niedziela, 11 listopada 2012

11 listopada, czyli co przeczytać dziecku?


I Młodszy, i Starszy dostali z placówek edukacyjnych przykazanie, by w piątek pojawić się „na galowo”.
- A czy w ogóle wiecie dlaczego? – zapytała Matka.
- No pewnie, bo jest święto Polski. – z typową dla siedmiolatka pewnością siebie oświadczył Starszy.
Młodszy ograniczył się do zrobienia okrągłych oczu i mądrej miny.

Ostatecznie obaj w piątek ubrali się wyłącznie w piżamy. Czyżby zadziałał wirus akademijny, częstujący katarem i kaszlem, ale wybawiający od nudziarstwa ku czci?
Może tak. Żaden wirus nie wybawia jednak od gorliwej Matki, która postanowiła zaatakować dziatwę patriotyczną książeczką, przygotowującą ich do niedzielnego święta.

Od postanowienia do realizacji tym razem droga bardzo daleka, a kłód po drodze mnóstwo.
Obeszłam kilka księgarni, gdyż wydawało mi się, że w liczącym około czterysta tysięcy mieszkańców mieście musi się znaleźć coś „na temat”. Błąd. Pytany przeze mnie personel tylko połowicznie reagował tak jak Młodszy, tzn. owszem, robił równie okrągłe oczy, ale zarazem bardzo głupie miny.
Postanowiłam więc zaatakować bibliotekę. Przemiła pani bibliotekarka, uprzedzona telefonicznie, przygotowała się jak mogła.
- Wie pani, jest problem. – przywitała mnie od progu. – Jakby pani starsze te dzieci miała, to coś bym może znalazła, ale dla takich maluchów w zasadzie nic nie ma. Mogę pani zaproponować tylko to…


„To” wygląda, jak widać.
Nie jestem znawcą Sztuki. Nie mam na ścianie jeleni na rykowisku, ale nie mam też niczego innego (poza rysunkami moich dzieci, które ze sztuk stały wyłącznie obok sztuki kochania). Mam jednak własny próg wrażliwości estetycznej, po którego przekroczeniu zaczynają mnie boleć zęby.
Teraz mnie bolą. Halo, czy to pogotowie stomatologiczne?!


Ja już pominę tę opaskę na okładce (można wszak zdjąć) z hasłem „Gorąco Wam polecam! Katarzyna Łaniewska”. Sprawdziłam, bo nie wiedziałam kim jest ta pani i dlaczego to ważne, że akurat ona poleca. Teraz wiem kim jest (postanowiłam nawet w związku z tym czym prędzej przypomnieć sobie „Zbrodniarza, który ukradł zbrodnię”, bo zaintrygowała mnie notka w Wikipedii, że pani Łaniewska „gra tam siebie”), ale dalej nie wiem, czemu poleca. Trudno.
Gdyby dało się to czytać zakrywając obrazki, może nawet i bym przeczytała dzieciom.
Ale nie da rady. Obrazki są na górze, na dole, z boku, w środku. No nie mogę, przepraszam, ale nie mogę. Sama obejrzałam i przeczytałam, ale im tego nie zrobię. Jeśli już będą musieli w przyszłości chodzić do psychoterapeutów, to niech znajdą sobie inny powód.

Co do treści.
W porównaniu do ilustracji błyszczy niczym zorza. Z dwóch pozycji, które wypożyczyłam, zdecydowanie wolę jednak  „Elementarz Małego Polaka”. „Cud nad Wisłą”, wydany w 90. rocznicę Bitwy Warszawskiej, jest bowiem dla mnie za bardzo patetyczny i bogoojczyźniany. Ponadto częstotliwość z jaką w tekście pada słowo „bolszewik” (uwzględniając wszelkie formy fleksyjne) zdecydowanie przerasta moją wytrzymałość (a poza tym uczono mnie, żeby używać synonimów w celu uniknięcia nadmiaru powtórzeń).


Elementarz małego Polaka” to z kolei zbiór krótkich notek na tematy związane z Polską i polskością. Nie ma w nich nadmiaru informacji (co poczytuję za plus, skoro jest to pozycja dla najmłodszych czytelników), a tylko pobieżne przemknięcie się „po temacie”. Kolejno mowa jest więc o godle i fladze, o hymnie, o stolicach Polski, o zmianach w kształcie naszych granic, o świętych patronach Polski, o królach (i w jednym zdaniu o prezydencie), o polskich rycerzach, o husarzach (no przecież!), o polskich wodzach (ograniczonych do dwóch Józefów – Poniatowskiego (?) i Piłsudskiego oraz jednego Tadeusza – Kościuszki), o polskich domach, o tradycyjnych strojach, o polskim ucztowaniu i potrawach (bigos, ach ten bigos!), o polskich szkołach (tak, jest też o Wrześni) i wreszcie – mój ulubiony rozdział – „Astronom i papież, czyli o Polakach, których zna cały świat” (poza przedstawicielami rzeczonych profesji pojawia się tam jeszcze tylko muzyk i kompozytor Fryderyk Chopin, czytaj: Szopen).

