poniedziałek, 29 września 2014

J. Olech "Dynastia Miziołków", czyli z pamiętnika Mamiszona

15 września, poniedziałek, Albina i Rolanda

Postanowiłam być twarda. Starszy od dwóch miesięcy nie czyta nic poza komiksami. Nie mam nic przeciwko komiksom, ale gdyby było w nich więcej słów z „rz”, „ż”, „ch” i „h”, być może nie musiałabym zastygać z przerażenia, zaglądając do należącego do Starszego zeszytu od polskiego. Nagadałam mu dzisiaj o analfabetach, ale wymiar dydaktyczny szlag trafił, gdy po pięciu minutach mojej przemowy Starszy uprzejmie zapytał: „Mamo, a kto to jest analfabeta?” Gdy już ochłonęłam, kazałam mu natychmiast zacząć czytać jakąś książkę. Nawet się zgodził, a potem zapytał skąd ma ją wziąć. Faktycznie. Zapomniałam, że wszystkie ich książki stoją jeszcze w kartonach w piwnicy. Jutro pójdę do biblioteki.

16 września, wtorek, Kornela i Edyty

Byłam w bibliotece. Wzięłam Starszemu pierwszą część Harry’ego Pottera. W końcu, jeśli chodzi o zachęcenie go do czytania, trzeba wybrać coś atrakcyjnego.

Wieczorem
Starszy odmówił wzięcia Harry’ego do ręki. Twierdzi, że nie lubi takich książek. Zapytany, skąd wie jaka to książka, oświadczył, że przecież widzi, że to taka, której nie lubi. Zażądał wyniesienia z piwnicy kartonów z jego książkami. A figa!

17 września, środa, Justyny i Roberta

Jestem strasznie niewyspana, bo ze złości wieczorem sama zaczęłam czytać tego Pottera i czytałam do trzeciej. Nie mogę się doczekać powrotu do domu, żeby dowiedzieć się co będzie dalej. Starszy pewnie znów będzie domagał się kartonów, dlatego po drodze zajadę do biblioteki. Wymyśliłam, że wypożyczę mu „Dynastię Miziołków”. Po pierwsze, to jedna z jego lektur (ale tego jeszcze nie wie), po drugie, może mu się spodoba i znów zaskoczy z czytaniem.


18 września, czwartek, Stanisława i Ireny

Z „Dynastią Miziołków” to nie był najlepszy pomysł. Starszy owszem, łaskawie zaczął czytać, ale co chwilę przyłazi, zadając głupie pytania.
Mamo, a co to jest „Koło Fortuny”?”, „Mamo, a dlaczego Miziołek nie idzie do gimnazjum, tylko do siódmej klasy?”, „Mamo, a ty też robisz sobie taką maseczkę z twarożku i truskawek, jak Mamiszon?”
Zapomniałam, że ta książka dość mocno się już zestarzała. Gdyby to było kiedy indziej, to w sumie nawet chętnie opowiedziałabym mu o tym, jak wszyscy chcieliśmy wystąpić w „Kole Fortuny”, ale nie dzisiaj, jak rany! Dzisiaj to ja muszę się natychmiast dowiedzieć, co zdarzyło się w Hogwarcie!

19 września, piątek, Teodora i Konstancji

Starszy przegina. Od rana podejrzliwie mi się przyglądał. Wieczorem nie wytrzymałam i spytałam o co mu chodzi. Trochę kręcił, ale wreszcie powiedział, że sprawdza czy rosną mi wąsy. Najpierw chciałam udusić go na miejscu, ale potem policzyłam do dziesięciu i spytałam, skąd ten pomysł. Powiedział, że z „Dynastii Miziołków”. Sprawdziłam, doszedł do miejsca, w którym Miziołek opisuje jak to mama Fify zajęła się biznesem, a ojciec został gospodynią domową. Mam niejasne wrażenie, że chodzi mu o fragment: „Kończyliśmy jeść obiad, kiedy wpadła mama Fify. Rzuciła teczkę, siadła, zasłoniła się gazetą z aktualnymi kursami walut i jadła kopytka, nie przerywając lektury. Na pytania Fify odpowiadała pomrukami. Nie zdziwię się, jak jej wyrosną wąsy”. Nie wiem o co smarkaczowi chodzi, przecież dziś na obiad była pomidorowa!

20 września, sobota, Filipa i Franciszka

Przemyślałam wydarzenia dnia wczorajszego. Może faktycznie nie powinnam w czasie jedzenia siedzieć z nosem w swoich papierach z roboty. I chyba za często na pytania Starszego odpowiadam „Yhy”. W ramach zacierania złego wrażenia postanowiłam upiec ciasto. Ok, wiem że obiady gotuje ojciec, ale niech dzieci wiedzą, że matka też umie zrobić coś jadalnego!

Wieczorem
Gdy tylko wstawiłam ciasto do piekarnika, Starszy natychmiast przybiegł do kuchni, pytając czy pokłóciłam się z ojcem. Na pytanie, skąd ten pomysł, oświadczył, że Mamiszon zawsze jak pokłócił się z Papiszonem piekł ciasto, więc myślał, że ja mam tak samo. Ta książka stanowczo mu szkodzi!

Jeszcze bardziej wieczorem
Starszy zjadł kawałek ciasta, mimo że mówiłam mu, że jest jeszcze ciepłe i będzie bolał go brzuch. Machnął ręką i stwierdził, że musi natychmiast sprawdzić. Najpierw chciałam go spytać, co chce sprawdzić, ale przypomniało mi się, że ciągle czyta „Dynastię Miziołków” i przezornie ucichłam. Po przeżuciu Starszy oświadczył, że jednak nie jestem podobna do Mamiszona, bo moje ciasto nie jest czarne i da się je zjeść. Zaraz potem dodał, że jakbym chciała napisać książkę kucharską, to w Miziołkach podali fajny tytuł dla takiej książki. „Pichcę i knocę”, albo jakoś tak. Nie wiem czy najpierw udusić Starszego, czy Joannę Olech.

21 września, niedziela, Miry i Mateusza

Starszy siedzi i czyta. W zasadzie powinnam się cieszyć, w końcu o to mi chodziło. Nieco się jednak niepokoję. Czy on aby nie wypaczy sobie przez tych Miziołków obrazu świata? I w ogóle, co on z tego rozumie? Zapytałam go, co mu się w tej książce podoba. Odpowiedział, że wreszcie ktoś napisał, że starszy brat ma ciężko w życiu i że „ten, kto wymyślił młodsze rodzeństwo, powinien być wtrącony do lochu”. Nie jestem pewna, czy to właśnie będą omawiać na lekcjach, ale nie podzieliłam się z nim moimi wątpliwościami.

