Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2019

W.Chmielarz "Rana", czyli jedenaste: nie oczekuj


Pisanie w dniu 1 września o oczekiwaniach nie jest najlepszym pomysłem.
Oczekiwania to najgorsze co można mieć w związku z rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Wobec szkoły, nauczycieli, dzieci oraz siebie jako rodzica.
Oczekiwania to otwieracz do puszek z frustracją, rozczarowaniem i niepotrzebnym stresem.

Na najnowszą książkę Wojciecha Chmielarza, „Rana”, wydaną mniej więcej rok po poprzedniej, „Żmijowisku”, wiele osób, w tym ja, czekało. Autor przyzwyczaił swoich czytelników do wysokiego poziomu (o proszę: tutaj i tutaj).




„Rana” przyszła w paczce razem z kilkoma innymi pozycjami. Wszystkie (może poza nieujętymi na zdjęciu podręcznikami dla Starszego - każdy w cenie odpowiadającej wyrobom z 24-karatowego złota; nie ma to jak rocznik uczniów, którzy muszą zdać się na dyktat wydawców i hurtowni, bo nie istnieje dla nich rynek wtórny podręczników) zostały powitane z radością, jednak tylko „Rana” z entuzjazmem. To głównie jej wyczekiwałam. To ona dostąpiła rzadkiego zaszczytu – została przeczytana tego samego dnia, kiedy trafiła do moich rąk, w całości. Niewątpliwie, moje oczekiwanie, iż Wojciech Chmielarz napisze kolejną trzymającą w napięciu powieść, zostało spełnione.
Niestety, tym razem liczyłam na coś więcej.
I po co?



Nie byłoby „Rany”, gdyby nie było szkoły. Prywatnej szkoły podstawowej, położonej w Warszawie, co ma pewne znaczenie fabularne, aczkolwiek drugorzędne. Prywatna szkoła samo zło, chciałoby się napisać, w ślad za jedną z czwartoplanowych bohaterek „Rany”, przypadkową staruszką, doradzającą jednej z głównych postaci: „Tam źli ludzie pracują. Nie warto. Niech pani znajdzie normalną szkołę dziecku…
W opisanej w książce szkole dzieją się złe rzeczy - choć nie szkoła jako taka jest ich źródłem, to jednak bez niej wiele z nich nie miałoby miejsca. Ofiary wybierane są i wśród dorosłych, i spośród uczniów. Ale ofiarami okazuje się również wielu spośród tych, którym autor pozwolił przeżyć.

O prywatnych szkołach jako siedliskach zła wiem bardzo wiele. O występujących w nich rozbieżnościach między oczekiwaniami (i obietnicami) a rzeczywistością również. Tak, to miejsca, do których trafiają dzieci dobrane według specyficznego klucza. A imię jego: dużo zer na bankowych kontach ich rodziców.  
W związku z tym powinnam być zadowolona, że w „Ranie” znalazłam to, o czym sama przekonałam się (i napisałam) już wcześniej. Że rządzi tam pieniądz. Że zarządzający lubią papierki lakmusowe, np. w postaci stypendiów dla ubogich uczniów. Że nie uczy się tam dzieci empatii, współpracy i życia w normalnym społeczeństwie, lecz funkcjonowania w tej bańce, w której zostały zamknięte dzięki pieniądzom rodziców.
To wszystko prawda. Ale u Chmielarza jest ona zbyt oczywista.

„Rana”, mimo że krwista, jest bardzo czarna. Jest rozległa, jednak jej brzegi są gładkie, nie poszarpane. Wszystko (poza główną intrygą i pytaniem o to kto jest mordercą - po raz kolejny bardzo długo dałam się zwodzić) jest tu dość proste. I czarne, nie białe, i nie szare. Brakuje niejednoznaczności, wątpliwości. Tak, życie bywa takie jak tu opisane. Są tacy ludzie. Ale nie wszyscy, do diabła.
Przykro mi, po książce Wojciecha Chmielarza oczekiwałam czegoś więcej. Nie chciałam powtórki z serii gliwickiej – dobrej, ale za bardzo mrocznej, za bardzo jednoznacznie złej. Tymczasem właśnie to, tyle że unurzane w psychologicznym sosie (autor utrzymuje się na kursie obranym już przy „Żmijowisku”), dostałam.
A było się nie nastawiać.

Moim najpoważniejszym zarzutem wobec „Rany” jest nadmiar, bynajmniej nie krwi, choć trupów, owszem, całkiem sporo jak na jedną książkę. Autor miał zbyt wiele pomysłów na poprowadzenie czytelnika ku rozwiązaniu zagadki, która wprawdzie pozornie dotyczy tego, kto zabił, jednak faktycznie tego, co tak bardzo poraniło bohaterów, wszystkich bez wyjątku. Tej książce brakuje normalności, choćby w homeopatycznej dawce.

Razi także (uwaga, spojler!) jednoznaczna inspiracja reportażem Mariusza Szczygła „Śliczny i posłuszny” i podążenie tropem tego, co najbardziej intrygowało Szczygła w tej historii, opisanej po raz pierwszy przez Barbarę Seidler w tekście „Pani od maszynoznawstwa”. Pierwowzorem jednej z kluczowych postaci jest bohaterka opisanych tam zdarzeń – kobieta, nauczycielka, zabójczyni sześcioletniego dziecka. Chmielarz dokonał wprawdzie nieco zmian (płci dziecka oraz jego pokrewieństwa z morderczynią - faktycznie ofiarą był chłopiec, zakatowany przez swoją macochę, przy bierności, a może i współudziale ojca; u Chmielarza jest to dziewczynka, biologiczna córka zabójczyni), jednak poza tym ta sama jest nie tylko oś całej historii, ale i sporo jej szczegółów. A zwłaszcza sprzączka od wojskowego pasa, którym bite było dziecko. Kto raz przeczytał reportaż Seidler, nigdy pewnych rzeczy nie zapomni.

Zadaniem reportera jest opisanie rzeczywistości. Pisarz ma ten przywilej, że ogranicza go tylko własna wyobraźnia. Czy jednak tak jest również w przypadku, gdy korzysta, choćby w ramach luźnej inspiracji, z prawdziwych historii? Ja uważam, że nie; w tym zakresie nie zmieniłam poglądu od czasu lektury „Innej duszy” Łukasza Orbitowskiego.

Dlatego „Rana” jest, moim zdaniem, najmniej udaną książką Chmielarza. Za prosto przychodzi mu rozgrzeszanie (choć tylko niektórych), zbyt łatwe są podsuwane przezeń tłumaczenia. Za czarno-białe wykreowane przezeń postaci, mimo że pozornie skomplikowane. Biedni lepsi, bogatsi gorsi, choć poranić tak samo można i jednych, i drugich. Zarazem nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor przestraszył się wniosków, do których doszedł, stąd takie a nie inne zakończenie. Dające nadzieję, mało jednak moim zdaniem przekonywujące.
Za łatwo wreszcie rysowało się autorowi obraz złej szkoły, prywatnej szkoły.
Oczekiwałam czegoś więcej. Od Wojciecha Chmielarza. Sam to sobie u mnie zrobił. Za dobrze pisze.

