„Zanim TO się zdarzyło, w tym miejscu stał
piętrowy domek państwa Ciumków – powiedział przewodnik i zwiedzający pochylili
się nad czarną dziurą, w której pełzały resztki dymu, a spomiędzy zgliszczy
uśmiechała się smutno piegowata lalka-szmacianka…
Tata zlany potem usiadł na łóżku i
przez chwilę siedział nieruchomo, pracowicie sortując zmieszane strzępki prawdy
i sennych koszmarów. Kiedy skończył, uspokoił się trochę, ale tylko trochę, bo
co prawda dom stał nietknięty, ale TO miało nastąpić dzisiaj.”
TO
zdarzyło się dzisiaj.
Starszy
wprawdzie urodzony w lipcu, jednak z uwagi na nieuchronne wakacyjne
rozpierzchanie się kolegów, oficjalne imprezy urodzinowe wyprawia w czerwcu.
Na
moje nieszczęście w tym roku w naszej lokalnej modzie urodzinowej zapanował
trend na domówki. Dzieciaki, znudzone bawialniami, parkami linowymi, ściankami
wspinaczkowymi oraz innymi tematycznymi i zorganizowanymi do
bólu imprezami, uznały że najlepsza zabawa odbywa się w domu.
-
Czy jesteś tego pewny, synu? – zapytałam co najmniej sto razy, licząc że
właśnie teraz usłyszę inną odpowiedź niż „tak”.
Niestety,
dziecko nie wyciągnęło ku mnie pomocnej dłoni.
„Tata przytulił mamę i powiedział łagodnie:
- Tak trzeba, kochanie. Tak trzeba.”
Oczywiście,
tatom łatwo powiedzieć. Oczywiście, pozdrawiamy wszystkich tatów – w końcu
jutro Wasze święto.
Czemuż
jednak ojcom z taką łatwością przychodzi bezradne rozkładanie rąk i mówienie
aksamitnym głosem: „Kochanie, zrób jak uważasz. Ja Ci oczywiście pomogę. Na
przykład chętnie upiekę dzieciom kiełbaski na grillu.”
„I tak zaczął się ów pamiętny dzień, a
atmosfera, która już rano była gęsta, w miarę zbliżania się godziny
siedemnastej gęstniała jak tężejąca galaretka.(…)
- Tato, pobawisz się ze mną? –
zaproponowała Kasia, ale tata popatrzył takim wzrokiem, że znałaby odpowiedź,
nawet gdyby nie powiedział:
- Oszalałaś? Przecież dzisiaj są twoje
urodziny!”
Doprawdy,
przeklinałam chwilę, w której się na to zgodziłam. Doprawdy, przeklinałam ją
najbardziej o zbrodniczej godzinie 6:30, gdy w jedyny dzień w tygodniu, w
którym mogę choć trochę się wyspać, zadzwonił budzik. Szybkie zakupy, szybkie
sprzątanie (czytaj: wrzucanie zbędnych przedmiotów do sypialni, którą można
zamknąć na klucz), szybkie dekorowanie pomieszczeń (nienawidzę dmuchania balonów!),
szybkie przygotowanie przekąsek dla dzieci, szybkie przygotowanie akcesoriów do
wybranych wczorajszej nocy a znalezionych w internecie gier i zabaw. Przydałby
się szybki prysznic, najlepiej zimny.
„Goście, na początku nieśmiali, zaczęli się
szybko rozkręcać i wkrótce całe towarzystwo zabrało się za rozpakowywanie
prezentów. W powietrzu latały strzępy kolorowych torebek (…)
Potem ktoś nagle pobiegł na górę, a za
nim ktoś drugi i trzeci, i w ciągu kilku chwil pokój opustoszał. Mama chciała
posprzątać porozrzucane prezenty, ale na schodach znowu zatupotało i stado
zbiegło z powrotem na dół. Pokręciło się po pokoju. Ten i ów skubnął paluszka, i
owocowego żelka, ktoś inny ściągnął z półki grę, ale była nudna, więc ściągnął
drugą, a potem frr! i znowu na górę. (…)
Trzech chłopców siedziało na piętrowym
łóżku i odpierało ataki gromady dziewczynek, które pięły się w górę: po
drabinie, po biurku, po regale. Kiedy jedna spadała, natychmiast w jej miejsce
pojawiały się dwie następne i bój trwał nieprzerwanie.”