22 września, poniedziałek, Tomasza i Maurycego

Okazało się, że szkolne omawianie Miziołków sprowadziło się do wspólnego przeczytania wstępu. Efekty tego nowoczesnego podejścia do lektur widać w zeszycie Starszego.


Powiedziałam mu, że skończy jak Klakson i będzie po nocach pisał dyktanda. Spojrzał na mnie z oburzeniem i oświadczył, że w takim razie będzie robił eksperymenty jak Piroman. Nie dałam tego po sobie poznać, ale przeraziłam się. Z dwojga złego już wolę, aby został ortograficznym głąbem jak Klakson. Nie jestem gotowa na wybuchy w łazience.

23 września, wtorek, Bogusława i Tekli

Starszy wrócił dziś ze szkoły z informacją, że dziewczyny z jego klasy „dzielą się na głupie i bardzo głupie”. Starałam się zwrócić mu uwagę, że nieładnie jest tak mówić o dziewczynach, zwłaszcza że ja też nią jestem, ale wytknął mi, że skoro tak napisali w „Dynastii Miziołków”, to jest to prawda, a ja na pewno nie jestem dziewczyną. Ta książka stanowczo mąci mu w głowie! Nie dość, że niepedagogiczna, to jeszcze genderowo niepoprawna!

24 września, środa, Gerarda i Jaromira

Starszy wrócił dziś ze szkoły z zadaniem domowym z polskiego brzmiącym: „Opisz w żartobliwy sposób jednego z członków Twojej rodziny”. Chodzi po domu i łypie na nas ukradkiem, co jakiś czas podbiegając z głośnym rechotem do biurka. Próbowałam delikatnie podpytać go, o kim będzie pisał, ale odpowiedział, że to niespodzianka.
Pozwoliłam mu jeść przed telewizorem i nie zrobiłam awantury o kapcie, których jak zwykle nie miał na nogach.
Ojciec kupił mu coca-colę i obiecał, że jutro pozwoli mu samodzielnie wywiercić dziurę w ścianie nową wiertarką.
Tylko Młodszy, niczego nieświadomy, zachowywał się jak zwykle.

Wieczorem
Gdy Starszy był w łazience, zajrzałam do jego zeszytu od polskiego. Napisał piękną pracę. Zaczyna się tak: „Mój brat, lat pięć i pół, przypomina gryzonia, bo często zostawia ślady zębów na mojej ręce. Wstyd powiedzieć, ale ciągle śpi ze swoimi pluszakami!”
Jak sobie pomyślałam o tym, że niewiele brakowało, a czytałabym o sobie, aż zadrżałam. Kto by przypuszczał, że jedna mała, nienajnowsza książeczka może mieć taki wpływ na życie rodziny!

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”, ilustracje Joanna Olech, projekt graficzny i zdjęcia Grażka Lange. Egmont Polska, Warszawa 2003.

czwartek, 25 września 2014

A. Mularczyk "Polskie miłości", czyli historie, w których jest wszystko

Zająłem się reportażem, bo zawsze postrzegałem życie jako formę dramatu. Dokument natomiast - nawet ten drukowany wówczas w tygodnikach - staje się dramatem, jeśli oprócz informacji przekazuje emocje bohatera. Śledząc etapy życia moich bohaterów, niejednokrotnie czekałem na taką chwilę, kiedy ich życie zamieni się w Los.

Kiedy wszedł, w pierwszej chwili poczułam odrazę. Chorobliwie otyły, z przetłuszczonymi włosami, niezbyt dobrze pachnący. Na twarzy miał wypisaną niechęć do świata.
Wcześniej zapoznałam się z dotyczącymi go dokumentami. Wydawało mi się, że wiem jaki to przypadek. Roszczeniowiec, który najpierw coś sobie uroił, a później w to uwierzył.
Zaczął mówić. Z każdym jego słowem rozsypywał się kolejny fragment tego wyobrażenia o nim, jakie sobie stworzyłam. Im dłużej go słuchałam, tym więcej rozumiałam. Wreszcie pojęłam, że stoi przede mną ktoś, czyje życie zamieniło się w Los już w chwili narodzin. I wówczas zobaczyłam kogoś zupełnie innego niż ten, kto do mnie wszedł.
Urodzony na Pawiaku w 1942 roku, trzy miesiące po osadzeniu tam jego matki, oskarżonej o działalność konspiracyjną. Oddzielony od niej po roku, oddany pod opiekę bardzo dalekim krewnym. Gdy matce, wypuszczonej z Ravensbrück, udało się go odnaleźć, miał pięć lat.
Źle urodzony. Napiętnowany wojną. Zapętlony w niej na całe życie, mimo że od czasu jej zakończenia upłynęło już prawie siedemdziesiąt lat.
Sądzę, że z powodzeniem mógłby stać się bohaterem jednego z reportaży Andrzeja Mularczyka o polskich miłościach. Ten traktowałby o miłości matki i syna. Niezdrowej miłości, pożerającej wszystko co wokół. Miłości wojennej, mimo że wojna już dawno się skończyła. Mimo że matka od wielu lat nie żyje.

„Literatura faktu stawia wiele warunków, które nie dotyczą fikcji. Fikcja może być prawdopodobna, non - fiction musi być prawdziwa. Autor literatury faktu komponuje rzeczywistość, autor fikcji swoje o niej wyobrażenie. Autor non-fiction powtórnie komponuje to, co zostało zainicjowane przez życie. Poprzez wybór swego bohatera twórca wypowiada swój stosunek do świata, staje się współuczestnikiem dramatu bohatera. Literatura faktu stawia przed autorem trudne wymagania, za to pozwala mu zdobyć pewien wgląd w ludzkie losy, które potem stanowią jego kapitał. Dopiero po wielu latach uprawiania literatury faktu odkryłem oczywistość, że to, co zdarza się jednemu człowiekowi - zdarza się całemu światu.”


Gdy czytałam „Polskie miłości”, zbiór reportaży Andrzeja Mularczyka, którego wypowiedzi, pochodzące z wywiadu udzielonego Polskiemu Radiu, zacytowałam wyżej, czułam zazdrość i żal. Zazdrość, że nie potrafię tak pisać. I żal, że wszystkie te historie już się zdarzyły.
Z zazdrością można sobie poradzić. Zwłaszcza gdy nie ma się ambicji, by zostać twórcą non-fiction.
A żałować nie trzeba. Wystarczy nauczyć się patrzeć i słuchać. Wówczas okaże się, że bohaterowie jakby wprost z kart reportaży Mularczyka żyją tuż za rogiem. Pozornie zwyczajni, ale tym, którzy zechcą zapytać i usłyszeć odpowiedź, gotowi do opowiedzenia niesamowitych historii, o miłości, śmierci i Losie. Jak człowiek, którego spotkałam.