Z dwojga złego wolę jednak frustrację spowodowaną rozczarowaniem wyczekiwaną lekturą (choć „Rana” jest zupełnie niezłą książką, serio) niż tym, że nie spełnią się moje oczekiwania co do nowych szkół obu moich synów. Niby poprzeczka nie jest zawieszona zbyt wysoko (gorszych niż dotychczasowe mieć raczej nie mogą), ale po co mi samodzielnie wyprodukowany stres i frustracja?

Dlatego 1 września 2019 roku od szkolnictwa w tym kraju nie oczekuję niczego. Swoje oczy zwracam raczej ku niebiosom: czekam na cud, który pozwoli mi i mojej rodzinie przetrwać kolejne 10 miesięcy.

Wojciech Chmielarz „Rana”. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019.

czwartek, 22 sierpnia 2019

J.Galiński "Kółko się pani urwało", czyli lektura dla fanów dowcipów o Murzynach

Już wcześniej to podejrzewałam, ale od tych wakacji wiem to na pewno: jeśli blurby, opinia publiczna oraz Michał Nogaś polecają jakąś książkę, ja muszę trzymać się od niej z daleka. Szczególną ostrożność muszę zachować zaś, gdy blurby i opinia publiczna (tym razem redaktora Nogasia w to nie mieszajmy) twierdzą, iż oto mamy do czynienia z książką prześmieszną, dziełem, które sprawi, że czytelnikiem wstrząsać będzie niemożliwy do skontrolowania śmiech.

źródło zdjęcia
Nabrałam się na to już kilka razy wcześniej. Dobrze pamiętam na przykład dzień, w którym zabrałam się za lekturę zachwalanej wszędzie jako przezabawnej „Ostatniej arystokratki”. Pełna nadziei i entuzjazmu, wykonałam wcześniej parę ćwiczeń oddechowych w celu rozluźnienia przepony. Doczytawszy do setnej strony, lekko już spięta z nadmiaru powagi, zaczęłam się lekko niepokoić, podczas gdy moja przepona skurczyła się z nudów. Na szczęście przy dwieście sześćdziesiątej pierwszej stronicy pojawił się cień humoru, co pozwoliło unieść mi do góry w radosnym grymasie lewą brew. Najwyraźniej słońce zbyt krótko opromieniało jednak swym blaskiem pana Evžena Bočka (autora dzieła), gdyż nie tylko humor, ale i jego cień zanikły bezpowrotnie i nigdy więcej się nie pojawiły. Przepona, obrażona, spięła się zaś na amen.

Tym razem miało być jednak inaczej. Lektura lekka, łatwa i przyjemna. Komedia kryminalna w sam raz na wakacje, do tego polskiego autora.


A dzwony ostrzegawcze biły, biły, aż pękły z wysiłku. I wszystko nadaremnie.

Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem, dlaczego pan Jacek Galiński, mężczyzna w kwiecie wieku, chcąc – jak twierdzi w dostępnych w internecie wywiadach – wykreować oryginalnego bohatera, uczynił nim starszą panią, emerytkę. Czy naprawdę nie słyszał bowiem o wymyślonych już wcześniej panie Marple, Agacie Raisin, czy – sięgając po polskie książki – wnikającej starszej pani z powieści Anny Fryczkowskiej albo emerytce Henryce, bohaterce serii książek autorstwa Katarzyny Gurnard?

Dobrze, pal sześć oryginalność, ale czemu kobieta emerytka? Czemu nie mężczyzna emeryt, do diabła? Chętnie poczytałabym o starszym panu, w końcu on też może ciągnąć za sobą kraciasty wózek zakupowy, nieprawdaż?

Jacek Galiński
źródło zdjęcia


Sam autor, indagowany, nie wyjaśnia przyczyn takiego a nie innego wyboru. Podkreśla natomiast (całość rozmowy tutaj): „świadomie zbudowałem bohaterkę na kontrastach. Wierzę, że tak się powinno budować interesujące postacie. Dr House wprowadził w tej kwestii nowe standardy. Urocza i zabawna starsza pani, to według mnie utarty schemat. Same pozytywne cechy w pewnym momencie stają się nudne, mdłe i nieautentyczne. Moja bohaterka zyskuje sympatię dzięki aktywności, sprawczości i kodeksowi moralnemu. Dopóki będę potrafił, będę tworzył ją właśnie w taki sposób.” Przyznaje jednak zarazem, iż nie ma „w ogóle zbyt wielkiego kontaktu ze starszymi osobami. Nie miałem też babci. To postać w 100% fikcyjna, która była przeze mnie tworzona na przestrzeni dłuższego czasu w poprzednich projektach i różnych tekstach. Bezpośrednim pierwowzorem bohaterki jest Karlson z dachu:)”.

Pff… Grunt to dobre samopoczucie.


Zofia Wilkońska, gdyż tak nazywa się wykreowana przez Galińskiego bohaterka, pani, której urwało się tytułowe kółko, jest antypatyczna i chamska. Tak, chamska. Nie „irytująca”, jak pisze się w niektórych recenzjach, ale chamska, obcesowa i bezczelna w sposób nie pozostawiający miejsca na sympatię. Nie lubię chamów, niezależnie od tego czy mają lat 20 czy 75. Samo w sobie nie byłoby to jednak literackim problemem, nie muszę lubić głównego bohatera, by podobała mi się książka, w której występuje. Gorzej jednak, gdy chamski bohater jest zarazem bezdennie głupi.

Przykro mi, nie kupuję narracji o tym, jakoby główna bohaterka tej książki była „sugestywnie stworzoną i dopracowaną przez autora postacią, której psychologiczna wiarygodność oraz przemyślany światopogląd stanowią cechy wyróżniające” (tak: Jarosław Czechowicz, autor bloga Krytycznym okiem, całość tutaj).

Owszem, rozumiem, że starsze panie bywają głupie. Jeśli ktoś całe życie nie był demonem intelektu, raczej na starość mu się nie poprawi. Mnie mamusia (i tatuś, nie zapominajmy o tatusiu) nauczyła jednak, że nieładnie jest śmiać się ze starszych i głupszych od siebie. Niestety, pan Galiński najwyraźniej pobrał inne nauki.

