy Ministerstwie Zdrowia zespół ds. zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży podał, że według jego ustaleń „rozpowszechnienie zaburzeń psychicznych w populacji dzieci i młodzieży dotyczy około 10%, co oznacza, że w Polsce ponad 600 tys. osób poniżej 18 roku życia wymaga zapewnienia profesjonalnej opieki. Wśród czynników wpływających na rozwój zaburzeń, oprócz czynników biologicznych, genetycznych i epigenetycznych, coraz większe znaczenie odgrywają czynniki rodzinne i społeczno-kulturowe. Na przestrzeni ostatnich lat obserwuje się narastanie częstości zaburzeń zależnych lub częściowo zależnych od uwarunkowań cywilizacyjnych i kulturowych (np. zaburzenia depresyjne, próby samobójcze, samookaleczenia, zaburzenia odżywiania, uzależnienia, zaburzenia związane ze stresem). Szczególnie poważnym problemem są próby samobójcze. Stanowią one w chwili obecnej w Polsce pierwszą przyczynę zgonów w wieku pomiędzy 14 a 19 rokiem życia.” (całe stanowisko zespołu dostępne tutaj).

Wróćmy jednak do naszej bajki.

Momarta (ijmrj) starała się być dobrym rodzicem. Wsłuchiwała się w potrzeby dzieci, starała się nie wywierać na nie nadmiernej presji, próbowała trzymać rękę na pulsie. Być może dlatego zorientowała się, że tonie, dopiero gdy znalazła się na samym dnie. Razem z Młodszym.

źródło zdjęcia

Momarta nigdy nie myślała, że zobaczy to, co zobaczyła i usłyszy to, co usłyszała.

Nie sądziła również, że kiedykolwiek zapragnie, by jej dziecko znalazło się w jakimś bezpiecznym miejscu, najlepiej wyposażonym w pasy i postawnych pielęgniarzy lub pielęgniarki, dzierżących w dłoniach strzykawki z dużą ilością mocnych środków uspokajających. A jednak zapragnęła.

Nie przypuszczała też, że sama będzie potrzebowała fajnych proszków, aby funkcjonować. Zawsze była wszak świadomą i nietracącą kontroli kobietą. A jednak zaczęła potrzebować.

Nigdy nie mów nigdy – to mógłby być morał tej przydługiej bajki, ale jednak nie będzie. I nie tylko dlatego, że jest mało błyskotliwy.

źródło zdjęcia
Momarta bowiem, opróżniwszy duszkiem znalezioną na dnie fiolkę z fajnymi proszkami, chwyciła Młodszego w objęcia w ostatniej chwili, tuż przed ostatecznym atakiem strasznego potwora (w porządnej bajce muszą być wszak potwory).
Potwór gonił ich długo, wykrzykując różne rzeczy i przybierając różne postacie.
Raz był którymś ze szkolnych kolegów i koleżanek Młodszego, wyśmiewającym się z niego stale i systematycznie, dzień po dniu; drugi raz - nauczycielem, nie reagującym na takie sytuacje. Innym razem przybrał postać innego nauczyciela, surowo mówiącego do Młodszego, że jest idiotą, który niczego nie rozumie, ale to nic dziwnego, bo pewnie nocami gra na komputerze, więc dorzuci mu jeszcze więcej zadań do zrobienia, to może zrozumie i wreszcie się nauczy. Kolejny raz był przedstawicielem dyrekcji szkoły, żyjącej w przekonaniu, że jeśli dzieciom trzy lata wcześniej mówiło się, że białe musi być białe, to można teraz, w związku z doraźną potrzebą, pomalować białe na czarno i twierdzić, że takie było zawsze, a dzieci i tak się nie zorientują. Różne, związane ze szkołą rzeczy wykrzykiwał potwór, a z każdym jego słowem Młodszy stawał się mniejszy i mniejszy, smutniejszy i smutniejszy.

