Jest
wiele przesłanek nakazujących, by przyjąć za pewnik, że w najbliższym czasie
będę pisać głównie o książkach dla dzieci.
Wszystkich,
którzy w tym miejscu oczekują wyznań i wyjaśnień co najmniej na poziomie Kalicińska-Karpowicz uprzejmie przepraszam, ale powody tego stanu rzeczy
zachowam dla siebie. A literatura dla dzieci to też literatura, czasem nawet
znacznie lepsza niż ta „dorosła” i niejeden dorosły może się z niej sporo
nauczyć. (To tak pod rozwagę dla tych, którzy po przeczytaniu „dla dzieci” chcą
kliknąć „zamknij”.)
W
każdym razie, mamy jesień.
Jesień
dziwną raczej.
Zazwyczaj
o tej porze moje kozaki już od dawna były wyciągnięte z pawlacza. W tym roku ciągle
biegam zaś w półbucikach (a kupiłam sobie takie ładne kozaki, doprawdy, jak tak
można?!).
Zazwyczaj
o tej porze moja ulubiona płyta Cheta Bakera rzęziła już i charczała od
nadmiaru powtórzeń. W tym roku zaś ciągle kurzy się gdzieś na półce.
Zazwyczaj
o tej porze dni były mgliste i ciemne, drzewa już nagie i ponure. Tymczasem ten
październik ciągle promienny i słoneczny, zaś las złocisty.
No
i grzybów w tym roku znacznie więcej niż zazwyczaj o tej porze.
Bohdana
Butenko wielbię niemal od urodzenia.
Być
może przez „Androny”, może przez „Muchy Króla Apsika”, a być może dlatego, że jestem
obdarzona nieodkrytym dotąd przez naukowców genem butenkowatości?
Niezależnie
jednak od powodów tego stanu rzeczy, wieść o dwóch nowych książkach Mistrza Butenki
nie mogła w moim domu pozostać bez echa.
Król
Pafnucy Trzeci, bohater opowiastki „Grzyby i król”, jest monarchą zdecydowanie
nieoświeconym.
Widząc
swoich poddanych, którzy chodzą do lasu i wracają z koszykami pełnymi grzybów,
postanawia, że zrobi to samo.
Niestety,
nie zawsze wszystko odbywa się po naszej myśli. Nawet, gdy mamy władzę.
Jednak,
gdy mamy władzę, możemy stworzyć sobie iluzję tego, że nad wszystkim panujemy.
Dokładnie
tak, jak zrobił to król Pafnucy, który wysłał heroldów ze stosownym
obwieszczeniem, a
następnie oczekiwał na jego efekty.
Gdy
zaś okazało się, że są żadne, postanowił przejść do rozwiązań siłowych.
Kiedy
zaś i te zawiodły, przydała się umiejętność wywracania kota ogonem i
udawania, że to, co wydarzyło się za naszymi plecami i bez naszej wiedzy, jest
naszą wyłączną zasługą.
I
choć ostatecznie okazało się, że król Pafnucy został gdzieś daleko w lesie, to
jednak nie mam wątpliwości, że do takich jak on należy przyszłość naszego
świata.
O
którym nie mam najlepszego zdania.
Bohater
drugiej z nowowydanych książeczek, niejaki Krasnoludek, jest całkowitym
przeciwieństwem Pafnucego.
Znacznie niżej niż król urodzony i nienawykły do zaszczytów,
pokornie znosi swój los.
Choć
całe życie uczciwy i porządny, nie może liczyć na nagrody i pochwały.
Zamiast tego znienacka dowiaduje się o nagłej eksmisji na bruk.
Jako
zaradny krasnoludek postanawia jednak czym prędzej wziąć sprawy w swoje ręce,
wykazując się jednocześnie kreatywnością.
Niestety,
te dwie cechy charakteru nie zawsze okazują się pomocne, a życie zamiast okazywać się lekkie,
łatwe i przyjemne, bez skrępowania pokazuje swoją brutalną stronę.
Okazuje
się jednak, że nawet wtedy, gdy myślimy, że to już koniec i nie może spotkać
nas nic dobrego, może
zdarzyć się cud.
Zapytacie
może: i co w tym takiego nadzwyczajnego? Czym tu się zachwycać? Ot,
historia jakich wiele.
Odpowiem,
że niezupełnie.
