Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 sierpnia 2018

M.Szymaniak "Urobieni", czyli reportaże, które spłyną szybciej niż pracowniczy pot


Dawno, dawno temu dziwiłam się rozpaczy ludzi, którzy zostali uznani za zdrowych. Wydawało mi się bowiem wówczas, że chyba dobrze jest dowiedzieć się, że nic poważnego człowiekowi nie dolega.

Ponieważ jednak rzecz nie działa się w odległej galaktyce, lecz na polskiej ziemi, po niedługim czasie nie tylko przestałam się dziwić, ale i zaczęłam szczerze kibicować wszystkim próbującym udowodnić, że są ludzkimi wrakami.
Stan ten trwa nadal; najbardziej cieszę się zaś, gdy razem z nimi odkryję, że są chorzy psychicznie, mają ciężką postać padaczki lub też dotknęła ich ślepota.

Powyższe nie świadczy bynajmniej o moim zezwierzęceniu, lecz wyłącznie o dobrej znajomości krajowego rynku pracy. Na tym bowiem liczą się wyłącznie ciężko chorzy, najlepiej niezdolni z tego powodu do samodzielnej egzystencji.
W internecie pełno jest ogłoszeń podobnych do tego zacytowanego niżej:

Zatrudnimy na pełen etat osobę na stanowisko kierowca, pracownik rozlewni gazu i stacji LPG.

Osoba zatrudniona na tym stanowisku będzie odpowiedzialna za dostawy towaru do wyznaczonych miejsc, napełnianie butli, tankowanie aut, ewidencję sprzedaży.
Wymagania:
• Przynajmniej podstawowa znajomość obsługi komputera,
• Umiejętność organizacji czasu pracy,
• Prawo jazdy kat B, doświadczenie w prowadzeniu samochodów,
• Wysoka motywacja do pracy,
Mile widziane osoby z umiarkowanym lub znacznym stopniem niepełnosprawności.

Gwoli wyjaśnienia: zgodnie z definicją ustawową, do znacznego stopnia niepełnosprawności zalicza się osobę z naruszoną sprawnością organizmu, niezdolną do pracy albo zdolną do pracy jedynie w warunkach pracy chronionej i wymagającą, w celu pełnienia ról społecznych, stałej lub długotrwałej opieki i pomocy innych osób w związku z niezdolnością do samodzielnej egzystencji.
Z kolei do umiarkowanego stopnia niepełnosprawności zalicza się osobę z naruszoną sprawnością organizmu, niezdolną do pracy albo zdolną do pracy jedynie w warunkach pracy chronionej lub wymagającą czasowej albo częściowej pomocy innych osób w celu pełnienia ról społecznych.

Bardziej istotne jest jednak to, że za każdą taką osobę PFRON płaci pracodawcy 1800 zł – jeśli zatrudniona osoba jest niepełnosprawna w stopniu znacznym lub też 1125 zł w związku z zatrudnieniem pracownika o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności. Kwoty te mogą zostać podwyższone o 600 zł, jeśli niepełnosprawność jest spowodowana m.in. chorobą psychiczną, epilepsją czy utratą wzroku. Zatrudnienie osoby tylko lekko niepełnosprawnej jawi się więc w tym kontekście jako zupełnie nieopłacalne – PFRON płaci bowiem za nią tylko 450 zł. O zdrowych nie warto nawet wspominać. Bycie zdrowym kandydatem na pracownika to w Polsce prawdziwe nieszczęście.
Bez znaczenia jest przy tym to, że być może, obiektywnie rzecz biorąc, osoba niezdolna do samodzielnej egzystencji nie jest najlepszym kandydatem do pracy przy przewożeniu i napełnianiu butli z gazem. Pracodawca jest bowiem z pewnością dobrze ubezpieczony od ewentualnych następstw nieszczęśliwych wypadków, a już w trakcie sprzątania po wybuchu  będzie mógł przebierać w kandydatach na następcę świętej pamięci niepełnosprawnego nr 1.

Dawno, dawno temu, tj. na początku tego wieku, gdy zaczynałam zajmować się polskim rynkiem pracy w praktyce, dziwiłam się bardzo wielu rzeczom i zjawiskom. Teraz, blisko dwie dekady później, jestem mądrzejsza o tyle, że wiem, że nie istnieje takie świństwo, którego polski pracodawca nie byłby gotów popełnić. Jedyne co mnie jeszcze niekiedy dziwi, to brak śladów jakiejkolwiek refleksji u osób traktujących podwładnych jak podludzi. Ale pomału przywykam i do tego.


Zbiór reportaży o pracy „Urobieni” to historie osób pracujących w Polsce, zanotowane bez zdziwienia przez Marka Szymaniaka. W kolejnych rozdziałach swojej książki w zasadzie beznamiętnie prowadzi on czytelnika przez kolejne historie ze świata polskiej pracy. Szereg osób: kobiet i mężczyzn, młodych i starszych, podzieliło się z nim swoimi, zazwyczaj nader gorzkimi, doświadczeniami. Poruszone zostaną tematy przekształceń polskiego rynku pracy, wypaczeń w systemie zatrudniania osób niepełnosprawnych, pracy w oparciu o tzw. umowy śmieciowe, zatrudniania pomocy domowych, sytuacji pracujących w Polsce Ukraińców. Mowa też będzie o systemach sprzedaży bezpośredniej, molestowaniu seksualnym w pracy, emigracji zarobkowej, korporacjach, problemie braku czasu wolnego od pracy, marginalizacji związków zawodowych. Wreszcie, w ostatnim rozdziale, niczym chusteczka podana dla otarcia łez, pojawi się też głos tych, którym się udało.

Z całym szacunkiem, ale nic nowego, nie tylko dla kogoś, kto jak ja, wysłuchał i wysłuchuje nadal setek takich historii, ale i dla większości potencjalnych czytelników tego zbioru. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można bowiem założyć, że po książkę wydaną przez Wydawnictwo Czarne, napisaną przez autora, który dotychczas publikował wyłącznie w mediach kojarzonych z jedną stroną obecnej sceny publicznej w Polsce (TVN24, Gazeta Wyborcza, Newsweek), sięgną raczej tylko czytelnicy o określonych poglądach, którzy o wszystkich omawianych przez Szymaniaka problemach już czytali, właśnie na łamach przywołanych mediów. Nie sposób też nie zauważyć, że wezmą ją do ręki tylko ci, którzy w ogóle czytają cokolwiek innego niż raporty giełdowe. Krąg zainteresowanych wydaje się więc być nader wąski.

Autor nie udaje zresztą, że odkrywa Amerykę; każdy rozdział kończy swego rodzaju podsumowaniem czy wyjaśnieniem, obficie korzystając (co uczciwie wyjaśnia w obszernej bibliografii) z szeregu artykułów publikowanych na łamach papierowych czy internetowych wydań…, tak, głównie Gazety Wyborczej i TVN24. Podpiera się także często poglądami nieco starszego kolegi, Rafała Wosia, który jednak od lat konsekwentnie podąża własną drogą i którego zakres poszukiwań znacznie wykracza poza dobrze mu znane, bezpieczne miejsca.