źródło zdjęcia
Na szczęście dla Momarty, której kondycja fizyczna pozostawiała wiele do życzenia, gdyż wieczorami zamiast gnać na siłownię, gnała do biurka, by skończyć to, czego nie zdążyła zrobić w pracy (i działo się tak każdego wieczoru, gdyż czas pracy Momarty jest określony wymiarem jej zadań, a czego jak czego, ale zadań do wykonania to jej nigdy nie brakuje, buchacha), nagle zza węgła wyskoczył jakiś zbłąkany psychiatra dziecięcy (być może dlatego, że odwołali mu lot do Irlandii, ale nie wiadomo na pewno, bo Momarta bała się zapytać) i bach potwora po pysku! Niestety, zaraz potem poinformował, że następne bach może odbyć się dopiero za trzy miesiące, a i to tylko dlatego, że w trybie pilnym, po czym przeprosił i słaniając się na nogach, udał się ratować kolejne dziecko. To jednak wystarczyło, by zziajana Momarta złapała oddech (w przeciwieństwie do potwora) i odskoczyła w bok, cały czas tuląc Młodszego do obfitej piersi (co wieczór znakomicie jej się bowiem pracowało przy małych przekąskach, w sam raz na stres).

I w ten to sposób, moi drodzy, dobrnęliśmy niemal do końca tej przydługiej bajki. Momarta stoi sobie bowiem aktualnie z boku świata (razem z Młodszym) i duma.

Duma o tym, że rozpoczęty właśnie strajk nauczycieli tylko pozornie niczego w jej sytuacji nie zmienia. Teoretycznie jest jej przecież wszystko jedno, czy lekcje się odbywają, czy nie, skoro Młodszy i tak do szkoły nie chodzi, a Starszy nie zachowuje się jak osoba, która ma z tego powodu jakiś problem (o egzaminie ósmoklasisty Momarta nie myśli, gdyż przestała myśleć o rzeczach, na które nie ma wpływu).
Praktycznie jednak Momarta wie, że zależy jej na tym, aby każde dziecko w tym kraju zaczęło mieć realny, a nie tylko teoretyczny dostęp do darmowej EDUKACJI, niestety mylonej dotychczas z tresurą. Zależy jej na tym, aby jej dzieci spotykały w szkołach PEDAGOGÓW, a nie absolwentów kierunków pedagogicznych. Na tym, by wykonywanie pracy nauczyciela stało się na tyle prestiżowe, by garnęli się do niej nie tylko nieuleczalni zapaleńcy, gotowi do daleko idących poświęceń lub spadkobiercy rodzinnych fortun, niemuszący troszczyć się o finanse, ewentualnie ci, którym nic w życiu nie wyszło.
Momarcie marzy się bowiem świat, w którym szkoła jest miejscem, w którym szczęśliwi nauczyciele zapewniają szczęśliwym uczniom, każdemu z osobna i wszystkim razem, warunki niezbędne do ich rozwoju oraz przygotowują ich do wypełniania obowiązków rodzinnych i obywatelskich w oparciu o zasady solidarności, demokracji, tolerancji, sprawiedliwości i wolności (Momarta przeprasza za patos, ale przepisała tylko, wzruszając się do łez, fragment obowiązującej od ładnych kilku lat preambuły do ustawy – Prawo oświatowe).

Dlatego ja, Momarta, popieram strajk nauczycieli. Bo ja na dnie już byłam. I wiem, że nie sposób tam żyć.

piątek, 22 lutego 2019

Budzący się rodzice szukają budzących się nauczycieli, czyli głos wołającego na (szczecińskiej) puszczy

Na wczorajszym (21 lutego) spotkaniu BSS Szczecin (i nie tylko) pt. "Rodzice sojusznikami zmiany w edukacji" większość uczestników stanowili... rodzice.
W grupie uczestniczących w spotkaniu nauczycieli (świetnych, otwartych!) większość - jak na moje oko - stanowili ci spoza Szczecina. 


