poniedziałek, 3 grudnia 2012

K. Ishiguro "Nie opuszczaj mnie", czyli bez emocji


Jeśli zaczyna się znajomość z Kazuo Ishiguro od „Nokturnów”, nabiera się spaczonego spojrzenia na twórczość tego pisarza. Wątek muzyczny staje się bowiem dominujący.

źródło zdjęcia
Kim jest Judy Bridgewater, do licha? – zastanawiałam się w czasie czytania. Wydawało mi się, że po „Nokturnach” poznałam gust muzyczny Ishiguro, kierujący się w rejony, które znam akurat całkiem dobrze. Ze znanych mi Bridgewater w muzyce występuje jednak tylko Dee Dee, zaś Judy? Pierwsze słyszę.

Co innego z piosenką, którą owa Judy śpiewa w książce, a która jest mi dobrze znana. Wprawdzie moje pierwsze skojarzenie nie biegnie w stronę anglojęzycznej "Never Let Me Go", wykonywanej chociażby przez Dinah Washington, lecz raczej do Brela i jego genialnego "Ne me quitte pas", ale sens każdego z tych utworów jest zbliżony. Niewątpliwie też Ishiguro chodziło o ten pierwszy utwór - oryginalny tytuł książki brzmi bowiem właśnie "Never let me go", nie zaś "If you go away", jak tłumaczy się tekst piosenki Brela. Powyższa wiedza nie uczyniła mnie jednak wcale wiele mądrzejszą.


Nie wiem, czemu tytuł powieści brzmi właśnie tak. I czemu nawiązuje tak wyraźnie akurat do tego utworu. Podmiot piosenki (czy jednej, czy drugiej, bez znaczenia) ma uczucia, które nim targają i w tym akurat momencie wyznaczają cały jego świat. A bohaterowie Ishiguro? Hm.
We wszystkich czytanych przeze mnie recenzjach tej książki, ich autorzy zastrzegali się na samym początku, że są one (lub nie są, bo się postarali) spoilerami. Moim zdaniem to bez znaczenia, bowiem sam Ishiguro odkrywa karty w zasadzie na samym początku. Już w pierwszym rozdziale dowiadujemy się bowiem, jakie będą losy bohaterów, których poznamy dopiero za chwilę. Wiemy więc, że Kathy H., narratorka historii, żyje i jest opiekunką osób, które przebyły donacje, zaś Tommy i Ruth zostali dawcami, którymi zresztą i ona się opiekowała. Koniec, wielki finał był już na początku. Dawcy – donacje, przy odrobinie rozumu po przeczytaniu trzeciej strony wiemy już jak cała opowieść się skończy i o czym będzie.

Ishiguro stworzył świat alternatywny, osadzony jednak w przeszłości (w Anglii, pod koniec XX wieku), w której ziściły się najgorsze sny przeciwników manipulacji genetycznych. Aż dziw, że tej lektury nie wypisują oni na swych sztandarach; myślę jednak, że to wyłącznie skutek niedostatecznego oczytania.
Autor zmusza nas do postawienia sobie paru pytań, zastanowienia się nad tym, w którą stronę zmierzamy i czy aby na pewno każdy postęp jest dobry, ale czyni to w sposób, który nie porywa. Cała historia, opowiedziana bardzo szczegółowo (momentami nazbyt szczegółowo) jest w zasadzie beznamiętna. Narratorka zdaje nam relację ze zdarzeń, niewiele mówiąc o swoich uczuciach. Także i pozostali bohaterowie są raczej jałowi. Jedyną osobą, która wyłamuje się z tego schematu jest Tommy, ale i to tylko do czasu. Gdy dodać do tego niemal całkowitą bezwolność głównych postaci, które choć czasem podejmują próby poderwania głów, zwieszają je natychmiast z powrotem przy niepowodzeniu, okazuje się że w zasadzie i książka nie wzbudza zbyt gorących uczuć. Letniość przy takiej tematyce to zaś wada.


W trakcie czytania powieści nie pamiętałam, że została ona zekranizowana.
Filmu nie widziałam, ale po obejrzeniu trailera odniosłam wrażenie, że reżyser filmu dodał do niego to, czego mi zabrakło w książce. Nie wiem jednak, czy efekt nie jest zbyt prosty, oczywisty, amerykański, choć przecież nie mam też pojęcia, co tak naprawdę chciał osiągnąć sam Ishiguro. Tytułowe „nie opuszczaj mnie” wydaje mi się bowiem jedynie jego pobożnym życzeniem – chciałby, aby którakolwiek ze stworzonych przezeń postaci wypowiedziała kiedyś, do kogoś taką prośbę. Na próżno.

A co z Judy?
Pojawiła się w filmie i zaśpiewała piosenkę. Jednak nie swoimi ustami, lecz ustami Jane Monheit i całkiem inną piosenkę.


Kto więc chce, niech rozwiązuje tę zagadkę, ustępuję pola. W tym czasie spróbuję zaś dopaść gdzieś „Okruchy dnia”, aby wreszcie dowiedzieć się, dlaczego Ishiguro wielkim pisarzem jest.