Książeczka jest więc, jak widać, bardzo poprawna politycznie i wyznaniowo. Na odwrocie napis: „Patronat medialny: kochampolske.pl – kampania społeczna”
Wbijam do Gogola. Nie ma „kochampolske.pl”, ale jest „kochampolske.com” – też kampania społeczna. Cytuję z ich strony internetowej, z zakładki: „Idea kampanii”: „to społeczna akcja reklamowa organizowana przez osoby działające non-profit, zainicjowana przez Młodzież Wszechpolską i propagowana przez młodych narodowców i patriotów. Celem tego przedsięwzięcia jest promocja nowoczesnego patriotyzmu i ukazanie miłości do Ojczyzny w nietypowych, zaskakujących formach”.
Oj.
Po kilku następnych kliknięciach okazuje się, że „w poprzednich edycjach”, kampania była prowadzona przy użyciu domeny (czy jakkolwiek to się nazywa) „kochampolske.pl”. Czyli dobry trop. Oj, oj.
Wchodzę na podstronę „Jak pomóc” i przez nią na stronę kampanii na facebooku. Przeglądam w ograniczonym zakresie, bo nie mam konta na fb, ale widzę możliwość uzyskania informacji na temat wyjazdów na Marsz Niepodległości w dniu 11.11.2012r., pozdrowienia od ultrasów z Legii Warszawa, okraszone przepięknym zdjęciem flagi ze swastyką i inne takie.
Ojojoj to za mało.

Na szczęście przypomniało mi się, że mam w domu książkę Małgorzaty Strzałkowskiej z serii „ABC… uczę się!” pod tytułem „Polska” (ilustracje Piotra Nagina znacznie lepsze niż poprzednie, choć też mnie osobiście nie powalają).


Jaki miły wierszyk, o rany! Nie ma wprawdzie nic o świętych, ale jest o fladze, Mazurku Dąbrowskiego, położeniu Polski w Europie, ba! nawet cytat z „Wesela” dało się wpleść. I zaraz obok tego cytatu zbiór takich oto pięknych słów: „ojczyzna, mama tata, miłość, rodzina, dom, przyjaźń, kocham, szkoła, góry, koledzy, koleżanki”.


Tak, drogie dzieci. Ojczyzna, mama, tata, kocham.
A husarze niech sobie odlecą, w końcu po coś mają te skrzydła.

Joanna i Jarosław Szarkowie „Elementarz małego Polaka”, Dom Wydawniczy „Rafael”, Kraków 2008.
Joanna i Jarosław Szarkowie „Cud nad Wisłą”, Dom Wydawniczy „Rafael”, Kraków 2010.
W przypadku obu pozycji: rysunki Krystyna Mól.

Małgorzata Strzałkowska „Polska”, Hachette Livre Polska, Warszawa 2008; ilustracje Piotr Nagin.

środa, 7 listopada 2012

M. Musierowicz "Córka Robrojka", czyli po co komu lektury?


Tego wpisu miało nie być.
Sięgnęłam po książkę Małgorzaty Musierowicz, bo musiałam pilnie przeczytać coś optymistycznego i sympatycznego. Może nie byłaby to akurat „Córka Robrojka”, gdyby nie moja koleżanka, która oświadczyła, że gołym okiem widzi, czego mi potrzeba, po czym następnego dnia przyniosła mi cały sztapelek kolejnych części Jeżycjady, poczynając właśnie od tej pozycji. Dobrze mnie zna, bo lekarstwo okazało się idealnie dobrane.
Nie zamierzałam jednak pisać o tej książce, bo co tu pisać. Musierowicz, to Musierowicz. Można się zżymać na nadmierny dydaktyzm i lekkie oderwanie od realiów (ostatnio się zżymałam, dlatego porzuciłam zapoznawanie się z kolejnymi, nowszymi częściami), ale jeśli ktoś jest z mojego rocznika i czytał w wieku nastu lat „Opium w rosole” czy „Kłamczuchę”, to nie ma wyjścia, musi poddać się sentymentom i tyle.

źródło zdjęcia: serwis Lubimy czytać

„Córkę Robrojka” przeczytałam w jeden wieczór (z lekkim zahaczeniem o noc). Okazało się, że czytałam już ją ładnych parę lat temu, o czym jednak zupełnie zapomniałam. Zrobiło mi się przemiło, sentymentalnie i znów poczułam się tak, jak gdybym miała 17 lat. Każdy czasem tego potrzebuje.

Dziś przypadkiem dowiedziałam się, że „Córka Robrojka” jest lekturą, bodajże w I klasie gimnazjum. Nie wiem, jak prawidłowo powinno się tworzyć listę lektur; nie wiem też jaki jest przeciętny gimnazjalista i co go interesuje (dowiem się tego za 5 lat, kiedy mój syn nim się stanie; na razie mogę w miarę kompetentnie wypowiadać się o przedszkolakach i uczniach pierwszych klas szkoły podstawowej). Mam jednak wątpliwości, czy obecni 13-latkowie, urodzeni w roku 1999, są w stanie zainteresować się tym, co robili ich starsi koledzy w przedpotopowym roku 1996 (wtedy rozgrywa się akcja książki). Czy zrozumieją, dlaczego trzeba pisać do siebie listy (Bella i Przeszczep), zamiast po prostu skorzystać z facebooka, skype’a lub – w ostateczności – wysłać smsa czy zadzwonić z komórki. Obce im też będą na pewno dylematy młodych matek (Ida i Gabrysia), rywalizujących ze sobą jeśli chodzi o osiągnięcia dzieci i używających często i gęsto słów niezrozumiałych, niekiedy nawet w dziwnym języku łacińskim. Nie będą też, jak sądzę, w stanie pojąć, dlaczego Robrojek jest tak ciężkim idiotą, który nie dość że dał się oszukać wspólnikowi, przez co stracił dom, samochód i pracę, to potem jeszcze pozwolił się wyrzucić z kolejnego domu, po czym zatrudnił się w pracy poniżej kwalifikacji za psie pieniądze.
Zakładam jednak, że mogę się nie znać. Że może także i teraz trzeba nastolatkom mówić w taki sposób o wartościach, pokazywać to, że nie tylko pieniądze muszą się liczyć, że są ludzie którzy czytają książki i odnajdują w nich odniesienia do tu i teraz, choć pozornie są o czymś zupełnie innym. I że także współcześni gimnazjaliści mogą to dostrzec w książce napisanej takiej a nie innym językiem, w której nikt nie żyje życiem choć trochę zbliżonym do ich życia. 