Nie piszę tego bynajmniej, by z gruntu krytykować Marka Szymaniaka. Przeciwnie, doceniam, że napisał przyzwoite reportaże, wykonał solidną pracę, powściągnął naturalne w przypadku takich tematów skłonności do grania na tanich sentymentalnych nutach i w ogóle wydaje się być bardzo przejęty. Z całym jednak szacunkiem, ale to za mało.
Nie widzę szans, by ta książka zapoczątkowała jakiś przełom w myśleniu o pracy w Polsce. Aby otworzyła komukolwiek oczy. Ci, którzy kiedyś nie wiedzieli, dowiedzieli się już dawno. Jeśli chcieli, zrobili z tej wiedzy użytek. Albo po prostu przyjęli do wiadomości, tak jak przyjmą do wiadomości istnienie tej książki. Przeczytają, może i nawet wzruszą się lub oburzą, po czym odłożą na półkę.
Pozostali pozostaną przy swoich poglądach. Chociażby takich, jakie wyłożył w ostatnim numerze „Dużego Formatu” (dodatku do – a jakże! – Gazety Wyborczej) człowiek sukcesu, milioner, Bogusław Filipiak.


„Dziś na rynku pracy nie ma żadnego wyzysku pracowników. (…) Dziś to pracownik jest panem i nie da się wyzyskiwać. I wcale nie mówię o informatykach czy menedżerach po Harvardzie. Myślę o hydraulikach, stolarzach, cieślach, itd. Zresztą o wszystkich ludziach, którym chce się pracować.
Jeżeli masz ochotę pracować, możesz pojechać do Niemiec zbierać szparagi i zarabiać dobre pieniądze. Czy jesteś wyzyskiwany? Nie. Zarabiasz dużo więcej niż w Polsce Jeśli chcesz pracować, możesz w Szwajcarii za dobre pieniądze kosić trawę. Czy jesteś wyzyskiwany? Nie.(…)
A co z pensjami nauczycieli, pielęgniarek czy ratowników medycznych?
Powtarzam: każdy, kto nie jest zadowolony ze swojej pensji, za granicą może zarobić więcej.
Pewnie zaraz pan nas przekona, że pani sprzątajaca też może dyktować warunki pracodawcy?
A jak?! Pani sprzątająca też nie da się wyzyskiwać, bo jak w Polsce będzie dostawała grosze, to wyjedzie za granicę. (…)
Szwajcarzy nie wpuszczą pracownika z Polski.
Na 90 dni można przyjechać do pracy.
I co ma zrobić ta kobieta po 90 dniach?
To niech jedzie do Anglii czy Niemiec. Tam też dobrze zarobi.
Dla pana to takie łatwe. Spakować się i wyjechać. A jak ktoś tu ma rodzinę, dzieci? Wolałby w Polsce godnie zarabiać i z rodziną mieszkać?
Ja tylko mówię, że pracownicy mają wybór. Chcą zarobić więcej, mogą wyjechać. Pasuje im to, co jest, mogą zostać w kraju.”

Cyniczny czy arogancki? Może jedno i drugie, a może żadne z nich. Nie wiem czy pan Filipiak cokolwiek czyta. Jeśli jednak sięgnie po „Urobionych”, nie wątpię, że nic z nich nie zrozumie. Bo nie chce rozumieć. A to tacy jak on dyktują dzisiaj warunki na rynku pracy.
Tak więc, szanowny autorze, panie Marku Szymaniaku, mam dla pana złą wiadomość. Chyba urobił się pan bez sensu.

Marek Szymaniak „Urobieni. Reportaże o pracy.” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.
Dziś pracownik jest panem – z Januszem Filipiakiem rozmawiają Leszek Kostrzewski i Piotr Mączyński. „Duży Format”, 20.08.2018 r., nr 32/1297.

niedziela, 12 listopada 2017

M. Wójcik "Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu", czyli dlaczego nie pożądam tej książki

Nie czytałam żadnej rozmowy z Marcinem Wójcikiem, nie uczestniczyłam w żadnym jego spotkaniu autorskim, nie obejrzałam w internecie żadnego zapisu spotkania z jego udziałem. Nie mam więc pojęcia po co napisał tę książkę.


Wiedza ta nie byłaby mi do niczego potrzebna, gdybym po lekturze miała choćby cień przypuszczenia czemu to wszystko miało służyć.
Po co autor spotykał się z ludźmi (ksiądz też człowiek), wydobywając z nich intymne zwierzenia. Po co poświęcił tyle czasu na spisanie ich wyznań, nadanie im zgrabnej formy. Po co wydawca zainwestował w tę książkę swoje środki (ok, wydawcą jest Agora, więc pewnie parę spiskowych teorii uda się dorobić). Po co wreszcie ktoś owe dzieło kupił (na szczęście nie byłam to ja, tym razem skorzystałam z dobrodziejstwa jakim jest darmowy dostęp do publicznej biblioteki).

Bo po co ja to przeczytałam, wiem. Z grzesznej ciekawości mianowicie.
Przeczytałam, krzywiąc się niemiłosiernie, im dalej w lekturze, tym bardziej, po czym zaczęłam się zastanawiać o czym to właściwie. I po co mi to było.

Marcin Wójcik
źródło zdjęcia

Wójcik był klerykiem, tego się dowiedziałam. Oznacza to, że temat zna niejako od podszewki. Być może dzięki temu miał większe możliwości dotarcia do rozmówców. Być może dzięki temu wiedział, gdzie w ogóle ich szukać. Ale dzięki temu wcale nie udało mu się napisać czegoś przekonywującego i spójnego.

„Celibat” to zbiór luźno ze sobą powiązanych opowieści, z księżmi w rolach głównych. Podtytuł – „opowieści o miłości i pożądaniu” – powinien w zasadzie już na wstępie pozbawić czytającego  jakichkolwiek wątpliwości.
Nie należy spodziewać się teologicznych dysput na temat tego czym jest celibat i czemu służy. Dowiemy się natomiast, że po sześciu latach studiów również sami klerycy nie mają na ten temat pogłębionej wiedzy – w tekście „Intymny dziennik kleryka” jeden z nich zastanawia się dlaczego nikt nie rozmawia z nimi o seksualności. Z kolei inny odnotowuje, że na szóstym roku znajduje się czas na zajęcia praktyczne z całkiem innej dziedziny („uczymy się jak odprawiać mszę, na jaką wysokość rozkładać ręce i co zrobić, jeśli przy ołtarzu dopadną nas problemy żołądkowe”).


Lektura „Celibatu” pozostawia czytelnika z wrażeniem, że istota życia księży skupia się niemal wyłącznie wokół sfery wokołoseksualnej. Jeśli nie hetero, to homo, nieważne jaki, ważne, że seks. I choć nie przypuszczam, aby autor którąkolwiek z opowiedzianych historii zmyślił (przeciwnie, zakładam, że wszystkie są – niestety – prawdziwe, a jeśli ktoś podkoloryzował, to raczej rozmówcy Wójcika niż sam Wójcik), to jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wszystkie one nie składają się na żadną całość. Bo tak jak moje życie nie składa się wyłącznie z seksu, tak i życie duchownych nie tylko wokół niego się kręci.

