Od
pewnego czasu jestem zwolenniczką teorii, że w ramach prewencji rentowej oraz
szeroko rozumianej profilaktyki zdrowotnej ZUS i NFZ powinny każdemu ubezpieczonemu
przynajmniej raz w roku refundować koszty zakupu biletu na koncert muzyczny.
Oczywiście,
uzyskanie refundacji musiałoby zostać uzależnione od spełnienia szeregu
warunków, z których zasadniczym byłby stan zdrowia psychicznego osoby
ubiegającej się o taką ulgę.
W
stosownym kwestionariuszu powinny się więc znaleźć pytania o:
-
średnią długość snu na dobę w okresie ostatnich trzech miesięcy (wstępną fazę kwalifikacyjną przechodziłyby tylko osoby, u których długość ta nie przekraczałaby
sześciu godzin);
-
częstotliwość używania w mowie słów powszechnie używanych za obelżywe (tu nie
mogłyby liczyć na refundację osoby, u których ilość takich słów w przeliczeniu
na dzień nie przekraczałaby dziesięciu);
-
poziom głośności wypowiedzi kierowanych do najbliższych, ze szczególnym
uwzględnieniem małoletnich (z uwagi na brak powszechnego dostępu do dokładnych
urządzeń pomiarowych wystarczyłoby postawić krzyżyk przy jednej z dwóch opcji:
„drę mordę co chwilę” – „nie drę mordy, albo drę ją bardzo rzadko”).
Wskazanym
byłoby też, aby refundacji podlegały wyłącznie bilety na koncerty spełniające
ściśle określone kryteria:
-
po pierwsze: odpowiednio wysoki poziom decybeli w trakcie, powodujący
ogłuszenie i zagłuszenie natrętnych myśli o pracy;
-
po drugie: w grę wchodzić mogłyby tylko koncerty stojące, co za tym idzie,
wymagające wysiłku fizycznego, związanego z koniecznością utrzymywania stałej
pozycji pionowej w szalejącym, w tym także pogującym, tłumie;
-
po trzecie: konieczne byłoby każdorazowe badanie wyśpiewywanych podczas
koncertu treści; najwyższą refundację można byłoby bowiem uzyskać za koncerty
podczas których pojawiałaby się konieczność wykrzykiwania rzeczy, których za
żadne skarby świata uczestnik koncertu nie wykrzyczałby w innych
okolicznościach, a już na pewno nie przy świadkach. Dodatkowe punkty byłyby
przyznawane za dostarczenie zaświadczenia lekarskiego stwierdzającego
występowanie pokoncertowej chrypy.
Oczywiście,
są to na razie postulaty de lege ferenda,
tym niemniej liczę na to, że stosowne prace legislacyjne (zainspirowane być
może tym postem, kto wie?) zostaną podjęte już wkrótce.
Póki
co jednak, we własnym zakresie i za własne pieniądze zafundowałam sobie taką
właśnie terapię.
To
działa!
Należy
jednak nadmienić, że moje buty już nigdy nie odzyskają stanu wcześniejszej
świetności.
A
Grabaż to naprawdę znakomity gość. I jeden z najlepszych tekściarzy w tym kraju.
Strachy Na Lachy - koncert w szczecińskim klubie "Słowianin" w dniu 22.11.2013r.
PS. Mam wrażenie, że mimo przebytej terapii jeszcze przez jakiś czas moje blogerskie zaangażowanie może być mniejsze niż dotychczas. W miarę możliwości będę starała się pisać posty, jednak częstotliwość zamieszczania komentarzy u innych nie będzie mogła być duża. Wyznaję bowiem zasadę "przeczytaj, zanim skomentujesz", a realizacja pierwszego członu z uwagi na brak czasu bywa ostatnio mocno utrudniona. Uprasza się o wybaczenie.
Ponieważ
w tych czasach coraz trudniej o klienta, wokół tego,
którego się już ma, należy skakać i giąć się w ukłonach. Najlepiej, gdyby udało się czytać mu w myślach.
Dlatego
też, wychodząc naprzeciw słupkom blogowych statystyk, które niebiesko na białym
pokazują, że spore grono trafiających tu osób szuka jak najprostych odpowiedzi
na skomplikowane pytania, w tym zwłaszcza te dotyczące szkolnych lektur,
przygotowałam niniejszy post.
Uwaga, podaję najczęściej zadawane pytania wraz z poprawnymi odpowiedziami!
Pytanie 1: „O czym jest jesień liścia Jasia?”
(pasuje też do: „napisz streszczenie
książki „Jesień liścia Jasia”.)
Odpowiedź:
ponieważ aktualnie preferowane są krótkie formy, najlepiej nie wymagające
czytania, najlepszą odpowiedzią będzie filmik z YouTube (to, że nie został on
wyprodukowany z myślą o YouTube jest nieistotnym detalem. Wszystko, co istotne
na świecie, pochodzi bowiem z YouTube albo z Facebooka).
Dla
nieznających angielskiego suplement: „Jesień liścia Jasia” opowiada o liściach,
które najpierw rosną na drzewie, a potem z niego spadają.