Nie wiem dlaczego „Polskie miłości” nie są lekturą obowiązkową, którą powinien przeczytać każdy, zanim po raz pierwszy pomyśli o sobie, że jest inteligentny i wykształcony. Nie wiem dlaczego do niedawna nie wiedziałam o istnieniu tego zbioru. Wiem jednak, że po raz kolejny zaciągnęłam olbrzymi dług wdzięczności u twórców antologii „100/XX”.

Poszczególne reportaże łączy miłość i historia - szara eminencja, pociągająca za sznurki Losu. Choć wydawało mi się, że posiadam jakąś wiedzę historyczną na temat Polski wojennej i powojennej, w czasie tej lektury po wielekroć kręciłam z niedowierzaniem głową. Co innego przeczytać w podręczniku historii parę suchych zdań, co innego zaś zobaczyć i zrozumieć, jak poszczególne historyczne zdarzenia odcisnęły się na życiu konkretnych ludzi. Niektórzy z nich, jak bohater wybranego do „100/XX” reportażu „Depozyt”, podpułkownik Zdzisław Barbasiewicz, są postaciami szerzej znanymi. Inni, a tych jest większość, to zwykli, szarzy ludzie. Do każdego z nich autor podchodzi jednak z takim samym szacunkiem, mimo że niektórych – czego nie kryje – przez większość czasu nie traktował poważnie (dotyczy to np. bohaterki „Dni radości i pieczali Katarzyny Januszkowej” czy pana Rysia, o którego ruchomym życiu traktuje ostatni, najbardziej chyba humorystyczny, co wcale nie znaczy, że zabawny, tekst).

„Polskie miłości” zawierają historie opublikowane już wcześniej w dwóch reporterskich książkach Mularczyka: „Czyim ja żyłem życiem?” i „Co się komu śni”; dodatkowo zostały wzbogacone o pięć nowych opowieści, napisanych prawdopodobnie w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Już sprawdziłam: w obu starszych zbiorach jest jeszcze łącznie kilkanaście reportaży, których zabrakło w nowej książce. I całe szczęście, bo dzięki temu będę mogła choć trochę zaspokoić uczucie Mularczykowego niedosytu, jakie odczuwam od czasu, gdy przeczytałam ostatnie zdanie „Polskich miłości”.

I tylko żal, że dziś tych książek nikt już chyba nie czyta, a Andrzej Mularczyk kojarzy się większości osób raczej tylko z filmami (od wielu lat z powodzeniem pisze scenariusze do popularnych seriali, by wymienić chociażby „Dom” czy współczesną „Blondynkę”), ewentualnie słuchowiskami („W Jezioranach”). W każdym razie w mojej bibliotece jego książek nikt nie wypożyczał już od bardzo dawna, przez co katalog biblioteczny straszy listą nieobecności.

Czytajcie Mularczyka. Bo to, co zdarzyło się jego bohaterom, zdarza się całemu światu. Mi i Tobie również.


Andrzej Mularczyk „Polskie miłości i pięć nowych opowieści”. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A. Warszawa 2006.

Tytuł posta stanowi nawiązanie do szeregu wypowiedzi Mariusza Szczygła na temat tej książki. Mimo szczerych starań, nie umiałam wymyślić nic trafniejszego. Za wtórność uprzejmie przepraszam.

czwartek, 18 września 2014

Prot, Filip, SA Wardęga i dwie blondynki, czyli kto jest hecny

„Raz gotował Filip flaki,
A Prot wpadł na pomysł taki,
Że podrzucił mu do garnka
Stary kalosz. Filip sarka,
Obwąchuje całą kuchnię,
A tu obiad gumą cuchnie.
Filip wzdycha i narzeka,
A Prot woła już z daleka:
- Ach Filipie, ach, Filipie,
Trzeba znać się na dowcipie!”

Dobry żart jest w cenie. Człowiek robiący sobie żarty, dworujący z siebie i innych, zazwyczaj bywa duszą towarzystwa. W felietonie zamieszczonym w ubiegłotygodniowym Dużym Formacie (nr 37/1095) Mariusz Szczygieł, nazywając taką osobę, używa słowa „hecny”.
Hecny to dla mnie ktoś więcej niż dowcipny. (…) Współczesny słownik podaje, że hecny równa się zabawny, wesoły, zadziorny. Owszem, hecny ma taki być, ale przede wszystkim musi umieć przygotować hecę, czyli mały, nawet dwuzdaniowy teatrzyk. (…)
My mamy jajcarstwo, które wydaje mi się prymitywne. W jajcarstwie jest coś przyziemnego, hecny chyba nobilituje, a nawet sprawia, że hecni hecarze, hecownicy, hecarki i hecowniczki oraz ich hece mogą od razu zamienić się w anegdotę, a nawet stać się częścią literatury.

Pięknie. Piękne jest samo słowo „hecny”; nic dziwnego, że każdy chciałby taki być.

„Filip dostał raz po dziadku
Pozłacany fotel w spadku,
Mówił tedy wszystkim dumnie:
To najlepszy mebel u mnie.
Prota znudził spokój błogi,
Więc w fotelu podciął nogi,
Potem rzecze: - Przyjacielu,
Usiądź sobie w tym fotelu.
Filip usiadł, a tu właśnie
Fotel pod nim jak nie trzaśnie!
Cztery nogi – w cztery strony!
Wstaje Filip potłuczony:
Któż to zrobił mi, u licha?
Na to Prot ze śmiechu prycha:
- Ach Filipie, ach, Filipie,
Trzeba znać się na dowcipie!”

Czy SA Wardęga jest hecny? Według przytoczonej wyżej definicji tak, po tysiąckroć tak! Cała Polska jak długa i szeroka chichocze przed monitorami komputerów, oglądając kolejne sprowokowane przez niego hece. Najnowsza z nich, historia zatytułowana „Mutant Giant Spider Dog”, została już na You Tubie wyświetlona blisko 90 milionów razy.
Tymczasem mnie ani trochę nie śmieszy. Czemu? Zapraszam do małego eksperymentu.