Bo
rzadko która historia kończy się tak po prostu i tak radośnie.
Przed
nami cały listopad. Pamiętajmy o Krasnoludku; może z nim będzie nam lżej?
Bohdan
Butenko „Grzyby i król” oraz „Krasnoludek”. Wydawnictwo Dreams Lidia Miś-Nowak,
Rzeszów 2013.
„Kopciuszek”
jest baśnią, której nie wypada nie znać. Stał się elementem kultury,
hasłem pod którym kryje się coś, co wszyscy rozumieją.
Im
bardziej jednak myślę o tej historii, tym bardziej zastanawiam się, czy aby na
pewno jest nam dzisiaj do czegokolwiek potrzebna. I czego, jak rany, mogą
nauczyć się z niej współczesne dzieci?!
Klasyczna historia w wersji opowiedzianej przez Charles’a Perrault,
raczej nie ma szans na aplauz. W czasach, w których liczy się zadaniowość,
multimedialność i osiąganie jak najlepszych wyników na testach, losy absolutnie
nieasertywnej dziewczynki (i cóż, że blondwłosej, niczym Barbie?) mogą bowiem wywołać co najwyżej pogardliwe wzruszenie ramionami.
No,
bo jak można godzić się na takie poniżanie i dawać sobą pomiatać? W czasach, w
których istnieją Rzecznicy Praw Dziecka i facebook, na którym można się
poskarżyć na swój marny los?! A poza tym, co to jest popieliczka, tafta i krochmalenie,
mamoooo?
Problematyczne
może okazać się też przekonanie dzieci do prawdziwości i słuszności zakończenia.
Bo chrześcijańskie miłosierdzie w podobno chrześcijańskim kraju idą oczywiście swoją drogą,
ale tak naprawdę, to do czego to podobne, żeby zamiast wykorzystać sposobność do zdeptania swojego
wroga (złych sióstr i macochy), wybaczyć mu i jeszcze pomóc ułożyć sobie życie?
Jeszcze
gorszym pomysłem wydaje się zaprowadzenie dzieci na teatralną adaptację (wg
tajemniczej, przynajmniej dla mnie, wersji niejakiej Tatiany Gabe). Przynajmniej
na tę w szczecińskim Teatrze Lalek „Pleciuga”.
Choć pozornie nie ma do czego
się przyczepić, gdyż proponuje się nam klasyczną sztukę lalkową (dawno na
takiej nie byliśmy), reklamowaną przez scenografa jako „romantyczna baśń bez
przemocy”, to jednak na zmianę mdli ona i nudzi, a Kopciuszek chwilami sprawia
wrażenie osoby niespełna rozumu.
Najgorsze
jednak, że w tej wersji morał bajki zostaje sprowadzony w zasadzie do jednego:
Droga
dziewczynko w wieku od lat trzech! (taki jest sugerowany przez Pleciugę dolny
pułap wiekowy widza)
Pamiętaj, że w życiu liczy się tylko to, czy jesteś ładna
i jak wyglądasz. Bo, że chodzi tylko o to, by zdobyć męża, to przecież
oczywiste. Jeśli jednak będziesz siedzieć w kącie, a do tego nie będziesz
ubierać się w stylu bezowej panny młodej, na pewno Ci się to nie uda. Jeśli zaś
los nie obdarzył Cię urodą, nic Ci już nie pomoże, bo do tego jesteś na pewno
głupia, pusta i złośliwa.
Aha!
Zapomniałabym o najważniejszym: trzeba biernie czekać na dobrą wróżkę! Bez niej
na pewno nic się nie uda i w Twoim życiu nie dojdzie do żadnych zmian.
Dla
odtrutki można oczywiście wybrać wariant braci Grimm.
Obcinanie
palców, bądź pięt (jak kto woli) i umazywanie posoką pantofelków, względnie
wydziobywanie oczu przez ptaki (i dobrze im tak, tym złym siostrom!),
niewątpliwie zapadną głęboko w pamięć (mi zapadły, dotąd odrzuca mnie od
Grimmów, co do których jestem pewna, że można by postawić im szereg
psychiatrycznych diagnoz), ale czegóż to nauczą nasze dziatki, ach czegóż?