Pytanie 2: „Jak pokolorować ten obrazek z Lekturnika,
niezbędny do właściwego omówienia lektury z ośmio- i dziewięciolatkami?”
(wyjaśnienie dla osób, które nie miały do czynienia z metodami dydaktycznymi wydawnictwa MAC: "Lekturnik" jest zeszytem ćwiczeń, przeznaczonym do pracy z lekturą, zawierającym szereg niezwykle przydatnych zadań, dzięki którym wszystkie dzieci na pewno dokonają jednolitej i właściwej interpretacji przeczytanych książek.)
Odpowiedź:
ładnie.
Punktowana jest też (choć nieco niżej) odpowiedź druga: kredkami.
Pytanie 3: „Co czułaś/czułeś podczas słuchania opowieści
o liściu Jasiu?”
Odpowiedź:
Podczas czytania opowieści o liściu Jasiu (czytania, a nie słuchania, bo umiem
już czytać, jestem w trzeciej klasie) najpierw nic nie czułem, bo dwa razy
zasnąłem. Kiedy jednak się obudziłem, poczułem zdziwienie. Zastanawiałem się,
dlaczego w szkole każą mi czytać książki dla przedszkolaków.
Pytanie 4: „Dlaczego uważasz, że wybranie tej książki
jako lektury dla trzecioklasistów nie jest mądrym pomysłem?”
Odpowiedź
(pełnym zdaniem, pełnym zdaniem!):
Uważam, że wybranie tej książki jako lektury dla trzecioklasistów jest głupim (nie używamy takich słów, fe!) pomysłem
dlatego, że trzecioklasiści się przy niej nudzą. Gdyby mieli pięć lat, z
pewnością byłby to lepszy pomysł, niestety reforma polskiego systemu oświaty na
razie nie przewiduje jeszcze posyłania pięciolatków do trzeciej klasy.
Podpowiedź rodziców, aktywnie zaangażowanych w proces edukacji dziecka: Niniejszym, w trosce o dostosowanie listy lektur szkolnych do faktycznych
potrzeb rozwojowych dzieci, i mając na uwadze fakt, że posłowie większością
głosów uznali, że maluchów nie należy ratować, poddajemy jednak pod
rozwagę możliwość wdrożenia reformy oświaty polegającej na umieszczaniu dzieci pięcioletnich w trzecich klasach.
(za tę odpowiedź można dostać 5 punktów z
uwagi na dużą ilość użytych w niej trudnych słów oraz kreatywność)
Pytanie 5: „Czy uważasz, że można by znaleźć lepszą
książkę na podobny temat, która zainteresowałaby ośmio- i dziewięciolatków?”
Odpowiedź:
owszem. Na przykład taką:
Podpowiedź pierwsza (dla bojących się wrzucać dzieci na głębokie wody pełnego tekstu): stron jest
wprawdzie nieco ponad sto, za to druk rozstrzelony, a do tego poprzedzielany ilustracjami.
Tymczasem
tekst „Jesieni liścia Jasia” zajmuje tak naprawdę cztery strony druku.
Nazywanie tego książką i „lekturą” dla dzieci wydaje się być więc
niezrozumiałe, zwłaszcza że (patrz: podpowiedź druga) nie można mówić o tym, aby wydawca przyłożył się do formy.
Podpowiedź druga (dla tych, którzy uważają, że edukujemy też przez kontakt z obrazem): książka
została przepięknie i adekwatnie do treści zilustrowana przez Emilię
Dziubak.
W odróżnieniu od „Jesieni liścia Jasia”, którą okraszono
łopatologicznymi i anonimowymi zdjęciami.
Podpowiedź trzecia (zarówno dla tych, którzy zetknęli się ze śmiercią w najbliższej rodzinie, jak i
dla tych, którzy nie wiedzą jak zachować się w obecności kogoś, kto właśnie
stracił bliską osobę): Barbara Kosmowska nienachalnie opowiada zarówno o uczuciach głównej
bohaterki, Andzi, której umarł tata, jak i o tym, jak ta śmierć wpłynęła na jej relacje z koleżankami z klasy.
„- Szkoda, że nie przyjdziesz na moje
urodziny. – Zosia patrzyła na Andzię ze współczuciem. – Masz żałobę, nie?
Andzia pochyliła się nisko nad
zeszytem, żeby nie widzieć Zosi.
- Jak chcesz, to możesz przyjść, ale
wtedy nikt się nie będzie bawił. Bo wiadomo…
- Nie chcę do ciebie przyjść. – Andzia
na końcu zeszytu malowała motyla. – Mogę, ale nie chcę.
-Ojejku, słyszycie? – Zosia rozejrzała
się po klasie. – Ona mówi, że nie chce do mnie przyjść! Na kulig! Kto by w to
uwierzył!”
Natomiast „Jesień liścia Jasia” opowiada w zasadzie tylko o tym, że życie płynie,
wszystko przemija, ale po nas będą inni i że każdy z nas kiedyś umrze, ale nie
ma się czego bać. Owszem, sporo i o ważnych sprawach, ale który z tych ogólników
przeciętne dziecko odniesie do realnych sytuacji z własnego życia?