Cha, cha, cha!
Dziś znalazłam w internecie pomoce naukowe dla dręczonych tą lekturą gimnazjalistów: streszczenia lektury czy nawet – uwaga! przydatny test, sprawdzający „w jakim stopniu opanowałeś treść książki”.
O testach w szkole do tej pory tylko słyszałam. Osobiście ich nie cierpię, bo uważam że oduczają samodzielnego myślenia i nie służą niczemu, jeśli chodzi o sprawdzenie wiedzy. Sama w niewielkim zakresie też zajmuję się nauczaniem, jednak dotyczy to ściśle sprofilowanej grupy dorosłych osób, przygotowujących się do ważnego państwowego egzaminu zawodowego. Egzaminu, od kilku lat mającego formę testu. Testu, który jest absolutnie bez sensu bez względu na treść pytań, zmieniających się wszak co roku. Testu, który sama przeprowadzam na sobie i każdorazowo okazuje się, że w zasadzie to nadaję się ewentualnie do pracy w sklepie, ale na pewno nie w moim zawodzie. Testu, pytającego o rzeczy, których nigdy przenigdy nie wykorzystuję w pracy, bo chodzi o sytuacje tylko teoretyczne, nie zaś praktyczne.

Proponowany test dotyczący „Córki Robrojka” jest równie pozbawiony sensu.
Pyta o to kto, gdzie i kiedy, ewentualnie z kim (na marginesie, proponowane odpowiedzi czasem świadczą o tym, że autor testu nie przeczytał książki, a tylko któreś z jej streszczeń). Nie pyta natomiast dlaczego i co z tego wynika, co w przypadku książek Małgorzaty Musierowicz wydaje się najważniejsze.
Lektura, jaka wyłania się z owych pytań jest nudna i jałowa. Ginie w niej to, co stanowi w niej wartość, co nie zdezaktualizuje się nigdy pomimo upływu czasu. Nikną wątki może i poboczne, ale jednak ważne.
Nie rozumiem więc po co. Po co w ogóle zaśmiecać dzieciakom głowę taką książką, skoro nie interesuje nas to, co w niej najważniejsze?

Mam nadzieję, że to tylko internetowe wypaczenie rzeczywistości. Że nauczyciel może omówić tę lekturę tak jak powinien, nie martwiąc się tym, iż uczniowie nie poradzą sobie z testem, który będzie pytał zupełnie o co innego. Trochę jednak boję się usłyszeć odpowiedź.

Małgorzata Musierowicz „Córka Robrojka” Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2010.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Å. Holmberg "Latający detektyw", czyli w poszukiwaniu straconego ptysia


Zdrowy tryb życia, zdrowa dieta. Dzieci od urodzenia karmione wyłącznie zdrową żywnością, najchętniej z certyfikatem „eko”.

Żadnego fast foodu, słodycze w niedużych ilościach.
Ciasta pieczone z pełnoziarnistej mąki przy użyciu brązowego cukru.
I wszystko szlag trafił. Dzięki, panie Holmberg, no naprawdę!


Ture Sventon nie jest zwykłym detektywem. Wprawdzie posiada biuro przy ulicy „mniej więcej w centrum Sztokholmu”, opatrzone nawet stosowną tabliczką (T.Sventon. Praktykujący Prywatny Detektyw), jednak posiada kilka swoich „dziwnych właściwości”, w tym taką, że „zawsze wygląda na bardzo zajętego, choć nigdy nic nie robi”.
Ponadto, jak przystało na detektywa, sztukę kamuflażu ma opanowaną do perfekcji: dziesięcioletni chłopiec w marynarskim ubranku, krzak jałowca, niepijący piekarz arabskiego pochodzenia, to tylko kilka z jego wcieleń.
Prawda, nie jest za bardzo błyskotliwy, a i nie wszystkie jego genialne pomysły okazują się takie w istocie. Zdarzają mu się porażki, które znosi jednak ze stoickim spokojem, obmyślając naprędce nowy plan. Jest przy tym dość staroświecki, ale też – jako jedyny detektyw na świecie – dysponuje prawdziwym latającym dywanem. Dywanem, który jest tak wytarty, że miejscami nie widać wzoru, a do tego intensywnie pachnie wielbłądem.
Głównym przeciwnikiem T. Sventona jest Wiluś Łasica – zuchwały przestępca, którego nikt nie potrafi schwytać, i który do tego dobiera sobie silnych i gotowych na wszystko pomocników.