Rozumiem,
że podobne wątpliwości i obawy targały panią Iwoną Krynicką z wydawnictwa
„Wilga”, i właśnie dlatego wymyśliła serię „Bajki na poziomie”, w ramach której
wydano ostatnio także i „Kopciuszka”.
Mamy
więc tekst (przez wzgląd na moje dobre wychowanie, będzie to jedyna wzmianka na
jego temat), „przecudne” ilustracje (tu – z tych samych powodów, co w przypadku
tekstu – pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że jest, jest beza, hurra!).
To,
co jednak najbardziej w tym przypadku istotne, to zamieszczone na każdej
stronie rady psychologa.
Bo
jeśli czytać, to tylko po to, by zrealizować plan wychowawczy, ma się rozumieć.
Kiedy
zobaczyłam to wydanie „Kopciuszka”, zatarłam ręce. Niestety (dla mojej zjadliwości), okazało się że owe psychologiczne rady nie są wcale takie głupie.
Na
przykład fragmentowi tekstu opowiadającego o tym, jak to biedny Kopciuszek
musiał w pocie czoła pracować, podczas gdy jego przyrodnie siostry wylegiwały
się na kanapie, towarzyszy rada: „Mamo,
Tato, o dom powinni dbać wszyscy jego mieszkańcy. To dobry moment, żeby ustalić
z dzieckiem, za co ono chciałoby być odpowiedzialne.”
Fakt.
Sama na to nie wpadłam. Naprawdę.
Z
drugiej jednak strony, pan psycholog (Jarosław Żyliński) chyba też miał kłopot
z samym Kopciuszkiem, bowiem w pewnym momencie skapitulował i przesunął akcent
na postać księcia.
Scena,
w której książę, dzierżąc pantofelek pod pachą, wyrusza w objazd królestwa,
okraszona jest bowiem radą: „Mamo, Tato,
zwróćcie uwagę dziecka, że gdy bardzo czegoś pragnie, powinno od razu zacząć
działać, tak jak książę. Podpowiedzcie mu, co może zrobić, żeby osiągnąć cel.”
No
właśnie. To ja się pytam, co myślał sobie Kopciuszek, lejąc brudne od kurzu łzy
i czekając na cud? I czemu mimo to mu się udało? No i w takim razie po co się
męczyć, mamoooo?
Wersję
bardziej przyjazną współczesności – co wyjątkowo w tym przypadku uważam za
zaletę, nie zaś wadę – zaproponował natomiast Grzegorz Kasdepke, w wydanej
swego czasu przez gazetę Kolekcji „Dziecka”.
Wprawdzie
ilustracyjnie Kopciuszek i tak musi ostatecznie okazać się bezą, to jednak tym razem
autor nie ucieka przed trudnymi pytaniami.
Bo
– przekazuję pytanie od moich dzieci – czemu ojciec Kopciuszka na to wszystko
pozwalał?
Druga
żona drugą żoną, ale to przecież była jego córka! Jak to możliwe, że siedział
cicho i nie stawał w jej obronie?
Kasdepke
bierze byka za rogi i przyznaje, że ojciec Kopciuszka „nie był zbyt odważnym człowiekiem”. Marna to pociecha, ale w końcu
tacy rodzice też są i dobrze, że ktoś przestał udawać, że jest inaczej.
Po
przebiciu się przez wszystkie te historie, wydaje mi się, że jedynym, co może
ocalić Kopciuszka jest wdzięk, żart, a do tego dystans.
To
wszystko zapewnił mu Jan Brzechwa, w swoich cudownych Bajkach-Samograjkach.
I
nie chodzi tu nawet o tkwiący we mnie gdzieś głęboko (a odświeżony ostatnio
przez Katarzynę Nosowską i zespół Hey) sentyment do zawołania Herolda: „Do
rycerzy, do szlachty, do mieszczan…”, a o to, że rym i humor dodają całej
opowieści lekkości.
I choć Kopciuszek znów jest wyzyskiwaną sierotą, bo przecież inaczej nie byłby
Kopciuszkiem, to jednak pomaga mu nie wróżka, a dobra Sąsiadka (przypominająca
dla pewności: „A pamiętaj, że wróżek nie
bywa.”). Sam Kopciuszek zaś nie tylko, że wreszcie nie przypomina bezy, to
jeszcze nie widzi powodu, by padać przed Księciem na kolana, tylko dlatego, że ten akurat postanowił poszukać żony. Co więcej, w chwili gdy waży się jego przyszłość, bezczelnie wyśpiewuje Księciu nieco złośliwą
piosenkę.
