niedziela, 26 czerwca 2016

O szczęściu, czyli jak to robi Młodszy

Nad tym, czym jest szczęście i jak je znaleźć, łamali sobie głowy najtężsi filozofowie.
Żaden nie odkrył jednak uniwersalnej, sprawdzającej się zawsze i każdemu, recepty.

Być może dlatego, że filozofem zostaje się dopiero w dorosłym wieku. A wtedy najczęściej zapomina się o tym, o czym wiedzą (prawie) wszystkie dzieci.

Że szczęście to nie jest coś wielkiego. Bo szczęście dzieje się tu i teraz. Trzeba się tylko uważnie rozglądać.
I patrzeć pod nogi.

Dziś Młodszy przybiegł do domu cały zdyszany, rumiany i roześmiany.
Mamo, mamo!” – krzyczał już od progu – „Nie uwierzysz jaki mam dzisiaj szczęśliwy dzień! Znalazłem 10 groszy, pięć razy trafiłem do kosza i znalazłem zdechłego kreta!

niedziela, 19 czerwca 2016

"Przekrój" nr 1106/1966, czyli 50 lat temu (odc. 10)

Ponieważ szanse na to, że w najbliższym czasie napiszę post o książkach są nikłe, daję znak życia samograjem w postaci „Przekrojowych” wspomnień sprzed 60 lat.

Na pierwszej stronie numeru datowanego na 19 czerwca 1966 roku – cztery mało znane (w każdym razie mi) wiersze Jana Brzechwy – „Bratowa”, „Słowa czterokrotne”, „Dziecko” i „W dobie choroby”. Wszystkie tak samo smutne, sprawiające wrażenie pożegnalnych - zwłaszcza ostatni kończący się strofą:

„Słowa te piszę na pożegnanie
W dobie choroby:
Jeśli z mych wierszy choć coś zostanie –
Nie noś żałoby.”

Autor tych słów zmarł ledwie dwa tygodnie później – 2 lipca 1966r.

W rubryce „Demokratyczny savoir vivre w odcinkach” Jana Kamyczka wpis ku przestrodze. Pisze „Wierna czytelniczka”:
Na przystanku autobusowym doszli do mnie znajomi i serdecznie zapraszali na oględziny ich nowego mieszkania. Ponieważ do autobusu miałam godzinę czasu, zgodziłam się, zaznaczając że tylko na pięć minut i że nie będę zdejmować płaszcza. Oni siłą zatrzymali mnie na herbatę, pan domu przemocą ściągnął ze mnie płaszcz, ja czułam się fatalnie w przyniszczonej sukni, na którą pani domu spoglądała krytycznym okiem. Rozmowa słabo się kleiła. Podziwiałam mieszkanie, myśląc stale by jak najszybciej wyrwać się. (…) Po kilku dniach dowiedziałam się, że pani domu mocno mnie obmówiła, (…) że przyszłam na wizytę w starej sukni, miałam niemodny płaszczyk wytarty i spełznięty i że w ogóle szkoda, że mam średnie wykształcenie skoro nie umiem się ubrać. Zaznaczam, że ona ma wyższe. Jestem rozżalona, mam zamiar tę znajomość zlikwidować.

Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się, jakiej porady udzielił w tym przypadku Kamyczek, chętnie uzupełnię posta (być może uda się też samodzielnie odczytać jej treść po powiększeniu zamieszczonego obok zdjęcia). Na razie jednak nie mogę – robię szybki przegląd znajomych pod kątem ich wykształcenia. Sprawdzam także, rzecz jasna, garderobę, czy nie jest aby nadmiernie spełznięta.