 Pod postem Doroty Trynks (siły sprawczej szczecińskich spotkań) "budzący się rodzice szukają budzących się szkół" (post tutaj), jak dotąd można znaleźć wyłącznie komentarze poszukujących rodziców. Odpowiedzi nauczycieli brak.

Popyt przewyższa podaż. Miałam to na zajęciach z ekonomii.
Cytuję za internetową "Encyklopedią zarządzania": „nadwyżka wartości popytu nad wartością podaży skutkuje zwiększeniem konkurencji wśród konsumentów dóbr, a w rezultacie wzrostem cen. Kiedy ceny rosną, zmniejsza się zapotrzebowanie na dane dobro, co jednocześnie skłania producentów do powiększenia rozmiarów podaży.”

Jak skłonić „producentów” dobrej edukacji do powiększenia rozmiarów podaży, przy jednoczesnym pominięciu etapu wzrostu cen?

Oto jest pytanie.
Hamlecie, Ty ze swoim wysiadasz, przykro mi.

sobota, 8 września 2018

Witaj szkoło 2018, czyli o lwie, którego nie da się oswoić

O tym, jak bardzo nienawidzę pierwszego września, niezależnie od tego czy w danym roku przypada drugiego, czy trzeciego, pisałam już kilka lat temu, tutaj.
Od tego czasu wiele się zmieniło.

Ośmiolatek, o którym pisałam w tamtym poście jest aktualnie trzynastolatkiem, usadowionym wbrew sobie i nam w samym środku deformy edukacji.
Ósmoklasista. To wcale nie brzmi dumnie; dla nas wyłącznie strasznie.
Jak twierdzi Starszy, jego życie skończyło się w miniony poniedziałek.
Mam wrażenie, że moje, jako jego matki, również.


Trzydzieści lat temu „Nasza Księgarnia” wydała książkę Marii Kobyłeckiej „Jak oswoić lwa”, opatrzoną podtytułem „na tropach kłopotów szkolnych”. Znalazł się w niej m.in. przedruk zamieszczonej w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w „Płomyku” (informacja dla młodszych czytelników: był to tygodnik dla młodzieży, która wyrosła już z przeznaczonego dla dzieciaków „Płomyczka”) rozmowy z lekarzem, Andrzejem Jaczewskim.

Praca ucznia jest pracą szczególną i bardzo ciężką. (…) pracując dużo, trzeba to robić jak najmądrzej, w zgodzie z wymogami czy zaleceniami higieny. Jako lekarz proponuję higieniczny program dnia:
Radzę wstawać dostatecznie wcześnie, by od rana się nie spieszyć, nie wpadać w nerwowy pośpiech. Przed wyruszeniem do szkoły – śniadanie. (…) Już rano konieczny jest zastrzyk ruchu. Proponuję spacer do szkoły. Radzę wcześniej wyjść, by przed rozpoczęciem zajęć odbyć choćby 15-minutowy spacer. (…) W szkole trzeba pracować intensywnie i korzystać jak najwięcej z lekcji. Szkoda czasu na bezmyślne tkwienie w ławce. Nauka na lekcjach powinna wystarczyć, aby w domu jedynie uzupełnić, pogłębić czy poszerzyć i utrwalić wiadomości. Na lekcjach uczymy się, natomiast na pauzach odrzucamy zeszyty i książki. Trzeba zrobić wszystko, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Jeżeli są z tym trudności, to samorząd szkolny powinien starać się je pokonać. (…)
Po skończonych lekcjach zalecałbym spacer, choćby półgodzinny.
Po obiedzie nie radziłbym od razu zasiadać do lekcji. Niektórym dobrze by zrobiła nawet mała drzemka, a w każdym razie jeszcze trochę przerwy, którą można by poświęcić na prace domowe. O zabawach, sporcie, ruchu – nie mówię, bo to już takie banalne zalecenie higieniczne. (…) Poza nauką człowiek ma jakieś inne pozalekcyjne zainteresowania, hobby. Bardzo bym polecał takie pasje, które wypędzałyby na powietrze. Sport, ruch, praca fizyczna są niemal koniecznością, taką jak dobre odżywianie i sen.
No właśnie – sen. Spać się opłaca! Spać trzeba, niestety, dużo. W Twoim wieku około 9 godzin.”