Dodatkowo, mimo że znów wszystko kończy się szczęśliwie, to jednak nikogo nie mdli. A
dzieciom po lekturze lub też wysłuchaniu tej bajki muzycznej może przyjdzie do
głowy, że choć nie zawsze w życiu układa nam się tak, jakbyśmy tego chcieli, to
jednak możemy liczyć na to, że karta się odwróci. O ile pozostaniemy sobą i nie
będziemy bać się chwytać okazji, które nam się trafiają.
Bo
chyba tego uczy nas Kopciuszek, moje drogie dzieci.
Charles
Perrault „Kopciuszek” w: „Bajki”, w przekładzie Hanny Januszewskiej i z
ilustracjami Janusza Grabiańskiego, Nasza Księgarnia, Warszawa 1988 oraz w:
„Baśnie czyli opowieści z dawnych czasów”, w przekładzie Barbary
Grzegorzewskiej i z ilustracjami Aleksandry Kucharskiej-Cybuch, Agencja Librone
2010.
„Kopciuszek”,
tekst Iwona Krynicka, rady dla rodziców Jarosław Żyliński, ilustracje Kamila
Stankiewicz. Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o., Warszawa 2013.
„Kopciuszek”,
opowiedział Grzegorz Kasdepke, zilustrowała Agnieszka Żelewska. AGORA S.A.,
Warszawa 2005.
Jan
Brzechwa „Kopciuszek” w: „Bajki Samograjki”, ilustrowała Danuta
Imielska-Gebethner. Czytelnik, Warszawa 1986.
„Kopciuszek”
wg Tatiany Gabe. Teatr Lalek „Pleciuga” w Szczecinie. Reżyseria Valdis
Pavlovskis, scenografia Pāvils Šenhofs, muzyka Boriss Rezņiks. Obsada: Paulina
Lenart, Marta Łągiewka, Mariola Fajak-Słomińska, Danuta Kamińska, Katarzyna
Klimek, Krzysztof Tarasiuk, Maria Jamińska, Zbigniew Wilczyński, Dariusz
Kamiński, Leszek Czyż.
W ciągu ostatniego miesiąca
trochę się w moim życiu zmieniło.
Po pierwsze, nastąpił
skokowy wzrost ilości pogrzebów, w których z takich czy innych powodów musiałam
uczestniczyć.
Po drugie, zaczęłam zwracać
baczniejszą niż dotąd uwagę na książki obrazkowe.
„Niebo”
w idealny sposób łączy te dwie sfery mojej aktywności.
O
ile umówimy się, że w przypadku śmierci możemy w ogóle mówić o jakiejkolwiek
aktywności.
Wykorzystując
bardzo proste środki, używając niewielu słów i oszczędnej, piktogramowej
grafiki Bruno Gibert umie sięgnąć głęboko.
Bo gdy stykamy się ze śmiercią, słowa więzną nam przecież w gardle.
Mówiąc
o śmierci z perspektywy dziecka, Gibert wyraża w najprostszy sposób to, o czym tak wielu
dorosłych nie chce pamiętać, udając że będą żyć wiecznie.
Nie
jest jednak nadęty i pompatyczny, nie przywdziewa czarnych szat.
Wprost stawia
fundamentalne pytania, na które odpowiedź nie zawsze i nie dla wszystkich jest
oczywista.
Przypomina
o tym, co ważne.
A
na końcu zostawia nam wskazówkę.
Do
tej książki zawsze możemy wrócić. Do pewnych jednak zdarzeń i osób niekoniecznie.
Warto
wytłumaczyć to zarówno naszym dzieciom, jak i sobie samym.
Bruno
Gibert „Niebo”, tłumaczenie Julian Kutyła, opracowanie typograficzne Anna Niemierko.
Wytwórnia, Warszawa 2011.
W moim domu wszystkie
poważne rozmowy odbywają się między szóstą a siódmą rano.
-
Mamo, a czy Ty już wiesz, że będziesz
babcią? – zapytał Starszy w momencie, gdy po kolejnej bardzo krótkiej nocy,
stojąc przed lustrem w łazience usiłowałam narysować sobie twarz.