Podpowiedź czwarta (dla tych, którzy upierają się, żeby było o przyrodzie, bo z uwagi na jej
cykliczność wszystko można dzieciom łatwiej wyjaśnić): jak sam tytuł wskazuje,
„Dziewczynka z parku” sporo czasu spędza w… parku. Historia toczy się zaś przez
rok; w sam raz, by pokazać cykliczność przyrody. Nie tylko na – dość prostym i
schematycznym – przykładzie liści i drzew, ale też w odniesieniu do – chociażby
– ptasich i zwierzęcych zwyczajów.
Podpowiedź piąta (dla tych, którzy chcą, aby za jednym zamachem upiec wiele pieczeni): w książce
Kosmowskiej, poza tematem śmierci, poruszonych zostaje jeszcze wiele innych, równie istotnych, choć trudnych spraw.
Mowa jest bowiem między innymi:
- o tym, że także dzieci chorują na przewlekłe i wcale niekoniecznie kończące się
śmiercią choroby, co może powodować szereg problemów w zwykłym życiu, również szkolnym;
- o przyjaźni, tak po prostu i bez żadnych podtekstów;
- o tym, że czasem rodzic nie radzi sobie bardziej niż dziecko i co z tego wynika.
Całość
podana jest jednak z umiarem, bardzo delikatnie, bez rozkrwawiania serca
czytelnika i wyciskania z niego ostatniej łzy.
Tymczasem,
moim zdaniem, „Jesień liścia Jasia” jest w zamierzony i bardzo amerykański
sposób po prostu ckliwa.
I
oczywiście, można powiedzieć, że nie w tym nic złego, skoro nawet Snoopy dał
się uwieść panu Buscaglia,
ale
ja będę się upierać, że akurat w tym przypadku znacznie lepsze to, co polskie.
Leo
Buscaglia „Jesień liścia Jasia”, przekład Ewa Wojtych. Gdańskie Wydawnictwo
Psychologiczne, Gdańsk 2012.
Barbara
Kosmowska „Dziewczynka z parku”, ilustracje Emilia Dziubak. Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2012.
W
naszym kraju jeszcze nie tak dawno 60-latek mógł cieszyć się zasłużoną
emeryturą; jeśli dobrze się postarał, to nawet już od kilku lat.
Obecnie,
z uwagi na przesunięcie granicy wieku emerytalnego, nie ma o tym mowy. (Ci,
których od kilku lat, mimo upływu czasu, od emerytury niezmiennie dzielą trzy
dziesięciolecia, z pewnością współodczuwają ból przeszywający klawiaturę, na
której wystukuję te słowa.)
Od
osób sześćdziesięcioletnich XXI-wieczny rynek oczekuje wykazywania się elastycznością,
kreatywnością, przy jednoczesnej umiejętności praktycznego wykorzystywania
swoich bogatych już doświadczeń zawodowych i dzielenia się nimi z młodszymi.
Nie
jest lekko.
Premiera
spektaklu „Bajki samograjki” według Jana Brzechwy w szczecińskim Teatrze Lalek
„Pleciuga” została przygotowana z okazji 60-lecia istnienia tej sceny.
Nie było lekko.
Miało być – jak sądzę -
elastycznie, kreatywnie i wielopokoleniowo.
Udało
się, ale to czy stuprocentowe zrealizowanie tego planu oznacza super zabawę dla
widzów, może budzić wątpliwości.
Z
teatrem Anny Augustynowicz znam się od zamierzchłych czasów.
Pierwszy
spektakl wyreżyserowany przez nią w szczecińskim Teatrze Współczesnym -
„Klątwę”, widziałam bodajże pięć razy. Widziałam też wszystko inne, co
reżyserowała w tym teatrze do końca ubiegłego wieku. Później nasze drogi nieco
się rozeszły, wydaje mi się jednak, że wiem, czego można się po niej
spodziewać.
Dlatego
zdziwiłam się, gdy przeczytałam, że spektakl w „Pleciudze” proponowany jest
dzieciom od lat czterech. Dziś, po obejrzeniu przedstawienia, wiem że moje
zdziwienie miało uzasadnione podstawy.
Moim
zdaniem to nie jest spektakl dla dzieci w takim wieku; w każdym razie nie przez
pierwszą połowę.
Z
„Bajek samograjek” został bowiem znakomity tekst, ale już na przykład typowo
dziecięcej radości nie ma w przedstawieniu wiele. Kompletnie nie rozumiem też,
dlaczego przez cały spektakl, łącznie z końcowym wyjściem, aktorzy (z dwoma czy
trzema wyjątkami) mają upiornie poważne miny. Rozumiem, że to Sztuka, ale w
końcu dla dzieci, czyż nie?
Być
może patrzę (a raczej słucham) z perspektywy osoby skażonej wielokrotnym
odsłuchiwaniem opartych o te same teksty znakomitych słuchowisk muzycznych, w których Brzechwę recytowały i wyśpiewywały chociażby Irena Kwiatkowska czy Barbara Krafftówna, a
muzykę komponowali Stefan Kisielewski i Jerzy Wasowski. Znakomitej oprawie
muzycznej i znakomitemu aktorstwu towarzyszyły też radość i zabawa.