Skoro jesteśmy zaś przy odzieży, coś w sam raz na czasie, także dla mnie, która nie dalej niż wczoraj wreszcie nabyłam nadający się do użytkowania kostium kąpielowy.
Nie wiem czy to dobrze, czy niedobrze, lecz mój kostium fasonem nie przypomina tych sprzed 50 lat. Dostrzegłam jednak wzmiankę o tym, iż modny w 1966 roku fason bikini, w którym stanik składa się z „dwóch szpiczastych trójkątów, każdy zwykle z jedną tylko pionową zaszewką od dołu (…), jest to fason łatwy do wykonania nawet przez amatorkę, ale niespecjalnie pomaga figurze”.
Mając wybór: pomóc figurze czy raczej wręcz przeciwnie, zdecydowanie wybieram tę pierwszą opcję. Inspirując się modą sprzed pół wieku, rozważam jednak zakup takiego oto „modnego daszka osłaniającego twarz”.

W tym numerze „Przekroju” modzie poświęcony jest także felieton sióstr Rojek. Długi, dlatego zamieszczam tylko najbardziej frapujące fragmenty, licząc że po pięćdziesięciu latach wywołają żywą reakcję PT Czytelników.

Trzeba wiedzieć co jest modne, interesować się modą, ale czy trzeba to co modne od razu wszystko na siebie nałożyć? Szczególnie gdy się jest kobietą pracującą. Kobieta pracująca mało przebywa w domu, a cały dzień spędza wśród obcych ludzi i jej ubiór określa jej osobowość! Jeżeli na przykład modne są długie, grube swetry, to chodzenie w krótkim cienkim od razu dodaje dziesięć lat.
(…) W modzie trzeba wybierać tak zwaną bazę. To co w niej zasadnicze i tego się trzymać. Na przykład od lat niemodne są naszyjniki, broszki, w ogóle przypinane sztuczne świecidełka, jak też i apaszki. Może znowu kiedyś wrócą z wielkim hałasem, ale na razie powinno się je schować do najgłębszej szafy, do najbardziej zabałaganionej szuflady.
(…) Moda obecna nadaje się dla każdej kobiety, niezależnie od wieku, pod warunkiem, że nie jest tłusta. Dla tłustych kobiet nie ma żadnej mody.
Jeżeli zdecydowały się na to, żeby być tłuste, to muszą ponieść szereg konsekwencji które z tego wynikają. Muszą zrezygnować z kokieterii odzieżowej, ubierać się w ciemne rzeczy, zakrywające to co sobie zapuściły. Muszą się okrywać a nie ubierać. Ale za to muszą być piekielnie inteligentne, sympatyczne, uczynne, radosne, przydatne, nieludzko czyste, wypielęgnowane i pachnące i też przejdą.

W takich chwilach żałuję, że obecna poprawność uniemożliwia zamieszczanie we współczesnych czasopismach tego rodzaju tekstów. 50 lat temu było może (pozornie) dyskryminująco (kto ma poczucie humoru, zrozumie; kto nie ma, ten ma problem), za to kulturalnie i sympatycznie. Dziś jest (pozornie) w pełni poprawnie, za to pogarda i nienawiść do innych wyzierają z każdego kąta.
Twórcy wehikułów czasu pilnie poszukiwani!

czwartek, 26 maja 2016

Dzień Matki, czyli powiew wielkiej literatury

Dziś Dzień Matki.
Dzień, w którym okazało się, że moje dzieci obdarzone są niewiarygodnym talentem literackim (w końcu mówi się, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, nieprawdaż?).
Jako dumna matka pragnę podzielić się tą dobrą wieścią z całym światem.
Czytajcie i wzruszajcie się.

Na pierwszy ogień utwór Młodszego, lat 7.
Bez tytułu.
Treść jak na fotografii. Przepisywanie nie miało sensu z uwagi na konieczność zachowania oryginalnej formy graficzno-ortograficznej.


A oto dzieło Starszego, lat 11, nazwane przez niego Wierszem na cześć Mamy.
Treść publikuję poniżej, po uprzednim zanonimizowaniu, obejmującym także dokonanie niezbędnych skrótów.