Wszystkich, którzy do tej pory nie mieli okazji obejrzeć filmu, proszę o skorzystanie z zamieszczonego niżej linku i obejrzenie fragmentu gdzieś między 1:10 a 1:30. Chodzi o dwie młode kobiety oczekujące na windę.


Już?
Śmieszne? Hecne?

A teraz pytanie. Co Waszym zdaniem zrobiły te dwie kobiety, kiedy już przestały wrzeszczeć i oddaliły się na odpowiednio bezpieczną odległość?
Co Wy zrobilibyście w takiej sytuacji?

W tym tygodniu jak zwykle maszerowałam po lesie z kijkami, tym razem w towarzystwie koleżanki. Godzina raczej wieczorna, las w rejonie, w którym byłyśmy, pustawy.
Przechodząc ścieżką, zobaczyłyśmy w niskich zaroślach, około cztery metry od nas, męskie ciało. Ciało leżało na brzuchu, w nienaturalnej pozycji. Było obute, na głowę miało naciągnięty kaptur od bluzy. Nie reagowało na nasze głośne okrzyki.
Nie, nie uciekłyśmy, wrzeszcząc. Oddaliłyśmy się z godnością, nerwowo przerzucając się uwagami na temat tego, co i która z nas powinna zrobić.
Osobiście nie przepadam za znajdowaniem zwłok w lesie. Koleżanka okazała się podzielać moje upodobania. Obie znamy też wystarczająco dużo prawdziwych historii, okraszonych zdjęciami z autentycznych policyjnych archiwów, by nie garnąć się do podchodzenia do obcych, żyjących mężczyzn, leżących w lesie. Wiem, mogłyśmy go dźgnąć kijem. Sami sobie dźgajcie.
Zadzwoniłam na numer 112 (pomijam z kim mnie połączono, gdzie ten ktoś się znajdował i jak bardzo był kompetentny. Funkcjonowanie numeru 112 w tym kraju to temat na książkę, nie na wzmiankę w poście). Przełączono mnie do pogotowia, mimo że opisałam całą sytuację, łącznie z tym, że nie podeszłyśmy do tego kogoś, więc tak naprawdę nic nie wiemy. Dyspozytorka postanowiła wysłać karetkę. My miałyśmy doprowadzić ją na miejsce.
Oszczędzę Wam opisu jazdy karetką przez las. Oszczędzę Wam przytaczania dialogów z czasu tej jazdy. Ci ludzie mają naprawdę ciężką pracę, gdzieś muszą odreagować.
Dojechaliśmy na miejsce. Ciało nadal leżało. Młoda lekarka puściła przodem równie młodego ratownika.

Wróćmy w tym miejscu do SA Wardęgi, jego zmutowanego pająkopsa i mojego pytania.
Co powinny zrobić te dwie kobiety? Moim zdaniem zadzwonić na 112. W końcu zobaczyły leżące w windzie męskie ciało i coś strasznego, co z niego zlazło (wątpię, aby zdążyły się zorientować co to, ale ja darłabym się tak samo głośno jak one, a uciekała jeszcze szybciej).
Co stałoby się, gdyby na miejsce przyjechało pogotowie?
Kto wie, może zresztą przyjechało. Niewykluczone również, że uwieczniony w kolejnych kadrach filmu młody mężczyzna, który znalazł w parku wiszące coś, przypominające ludzkie zwłoki, wezwał na miejsce policję.
Brawo, SA Wardęga, naprawdę niezła heca!

Nasze męskie ciało okazało się profesjonalnie napompowanym ubraniem, ułożonym przez kogoś tak, aby wyglądało jak ludzkie zwłoki. Tak, gdybyśmy dźgnęły je kijem, z pewnością byśmy się o tym przekonały. A może nie, bo ów ktoś naprawdę bardzo się postarał. Całkiem niewykluczone, że gdzieś na drzewie umieścił miniaturową kamerkę, w końcu co to za heca, gdy nie można jej podejrzeć, prawda?

Tu już Filip najwyraźniej
Dość miał całej tej przyjaźni:
- Lubisz psoty? Oto psota,
Która jest w sam raz dla Prota!
Przy tych słowach popadł w zapał,
Za czuprynę Prota złapał,
Wytarmosił bez litości,
Porachował wszystkie kości
I za krzywdy tak odpłacił
Że Prot cały dowcip stracił.

Można oczywiście stać na stanowisku, że Filip był sam sobie winny, że taki głupi, że nie poznał się na żartach Prota.
Można pęknąć ze śmiechu przy tym i kolejnym filmiku SA Wardęgi.
Można też ponabijać się z mojej historii. Historii o dwóch durnych blondynkach, które wzywają pogotowie do kupy szmat.
Mnie jednak jakoś wcale to nie śmieszy. Być może dlatego, że od wczoraj zastanawiam się, czy wówczas, gdy ja jeździłam karetką po lesie, ktoś naprawdę jej nie potrzebował.
Dlatego, gdybym spotkała tego hecarza, z przyjemnością postąpiłabym z nim tak, jak Filip postąpił z Protem. Z braku laku, mogę zrobić to samo i z SA Wardęgą.

Zamieszczony w poście wiersz stanowi obszerny fragment wiersza Jana Brzechwy „Prot i Filip”, pochodzącego ze zbioru „Brzechwa dzieciom”, zilustrowanego przez Jana Marcina Szancera. G&P Oficyna Wydawnicza Poznań, Poznań 2011.

czwartek, 4 września 2014

S. Jackson "Życie wśród dzikusów" i "Poskramianie demonów", czyli najpierw się pośmiej, a potem pomyśl

Całymi dniami kręciłam się po domu porządkując rzeczy mojej rodziny. Podnosiłam z podłogi książki i buty, skarpetki i koszule, rękawiczki i botki, czapki i chusteczki, części łamigłówek i pojedyncze centy, ołówki, pluszowe zwierzęta, nie mówiąc już o kościach zawleczonych przez psy pod fotele. Zbierałam po kątach samochodziki z plastyku, ołowianych żołnierzyków, rękawice od baseballu, swetry i różne dziwne przedmioty. Każdy z nich przekładałam na miejsce, odpowiedniejsze na pozór od tego, na którym je znalazłam.

Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że życie matki czwórki dzieci jest co najmniej dwukrotnie trudniejsze od życia matki dwójki dzieci. Ba! Moje zadawnione matematyczne skłonności podpowiadają, że zamiast prostego mnożenia należałoby w tym przypadku posłużyć się silnią.
Są to jednak dywagacje bez znaczenia. Każdego, kto twierdziłby w mojej obecności, że życie matki ledwie dwojga bardzo małoletnich dzieci jest lekkie, łatwe i przyjemne, gotowa jestem bowiem co najmniej znieważyć.