 Wprawdzie słyszałam nieco niepochlebnych opinii o policji, ale mimo to trudno było mi uwierzyć w nieporadność tego starszego posterunkowego, który do mnie przyjechał. Ciekawe, co to oznaczało w ich nomenklaturze? Na starszego nie wyglądał, na posterunkowego też nie. Chyba że posterunkowy to ten, co pisze posty. W klubie seniora mieliśmy szkolenie z pisania postów w internecie. Mnie szło całkiem nieźle. Innym różnie. Nawet udało mi się nawiązać pierwszą znajomość – z jakimś majętnym mieszkańcem Afryki, który potrzebował pomocy w przewiezieniu swojej fortuny do Europy. Niestety prowadząca szkolenie zabroniła mi z nim korespondować. Nazwała go oszustem i szpanerem. Potem szkolenie się skończyło i kontakt nam się urwał.

Leżycie i kwiczycie? Nie? To może scena w taksówce Was ubawi po pachy? Autora ubawiła, do tej pory się śmieje, ilekroć przypomni sobie co napisał.

źródło zdjęcia
Na szczęście tuż obok naszej kamienicy jakiś uczynny taksówkarz pakował do bagażnika wielką walizkę.
- Proszę pana, proszę pana, dokąd pan jedzie? – spytałam.
 - Jestem zajęty.
- Widzę, ale dokąd pan ma kurs, bo chętnie bym się zabrała.
- No nie wiem, musiałaby pani spytać pasażera.
- Na pewno się zgodzi.(…)
Chwyciłam za klamkę tylnych drzwi. W środku siedział czarnoskóry mężczyzna. Ależ on był potężny! (…) Przypominał wielkiego Murzyna, który tak strasznie natłukł naszemu Andrzejkowi Gołocie.
- Hello – powiedziałam, wsiadając. – How do you do?
Ha! Szkoda, że nauczycielka z klubu seniora mnie teraz nie widziała! Musi się pani bardziej przykładać do nauki, mówiła do mnie. No proszę. I kto teraz był mądry, a kto głupi? No kto?
- What are you doing? This is my cab – powiedział zaskoczony.
- Ja pana nie rozumiem, proszę pana – odpowiedziałam, uśmiechając się. – I co mi pan zrobi?
Poklepałam go po ramieniu, żeby się tak nie denerwował. Przesunęłam się w jego kierunku, dając do zrozumienia, żeby zrobił mi trochę miejsca. (…)
Miałam czas przyjrzeć się mojemu współpasażerowi. On zresztą także mi się przyglądał, czym wprawiał mnie w zakłopotanie. Najbardziej fascynowały mnie jego włosy.
- Mogę dotknąć? – spytałam, wskazując na jego czuprynę.
- What? What are you talking about? Are you crazy? – spytał, ponieważ także był mnie ciekaw.
Już mnie przyzwyczaił do swojej pewnej nieśmiałości, więc bez skrępowania wyciągnęłam rękę i delikatnie pomacałam jego zabawne kręcone kędziorki. W rewanżu pokazałam, że może podotykać moje włosy, jeśli chce. W dawnych czasach w telewizji emitowano programy podróżnicze, z których można się było nauczyć podobnych przyjaznych zachowań.

Doprawdy. Buchacha i jeszcze chacha. Wprawdzie liczyłam na to, że na końcu pani Zofia wyjmie tort z białą, koniecznie białą polewą i temu czarnemu Murzynowi przyłoży, ale nie można mieć wszystkiego, bo jeszcze by człowiek pękł ze śmiechu, nieprawdaż.

I tak dalej, i tak w kółko. Pani Zofia, podążając tropem bandyty, który włamał się do jej mieszkania, wpada na trop afery reprywatyzacyjnej. Niezmiennie impertynencka i bezczelna, daje sobie radę w najtrudniejszych okolicznościach, gdyż napotyka, co wydaje się niemożliwe, wyłącznie głupsze od siebie (a może po prostu mniej chamskie?) jednostki. I tak, owszem, po drodze pojawia się parę obiecujących wątków fabularnych, ba! bohaterce przydarza się nawet kilka przebłysków czegoś zwiastującego istnienie inteligencji, jednak autor za każdym razem jest tak samo bezwzględny. Ma być przecież śmiesznie, sama Bonda powiedziała mu, że to co pisze, jest komedią kryminalną, więc, buchacha, natychmiast oblewa wszystko humorem prosto z kanistra, po czym przykłada zapałkę.

Wybuchy śmiechu, rozpuki. Czytasz? Pamiętaj, ta lektura wymaga ofiary.

Jacek Galiński, „Kółko się pani urwało”. Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2019.

środa, 17 lipca 2019

Książki na wakacje, czyli na pomoc ginącemu czytelnikowi!


Przygotowuję się do wakacyjnego wyjazdu. Pal sześć ciuchy, buty, wałówkę. Książki! Jakie wziąć książki?!

Na domowych półkach setki (to nie hiperbola, to gorzka prawda) nieprzeczytanych pozycji. Krążę wokół nich, oglądam, odkładam. Ta za poważna, ta za głupia, ta nie pasuje do wakacyjnego nastroju. O ta, może ta?


Nie bez sensu, za gruba. Czytać jedną grubą książkę przez większość urlopu? Też coś!

Zaglądam do bibliotecznego katalogu. Mam 3 karty (wyrobiłam dla siebie i dzieci), na każdej 7 miejsc. 21 książek. Starczy, nie starczy. Po co tyle wozić, cztery-pięć najwyżej. Ale na których pięć się zdecydować? Jakieś mam już wypożyczone, ale czy trafią w swój czas?


Mąż podbija stawkę. Też chce coś do czytania. Nie wie co, ale ma być fajne. Nie ma czasu się zastanawiać, przed urlopem pracuje do późna. Jak mu nie pomóc? W sumie dobrze się składa, jeśli wezmę pięć książek dla niego i pięć dla siebie, razem będzie 10, powinno wystarczyć. Tylko które wybrać?


Dziś ostatnia szansa, by coś jeszcze zamówić przez internet. Do lokalnej księgarni nie pojadę, kręgosłup mnie uziemił. Złożoną samej sobie obietnicę, że ograniczę się do zamawiania maksymalnie jednej paczki na 2 miesiące, unieważniłam natychmiast po jej złożeniu. Wrzucam do wirtualnego koszyka kolejne pozycje, po czym natychmiast je odklikuję. Ta bez sensu, ta jest w bibliotece, może ta? Składam zamówienie, po czym natychmiast przypominam sobie, że zapomniałam o dwóch książkach, które muszę mieć teraz, zaraz, bo pęknę.