Moja mama

Moja mama jest sędzią prawa i sprawiedliwości w domu. (…)
Złote ma włosy jak blask słońca w lato.
Kocha mnie strasznie, jak i brata mego.
Trochę ma pryszczy na twarzy, lecz każdy skrywa w sobie mądrość.
Dobra jest i pracowita.
Czyta tyle książek, że jest najmądrzejsza na świecie.
Mama jest niska, lecz mądrość i dobro w niej są wielkie niczym wieżowce. (…)

Gdy już obetrzecie łzy z twarzy (będące z pewnością łzami wzruszenia, bo jakimiż by innymi?), zapamiętajcie jedno: nigdy, ale to przenigdy nie wyciskajcie żadnych pryszczy!

Ps. Dotarłam także do wersji pierwotnej wiersza. Zamiast „pryszczy” miały być „zmarszczki na nosie”, ech!

EDIT:
Na specjalne życzenie PT Czytelników dołączam zdjęcie odwruconej laurki (a może laórki?)
Jak widać, w sztukach plastycznych Młodszy preferuje minimalizm.


wtorek, 24 maja 2016

M.Rusinek "Nic zwyczajnego", czyli nienadzwyczajna, choć milutka książeczka wspominkowa

Rzeczą ludzką jest myślenie o sobie jako o kimś nadzwyczajnym.
Kimś, komu przytrafiają się rzeczy, które innym nawet się nie śnią. Kimś najbłyskotliwszym, najmądrzejszym, najpiękniejszym, najlepszym na świecie. Może być nawet najbrzydszy, nieważne, ważne żeby naj.
Chcemy stać się zauważeni, nie przemknąć przez życie anonimowo.

W tym kontekście tytuł książki Michała Rusinka poświęconej Wisławie Szymborskiej – „Nic zwyczajnego” można uznać za strzał w dziesiątkę i znakomity chwyt marketingowy (lepiej więc nie nadmieniać, że to zwrot użyty przez samą Szymborską w wierszu „Nicość” – w co jak w co, ale w nicość wolelibyśmy się wszak nie obracać).


„Nic zwyczajnego” to napisana bardzo przyjemnym językiem miła opowieść o życiu niezwyczajnej kobiety, noblistki.
Kolejne anegdoty z życia Szymborskiej wprawiają czytelnika w coraz przyjemniejszy nastrój, przykrywając pojawiające się co jakiś czas dłużyzny.
Szymborska urocza, błyskotliwa, inteligentna, wybitna, obdarzona niesamowitym poczuciem humoru i talentem. Zarazem elegancka, zdystansowana, kryjąca w sobie tajemnicę. Czasem smutna, z wyboru samotna, ale nie za bardzo, bez obaw („Chyba nie traktowała samotności w sposób dramatyczny – jak ceny bycia poetką. Między samotnością a poezją istniała dla niej naturalna łączność. Zdecydowała się na takie, a nie inne życie. Wyrzekła się bliskości, bo chciała pisać.
Żadnych plotek, Boże broń! Żadnej próby analizy tego, co autorka miała na myśli (niech się maturzyści sami męczą). Żadnych trudnych pytań („Bywam pytany o jej wady. O to, co mnie w niej irytuje. Myślę o niej z nieustannym zachwytem, więc niełatwo mi na takie pytania odpowiadać”).
Raczej opis zdarzeń (historia 15 lat sekretarzowania, przedstawiona chronologicznie), niż rozprawka. Panegiryk, nie biografia.
To nie zarzut, to stwierdzenie.

Nie przeczę przy tym, że w czasie lektury wpadłam w zachwyt przeczytawszy taki oto na przykład fragment:
Szymborska dostawała propozycje włączania się w przeróżne akcje, na przykład „sprzątanie świata”. Idea to słuszna i szlachetna, ale dlaczego miałaby się w nią angażować poetka? Ostatecznie odpisała bardzo uprzejmie i standardowo, choć pierwotna wersja odpowiedzi brzmiała: „Miotłę mam, ale używam jej tylko w celach komunikacyjnych”.
Ach, być tak nadzwyczajna jak Szymborska! – pomyślałam wówczas (i myślę tak nadal). Ten dowcip, ironia, umiejętność złapania balansu między Starszymi Panami a Monty Pythonem!