Kazuo Ishiguro „Nie opuszczaj mnie”, Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2005. 

piątek, 30 listopada 2012

K. Makuszyński, M. Walentynowicz "120 przygód Koziołka Matołka", czyli jaką fajną książkę może przeczytać drugoklasista, jeśli rodzice nie będą mu przeszkadzać


Niniejszy post w żadnym wypadku nie został zainspirowany rozmowami ze Starszym na temat tego, co dzieje się u niego w szkole!

Drogie Dzieci i ich Rodzice!

W tym miejscu znajdziecie kompendium wiedzy na temat lektury przewidzianej w klasie II szkoły podstawowej pt. „120 przygód Koziołka Matołka” (nie podajemy nazwisk autorów, bo są strasznie długie i dzieci i tak nie zapamiętają).
Wychodząc naprzeciw Waszym oczekiwaniom, przygotowaliśmy mały bryk, dzięki któremu Wasze dzieci w 5 minut dowiedzą się o co w książce chodzi, a zaoszczędzony czas będą mogły poświęcić innym, bardziej przydatnym i nowoczesnym rzeczom.


Dla lepszego przyswojenia wiedzy przebieg zdarzeń w książce zostanie przedstawiony w punktach:



1. Koziołek wyrusza
Celem podróży jest miasteczko Pacanów, w którym Koziołek zamierza podkuć się na próbę.






2. Koziołek wędruje
Długo. Idzie przez 120 obrazków, spotykając po drodze różne zwierzęta (np. niedźwiedzia, jeża, wilka), ludzi oraz zwiedzając różne kraje, jak np. Afganistan, Chiny, Indie.





3. Koziołek nie dociera do celu.
Niestety, koziołek kończy podróż w Warszawie zamiast w Pacanowie, jednak w przyszłości zamierza dalej wędrować. Na szczęście zostało to opisane już w kolejnych księgach, których nie trzeba czytać, gdyż nie są lekturą.




Poniżej wersja rozszerzona, WYŁĄCZNIE dla zainteresowanych.

1. Wydawać by się mogło, że kiedy dziecko jest w drugiej klasie i jeszcze nie zdążyło się zrazić do czytania (bo dopiero zaczyna), nie ma szans, żeby nie zainteresowało się Koziołkiem Matołkiem.

Drodzy Rodzice: dziecko się na pewno nim nie zainteresuje, jeśli ściągniecie mu z Internetu tekst w PDF.
Uwaga! Integralną częścią tej książki są ilustracje! Kornel Makuszyński figę by odniósł, a nie sukces, gdyby nie Marian Walentynowicz, który tak genialnie go wyrysował. Jeśli już natomiast drukujecie na bogato - z ilustracjami – to zwróćcie uwagę czy aby na pewno macie kolorową drukarkę. Wydruki czarno-białe są raczej biedne.
Marginalnie tylko wspomnimy, że w zasadzie to nieładnie tak ściągać pirackie wersje książek. Ściąganie ich dla dzieci jest wręcz bardzo nieładne.

Aha! Kreskówka o Koziołku Matołku nie jest wierną ekranizacją książki! Ba, jedynie luźno do niej nawiązuje. Owszem, jest znakomita (zwłaszcza muzyka i lektor – Wiesław Michnikowski), jednak mimo wszystko proponujemy seans po lekturze, nie zaś zamiast niej.


2. Jeśli nie lubicie dużo czytać, pomyślcie: to tak naprawdę nie jest książka, lecz komiks! (Uwaga dla bardzo zainteresowanych: podobno jeden z pierwszych w Polsce! Uwaga dla bardzo zainteresowanych: nie komiks, a parakomiks).


Nie trzeba więc bardzo dużo czytać, czasem nawet trafi się znany już ze Spidermana zwrot, jak np. „Bum! Bum!”.
Poza tym jest do rymu: koziołek – matołek, blisko – wilczysko, szpony – strony. Phi! Sami byście tak napisali. Może niekoniecznie ośmiozgłoskowcem, ale od razu lżej na sercu, prawda?



3. Niezależnie od poglądów, każdy znajdzie tu coś dla siebie:

a) osoby o poglądach konserwatywnych: Koziołek Matołek jest prawdziwym Polakiem. Na co dzień przechadza się w biało-czerwonym stroju, a chociaż podróżuje po całym świecie (a nawet i po kosmosie!), gdzie widzi rozmaite cuda i styka się z wielkim bogactwem, serce zawsze ciągnie go do polskiej ziemi. Wyraźna jest też jego skłonność ku płci pięknej – po nieudanych próbach wżenienia się w arystokrację, ostatecznie wziął za żonę bardzo piękną kozę (o czym jednak dowiadujemy się dopiero w książce o przygodach małpki Fiki-Miki).



b) osoby o nowoczesnym światopoglądzie: choć Koziołek skłania się ku opisanym wyżej tradycyjnym wartościom, to jednak jest szczery, otwarty i chętny do pomocy wobec każdego napotkanego na swej drodze stworzenia. Najlepszym jednak dowodem jego postępowości niech będzie ten oto obrazek!





c) osoby z natury wesołe: niewątpliwie znajdą w Koziołku bratnią duszę. Choć bowiem spotyka go wiele strasznych przygód, z obcięciem głowy na czele, zawsze wychodzi z nich cało, obracając okrutne wspomnienia w żart. Niespecjalnie też bierze wszystkie zdarzenia do siebie i choć pozostaje w tym bardzo naiwny, nie budzi politowania, a wyłącznie sympatię. 