Tymczasem
spektaklowi Anny Augustynowicz w pierwszej jego połowie towarzyszy głównie
zdumienie i nerwowe pochrząkiwanie osób, które chciałyby się roześmiać, ale nie
wiedzą, czy przy tak ponurych minach aktorów to wypada.
Wydaje
się też, że jeżeli teatr ma ciągle w swoim repertuarze „Kopciuszka” jako
odrębny i samodzielny spektakl, to ktoś z osób nim zarządzających powinien
pomyśleć i spośród czterech bajek samograjek do scenicznej adaptacji wybrać
inną. Nie pomyślano jednak, wskutek czego moje dzieci, które „Kopciuszka” w
wersji oddzielnej obejrzały w ubiegłym miesiącu, zaziewały się niemal na
śmierć.
Wreszcie,
jeśli adresujemy przedstawienie do tak małych dzieci, warto byłoby zrobić
przerwę w trakcie. Nawet jeśli zaburzy to artystyczną ciągłość.
Małym
dzieciom często chce się siku, drodzy Państwo. A jeśli chce im się siku, będą
miały w nosie walory artystyczne Dzieła.
Natomiast,
gdyby przedstawienie zaczynało się od drugiej z bajek, czyli „Czerwonego
kapturka”, ten post pełen byłby wyłącznie ochów i achów.
Rytm,
nowoczesna muzyka, tworzona na scenie przez samych aktorów, znakomite kostiumy
i ruch sceniczny (przy pierwszej z bajek ruch zdawał się być wartością
nadrzędną), momentami operowe popisy aktorów, dowcip (mimo ponurych min).
Mimo
że znakomicie pamiętam starą wersję tej bajki z jej dość typową melodyjnością,
z radością akceptuję taki rodzaj liftingu.
Umiejętnie
wykorzystano też nowoczesne środki komunikowania się z widzem.
Po raz kolejny w
„Pleciudze” na ekranie za plecami aktorów zobaczyliśmy multimedialną
prezentację. Czerwony Kapturek rozmawiał zaś z Wilkiem niczym doświadczony
uczestnik internetowych czatów, nie pamiętający jednak o zachowaniu czujności, niezbędnej z uwagi na to, że nie może być pewnym tego, kto tak
naprawdę kryje się za ekranem komputera.
Byłam
naprawdę pod wrażeniem.
I
zastanawiam się teraz, czy to, że ani ja, ani moje dzieci nie pamiętamy zbyt
wiele z „Kopciuszka”, jest spowodowane tym, że był on tak nijaki, czy też
„Czerwony kapturek” okazał się na tyle wybitny, że go przyćmił.
Reasumując:
-
dobrze było z okazji jubileuszu zobaczyć na scenie cały zespół „Pleciugi”,
pełen znakomitych aktorów;
-
lepiej byłoby jednak, gdyby na przyszłość nie brali wszystkiego śmiertelnie
poważnie.
Poza
tym i mimo wszystko, moim zdaniem „Pleciudze” zesłanie na emeryturę jeszcze
długo nie grozi.
Teatr
Lalek „Pleciuga” w Szczecinie, Jan Brzechwa „Bajki samograjki”.
Reżyseria
– Anna Augustynowicz; scenografia – Marek Braun; kostiumy – Wanda Kowalska;
Muzyka – Jacek Wierzchowski; choreografia – Zbigniew Szymczyk.
Występują:
Mariola Fajak-Słomińska, Rafał Hajdukiewicz, Danuta Kamińska, Dariusz Kamiński,
Katarzyna Klimek, Mirosław Kucharski, Paulina Lenart, Grażyna
Nieciecka-Puchalik, Edyta Niewińska-Van der Moren, Maciej Sikorski, Janusz
Słomiński, Krzysztof Tarasiuk, Zbigniew Wilczyński, Przemysław Żychowski.
31
października o godzinie 0:53 obudził mnie dźwięk informujący o nadejściu smsa.
Podirytowana (pobudka była zaplanowana na 5.30, a położyłam się ledwie
dwadzieścia minut wcześniej) nacisnęłam poduszkę na głowę.
Irytacja.
Zapamiętaj to uczucie.
Proza
Andrzeja Sapkowskiego jest w moim domu traktowana z dużym szacunkiem.
Najdobitniejszym tego przejawem jest to, że książki tego autora jako jedyne
dysponują sporą ilością miejsca na półce, bowiem w zasadzie nie wiadomo, jakie
inne tomy mogłyby dostąpić zaszczytu stania obok, albo – jak w przypadku
wszystkich pozostałych półek – przed lub za nimi.
Wiedźmin
pojawił się w moim życiu w zasadzie równocześnie z moim mężem (wtedy jeszcze
niemężem) i – w odróżnieniu od niego – od razu podbił moje serce. Myślę, że nie
będzie przesadą stwierdzenie, że ta - jak się szybko okazało, wspólna -
fascynacja lekturowa nie pozostała bez znaczenia dla podjęcia przez nas oboje (mnie
i męża, nie mnie i Wiedźmina) decyzji o założeniu podstawowej komórki
społecznej.
Potem
było jak w każdym małżeństwie. Po okresie euforii, podsycanym przez pojawianie się
kolejnych tomów, nastał czas znużenia, czy wręcz separacji.