Czy zamiarem autora było zdemaskowanie kościelnej hipokryzji? Pokazanie biskupów, zezwalających księżom na prowadzenie podwójnego życia, a zarazem odmawiających ofiarom seksualnych nadużyć jakiejkolwiek pomocy? Opowiedzenie o cynicznych księżach, rozbijających rodziny i szastających pieniędzmi? Spowodowanie, że ludziom otworzą się oczy?
Jeśli tak, nie wróżę sukcesu. Bo nie jest nim raczej przekonanie już przekonanych. Inni po książkę albo w ogóle nie sięgną (w końcu dobrze wiedzą czego należy się spodziewać po czymś firmowanym logo Agory), albo przeczytają i pozostaną z absmakiem, jak ja. Bo w 2017 roku nie odkrywa już ona Ameryki, nie oszukujmy się. O tym, że moralna kondycja katolickiego duchowieństwa nie jest najlepsza, wiadomo od pewnego czasu. Mnożą się doniesienia o nadużyciach czy wręcz przestępstwach, w tym także na tle seksualnym. Sposób rozwiązywania tych problemów jest niewątpliwie, oględnie mówiąc, niewystarczający. Jest tu więc spore pole do popisu, także dla reportera. Można by też pogłębić, zarysowany w jednym czy dwóch tekstach, temat niedojrzałości większości kandydatów na księży i tego w jaki sposób seminaryjna formacja tylko tę niedojrzałość umacnia. Ciekawe byłoby też skupienie się na tym, kim są partnerki (lub partnerzy) księży. Wszystkie te tematy Wójcik zarysowuje, jednak boi się postawić kolejnego kroku, w każdym razie ja odniosłam takie wrażenie. Ani na chwilę nie wyłania się zza pleców swoich bohaterów, nie opatruje ich opowieści jakimkolwiek komentarzem. To jego wybór, do którego jako autor ma pełne prawo. Być może jednak dlatego jego książka ostatecznie nie wypada przekonywująco, jest letnia, takie ni to, ni sio.

Być może jest to książka dla księży, byłych księży i przyszłych księży, nie wiem. Być może tylko oni potrzebują nazwania tego, o czym większość wie, choć nie mówi o tym głośno. Może im potrzebne jest przeczytanie kilku szokujących historii, okraszonych paroma „mądrościami” (jak w najnudniejszym – celowo? – rozdziale „Uwiąd rdzenia”, zawierającym swego rodzaju rys historyczny dotyczący celibatu lub w tekście „Większa miłość” złożonym niemal wyłącznie z wypowiedzi seksuologów), wgląd w to, jak odchodzenie od przestrzegania celibatu się zaczyna i jak może się skończyć. Każdy z nich znajdzie coś dla siebie – są tu historie o księżach, którzy odeszli z kapłaństwa, bo się zakochali i potem dobrze/źle* (*niepotrzebne skreślić) skończyli, jak również o takich, którzy nie odeszli i nie odejdą, ale nie dlatego, że wierzą w celibat, tylko dlatego, że takie odejście nie jest im do niczego potrzebne. Pokazana jest perspektywa zakochanej kobiety, ale także ofiary księżowskiego molestowania. Ba! Jest nawet, choć jakiś taki cichy, głos księdza wierzącego w celibat i starającego się go dochować. I wreszcie na koniec, waląca po łbie niedomyślnego czytelnika, puenta w postaci opowieści o tym, że zniesienie celibatu wcale nie oznacza końca problemów, a raczej tylko otwarcie worka z nowymi.

Tak, autor naprawdę się postarał. Tylko nadal nie wiem po co. Skończyłam czytać, przepłukałam usta, bo owszem, momentami zbierała się w nich gorycz, i jestem, znów nówka sztuka. Dajcie mi następną książkę, chętnie przeczytam.

A tymczasem, dziesięć lat temu w tym samym kraju ukazał się zbiór reportaży Wojciecha Tochmana „Wściekły pies” (pisałam o nim tutaj, choć skupiałam się wówczas na całkiem czym innym). Okładka jednej i drugiej książki jakby podobna, niestety nie zawsze inspiracje formą idą w parze z inspiracją jakością.

źródło zdjęcia

Tak bowiem jak okładka „Wściekłego psa” jest autorskim pomysłem grafika, Jakuba de Barbaro, podczas gdy okładka „Celibatu” bazuje na zdjęciu wziętym z banku gotowych zdjęć, tak tekst Tochmana  - tytułowy „Wściekły pies”, jeden z kilku tylko reportaży w zbiorze - jest czymś więcej niż tylko zgrabną historią, dobrze pasującą do banku opowieści. Niewygłoszona nigdy, zajmująca niewiele ponad dwadzieścia stron druku, homilia homoseksualnego księdza zakażonego wirusem HIV robi większe wrażenie i skłania ku głębszej refleksji niż blisko trzysta stronic tekstów Wójcika. U Tochmana jest życie, z jego niejednoznacznością, są wybory, dramaty, jest cierpienie. U Wójcika niby też, a jednak jakieś mniej przekonywujące. Jak gdyby autor wiedział, co chce napisać, ale jednak cofnął się wpół słowa.
Można, jasne. To bardzo wygodne i bezpieczne.

Ja jednak sięgnę po kolejną książkę Marcina Wójcika, poświęconą tematom okołokościelnym, dopiero wówczas, gdy będę pewna, że autor wyszedł już z własnej strefy bezpieczeństwa.  

Marcin Wójcik „Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu”. Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017.

niedziela, 15 maja 2016

J.Hugo-Bader "Skucha", czyli o rzeczywistości, która dogoniła historię

Nie ma powodu, aby dobrze opowiedziana historia przypominała rzeczywistość. [To] rzeczywistość ze wszystkich sił stara się przypominać dobrze opowiedzianą historię.
Takim mottem z opowiadania Izaaka Babla opatrzył „Skuchę” jej autor, Jacek Hugo-Bader; lepszego wybrać nie mógł. Że jest ono genialnie dobrane, okazało się krótko po tym, jak ulokowałam się w przedziale pociągu jadącego z Warszawy do Szczecina. Rzeczywistość postanowiła nadążyć za historią. Czy dobrze opowiedzianą? To się okaże.