Gdyby był choć trochę mądrzejszy, mógłby pewnie tak oto streścić swoje życiowe zasady:
począłem uprawiać naiwną filozofię żywioną dobroczynnym kłamstwem i upartym przekonaniem, że z bliźnim należy się dzielić jedynie chlebem i radością, a przenigdy sarmacką krępą smutku i czarną polewką zwątpienia”.
Niestety, mądrzejszy nie jest, więc zamiast niego takie zdanie musiał wyrazić jego twórca, Kornel Makuszyński („Kartki z kalendarza”). 



d) osoby z natury smutne: na pewno się rozweselą. Mają na to całe cztery księgi, a jeśli to nie pomoże (niemożliwe!), mogą poprawić jeszcze trzema księgami przygód małpki Fiki-Miki. Śmiech ogarniający czytelników przy lekturze nie jest przy tym pusty, czy głupi, o nie! Jest to śmiech, który może stać się sposobem na życie – przygody Matołka pokazują bowiem, że pozytywne nastawienie do życia oraz serdeczność wobec innych zawsze zaprocentują.


Całą zaś resztę, jeszcze być może nieprzekonaną, niech zachęcą te oto słowa Wandy Borudzkiej, autorki krytycznej recenzji, opublikowanej w roku 1934 w „Wiadomościach Literackich” (cytuję za Hubertem Ronek, autorem znakomitej pracy magisterskiej na temat Koziołka Matołka):

„Są to przygody nie tylko matołka, ale przede wszystkim dla matołków. Dobrze wiemy jak dzieci za tą książką szaleją i ile stąd przyjemności doznaje nakładca. Mimo to jest to brukowiec w typowej postaci. Jeśli nie seksuologiczne mordy, włamania, kradzieże, to przynajmniej skoki do środka ziemi, padanie na łeb do wody, obcinanie i porastanie bród, nade wszystko zaś (…) dowcipy związane z funkcją siadania (kleszcze raka w ogonie itp.).(…) Ruch jest w interesie – podróże na gwiezdnych ogonach, przerzucanie się z jednej części świata do drugiej, kraksy samochodowe i różne wywijasy tego koźlego głuptaka. Zakończenie sielskie anielskie nie ratuje sprawy, dowcip zaś (pomysłowy tylko miejscami) przyprawia dzieci o ból brzucha ze spazmatycznego rechotu. (…)
Niezrozumiałe jest natomiast dlaczego ten bydlak ma obnażony tors anemicznego ojca rodziny, zabierającego się do mycia górnego dekoltu. Czy nie można go było zbliżyć do naturalniejszej postaci? Pomysł przybierania zwierzęcia w czerwone majtki znamy dobrze z pocztówek ubiegłego stulecia. Tak też przyozdabiano tresowane pieski w starych numerach kabaretowych. Uczciwy, zdrowy pies zdarłby z siebie tę rzecz z obrzydzeniem. Kozioł również, uczyniwszy właściwy mu użytek z rogów na tych, co go powołali do absurdalnych wyczynów.”

Kornel Makuszyński i Marian Walentynowicz „Przygody Koziołka Matołka” Oficyna Wydawnicza G&P, Poznań.
Kornel Makuszyński i Marian Walentynowicz „Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki” Oficyna Wydawnicza G&P, Poznań. 

poniedziałek, 26 listopada 2012

B. Łopieńska "Męka twórcza", czyli dlaczego nie jest łatwo być intelektualistą


Choć skończyłam lekturę już jakiś czas temu, odwlekałam napisanie tej notki, nie wiedząc w zasadzie co napisać. Nie dlatego, żebym nie wiedziała, co myślę, lecz dlatego, że o tej książce chciałabym napisać za dużo. Za bardzo.
Może więc i dobrze, że trochę poczekała, bo teraz, w zestawieniu z poprzednim postem, powstanie mi ładny ciąg logiczny.

źródło zdjęcia: Wysokie Obcasy
Co po nas zostanie? Po Barbarze Łopieńskiej zostały m.in. te rozmowy. Myślę też, że większość jej rozmówców również uzna ich zapis za godny ślad ich bytności na ziemi.

Gdybym - stojąc kilkanaście lat na rozdrożu zawodowych dróg życiowych - zdecydowała się jednak skręcić w stronę dziennikarstwa, chciałabym być dzisiaj taką dziennikarką jak Łopieńska. Nie sądzę jednak, aby było to możliwe. Do tego trzeba być bowiem osobą tak inteligentną jak ona, tak przenikliwą jak ona, mającą za sobą tyle przeżytych lat, tyle przeczytanych książek i tyle przeprowadzonych rozmów co ona. Eufemistycznie rzecz ujmując, nieco mi więc brakuje.