-
Słucham?! – zapytałam lodowato,
dodatkowo zirytowana faktem, iż dzięki tej rewelacji wsadziłam sobie kredkę w
oko.
-
No, ale wiesz, za trzydzieści lat! –
wyjaśnił Starszy pospiesznie, najwyraźniej dostrzegając mój brak entuzjazmu.
Po
czym dodał rozmarzonym głosem:
-
Ja wtedy będę miał trzydzieści osiem lat
i pewnie już wreszcie kupię sobie wszystkie zestawy Lego Ninjago…
W
zamierzchłej przeszłości, gdy podróżując w rozmaite miejsca mogłam spędzać czas
na bezcelowym snuciu się po różnych zakamarkach, lubiłam zaglądać przez okna do mieszkań tubylców. Z podejrzanych w
ten sposób skrawków tkałam natychmiast w swojej wyobraźni całe historie.
Wyobrażałam
sobie, kim są ludzie, których widzę; co robią w swoich domach, ale i poza nimi.
Czy kochają się, czy nienawidzą. Czy są biedni, czy bogaci. Czy szczęśliwi, czy
niekoniecznie. O niektórych szybko zapominałam, inni zaś tkwili w mojej głowie
dłuższy czas. Kilkoro z nich pamiętam do dzisiaj.
I
choć nigdy nie byłam – i, nie oszukujmy się, nigdy nie będę – długowłosą i rudowłosą
kobietą, noszącą zielone sukienki w groszki, to jednak wędrująca wzdłuż
portowego nabrzeża bohaterka okładki „Morskiego traktu” wydaje mi się dziwnie
bliska.
Wstyd
się przyznać, ale w zasadzie nie znam twórczości Ursuli Le Guin. Poza paroma
jej fantastycznymi opowiadaniami nie czytałam niczego innego – żadnej części
cyklu o Ziemiomorzu, niczego o Ekumenie. Mam jednak niejasne wrażenie, że
„Morski trakt” to coś zupełnie innego niż to, czego spodziewa się po tej
autorce przeciętny czytelnik.
Nie
ma tu bowiem żadnej fantastyki, żadnych obcych cywilizacji, ba, nawet żadnych
latających kotów! Tylko mała, nadmorska (czy raczej nadoceaniczna), amerykańska, fikcyjna miejscowość Klatsand oraz jej mieszkańcy – stali i
tymczasowi, współcześni i historyczni. Wszystkich zaś muskamy wzrokiem, jak
przez szybę.
Określenie
„powieść” nie pasuje do „Morskiego traktu”. To raczej zbiór opowiadań, czy
właściwie szkiców, impresji. Nie wiem, jaki był zamysł Le Guin, gdy tworzyła
poszczególne z nich, jednak – poza ostatnim, najdłuższym „Krew z krwi, kość z kości” (w wersji oryginalnej po prostu „Hernes”, od nazwiska jego bohaterek) –
wszystkie one otrzymały najpierw żywot samodzielny, jako króciutkie historie
publikowane w latach 1987-1991 w rozmaitych amerykańskich czasopismach. Zebranie
ich w całość i spięcie klamrą w postaci wielowątkowej opowieści o czterech
pokoleniach kobiet z jednej rodziny, bardziej lub mniej związanych z Klatsand,
stanowiło w tej sytuacji niewątpliwie sprytny zabieg, przydający im dodatkowych
znaczeń.
Choć
bowiem bohaterem każdej z historii jest inna osoba, jedna czy dwie (raczej
kobiety, niż mężczyźni), to jednak niektóre z wątków i postaci powracają w
niespodziewanych momentach, choćby tylko w formie wzmianki.
Z
kolei fakt opatrzenia wydania książkowego sporządzonymi przez autorkę mapami
Klatsand, przedstawiającymi je w roku 1906 oraz 1986 sprawia, że czytelnik może
poczuć się jak rasowy podglądacz, spacerujący uliczkami tego miasteczka.
I
choć nie jestem pewna, czy ten zbiór zasłużył aż na to, by – jak napisał na okładce polski
wydawca – nominować go do nagrody Pulitzera, to jednak dla mnie stanowił znakomity pretekst do spaceru. Ruch zaś – choćby tylko wirtualny – to przecież
samo zdrowie!
Ursula
K. Le Guin „Morski trakt”, przełożyła Maria Grabska-Ryńska. Wydawnictwo „Książnica”,
Katowice 2012.