Kurier dostarczył z rana zamówione kilka dni temu książki. Do księgarni już w zasadzie nie chodzę. Na moim osiedlu nie ma żadnej, pewnie by się nawet nie utrzymała. Do miasta jeżdżę dość rzadko. Książki sprowadzam przez Internet, bo na półkach zazwyczaj nie ma tego, co chcę. (…) Lubię odbierać takie duże paczki. Rozcinam ją nożem w kuchni, oglądam każdą książkę z osobna, cieszę się jak dziecko. A potem przytulając do piersi, niosę na górę i jeszcze raz przeglądam.
Nie mam złudzeń – choć czytam codziennie, większość z moich książek nigdy nie zostanie przeczytana. Nie zdążę. Musiałabym nie mieć innych zajęć, prac domowych i zawodowych, wyjazdów, obowiązków rodzinnych i społecznych. Dlaczego je więc kupuję, skoro z góry wiem, jaki los je czeka? Może to nadzieja, że jednak oszukam czas? Może chęć, aby mieć je obok i zawsze móc sięgnąć? Szacunek dla czyjegoś wysiłku? A może to po prostu głód narkomana, który zawsze chce mieć przy sobie działkę? Wiele z nich jest mi też potrzebnych do pracy. Co za wspaniały pretekst!
Zagospodarowywałam dziś nową półkę w gabinecie. Nadzieja szybko prysła. Zapełniła się natychmiast książkami, które narosły na regale powciskane jedne na drugie. Zrobił się trochę porządku. Na krótko.

Ilekroć trafiam na tego rodzaju cytaty, uspokajam się. Nie jestem wariatką, jest nas przecież więcej. Więcej wariatów???

Nie wiem na czym to polega. Jestem przecież racjonalnie myślącą, inteligentną kobietą, starającą się walczyć z nadmiarem, nie tylko kilogramów. Jeśli to genetyczne, to odziedziczyłam z defektem. Moja babcia wprawdzie książek miała kilka tysięcy, ale każdą kupioną natychmiast czytała. Niektóre nawet więcej niż raz. Tylko co ona wtedy, biedaczka, zabierała ze sobą na wakacje? Może Rodziewiczównę, tę mogła czytać w kółko. Nie chcę Rodziewiczówny, nie ma mowy.

Zatem.
Iść w kryminały czy prozę kobiecą?



A może reportaż?


Coś pożyczonego od znajomych, co wypadałoby wreszcie oddać?


Nadrobić braki we współczesnej literaturze polskiej czy niemieckiej?



Niezłym pomysłem byłyby też powieści dla młodszych czytelników, może przy okazji zachęciłabym do czytania któreś z dzieci?


Fantastyka, zapomniałam o fantastyce. Takiej lżejszej raczej, przecież Lema nie wezmę.


No i rozwój duchowy. Samodoskonalenie. Parę mądrych słów od mądrych osób, rady na życie. W wakacje też przydatne, może lepiej mi wejdą?


Książki o zwierzętach. Sytuacja wymaga, bym którąś przeczytała.


W sumie te też powinnam. I w zasadzie chciałabym...


I – rany! – gazety! Wszędzie stosy gazet.
Dziesiątki niedoczytanych „Polityk” i „Tygodników Powszechnych”, kilka zaległych „Rymsów” i „Dużych Formatów”. 


Parę magazynów, zostawionych na moment, gdy będzie więcej czasu na ich lekturę.


Miotam się, wybieram, odkładam. Ciągle nie wiem czy dobrze zdecydowałam. Niech mnie ktoś walnie w łeb, żebym nie musiała nigdzie jechać, ratunku!

Jak nigdy, dziś rozumiem dlaczego Polacy nie czytają. Życie jest wtedy dużo prostsze, a wakacje wolne od trosk.

Zamieszczony w poście cytat pochodzi z książki Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk „Kalendarze”. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

Na wszystkich zdjęciach (poza zdjęciem "Kalendarzy") książki, które chciałbym spakować do walizki. Wszelkie uwagi, sugestie, kategoryczne żądania mile widziane. Dziesięć, pamiętajcie tylko 10 książek!

środa, 13 lutego 2019

T.Noah "Nielegalny", czyli śmiech przez łzy


Być może gdybym przeczytała „Nielegalnego” w ubiegłym roku, zaraz po tym gdy ukazał się w Polsce, uważałabym – jak Marcin Meller, który podzielił się swoją opinią na temat tej książki na jej okładce – że to „przezabawna opowieść o koszmarnych czasach”.
Chociaż, po zastanowieniu, prostuję. Nie sądzę, abym użyła przymiotnika „przezabawna”. Noah pisze wprawdzie lekko i żartobliwie, ale nie po to, by czytelnika rozbawić. Raczej, by zmiękczyć swoją, jakżeż gorzką, opowieść o – tu zgodzę się z Mellerem – koszmarnych czasach.


Trevor Noah urodził się w roku 1984, a w książce opisał swoje dzieciństwo w RPA. To wystarczy, by stępić czujność polskiego czytelnika i zasugerować mu, by potraktował tę książkę jako egzotykę (nie dość, że do RPA daleko, to jeszcze wszystko działo się tak dawno temu); kolejną rzecz, którą przeczyta na luzie, ciesząc się, że „nas to nie dotyczy”. 

W Polsce nie mamy obecnie wielokulturowego, wielokolorowego i wielojęzycznego społeczeństwa. Nie istniał u nas nigdy problem apartheidu, ani tego co po nim (a co zdaniem Noaha i wielu innych nie było i nie jest wcale wiele lepsze). Mieliśmy jednak i mamy inne dylematy, których podłoże i skutki są podobne jak w RPA i innych miejscach na świecie.

Wykluczenie. Z tego czy innego powodu – koloru skóry, języka, statusu społecznego i majątkowego, wyglądu, poglądów politycznych czy orientacji seksualnej. Wszystko może okazać się nie takie. Zdecyduje o tym jakaś grupa, do której – z tych lub innych względów – nie będziesz należeć.

Lektura „Nielegalnego” porusza nie tylko ze względu na literacką sprawność autora książki, ale także (a może przede wszystkim) z uwagi na fakt, iż jest to opowieść osoby, która urodziwszy się z nielegalnego związku białego mężczyzny i czarnej kobiety, musiała odnaleźć swoje miejsce w świecie, w którym nie przewidziano przestrzeni dla takich jak ona.
To także opowieść o kobiecej sile, a w szczególności – by znów posłużyć się okładkowym sloganem – hołd złożony matce autora.