Próby
ponownego ożywienia uczuć kończyły się lepiej („Narrenturm”) lub gorzej
(„Żmija”; im prędzej o tym zapomnimy, tym lepiej będzie dla naszego związku).
Gdzieś w tyle głowy ciągle tkwiło jednak przekonanie, że oto już natrafiłam na
tego jedynego prawdziwego bohatera mojego życia i wszystkie ewentualne dalsze
związki będą tylko popłuczynami.
Dlatego
kiedy okazało się, że oto, nagle i niespodziewanie, On wraca („kochanie, wiem
że nie było mnie przez czternaście lat, ale nie mogłem zdecydować się, które
zapałki kupić”), bez zastanowienia rzuciłam się w jego ramiona.
Błąd.
Dojrzałe
kobiety myślą, zanim się rzucą.
Irytacja.
Gdybym
nie kupiła „Sezonu burz” w przedsprzedaży („jeśli kupisz dziś, książkę
dostarczymy jeszcze w październiku”), nie zostałabym w środku nocy obudzona
smsem, informującym że oto natychmiast mogę pobiec do najbliższego paczkomatu w celu
odebrania książki. Nie pobiegłam i już to powinno było dać mi do myślenia. Bo kiedyś bym pobiegła.
Gdybym
pomyślała logicznie, wpadłabym na to, że to, co było, już nie wróci. A On, ten
dowcipny, przewrotny, cyniczny, inteligentny i znający łacinę On, przez lata,
jakie upłynęły od jego pogrzebu (po 10 latach prawo stało po mojej stronie;
mogłam legalnie i ostatecznie uznać go za zmarłego) stał się już tylko legendą,
idealnym wyobrażeniem samego siebie.
Ale
kobiety, które kochają, nie myślą logicznie.
Irytacja.
Tej
lekturze to uczucie towarzyszyło w sposób niemal permanentny.
Z
jednej strony widzę bowiem, że to on. Rozpoznaję – prawda, że chwilami, ale
zawsze – znajome rysy, dowcip, ironię, żart. Z drugiej jednak, nie mogę wyzbyć
się myślenia o tym, że przez te czternaście lat zmieniłam się tak bardzo, że
teraz potrzeba czegoś więcej, bym przestała się dąsać i znów otworzyła dla
niego swoje serce. I kiedy widzę, że on się nie stara, bardzo mnie to irytuje.
Ok,
dostałam w przeprosinowym bukiecie parę informacji. Gdzie byłem, z kim i dlaczego stało się tak a nie inaczej. Kiedy jednak zdmuchnęłam świece i zapaliłam elektryczne
światło, zobaczyłam że bukiecik podwiędły, wzięty ani chybi z wystawki, a nie
szyty na miarę.
Może
gdybym była młodsza, poprzestałabym na blasku świec. Pech chciał, że przez tych czternaście lat
zdążyłam się wyleczyć z romantyczności.
Będę szczera.
Poszłam
z nim do łóżka, owszem. Zarwałam noc. Jedną. Wystarczy.
Było miło.
Bywaj.
Bo owszem, coś się kończy, a coś się zaczyna. Ale nie w tym przypadku.
Nasza historia,
Geralcie, definitywnie dobiegła już końca.
Andrzej
Sapkowski „Sezon burz”. Supernowa, Warszawa 2013.
„Napisz trzy zdania o tym, czym jest dla Ciebie Polska.” – takim
zadaniem domowym został w minionym tygodniu uraczony Starszy.
Wiadomo. 11 listopada,
Polska, Ojczyzna, Honor, Pamięć. Szereg wielkich słów, toteż i zadanie domowe
dla ośmiolatków musi stać na odpowiednio wysokim poziomie.
-
E, to proste! – wykrzyknął
optymistycznie Starszy, po czym pochwycił spojrzenie Matki, w lot przypomniał sobie, że
zadania domowe ma odrabiać samodzielnie i całkiem pesymistycznie opadł nad biurkiem.
-
„Polska to dla mnie dom.” – szybko napisał
w domowniczku, po czym zadumał się nad następnym zdaniem.
Po
mniej więcej pół godzinie (spuśćmy zasłonę milczenia na to, co działo się w
międzyczasie) w domowniczku pojawiło się drugie zdanie: „Polska dla mnie to piękny kraj.”
Można
powiedzieć, że poleciał standardem.
Gdy
bowiem spojrzeć na typowy program szkolnych i przedszkolnych akademii z okazji,
okaże się że obfituje on w szereg wierszyków i piosenek sławiących piękno
polskiej ziemi, jej przyrody, budowli wzniesionych ludzką ręką lub chociażby polskich barw narodowych.
Spora
ich część znakomicie sprawdzała się także przed 1989 rokiem, z tą tylko różnicą, że deklamowane były raczej w lipcu, niż w listopadzie.
Bo
oto Młodszy przez ostatni tydzień nieustannie recytował (ćwicząc przed
przedszkolnym występem) piękny skądinąd wiersz Czesława Janczarskiego „Barwy ojczyste”, który
niewątpliwie musiał powstać najpóźniej w 1971 roku (w tym to bowiem roku autor zmarł).