„Iwona Chmielewska jest naszym wielkim dobrem
narodowym” – takie zdanie przeczytałam niedawno na blogu „Czytanki-przytulanki” i natychmiast zachwyciłam się jego prawdziwością i
trafnością.
Od
wczoraj mój zachwyt poparty jest dodatkowo głębokim, osobistym przekonaniem o
wybitności tej autorki. Autorki, do której lepiej pasuje chyba miano artystki.
Osoby niezwykle skromnej, pokornej i niesamowicie mądrej.
Iwona
Chmielewska jako twórczyni jest postacią nietuzinkową, niezwykle
charakterystyczną i bardzo, bardzo dojrzałą.
I
prawie zupełnie nieznaną w Polsce.
Iwona Chmielewska i jej - nie wydane dotąd w Polsce "Oczy"
3
października na spotkanie z nią w szczecińskim Muzeum Narodowym wybrało się
ledwie 30-40 osób. Mało, jak na liczące ponad czterysta tysięcy mieszkańców
miasto, które aspirowało do miana Europejskiej Stolicy Kultury 2016.
W
gronie moich znajomych – tych, którzy czytają książki i czytają je dzieciom – o
Iwonie Chmielewskiej nie słyszał nikt; nikt też nie zna jej książek.
Co
gorsza, w mojej bibliotece także jest ona postacią całkowicie nieznaną.
-
Chmielewska? Aha, Joanna! To w dziale dla
dorosłych. – oznajmiła mi pani bibliotekarka, którą zapytałam o to, czy w
bibliotece miejskiej jest jakakolwiek książka tej autorki.
Tytuł
„Pamiętnik Blumki” także nie wywołał u niej żadnych skojarzeń.
Wychowawczyni
mojego syna, mądra i doświadczona nauczycielka, która – zgodnie ze stosownymi przepisami regulującymi zasady nauczania w szkołach –
powinna dążyć do tego, by jej uczniowie mieli „potrzebę kontaktu z literaturą i sztuką dla dzieci, czytali wybrane
przez, siebie i wskazane przez nauczyciela książki, wypowiadając się na ich
temat” i ma możliwośćdobierania lektur według własnego
uznania, nie zna tego nazwiska.
To
mnie smuci.
Nie
chcę jednak rzucać kamieniami, dlatego wyznaję szczerze, że jeszcze pół roku
temu ja także nie za bardzo wiedziałam, kim właściwie jest Iwona Chmielewska.
Iwona
Chmielewska, której książki od wielu lat są wydawane w Korei Południowej,
Francji, Niemczech, Japonii.
Iwona
Chmielewska, która jest laureatką szeregu międzynarodowych nagród, w tym
Złotego Jabłka na Biennale Ilustracji w Bratysławie i Bologna Ragazzi Award
(dwukrotnie).
Iwona
Chmielewska, która ma już wystarczająco dużo lat, by nie można było się
usprawiedliwiać, że się o niej nie słyszało, gdyż to nowy, młody talent.
Podczas
czwartkowego spotkania, które trwało aż trzy godziny, autorka pokazała swoje trzy świeżo wydane w Polsce książki: „Cztery zwykłe miski”, „O tych,
którzy się rozwijali” oraz „Cztery strony czasu”.
Dwie
z nich wcześniej znałam. A przynajmniej tak mi się wydawało. Okazało się
jednak, że mimo kilkukrotnego uważnego oglądania i czytania nie zwróciłam uwagi
na wiele szczegółów i pozornie nieistotnych drobiazgów. Nie wspominając już o
sensach, które mi umknęły.
Na
swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że oglądając poszczególne strony książki
na wielkim ekranie i słuchając autorskiego komentarza, jest się zdecydowanie
mądrzejszym niż wtedy, gdy siedzi się samotnie nad książką w jej zwykłym formacie.
Niewątpliwie
tym, co nie ułatwia odnoszenia sukcesu w Polsce jest fakt, iż Iwona Chmielewska
tworzy książki obrazkowe, do których w naszym kraju podchodzi się wciąż nieufnie, uznając je za odpowiednie wyłącznie dla małych dzieci.