„Skucha” jest dla Hugo-Badera książką osobistą, o której mówił już od dawna. To historie jego dawnych kolegów i koleżanek z solidarnościowego Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego „Wola” z Warszawy, z którymi konspirował w latach 80-tych ubiegłego wieku. Nazywa ich Kolumbami rocznik 50, zwycięskimi konspiratorami, o których nikt dotąd nie napisał, nie sprawdził jak wiedzie im się w Polsce, którą sobie wywalczyli. Bader postanowił wypełnić tę lukę.
Snuta przez niego opowieść jest chaotyczna, mimo że starannie zaplanowana. Brak w niej happy endów, a po lekturze w ustach pozostaje wyłącznie gorycz. Wydaje się, że przegrani są wszyscy jej bohaterowie (poza jednym), także ci, którym pozornie się udało, bo w wolnej Polsce zostali ministrami lub osiągnęli to, co powszechnie uznaje się za sukces.
Część z nich pogubiła się w świecie, w którym nie trzeba już było z nikim walczyć, bo nie umieli po prostu żyć.
Inni utopili się w alkoholu. Jeszcze inni we własnej frustracji i poczuciu krzywdy.
Bader próbuje każdego z nich zrozumieć, z lepszym lub gorszym rezultatem. W przypadku wielu przywołuje opowieści o ich dzieciństwie, zazwyczaj niezbyt kolorowym. Sam pozostaje – zupełnie jak na siebie wyjątkowo – w cieniu. 
Wydawało się, że nie jest to dobra lektura do pociągu. Okazało się, że lepszej wybrać nie mogłam.
Razem ze mną (w tym samym i sąsiadujących przedziałach) jechało bowiem kilkunastu działaczy jednego ze związków zawodowych, wracających z (co ustaliłam już później) krajowego zjazdu delegatów. Nie wiedzieli, że przypadkiem wiem na temat ich działalności bardzo dużo, że z racji wykonywanego zawodu zetknęłam się z wieloma z nich, także tymi nieżyjącymi i zasłużonymi. Po dwóch kliknięciach w komórkę wyposażoną w dostęp do internetu znałam nazwiska prawie wszystkich. Oni mojego na szczęście nie.
Jedna flaszka, druga flaszka („a może się pani z nami napije?”). Poziom agresji coraz wyższy, frustracja wypełza z przedziałów na korytarz. Pretensje, wyrzuty, opowieści coraz bardziej kombatanckie.
Gdybym to ja się tym zajmował, to bym tak tego, kurwa, jak ty nie spierdolił”
Co ty, kurwa, wiesz. To ja wszcząłem strajk w Stoczni. To ja jestem w encyklopedii „Solidarności” (Sprawdziłam. Faktycznie jest. 10 lat temu został też odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, ale o tym nie wspomniał). 
Ty, ty, ty, ty chuju, ty!
Banda przegranych. Grupa żyjących we własnym, istniejących w ich głowach świecie, w którym opowieści sprzed ponad trzydziestu lat stają się coraz bardziej fantastyczne.
I w tym właśnie momencie czytam na stronie 197 książki Hugo-Badera taki oto fragment:
Nie trzeba wcale ryć na froncie w okopach, kluczyć po kartoflisku pomiędzy minami, unikać kul, odłamków, żeby potrzebować terapii, leczenia ze stresu pourazowego, z syndromu pola walki. Bo nawet po bezkrwawej mało zabójczej wojnie weterana ogarnia ciężkie uczucie pustki, smutku, jakby wrócił ze wspaniałej, bardzo długiej podróży, jakby dopadła go normalna powakacyjna chandra, jesienny smutek, depresja – tyle że dziesięć razy mocniej. Nic więc teraz nie smakuje, a w zasadzie prawie nic nie czujesz, boś swój posiłek, swoje życie rozpoczął od najostrzejszej potrawy, po której wszystko smakuje jak zimne kluski leniwe z cukrem. Rzecz więc w tym, żeby to nowe życie także miało moc, żar, smak, żeby co jakiś czas coś szarpnęło człowiekiem od środka, żebyś przeżył wielką miłość, zdobył władzę, pieniądze, sławę, cokolwiek, od czego zakręci się w głowie, od czego ciśnienie tętnicze skoczy, a serce rozhuśta niebotycznie jak podczas sprintu.
Moimi współtowarzyszami podróży, podobnie jak częścią spośród bohaterów Badera, huśtają tymczasem wyłącznie wspomnienia. O latach, w których o coś walczyli. W których byli bohaterami. W których życie miało sens.
A dziś? Dziś niektórym się udało, innym niekoniecznie. Jedni chcieliby walczyć, inni organizować rodzinne festyny („może przyjdzie pani z dziećmi? Wymienimy się telefonami, to dam cynk, kiedy będzie”). Pozostali chcą się po prostu tylko napić.
Mniej więcej w połowie trzeciej flaszki jeden wreszcie zadaje mi pytanie: „A co właściwie pani tak tam czyta?”
Pokazuję okładkę.
Skucha” – czyta na głos. – „O kurwa, a o czym to w zasadzie?” – pyta. Zanim odpowiem: „O was, panowie”, odzywa się rechot jego towarzyszy.
- I widzisz, kurwa, Andrzej, skucha! I tak nic z tego nie zrozumiesz!”

Hugo-Bader w jednym z ostatnich rozdziałów swojej książki pisze tak:
„(…) reporter tym się różni od autora powieści, że nie wymyśla ani nie zmyśla, ale kombinuje zaobserwowane, a najczęściej usłyszane historie, fakty i postaci, bo nie wszystko przecież można znać z autopsji. Wielki Melchior Wańkowicz, król polskich reporterów, nazywał to prawdą zmyśloną.
Więc nie ma nawet co gadać o obiektywnym reportażu. Jeśli potrzebujesz czegoś takiego, zabierz się do lektury książki telefonicznej. Tam żaden z tysięcy bohaterów nie powie czegoś takiego, od czego nawet twardym facetom chce się ryczeć.

Nie jestem reporterem ani twardym facetem. Moja opowieść nie jest zmyślona.
Ale po lekturze „Skuchy”, identycznie jak po tej podróży, jest mi raczej smutno.
Bo, tak samo jak Andrzej, nie jestem w stanie tego wszystkiego zrozumieć, mimo że bardzo się staram.

Jacek Hugo-Bader „Skucha”. Agora S.A. i Wydawnictwo Czarne, 2016.

czwartek, 25 września 2014

A. Mularczyk "Polskie miłości", czyli historie, w których jest wszystko

Zająłem się reportażem, bo zawsze postrzegałem życie jako formę dramatu. Dokument natomiast - nawet ten drukowany wówczas w tygodnikach - staje się dramatem, jeśli oprócz informacji przekazuje emocje bohatera. Śledząc etapy życia moich bohaterów, niejednokrotnie czekałem na taką chwilę, kiedy ich życie zamieni się w Los.

Kiedy wszedł, w pierwszej chwili poczułam odrazę. Chorobliwie otyły, z przetłuszczonymi włosami, niezbyt dobrze pachnący. Na twarzy miał wypisaną niechęć do świata.
Wcześniej zapoznałam się z dotyczącymi go dokumentami. Wydawało mi się, że wiem jaki to przypadek. Roszczeniowiec, który najpierw coś sobie uroił, a później w to uwierzył.
Zaczął mówić. Z każdym jego słowem rozsypywał się kolejny fragment tego wyobrażenia o nim, jakie sobie stworzyłam. Im dłużej go słuchałam, tym więcej rozumiałam. Wreszcie pojęłam, że stoi przede mną ktoś, czyje życie zamieniło się w Los już w chwili narodzin. I wówczas zobaczyłam kogoś zupełnie innego niż ten, kto do mnie wszedł.
Urodzony na Pawiaku w 1942 roku, trzy miesiące po osadzeniu tam jego matki, oskarżonej o działalność konspiracyjną. Oddzielony od niej po roku, oddany pod opiekę bardzo dalekim krewnym. Gdy matce, wypuszczonej z Ravensbrück, udało się go odnaleźć, miał pięć lat.
Źle urodzony. Napiętnowany wojną. Zapętlony w niej na całe życie, mimo że od czasu jej zakończenia upłynęło już prawie siedemdziesiąt lat.
Sądzę, że z powodzeniem mógłby stać się bohaterem jednego z reportaży Andrzeja Mularczyka o polskich miłościach. Ten traktowałby o miłości matki i syna. Niezdrowej miłości, pożerającej wszystko co wokół. Miłości wojennej, mimo że wojna już dawno się skończyła. Mimo że matka od wielu lat nie żyje.

„Literatura faktu stawia wiele warunków, które nie dotyczą fikcji. Fikcja może być prawdopodobna, non - fiction musi być prawdziwa. Autor literatury faktu komponuje rzeczywistość, autor fikcji swoje o niej wyobrażenie. Autor non-fiction powtórnie komponuje to, co zostało zainicjowane przez życie. Poprzez wybór swego bohatera twórca wypowiada swój stosunek do świata, staje się współuczestnikiem dramatu bohatera. Literatura faktu stawia przed autorem trudne wymagania, za to pozwala mu zdobyć pewien wgląd w ludzkie losy, które potem stanowią jego kapitał. Dopiero po wielu latach uprawiania literatury faktu odkryłem oczywistość, że to, co zdarza się jednemu człowiekowi - zdarza się całemu światu.”


Gdy czytałam „Polskie miłości”, zbiór reportaży Andrzeja Mularczyka, którego wypowiedzi, pochodzące z wywiadu udzielonego Polskiemu Radiu, zacytowałam wyżej, czułam zazdrość i żal. Zazdrość, że nie potrafię tak pisać. I żal, że wszystkie te historie już się zdarzyły.
Z zazdrością można sobie poradzić. Zwłaszcza gdy nie ma się ambicji, by zostać twórcą non-fiction.
A żałować nie trzeba. Wystarczy nauczyć się patrzeć i słuchać. Wówczas okaże się, że bohaterowie jakby wprost z kart reportaży Mularczyka żyją tuż za rogiem. Pozornie zwyczajni, ale tym, którzy zechcą zapytać i usłyszeć odpowiedź, gotowi do opowiedzenia niesamowitych historii, o miłości, śmierci i Losie. Jak człowiek, którego spotkałam.