Z
kolei w zdobytej ostatnio przeze mnie książce „Dzień dobry” (a trzeba
nadmienić, że weszłam w jej posiadanie wyłącznie dzięki wzmiance uczynionej swego
czasu przez Aine, która zresztą u siebie także omawia wybrane utwory zamieszczone w tym dziele), Wanda
Chotomska wyśpiewuje uśmiechniętą, biało-czerwoną piosenkę, w której sławi „i wielki bukiet maków, i róże śnieżnobiałe”,
zaznaczając zarazem, że „w miastach i
wsiach znajdziemy biało-czerwone nuty”.
Do
współczesności nie pasują tylko dwie rzeczy. Pierwszą – ostatnie dwa wersy – z
łatwością można zmienić. Ostatnia zwrotka idzie bowiem tak:
„Słyszycie? Już śpiewamy
piosenkę uśmiechniętą.
Biało-czerwoną piosenką
witamy Lipcowe Święto.”
O
Lipcowym Święcie (dawniej E.Wedel) wszyscy już dawno zapomnieli, a ślady po
braniu udziału w jego obchodach zostały skrzętnie wymiecione ze wszystkich
szuflad. Gdyby jednak zaśpiewać tak:
„Słyszycie? Już śpiewamy
piosenkę uśmiechniętą.
Biało-czerwoną piosenkę
na Listopadowe Święto.”,
podejrzewam że niejedna przedszkolanka
odetchnęłaby z ulgą, mając wreszcie alternatywę dla nieszczęsnych „Barw
ojczystych”.
Z
drugą niepasującą rzeczą tak łatwo już nie pójdzie. W lipcu łatwo było bowiem rzucać i
różami, i makami, tudzież „trzepotem
białych żagli”. Tymczasem w listopadzie do głowy przychodzą wyłącznie
czerwone światełka odblaskowe, w które winny być wyposażone wszystkie rowery,
którymi poruszamy się po drogach podczas jesiennych szarówek oraz biała
gorączka, ogarniająca część osób licytujących się na to, kto i dlaczego jest
bardziej patriotyczny i polski.
Postawiona na takim tle książka
obrazkowa, napisana przez Joannę Olech, zaś narysowana przez Edgara Bąka „Kto
ty jesteś?”, wydaje się mieć więc szansę stać się pozycją
uniwersalną. W sam raz na czasy, w których – o czym tak wielu zdaje się
zapominać – już wywalczono i zdobyto, co trzeba było wywalczyć, a teraz wystarczy
tego nie zaprzepaścić. Tylko i aż, bo w naszym kraju podejmowania zwykłych,
nieheroicznych działań tylko po to, by działać dla wspólnego dobra, nie zwykło się utożsamiać z patriotyzmem.
„Patriotyzm
nie ma koloru”, przewrotnie zaczynają autorzy, by jednak potem, na kolejnych
stronach mimochodem nawiązywać do biało-czerwonej symboliki.
To
prosty przekaz, zwracający uwagę na to, że Polska i patriotyzm to nie pojęcia,
które wystarczy odkurzać raz w roku, z okazji święta (wszystko jedno,
listopadowego czy lipcowego), a coś, nad czym pracujemy wszyscy. Naszymi małymi
gestami. I w czym – w odróżnieniu od napuszonych akademii – znakomicie odnajdą
się także dzieci.
Wypada
także dodać, że autorzy nie unikają stawiania kłopotliwych pytań, a niekiedy
mogą i zawstydzić niejednego dorosłego.
Tak,
warto wiedzieć „o co chodzi z tym przewodem”, ale i warto – jak pisze Joanna
Olech na okładce książki – „współdziałać dla współdobra”, biorąc
„współodpowiedzialność za kraj”.
I
chyba nie jest za wcześnie, by uczyć tego nasze dzieci, które – choć rosną na
obywateli świata – nie powinny zapominać i o tym, że są Polakami.
Bo
zapomniałam napisać, że ostatnie zdanie, jakie zapisał Starszy w domowniczku
brzmiało:
„Polska to jeden z krajuw w
Erłopie”.
Joanna
Olech, Edgar Bąk „Kto ty jesteś?”. Wytwórnia, Warszawa 2013.
-
Uaaaaaaa, wypiję Twoją krew! – ryczy na całe gardło blondwłosy chłopczyk o
niebieskich oczętach, przebiegając z tupotem przez przedpokój mojego
mieszkania.
-
Ughrhrrrrrrrr! A ja zmiażdżę Cię i zamienię w żabę! – odpowiada mu, równie
głośno, drugi blondynek o twarzy cherubinka, przemieszczając się w ślad za nim.
I
tak sto pięćdziesiąt razy.
Codziennie.
Kiedy
byłam małą pulchną dziewczynką z dwoma kiteczkami i rozkosznymi dołeczkami w
policzkach, najbardziej na świecie lubiłam zaczajać się za zasłoną w ciemnym
pokoju. Czatowałam na moją młodszą siostrę, blondyneczkę o słodkim spojrzeniu i
mlecznych zębach jak perełki.