Odkąd zostałam matką, co roku, kiedy kończy się mój urlop, łudzę się, że jakimś cudem uda mi się na zawsze utrzymać ów cudowny stan, gdy mniej więcej nad wszystkim panuję. Najdalej jednak po dwóch dniach od powrotu do pracy zawodowej okazuje się, że doba znów jest o co najmniej pięć godzin za krótka, kolejne pomieszczenia zostały zaanektowane przez pojedyncze skarpetki, poplamione bluzy, zdekompletowane klocki lego oraz zdezelowane samochodziki, zaś rzeczy do prania i zmywania rozmnażają się szybciej niż króliki.
Na szczęście mamy XXI wiek, ja żyję w dużym mieście (tak przynajmniej wynika z kodu pocztowego, bo do kur za rogiem ta informacja jeszcze nie dotarła), a mój mąż intensywnie wspiera mnie w pracach domowych. Razem jakoś dajemy radę.

źródło zdjęcia
Shirley Jackson żyła w XX wieku, w małym amerykańskim miasteczku, urodziła i wychowała czwórkę dzieci, a jej mąż, człowiek z pewnością uroczy, był też mężczyzną, który uważał, że zarabianie na utrzymanie rodziny w zupełności wystarcza i pozwala na dożywotnie zwolnienie go z domowych obowiązków.
Gdybym była nią, zeszłabym z tego świata szybko i gwałtownie.
Tak jak zrobiła to ona sama, umierając na zawał serca w - wcale nie tak bardzo odległym od mojego - wieku 45 lat.

Kiedy czytałam „Życie wśród dzikusów” – pierwszą część opowieści Shirley Jackson o jej domowym życiu – zaśmiewałam się niemal do łez. Historie z życia matki dwójki, a później trójki dzieci, wydawały mi się bowiem jakby znajome, a doprawienie ich specyficznym, typowym dla zdesperowanych matek, humorem, sprawiało że czułam się pokrzepiona i zrelaksowana (w końcu mam ledwie dwójkę, nie zaś trójkę, upiornych dzieci!).

Tego ranka obudziłam się późno. Budzik wysiadł po raz trzeci w tym tygodniu. Panował już taki upał, że trudno się było ruszać. Poleżałam jeszcze kilka minut mobilizując energię konieczną do wstania. Z pokoju dziewczynek rozlegały się cienkie tony piosenki i z przyjemnością myślałam o tym, jak to miło, że dwie siostrzyczki i braciszek lubią się i bawią się ze sobą w takiej zgodzie; nagle sens słów tego, co oni wyśpiewywali, doszedł do mojej świadomości. Jednym susem wyskoczyłam z łóżka i pełną parą ruszyłam przez korytarz.
- Mała zjadła pająka, mała zjadła pająka, mała zjadła pająka – śpiewały moje pociechy.
 

W czasie lektury „Poskramiania demonów”, traktującej o życiu tej samej rodziny, wyposażonej już jednak w czworo dzieci oraz mężo-ojca, który z prostego krytyka literackiego i numizmatyka awansował na profesora, bożyszcze studentek, niemal od samego początku czułam gorycz. Niby nic się nie zmieniło, ciągle czytałam napisane ze swadą i humorem historyjki z życia wzięte. Podświadomie zaczęłam się jednak zastanawiać nad tym jak bardzo – in plus - moje życie różni się od życia Shirley Jackson. Doszłam do wniosku, że – mimo wiekopomnej sławy, jaką zapewniła sobie dzięki swoim książkom - za żadne skarby nie chciałabym się z nią zamienić.

Ostatniej soboty sierpnia w domu naszym panowała wręcz lodowata atmosfera, albowiem w czwartek mąż mój otrzymał list od szkolnej koleżanki imieniem Sylwia, która zawiadamiała go, że będzie, wraz z drugą koleżanką, przejeżdżała przez Nową Anglię i że byłaby szczęśliwa, gdybyśmy zechcieli zaprosić ją na weekend, celem odnowienia starej przyjaźni. Mąż wręczył mi ten list w milczeniu, przeczytałam go trzymając daleko od siebie, po czym powiedziałam, że jestem szczerze wzruszona jego miłym stosunkiem do starych przyjaciół, i zapytałam, czy Sylwia zawsze używała papieru listowego koloru lawendy i pisała różowym atramentem i że nie wiem, czy mi się tylko zdaje, ale czuję jak gdyby zapach perfum. Mąż odpowiedział, że Sylwia to wspaniała dziewczyna.(…)
Odłożyłam list na jego biurko i oświadczyłam, że muszę pozmywać naczynia po śniadaniu.
- A propos – przypomniał sobie mąż. – Sylwia zawsze o sobie dbała. Znasz to. Lakierowane paznokcie i te de.
Schowałam ręce za plecy i odpowiedziałam, że doskonale rozumiem, o co mu chodzi.
- Byłbym ci niezmiernie wdzięczny, gdybyś zechciała może jakoś specjalnie zająć się domem. Mogłabyś na przykład umyć dzieci albo coś takiego. Chciałbym, żeby tu u nas jakoś wyglądało. Wiesz chyba, o co mi chodzi?

W snutej przez Shirley Jackson opowieści poza goryczą sporo jest miłości i zachwytu nad pięknem zwykłego, codziennego życia, nad tym, co tak ulotne, a co tak naprawdę tworzy nasze, często później idealizowane, wspomnienia z dzieciństwa. Unoszący się z piekarnika zapach domowego ciasta, rytuał ubierania choinki, czas spędzany wspólnie z rodzicami przy robieniu pozornie głupich rzeczy. Każdy, kto był dzieckiem, wie jak bardzo jest to ważne. Każdy, kto jest w miarę rozsądnym rodzicem, stara się dostarczyć swoim dzieciom takich właśnie przeżyć. Nie wydaje mi się jednak, aby koniecznie trzeba było robić to za wszelką cenę.

Czytając „Poskramianie demonów” nie umiałam pozbyć się skojarzeń z obowiązującym jeszcze do niedawna powszechnie modelem Matki Polki Cierpiętnicy, kobiety z siatami, szorującej o drugiej w nocy zabrudzoną przez pozostałych członków rodziny wannę, dziubiącej ze zmęczenia nosem w talerz stojący na znakomicie przez nią wcześniej przystrojonym świątecznym stole. I po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że to nie moja bajka.
Bo w mojej kobiety żyją dłużej niż czterdzieści pięć lat.
A mężowie wiedzą, że wspominanie żonom o spotkanych w młodości Sylwiach grozi śmiercią. Ich - przedwczesną - śmiercią.