I w zasadzie nie wiem, dlaczego te książki, napisane około 60 lat temu, tak bardzo podobają urodzonemu w wieku XXI chłopcu. Dlaczego podczas lektury ów chłopiec na zmianę chichocze lub siedzi cicho, w napięciu, z wypiekami na twarzy. Tym bardziej, że chłopiec czytywał już współczesne sensacyjne i kryminalne historie dla dzieci, że wspomnieć choćby tylko o przygodach Lassego i Mai, w których wszystko toczy się dużo bardziej wartko, a do tego są zagadki do rozwiązywania, nie to, co tu, gdzie w zasadzie od razu wiadomo kto jest winny.
I nie jest to raczej zasługa znakomitych ilustracji pani Anny Kołakowskiej, bo te doceni rodzic (choć dziecko owszem, spojrzy łaskawym okiem). Osobiście uważam je za znacznie lepsze niż oryginalne, dużo bardziej dosłowne i narzucające się rysunki Svena Hemmela.

No dobrze, tak się tylko krygowałam.
Wiem o co chodzi.
O psysie.
źródło zdjęcia: Wikipedia
Otóż Praktykujący Prywatny Detektyw T. Sventon uwielbia psysie. Ale tylko te z ciastkarni Rozalii, jedynej, w której można je dostać jak rok długi: wspaniałe, duże, w miarę przyrumienione i tryskające bitą śmietaną.
Tak naprawdę to Sventon uwielbia ptysie. „Nie umie jednak wymówić tego słowa, w jego ustach zawsze brzmi ono jak „psyś”. A gdy chce powiedzieć pistolet, mówi „piftolet”. Nie ma co ukrywać, Sventon nieco sepleni.”

- Mamo, co to są psysie? – zapytał zdrowo odżywiany Starszy na samym początku lektury.
- To są synku takie okropne ciastka, z obrzydliwie słodkim kremem – odpowiedziała zadowolona wówczas z siebie Matka.

Parę stron dalej zadowolenie opadło. Opis psysiów z bitą śmietaną wywołał ślinotok i podejrzliwe błyski w oczach Starszego.
- A mówiłaś, że one są niedobre! – stwierdził z wyrzutem. – Jutro kup mi psysia, słyszysz!

Jutro udało się odwlec tylko o dwa dni. Naciski stawały się coraz bardziej natarczywe.
Matka udała się więc z dzieckiem do cukierni. Oboje stanęli przed ladą.
- I gdzie te psysie? No, gdzie?!
Matka w milczeniu wskazała palcem na stojące za szybą obrzydlistwa. Nie rumiane, a anemicznie blade, pobielone dodatkowo obficie cukrem pudrem. Nie tryskające bynajmniej bitą śmietaną, a wypełnione sztywnym, jaskraworóżowym tworem kremopodobnym.
- Żartujesz…? - wyszeptał z niedowierzaniem Starszy.
Matka pokręciła głową, wskazując palcem na stojącą przy obrzydlistwach kartkę.
- „Ptyś. 2,50 zł.” – przeczytał gasnącym głosem Starszy.
- To co, kupujemy? – zapytała zrezygnowana Matka.
- Eee, wiesz co, chyba nie. – oświadczył Starszy.

Od tamtej pory wchodzimy do absolutnie każdej cukierni, jaką napotkamy. W każdej Starszy rzuca się z nadzieją ku ladzie, wyglądając psysiów – takich w miarę rumianych, gdzie śmietany jest tyle, że aż kapie ze wszystkich stron. Daremnie.
Przyjdzie nam pojechać do Sztokholmu, do ciastkarni Rozalii.
Dzięki panie Holmberg, naprawdę.

Åke Holmberg „Latający detektyw”, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2008.
Åke Holmberg „Detektyw na pustyni”, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2012.
Obie książki przełożyła Teresa Chłapowska, zilustrowała Anna Kołakowska.

piątek, 2 listopada 2012

A. Bart "Fabryka muchołapek", czyli pomyśl o zmarłych w Dzień Zaduszny


Najpierw była okrągła w tym roku rocznica Wielkiej Szpery i towarzyszące jej w Łodzi zdarzenia, o których przeczytałam u Ani z Poza Rozkładem.

Pomyślałam, że w zasadzie nic nie wiem o tym strasznym czasie. Że gdyby ktoś mnie zapytał o tę datę, z czym mi się kojarzy, to na pewno nie wspomniałabym o tym właśnie zdarzeniu.

Potem przeczytałam w Gazecie Świątecznej (z dnia 8-9 września 2012r., nr 210; dostęp do tego artykułu w internecie jest płatny, ale tu inna rozmowa z tą samą osobą, utrzymana w podobnym tonie) rozmowę z Moniką Polit, przedstawianą jako literaturoznawczyni i tłumaczka jidysz (próbowałam, ale nie znalazłam w internecie miarodajnej informacji na temat jej wykształcenia). Rozmowę, w której przedstawia ona swój punkt widzenia i swoją ocenę życia Mordechaja Chaima Rumkowskiego, przewodniczącego Judenratu w łódzkim getcie. Rumkowskiego, który został zapamiętany jako ten, który w dniu 4 września 1942 roku wygłosił przemówienie wzywające mieszkańców getta do wydania Niemcom starców i dzieci do 10 roku życia.

Pani Polit wydała mi się bardzo stanowcza w swoich poglądach. Poglądach, których słuszności nie jestem w stanie zweryfikować, bowiem nie czytam w jidysz; nie mam też dostępu do wielu materiałów źródłowych.