-
Uuuuuuuu, Cyyyygaaaaankaaaaa praaaaaawdę ci poooooowieeee! – zawodziłam
przeciągle, przemieszczając się do przodu wraz z zasłoną, gdy tylko
nieszczęśnica przekraczała próg pokoju.
Nieszczęśnica
uciekała z płaczem do mamy. Po czym następnego dnia, na miękkich nogach,
ponownie wkraczała do ciemnego pokoju. Mimo że doskonale wiedziała, co
zdarzy się za chwilę.
Dzieci
lubią się bać.
Śmiem
twierdzić, że tego rodzaju, nieco oswojony, lęk jest im wręcz potrzebny.
Z
nieznanych mi powodów część dorosłych uważa, że dzieci należy chronić przed wszystkim, co brzydkie i
straszne. Że dzieci w żadnym wypadku nie powinny się bać.
Biedne te ich dzieci.
Skrzynka
potworów, mająca docelowo pomieścić dziesięć książeczek, na pierwszy rzut
rodzicielskiego oka budzi mieszane uczucia. Tytuły, które według zapowiedzi wydawnictwa mają do niej w przyszłości trafić (kiedy, no wreszcie kiedy?), to bowiem między innymi: „Zombi”, „Duch”, „Kościotrup”, Potwór z szafy”
czy „Wilkołak”.
Na
razie jednak koegzystują w niej wyłącznie „Czarownica”, „Wampir” i „Dziad z workiem”, przy
czym pod półką na której stoją, póki co nie przemaszerowała jeszcze żadna protestująca
manifestacja.
Gdyby chcieć sprawę opisać krótko i bez owijania w bawełnę, trzeba byłoby zacząć od przyznania, że żaden
z bohaterów serii nie jest zbyt urodziwy.
Wampir
próbuje jakoś ratować sytuację, zaczesując włosy do tyłu na żel z klejem,
jednak przy stałym zaczerwienieniu oczu, spowodowanym brakiem światła, nie może
to wiele pomóc.
Czarownica,
choć niewątpliwie dysponuje nogami szczupłymi w pęcinach, to jednak nie może
uporać się ze szpecącymi jej twarz brodawkami, o różnej wielkości i w różnych
kolorach.
Z
kolei dziad z workiem nie grzeszy schludnością, a jego skłonność do
przyodziewania się w połatane, zatęchłe materiały z pewnością nie przysparza mu
wielbicieli.
Żaden
z bohaterów serii nie jest też z natury dobry. Co gorsza, aż do ostatniego
zdania każdej z historii w żadnym z nich nie zachodzi wewnętrzna przemiana, która dawałaby
nadzieję na to, że u któregokolwiek pojawi się choć cień autorefleksji i zadumy
nad własnym niecnym postępowaniem.
Dziad
z workiem zamierza bowiem, jak dotychczas, wyłapywać do wora niegrzeczne
dzieci, tyle że ograniczając się do tych co tłustszych. Takie są bowiem
smaczniejsze.
Czarownica,
mimo że ewidentnie znudzona robotą (od dwustu lat zatruwa jabłka w baśni o
Królewnie Śnieżce, każdy miałby dość), a do tego nieposiadająca zbyt wysokich
kwalifikacji zawodowych (pozwoliła uciec zarówno Jasiowi, Małgosi, jak i
przeznaczonemu do krwawych celów królikowi) nie zamierza skreślić się z listy
niegodziwych wiedźm, a zamiast tego prosi Wiedźmę Szefową o mniej skomplikowaną
pracę.
Na
jej miejscu, w czasach kryzysu, bardziej nawet dotkliwego w jej rodzinnej
Hiszpanii niż u nas, obawiałabym się redukcji.
Wampir
Władek zaś jest zwykłym nieudacznikiem, który nie tylko nie potrafi naostrzyć
sobie stępionych kłów, ale i wykorzystać szeregu nadarzających się okazji,
przez co kładzie się w swojej trumnie spać z pustym brzuchem.
Jeśli
ktokolwiek chciałby zapytać mnie teraz, dlaczego uważam że te książki są
właściwą lekturą dla dzieci, nie powinien oczekiwać zbyt obszernej odpowiedzi.
Dzieci
lubią się bać. A przy tych książkach boją się, dobrze się bawiąc.
Seria
„Skrzynka Potworów”, wszystkie książki napisał Enric Lluch, przełożyła Karolina
Jaszecka.
„Czarownica”
ilustracje Óscar T. Pérez; „Wampir” ilustracje Fernando Falcone; „Dziad z
workiem” ilustracje Miguel Ángel Díez.
W
sobotę wieczorem przeczytałam rozmowę z Ingą Iwasiów, zamieszczoną w
Świątecznej Gazecie Wyborczej i od tej pory trawię ją, niczym pyton.
Niczym
pyton zadaję też sobie kolejne pytania. Które nijak nie przybliżają mnie jednak
do rozwiązania postawionego w tytule posta pytania.
To,
że przy Indze Iwasiów intelektualnie wysiadam, wiem już od pewnego czasu. W
każdym razie, gdy chodzi o inteligencję teoretyczną i uniwersytecką, bowiem w
zakresie tej praktycznej gotowa jestem natychmiast stanąć w szranki.