Książka stanowi zbiór rozmów, jakie ukazywały się w „Res Publice Nowej” w latach 2001-2003, a więc w ostatnich latach życia Barbary Łopieńskiej. Miało być ich więcej, rozmowy z założenia miały charakter cykliczny; stało się jednak inaczej. Szkoda.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zetknęłam się z takim sposobem prowadzenia rozmowy. W prasie nie znajduję odpowiednich przykładów, telewizji nie oglądam w ogóle, więc tym bardziej nie mogę niczego wskazać. Choć, może trochę wspólnego można odnaleźć w rozmowach Grzegorza Miecugowa w „Innym punkcie widzenia”; może w „Rozmowach na koniec wieku” Katarzyny Janowskiej i Piotra Mucharskiego? Narracja telewizyjna wymusza jednak innego rodzaju kontakt z rozmówcą niż w przypadku spotkania bez kamer, dla celów wywiadu prasowego. Te drugie są bardziej intymne. Rzeczą dziennikarza jest w tym przypadku oddanie atmosfery tej rozmowy tak, aby czytelnik mógł dowiedzieć się o jej bohaterze jak najwięcej – rzeczy istotnych i śmiesznych, ważnych i pozornie głupich, dających jednak obraz całości. Łopieńskiej udawało się to znakomicie, przy czym – co dla mnie bardzo ważne – nie przekraczała ona granicy intymności swojego rozmówcy.

Barbara Łopieńska wiedziała o swoich interlokutorach bardzo dużo. To pozwalało jej na stawianie trafnych pytań. Pytań, których głupi dziennikarz nie zada, bo będzie się wstydził. Bo będzie troszczył się przede wszystkim o to, aby inni nie pomyśleli, że czegoś nie wie i nie dorasta do swojego rozmówcy, wobec czego cały czas będzie kiwał głową i udawał, że wszystko rozumie. Tak, jak ja to robiłam, gdy 15 lat temu wysyłano mnie z mikrofonem i kazano „zrobić materiał”. Z całym szacunkiem, dobry dziennikarz nie może mieć 20 lat. Ba, chyba nie może mieć nawet lat 30.


Podczas czytania książki z myślą o napisaniu o niej paru słów, mam zwyczaj naklejać w interesujących miejscach samoprzylepne karteczki. W tym przypadku było to pozbawione sensu. Trzeba byłoby okleić ją całą. Nie chce mi się nawet liczyć, ile ich – ostatecznie, po licznych redukcjach – przykleiłam. 40? 50?

Kim są intelektualiści, z którymi rozmawiała Łopieńska?
Wybór nie był oczywisty, a przekrój olbrzymi. O większości z nich wcześniej wiedziałam sporo (Maria Janion, Jerzy Pilch, Marek Bieńczyk, Piotr Wierzbicki, Leon Kieres, Jadwiga Staniszkis), o innych wystarczająco dużo (Tomasz Łubieński, Jacek Hołówka, Andrzej Chłopecki, Jerzy Jedlicki), choć byli i tacy (Jolanta Brach-Czaina, Maria Poprzęcka), o których nie wiedziałam prawie nic. Po lekturze każdej rozmowy zyskiwałam przekonanie, że oto miałam możliwość obcowania z kimś wyjątkowym, ale zarazem zupełnie zwyczajnym. Do większości z nich – z dwoma wyjątkami – poczułam olbrzymią sympatię. Każdy z rozmówców bowiem – choć wszak intelektualista – okazał się być po prostu człowiekiem. A przynajmniej takimi nam ich pokazała Łopieńska. Nie można bowiem inaczej, gdy np. rozmowę z takim Tomaszem Łubieńskim zaczyna się tak: „Wydaje mi się, że gdybym była intelektualistką, tobym chyba zwariowała. To zawód, który musi człowieka psychicznie pożerać. Zdarzyła się Panu sytuacja, że tak Pan nad czymś myślał i myślał, że prawie się Pan wykończył?
Kiedy jednak czytam pierwsze zdanie, jakim Łopieńska zaczęła rozmowę z profesor Jolancie Brach-Czaina (”Chcę się Pani Profesor jako autorce tekstów o malwie, nasturcji, wiśni oraz kabaczku poskarżyć. Wracałam niedawno z targu z pękiem niesamowitych kwiatów słonecznika, od normalnych, żółtych, przez brązowe do czarnych. Nikt mnie nie spytał, skąd je mam, nawet nikt się za mną nie obejrzał”), to przede wszystkim niewymownie mi żal, że jest na świecie mniej o jedną osobę, która zwraca uwagę na piękno słoneczników i która smuci się tym, że inni go nie dostrzegają.