Następnie w „Polityce” (nr 41/2012) ukazał się felieton Ludwika Stommy, który kategorycznie zażądał, aby przywrócić rzeczom ich właściwe nazwy. Stwierdził: „artykuł Moniki Polit doprowadził mnie do tego sprzeciwu moralności i inteligencji, na którym kończy się nieodwołalnie jakakolwiek tolerancja”. Tytuł jego felietonu – „Kat czy kat” (będący wyraźnym nawiązaniem do tytułu rozmowy z M. Polit – „Kat czy zbawca”), nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do tego, co Stomma o Rumkowskim myśli.



Nic więc chyba dziwnego, że książkę Andrzeja Barta zaczynałam czytać z bardzo mieszanymi uczuciami. Pani Polit nie miała wszak żadnych wątpliwości, że to pozycja niewarta uwagi (tak tego nie określiła, ale każdy o odrobinie inteligencji domyśli się tego bez kłopotów). We wspomnianym wywiadzie oznajmiła bowiem: „Zdenerwowały mnie wypowiedzi Barta, że „Fabryka muchołapek” jest efektem jego wieloletnich studiów nad historią Rumkowskiego. (…) Czy wytrawnego pisarza nie powinno zastanowić, że wizerunek Rumkowskiego jest zbyt spójny, że coś w nim nie gra?”

Teraz, po lekturze, zastanawiam się czy Monika Polit w ogóle przeczytała „Fabrykę muchołapek”?


Bart zastrzega na samym początku: „Fabuła tej książki i występujący w niej bohaterowie to fikcja literacka”. Owszem, w prawdziwość takiego zastrzeżenia można powątpiewać, gdy się zauważy, iż przeważająca większość pojawiających się w powieści bohaterów nosi nazwiska autentycznych postaci i opowiada o faktach, które według historycznych przekazów są faktami z ich prawdziwego życia. Nie można jednak też nie dostrzec, iż wprawdzie osią historii jest opowieść o Chaimie Rumkowskim, to jednak nie jest to wątek jedyny. Równolegle prowadzona jest bowiem zarówno relacja z niezwykłego procesu Rumkowskiego, jak i opowieść o dziwnych przypadkach pisarza (czyżby samego Barta?) w podróży do Łodzi i po Łodzi – tej z czasów getta, i tej całkiem współczesnej. Powieściowy świat przedstawiany jest nam bądź z punktu widzenia żony Rumkowskiego, pięknej Reginy, bądź jego pasierba, Marka, zaś niekiedy do głosu dochodzi i sam pisarz, który zastanawia się, co z tego, co widzi i przeżywa, jest prawdą, a co zmyśleniem. Wreszcie, pojawiają się i literackie wtręty z dzieł całkiem współczesnych, niekiedy niemających nic wspólnego z opowieściami o getcie; mimochodem snuta jest też opowieść prawie-miłosna.
Nie jestem literaturoznawcą, a prostym czytelnikiem, jednak wydaje mi się, że pisarz nie może dać wyraźniejszych niźli uczynił to Bart sygnałów, iż oto, moi drodzy, kiedy bierzecie tę książkę do ręki, pamiętajcie, że nie macie do czynienia z podręcznikiem historii.

Szczerze powiedziawszy, w tej lekturze najbardziej ciekawił mnie właśnie wątek Rumkowskiego. On też ostatecznie spodobał mi się najbardziej, wydał mi się najlepiej dopracowany, najmniej chaotyczny (ale być może i też czytałam go najbardziej uważnie). Bart obsadził Rumkowskiego w roli jedynego oskarżonego w odbywającym się gdzieś na granicy światów (a może poza nią?) procesie. Procesie, który odbywa się prawie zgodnie z regułami – jest ława przysięgłych (niestety, często przysypiająca) i główny Sędzia; jest oskarżyciel, ale i wygłaszający płomienne mowy obrońca z urzędu. Przez salę rozpraw przewija się mnóstwo świadków, pojawiających się często pozornie bez ładu i składu oraz bez zachowania jakiejkolwiek chronologii. Niektórzy z nich mogli w rzeczywistości zetknąć się z Rumkowskim, inni nie; każdy ma jednak w tej opowieści do odegrania swoją rolę. Bart zdaje się razem z nami szukać tropów i odpowiedzi na pytanie, kim był Rumkowski i dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. Każdy świadek oskarżenia zostaje jednak skontrowany zeznaniami świadka obrony; dzięki temu nic nie wydaje się jednoznaczne, dostrzegamy różne strony tego samego medalu, ba! widzimy wręcz drobne niuanse, które inaczej mogłyby nam umknąć. Pojawiają się także jednoznaczne odesłania do tragicznych postaci szekspirowskich: Koriolana, Leara, Ryszarda III.
Bart w odróżnieniu od Polit nie wydaje jednak wyroku. Podsuwa nam, owszem, jakąś podpowiedź (sądzę, że to ona mogła tak rozjuszyć panią Polit), ale w zasadzie to my musimy podjąć decyzję, czy z niej skorzystamy. A czy nie jest to błędny trop? Tego nie można wykluczyć, wszak sam autor pokazał nam w powieści, jak błąka się po meandrach własnych myśli.