Nie wiem dlaczego „Polskie miłości” nie są lekturą obowiązkową, którą powinien przeczytać każdy, zanim po raz pierwszy pomyśli o sobie, że jest inteligentny i wykształcony. Nie wiem dlaczego do niedawna nie wiedziałam o istnieniu tego zbioru. Wiem jednak, że po raz kolejny zaciągnęłam olbrzymi dług wdzięczności u twórców antologii „100/XX”.

Poszczególne reportaże łączy miłość i historia - szara eminencja, pociągająca za sznurki Losu. Choć wydawało mi się, że posiadam jakąś wiedzę historyczną na temat Polski wojennej i powojennej, w czasie tej lektury po wielekroć kręciłam z niedowierzaniem głową. Co innego przeczytać w podręczniku historii parę suchych zdań, co innego zaś zobaczyć i zrozumieć, jak poszczególne historyczne zdarzenia odcisnęły się na życiu konkretnych ludzi. Niektórzy z nich, jak bohater wybranego do „100/XX” reportażu „Depozyt”, podpułkownik Zdzisław Barbasiewicz, są postaciami szerzej znanymi. Inni, a tych jest większość, to zwykli, szarzy ludzie. Do każdego z nich autor podchodzi jednak z takim samym szacunkiem, mimo że niektórych – czego nie kryje – przez większość czasu nie traktował poważnie (dotyczy to np. bohaterki „Dni radości i pieczali Katarzyny Januszkowej” czy pana Rysia, o którego ruchomym życiu traktuje ostatni, najbardziej chyba humorystyczny, co wcale nie znaczy, że zabawny, tekst).

„Polskie miłości” zawierają historie opublikowane już wcześniej w dwóch reporterskich książkach Mularczyka: „Czyim ja żyłem życiem?” i „Co się komu śni”; dodatkowo zostały wzbogacone o pięć nowych opowieści, napisanych prawdopodobnie w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Już sprawdziłam: w obu starszych zbiorach jest jeszcze łącznie kilkanaście reportaży, których zabrakło w nowej książce. I całe szczęście, bo dzięki temu będę mogła choć trochę zaspokoić uczucie Mularczykowego niedosytu, jakie odczuwam od czasu, gdy przeczytałam ostatnie zdanie „Polskich miłości”.

I tylko żal, że dziś tych książek nikt już chyba nie czyta, a Andrzej Mularczyk kojarzy się większości osób raczej tylko z filmami (od wielu lat z powodzeniem pisze scenariusze do popularnych seriali, by wymienić chociażby „Dom” czy współczesną „Blondynkę”), ewentualnie słuchowiskami („W Jezioranach”). W każdym razie w mojej bibliotece jego książek nikt nie wypożyczał już od bardzo dawna, przez co katalog biblioteczny straszy listą nieobecności.

Czytajcie Mularczyka. Bo to, co zdarzyło się jego bohaterom, zdarza się całemu światu. Mi i Tobie również.


Andrzej Mularczyk „Polskie miłości i pięć nowych opowieści”. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A. Warszawa 2006.

Tytuł posta stanowi nawiązanie do szeregu wypowiedzi Mariusza Szczygła na temat tej książki. Mimo szczerych starań, nie umiałam wymyślić nic trafniejszego. Za wtórność uprzejmie przepraszam.

środa, 2 lipca 2014

Krzywicka o typach sędziów, czyli cytaty dla prawników

Gdy czytałam reportaże sądowe Ireny Krzywickiej, zebrane w zbiorze „Sąd idzie”, towarzyszyły mi różne uczucia. Najczęściej zdumienie.
Że osoba niebędąca prawnikiem może być tak spostrzegawcza i tak umiejętnie wydobywać to, co istotne. Że taka osoba widzi często znacznie więcej niż ktoś, kto skupia się na literze prawa. Że mimo upływu lat, spora część poczynionych przez autorkę obserwacji jest nadal tak aktualna. 

„Wydaje mi się, że istnieją trzy zasadnicze typy sędziów grodzkich.
Sędzia-urzędnik – przeważnie młody człowiek, który tę funkcję uważa za pierwszy etap swojej kariery. Nie przejmuje się, nie wsłuchuje się zbytnio, śpieszy się. Jest dokładny, sumienny i choć sumaryczny, niczym jednak nie rażący, prawie automat, ale automat działający sprawnie.
Typ drugi: sędzia-sadysta. Tacy są prawie w każdym fachu, wymagającym zetknięcia z ludźmi, niesprawiedliwe więc byłoby obarczanie odpowiedzialnością za nich zawodu sędziowskiego. Bywają sadyści-nauczyciele, wojskowi, majstrzy, biuraliści, słowem różni. Sędzia-sadysta tym się wyróżnia od innych, że upaja się legalnością. Wszystko, co postanowi, jest przecież z góry przewidziane w kodeksie, wszystko ma sankcję prawną. Wolno mu, wolno, robi to, co mu wolno, a tym, co stoją za stołem – nie wolno. To go wprowadza w stan narkotycznego oszołomienia. Drobne torturki, jakie zadaje, to ostatecznie nic ważnego, jego szyderstwa, gromy nie są w gruncie rzeczy groźne, a jeżeli jaka nędzarka ugnie się pod ciężarem dziesięciu złotych grzywny, któż by mu robił zarzut z powodu tak śmiesznej sumy? To są sadyści w miniaturowym, kieszonkowym wydaniu. Ale oni awansują. Tak, niestety, awansują.
Czemu natomiast nie awansował ten oto starszy, już dobrze starszy sędzia, wysoki i zgarbiony, siwiejący, o smutnych, jakby załzawionych oczach? Z każdego jego ruchu wyziera dobroć jak kwiatek z pączka. To jest ten trzeci typ, bo i taki bywa. Z ust jego gęsto pada słowo „uniewinnić”, a jeżeli wymierza kary i grzywny, to z takim wahaniem, z takim bólem i wstrętem, że większe współczucie ogarnia dla niego niż dla skazanego.
Ach, jest podobno i czwarty typ: sędzia-głupiec. Tak słyszałam. Nadęty i senny, siedzi i nad niczym się nie zastanawia, nic go nie obchodzi, wyrokuje, jak popadnie, i namaszczonym tonem, wkładając biret, powiada: „sąd udaje się na naradę”, i samotny, nie zrozumiany i nie rozumiejący, wychodzi z sali. Ale, oczywiście, na własne oczy nigdy takiego sędziego nie widziałam.”      

sobota, 28 czerwca 2014

O.Brenifier "Prawda według Niny", czyli dlaczego dorośli powinni czytać książki dla dzieci

Dorośli nie czytują książek dla dzieci, jeśli nie muszą.
Bo po cóż przecież mieliby czytywać takie głupie książki dla tych głupiutkich dzieci, nieprawdaż?

Ciekawe więc dlaczego od kilku dni mam narastające wrażenie, że zamiast akcji „Cała Polska czyta dzieciom”, powinno się natychmiast zorganizować akcję „Cała Polska czyta książki dla dzieci”.


