A miało być tak pięknie…
Książkę Ingi Iwasiów
wypożyczyłam głównie z myślą o blogu.
Myślałam: „przeczytam i napiszę im wszystkim, że
szczecinianie nie gęsi, o!”
Gę, gę.
| źródło zdjęcia: Gazeta Wyborcza |
Do Ingi Iwasiów mam
sentyment.
Ma
ona chyba tyle samo lat, co moja wychowawczyni z liceum; polonistka, która
wywarła na mnie olbrzymi wpływ, zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę. Naszej
klasie trafił się wspaniały Pedagog, trzeba to powiedzieć otwarcie.
Wydaje
mi się, że obie panie dobrze się wtedy znały; jak przez mgłę przypominam sobie, że raz
– jako klasa, albo jako jej chętna część - mieliśmy okazję spotkać się i
porozmawiać z panią Iwasiów, która już wtedy (a było to w pierwszej połowie lat
90-tych, kiedy miała ona mniej lat niż ja mam teraz) jawiła się nam nie jako
zwykła polonistka, nie, nie, lecz jako Ktoś Przeznaczony Do Spraw Wyższych. I
nie ma tu absolutnie żadnej ironii.
„Bambino”
przeczytałam z zaciekawieniem i, choć czytało się dość ciężko, podobało mi się.
„Ku
słońcu” nie udało mi się dotąd przeczytać.
„Na
krótko” przeczytałam. Niestety.
Nie
aspiruję do miana literaturoznawcy i wyznacznika literackich trendów.
Przeciwnie, mam na tym tle trochę kompleksów, wynikających z trudnych do
nadrobienia braków z ostatnich lat, kiedy to najpierw zdobywałam pozycję
zawodową, a potem nadrabiałam zapóźnienie w życiu rodzinnym. Mogę więc się „nie
znać”.
Ta
książka mi się jednak po prostu nie podoba.
Wiem,
że Inga Iwasiów lubi specyficzną narrację, przez co jej książek nie czyta się
lekko, ale tu poszła trochę za daleko.
I
nie chodzi o to, że powieść jest podzielona na krótkie rozdziały, opisywane
z perspektywy poszczególnych bohaterów, których jest czworo (Sylwia i Tomek
oraz Ruta i Kazik). Taki zabieg stosowało już wielu autorów (by nie sięgać w
moich lekturach daleko – choćby Magda Szabo w „Świniobiciu”) i czytało się to
dobrze, choć konieczne było włożenie w lekturę pewnego wysiłku. Pewien wysiłek
to ja lubię, ale jak pot mi z czoła spływa, a mroczki latają przed oczami, to
uprzejmie dziękuję.
Jak
przeczytałam tu, „Na krótko” ma być antyutopią.
O
rety.
Panie Huxley, co Pan na to?
Tu
przeczytałam natomiast, iż Inga Iwasiów uważa, że pierwszy raz udało jej się
napisać powieść, która ma elementy satyryczne.
Cha,
cha, cha! A jak już się uśmiałam, mogę prosić o wskazówki, które to dokładnie
elementy?
Nic
nie poradzę. Ryzałam tę lekturę i ryzałam. Mówiłam sobie: „moja droga, 50 stron
to musisz dziś przeczytać!”, po czym w bólach czytałam 30.
Iwasiów
w jednej z zamieszczonych w internecie rozmów mówi, że jej książka „jest to z pewnością
tzw. powieść uniwersytecka, której konwencji w Polsce mamy zdecydowanie
niedosyt”. Być może mamy, nie jestem znawcą współczesnej polskiej literatury.
Jednak jeśli mają to być takie książki, to nie liczyłabym na popularyzację
gatunku.
Akcja
"Na krótko" dzieje się w bliżej niesprecyzowanej przyszłości, przypuszczalnie około
roku 2025-2030, gdzieś w którymś z państw za naszą wschodnią granicą. Autorka
pokusiła się w związku z tym o próbę wymyślenia owego świata, w nawiązaniu do
procesów toczących się tu i teraz. Obejmuje to także próbę wymyślenia kierunku
postępu technicznego, nowych wynalazków, a co za tym idzie, także konieczność
stworzenia nowych słów opisujących tę rzeczywistość. Może gdybym nie czytała
tyle Lema, to by mi się podobało. Jednak chociaż Lem tworzył swoje książki
40, 50 lat temu, ich świat wydaje mi się bardziej świeży i intrygujący niż
stworzony tu i teraz świat Iwasiów.
Jednym
słowem, dla mnie pudło.
O
Szczecinie pomyślcie zaś ciepło przy innej okazji:)
Inga
Iwasiów „Na krótko”, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2012.