W kościele katolickim obchodzony jest dziś Dzień Zaduszny, czyli dzień modlitwy za wszystkich zmarłych, połączony często z odwiedzeniem grobu i zapaleniem znicza, bardzo podobny do żydowskiego zwyczaju jarcait (przypisanego jednakże do rocznicy śmierci konkretnej osoby).
Jak podpowiadają internetowo pobożni Żydzi z Los Angeles, jeśli chcemy pomodlić się za zmarłą osobę wyznania mojżeszowego, możemy po prostu zapalić świecę i wypowiedzieć słowa: „Zapalam tę świecę, aby przynieść pokój duszy … (tu imię zmarłej osoby)"

Dziś jest dobry dzień, aby pomyśleć o wszystkich Żydach z łódzkiego getta Litzmannstadt. O Chaimie Mordechaju Rumkowskim także.

Andrzej Bart "Fabryka muchołapek", Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009.

środa, 31 października 2012

A.Bikont, J.Szczęsna "Epitafia czyli uroki roztaczana przez niektóre zwłoki"


Nic tak nie leczy człowieka ze smutku i zadumy, jak kontakt ze służbą zdrowia.
Po dzisiejszym, kolejnym z cyklu (i niestety na pewno nie ostatnim) spotkaniu z przedstawicielami tejże, pomna także wczorajszej dyskusji u Beznadziejnie Zacofanego w Lekturze, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i zawczasu pomyśleć o jakimś skromnym, acz godnym epitafium.
Jako jednak, że za patosem nie przepadam, postanowiłam nie czerpać natchnienia z polecanych przez ZWL rzymskich wzorów (skądinąd bardzo ładnych, lecz przeraźliwie smutnych) i wybrałam pełną purnonsensu książkę Anny Bikont i Joanny Szczęsnej.

Autorki wykonały niewątpliwie olbrzymią pracę, przekopując się przez szereg źródeł – zarówno polsko-, jak i anglojęzycznych. Opisały również podjętą przez siebie onegdaj (na łamach „Gazety Wyborczej”) próbę wskrzeszenia owego gatunku poprzez wciągnięcie czytelników do epitafiumowej zabawy (nie, to nie jest oksymoron!).
Wśród twórców epitafiów wymieniane są same znakomite nazwiska: Tuwim, Hemar, Burns, Lec, Fredro, Morsztyn, Szczepkowski, Barańczak, Szymborska.

W książce znajdziemy między innymi:

- „prawdziwe” epitafia, pochodzące podobno z polskich, ale i zagranicznych nagrobków:
         „Tutaj nieszczęsny małżonek mój leży,
         Co stracił życie przez upadek z wieży.
         Ten, komu znana wysokość tej wieży,
         Łatwo głębokość mego smutku zmierzy.”
lub
         „Ot tobie masz!
        Umarł ojciec nasz.”

- epitafia układane dla zabawy, dla osób jeszcze w najlepsze żyjących:
         „Tu leży Minkiewicz Janusz.
         Nie budź go, o Panie!
         Kminek, piołun, anyż.
         Wytrzeźwieje. Wstanie.”   Stanisław Jerzy Lec
lub
          „Tu leży Andrzejewski Jerzy
        Położył się na ament
       przez popiół i diament.”  Tadeusz Kwiatkowski.

 - Niektóre z nich są niemiłosiernie złośliwe:
          „Zmarł Iwaszkiewicz Jarosław:
Prawdą a Bogiem,
Ty go, Partio, błogosław”
Krzyżyk na drogę.”  Jan Brzechwa,

 - inne po prostu śmieszne:
         „Tutaj leży chemik Dezydery,
         Który wypił aż po same dno
         Pełne wiadro H2SO4
         Myśląc, że to zwykła H2O.”   Julian Tuwim

- część stanowi znakomite ćwiczenia z języka:
         „P.Lansing, amerykański podsekretarz stanu,
Zasnął w Panu.
Postawili mu pomnik cały z lazuli lapis
I napis:
„Tu leży amerykański podsekretarz stanu p. Dansing,
Były rym do słowa dansing”.”   Marian Hemar,

 - są wreszcie epitafia dla poszczególnych zawodów.


I tu – ze szczególną dedykacją dla redaktorów:
         „W walce z bykami byliśmy sami.
         Krulowo Świenta mudl się zanami.”

Ale żeby nie było, żem tendencyjna, jest i coś dla prawników:
         „Dziw nad dziwy,
         Cud prawdziwy,
         Tu leży prawnik, co był uczciwy.”

Na zakończenie coś, co – po lekkich zmianach – znakomicie nadawałoby się na moje epitafium dziś właśnie:
         „Tu leży ciało Emilii Brawo,
         Sygnalizowała, że skręci w lewo, a skręciła w prawo.”
I tu wyjaśnienie: kiedy wychodzi się z Kliniki Okulistycznej, zasadniczo powinno się przewidzieć, że wsiadanie do samochodu grozi… na szczęście tylko kolizją.

W zaistniałej sytuacji nie pozostało mi nic innego, niż tylko sklecić epitafium samodzielnie. Cóż, do Hemara mi daleko, więc tymczasem pozostaje tylko takie oto:
Tu leży momarta
(w tym stanie już grzechu niewarta).

Anna Bikont, Joanna Szczęsna „Epitafia czyli uroki roztaczane przez niektóre zwłoki”, Prószyński i spółka, Warszawa 1998.

poniedziałek, 29 października 2012

P. Beręsewicz "Czy wojna jest dla dziewczyn", czyli czy książki o wojnie są dla dzieci?


Kiedy nasze dzieci stają wystarczająco duże, żeby zacząć z nimi rozmawiać o rzeczach smutnych i prawdziwych?
Kiedy czas już przestać cenzurować bajki poprzez wybieranie tylko tych, w których wszyscy żyją długo i szczęśliwie?