matka autora
źródło zdjęcia
Patricia Nombuyiselo to kluczowa postać tej historii, kobieta silna mocą płynącą z jej wnętrza, choć także i z wiary (gdyby „Nielegalny” został zekranizowany, Jezus miałby spore szanse na Oscara za rolę drugoplanową). Choć jej metody wychowawcze wywołują sprzeciw („Co roku zwyciężałem w zawodach w dzień sportu (…) i co roku mama wygrywała rywalizację mam” – pisze Trevor Noah. – „Dlaczego? Bo wiecznie za mną biegała, żeby mi spuścić lanie, a ja wiecznie przed nią uciekałem, żeby tego uniknąć.. Nikt nie biegał tak szybko jak mama i ja. (…) Lubiła też rzucać przedmiotami - wszystkim, co się akurat napatoczyło. Jeżeli to było coś delikatnego, musiałem to złapać i odstawić. Gdyby się zbiło, byłaby to moja wina i dostałbym jeszcze większe lanie.”), to nie sposób nie zgodzić się z jej rozumieniem roli matki, tak opisanym w książce przez jej syna:
 „Mama lubiła powtarzać: „Moim zadaniem jest karmić twoje ciało, twojego ducha i twój umysł.” I tak właśnie robiła.”
I dalej, w innym miejscu: „Mama wychowywała mnie tak, jakby świat stał przede mną otworem. Z perspektywy czasu widzę, że wychowywała mnie jak białe dziecko – nie w sensie kulturowym, ale w sensie wiary w swoje możliwości, wyrażania własnych opinii, przekonania, że moje poglądy, myśli i decyzje są ważne. Powtarzamy ludziom, żeby podążali za swoimi marzeniami, ale człowiek jest w stanie marzyć jedynie o tym, co potrafi sobie wyobrazić, a nasza wyobraźnia, w zależności od tego, skąd się wywodzimy, bywa mocno ograniczona. Marzeniem ludzi dorastających w Soweto był drugi pokój. Marzył nam się podjazd. I to, że może kiedyś na końcu tego podjazdu stanie brama z żelaza. Taki był nasz horyzont. Tymczasem najwyższy szczebel tego, co możliwe, zawsze jest daleko poza zasięgiem naszego wzroku. Matka pokazywała mi te możliwości.”

Siłą „Nielegalnego” jest jego wielopłaszczyznowość. Można w czasie lektury skupiać się na tym, w jaki sposób przedstawione są tam kobiety. Lub mężczyźni, jak kto woli. Można także szczególną uwagę zwracać na kwestie edukacji. Albo religii. Albo na wiele innych spraw, o których tam mowa (rasizm i jego źródła, przemoc domowa, państwo, prawo, cokolwiek sobie wymarzycie). Co jednak ważne, każda z tych czytelniczych dróg prowadzi nie tylko do poszerzenia wiedzy o południowoafrykańskiej rzeczywistości, lecz i do, niestety gorzkich, uniwersalnych konstatacji. Mimo bowiem że główny bohater, „nielegalny” Trevor Noah jest kolorowy, a znaczna część bohaterów jego książki czarna, w postawionych przed nimi lustrach odbijają się nader często białe twarze. Moja na pewno, może też Twoja, a może i sąsiada zza rogu.

Jak wychowujemy nasze dzieci? Czy jak „białe dzieci”, czy może „czarne”, zamknięte w kokonie naszych bojaźni i lęków? Czy pokazujemy im ich możliwości, wspieramy w marzeniach? Czym karmimy ich umysły?
Czy zastanawiamy się jak ulotne i ocenne jest to, co – żyjąc w bezpiecznym świecie – wyznacza nasz status? I jak łatwo to stracić? 

Język niesie ze sobą tożsamość i kulturę, a przynajmniej pewne wyobrażenie o niej. Wspólny język mówi: „Jesteśmy tacy sami”. Bariera językowa mówi: „Jesteśmy różni”. Architekci apartheidu to rozumieli. Obok fizycznej separacji jednym ze sposobów na wzmocnienie podziałów wśród czarnej ludności była separacja językowa. (…) Jeżeli jestem rasistą i spotykam kogoś, kto wygląda inaczej niż ja, różnice językowe wzmacniają moje rasistowskie uprzedzenia: ten człowiek jest inny, mniej inteligentny. Meksykanin, który zamieszkał w Ameryce, może być naukowcem, ale jeśli mówi łamaną angielszczyzną, ludzie powiedzą:
- Ee, nie ufam temu facetowi.
- Ale to naukowiec.
- Kto ich tam wie, co to za meksykańska nauka. Nie ufam i już.

Jakżeż łatwo przychodzi nam zaszufladkowanie mówiących po arabsku i śniadych (2 w 1) uchodźców z Afryki. Wiadomo, nie mogą reprezentować sobą niczego dobrego.
Równie dobrze radzimy sobie również z przybyszami zza wschodniej granicy. Wyglądem wprawdzie nie różnią się od nas, językiem niby również nie za bardzo, ale nie dalej niż po drugim wypowiedzianym przez nich z charakterystycznym zaśpiewem zdaniu, wiemy z kim mamy do czynienia.

„- Mamo, a oni na tej Ukrainie to chyba nie są za mądrzy? Bo strasznie dużo u nich sprzątaczek.” – oznajmiło w ubiegłym miesiącu moje własne dziecko. Które – żeby nie było wątpliwości – nigdy nie widziało ani we własnym domu, ani w domu nikogo z bliskich żadnej sprzątającej Ukrainki. W czasie każdego pobytu w szpitalu spotykało jednak i spotyka salowe mówiące wyłącznie z charakterystycznym zaśpiewem. Słuchało również wielu rozmów na temat pracowników zza wschodniej granicy, w tym w szkole. Wystarczyło, by nasiąknął stereotypowym myśleniem.

I tak doszliśmy do mojego konika. Edukacji. W kontekście roli jaką ma do odegrania także w zakresie zapobiegania wykluczeniom, nie do przecenienia. 

W Niemczech każde dziecko uczy się w szkole o Holokauście. Nie tylko poznaje fakty, ale również genezę i znaczenie tego zjawiska. Dzięki temu młodzi Niemcy wchodzą w dorosłość z odpowiednią wiedzą i poczuciem skruchy. Szkoła brytyjska do pewnego stopnia podobnie traktuje kolonializm. Brytyjskie dzieci poznają historię imperium  z wyczuwalnym między wierszami zastrzeżeniem: „Trochę jednak wstyd, co?”.
W RPA do dziś nie uczy się w ten sposób o potwornościach apartheidu. Nie uczy się u nas krytycznej oceny ani wstydu. Nauka historii wygląda jak w Ameryce, gdzie mówi się dzieciom: „Najpierw było niewolnictwo, potem Jim Crow, potem Martin Luther King i skończyło się.” U nas jest podobnie: „Apartheid był zły. Nelson Mandela wyszedł na wolność. Porozmawiajmy o czym innym.” Garść faktów z pominięciem wymiaru emocjonalnego i moralnego. Tak jakby nauczycielom, nadal w przeważającej części białym, powiedziano: „Róbcie, co chcecie, tylko nie denerwujcie dzieci.”

Człowiek wykształcony jest człowiekiem wolnym, a przynajmniej tęskniącym za wolnością”, napisał Noah w innym miejscu.