W
zasadzie wcale się nie dziwię. Do niedawna sama nie traktowałam poważnie tego
rodzaju wydawnictw. Owszem, ilustracje zawsze były dla mnie istotnym elementem
książki, ale tylko uzupełniającym, pełniącym niejako rolę służebną wobec
tekstu. Tymczasem w książce obrazkowej jest zupełnie odwrotnie. Owszem, tekst
jest i ma do odegrania swoją rolę, jednak na pierwszy plan wysuwa się obraz.
Podczas
spotkania autorka zaprezentowała też część swojej bogatej kolekcji
picturebooków z całego świata, ze szczególnym uwzględnieniem tych koreańskich,
włoskich i niemieckich.
Okazało się, że poprzez obraz i jedno, góra dwa zdania,
można powiedzieć więcej, niż gdyby użyło się setek słów.
Jasnym stało się też,
że w ten sposób można rozmawiać z dziećmi o bardzo trudnych sprawach, takich
jak śmierć, wojna czy przemoc domowa, trafiając w sedno.
To
zresztą robi też i Iwona Chmielewska, która nawet gdy po prostu wpisuje dedykacje w swoich książkach, to używając
bardzo prostych środków wyrazu potrafi powiedzieć znacznie więcej niż ja, gdy produkuję
swoje pełne słowotoku posty.
I
tylko żal, że tyle jej książek zostało wydanych tylko w Korei, i nie zanosi się
na to, by znalazły wydawcę i w Polsce (zrezygnowanie autorki było aż nazbyt
widoczne).
I
bardzo smutno, gdy myśli się o tym, że – jak twierdzi Iwona Chmielewska –
olbrzymia popularność książek obrazkowych w Korei wynika z tego, że kładzie się
tam bardzo duży nacisk na edukację poprzez sztukę. Bo u nas nikt
z decydujących o zasadach nauczania w szkołach tak nie myśli. Poprawcie mnie, jeśli się mylę.
Kryzys
małżeński to temat samograj, niezależnie od tego czy jest się autorem poważnych
książek, popularnych poradników, czy redaktorem w plotkarskim serwisie.
Każde małżeństwo dopada on bowiem prędzej czy później, przy czym rzadko daje się przegnać
raz na zawsze.
Dlatego
chętnie lubimy poczytać o tym, że po pierwsze nie tylko my, a po drugie, że
inni mają jeszcze gorzej. Chyba że akurat nie, ale to temat na całkiem inny
post (o tym, że co najmniej połowa świata udaje).
Eric-Emmanuel
Schmitt lubi celować w samograje.
Do
tego jest mistrzem chwytających za serce fraz, takich co to koniecznie trzeba
zapisać piórem na czerpanym papierze i powiesić nad łóżkiem.
Czytając
biblioteczny egzemplarz „Małych zbrodni małżeńskich” znacznie większą radość
niż z samej lektury czerpałam więc ze stąpania po śladach osoby, która przede mną
czytała ten dramat (z racji objętości, ale nie tylko z jej powodu, godny raczej
miana dramaciku). Osoba ta skrupulatnie oznaczyła bowiem ołówkiem
cytaty, które szczególnie zapadły w jej serce, niektóre opatrując dodatkowo
wykrzyknikami.
„Jeżeli mnie kochasz, przyjmiesz mnie oszpeconego, kalekiego,
starego, chorego, pod warunkiem jednak, że będę sobą. Jeżeli mnie kochasz,
pragniesz m n i e, a nie tylko mojego odbicia. Jeżeli mnie kochasz…”, wyznaje na trzynastej stronie jeden z dwojga bohaterów, czyli Gilles (mąż), a ja czytając
te (starannie podkreślone i opatrzone jednym wykrzyknikiem) słowa, wyraźnie
dostrzegałam w linii ołówka ślady drżenia rąk.
I
przypomniało mi się, jak to było, gdy miałam osiemnaście lat i śmiertelnie
kochałam się w pewnym koledze, i w pożyczanej mu właśnie książce dyskretnie
zaznaczałam co bardziej romantyczne fragmenty, marząc o tym, że oto właśnie w
ten sposób zrodzi się porozumienie naszych dusz.
Mój
Boże, jakaż byłam wtedy głupia i nic nie wiedziałam o życiu i małżeństwie!