Shirley Jackson „Życie wśród dzikusów”, tłumaczyła Mira Michałowska. Czytelnik, Warszawa 1977.
Shirley Jackson „Poskramianie demonów”, przełożyła Mira Michałowska. Czytelnik, Warszawa 1980. 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Życie wśród kartonów, czyli po przeprowadzce

Nasz dom jest stary, hałaśliwy i przeludniony. Kiedyśmy się tu wprowadzili, mieliśmy dwoje dzieci i około pięciu tysięcy książek; spodziewam się, że gdy w końcu przestaniemy się mieścić i trzeba będzie się wyprowadzić, okaże się, że jesteśmy posiadaczami dwadzieściorga dzieci i dobrego pół miliona książek; jesteśmy także właścicielami wielu łóżek, stołów, koni na biegunach, lamp, sukienek dla lalek, modeli statków, pędzli i, dosłownie, tysięcy pojedynczych skarpetek.
Tak zaczyna się, napisana blisko siedemdziesiąt lat temu, książka Shirley Jackson „Życie wśród dzikusów”. Jakżeż ciągle jest aktualna!

Kiedy piętnaście lat temu wprowadzaliśmy się do naszego mieszkania, było ono stare i zagracone tysiącami przedmiotów, jakie przez lata zgromadzili w nim moi dziadkowie. Nie mieliśmy wtedy ani jednego dziecka, zaś książek tylko marne pół tysiąca. Tydzień temu opuszczaliśmy je nie tylko my, ale i naszych dwoje dzieci oraz tysiące przedmiotów, jakie przez lata zgromadzili moi przodkowie, a których nie potrafiłam wyrzucić, jakieś dwa i pół tysiąca książek, kilkaset miniaturowych samochodzików, z czego co najmniej trzysta zdezelowanych oraz milion innych przydasiów. Wszystko udało się spakować w czterdzieści sześć kartonów po bananach (o, błogosławieni bądźcie wy, pracownicy rozlicznych Biedronek, którzy podzieliliście się ze mną tym skarbem!), dwadzieścia parę kartonów innego rodzaju oraz kilkadziesiąt stupięćdziesięciolitrowych worków na śmieci.

- Wiesz mamo, chyba polubiłem nasz nowy domek. – wyznał wczoraj Młodszy. Po czym natychmiast dodał, z wyraźnym przestrachem w głosie: - Ale nie będziemy się na razie z niego wyprowadzać?

Ach, gdybym z książek posiadała wyłącznie książki kucharskie, ewentualnie parę kryminałów o czarnych okładkach! Mogłabym się wówczas przeprowadzać codziennie.

Myślałam, że wyprowadzenie się z miejsca, w którym przeżyłam wiele pięknych chwil, gdzie moja rodzina mieszkała od prawie siedemdziesięciu lat (tj. mniej więcej od tego czasu, gdy Shirley Jackson wpadła na pomysł napisania swojej książki), będzie trudnym psychicznie przeżyciem. Myliłam się. Najtrudniej było taką decyzję podjąć. Jej realizowanie okazało się nadspodziewanie proste (pomijając konieczność zdobywania i zapełniania kolejnych kartonów po bananach). Paradoksalnie, najbardziej pomogła mi moja druga babcia, opowiadając o swoim przedwojennym życiu, z którego – po piętnastu minutach, jakie jej rodzice dostali na spakowanie się i opuszczenie mieszkania – udało jej się ocalić w zasadzie tylko wspomnienia.

Dlatego odrzucam sentymenty i nadmierne przywiązanie do miejsc i rzeczy. Jak zresztą widać na załączonym wyżej obrazku, wiążą się one tylko z obrazem nędzy i rozpaczy, jaki po sobie pozostawiliśmy.


Owszem, początek życia w nowym miejscu także nie przedstawia się dużo bardziej malowniczo. Jasnym punktem jest jednak kot, nabyty, jak się okazało, w pakiecie z domem. Może to tylko moja nieznajomość kocich obyczajów, ale na razie wydaje mi się nieco dziwne, że ulubionym miejscem nowego członka naszej rodziny jest wanna...


W każdym razie po całym tym zamieszaniu jestem bardzo zmęczona. A końca domowych robótek ręcznych nie widać. Cieszcie się więc moi blogowi wrogowie, a smućcie przyjaciele. W najbliższym czasie w sieci będzie mnie raczej mało.
Obiecuję jednak wrócić wraz z ostatnim rozpakowanym workiem!

piątek, 15 sierpnia 2014

"Bolek i Lolek w mieście", czyli palców nie lizać

Są dzieci ze wsi i są dzieci z miasta.


Dzieci ze wsi dziwią się temu, co te z miasta uważają za oczywiste (a w każdym razie tak uważają twórcy niektórych książeczek dla dzieci):
„- Skąd się bierze tyle ludzi w mieście? – pytał [Bolek].
- A po co tu tyle samochodów? – dopytywał się Lolek.
- Czy miasto musi być takie duże? Czy zamiast mieszkać w mieście, nie lepiej w domku z ogródkiem? – pytali dalej chłopcy.

Nie, nie lepiej, mam ochotę odpowiedzieć. Zwłaszcza że gdy patrzę na wystrój wnętrz w bolkololkowym domu, wyraźnie widzę, że domek z ogródkiem wychodzi im bokiem. Na firanki wszak zabrakło (czemu nikt nie mówi głośno, że kupno karniszy i firanek do domku z ogródkiem pochłania majątek?), podobnie jak na sensowne oświetlenie (taką lampę stojącą też mam gdzieś w piwnicy, ale wystarczy że ja przy niej oślepłam, moje dzieci nie muszą, dlatego na razie będą czytać przy żarówkach obsadzonych w miejscu kinkietów).
Bolek i Lolek wraz z mamą (ojciec zaginął bez wieści, pewnie odsiaduje wyrok za malwersacje popełnione w czasie budowy domku z ogródkiem) może jednak kiedyś odbiją się od dna, ja zaś na pewno pozostanę na nim na wieki.

Następnego dnia chłopcy wstali bardzo wcześnie, żeby zdążyć do autobusu. Jechali dość długo, ale wcale się nie nudzili. Cały czas wyobrażali sobie to, co zobaczą w wielkim mieście.
- Ciekawe, czy zobaczymy kino? – pytał Bolek.
- I czy pójdziemy na lody? – dopytywał się Lolek.
Być może są gdzieś jeszcze dzieci, które – jak Bolek i Lolek - nie traktują przejażdżki autobusem jako jednej z największych możliwych atrakcji. Nie są to jednak niewątpliwie dzieci z miasta. Te, wożone wszędzie samochodami, na autobusy spoglądają tęsknym wzrokiem. Nie kino im wtedy w głowie i nie lody – te luksusy mają bowiem na co dzień!