Dla moich dzieci nie marzę o niczym innym niż o wolności.

Trevor Noah „Nielegalny”, przełożył Łukasz Witczak. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2018.

piątek, 28 grudnia 2018

K.Varga "Egzorcyzmy księdza Wojciecha", czyli że czasem nie warto celować w dziesiątkę


Gdyby zbiór opowiadań Krzysztofa Vargi, wydany w ubiegłym roku pod nieco mylącym tytułem „Egzorcyzmy księdza Wojciecha”, składał się tylko z trzech pierwszych tekstów, niewykluczone, iż popełniłabym kolejny post (poprzedni tutaj lub tutaj), pełen skierowanych do autora wyznań miłosnych. Niestety opowiadań jest aż 10.


Tymczasem gdybym przeczytała, a i to nie do końca, tylko pierwsze z nich, ewentualnie jeszcze drugie, zwłaszcza gdybym uczyniła to jak uczyniłam kilka dni temu - w te najrodzinniejsze ze wszystkich świąt, w trakcie których miłość i szczęśliwość powinny były opromieniać wszystkich wokół, choć jednakowoż jakoś moim zdaniem ni cholery nie opromieniły, być może byłabym w stanie złożyć Vargohołd, sławiąc autora przenikliwość i umiejętność patrzenia dalej niż wzrok zwykłego śmiertelnika sięga, a czyniąc to przy użyciu, rzecz jasna, odpowiednio skonstruowanych zdań, dłuższych nawet niż lista osób łożących na rzecz jednej z toruńskich rozgłośni radiowych.

Bo oto w pierwszym opowiadaniu, pozornie bez sensu zatytułowanym „Święto zmarłych”, Varga obnaża pustotę tradycyjnych polskich, rodzinnych Wigilii. Już pierwsze zdanie odziera czytelnika z ewentualnych złudzeń. „Zawsze nienawidziłem Bożego Narodzenia”, pisze bowiem Varga, zamykając tym samym bezpowrotnie furtkę, za którą kryje się droga do lektury miłej i przyjemnej, w sam raz na święta.

Samej Wigilii nie znosiłem – tego rodzinnego wzdęcia, tego religianctwa w świeckiej jak najbardziej wspólnocie, gdzie przywiązanie do katolickich wartości objawiało się wyłącznie w jadłospisie, obowiązkowym opłatku na talerzyku pośrodku stołu oraz – tak, to niebywałe – w garści siana pod obrusem, choć oczywiście bez dodatkowego nakrycia dla zbłąkanego wędrowca. Brzydziło mnie nade wszystko postne jedzenie: ohydny karp, do którego zawsze czułem zrozumiały przecież wstręt, ciężkostrawne pierogi z kapustą i grzybami, słodko-mdły kompot z suszu, wreszcie zupa grzybowa – to wszystko było odstręczające. Niepojęte, że najobrzydliwsze jedzenie, jakie można sobie wyobrazić, podaje się najradośniejszego podobno dnia w roku – nigdy nic mi nie smakowało w Boże Narodzenie, z wyjątkiem makowca.”

Czytając opis Wigilii, którą narrator, bezdzietny i stanu wolnego mężczyzna, w wieku bliżej nieokreślonym, ale pewnie gdzieś po trzydziestce, może bliżej czterdziestki, a nawet pięćdziesiątki, spędził ze swoimi rodzicami, siostrą i szwagrem w jednym z wielu mieszkań w bloku z wielkiej płyty na Ursynowie, ma się wrażenie, że autor był nie tylko w tym jednym mieszkaniu, ale w wielu mieszkaniach i domach, nie tylko na Ursynowie, nie tylko w Warszawie i nie tylko tamtej Wigilii, ale i obecnej, jak również z pewnością wielu, które dopiero nadejdą. Puste rytuały, brak jakiegokolwiek, poza formalnym, zainteresowania drugim człowiekiem, chwile, które trzeba przetrwać, żeby nie sprawić przykrości rodzicom, mimo że ci za nic mają dbanie o niesprawianie przykrości własnym dzieciom, o współmałżonku nie wspominając, chociaż nie, gdzie tam rodzicom, o matki tu idzie, to matki są na planie pierwszym, ojcowie pełnią co najwyżej role gamoniowatych, nicnierozumiejących fujar.

kadr z filmu "Cicha noc"
źródło zdjęcia
Moja matka wróciła z kuchni, niosąc triumfalnie półmisek z wyjątkowo nieapetycznym karpiem; zdawało mi się, że przez smród smażeniny przebija obleśny odór błota.
- Nie macie jeszcze dość – zapytała filuternie, tak jak pytała dwa razy w roku, w Boże Narodzenie i Wielkanoc.
W tym pytaniu zawierała się cała jej kokieteria, bowiem odpowiedź miała być z grubsza taka: O Jezu, już nie mogę, ale się objadłem, przepyszne było to wszystko, śledzie fenomenalne, pierogi fantastyczne, zupa zaś – mistrzostwo świata, ale karpia na pewno spróbuję!
Milczałem wyniośle, całą nadzieję pokładając w ojcu i szwagrze, i jak zwykle się nie zawiodłem. (…)
- Pierogi naprawdę fantastyczne – wyszeptał z zapałem ojciec. – Ciasto cienkie, a farszu dużo, nie to co te gotowe z garmażerii; Krysia robi najlepsze pierogi na ziemi – zwrócił się do zięcia.
- A ciebie kto pytał? – Matka podniosła głos, jakby ją obraził.

Również w opowiadaniu drugim, „Matka i córka”, poświęconym kolejnej toksycznej relacji rodzinnej, opowiedzianym z perspektywy tej ostatniej, brak jest jakichkolwiek jasnych punktów.

Zawsze kiedy miała jechać na Ursynów, do matki na sobotni bądź niedzielny obiad, robiło się jej niedobrze. Mdliło ją i czuła, że zaraz zwymiotuje. Zresztą wymiotowała czasami, najczęściej po którymś z telefonów od matki, nieodmiennie zamiast: „dzień dobry”, „cześć”, „co słychać” bądź „jak się masz”, zaczynającego się od „no co się nie odzywasz” albo „dlaczego nie dzwonisz”, względnie „co się z tobą dzieje”, albo „gdzie teraz jesteś”, wszystko bez pytajników, bez wypowiadania tego słynnego znaku graficznego. Zawsze były to pytania w formie zdań oznajmujących, podmurowanych mocnym wyrzutem.”

Tak z tego opowiadania, jak i z poprzedniego, podobnie jak z kolejnych ośmiu wieje chłodem, beznadzieją, zgnilizną i śmiercią. Pojawia się w niej niekiedy humor, czarny, rzecz jasna, ale niestety wyłącznie w charakterze widma, które gdzieś mignęło i zaraz zniknęło, a może nigdy go nie było? I owszem, wiadomo, że Vargowe poczucie humoru trafia wyłącznie do nielicznych, jednak chciałoby się, aby tym razem byli oni bardziej jednak liczni. Ba, marzyłoby się, by samemu dołączyć do tego grona, niestety, tym razem nazbyt elitarnego.