Rozmową, która jednak najbardziej mnie poruszyła, była ta, na której zapisie nie nakleiłam ani jednej karteczki. Jej bohaterem jest profesor Leon Kieres, indagowany w bardzo trudnym dla niego roku 2002, kiedy pełnił jeszcze funkcję Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Nie śledziłam wówczas dokładnie tego, co działo się wokół IPN, choć ogólną atmosferę mam w pamięci. Teraz jednak, kiedy od tego czasu upłynęło 10 lat, a życie polityczne w Polsce wygląda tak, jak wygląda, wypowiedzi Profesora czyta się z pewnością zupełnie inaczej niż wtedy, gdy rozmowa pierwotnie ukazała się drukiem. Nie umiem oddać słowami tego, co myślałam, gdy po odłożeniu książki bardzo długo nie mogłam zasnąć, ale ten skromny człowiek (skromność to w zasadzie cecha wspólna wszystkich rozmówców Łopieńskiej, no, prawie wszystkich) jest kimś, dla kogo na pewno już zawsze będę miała olbrzymi szacunek. I jeszcze bardziej niż wcześniej cieszę się z tego, że to właśnie on w sierpniu tego roku został wybrany sędzią Trybunału Konstytucyjnego.

Po zakończeniu lektury zastanawiałam się, czy gdyby Barbara Łopieńska żyła, uważałaby że są jacyś nowi, młodzi intelektualiści, z którymi warto byłoby porozmawiać na temat ich życia psychosomatycznego. Nikt nie przyszedł mi do głowy. Na szczęście zawsze mogę pocieszać się, że Ona z pewnością odkryłaby przed nami wiele takich osób, których istnienia nie dostrzegamy.

Barbara N. Łopieńska „Męka twórcza. Z życia psychosomatycznego intelektualistów”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004. 

EDIT (14 grudnia 2012r.): Życie pokazuje, że dokonany przez Barbarę Łopieńską wybór profesora Kieresa jako rozmówcy i mój do niego szacunek mają głębokie uzasadnienie. Chodzi o tę sprawę, a to dlaczego tak ważne jest to, co zrobił, wyjaśnione jest tutaj
Lubię, gdy okazuje się, że osoby które uważam za autorytety, są nimi w rzeczywistości.
I cieszę się, że Barbara Łopieńska przeprowadziła tę rozmowę.

sobota, 24 listopada 2012

Przeczytałam nekrolog, czyli o czym myślę w listopadzie


Im człowiek starszy, tym częściej myśli.
Ja myślę na przykład o tym, po co.
Po co robię to, co robię i czy ma to sens.

Nie mam złudzeń. Gdyby np. wybuchła wojna, szlag by mnie trafił w pierwszej kolejności. Nieprzydatna. Nie uszyje, nie wyleczy, tylko myśleć potrafi. Won.
Emigracja w zasadzie też nie dla mnie. Wyuczyłam się tak znakomicie, że nadaję się tylko do pracy w RP. Z zagranicznych ofert pracy najbardziej dopasowany do mojego profilu wykształcenia byłby zmywak. W drugiej kolejności ściera.
Pociesza mnie czasem to, że w ciągu dotychczasowego życia udało mi się robić tyle różnych rzeczy (zmywak i ściera też nie są mi obce), iż dałabym radę. Zebrałabym w sobie siły i nauczyłabym się czegoś nowego. I to nawet pomimo tego, że za chwilę będę oglądać „Czterdziestolatka” nie jako serial o starych ramolach, tylko o ludziach w moim wieku (nie myślałam, że dożyję takiego momentu).

Czasem zaczynam też myśleć o tym, co po mnie zostanie.
Może innym jest to od początku obojętne, może niektórym przychodzi to z wiekiem. Jeśli tak, do mnie jeszcze nie przyszło.
Może to próżność, nie wykluczam, ale chciałabym żeby coś po mnie zostało.
Maria Peszek śpiewa, że nie chce mieć dzieci i z tego, co śpiewa (oraz co mówi tu i ówdzie) wynika, że dobrze rozumie czym to pachnie. Odważna kobieta. Ja w chwilach głębokiego niepokoju pocieszam się bowiem tym, że „przecież mam dzieci”. Zreprodukowałam się; umrę, ale momarciana cząstka zostanie. Uff.
Zdarza mi się też pocieszać tym, że – póki jestem w RP – mam w ręku realne narzędzia do wywierania wpływu na życie innych ludzi. Staram się robić z nich jak najlepszy użytek i łudzę się, że może przez to, iż w taki a nie inny sposób poprzestawiam trybiki, świat stanie się może choć trochę lepszy. Nie mam jednak i nigdy nie uzyskam namacalnego dowodu na to, że tak właśnie jest.

Być może coś wisi w listopadowym powietrzu, że takie myśli krążą. Kiedy kliknęłam dziś na kombajn zakurzonej, zobaczyłam że ona też pływa w podobnym nurcie.
Nie wiem czemu u niej tak. Wiem, czemu u mnie.

Mam wstydliwe upodobanie.
Czytam mianowicie nekrologi we wszystkich gazetach, jakie mi wpadną w ręce. Nie wiem dlaczego i akurat nad tym nie zamierzam się zastanawiać. Przyjęłam tę swoją przypadłość z dobrodziejstwem inwentarza. Mąż się przyzwyczaił.