Nina, ośmioletnia bohaterka książki napisanej przez francuskiego filozofa Oscara Brenifiera „Prawda według Niny”, po wysłuchaniu bajki o chłopcu, który oszukiwał innych po to, by się z nich naigrawać, mówi, dialogując z własnym psem:
„- To dwie zupełnie różne rzeczy: kłamać, żeby kpić sobie z innych, czy robić to dla własnej obrony. Mimo wszystko to nie to samo.
- Więc dla ciebie kłamstwo jest rzeczą normalną.
- Nie, dla mnie obrona jest rzeczą normalną. Kłamiąc we własnej obronie, nikomu nie robi się nic złego. Za to nie powinno być kary.
- Uważasz więc, że są różne rodzaje kłamstwa?
- Tak. Niektóre są poważne, a niektóre nie. Liczy się głównie intencja.
- Czyli według ciebie są kłamstwa zupełnie normalne?
- Właśnie tak! Bywają kłamstwa zupełnie normalne.

Kiedy pracownica hipermarketu zostanie przyłapana na wynoszeniu pod bluzka dwóch batoników, nikt nie przebiera w słowach i wyrazach potępienia. Oczywiste jest przecież, że mamy do czynienia ze zwykłą złodziejką. 
Kiedy jeden minister spotyka się z drugim ministrem w modnej restauracji i przy wykwintnych potrawach, zapijanych luksusowymi trunkami (czy tylko mi się wydaje, że w pracy się nie pije?) prowadzi „półprywatne” rozmowy, a następnie płaci za wszystko służbową kartą kredytową, okazuje się, że to przecież coś zupełnie innego niż ukraść batonik za 2 złote. I nie, nie, nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, by użyć rzeczownika "złodziej".

„- Mamo, powiedz, co robić, kiedy inni nie chcą uznać prawdy?
- A ty uważasz, że ją znasz?
- Może nie do końca, ale mogę mówić rzeczy prawdziwe! Problem pojawia się, kiedy wiem, że coś jest prawdziwe, podczas gdy inni twierdzą, że tak nie jest.
- No tak, to znaczy, że nie zgadzają się z tobą: oni znają jakąś inną prawdę.
- Jeśli każdy ma własną prawdę, to ogólna prawda nic nie znaczy.
- W tym, co mówisz, jest trochę prawdy. „Prawda” to słowo, którego używa się bez zastanowienia. Każdy rości sobie prawo do własnej prawdy. Myśli, że ją zna i uważa, że racja jest po jego stronie.”

Po pojawieniu się na rynku dwóch książek o tragedii na Broad Peak, pojawiły się krytyczne głosy na temat każdej z nich.
Jackowi Hugo-Baderowi jak zwykle, choć tym razem wyjątkowo na szczególnie natarczywe własne życzenie, zarzucono szereg zmyśleń i przeinaczeń (zrobił to m.in. Jacek Berbeka, link do wywiadu z nim tutaj).
Bartkowi Dobrochowi, jednemu ze współautorów drugiej z książek, na portalu wspinanie.pl zarzucono nielojalność i chęć zrobienia kariery na tragedii (link do zamieszczonego tam komentarza zarządu PZA tutaj).
Obaj zaprzeczają, przedstawiając własne racje. I własną prawdę. Ale każdy, kto tego chce, i tak wie lepiej. Zna lepszą prawdę.

W książce Brenifiera, w jednym z rozdziałów, zatytułowanym „Paradoks”, Nina dialoguje z tatą:
– Jeśli ci mówię, że jestem kłamcą, co o tym myślisz?
- Ech… nic. Mówisz mi, że jesteś kłamcą.
- Wierzysz mi?
- Jeśli tak mówisz… to musi być prawda… albo to żart.
- Ale co ja przed chwilą ci powiedziałem?
- Że jesteś kłamcą.
- Wierzysz kłamcom?
- Nie, bo oni kłamią. Ojej… ale mnie złapałeś. A więc nie, nie wierzę ci.
- Więc powiedziałem kłamstwo, bo jestem kłamcą?
- Właśnie tak.
- Jednak jeśli powiem kłamstwo, czy prawdą jest, że jestem kłamcą?
- Tak, bo kłamiesz.
- Ale jeśli powiedziałem prawdę, czy jestem kłamcą?
- Tato, za szybko mi to tłumaczysz. Już niczego nie rozumiem. Jesteś kłamcą – tak czy nie?
(…) – Widzisz, logika nie zawsze funkcjonuje. Spotyka się czasem w życiu problemy, których nie da się rozwiązać. To są paradoksy. Nie można zdecydować, co jest prawdziwe, a co fałszywe. Taka sytuacja wprowadza nas w błąd.

Jacek Hugo-Bader dał ostatnio szereg powodów do tego, by uznawać go za kłamcę. W wywiadzie udzielonym internetowemu dwutygodnikowi (link tutaj) bez cienia zażenowania przyznał, że w rozmowie jaką przeprowadził z Jackiem Berbeką, namawiając go do tego, by zabrał go na wyprawę poszukiwawczą na Broad Peak, koloryzował i wyolbrzymiał. W tej samej rozmowie, a także we własnej książce, przyznał się do napisania – własnymi rękami, czy nie, to bez znaczenia – fałszywego oświadczenia na temat treści wywiadu udzielonego Mariuszowi Kargulowi. Do tego kilka krótkich fragmentów jego książki mocno przypomina kilka zdań z wcześniej opublikowanych artykułów prasowych autorstwa Bartka Dobrocha.
„Jacek Hugo-Bader popełnił plagiat?” grzmi tytułem najnowszy „Tygodnik Powszechny” (cały tekst można przeczytać tutaj), prezentując tuż obok zamówioną przez siebie opinię prawną (o jakości opinii prawnych i o tym, że w ciągu dwóch godzin każdy umiarkowanie zdolny prawnik napisze dwie różne, ba! krańcowo odmienne, choć równie przekonywujące opinie, napiszę innym razem). Wielkie litery, wielki tytuł, dużo zamieszania. Prawda wydaje się być oczywista.

A może jednak warto byłoby zastanowić się nad tym, czy aby na pewno fakt dopuszczenia się przez Hugo-Badera kilku (kilkunastu? kilkudziesięciu?) kłamstw, przeinaczeń, podkolorowań przekreśla wszystko, co chciał swoją książką przekazać? Wszystko, co przeżył i widział? To także pytanie o to, jak powinna wyglądać literatura faktu; o to, czy reporter może sam uzupełnić brakujące szczegóły, czy też musi wiernie trzymać się tego, co zdarzyło się na pewno i naprawdę. Znacznie lepiej niż ja pisze na ten temat Wojciech Tochman w felietonie zamieszczonym na łamach ostatniego Dużego Formatu. Nawet on jednak zaznacza, że pisze we własnym imieniu, nie rości sobie prawa do narzucania innym tego, co powinni robić.

Autorzy „Tygodnika Powszechnego” być może nie mieli zajęć z filozofii, a może nie uważali na lekcjach o paradoksie. Ich akcja jest czarno-biała. Narobi mnóstwo smrodu, być może szereg osób zniechęci do sięgnięcia po tę lub inną książkę Hugo-Badera. A szkoda, bo lektura "Długiego filmu o miłości" Hugo-Badera wcale nie pozbawia sensu czytania także "Broad Peak. Niebo i piekło" Dobrocha i Wilczyńskiego; przeciwnie, obie lektury znakomicie się uzupełniają. Emocjonalny i egocentryczny Bader oraz racjonalni i analizujący Dobroch i Wilczyński. Wysokogórski laik kontra doświadczony wspinacz oraz syn wspinacza. Spojrzenie z boku oraz od środka, z kipiącego od emocji namiotu na zboczach Broad Peak. Obie tak samo prawdziwe. Prawdą ich autorów.

Dorośli, czytajcie książki dla dzieci. Możecie się z nich wiele nauczyć.