Największym problemem jest jednak nie to, że opowiadania Vargi nie śmieszą, bo śmieszyć z założenia chyba nie miały.

Rzecz też nie tylko w nadmiarze historii, kręcących się wokół tej samej tematyki, zapętlających się przy tym i ogrywających, z pewnością w sposób autorsko świadomy, pytanie tylko po co, te same wątki.

Nie idzie też o to, że obce i całkowicie obojętne są mi seksualne fantazje pięćdziesięcioletnich mężczyzn, a już zwłaszcza te, które kręcą się wokół ich własnych sióstr. 

Mogłabym nawet przymknąć oko na całkowicie niezrozumiały pisarsko zabieg polegający na wyposażeniu opowiadania pt. „Wróżbita Błażej” w obszerne fragmenty (lekko licząc – 30% całego tekstu) złożone wyłącznie z pseudoezoterycznych wywodów tytułowego bohatera. Gdyby jeszcze chodziło o oszczędności wydawnicze, ale nie, to są naprawdę zadrukowane tekstem strony, które jednak, pierwszy raz w przypadku lektury jakiegokolwiek dzieła Vargi, przerzucałam bez czytania, jedna za drugą.

To, co najbardziej mnie zabolało, to natomiast fakt, iż powołani do życia przez Vargę bohaterowie kompletnie mnie nie obeszli. Nie obchodzą mnie bowiem zazwyczaj egoistyczni mieszkańcy wielkich miast, choćby i nawet pochodzący z małych miasteczek, choćby i z Mąciwodów, kilkakrotnie przez autora przywoływanych, pewnie nie bez powodu, jednak nijak nie czuję się zobowiązana do zastanowienia się nad tym dlaczego. Ich opisane przez Vargę przypadki są mi całkowicie obojętne, a każda z opisanych śmierci robi na mnie wrażenie nie większe niż najnowsze doniesienia Pudelka. Jakkolwiek to zabrzmi, za stara już jestem na czytanie o problemach ludzi pustych, choćbym nawet i dostrzegała ich, bynajmniej nieprzypadkowe, podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń, a może nawet do siebie samej. Nie obchodzi mnie również czytanie po raz kolejny o banalności zła, w każdym razie nie odkąd przeczytałam książkę Hannah Arendt. Być może po to właśnie przeczytałam ten zbiór, by to sobie uświadomić, doprawdy, to może być jakiś trop.

Nieunikniony koniec zrównuje mieszkańców blokowisk, pracowników korporacji, bywalców modnych knajp, duchownych i wróżbitów. Nie chronią przed nim zasobne konta, uciechy cielesne, tarot, ani tym bardziej współczesny pęd do posiadania. Muszą się z nim zmierzyć biurowe androidy zaprogramowane na realizację celów, córki wiecznie pokłócone z matkami i zawsze za późno za nimi tęskniące, statystyczne polskie rodziny przy świątecznych stołach i niespełnieni kochankowie.”

Tak wiem, to moja wina. Przestałam czytać zachęcające do lektury notki wydawcy zamieszczone na okładkach. Ta zacytowana wyżej jest kwintensencją tych opowiadań, smutną niezwykle, gdy się wie, że Krzysztofa Vargę stać na więcej niż tylko na tanie, dające się zgrabnie ująć w blurba, banalne prawdy.
Każdy umrze, to oczywiste, szkoda czasu, by o tym pisać. Jak umrze, to rzecz tym bardziej bez znaczenia. Ważne, co się zrobi z własnym życiem i to nad tym warto byłoby się zastanowić, zwłaszcza teraz, gdy kalendarz wręcz do tego zmusza, nieuchronnie przypominając o przemijaniu. Dziesięć opowiadań o ludziach, którzy swoje życie spędzili skupiając się wyłącznie na sobie, to dla mnie zatem co najmniej o dziewięć za dużo.

Krzysztof Varga „Egzorcyzmy księdza Wojciecha”. Wielka Litera, Warszawa 2017.

niedziela, 21 października 2018

Dwie historie z życia wypalonych dzieci, czyli czas na pobudkę


Takich historii mam w plecaku na pęczki. Część własnych, większość cudzych. Ta będzie cudza.

Chłopiec, lat 12. Rodzina dysfunkcyjna, matka pije i nie troszczy się o dzieci; ojciec pije razem z nią, jednak dzieci czasem zauważa i się nimi zajmuje. Chłopiec jakoś sobie radzi, również w szkole, także dzięki wsparciu starszej siostry.
Czerwiec. Matka odchodzi pić z kim innym. Nie interesuje się byłym partnerem ani dziećmi.
Połowa września. Ojciec nagle trafia do szpitala. W stanie ciężkim przebywa na OIOM-ie przez kolejne cztery tygodnie. Matka ma to gdzieś. Chłopiec trafia, na razie nieformalnie, pod opiekę babci.
Połowa października. Ojciec umiera. Matka ma to gdzieś. Nie pojawia się na pogrzebie, nie kontaktuje się z dziećmi. Sprawa w sądzie o ustalenie opieki w toku.
Listopad. Do domu chłopca i jego babci przychodzi kurator sądowy. Sporządza sprawozdanie na potrzeby sądu.


Retrospekcja. Wrzesień i październik. Nowy rok szkolny. Diagnozy, sprawdziany, realizowanie nowego materiału, nowe przedmiotowe systemy oceniania.
Chłopiec, lat 12, zapomina zeszytu na polski. Jedynka. Nie odrabia zadania domowego z matematyki. Jedynka. Na angielskim w czasie ustnej odpowiedzi nie umie poprawnie wypowiedzieć choćby słowa. Jedynka. Nie przygotowuje się do kartkówki z biologii. Jedynka. I z geografii. Jedynka. Nie oddaje pracy domowej z polskiego – wypracowania pt. „jak spędziłem wakacje”. Jedynka.
Jak to szło? "Oceny małoletniego w ostatnim czasie pogorszyły się".

Nauczyciele przychodzą, każdy na swoją lekcję, a potem idą. Realizują program. Stawiają oceny, bo tak trzeba, bo z tego rozlicza ich dyrektor i kuratorium, bo przecież co oni mogą, to trzeba tych z góry pytać, jak zmieni się podejście tych z góry, to i oni będą mogli wreszcie uczyć jak powinni a nie jak muszą.
Może i matematyczka przez chwilę pomyślała, że coś się z chłopcem dzieje. A anglistka nawet zapytała go czy nie potrzebuje pomocy. Odburknął, że nie, więc dała sobie spokój. Przecież program napięty, trzeba gonić z materiałem, do tego w dwóch szkołach jednocześnie, bo w jednej po reformie nie uzbierał się dla niej cały etat. W końcu od tego jest szkolny pedagog, ona musi rozliczać uczniów z realizacji podstawy programowej.