Lolek zaczął się przepychać do kasownika, ale Bolek powstrzymał go.
- Poczekaj, nie pchaj się. Najpierw skasują bilety ci, co są przed nami.
- Ale ja chcę skasować i usiąść – zawołał Lolek.
Wtedy mama uśmiechnęła się i powiedziała: - Lepiej będzie, jeśli usiądzie jakaś starsza osoba.
Po przeczytaniu tego fragmentu przypomniałam sobie, dlaczego w czasach szkolnych nienawidziłam jeździć autobusami. Zawsze wsiadał do nich ktoś starszy ode mnie, kto koniecznie potrzebował usiąść. Od tego czasu moim marzeniem są autobusy miejskie wyposażone wyłącznie w miejsca siedzące!

Bolek i Lolek zeskoczyli ze schodków i już stali przed wejściem do kina.
Wystarczyło tylko kupić bilety, wejść na salę i usiąść na wyznaczonych miejscach.”
- Halo, halo, Bolku i Lolku! Jak to?! Tak bez pepsi i popcornu? Do kina? Bez sensu.

Kiedy zgasło światło i na ekranie pojawiła się zapowiedź filmu o zielonym Azorku, Lolek się przestraszył.
- Ratunku! Awaria światła! – zawołał Lolek i chciał uciekać.
Trudno się dziwić, któż dziś prowadza dzieci na takie filmy? Bajka o zielonym glucie, owszem, ale Azorku?

Koło fontanny dzieci karmiły miejskie gołębie. Spacerowały też panie z pieskami. Lolek chciał zajrzeć do baseniku z fontanną i niewiele brakowało, a wpadłby do wody.
Być może na wsiach istnieją jeszcze skwerki takie jak ten. Spokojna jednak głowa, wkrótce i one zostaną zrewitalizowane, dzięki czemu żadna pani z pieskiem nie będzie miała się po co tam zapuszczać!

Niewielki strumień opryskał chłopców. Mieli teraz mokre czupryny, tak jak inne dzieci, które podbiegały do fontanny. Mamie nie podobała się ta zabawa.
- Nie chcę, żebyście byli mokrzy.
Nigdy nie uwierzę, że mama spoza miasta może powiedzieć tak do dziecka. Choć, gdy lepiej się przyjrzeć, mama Bolka i Lolka nie trzyma żadnych standardów, więc w sumie, kto wie?
Miastowe mamy w każdym razie dobrze wiedzą, że zrewitalizowane fontanny zapewniają ochłodę w upalny dzień. I chwilę spokoju, w czasie którego można spokojnie poczytać książkę na ławce. A dzieci? Doskonale się sobą zajmą i z pewnością kiedyś wyschną!

Kiedy przechodzili koło dużego sklepu z artykułami gospodarstwa domowego, mama przypomniała sobie, że musi tu zrobić zakupy.
- Proszę, bądźcie grzeczni i niczego nie dotykajcie – powiedziała mama i kiedy weszli do sklepu, wzięła chłopców za ręce.
To był duży sklep zastawiony wysokimi półkami.”
Gdyby dalszy ciąg tej opowieści brzmiał: „natychmiast po wejściu do sklepu chłopcy zaczęli ganiać się wokół regałów, wydając dzikie okrzyki”, bajka niewątpliwie zabrzmiałaby bardziej wiarygodnie.
W grę mogłaby wchodzić także wersja „chłopcy usiedli na parapecie przy kasie, jęcząc głośno „ale nuuuda! kiedy idziemy?!”
Na pewno jednak nie jest możliwy takie przebieg zdarzeń:
„- Mamo, proszę kup mi kubek z kotkiem – poprosił Bolek.
- A ja proszę o kubek z żabką – poprosił Lolek.”
Z kotkiem? Z żabką? Chłopaki, co z wami? Nie wiecie, że w waszym wieku to nie wypada?

Teraz pójdziemy do cukierni na ciastka i lody.(…)
- Hurra! (…) – zawołali chłopcy i grzecznie poszli za mamą.
(…) Podano im placuszki z serem i kakao. Kiedy zaczęli jeść, mama powiedziała: - Jedzcie ładnie. Nie oblizujcie palców, bo to nie wypada.
- A gdzie wypada? A dlaczego tu nie można? - spytał Lolek.
- Na łące, na kocu przy kanapkach wypada – odrzekł Bolek.
- Nie – powiedziała mama – nigdzie się tego nie robi, bo to nie jest ani grzeczne, ani eleganckie.”

Drogie dzieci z domków z ogródkami!
Jeśli, ku swojemu nieszczęściu, natrafiłyście na tę książkę, nie bierzcie jej zbyt serio. Są miasta, w których można oblizywać palce. Są też książki, przy których można to robić. Przy tej jednak radzę założyć rękawiczki.


„Bolek i Lolek w mieście”, tekst Marta Berowska, ilustracje Kazimierz Łędzki. Wydawnictwo Dragon, Warszawa 2007.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

A.Chodkowska-Gyurics, T. Bochiński "Pan Whicher w Warszawie", czyli zamiast podręcznika

Internetowy test z wiedzy na temat powstania styczniowego, oparty na gimnazjalnym podręczniku do klasy III „Bliżej historii”, oblałam sromotnie. Owszem, wiedziałam co to „branka”, ale na śmierć zapomniałam nazwisk kolejnych dyktatorów powstania, nie wspominając już o dokładnej dacie jego rozpoczęcia. (Kto bardziej odważny może tutaj sprawdzić i swoją wiedzę z tego zakresu, jednak musi pamiętać, że późniejsze wytykanie, że miało się 100% prawidłowych odpowiedzi będzie bardzo niemile widziane!)