Czasem mam wrażenie, że świat dzieci dzieli się na dwie krańcowo różne krainy.
Tę, do której trafiają dzieci, na które rodzice chuchają i dmuchają, kochają, tulą, edukują, chronią, często przesadnie.
I tę, w której dzieci muszą bardzo wcześnie poradzić sobie z życiem. Bo albo nikt nie chce na nie chuchać i dmuchać, albo chce, jednak wskutek splotu zdarzeń nie może tego zrobić.

Wojna. Śmierć.
To przecież nie są tematy dla dzieci.


Kiedy, po długich wahaniach, przekonana przez Anię z „Poza rozkładem”, przyniosłam do domu książkę Pawła Beręsewicza „Czy wojna jest dla dziewczyn?”, mąż stwierdził, że zwariowałam. Z kolei mój starszy syn oświadczył, że on na pewno nie będzie czytał o żadnej wojnie, bo na wojnie ludzie umierają i to jest smutne, a on nie chce być smutny.
Matka potwór, chce czytać dziecku o wojnie.

Czytaliśmy pomału. To Starszy decydował ile chce usłyszeć danego dnia. Zawsze też rozmawialiśmy o tym, co usłyszał. Na niektóre pytania ciężko było mi odpowiadać; nie zawsze wiedziałam, czy powiedzieć mu to, co chce usłyszeć, czy może jednak już tym razem co innego. Kilka razy powiedział, że już nie chce dalej czytać tej książki.
- Dlaczego, synku?
- Bo się boję. Bo nie chcę, żeby jej tata umarł.

Ja też tego nie chcę synku, gdybyś wiedział, jak bardzo tego nie chcę. Ale – w odróżnieniu od Ciebie – już wiem, że nie jestem wszechmogąca.

Jeśli można mówić o „dobrej” książce na początek czytania i rozmawiania z dzieckiem o smutnych sprawach, to jest to właśnie ta książka.

Paweł Beręsewicz pokazał w niej całkiem inną twarz. Uważam, że nikt nie napisałby tej historii lepiej od niego. Zrobił to w sposób prawdziwy, z szacunkiem dla młodego czytelnika, ale nie przekraczając pewnych granic. Opowiedział bowiem o świecie widzianym z perspektywy dziecka – jest to bardzo zły świat, świat drugiej wojny światowej, kiedy nagle zburzone zostaje wszystko, co znane, dobre, bezpieczne. Widzimy tyle, ile widzi dziecko, główna bohaterka, Ela. Nie ma epatowania śmiercią, krwią, świstem pocisków. Są wątki żartobliwe, bo przecież wybuch wojny nie powoduje odebrania ludziom poczucia humoru. Nie wszyscy jednak przeżyją. To jest wojna, synku.





Historia jest też znakomicie zilustrowana przez Olgę Reszelską. Nie ma tu za dużo koloru, choć nie są to też nazbyt w takiej sytuacji oczywiste czarno-białe ilustracje. Widziałam, że mojemu synowi bardzo się podobały i chyba pomagały mu udźwignąć to, co słyszał.






To jest prawdziwa historia. To wszystko przydarzyło się naprawdę pani Elżbiecie Łaniewskiej-Łukaszczyk, „Czarnej Elce”, o której nie zapomniano wspomnieć na ostatniej karcie. Mój syn wiele razy podczas lektury pytał mnie, czy to zdarzyło się naprawdę – dzięki temu miałam dla niego gotową odpowiedź.

Koncepcja książki powstała w Muzeum Powstania Warszawskiego. O Powstaniu nie ma tu wprawdzie mowy, ale to bez znaczenia. O ile do tej pory miałam wątpliwości co do idei przekazywanych dzieciom w budynku tego Muzeum (kamienieję na sam dźwięk zwrotu „mały powstaniec”), o tyle teraz nie mam wątpliwości, że robią rzeczy ważne i potrzebne.

I jeszcze jedno.
Dziś mały chłopiec w wieku mojego syna stracił swoją mamę.
Bardzo mnie to boli, nie godzę się z tym, ale wiem też, że to jest życie.
Nie da rady uchronić przed nim naszych dzieci.

Paweł Beręsewicz "Czy wojna jest dla dziewczyn?", Wydawnictwo Literatura, Łódź 2011.
Ilustrowała Olga Reszelska.

piątek, 26 października 2012

Stanisław Lem "Maska", czyli Lem nieco inny


Po ostatniej dyskusji na blogu Czytanki Anki, jadąc siłą rozpędu, poza „Kongresem futurologicznym” przeczytałam jeszcze zamieszczoną w tym samym zbiorze „Maskę”.
I w ten to sposób odnalazłam odpowiedzi na kilka zgłaszanych przez lemosceptyków wątpliwości.
- A u Lema to nie ma w ogóle kobiet i o kobietach!
Fakt, w zasadzie to prawda. Ale proszę bardzo – po początkowym, krótkotrwałym zamieszaniu z płcią wyrażającego się bezosobowo narratora („powiększałom się i rozpoznawałom siebie”, „leżałom”), okazuje się, że główną bohaterką „Maski” jest kobieta. I to piękna kobieta – na tyle piękna, że sam jej widok razi niczym gromem ważną personę w Królestwie, szlachcica Arrhodesa. Co więcej, kobieta ta umiejętnie używa typowo kobiecych sztuczek: a to upuści wachlarz, a to spłonie rumieńcem, a to rzuci od niechcenia wyjątkowo celną i inteligentną uwagę.
Aby nie psuć owej miłej kobietom wizji, napomknę więc tylko małym druczkiem, że w dalszej części owa kobieta w niepokojący sposób upodabnia się do modliszki…