Istotnie, czymże wobec perspektywy potrzeby realizacji podstawy programowej i rozliczenia się przed kuratorium jest zawalony świat jakiegoś dwunastolatka?
Życie jest brutalne, nie można udawać przed dziećmi, że jest inaczej. Przetrwają tylko najsilniejsze jednostki. Co cię nie zabije, to cię wzmocni.
Tylko dlaczego, poznawszy tę historię, miałam ochotę rozszarpać pierwszego lepszego nauczyciela, który wpadnie mi w ręce?


Niemiecki lekarz psychiatra, profesor Michael Schulte-Markwort, w swojej niezwykle przygnębiającej książce „Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem” pisze tak:
Najpóźniej na początku gimnazjum [w Niemczech, poza Berlinem, dzieci rozpoczynają naukę w gimnazjum po 4 klasie] utrwala się stosunek szkoły do dziecka, który ma potężny wpływ na rozwój jego poczucia własnej wartości i wiary w siebie: jeśli dziecko czegoś nie umie, czegoś nie zrozumiało, to jest to jego problem, a nie nauczyciela! We wszystkich innych sferach dorosłego życia taka postawa prowadziłaby do absurdalnych skutków i nikomu nie przyszedł do głowy pomysł, by pielęgnować tę zasadę odsuwania i oddawania odpowiedzialności. Żaden uniwersytet świata nie wpadłby na to, by słabe miejsce rankingu tłumaczyć tępotą studentów. Wręcz przeciwnie, natychmiast podjęto by ogromne wysiłki, by alternatywnymi metodami nauczania wzmocnić sukcesy studentów. Żadna firma nie zdeprecjonowałaby swoich szkoleń, twierdząc, że ci, których szkoli, sami są odpowiedzialni za niewystarczające wyniki.
Co tydzień w moim gabinecie siedzą dzieci wątpiące we własną inteligencję i możliwości, szczegółowo relacjonujące, jaką (negatywną) oceną ich nauczyciel po raz kolejny raczył ich poinformować, jak bardzo są głupie. Nierzadko przeradza się to w prawdziwe obelgi, niewarte przytaczania. czasami takie komentarze dotyczą całej klasy, której nauczyciel wyjaśnia, jak bardzo jest niezdyscyplinowana, głupia i leniwa.”

Czas na opowieść własną.
Starszy, lat 13. Ósma klasa. Życie ściśle wypełnione szkołą – od świtu do nocy. W szkole od początku września słyszy wyłącznie, że musi ciężko pracować, bo egzamin ósmoklasisty to nie będą przelewki. Część nauczycieli zapowiada, że teraz weźmie uczniów do galopu. Niektórzy z nich nie tylko zapowiadają, ale i żwawo przystępują do realizacji tego planu.
Na początku września Starszy wybiera język niemiecki jako ten, który będzie zdawał na egzaminie. W końcu uczy się go ósmy rok, sądzi, że umie go nieźle.


Połowa października. Starszy ma z niemieckiego już dziewięć ocen, najwięcej ze wszystkich przedmiotów. Większość to oceny negatywne, w tym za aktywność we wrześniu. Pytam, nie rozumiejąc, o co chodzi (jak można dostać negatywną ocenę za aktywność???) „- Bo ja się nie zgłaszam. Jak się zgłaszałem, to i tak zawsze było źle, poza tym nie lubię się zgłaszać.
Starszy rozważa możliwość zmiany języka, z którego będzie zdawał egzamin: „- Mamo, z niemieckiego jestem słaby. Nie umiem się go nauczyć, jest dla mnie za trudny. Poza tym go nie lubię.”

Strzał, strzał, strzał. Im więcej strzałów pod nogi, tym szybciej dziecko będzie biegło, nieprawdaż? Na oślep, przed siebie. Bez tchu. Aż padnie.

Najprościej byłoby zastrzelić strzelającego (przyznaję, miałam ochotę). Nieco trudniej spróbować zrozumieć czemu strzela, a jeszcze trudniej – skłonić do odwieszenia strzelby na kołek.

Lubię wyzwania, staram się tłumić agresję (najpierw własną, potem cudzą). Dlatego w minionym tygodniu udałam się na zorganizowane przez Dorotę Trynks szczecińskie spotkanie Budzącej się Szkoły, oddolnej inicjatywy mającej na celu zmianę sposobu myślenia o edukacji, której pomysłodawczynią jest Marzena Żylińska (o Budzącej się szkole pisałam już tutaj). W tym miesiącu spotkania odbywały się pod hasłem: „Mniej oceniania, więcej uczenia się”. Jak znalazł.

źródło zdjęcia

Zobaczyłam nauczycieli (chyba tylko ja pojawiłam się tam wyłącznie w roli rodzica), którzy mają otwarte głowy i chcą zmian. Niektórzy już je wprowadzili, inni ciągle macają teren. Chcieliby, lecz boją się. A może nawet nie są jeszcze pewni, czy by chcieli.

Okazało się, że nie jesteśmy wrogami. I że trzeba rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Spokojnie, nie atakując, słuchając.

W czasie tego spotkania ja akurat nie dowiedziałam się niczego nowego. Ale wiem, że kilka obecnych tam osób na pewno tak. A więc ziarno zakiełkowało. Może zaowocuje, a potem rozsieje się dalej.

Zasmuciło mnie to, że wśród 25 uczestników, ledwie połowę (a może i mniej) stanowili nauczyciele z samego Szczecina. Przyjechały natomiast fantastyczne kobiety z Goleniowa, Stargardu, Barlinka, spod Pyrzyc (niesamowita Kasia, dyrektorka szkoły w Okunicy) – chciało im się jechać tyle kilometrów, za prywatne pieniądze, po godzinach pracy. Aż chciałoby się wyprowadzić z wielkiego miasta.

Zmiana jest możliwa, także w ramach obecnie funkcjonującego systemu. Nie jest to jednak i nigdy nie będzie łatwe.

O tym jak jest źle, ale i o tym, że może być lepiej, pisałam już nie raz. Rok temu tutaj. Z mojej osobistej perspektywy przez ów rok zmieniło się wiele, niemal wyłącznie na gorsze. Mimo to będę ciągle pisać, rozmawiać i jeździć na takie spotkania. Aż do skutku, bo ten – tak wierzę – kiedyś musi nastąpić.

M. Schulte-Markwort „Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem”, przełożyła Małgorzata Guzowska. Wydawnictwo Dobra Literatura, Słupsk 2017.