Nekrologi zazwyczaj są okropne. Pisane na pokaz lub „bo wypada”. Oschłe, oficjalne. Czasem nawet to rozumiem, bo jak można zmieścić w czarnej ramce człowieka? 
Redagowałam nekrologi dwóch osób, bardzo mi bliskich. Były do bani; może dlatego że mnie wtedy za bardzo i zbyt niespodziewanie bolało?
Wczoraj przeczytałam inny.


Nie znałam profesora Niemca, nie słyszałam o nim.
Tego nekrologu ogromnie mu jednak zazdroszczę.

„Dziękujmy za te wszystkie dzieci rozsiane po Polsce, które, dorastając, będą najprawdziwszą pamiątką po Tomku”

Nie wiem, kto napisał to zdanie, ale uważam, że udało mu się ująć najpiękniejszą prawdę o Człowieku, któremu udało się życie.

środa, 21 listopada 2012

I. Iwasiów "Na krótko", czyli na dłużej bym nie liczyła


A miało być tak pięknie…

Książkę Ingi Iwasiów wypożyczyłam głównie z myślą o blogu.
Myślałam: „przeczytam i napiszę im wszystkim, że szczecinianie nie gęsi, o!
Gę, gę.

źródło zdjęcia: Gazeta Wyborcza


Do Ingi Iwasiów mam sentyment.
Ma ona chyba tyle samo lat, co moja wychowawczyni z liceum; polonistka, która wywarła na mnie olbrzymi wpływ, zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę. Naszej klasie trafił się wspaniały Pedagog, trzeba to powiedzieć otwarcie.
Wydaje mi się, że obie panie dobrze się wtedy znały; jak przez mgłę przypominam sobie, że raz – jako klasa, albo jako jej chętna część - mieliśmy okazję spotkać się i porozmawiać z panią Iwasiów, która już wtedy (a było to w pierwszej połowie lat 90-tych, kiedy miała ona mniej lat niż ja mam teraz) jawiła się nam nie jako zwykła polonistka, nie, nie, lecz jako Ktoś Przeznaczony Do Spraw Wyższych. I nie ma tu absolutnie żadnej ironii.


„Bambino” przeczytałam z zaciekawieniem i, choć czytało się dość ciężko, podobało mi się.
„Ku słońcu” nie udało mi się dotąd przeczytać.
„Na krótko” przeczytałam. Niestety.

Nie aspiruję do miana literaturoznawcy i wyznacznika literackich trendów. Przeciwnie, mam na tym tle trochę kompleksów, wynikających z trudnych do nadrobienia braków z ostatnich lat, kiedy to najpierw zdobywałam pozycję zawodową, a potem nadrabiałam zapóźnienie w życiu rodzinnym. Mogę więc się „nie znać”.
Ta książka mi się jednak po prostu nie podoba.
Wiem, że Inga Iwasiów lubi specyficzną narrację, przez co jej książek nie czyta się lekko, ale tu poszła trochę za daleko.
I nie chodzi o to, że powieść jest podzielona na krótkie rozdziały, opisywane z perspektywy poszczególnych bohaterów, których jest czworo (Sylwia i Tomek oraz Ruta i Kazik). Taki zabieg stosowało już wielu autorów (by nie sięgać w moich lekturach daleko – choćby Magda Szabo w „Świniobiciu”) i czytało się to dobrze, choć konieczne było włożenie w lekturę pewnego wysiłku. Pewien wysiłek to ja lubię, ale jak pot mi z czoła spływa, a mroczki latają przed oczami, to uprzejmie dziękuję.

Jak przeczytałam tu, „Na krótko” ma być antyutopią.
O rety.
Panie Huxley, co Pan na to?

Tu przeczytałam natomiast, iż Inga Iwasiów uważa, że pierwszy raz udało jej się napisać powieść, która ma elementy satyryczne.
Cha, cha, cha! A jak już się uśmiałam, mogę prosić o wskazówki, które to dokładnie elementy?

Nic nie poradzę. Ryzałam tę lekturę i ryzałam. Mówiłam sobie: „moja droga, 50 stron to musisz dziś przeczytać!”, po czym w bólach czytałam 30.
Iwasiów w jednej z zamieszczonych w internecie rozmów mówi, że jej książka „jest to z pewnością tzw. powieść uniwersytecka, której konwencji w Polsce mamy zdecydowanie niedosyt”. Być może mamy, nie jestem znawcą współczesnej polskiej literatury. Jednak jeśli mają to być takie książki, to nie liczyłabym na popularyzację gatunku.

Akcja "Na krótko" dzieje się w bliżej niesprecyzowanej przyszłości, przypuszczalnie około roku 2025-2030, gdzieś w którymś z państw za naszą wschodnią granicą. Autorka pokusiła się w związku z tym o próbę wymyślenia owego świata, w nawiązaniu do procesów toczących się tu i teraz. Obejmuje to także próbę wymyślenia kierunku postępu technicznego, nowych wynalazków, a co za tym idzie, także konieczność stworzenia nowych słów opisujących tę rzeczywistość. Może gdybym nie czytała tyle Lema, to by mi się podobało. Jednak chociaż Lem tworzył swoje książki 40, 50 lat temu, ich świat wydaje mi się bardziej świeży i intrygujący niż stworzony tu i teraz świat Iwasiów.