Przeczytałam
powyższy fragment książki „Co tam u Ciumków” odpowiednio wcześniej, wydawało mi
się więc, że zdołam wyciągnąć właściwe wnioski.
Po
pierwsze, żadnej swobody. Czas wyłącznie inteligentnie zorganizowany.
Po
drugie, opisana impreza dotyczyła urodzin dziewczynki w wieku przedszkolnym.
Ach, czymże są dziewczynki w wieku przedszkolnym w obliczu groźby najazdu stada
chłopców (i jednej dziewczynki) w wieku wczesnoszkolnym! Przełączyłam się w
tryb bojowy.
To
zdumiewające, ale te same miny i tembr głosu, które w pracy znakomicie mi
wystarczają, by okiełznać najbardziej agresywne jednostki, nie wyłączając
zatwardziałych recydywistów, dziś zdały się na nic. Po piętnastu minutach
ochrypłam, po półtorej godzinie wspomagałam się gestami. Towarzystwo rozłaziło
mi się i rozpierzchało, preferując zwłaszcza przebieganie przez ulice (część
urodzin odbywała się w plenerze i polegała na poszukiwaniu kolejnych miejsc, w
których ukryte były wskazówki naprowadzające na miejsce ulokowania skarbu).
Propozycje kolejnych gier i zabaw spotykały się wyłącznie z jedną reakcją: „a
nie możemy iść pograć w piłkę?” (na swoje nieszczęście mieszkam w pobliżu
orlika).
„- Prosimy na tort! – zawołała w
którymś momencie mama, ale nie doczekała się żadnej reakcji. W końcu tacie
udało się zagonić towarzystwo do stołu i wtedy mama wniosła na tacy serowy tort
z czerwoną galaretką.
- Blee, nie znoszę galaretki! –
zawołał Benio.
- Ja też nie – poparła go Zosia.
- A ja lubię tylko zieloną –
oświadczyła Zuzia.
- Mam nadzieję, że w tym torcie nie ma
sera – wzdrygnął się Bartek i zewsząd posypały się recenzje w podobnym duchu.
Po chwili na stole zostało kilkanaście
talerzyków z ledwie nadgryzionym tortem, a przy stole tylko Jasio, który nie
miał nic przeciwko serowi i galaretce – i mama pomyślała, że to bardzo miłe
dziecko.”
Menu
naszej imprezy nie było zbytnio rozbudowane.
Ot,
znakomicie upieczone przez Ojca kiełbaski z grilla, w towarzystwie bananów z
grilla, kilka miseczek z różnymi owocami, bakaliami, nieco słodyczy.
Ośmioosobowe
towarzystwo zjadło łącznie dwie kiełbaski oraz jednego banana.
Tort
był w planach, owszem.
Że
to nie był dobry pomysł pomyślałam po raz pierwszy, gdy ojciec Krzysia wyszeptał
w progu: „Tylko bardzo proszę nie dawać Krzysztofowi tortu! Przyszedł na te
urodziny tylko pod warunkiem, że nie będzie musiał go jeść!”
Potem
kilka razy próbowałam triumfalnie wnieść tort na stół, za każdym razem słyszałam
jednak: „Nieeee! Tylko nie tort!”, ewentualnie: „Ja mogę zaśpiewać „Sto lat”,
tylko niech Pani nie każe mi tego jeść!”
Jeśli
ktoś ma ochotę na tort, zapraszam, mamy go dużo.
Jakież
to szczęście, że Młodszy ma urodziny dopiero w następnym roku…
Wszystkie
oznaczone kursywą cytaty pochodzą z opowiadania „Urodziny” autorstwa Pawła
Beręsewicza, zamieszczonego w książce „Co tam u Ciumków?”, z ilustracjami
Surena Vardaniana, wydanej przez Wydawnictwo Skrzat, Kraków 2011.