sobota, 28 listopada 2015

M.Houellebecq "Uległość", czyli przerażające, bo prawdziwe

Pewnie nie przeczytałabym tej książki, gdyby nie pewna ważna dla mnie osoba, która powiedziała, że po tej lekturze pomyślała o mnie, ciekawa mojej opinii. Dodała jeszcze, że to co przeczytała, cały czas siedzi jej w głowie.
Pomyślałam wtedy, że to żadna sztuka, przeczytać Houellebecqa tuż po zamachach w Paryżu i uznać, że to takie aktualne. Okazało się jednak, że wspomnianej osobie chodziło o zupełnie inne konotacje. Przeczytałam więc. A to, co przeczytałam od tej pory cały czas siedzi i w mojej głowie, przerażając.


Houellebecq nie jest moim ulubionym autorem. Sposób prowadzenia przezeń narracji mnie nie porywa, jego bohaterowie mnie mierżą, a historie nudzą. „Uległość” w żadnej mierze nie porwała mnie literacko; były momenty, w których miałam ochotę odłożyć ją na półkę i nigdy więcej doń nie zajrzeć; początkowo rozważałam też czy by nie zasnąć, a następnie nie obudzić się kilkadziesiąt stron dalej. Zamiast tego mniej więcej w połowie lektury zamarłam, porażona (nastały czasy, w których to słowo znów wraca do łask) trafnością i uniwersalnością spostrzeżeń.

O tym, o czym jest „Uległość” znakomicie i z pewnością znacznie lepiej niżbym zrobiła to ja, napisał Krzysztof Varga w jednym z ostatnich felietonów zamieszczonych w „Dużym Formacie” (całość dostępna tutaj). Vargowe streszczenie brzmi tak (kto nie chce, ten nie czyta, specjalnie wyróżniam ten fragment):

Wykładowca literatury francuskiej Francois prowadzi życie jałowe i samotne, rozświetlając je czasem dorywczymi romansami, a jeśli tych akurat brakuje, to wegetuje przed telewizorem z dwiema butelkami wina. Jedyną bodaj rzeczą, prócz reglamentowanego seksu, która go podnieca i wyrywa z marazmu, jest obserwowanie francuskiej polityki i zdawanie nam z tego skrupulatnych relacji, szczególnie gdy nadchodzą wybory, które ku zaskoczeniu wszystkich wygrywa Bractwo Muzułmańskie i następuje tak zwana demokratyczna wymiana elit. Prezydentem zostaje niejaki Mohammed Ben Abbes, polityk wybitnie sprawny i przekonujący, można nawet powiedzieć, że ciepły i koncyliacyjny, potrafiący jednak skutecznie omamić miliony nierozgarniętych wyborców. Znamienne, że Bractwo wcale nie interesuje się gospodarką, ale nade wszystko edukacją, oświatą, kulturą, albowiem pragnie wychować kolejne pokolenia podług swych zasad i posiąść rząd dusz: "Prawdziwy geniusz muzułmańskiego kandydata ujawnił się, kiedy zdał on sobie sprawę, że wybory nie rozegrają się wokół gospodarki, ale wartości". Nie stosuje przemocy, ale skuteczniejsze przecież populizm, przekupstwo i szantaż, w efekcie Francois, jako modelowy oportunista, po krótkiej walce wewnętrznej przechodzi na islam, dzięki czemu będzie miał dobrą pracę i świetną płacę. Niebagatelną rolę w konwersji Francois odgrywa też naturalnie oficjalna w islamie poligamia, co uwolni go wreszcie od seksualnej nerwicy. Wszystko odbywa się bezkrwawo, choć na drugim planie powieści co jakiś czas słychać wybuchy, strzały i gdzieniegdzie dochodzi do zamieszek. Zwycięskie Bractwo przeprowadza swoistą rewolucję moralną, znikają dilerzy narkotyków, chuligani, zapanowuje spokój społeczny i radosna kolaboracja francuskich elit.

W konkluzji swojego felietonu Varga sugeruje, aby pod słowo "Francja" podstawić "Polska", a pod "Bractwo Muzułmańskie" jakąś fikcyjną polską partię o mocno religijnym programie, która nade wszystko na tak zwane wartości i moralność stawia i tak ponownie tę książkę odczytać. Z całym szacunkiem dla Krzysztofa Vargi, ale wydaje mi się to zbyt proste.