Nie mogę jednak nie dostrzec, że kilka dni po przeczytaniu ostatniego zdania w pamięci mam tak naprawdę niewiele.

Być może tak miało być. Być może na więcej nie pozwoliła lojalność Michała Rusinka (co zresztą przyjmuję z pełnym zrozumieniem). W efekcie wyszła jednak z tego całkiem zwyczajna książka.
O noblistce, która była poetką i jej sekretarzu.
Któremu udało się dzięki niej przeżyć rzeczy, które innym nawet się nie śnią, a potem to opisać. 

Michał Rusinek „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2016.

niedziela, 15 maja 2016

J.Hugo-Bader "Skucha", czyli o rzeczywistości, która dogoniła historię

Nie ma powodu, aby dobrze opowiedziana historia przypominała rzeczywistość. [To] rzeczywistość ze wszystkich sił stara się przypominać dobrze opowiedzianą historię.
Takim mottem z opowiadania Izaaka Babla opatrzył „Skuchę” jej autor, Jacek Hugo-Bader; lepszego wybrać nie mógł. Że jest ono genialnie dobrane, okazało się krótko po tym, jak ulokowałam się w przedziale pociągu jadącego z Warszawy do Szczecina. Rzeczywistość postanowiła nadążyć za historią. Czy dobrze opowiedzianą? To się okaże.

