„Inna dusza” jest
książką, o której swego czasu było głośno (w każdym razie w kręgach osób
czytających).
Łukaszowi Orbitowskiemu
przyznano za nią Paszport „Polityki” 2015. Nagradzający wyjaśnili przy tym, że
jest ona „doskonałym połączeniem powieści
inicjacyjnej, psychologicznej i obyczajowej”. Dodali, że paszport przyznali
„za precyzyjne, poruszające i zapadające
w pamięć studium zła.”
Gdyby „Inna dusza” była zwykłą
powieścią, chyba byłabym nią zachwycona. Chyba, bo nie od początku czytało mi
się ją dobrze; przeciwnie, przez pierwszych 150 stron nieco się męczyłam,
zastanawiając się nawet czy nie porzucić lektury.
Potem jednak było coraz
lepiej. Studium zła, owszem. Poruszające, jak najbardziej. W żadnej mierze nie
płaskie, czarno-białe. Orbitowski próbuje dociec przyczyn, pokazać genezę
zbrodni, nie ukrywając zarazem swojej bezradności. Jest dwóch głównych
bohaterów tej książki, przy czym jeden z nich wydaje się być bardziej predystynowany
do tego, by nisko upaść. Wskazywałyby na to jego uwarunkowania środowiskowe i
rodzinne – ojciec pijak, bezradna i niewydolna wychowawczo i życiowo matka. Jednak
to nie on zabija. Nie w nim żyje „inna dusza”, która każe chwycić mu za nóż i
zabić. Raz, a potem drugi.
Gdyby „Inna dusza” była
powieścią, byłaby to dobra powieść. Pełna szczegółów, samoczytających się
opisów, dzięki którym świat w niej przedstawiony wydaje się być na
wyciągnięcie ręki. Realia lat dziewięćdziesiątych, odbieranych przeze mnie
niemal z tej samej perspektywy, co w przypadku Orbitowskiego (różnica wieku
między nami nie jest znacząca, choć istnieje), wydają się być perfekcyjnie
oddane. Ówczesna Bydgoszcz, w której nigdy zresztą nie byłam (jednak byłam w
tym czasie w kilku innych, równie złych jako bydgoski Fordon, dzielnicach kilku
innych większych miast), zdaje się niezwykle prawdziwa. Żyjący dwadzieścia lat
temu ludzie, ich pragnienia i marzenia, zostali przedstawieni w przekonywujący
sposób.
Jest jednak pewien
problem.
„Inna dusza” nie jest
powieścią. Jest książką „na faktach” (wydaną zresztą w serii o takiej nazwie),
opisującą autentyczne zdarzenia, w autentycznych plenerach, tyle że – drobiazg –
przepuszczonych przez wyobraźnię autora.
W wywiadzie dla portalu Książki WP autor wyjaśniał, że „odległy
pierwowzór mojej postaci, rzecz jasna fikcyjnej, to chłopak z Bydgoszczy, który
bez żadnego powodu zabił dwoje ludzi.”
Taaaa, jasne. Postać
fikcyjna będąca odległym pierwowzorem. A wszelka zbieżność jest najzupełniej
przypadkowa.
Wydawca zresztą zaznacza
na ostatniej stronie książki, odpowiednio małym druczkiem, że wprawdzie „zarys fabuły książki „Inna dusza” jest
oparty na prawdziwych zdarzeniach. Trzeba jednak pamiętać, że tekst nie jest
reportażem, tylko dziełem fikcji literackiej. Nie należy traktować jak
dokumentu. Wypowiedzi i myśli bohaterów, ich charakterystyka, a także opisy
szczegółów miejsc i wydarzeń nie mogą stanowić źródła wiedzy o faktach”.
Wydawałoby się więc, że
wszystko załatwione.
Niestety, nie dla mnie.
Być może jestem starym
ramolem, który nie zna się na Sztuce i Literaturze (koniecznie z wielkiej
litery), ale nie zgadzam się na to, aby ciągle świeże dramaty traktować jako
pożywkę dla wyobraźni twórców i kieszeni wydawców, w jakiejkolwiek branży by
nie działali.
Opisane w „Innej duszy”
morderstwa zdarzyły się naprawdę. Naprawdę zginęło dwoje młodych ludzi, a to
czy zabił ich Jędrek (jak w powieści), czy Jacek (jak w rzeczywistości),
doprawdy ma najmniejsze znaczenie.