Od kilku tygodni staram się nie słuchać radia innego niż Dwójka, ewentualnie RMF Classic (tak, wiem, podobno RMF Classic to straszny szajs. Ja uważam inaczej), względnie Trójka (tu jednak w grę wchodzą tylko starannie wyselekcjonowane audycje, w określonych godzinach). Za bardzo denerwuję się tym, co słyszę i widzę w internecie (telewizji nie oglądam już od dawna), a zbyt wiele kosztowało mnie odzyskanie nadwątlonej w ostatnich tygodniach równowagi psychicznej.
Nie jestem głupia. Nie postrzegam świata w kategoriach czarno-białych. Wydaje mi się, że rozumiem większość zachodzących wokół zjawisk.
To, co w ostatnich dniach widzę i słyszę, sprawia, że czuję się bezsilna. I przerażona.
Nie boję się islamskich terrorystów. Boję się nas.

„- Chodzi o uległość – powiedział cicho Rediger. – Oszałamiająca, a zarazem prosta myśl, nigdy dotychczas niewyrażona z taką mocą, że szczytem ludzkiego szczęścia jest bezwzględna uległość.

Brak własnych poglądów. Podążanie za najprostszymi rozwiązaniami. Kierowanie się wyłącznie własnym interesem, bez zważania na innych. Łatwo nas kupić.
Nie rozumiemy istoty demokracji i praworządności. Nie widzimy jak cienka granica oddziela nas od dyktatury i faszyzmu. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wielką siłą jest to, że istnieją instytucje i mechanizmy, które zabezpieczają nas przed tymi, którzy wiedzą lepiej i wiedzą to za nas.
Bo może chcemy, aby inni wiedzieli i robili za nas? Bo tak jest wygodniej? Ulegniemy, ale w zamian za to otrzymamy szereg przyjemnych rzeczy. 500 złotych na dziecko, darmowe leki, to brzmi jak początek dobrze zapowiadającej się historii, takich jakie lubimy.

Żeby było jasne. Od wielu lat uważałam (a ci, którzy znają mnie osobiście, wiedzą że to prawda, a nie tylko dostosowana do okoliczności wolta), że ci, którzy rządzą tym krajem, robią to źle. Widziałam – dzień po dniu i czarno na białym - jak w białych rękawiczkach niszczy się to, o co tak wielu tak ciężko walczyło przez tak wiele lat. Różnica pomiędzy tym, co działo się przed 25 października, a tym co dzieje się teraz polega na tym, że obecnie nie dba się nawet o zachowanie pozorów, a tempo i rodzaj podejmowanych działań powodują, że nikt nie jest w stanie stwierdzić z całą pewnością do czego to wszystko doprowadzi.

Nie mam złudzeń. Ludzie nie wyjdą na ulicę. Taka opcja nie istnieje. Ulegniemy, bo w końcu po co się męczyć. Tu się nagniemy, tam udamy, że się naginamy i będzie dobrze.

W roku 2006 profesor Barbara Skarga, filozof, łączniczka wileńskiej AK, więźniarka łagrów, w rozmowie z Janem Strzałką i Arturem Sporniakiem mówiła tak: 

Starożytni Grecy określali męstwo słowem „andreia”. Tłumacze Arystotelesa wiedzą jednak, że Grecy znali także pojęcie „arete”, czyli dzielność. W języku polskim funkcjonuje jeszcze jedno określenie, pochodzące z niemieckiego – „hart”, czyli twardość, i to jest piękne słowo. „Andreia”, „arete”, „hart” – nie czuję, by te pojęcia różniły się radykalnie, ale każde z nich posiada subtelne niuanse znaczeniowe, każde kładzie nacisk na coś innego, choć wszystkie określają tę samą postawę życiową: postawę człowieka, który nie poddaje się losowi.

W jednym tylko przypadku dzielność jest niemożliwa – w myśleniu. Mówi się raczej o odwadze myśli.
I w tym tkwi wskazówka. Mówimy o męstwie bycia – całego naszego bycia, męstwo tworzy więc jedność, odwaga natomiast dotyczy tylko pewnych sfer bycia, a więc czynów, myślenia, mowy. Jeżeli człowiekowi, którego uznajemy za mężnego, zabrakłoby śmiałych słów, np. sprzeciwu wobec nadużyć władzy – przestałby zasługiwać na przydomek mężnego, bo wszystko jedno w czym, ale przejawiła się jakaś jego słabość. Męstwo bowiem obejmuje człowieka w każdym jego czynie, myśli.