„Skucha” jest dla Hugo-Badera książką osobistą, o której mówił już od dawna. To historie jego dawnych kolegów i koleżanek z solidarnościowego Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego „Wola” z Warszawy, z którymi konspirował w latach 80-tych ubiegłego wieku. Nazywa ich Kolumbami rocznik 50, zwycięskimi konspiratorami, o których nikt dotąd nie napisał, nie sprawdził jak wiedzie im się w Polsce, którą sobie wywalczyli. Bader postanowił wypełnić tę lukę.
Snuta przez niego opowieść jest chaotyczna, mimo że starannie zaplanowana. Brak w niej happy endów, a po lekturze w ustach pozostaje wyłącznie gorycz. Wydaje się, że przegrani są wszyscy jej bohaterowie (poza jednym), także ci, którym pozornie się udało, bo w wolnej Polsce zostali ministrami lub osiągnęli to, co powszechnie uznaje się za sukces.
Część z nich pogubiła się w świecie, w którym nie trzeba już było z nikim walczyć, bo nie umieli po prostu żyć.
Inni utopili się w alkoholu. Jeszcze inni we własnej frustracji i poczuciu krzywdy.
Bader próbuje każdego z nich zrozumieć, z lepszym lub gorszym rezultatem. W przypadku wielu przywołuje opowieści o ich dzieciństwie, zazwyczaj niezbyt kolorowym. Sam pozostaje – zupełnie jak na siebie wyjątkowo – w cieniu. 
Wydawało się, że nie jest to dobra lektura do pociągu. Okazało się, że lepszej wybrać nie mogłam.
Razem ze mną (w tym samym i sąsiadujących przedziałach) jechało bowiem kilkunastu działaczy jednego ze związków zawodowych, wracających z (co ustaliłam już później) krajowego zjazdu delegatów. Nie wiedzieli, że przypadkiem wiem na temat ich działalności bardzo dużo, że z racji wykonywanego zawodu zetknęłam się z wieloma z nich, także tymi nieżyjącymi i zasłużonymi. Po dwóch kliknięciach w komórkę wyposażoną w dostęp do internetu znałam nazwiska prawie wszystkich. Oni mojego na szczęście nie.
Jedna flaszka, druga flaszka („a może się pani z nami napije?”). Poziom agresji coraz wyższy, frustracja wypełza z przedziałów na korytarz. Pretensje, wyrzuty, opowieści coraz bardziej kombatanckie.
Gdybym to ja się tym zajmował, to bym tak tego, kurwa, jak ty nie spierdolił”
Co ty, kurwa, wiesz. To ja wszcząłem strajk w Stoczni. To ja jestem w encyklopedii „Solidarności” (Sprawdziłam. Faktycznie jest. 10 lat temu został też odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, ale o tym nie wspomniał). 
Ty, ty, ty, ty chuju, ty!
Banda przegranych. Grupa żyjących we własnym, istniejących w ich głowach świecie, w którym opowieści sprzed ponad trzydziestu lat stają się coraz bardziej fantastyczne.
I w tym właśnie momencie czytam na stronie 197 książki Hugo-Badera taki oto fragment:
Nie trzeba wcale ryć na froncie w okopach, kluczyć po kartoflisku pomiędzy minami, unikać kul, odłamków, żeby potrzebować terapii, leczenia ze stresu pourazowego, z syndromu pola walki. Bo nawet po bezkrwawej mało zabójczej wojnie weterana ogarnia ciężkie uczucie pustki, smutku, jakby wrócił ze wspaniałej, bardzo długiej podróży, jakby dopadła go normalna powakacyjna chandra, jesienny smutek, depresja – tyle że dziesięć razy mocniej. Nic więc teraz nie smakuje, a w zasadzie prawie nic nie czujesz, boś swój posiłek, swoje życie rozpoczął od najostrzejszej potrawy, po której wszystko smakuje jak zimne kluski leniwe z cukrem. Rzecz więc w tym, żeby to nowe życie także miało moc, żar, smak, żeby co jakiś czas coś szarpnęło człowiekiem od środka, żebyś przeżył wielką miłość, zdobył władzę, pieniądze, sławę, cokolwiek, od czego zakręci się w głowie, od czego ciśnienie tętnicze skoczy, a serce rozhuśta niebotycznie jak podczas sprintu.
Moimi współtowarzyszami podróży, podobnie jak częścią spośród bohaterów Badera, huśtają tymczasem wyłącznie wspomnienia. O latach, w których o coś walczyli. W których byli bohaterami. W których życie miało sens.
A dziś? Dziś niektórym się udało, innym niekoniecznie. Jedni chcieliby walczyć, inni organizować rodzinne festyny („może przyjdzie pani z dziećmi? Wymienimy się telefonami, to dam cynk, kiedy będzie”). Pozostali chcą się po prostu tylko napić.
Mniej więcej w połowie trzeciej flaszki jeden wreszcie zadaje mi pytanie: „A co właściwie pani tak tam czyta?”
Pokazuję okładkę.
Skucha” – czyta na głos. – „O kurwa, a o czym to w zasadzie?” – pyta. Zanim odpowiem: „O was, panowie”, odzywa się rechot jego towarzyszy.
- I widzisz, kurwa, Andrzej, skucha! I tak nic z tego nie zrozumiesz!”

Hugo-Bader w jednym z ostatnich rozdziałów swojej książki pisze tak:
„(…) reporter tym się różni od autora powieści, że nie wymyśla ani nie zmyśla, ale kombinuje zaobserwowane, a najczęściej usłyszane historie, fakty i postaci, bo nie wszystko przecież można znać z autopsji. Wielki Melchior Wańkowicz, król polskich reporterów, nazywał to prawdą zmyśloną.
Więc nie ma nawet co gadać o obiektywnym reportażu. Jeśli potrzebujesz czegoś takiego, zabierz się do lektury książki telefonicznej. Tam żaden z tysięcy bohaterów nie powie czegoś takiego, od czego nawet twardym facetom chce się ryczeć.

Nie jestem reporterem ani twardym facetem. Moja opowieść nie jest zmyślona.
Ale po lekturze „Skuchy”, identycznie jak po tej podróży, jest mi raczej smutno.
Bo, tak samo jak Andrzej, nie jestem w stanie tego wszystkiego zrozumieć, mimo że bardzo się staram.