Wprawdzie życie w Polsce w ciągu ostatnich trzydziestu lat mocno się zmieniło, to jednak sam człowiek jako gatunek nie wyewoluował (w każdym razie moim zdaniem) przez ten okres na tyle mocno, by nie musieć spać i odpoczywać. Dlatego też powyższe zalecenia uważam za nadal wiążące, a jako dobra matka zamierzam stosować się do nich, organizując nasze życie domowe.

Od najbliższego zatem poniedziałku dzień mojego ósmoklasisty będzie wyglądał tak:

(Gwoli wyjaśnienia: zgodnie z planem Starszy ma 38 godzin szkolnych zajęć lekcyjnych w tygodniu (bez 2 godzin religii, które są w końcu, bądź co bądź, ciągle jeszcze nieobowiązkowe) plus dwie godziny obowiązkowych zajęć organizowanych przez szkołę, przygotowujących do testu ósmoklasisty. Dwa razy rozpoczyna przy tym naukę o 7.10 (w pozostałe dni o 8.00), raz o 7.30; kończy o 14.30 lub 15.30.)

Pobudka o 5.30. 20 minut na ogólne ogarnięcie się ("zęby, synu, zęby!"), kolejne 20 na zjedzenie śniadania ("jedz wolno i przeżuwaj!" – to też zalecenie lekarskie, choć akurat z innej książki).
O 6.10 wymarsz z domu. Koniec z dowożeniem autem do szkoły! Na przystanek autobusowy jest piechotą akurat 15 minut, tyle ile codzienna zalecana poranna porcja spaceru. Niestety, autobus jeździ co 20 minut, o 6.25 nie ma akurat żadnego. Najbliższy o 6.35. Czas oczekiwania można poświęcić na sport - pajacyki na przystanku zimą będą jak znalazł!
Następnie 20 minut jazdy autobusem (to nie fanaberia, na skutek reformy oświaty najbliższa szkoła oferująca naukę w klasie ósmej, niezależnie od tego czy rejonowa, czy nie, znajduje się w takiej właśnie mniej więcej odległości) i już można rozpocząć naukę. 7.10 to godzina, o której wiedza wprost sama wskakuje do głów, nieprawdaż?
Po 7 lekcjach, przeplatanych dziesięciominutowymi przerwami, starczającymi akurat na tyle, by spakować książki i zeszyty po zakończonej poprzedniej lekcji oraz przenieść plecak z jednej klasy do drugiej, można zjeść szkolny obiad i około 15.00 wyruszyć w drogę powrotną. Myk, myk, 15.40 i już ósmoklasista jest w domu. Czas na małą drzemkę, powiedzmy półgodzinną.
Następnie pora zabrać się do zadań domowych. Cóż my tam mamy?
Trzy strony zadań z matematyki. Trudno się dziwić, gdy trzeba w dwa lata przerobić materiał przewidziany dotychczas na trzy lata gimnazjum. Nauczyciel „przerabia” więc kolejne partie, nie oglądając się za siebie. To czego nie zdąży i to, co trzeba „utrwalić”, zleci do domu.
Rozprawka z polskiego. Rodzice narzekali, że dzieci nie umieją jej pisać, więc proszę bardzo - jak napiszą ze trzydzieści, z pewnością się nauczą. Poza tym ministerstwo powiedziało, że teraz będzie kładło nacisk na formy otwarte. Żeby się dobrze otworzyć, trzeba najpierw porządnie poćwiczyć - to prawda znana w szkole nie od dziś.
Fizyka. Była dzisiaj, jest też jutro, a pani lubi robić kartkówki z poprzedniej lekcji. Trzeba powtórzyć.
Niemiecki. Dwie strony słówek. Szkoła szczyci się tym, że „uczy niemieckiego na wysokim poziomie”. Pani kuła słówka, uczniowie też muszą. Ktoś twierdzi, że to nieefektywne? To jakieś nowomodne podejście, doprawdy.
Bez przerw wyszłoby trzy godziny, ale ponieważ matka, która naczytała się jakichś głupot, każe robić przerwy (a w ich trakcie nie pozwala grać w Fortnite’a, twierdząc, że to rozprasza, doprawdy, świnia, nie matka!), z trzech zrobiły się cztery. I mamy godzinę 20.10. Ileż to godzin dziecko w tym wieku powinno spać? Dziewięć? Rety, trzeba się spieszyć!
Pół godziny na ekspresowe umycie się ("uszy, synu, uszy!"), zjedzenie kolacji (ups, nie powinno się jeść po 20!) i kolejne pół na przeczytanie kilkunastu stron lektury (więcej niż kilkanaście stron dzieł typu „Pan Tadeusz” na raz dzieciom urodzonym w XXI wieku nie wchodzi, choćby się starały). 21.10 - gasimy światło („mamo, nikt z mojej klasy nie chodzi spać o 21!” „Synu, wszyscy chodzą, tylko nikt się nie przyznaje!”).
Zalecane przez lekarza 9 godzin snu kończy się o 6.10.
Całe szczęście, że jutro do szkoły na 8, może się synu wyrobisz, bo gdybyś miał na 7.10, trzeba byłoby na czymś przyciąć. Tylko na czym? Na śnie? Kolacji? Do rozważenia.