Jednym słowem, dla mnie pudło.
O Szczecinie pomyślcie zaś ciepło przy innej okazji:)

Inga Iwasiów „Na krótko”, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2012. 

sobota, 17 listopada 2012

M. Pagnol "Żona piekarza", czyli dobrego chleba daj nam piekarzu


źródło zdjęcia: Wikipedia
Polacy jedzą coraz mniej chleba! – taka alarmująca wieść przetoczyła się parę dni temu przez serwisy informacyjne. Jako przyczyny wskazywano drożyznę oraz pogarszającą się jakość pieczywa.
Fakt, o dobry chleb coraz trudniej. Jeśli spóźnię się do mojej ulubionej piekarni, coraz częściej nie mogę zmusić się, by kupić pieczywo w innym miejscu. Żadna bułka, żaden chleb nie budzi mojego entuzjazmu. Większość jest gumowata i jałowa w smaku, a do tego świeci w ciemnościach. Brr!

A ilu z nas osobiście zna piekarza, który wypiekł kupiony właśnie chleb? Kto wie, jakiej mąki używa i jak osiąga ten właśnie smak?

Piekarz w małej prowansalskiej wiosce, w której rozgrywa się akcja filmu Marcela Pagnola, jest najważniejszą personą w całej wsi. Ksiądz wprawdzie puszy się i nadyma, zaś Markiz jest zdecydowanie najbogatszy i najbardziej wpływowy, ale braku któregokolwiek z nich mieszkańcy wsi specjalnie by nie odczuli. Brak piekarza albo zły piekarz, to natomiast zupełnie co innego!
„rozumiesz, jest chleb i chleb” – mówi Rzeźnik, a ja przyznaję mu całkowitą rację.

„Żona piekarza”, która wyszła w Polsce drukiem, jest scenariuszem filmu, nakręconego przez Marcela Pagnol w 1938 roku. Jest to komedia z genialnym Raimu w roli głównej, do której Francuzi mają nadal olbrzymi sentyment, ale która jest zaledwie jednym z ponad trzydziestu obrazów, jakie Pagnol wyreżyserował.


Nie bez znaczenia jest fakt, iż scenariusz filmu powstał na podstawie opowiadania Jeana Giono. Wydaną w Polsce „Żonę piekarza” opatrzono wstępem napisanym przez samego Pagnola, który wskazuje na pozbawione tytułu piętnastronicowe opowiadanie Giono (określane przez niego mianem „arcydzieła”) jako na źródło swojej inspiracji. W dostępnych w internecie informacjach wymienia się z kolei – liczącą znacznie więcej niż 15 stron - autobiograficzną powieść J. Giono pt. „Jean le Bleu”. Tak czy siak, Jeanowi Giono wyrządzono sporą krzywdę, marginalizując jego wkład w powstanie tej historii. Cudownie byłoby wszak móc równolegle przeczytać ów pierwowzór, który tak zainspirował Pagnola.

źródło zdjęcia:  www.evene.fr
Osobiście mam nieodparte wrażenie, że gdyby nie powodzenie, z jakimi spotkały się w Polsce wydane wcześniej autobiograficzne powieści Pagnola, wydawnictwo nie podjęłoby ryzyka wydania tej właśnie pozycji. Czy ktoś słyszał wszak, by wydawać drukiem scenariusz filmowy (wiem, że to się zdarzało, ale zazwyczaj bywało nieporozumieniem)? Marcel Pagnol nie był ponadto w zasadzie pisarzem – z beletrystyki na jego konto zapisać można chyba tylko wydane pod koniec życia wspomnienia, wcześniej zaś tworzył przede wszystkim sztuki teatralne; był również reżyserem filmowym.
Myślę też, że ryzyko wydawcy byłoby większe, gdyby nie fakt opatrzenia książki (a konkretnie jej okładki) sympatycznymi i charakterystycznymi rysunkami Sempe’go.


Sama historia jest ciepła i sympatyczna, choć jeśli pomyśleć o niej głębiej, ma też dość gorzki podtekst. Pomimo, że akcja toczy się w zapyziałym prowansalskim miasteczku (na marginesie, nie jestem sobie w stanie wyobrazić, w jaki sposób Amerykanie zaadaptowali tę historię dla siebie, w musicalu „The Baker’s Wife”), pewne rzeczy wydają się uniwersalne.

Śmiałam się pod nosem, czytając o spotkaniu Proboszcza i Nauczyciela, podczas którego Proboszcz oświadczył, iż zdemaskował swojego rozmówcę już tylko na podstawie wystającej z jego kieszeni gazety.
„- Proszę nie zaprzeczać, widziałem. Pan czyta „Le Petit Provençal”.
- Tak, czytuję „Le Petit Provençal”. Opłacam nawet prenumeratę.
- Prenumeratę! To już szczyt.
- Ksiądz chciałby, żebym czytał „La Croix”?
- Tak, proszę pana, tego właśnie bym chciał! Miałbym dla pana o wiele więcej szacunku, gdyby czytał pan „La Croix”! Znalazłby pan tam naukę o wiele cenniejszą i bardziej pożywną niż w fanatycznych wymysłach bezbożnych dziennikarzy”.
Wystarczy podstawić w miejsce nazw gazet odpowiednio: „Politykę” i „Uważam Rze”, bądź też „Tygodnik Powszechny” i „Gościa Niedzielnego” i już mamy gotowy dialog rodem z polskiego miasteczka.