Jacek Hugo-Bader „Skucha”. Agora S.A. i Wydawnictwo Czarne, 2016.

niedziela, 3 kwietnia 2016

"Szwedzki stół" w Filharmonii Szczecińskiej, czyli najważniejszy jest kotlet

Dzisiejszy post adresowany jest do osób, które zastanawiają się po co filharmonie organizują koncerty rodzinne, nazywane także niekiedy familijnymi.

Do dzisiaj nasuwało mi się kilka odpowiedzi.

Myślałam, że chodzi o to, żeby oswajać dzieci z muzyką i instrumentami muzycznymi.
Lub o to, żeby pokazywać dzieciom, że są miejsca/sytuacje, w których dobrze jest zachowywać się/ubierać się inaczej niż na co dzień.
Lub żeby spędzić czas w sposób przyjemno-pożyteczny – razem z dziećmi, w dobrym towarzystwie, wynosząc z tego jakąś wartość.
I parę innych tym podobnych żeby.

Od dzisiaj wiem, że wszystkie te odpowiedzi są błędne. Niestety, razem z biletami do Filharmonii Szczecińskiej na koncert rodzinny „Szwedzki stół” nie dostałam w pakiecie kompletu nowych, prawidłowych.


Przyznaję, w nowej siedzibie Filharmonii byłam na takim koncercie po raz pierwszy. Wizyta w starej siedzibie, jakieś cztery lata temu, zakończyła się klęską. Repertuar był słabo dobrany, koncert zbyt długi, dzieci znudzone tak bardzo, że przez kolejne dwa lata ilekroć przejeżdżaliśmy obok filharmonii, dopytywały się czy na pewno ich tam znów nie zabiorę.

Tym razem do wizyty przygotowałam się starannie. Bilety zostały zakupione dawno temu, po dokładnym zapoznaniu się z deklarowaną tematyką koncertu.

„Szwedzki stół” miał być hołdem złożonym Skandynawii, podczas którego obiecywano, że dowiemy się „kim byli wikingowie, skąd się wzięły rogi na ich hełmach oraz czy fiordy mogą nam jeść z ręki”? W programie samograje – tematy muzyczne znane ze słyszenia nawet ignorantom, autorstwa Edvarda Griega i Jeana Sibeliusa. Byłam pełna optymizmu.
Użycie czasu przeszłego w poprzednim zdaniu nie było przypadkowe.

Być może jestem już po prostu stara i nienowoczesna.
Być może czegoś nie rozumiem.
Chętnie przyjmę więc wyjaśnienia od tych, którzy rozumieją. Oto lista pytań, na które nie znam odpowiedzi:

Dlaczego przez cały koncert nie padło ani jedno nazwisko kompozytora, ani jeden tytuł utworu muzycznego (pardon, pojawiła się wzmianka o Królu gór, ale podana w sposób, który niekoniecznie wszystkim musiał skojarzyć się z muzyką)?

źródło zdjęcia
Dlaczego orkiestra przez cały koncert pozostawała w półcieniu (dosłownie), a gwiazdami wieczoru byli konferansjerzy i członkowie grupy performance’owej (nie mam pojęcia jak to się odmienia), puszczający bańki mydlane, przemieszczający się na szczudłach i grający z publicznością w odbijanie wielkich balonów (wszystko to w czasie, gdy orkiestra coś tam grała)?

Dlaczego nikt ani przez chwilę nie wspomniał o jakimkolwiek instrumencie muzycznym, czy w ogóle o muzyce a orkiestra grała niczym do kotleta, zagłuszana przez czytających głośno jakieś teksty prowadzących? (Niestety, nikt nie powiedział nam, co czytają i dlaczego. Ogólnie orientujący się w kulturze mogli domyślić się, że była to któraś część Muminków, któraś z części przygód Pippi i coś jeszcze innego, co nijak nie pasowało do niczego, ale traktowało m.in. o piwie jęczmiennym i podpiwku, w każdym razie to utkwiło w pamięci mi i moim dzieciom. Czy Wikingowie pili piwo jęczmienne?).