Zdarzenia ostatnich dni spowodowały, że chcąc nie chcąc, robiąc to co robię, znalazłam się na pierwszej linii próby. Nie, nie wystąpię w telewizji, nie zbuduję barykad. Pamiętam natomiast, co pisał ksiądz Józef Tischner w jednym z listów do swoich studentów: „Musimy jednak pamiętać, że - jak pisał Platon – jesteśmy tu, postawieni przez bogów, „jakby na posterunku" i – jak w podobnym duchu wyrażał się św. Paweł - „nie sobie żyjemy, nie sobie umieramy". „Jako stojący na posterunku", „nie sobie żyjący" musimy godnie i rzetelnie spełniać nasz podstawowy obowiązek, obowiązek wobec myślenia".

Gdyby każdy z nas udał się na swój posterunek i robił tylko to, co do niego należy, najlepiej jak potrafi, nie istniałby problem, z którym będziemy musieli się mierzyć.
Ja wiem, co mam robić.
A ten kto nie wie, może na początek zabrać się za Robótkę (kliknięcie w słowo "Robótkę" przenosi w świat wszelkich potrzebnych informacji).


Bo nawet jeśli świat zmierza w złym kierunku, można spróbować go z niego zawrócić. Dobrem, nie uległością.

Michel Houellebecq „Uległość”, przełożyła Beata Geppert. Wydawnictwo WAB, Warszawa 2015.

Fragment wypowiedzi Barbary Skargi pochodzi z tekstu „Człowiek, istota zadziwiająca”, zamieszczonego w wydaniu specjalnym Tygodnika Powszechnego „Kanon. Sztuka rozmowy. Urodzinowa antologia wywiadów Tygodnika Powszechnego."

niedziela, 15 listopada 2015

Dlaczego mnie nie ma, czyli w dolinie Muminków

„Paszczak obudził się powoli i gdy tylko stwierdził, że jest sobą, zapragnął być kimś innym, kimś, kogo nie znał. Czuł się jeszcze bardziej zmęczony niż wtedy, kiedy kładł się spać, a tu tymczasem nastał już nowy dzień, który będzie trwał do wieczora, a potem przyjdzie następny i jeszcze następny i ten znów będzie taki sam, jak wszystkie dni w życiu Paszczaka.

Schował się więc pod kołdrę i zagrzebał nos w poduszkę, potem przesunął się brzuchem na brzeg łóżka, gdzie było chłodne prześcieradło, a potem rozłożył się na całym łóżku, wyciągając ręce i nogi, i wciąż czekał na przyjemny sen, który nie przychodził. Wreszcie zwinął się w kłębek i zrobił się malutki, ale i to nie pomogło. Starał się być Paszczakiem, którego wszyscy lubią, i starał się być Paszczakiem, którego nikt nie lubi. Lecz co z tego, kiedy i tak ciągle był tylko Paszczakiem, który wszystko robi, jak może najlepiej, ale nic mu naprawdę dobrze nie wychodzi. W końcu wstał i wciągnął spodnie.

Nie lubił ani ubierać się, ani rozbierać, bo wtedy miał wrażenie, że dni mijają i nic godnego uwagi się nie dzieje. A przecież wciąż coś organizował i urządzał, ciągle czymś dyrygował, od rana do wieczora! Wszędzie dookoła wszyscy wiedli niedbałe, bezcelowe życie, gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie było coś do ustawienia we właściwy sposób, i Paszczak wychodził z siebie, żeby uprzytomnić innym, jak powinni żyć.
Zupełnie jakby nie chcieli, żeby im było dobrze – martwił się myjąc zęby. Spojrzał na fotografię, na której był on sam i jego żaglówka w dniu wodowania. Piękne to było zdjęcie, lecz gdy patrzył na nie, zrobiło mu się jeszcze smutniej. – Powinienem nauczyć się żeglować – uznał. Tylko że nigdy nie mam czasu…

Nagle przyszło mu na myśl, że wszystko, co robi, nie jest niczym innym, jak tylko przenoszeniem rzeczy z jednego miejsca na drugie albo mówieniem, gdzie one powinny stać, i przez krótką chwilę olśnienia zastanawiał się, co by się stało, gdyby dał temu spokój.
- Prawdopodobnie nic. Ktoś innym zająłby się tym wszystkim – rzekł sam do siebie, odkładając szczoteczkę do zębów do szklanki. Lecz to, co powiedział, zdziwiło go i trochę nawet przeraziło, zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, tak jak to się dzieje, kiedy zegar wybija północ w noc sylwestrową, i zaraz w następnej sekundzie pomyślał: „Ale w takim razie musiałbym zacząć żeglować…” I wtedy poczuł się już tak źle, że musiał usiąść na łóżku.”