Ponadto te imiona kotów: Pompon i Pomponeta (żona Pompona)! Daję słowo, jeśli będę miała kota, nazwę go Pompon!
źródło zdjęcia: www.kot.pl

Zachwycił mnie także fragment dotyczący języka włoskiego. Coś jest w tym wniosku, do którego doszedł Piekarz:
„ (…) powinno się zakazać mówienia po włosku, a zwłaszcza ŚPIEWANIA po włosku. Bo powiem księdzu, że mężczyźni NIGDY nie rozumieją po włosku, a kobiety ZAWSZE. (...)
(Piekarz śpiewa) BELLA, SENIORITA, DELIKATA, APETITA, BRUM, BRUM-BUM, BRUM…
(…) A rano niesiesz jej kawę do sypialni, a tam tylko poduszka i to jest kolejna tajemnica. Zresztą papież, który jest Włochem, wcale nie mówi po włosku. Mówi po łacinie, wiem o tym. A dlaczego? Bo to jest święty człowiek i nie chce, żeby kobiety za nim chodziły”.
Myślę, że mój mąż powinien być w takiej sytuacji wdzięczny losowi za to, że wszyscy Włosi napotkani podczas naszych wakacji mówili do nas po niemiecku…

Wracając jednak do chleba.
Piekarz Aimable nie jest w stanie upiec go, nie mając u boku swojej młodej i pięknej żony. Kocha ją, tak jak potrafi (a nie jest to miłość romantyczna, o nie, nie); czyni to jednak na pewno szczerze i ze wszystkich swoich sił. Prosi:
(…) jeżeli sprowadzicie mi moją Aurelię (…), będziecie mieć piekarza jak się patrzy. Będę wam piekł chleb, jakiegoście nie widzieli. Ciasto do każdego wypieku będę wyrabiał pół godziny dłużej. Będę dodawał rozmarynu do chrustu, którym palę w piecu. A potem, jak włożę ciasto do pieca, nie będę spał jak zwykle, tylko zaglądał co pięć minut, żeby nie stracić go z oczu. To już nie będzie dodatek do jedzenia, tylko smakołyk…. Nikt nie powie: „Zjadłem kawałek sera z chlebem”, tylko: „Skosztowałem chleba z kawałkiem sera”. (…) I w każdym bochenku, który wam upiekę, będzie moja życzliwość i wdzięczność”.
Jeśli ktoś zna takiego piekarza, który potrzebuje pomocy, proszę dać znać. Rzucę wszystko i popędzę do niego. W zamian oczekuję tylko miłości włożonej w tę prostą, zwykłą czynność pieczenia chleba.

Za umożliwienie mi przeczytania tej książki bardzo, bardzo serdecznie dziękuję Guciamal:))

Marcel Pagnol „Żona piekarza”, Wydawnictwo Esprit S.C., Kraków 2010.

wtorek, 13 listopada 2012

Jezus Maria Peszek, czyli dawno mi się to nie zdarzyło


Kiedy wróciłam z koncertu Lao Che, rozpierała mnie energia i pęd ku życiu. Musiałam, musiałam prawie od razu dać temu upust.

Kiedy wróciłam z koncertu Marii Peszek, nic mnie nie rozpierało. Uwierało, owszem, ale dopiero dziś umiem coś o tym napisać.


Dawno nie byłam na koncercie, na który zabrakło biletów.
Dawno nie byłam na koncercie, na którym rozumiałam każde słowo padające z ust wokalisty/wokalistki (od razu widać różnicę w dykcji po szkole aktorskiej i bez takowej szkoły).
Dawno nie byłam na koncercie, na którym nie zaliczałam się do nielicznej grupki matuzalemów, a stanowiłam większość, jeśli chodzi o przedział wiekowy.
Dawno nie byłam na koncercie promującym płytę, na którym wyśpiewano, po kolei, utwór po utworze, wszystkie pozycje z płyty.
Dawno nie byłam na koncercie, na którym pomimo iż stałam w zbitym tłumie, momentami czułam się tak, jakbym na całej sali była tylko ja i ona.

Maria Peszek ma znakomity głos, który umie wykorzystać.
Wie też dobrze, co i jak chce powiedzieć.
I choć jej problemy nie są w większości moimi problemami, imponuje mi jej umiejętność nazywania rzeczy po imieniu, choćby wbrew dominującym i poprawnym poglądom.
I myślę, że to iż 11 listopada cała sala śpiewała razem z nią „sorry Polsko”, to nie jest przypadek.
Patriotyzm niejedno ma imię. Co szczególnie dedykuję wielbicielom husarii.

Jezus Maria Peszek – koncert w szczecińskim klubie „Słowianin” w dniu 11 listopada 2012r.