źródło zdjęcia
Dlaczego po wyjściu z koncertu niespecjalnie wiadomo było dlaczego zatytułowano go "Szwedzki stół", skoro jedynym wzmiankowanym skandynawskim krajem była Finlandia? (Nazwisko Sibeliusa w tym kontekście jednak nie padło; zamiast tego prowadzący udawał, że umie mówić po fińsku). O tym, że nikt nie wspomniał o fiordach i rogach na hełmach Wikingów nie muszę chyba pisać, prawda?

Dlaczego prowadzący nie umieli nauczyć się na pamięć nawet nazwiska dyrygenta (naprawdę żenujące było patrzenie, jak muszą spojrzeć do tekstu, by móc poprawnie podać jego – zupełnie zwyczajne - imię i nazwisko)?

Dlaczego po wyjściu z Filharmonii moje dzieci – które tym razem okazały się całkiem zadowolone, i owszem – nie były w stanie powiedzieć niczego na temat muzyki i orkiestry, za to wiele na temat balonów i plastikowego jo-jo z nazwą sponsora koncertu, które otrzymały przy wyjściu?
Biorąc pod uwagę, że rzeczone jo-jo kosztowały mnie łącznie 55 złotych (jeden bilet normalny i dwa ulgowe), a wiedzy muzycznej jak nie było tak nie ma, chyba wiem, kto zrobił na tym najlepszy interes.

„Szwedzki stół” koncert rodzinny w Filharmonii Szczecińskiej, 3.04.2016r.

poniedziałek, 28 marca 2016

Ksiądz Jan Kaczkowski

źródło zdjęcia
Lubię porównywać bliskość do mięśnia. Ten mięsień miłości, bliskości, a także sumienia musi być wyćwiczony na trudne czasy, bo kiedy przyjdzie tragedia, choroba, rozpadnie nam się związek, popłaczemy się, bo będzie ciężko, ale wpadniemy w ramiona najbliższych. Dlatego błagam was, rozmawiajcie z sobą, okazujcie sobie czułość, przytulajcie się. (…)

Często ludzie mówią: nikogo nie okradłem, nikogo nie zabiłem, jestem w porządku. Rzeczywiście trudno jest być przyzwoitym współcześnie. Ale czy zwykła przyzwoitość nam, wierzącym, powinna wystarczyć? Wydaje się, że jesteśmy wezwani do przyzwoitości z plusem. Co zrobiliśmy ponad zwykłą przyzwoitość? Jest więcej miłości, więcej bliskości, więcej uważności na drugiego człowieka, więcej dawania z siebie za darmo, życzliwego patrzenia na świat?

(…) Bardzo państwa proszę o modlitwę w mojej intencji. Nie bójcie się śmierci. To może dziwnie zabrzmi, śmierć nie może być smutna i straszna. Ona jest tak oczywista jak życie. Zaprzeczanie temu jest idiotyzmem. Albo my tę śmierć weźmiemy za rogi, przygotujemy się na nią przez godne życie, przez niełamanie sumienia, albo nas rozpacz wdepcze w ziemię, zniszczy nasze człowieczeństwo. Dlatego bardzo was proszę: odwagi! Nie bójcie się zwłaszcza bycia blisko, kochania się i – tu was zaskoczę – także umierania.”

To takie proste, prawda?
Jeśli to proste, to już. Po prostu zróbmy. Zacznijmy od zaraz. Światu to z pewnością nie zaszkodzi.

A kto może, niech spełni Jego prośbę. Chociaż – jestem o tym głęboko przekonana – Jemu nasze modlitwy nie są wcale potrzebne. Ale może wstawi się za nami u kogo trzeba, kiedy przyjdzie czas. Od dzisiaj ma bliżej.

Wszystkie cytaty pochodzą z ósmego kazania księdza Jana Kaczkowskiego zamieszczonego w pierwszej części książki "Grunt pod nogami". Wydawnictwo WAM, Kraków 2016.