Oscar Brenifier „Prawda według Niny”, ilustracje Ires de Moüy, przekład Maja Wałachowska-Sobczak. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2010. 

sobota, 21 czerwca 2014

I. Krzywicka "Sąd idzie", czyli mam marzenie

Kiedy w marcu wzięłam po raz pierwszy do ręki Antologię polskiego reportażu 100/XX, miałam przeczucie, że jest to zbiór, który prawdopodobnie będę czytać bardzo, bardzo długo.
Trzy miesiące i ledwie trzy rozdziały antologii później wiem już, że intuicja mnie nie zawiodła.
Być może rzecz przedstawiałaby się inaczej, gdybym była Gondowiczem w spódnicy. Niestety, oczytana – zwłaszcza w starszej polskiej literaturze – jestem raczej słabo, a nad spódnice przedkładam sukienki.
Dzięki temu jednak teraz, podążając za tropami wyznaczonymi przez twórców „100/XX”, mogę przeżywać ekstatyczne literackie uniesienia.

W antologii rok 1932 przyporządkowany został dwóm kobietom: Kazimierze Iłłakowiczównie (poświęconego jej rozdziału jeszcze nie przeczytałam, ale już się boję, bo skoro wrażliwość i sposób myślenia tej autorki zawsze były mi bliskie, to pewnie po lekturze zamieszczonego w antologii jednego z jej listów po raz kolejny zboczę z wcześniej zaplanowanych czytelniczych szlaków) oraz Irenie Krzywickiej.
Krzywickiej – gorszycielce, skandalizującej bojowniczce o prawa kobiet, zdeklarowanej przeciwniczce hipokryzji. Oraz niezwykle utalentowanej reporterce sądowej.

We wstępie do tego rozdziału Mariusz Szczygieł pisze między innymi tak:
W publikacjach o „Wiadomościach Literackich” często wspomina się, że reportaże sądowe Ireny Krzywickiej należą do najlepszych tekstów w dorobku tego tygodnika. (…) Roli sprawozdawczyni sądowej podjęła się bez przygotowania i bez ambicji zachowania obiektywizmu – uważa Małgorzata Szpakowska. Są to subiektywne opowieści o ludzkich charakterach i przypadłościach, a nie bezstronne relacje.

Właśnie to, że nie byłam specjalistką – tłumaczyła Krzywicka – że miałam świeże spojrzenie na zagadnienia, które dla wielu stały się rutyną, nadało mojemu sądowemu pisaniu szczególną wartość.

Współcześnie nie istnieje coś takiego jak sprawozdawczość sądowa. W gazetach nie ma stałych rubryk „z wokandy”, a relacje z procesów pojawiają się albo w prasie specjalistycznej typu „żółte strony” „Rzeczpospolitej” (w wersji fachowej, przeznaczonej dla prawników), albo w goniących za sensacją artykułach w gazetach codziennych, rzadziej tygodnikach (w wersji dla żądnej krwi gawiedzi). Być może to znak czasów, wszak współcześni Polacy nie lubią czytać, za to lubią oglądać telewizję. Zamiast felietonów pojawiły się więc już telewizyjne programy typu „Sędzia Anna Maria Wesołowska”, w których biorą udział zawodowi sędziowie i które – przynajmniej teoretycznie (bo w praktyce wychodzi to moim zdaniem bardzo nędznie) – mają pokazywać przeciętnemu Polakowi jak wygląda wymierzanie sprawiedliwości we współczesnej Polsce.

Kiedy myślę o pracy sędziego i procesach sądowych, widzę żywych ludzi i czuję emocje.
Kiedy patrzę na to z boku, z perspektywy szarego obywatela, usta same rozdziewają mi się do ziewania.

Tymczasem ostatnią rzeczą, jaką można napisać o reportażach Krzywickiej jest to, że są mdłe czy nudne. Lub też, że są obiektywną i rzetelną relacją z procesów, którym się przyglądała.
Czy zwykłemu człowiekowi taka rzetelna relacja faktycznie jest jednak do czegokolwiek potrzebna?
Jak twierdzi Marzena Żylińska, autorka „Neurodydaktyki” oraz spore grono neurobiologów, uczymy się i zapamiętujemy między innymi dzięki emocjom. Jakież zaś emocje mogą się w nas wyzwolić, gdy przeczytamy, że sąd w składzie na posiedzeniu niejawnym postanowił umorzyć postępowanie w sprawie? Lub też gdy dowiemy się, że w sprawie przesłuchano dwudziestu pięciu świadków, a opinie wydało dwóch niezależnych biegłych sądowych?

Oczywiście, można w tym miejscu stwierdzić, że przecież na niczym innych jak na emocjach grają tabloidy oraz dwudziestoczterogodzinne telewizje. Wszyscy pamiętamy krzyczące żółtymi paskami lub czarnymi nagłówkami dramatyczne relacje z procesu matki Madzi z Sosnowca. Od Krzywickiej różną się jednak pewnym drobnym, ale niezmiernie istotnym szczegółem. Jej relacje są bowiem literaturą. Ciągle żywą, mimo że dotyczącą wydarzeń sprzed ponad osiemdziesięciu lat.


Wznowiony w 1998 roku przez wydawnictwo „Czytelnik” zbiór wydanych po raz pierwszy w roku 1935 sprawozdań sądowych Krzywickiej, obejmuje ledwie pięć historii (szósty, króciutki rozdział pełni rolę odautorskiego posłowia). Niektóre z nich były swego czasu bardzo głośne, jak proces Rity Gorgonowej (o którego wznowienie zabiega właśnie znany mi skądinąd młody szczeciński adwokat) czy Zachariasza Drożyńskiego, zabójcy młodziutkiej tancerki rewiowej Igi Korczyńskiej (ten wątek powinien być znany wszystkim czytelnikom książki Marcina Szczygielskiego „Poczet królowych polskich”; ten też właśnie reportaż został zamieszczony w antologii „100/XX”). Inne z kolei nie powinny wzbudzić niczyjego zainteresowania. Cóż bowiem może być ciekawego w relacji z sądu grodzkiego, zajmującego się sprawami drobnymi, dziś zaliczanymi do kategorii wykroczeń? Gdzież tu sensacja, gdzie temat? Powtarzalność i banalność tych spraw sprawia, że większość osób, nie wyłączając sędziów (jak tu zapamiętać, czy kolejny podsądny ukradł z blokowej piwnicy słoiki z ogórkami czy może kompot z czereśni?) traktuje je lekceważąco. Nie Krzywicka. Ona pisze bowiem tak:
Od wielkich dramatów, trupów, rewolwerów, spłakanych matek, spłoszonych oczu skazańców przejdę teraz do zwykłej powieści, bezbarwnej i monotonnej jak codzienne życie, ale, jak codzienne życie, bliskiej nam wszystkim. Zbrodnia, tragedia, to są ponure wyjątki od pospolitej reguły zwykłych egzystencji. Ale istnieją drobne przestępstwa na co dzień, w których zawiera się często nie mniejsza doza krzywdy. Te drobne wykroczenia to życie przyłapane na gorącym uczynku, rewia małych śmiesznostek, dużych bolączek, wielkiego sprytu i bezradnej głupoty. Defilada różnych typów ludzkich, z najróżniejszych środowisk, stłoczonych zgodnie w ciasnej salce, poszukujących sprawiedliwości, raczej zdrowego rozumu niż znajomości kruczków prawnych – nieomylności życiowej u pana w todze, siedzącego za stołem sędziowskim.