Ze szkolnego punktu widzenia powinnam się wstydzić. Tymczasem historię jako przedmiot lubiłam od zawsze. Zawdzięczam to jednak nie tyle podręcznikom, co licznym książkom, które czytałam na własną rękę. Do dziś sporo wiem o czasach, gdy księciem Polski był Bolesław Krzywousty – wystarczyło kilkadziesiąt razy przeczytać znakomity komiks autorstwa Barbary Seidler (nie ustaję w próbach jego zlokalizowania w czeluściach piwnic własnych, bądź moich rodziców, ale idzie mi marnie). Również tego, że udało mi się dostać na studia, nie zawdzięczam pilnemu wertowaniu „Encyklopedii II wojny światowej”, a temu, że z licznych opowieści mojego licealnego nauczyciela historii zapamiętałam głównie te o charakterze ciekawostek. Dlatego też, gdy w czasie egzaminu udzielałam odpowiedzi na pytanie o II wojnę światową w Afryce, mogłam rzucić – niby to mimochodem – uwagę, że ważną rolę w czasie bitwy pod El-Alamein odegrał wynalazek polskich inżynierów. Zapewniło mi to wyrazy zachwytu ze strony komisji egzaminacyjnej i zwolnienie z obowiązku odpowiadania na ostatnie pytanie, na którego temat nie miałam do powiedzenia nic poza „nie wiem”.

Mając powyższe na uwadze, w trosce o poziom historycznej wiedzy młodych pokoleń, niniejszym postuluję więc, by czym prędzej wpisać „Pana Whichera w Warszawie” na oficjalną listę lektur szkolnych.


Nim zasiedliśmy do pisania powieści, naiwnie sądziliśmy, że sporo wiemy o tamtych czasach. Życie jednak zweryfikowało ten pogląd. Szybko przekonaliśmy się, że czas między powstaniem listopadowym a styczniowym to wielka, czarna wyrwa w naszej edukacji. Zwłaszcza pod względem znajomości obyczajów i kultury dnia codziennego. Trudno było samych siebie przekonać, że wiedza jaką wynieśliśmy ze szkoły i późniejszych przypadkowych lektur, funta kłaków nie jest warta.” – to zamieszczone w posłowiu słowa autorów powieści, Agnieszki Chodkowskiej-Gyurics i Tomasza Bochińskiego.
Nic dodać, nic ująć.
Nie umiem tak na pewno i na sto procent stwierdzić, że „Pan Whicher w Warszawie” jest książką historycznie godną zaufania. Być może, mimo podjętych wysiłków, autorom nie udało się ustrzec błędów. Na pewno jednak udało im się napisać bardzo przyzwoity historyczny kryminał, którego nie powstydziłby się Borys Akunin i który bawiąc, uczy.

Jack Whicher,
źródło zdjęcia
Trup ściele się tu gęsto, równie gęsto tu jednak od historycznych nazwisk. Wielopolski, Kraszewski, Kronenberg, Chmieleński, Łuszczewska to tylko kilka z nich. Nie można też zapomnieć o tytułowym Jonathanie "Jacku" Whicherze, brytyjskim detektywie oddelegowanym do Warszawy wprost ze Scotland Yardu, uwiecznionym zresztą w literaturze już znacznie wcześniej przez samego Charlesa Dickensa, później zaś przez naszego Pawła Jasienicę. Dzięki uczynieniu z tych postaci ważnych bohaterów powieści, w czasie czytania o zdarzeniach rozgrywających się w Warszawie we wrześniu i październiku 1862 roku można mimochodem chłonąć wiedzę o ówczesnej sytuacji społecznej i politycznej. Znacznie wzrasta też szansa, że stronnictwa białych i czerwonych wreszcie przestaną się czytającemu  zlewać w bezkształtną, tyle że dwukolorową, masę.

To kryminał w starym stylu. Między innymi dlatego, że śledztwo prowadzone jest tu w dziewiętnastowiecznym rytmie, wyznaczonym przez ówczesne możliwości techniczne i komunikacyjne. To czasy bez internetu i telefonu, co jednak nie przeszkadza detektywowi Whicherowi zachwycać się, że „lat temu pięćdziesiąt-sześćdziesiąt czekałbym na wiadomość pewnie kwartał, albo i lepiej, a tu proszę – niecałe trzy tygodni i mam na biurku wszystko, czego potrzebuję. A może kiedyś udoskonalą telegraf na tyle, że w ogóle będzie można zrezygnować z listów. Pomyśleć tylko – w kilka dni otrzymywać informacje z najdalszych zakątków świata. Byłyby to złote czasy dla detektywów.

Ani w Scotland Yardzie, ani w warszawskim biurze carskiej policji w roku 1862 nie dysponowano także niemal żadnymi, usprawniającymi pracę środkami technicznymi. O badaniach DNA nikomu się jeszcze nie śniło, a ustalenie czy znalezione w podejrzanym miejscu plamy są plamami krwi wymagało przeprowadzenia nadzwyczajnych i nader spektakularnych eksperymentów. W tych okolicznościach o powodzeniu śledztwa decydowały spryt, inteligencja oraz łut szczęścia, a typowanie osoby zbrodniarza odbywało się nie w laboratoriach czy przed monitorami komputerów i tabletów, a w dusznych, pełnych papierosowego dymu pomieszczeniach, do których porządny człowiek nie powinien się zapuszczać. 

W książce nie brakuje także pięknych kobiet, zarówno żywych, jak i martwych, dobrych i złych. Dzięki nim w opowieści pojawia się wątek romansowy, osładzający nieco konieczność wdychania rynsztokowego smrodu. Co bardziej wrażliwi nie powinni jednak dać się zwieść widokom miłych historycznych obrazków, przedstawiających ówczesne suknie balowe. W chwili bowiem, gdy będą się tego najmniej spodziewali, mogą zostać zaatakowani opisem wyglądu świeżo odnalezionych zwłok lub przebiegu tortur. Swoją drogą, żywot carskiego policjanta był znacznie prostszy niż XXI-wiecznego funkcjonariusza. Z braku innych środków zawsze mógł on wszak przesłuchiwanego lekko podpiec lub dźgnąć czymś ostrym, podczas gdy teraz surowo karane jest nawet delikatne podtapianie.

Teoretycznie, w każdym szanującym się kryminale najważniejsze jest to, by pod koniec dowiedzieć się kto zabił. Odpowiedź na to pytanie pada także i na ostatnich kartach tej książki, ale – paradoksalnie – wcale nie oczekuje się na nią w napięciu, gdyż nie ona wydaje się najbardziej w tym wszystkim istotna. Ja w każdym razie dwa tygodnie po zakończeniu lektury nie pamiętam już nazwiska mordercy. Świetnie za to orientuję się w zawiłościach powstańczych przygotowań, a gdy zamknę oczy, znów widzę i czuję Warszawę A.D. 1862. A wywrzeć takie wrażenie na czytelniku, to dopiero trudna sztuka!

Agnieszka Chodkowska-Gyurics, Tomasz Bochiński „Pan Whicher w Warszawie”. Instytut Wydawniczy Erica, Warszawa 2012.