Są takie chwile, gdy nie
jestem w stanie dłużej bronić się przed prawdą. Która, jak to prawda, bywa
bolesna, wręcz okrutna.
W chwilach tych okazuje
się, że jestem osobą małego charakteru, zwykłą zazdrośnicą i zawistnicą, która
do tego nie potrafi pogodzić się z tym, że czas płynie i ci, których nie
zaszczycałam dotąd nawet spojrzeniem, uznając ich za maluchy, wyrośli nad
podziw a przy tym – o zgrozo! – niezwykle wręcz zmądrzeli.
Pal sześć, gdy idzie o takie
osoby jak np. członkowie duetu Bisz/Radex. Po pierwsze, robią w innej branży
niż ta, o której zawsze myślałam (kilka lat spędzonych w szkole muzycznej
wystarczyło, bym zrozumiała, że dla dobra ogółu powinnam przerzucić się na inny
rodzaj sztuki, na przykład szeroko rozumianą literaturę). Po drugie, różnicę wieku
nieprzekraczającą dziesięciu lat jestem w stanie przełknąć.
Sytuacja wygląda
znacznie gorzej, gdy w grę wchodzą osoby, dla których (wprawdzie przy odrobinie
wysiłku, ale jednak zawsze) mogłabym być matką i które – co gorsza - parają się
pisaniem. Naprawdę dramatycznie robi się jednak dopiero wówczas, gdy okazuje
się, że łączy mnie z nimi także prawnicza branża, z której – jak widać na ich,
a niestety nie moim, przykładzie – jednak można wybić się na literacką
niepodległość, nie tworząc przy tym seryjnych gniotów (i cóż, że okupujących
listy bestsellerów).
Tak, Weronika Murek, bo
o niej mowa, stanowi poważną przeszkodę na drodze ku mojej (przyszłej)
kanonizacji.
Jej debiutancki zbiór
opowiadań czyta się znacznie lepiej niż zapowiada jego tytuł. „Uprawa roślin
południowych metodą Miczurina” sugerowałaby bowiem, że może być to dzieło pasjonujące
wyłącznie ogrodników. Tymczasem odbiorcami tej prozy mogą być w zasadzie
wszyscy. O ile umieją podejść do literatury bez zadęcia. I są choć trochę
walnięci.
Nie mam pojęcia co
trzeba mieć w głowie, aby wymyślać takie historie, ale niewykluczone, że
właśnie dlatego dotychczas nie udało mi się popełnić żadnego spektakularnego
literackiego debiutu. Z całą pewnością nie umiałabym bowiem napisać historii o
dziewczynie, która „o tym, że nie żyje,
dowiedziała się jako ostatnia” i długo nie umiała przyjąć tego do
wiadomości (opowiadanie „W tył, w dół, w
lewo”; najdłuższe ze wszystkich, ze zdecydowanie najlepszym zakończeniem). Nie
przyszedłby mi też chyba do głowy pomysł opisania nieco upiornego przedszkola,
przypominającego ni to placówki funkcjonujące w Peerelu, ni to sanatoria dla
dzieci („Organizacja snu w przedszkolu”;
opowiadanie, którego pierwszoplanowymi bohaterkami są pracownice placówki, naszkicowane
tak bardzo od niechcenia, że nie znamy nawet ich imion, a tylko funkcje („Jadalna”,
„Spacerowa”, „kucharka”, „kierowniczka”). Nie sądzę również, abym potrafiła tak
poetycko, a zarazem dosadnie, bawiąc się słowami, formą i treścią, opisać
historię wsi, w której dobry gospodarz przyjął pod swój dach (choć nie za
darmo) nerwowo chorych, dla których zabrakło wolnych łóżek w szpitalu
psychiatrycznym („Ołówek, siekierka,
kijek”).
Historie opowiadane
przez Murek są nieprawdopodobne, choć rozpoznajemy w nich pewne zdarzenia,
miejsca czy sytuacje. Dzieją się nigdzie, mimo że mniej więcej wiadomo gdzie.
Nie mają przesłania, nie niosą ze sobą żadnych poważnych treści, a mimo to
przyciągają, wciągają i nie pozwalają odłożyć się na bok. Są niepoważne i
pozornie pozbawione sensu, a jednak dają do myślenia lub zmuszają do –
chociażby – parsknięcia śmiechem.
Do tego (co gorsza!) Weronika
Murek wydaje się być zupełnie normalna. Tak w każdym razie wynika z jedynej
rozmowy z nią, jaką przeczytałam (tutaj).
A okładkę do jej książki
zaprojektowała sama Iwona Chmielewska.
Zgroza, naprawdę zgroza.
Na szczęście przypuszczam,
że jestem lepszą od niej prawniczką. Przynajmniej na razie.
Weronika Murek „Uprawa
roślin południowych metodą Miczurina”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.