Nie widzę przeszkód, by
Łukasz Orbitowski napisał – jeśli tylko najdzie go taka ochota – znakomitą powieść
o tym, jak dochodzi do tego, że młody człowiek z – wydawałoby się – dobrego domu
zabija dwójkę w pewien sposób bliskich mu ludzi. By stworzył całkowicie
fikcyjny świat, całkowicie fikcyjnych bohaterów i całkowicie fikcyjną historię.
Nie widzę przeszkód, by inspirował się przy tym zdarzeniem, które miało miejsce
naprawdę. Czym innym jest jednak inspiracja, a czym innym manipulacja.
Orbitowski jest sprytny.
Wszystko dobrze przemyślał, ma więc gotowe odpowiedzi na moje wątpliwości.
W roku 2015 tak odpowiadał redaktorowi portalu wpolityce.pl:
„- Jednak nawet tworzenie
fikcji na bazie rzeczywistego mordercy i na jego ofiarach jest dość ryzykowne.
Żyją rodziny, z pewnością trafią na ten tekst, a ich emocje odżyją. Były jakieś
obawy z tym faktem związane?
-
Dużo o tym myślałem i myślę dalej. Wydawca chciał organizować spotkanie
autorskie w Bydgoszczy, z zaangażowaniem mediów lokalnych. To miało być duże
wydarzenie. W pierwszym odruchu odmówiłem. Bałem się, że będę musiał komuś w
oczy spojrzeć, ktoś mi w ryj plunie, albo dostanę w kły. Natychmiast zmieniłem
zdanie i pojadę do Bydgoszczy promować „Inną duszę”, jeśli tylko okazja się
trafi. Biorę pełną odpowiedzialność za to, co napisałem. Sprawa w ogóle ma duży
stopień komplikacji. Zmieniłem coś więcej, niż inicjały głównego bohatera,
wymyśliłem mu inną rodzinę, przeniosłem w inną część Bydgoszczy i odjąłem
brata. Ofiary także mieszkają gdzie indziej, nazywają się inaczej, dorzućmy do
tego wymyślonego od podstaw narratora z jego otoczeniem na Jasnej. Momentami
już nie wiem, co wziąłem z akt, co zaś wymyśliłem. Cała ta maskarada jest
nieudolna, uczestnicy wydarzeń z tamtych bez problemu rozpoznają, o co chodzi.
I może być im przykro. Robiłem wszystko, żeby uszanować ich uczucia, ale
dopuszczam możliwość, że zawiodłem. Z drugiej strony, o Jacku B. powstał film
dokumentalny, kilka reportaży, nie jestem więc jedyny. Czy mam prawo pisać?
Oczywiście. Ta historia należy do wszystkich. Czy ktoś urażony ma prawo dać mi
w mordę, fizycznie, z całej siły? Również. Jego prawo jest równorzędnym
względem mojego prawda do pisania. Jestem gotowy. Nie będę się uchylał.”
Kluczowa wydaje mi się
odpowiedź na pytanie o to, czy – jak twierdzi Orbitowski - ta historia faktycznie
należy do wszystkich?
To odpowiedź na pytanie
o to czy w dzisiejszych czasach mamy prawo do prywatności a od innych możemy
oczekiwać elementarnej wrażliwości.
Czy wystarczy „odjąć
brata” i przenieść akcję w inną część miasta, by uznać, że stworzyło się
fikcyjną historię?
Czy jeśli jutro padnę
ofiarą gwałtu, będę mogła liczyć na to, że nie znajdzie się nikt, kto
stwierdzi, że urzekła go moja historia i postanowi – zmieniwszy mój kolor
włosów oraz miejsce zdarzenia z parku na nieuczęszczane pobocze – sprzedać ją
całemu światu? Oczywiście, równocześnie przeprosiwszy za ewentualne urażenie
uczuć moich i mojej rodziny.
Nie kupuję tego.
Podobnie jak nie kupuję wchodzącego
właśnie na ekrany filmu „Amok”. Mam tak od lat i nie sądzę, aby
mogło się to zmienić w przyszłości – swego czasu, zorientowawszy się mniej
więcej w połowie co jest grane, wyszłam z seansu filmu „Dług”.
Jest jednak różnica: nie pójdę na "Amok", bo wiem czym jest. Przeczytałam "Inną duszę", bo myślałam, że jest całkiem czym innym.
Według mnie elementarne
zasady uczciwości wymagają, by poinformować czytelnika o tym, co
bierze do ręki, we wstępie do książki, nie zaś w redakcyjnej stopce.
Wtedy wiedziałabym, że
nie mam do czynienia z książką „na faktach”, lecz niczym z „Faktu”.
Łukasz Orbitowski „Inna
dusza”. Wydawnictwo OD DESKI DO DESKI, Warszawa 2015.