Ci, którzy zaglądają do mnie już od pewnego czasu, dobrze wiedzą, że co jak co, ale ego mam rozbuchane. Nie pomylą się więc, gdy stwierdzą, że najwyższy czas, by pojawiły się tu wycieczki osobiste.
Sprawy, którymi zajmuję się na co dzień, są zaliczane do kategorii nudnych. Owszem, zdarzało się, że interesowali się nimi dziennikarze, jednak nie zawsze czynili to z uwagi na ich przedmiot (był nawet jeden taki, którym powodowały względy całkiem pozamerytoryczne, ale o to mniejsza). Tymczasem, gdy spróbować w nie wejrzeć, okaże się, że niemal za każdą stoi poruszająca ludzka historia. Czasem wzruszająca, czasem wstrząsająca, niekiedy zaś wywołująca obrzydzenie. Każda jednak prawdziwa. Z krwi i kości.

Marzy mi się ktoś, kto potrafiłby to dostrzec i opisać. Dotknąć sedna. Wywołać refleksję. Wzruszyć, inaczej jednak niż czyni się to dzisiaj, grając na najprostszych instynktach. Pokazać, że jest inny świat, często tuż, niemal na wyciągnięcie ręki, ledwie dwadzieścia kilometrów za granicami aglomeracji.
Może dzięki temu wszyscy uwierzylibyśmy, że sprawiedliwość kiedyś wreszcie zatriumfuje.
Brakuje mi współczesnej Krzywickiej.

Irena Krzywicka „Sąd idzie”. Czytelnik, Warszawa 1998. 

piątek, 14 marca 2014

"100/XX", czyli uwaga, nagłaśniam!

W najnowszym numerze „Książek” ukazał się zjadliwy felieton Mariusza Szczygła na temat pracowników sektora nagłaśniania książek (czyli osób, które w mediach „robią w temacie” kultury). Autor duży nacisk położył w nim na ścisły związek istniejący pomiędzy posiadaniem przez osoby utrzymujące się z pisania książek umiejętności utrzymywania dobrych relacji z pracownikami sektora nagłaśniania a poziomem zdolności kredytowej tych pierwszych.

Jako że temat zarobków polskich pisarzy jest ostatnio nośny (patrz m.in.: felieton Krzysztofa Vargi w najnowszym Dużym Formacie i – podobno – tocząca się na facebooku żywa dyskusja na ten temat), a od kilku dni zdolność kredytowa Mariusza Szczygła mocno leży mi na sercu (ot, taka bezinteresowna życzliwość!), postanowiłam rozwinąć nieco ów wątek.
Zwłaszcza, że nadarzyła się znakomita okazja.

Antologię polskiego reportażu, najnowsze dziecko Szczygła, chciałam mieć, odkąd dowiedziałam się, że powstaje.
Nie mając żadnych szczególnych dojść, a zarazem dysponując wykorzystanym do cna limitem w karcie kredytowej i będąc zmuszoną do poczynienia szeregu typowych wiosennych wydatków (dwójka dzieci równa się konieczność zakupu co najmniej dwóch par półbutów, w cenach, które w tym roku zwaliły mnie z nóg) nie mogłam cieszyć się dziełem ani tuż przed, ani tuż po jego oficjalnej premierze (5 marca).
Pozostawało radzić sobie inaczej. Wysłuchałam więc kilku audycji radiowych, w których mówiono o tym zbiorze, przeczytałam kilka opublikowanych w prasie recenzji, popodglądałam to i owo w internecie. Wynalazłam nawet materiał z „Dzień Dobry TVN”, ale wieloletni telewizyjny odwyk zrobił swoje i niestety nie zdołałam się przemóc, by go obejrzeć.
Dzięki temu, mimo że antologia dotarła do mnie dopiero wczoraj, uważam że jestem gotowa. Uwaga, nagłaśniam!

To trzeba koniecznie mieć!
Mamy wprawdzie dopiero początek roku, ale to będzie z pewnością najważniejsza książka tego roku, ba! pewnie i całej dekady!
Książka jest okropnie gruba, tak że nie da się jej ustawić absolutnie na żadnej półce, ale warto, naprawdę warto przydźwigać ją do domu (waży ponad trzy kilo!).
To hołd złożony polskiej szkole reportażu, sto tekstów obrazujących to, co działo się w XX wieku w Polsce. Można czytać je na szereg sposobów, w tym chronologicznie lub też na wyrywki.
Znajdziemy tu teksty autorów znanych i kojarzących się z reportażem jak chociażby Hanna Krall czy Ryszard Kapuściński, ale też fragmenty twórczości tych, którzy niesłusznie zostali zapomniani. Wśród twórców pojawia się też jednak szereg zaskakujących nazwisk, by przywołać chociażby Marię Rodziewiczównę czy Michała Ogórka.
Każdy z rozdziałów został poprzedzony błyskotliwym wstępem napisanym przez Mariusza Szczygła.

Tak, w telegraficznym skrócie to byłoby tyle.
Wprawdzie książki nie przeczytałam (i nie sądzę, abym przeczytała ją przez najbliższy rok – nie z braku chęci, lecz z braku czasu i – widocznej gołym okiem już po przekartkowaniu – konieczności wolnego smakowania poszczególnych tekstów i podążania tropami przynajmniej kilkunastu autorów), ale nie wydaje mi się, abym była z tego powodu mniej kompetentna od szeregu tych, którzy już, już teraz zaraz wypowiedzieli (i jeszcze wypowiedzą) się o niej w mediach.
Zamieszczone wyżej zdania są okrągłymi frazesami, które znalazłam niemal w każdej recenzji, którą przeczytałam, każdym nagraniu, którego odsłuchałam. Pisząc ten post, nie musiałam zaglądać do żadnego z tych źródeł – te same zdania pojawiały się niemal wszędzie, więc wryły mi się głęboko w pamięć.

Kiedy dwadzieścia lat temu ocierałam się o dziennikarstwo, ze zdumieniem odkryłam (i odkrywałam przez następnych kilka lat, aż mnie szlag trafił i poszłam gdzie indziej), że w mediach wcale nie jest tak, że poszczególnymi tematami zajmują się ci, którzy mają o nich cokolwiek do powiedzenia.
Kiedy obserwuję to, co dzieje się w mediach teraz, mam wrażenie, że sytuacja owszem, zmienia się. Ale wcale nie na lepsze.

W przywołanym na wstępie felietonie Mariusz Szczygieł przywołał rozbrajający fragment wypowiedzi pracownika sektora nagłaśniania książek z regionalnego radia, który zaprosił go do udziału w programie poświęconym w całości (co oznaczało trzy wejścia po dwie minuty i co tym bardziej wskazuje na degrengoladę współczesnego świata, gdyż za moich radiowych czasów jeszcze pozwalało się na wejścia – o zgrozo! - trzyminutowe) jego książce. Na wstępie zaznaczył: „Oczywiście nie przeczytałem pana książki, ale mam nadzieję, że to panu nie przeszkadza?”, po czym dodał: „Sam pan rozumie, że pracuję i nie mam czasu czytać książek”.

Mam nadzieję, że moja recenzja zachęciła was do kupna tej książki. Z braku innej motywacji pamiętajcie, że dzięki wam Mariusz Szczygieł będzie mógł spłacić ze trzy raty kredytu!

A jeśli zdecydujecie się na wariant dla zaawansowanych, czyli nie tylko kupicie antologię i postawicie ją na półce (prezentuje się naprawdę godnie, z pewnością zaimponujecie tym widokiem wielu znajomym!), ale i zabierzecie się za lekturę, szczególnie uważnie przeczytajcie rozdział poświęcony Marii Rodziewiczównie! Fragment wstępu do niego znajdziecie tutaj.

Mariusz Szczygieł „Sektor nagłaśniania książek”. „Książki. Magazyn do czytania” nr 1, marzec 2014, str. 39.
„100/XX. Antologia polskiego reportażu pod redakcją Mariusza Szczygła”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.