- A u Lema to tylko jakieś dziwne stwory, kosmos i futurystyczne wizje!
Osobiście nie uważam tego za wadę, rozumiem jednak iż nie wszyscy się w tym odnajdują. Proszę więc bardzo, chwyćcie za „Maskę”!
Rzecz dzieje się bowiem wprawdzie nie wiadomo gdzie, może w kosmosie, a może nie, miejsce to jednak przypomina Ziemię i to taką okołośredniowieczną (może renesansową?) Mamy króla, zamek, ucztę, królewskie ogrody, karetę ze stangretem, a nawet niezbędnych w takim entouragu mnichów.
Uwaga, uwaga! Bardzo długo nie ma też żadnych dziwnych stworów! Co więcej, kiedy takowy wreszcie się pojawia (grubo po połowie), to tylko jeden, więc naprawdę, każdy da radę!

- A z tym językiem Lema, to ratunku, naprawdę, bo ileż można czytać ze słownikiem?
Jak okazało się na przykładzie „Kongresu futurologicznego”, dla części czytelników eksperymenty językowe Lema okazują się na dłuższą metę męczące. Z jednej bowiem strony inwencja autora zachwyca i zdumiewa, jednak z drugiej, nieostrożnie dawkowana, przytłacza.
A oto w „Masce” eksperymentów językowych brak (poza wspomnianą na wstępie króciutką etiudą z użyciem „ono”). Napisana jest przy użyciu słów stosunkowo prostych, zrozumiałych; kiedy trzeba nieco archaicznych, zaś w innej sytuacji nowoczesnych. Być może dzięki temu opowieść wciąga; język równoważy bowiem męczącą narrację prowadzoną w pierwszej osobie.

- A poza tym gdzie głębia? Gdzie psychologia postaci?
Prawda, zazwyczaj Lem nie opisuje uczuć i odczuć, stanów emocjonalnych bohaterów. Tu jednak mamy pełną ich gamę. Narratorka opowieści w miarę pogłębiania wiedzy o samej sobie (kim jestem? skąd się wzięłam i po co?), ujawnia nam też coraz szerszą paletę uczuć. Ostatecznie obserwujemy walkę pomiędzy dobrym a złym pierwiastkiem w niej, którą wygrywa… No właśnie.
Dodam tylko, że jako osobie często rumieniącej się niczym dzierlatka, najbardziej przypadł do gustu taki oto fragment:
„I uśmiechnęłam się, och, nie kusząco ani uwodzicielsko, ani promiennie. Uśmiechnęłam się tylko dlatego, gdyż poczułam, że się rumienię. Ten rumieniec nie był naprawdę mój, wpłynął mi na policzki, ogarniał mi twarz, zaróżowił płatki uszu, co wybornie czułam (…); z rumieńcem tym nie miałam nic wspólnego, był tegoż pochodzenia, co wiedza, która wstąpiła we mnie na progu aali, za pierwszym krokiem na jej lustrzaną gładź – ten rumieniec zdawał się częścią dworskiej etykiety, tego co właściwe, podobnie jak wachlarz, krynolina, topazy i uczesanie.”
A teraz proszę, kto podejrzewał Lema o takie zdania?

„Maskę” pochłonęłam na raz (co nie jest specjalnie trudne – w moim wydaniu zajmuje ledwie 52 strony).
Chyba najbardziej spodobała mi się w niej jej mroczna atmosfera, niczym z powieści grozy. Atmosfera kojarząca mi się z moim chyba najbardziej ulubionym filmem – „Łowcą androidów” Ridleya Scotta. Filmem, będącym ekranizacją powieści Philipa K. Dicka „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach”. Obie te historie w zasadzie opowiadają zresztą o tym samym – o sztucznej inteligencji i jej granicach lub braku takowych. Opowieść Lema wydaje mi się jednak – mimo wszystko – bardziej optymistyczna, niż opowieść Dicka.




Sam autor zdaje się, że wysoko cenił ten utwór. Kiedy bowiem na początku tego wieku tworzono antologię jego opowiadań „Fantastyczny Lem” i przyznano mu prawo ostatecznego głosu co do treści zbioru, wykreślił inne opowiastki, wyżej ocenione przez czytelników, w to miejsce zamieszczając właśnie „Maskę”.





Dopiero pisząc tę notkę, dowiedziałam się, że „Maska” została zekranizowana. Uczynili to całkiem niedawno, w łódzkim studiu Semafor bracia Quay.
Niestety, nie widziałam całości, ale fragmenty z trailera dobrze oddają – moim zdaniem – atmosferę opowiadania.
A muzykę do filmu napisał Krzysztof Penderecki, więc – jeśli nie z zamiłowania do Lema, to chociaż ze snobizmu – przeczytajcie „Maskę”.

Stanisław Lem "Kongres futurologiczny. Maska", Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1983.