Kiedy byłam dzieckiem, nie lubiłam Muminków.
Nic dziwnego, najwyraźniej przeczuwałam, że wyrosnę na Paszczaka.

Nie ma mnie ostatnio, bo walczę z dreszczami. 

Tove Jansson „Dolina Muminków w listopadzie”, przełożyła Teresa Chłapowska. Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2005. Cytat pochodzi z rozdziału piątego. 

środa, 21 października 2015

XVII Konkurs Chopinowski, czyli marzy mi się

W poniedziałek 19 października oraz we wtorek 20 października zrobiłam wyjątek. Włączyłam wieczorem telewizor.
Nie, nie po to, aby obejrzeć dwie przedwyborcze debaty.
Po to, by obejrzeć transmisję finałów Konkursu Chopinowskiego.

Marzy mi się, aby – może nie za pięć, może nie za dziesięć, ale może chociaż za dwadzieścia lat – ten konkurs wzbudzał w Polakach takie emocje jak te zaprezentowane na wyszperanym w sieci obrazku.

źródło zdjęcia; autor Mirek Usidus
Żeby tak się stało, powinniśmy jednak wykonać olbrzymią pracę, zaczynając od podstaw.
Kulturalnego wysławiania się zaczniemy uczyć zaraz potem.

Cóż z tego, że istnieją szkoły muzyczne, kiedy uczy się w nich ledwie garstka dzieci? W tym roku do jedynej działającej w Szczecinie i okolicach publicznej (a więc darmowej) dziennej muzycznej podstawówki przyjęto ich ledwie 75.

źródło zdjęcia

Cóż z tego, że Szczecin może się cieszyć fantastyczną filharmonią, gdy zakup biletów niemal na wszystkie koncerty wymaga posiadania nie tylko sporej ilości gotówki (najlepiej kilku tysięcy złotych, jeśli chce się chodzić na te koncerty w miarę regularnie, do tego z osobą towarzyszącą), ale i wolnego czasu, który poświęci się na odstanie kilku godzin w kolejce (system zakupu biletów jest tak skonstruowany, że w drugiej połowie sierpnia otwiera się możliwość zakupu biletów na wszystkie koncerty w sezonie; jeśli nie kupisz ich od razu na każde wydarzenie, którym jesteś zainteresowany, później nie masz szans).


Cóż z tego, że w szkolnych programach nauczania przewidziane są lekcje muzyki, jeśli brak jest pomysłu (i chęci), by poprowadzić je w sposób prawidłowy, czyli wzbudzający w dzieciach zainteresowanie. Nie każdy musi zostać muzykiem, ale każdy powinien znać nuty i mieć jako takie pojęcie o instrumentach.
Tymczasem mój Starszy dotarł do piątej klasy nie tylko nie odróżniając bemola od krzyżyka, ale i nie umiejąc narysować nuty, nie mówiąc o zagraniu czegokolwiek na czymkolwiek. Poza nerwami matki, która bardzo się wstydzi, że jej własne dziecko jest muzycznym troglodytą, ale naprawdę nie jest w stanie samodzielnie zająć się jego edukacją na każdym z pól.

Wrażliwość muzyczna i – bardziej ogólnie – wrażliwość artystyczna bezsprzecznie łączą się z wrażliwością człowieka w ogóle. Kilka miesięcy temu w tym poście, zamieszczonym na swoim blogu, wspominała o tym pani Marzena Żylińska.

źródło zdjęcia
Natomiast profesor Andrzej Szczeklik w swojej książce „Kore” pisał tak:
W codziennej pracy lekarza wykształcenie muzyczne nie musi być szczególnie pomocne. Słuch lekarski nie idzie w parze ze słuchem muzycznym (…) Byłbym jednak ostatnim, który nie doceniłby udziału muzyki w medycynie. Muzyka kształci wrażliwość lekarza, budzi w nim zmysł harmonii i kompozycji, których zachwianie znajduje swoje odbicie w chorobie.

Tymczasem dziś w programach nauczania, na wszystkich ich szczeblach, zajęcia artystyczne traktowane są jako zło konieczne. O ile w szkołach zaczęto doceniać rolę sportu, o tyle sztuka już dawno została wkopana do narożnika i przygnieciona workiem z piaskiem.

Zastanawiam się czy, a jeśli tak, to kiedy, jest możliwe, aby kształcenie artystyczne zyskało u nas taką rangę jak w innych krajach.

Nie po to, abyśmy zaludnili Polskę rzeszą muzyków, bardziej lub mniej zdolnych.
Po to, aby więcej wśród nas było wrażliwości – na innych, na piękno, na to co dobre. Bo to co się z nami dzieje teraz, napawa mnie przerażeniem.