Jakieś sporty? Kontakty z rówieśnikami? „Pozalekcyjne zainteresowania, hobby” (że zacytuję pana doktora)? Czas na nicnierobienie?
Fanaberie!

Dla ukojenia nerwów sięgnęłam po książkę dla dzieci.


Autorzy „Spóźniłem się do szkoły, bo…”, Davide Cali (tekst) i Benjamin Chaud (ilustracje), podają wprawdzie propozycje wyłącznie usprawiedliwień szkolnych spóźnień, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by rozciągnąć je także na nieobecność w szkole w ogóle. Jutro, pojutrze. I popojutrze też. A w czasie egzaminu ośmoklasisty i przyszłorocznej rekrutacji do szkół średnich to już na pewno.
I proszę od razu usprawiedliwić moją nieobecność na wszystkich wywiadówkach!


Kiedy w końcu wyszedłem na prostą, trafiłem w sam środek stada owiec i chmary kaczek. Wypadało pomóc rolnikom je rozdzielić.” – opowiada bohater książki, a ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że opisywane stado owiec to polskie dzieci. Ich rodzice zaś są – co w tym kontekście oczywiste - od szeregu lat traktowane przez rządzących jak stado baranów. 

Ach, gdybyż życie było takie proste jak w ilustrowanych książeczkach!
Gdyby takie było, z chęcią użyłabym choćby takich przekonujących wyjaśnień:

Nie posłałam dzieci do szkoły, bo…

- chciałam, żebyśmy wszyscy byli nadal wyłącznie szczęśliwi!
- chciałam, żeby moje dzieci miały czas, aby żyć!
- moim dzieciom szkoła nie jest do niczego potrzebna („no, wytłumacz mi, mamo, dlaczego muszę chodzić do szkoły, wytłumacz mi, bo ja nie rozumiem!”)
- szkoła jest w naszej rodzinie wyłącznie źródłem frustracji, a lekarz zabronił nam się denerwować.

Wanda Kobyłecka „Jak oswoić lwa”, ozdobił graficznie Bohdan Butenko. Nasza Księgarnia, Warszawa 1989.
Davide Cali, Benjamin Chaud „Spóźniłem się do szkoły, bo…”. Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2015.

A wszystkim, którzy uważają, że z polską szkołą dzieje się coś złego, polecam uwadze ten apel. Szczegółowe informacje dostępne tutaj.