Od
czasu przeczytania dwóch jej książek („Bambino” i „Na krótko”) wiem także, że
prostota przekazu to coś, od czego pani Iwasiów trzyma się z daleka. Z bardzo
daleka.
O
ile jednak w książkach niespecjalnie mi to przeszkadza (po prostu raczej po takie dzieła nie sięgam, zostawiając ten rodzaj przyjemności innym), o tyle jeśli
czytam wywiad prasowy, oczekuję że wystarczą dwie powtórki, by pojąć, co
wywiadowany miał na myśli.
W
tym przypadku złudne nadzieje.
Rzeczony
wywiad przeczytałam już pięć razy i nadal niezupełnie wiem, co Inga Iwasiów chciała
przekazać światu.
Czytam
bowiem ci ja:
„-
Wykształcone kobiety boją się mieć inne zdanie?
- Tak, ponieważ mężczyźni sięgają po
łatwe sposoby ośmieszania nas. (…) Sposoby dyskusji z kobietami, a właściwie
wobec kobiet, które wychodzą ze społecznej roli podporządkowanej, stosowane w
życiu intelektualnym sprowadzają się do jednego – ośmieszania i
zinfantylizowania drugiej strony, wmówienia jej emocjonalności i niedoboru
intelektu. Intelekt u kobiety stanowi wstęp do rewolucji.”
I
owszem, co do zasady prawie się zgadzam.
Prawie,
bowiem – będąc wykształconą kobietą - nie zauważyłam, abym miała problem z
wyrażaniem własnego zdania, w tym także w męskim towarzystwie.
I
owszem, mam w swoim otoczeniu osoby, które operują wyłącznie seksistowskimi
argumentami. I szczerze powiedziawszy, chromolę je razem z ich argumentacją.
I
raczej trudno się mnie ośmiesza, o ile nie zrobię tego sama.
Ale
rozumiem, że nie o mnie (ani o panią Iwasiów, oczywiście) tu idzie, tylko o tak
zwany ogół. Czytam więc dalej:
„(…)
To jest właśnie granica, której nigdy nie
przekraczam: nie poszłabym w wieczorowej sukience ani do znajomych, ani na galę
Nike.
- Poszła
pani w garniturze?
- Bez przesady, wariant ze spódnicą w
kropki, raczej kobiecy. Natomiast moja rola społeczna i intelektualna skłonność
do dekonstrukcji stereotypów oraz głębokie poczucie braku znaczenia wyszukanych
form nie pozwalają mi wystąpić szykownie.
- Dlaczego?
- Dlatego że w tych sprawach zawsze
trzeba demonstrować dystans, nie dać się zwodzić rynkowym pokusom.
- Mimo
że miałaby pani ochotę na sukienkę?
- Kiedy ja w takich sytuacjach nie mam
ochoty. Czułabym się potwornie przebrana w wieczorowej kreacji. I chyba by mi
pękł kręgosłup od prostowania.
-
Nigdy nie miała pani fantazji, by przebrać się za kobietę?
- Mało się znamy, zapewniam panią:
jestem kobietą. Czasami się przebieram za kobiecą kobietę, choć rzadko w
oficjalnej sytuacji, ponieważ kody kulturowe ustawiałyby mnie wówczas w
położeniu, które wymagałoby jeszcze większego wysiłku, by być usłyszaną.
-
Bo sukieneczka, nóżka na nóżkę, dekolt to infantylizowanie kobiety?
- Rzeczywiście, wygląd na razie
wpisuje kobietę w kontekst. Jeżeli nie chcemy być infantylizowane, musimy
szukać swojego miejsca poza szafą.(…)”
I
nad tym właśnie myślę od soboty.
I
doszłam na razie do wniosku, że żadna przesada nie jest dobra.
Bowiem
uciekając przed kulturowym zaszufladkowaniem w roli „kobiecej kobiety”,
wystarczy zrobić jeden krok za daleko, by wpaść do innej szufladki. Kobiety,
która bardzo stara się udowodnić innym (komu? mężczyznom?), że jest kimś
więcej. Niż kobieta.
Mnie
uczono, że nie jest ważna forma, a treść.
I
że nie suknia (a nawet sukienka) zdobi człowieka, lecz człowiek suknię.
Uważam, że całkiem nieźle wyglądam i to zaszczyt dla moich sukienek, że chcę je
nosić. Bo nawet w sukience zdarza mi się mądrze gadać.
A
jeśli ktoś woli sobie tylko popatrzeć, to zdaje się, jego strata.
I oczywiście, nie twierdzę że nie istnieje dyskryminacja kobiet.
Istnieje, ogromna i wiele jeszcze pracy przed nami, by ten stan rzeczy zmienić.
Ale czy przez brak sukienki dotrzemy do celu?
Raczej wątpię.
Jeśli
ktoś lepiej ode mnie zrozumiał Ingę Iwasiów, proszę by mnie oświecił.
A
póki co, idę do szafy wybrać sobie sukienkę na jutro.
„Sukienka
dla feministki” z Ingą Iwasiów rozmawia Dorota Wodecka. Magazyn Świąteczny „Gazety
Wyborczej”, sobota-niedziela 2-3 listopada 2013r.