Jednak
gdy czytam (wzięte w ramkę, dwa wykrzykniki) słowa Lisy (żona): „Nie kłamię, Gilles. Jesteś taki, jak
opisuję. Mężczyzną. Mężczyzną, który mi odpowiada. Mężczyzną, którego kobiecie
czasem udaje się spotkać.”, trochę zazdroszczę temu komuś, że jeszcze umie
zachwycić się takim – było, nie było – romantycznym pustosłowiem.
Pomysł
Schmitta na sztukę (kameralną jednoaktówkę, do tego niskobudżetową, gdyż
potrzeba zatrudnić jedynie dwoje aktorów, niespecjalnie troszcząc się o
dekoracje – wystarczą jakieś schody, lampa, fotel) początkowo wydaje się
przedni. Czyż bowiem można wyobrazić sobie lepszy prezent dla związku z
piętnastoletnim stażem niż amnezja jednego z małżonków? To wszak szansa na
wyrwanie się z rutyny i nudy, ale też i niepowtarzalna możliwość, by ułożyć
sobie partnera według swoich potrzeb, wyrugowując z niego wszystkie lub
przynajmniej większość irytujących nas cech.
„Uwielbiasz chodzić po sklepach, co rzadko
zdarza się mężczyznom, wytrzymujesz godzinę w sklepie z damskimi butami – co
zasługuje na dyplom. Masz zawsze wyrobione zdanie na temat mierzonych przeze
mnie ubrań, zdanie estety, nie macho, który ubiera żonę swoimi pieniędzmi.
Umawiamy się czasem w herbaciarniach.” – opowiada mężowi Lisa, a nam wydaje
się, że oto dąży do spełnienia najpiękniejszego ze swych snów.
Potem
jednak następuje kilka zwrotów akcji, po których zdarzenia zmierzają w inną
stronę niż początkowo sądziliśmy, że będą zmierzać. Niezmienna pozostaje tylko
skłonność autora do stosowania tanich chwytów z użyciem wielkich słów.
Mam
wrażenie, że gdyby Eric-Emmanuel spotkał się z projektującą okładkę polskiego wydania jego
sztuki Dominiką Zaleską (rewelacyjne piktogramy!), mógłby dowiedzieć się od
niej między innymi tego, że własne mądrości dotyczące nawet najpoważniejszych tematów warto czasem
złagodzić, puszczając we właściwym momencie oko. Owszem, Schmitt chwilami
prowadzi dialog między bohaterami w taki sposób, że wydaje się iż chodziło mu o
dowcip. Aby się tego domyśleć, trzeba jednak najpierw wygrzebać się spod stosu
skrzydlatych słów, a to naprawdę wyczerpujące.
Dlatego,
jeśli miałabym wybierać spośród licznych już sztuk teatralnych o okołomałżeńskiej tematyce, zamiast na Schmitta zdecydowanie wskazałabym na „Seks dla
opornych” Kanadyjki Michel Riml.
Riml nie aspiruje, zdaje się, do roli
literackiego guru i przewodniczki duchowej, a stawia na zwykłą rozrywkę. Jej
bohaterowie to – tak samo jak u Schmitta - małżeńska para, tym razem z
dwudziestopięcioletnim stażem, podejmująca weekendową próbę rozgrzania dość
dawno już przygasłej namiętności. Nikt na nikim nie popełnia tu zbrodni, część
rozmów bohaterów krąży po prostu wokół seksu, także w jego poradnikowym wydaniu, złotych
myśli pada znacznie mniej, a jednak – wśród chichotów, czy nawet momentami rechotów – dużo łatwiej
niż w przypadku sztuki Schmitta zobaczyć odbicie własnych problemów i rozterek.
Co więcej, ich wykoślawienie w krzywym zwierciadle dużo skuteczniej niż
przepuszczenie przez podniosłe wyznania pozwala dostrzec własną głupotę.
Bo
do większości, choć oczywiście nie do wszystkich, kryzysów małżeńskich
niewątpliwie nie doszłoby, gdybyśmy nie zachowywali się czasem jak głupie osły.
Eric-Emmanuel
Schmitt „Małe zbrodnie małżeńskie”, przełożyła Barbara Grzegorzewska,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2007.
Michele
Riml „Seks dla opornych”, przekład Hanna Szczerkowska. Teatr Współczesny w
Szczecinie, reżyseria i opracowanie muzyczne Justyna Celeda, scenografia
Grzegorz Małecki, występują Beata Zygarlicka i Konrad Pawicki.