W czasie przedłużającego się nocnego oczekiwania na ogłoszenie wyników konkursu, zrobiłam szybki przegląd dziecięcej biblioteczki, poszukując w niej książek o muzycznej tematyce. W ostatnich latach wydano ich sporo – cóż z tego, skoro większość to obecnie białe kruki, a w bibliotekach (zwłaszcza szkolnych) występują rzadziej niż białe niedźwiedzie. Im – oraz kilku innym wyszperanym tu i ówdzie książkom o muzyce dla dzieci – poświęcony będzie następny post.
W każdym razie mam taką nadzieję.

niedziela, 18 października 2015

Mity greckie w szkole kiedyś i dziś, czyli równia pochyła

O wszystkim można napisać to samo, ale nie tak samo.

Jeśli tragicznie zginie ktoś znany, Polska Agencja Prasowa poinformuje o tym w zwięzłej notce, zawierającej kilka niezbędnych danych. Prasa codzienna poświęci tej osobie szpaltę lub nawet całą stronę (gdy będzie to ktoś naprawdę znany), na której znajdzie się parę gustownych zdjęć, garść wspomnień, może jakaś anegdota. Brukowce natomiast na pewno spróbują zdobyć zdjęcia z miejsca tragedii, a na pierwszej stronie wytłuszczą efektowny tytuł, zdobny w dramatyczne przymiotniki.

Dokładnie tak samo jest z tym, co rozumie się przez lektury szkolne.

Kiedy byłam pilną uczennicą szkoły podstawowej, oczywistym było, że jeśli chodzi o mity greckie jedyną możliwą lekturą jest „Mitologia” Jana Parandowskiego. Przeczytałam; wrażeń dziś nie pamiętam, ale musiały być pozytywne, skoro moja podręczna biblioteczka mniej więcej w tym czasie wzbogaciła się o szereg książek dotyczących kultury starożytnej Grecji i Rzymu. Pamiętam też jak ślęczałam nad którymś z tomów Encyklopedii powszechnej PWN, usiłując nauczyć się greckiego alfabetu.


Kiedy urodziłam własne dzieci i podrosły one na tyle, że można było uraczyć je krwistymi mitycznymi historiami, odkryłam, że na rynku obrodziło w przeznaczone dla młodych czytelników książki o tej tematyce.
Użyty w nich klucz do trafienia do dziecięcych serc jest różny.



Jedni, jak Katarzyna Marciniak, historyczka literatury i filolożka klasyczna, idą w formę raczej baśniową, niestety nie wolną od dydaktyki. W wydanej przez Naszą Księgarnię „Mojej pierwszej mitologii” autorka snuje opowieści raczej dla młodszych czytelników. Fragmenty drastyczne pomija lub bagatelizuje (te, których pominąć się nie da), dokłada osadzone w wątku opowieści snute przez tatów orłów lub babcie mrówki, a na koniec łopatologicznie tłumaczy pochodzenie i sposób użycia niektórych zwrotów językowych („marsowa mina”, „strzała Amora”, „otworzyć puszkę Pandory”). Gdy dodać do tego słodziutkie i wolne od nagości (a fuj!) ilustracje Marty Kurczewskiej, otrzymamy pozycję w sam raz dla przedszkolnych starszaków.

Na początek chyba jak znalazł. Mi jednak coś nie pasuje. Moim dzieciom chyba też nie, bo po kilku rozdziałach odmówiły dalszej lektury (a było to rok temu, gdy Młodszy rozpoczynał edukację w przedszkolnej zerówce).


Zupełnie inaczej mity w wersji dla dzieci widział Dimiter Inkiow, piszący po niemiecku Bułgar, obdarzony niesamowitym poczuciem humoru (próbka tutaj). Niby różnica jest niewielka – i w przypadku Marciniak, i w przypadku Inkiowa nie ma mowy o epatowaniu przemocą, a używany język jest raczej prosty – jednak ich książki diametralnie się różnią. Być może dlatego, że Marciniak pisze jak ktoś, kto nauczył się wszystkiego, co powinno się wiedzieć o pisaniu książek dla dzieci i teraz próbuje zastosować tę wiedzę w praktyce. Inkiow zaś jak ktoś, kto opowiedział już tysiącu dzieciom tysiące historii.
A że przy okazji ilustracje Wilfrieda Gebharda nie drażnią czytającego dorosłego, to tylko tym lepiej.

Jest jeszcze Grzegorz Kasdepke, o którego dziele nie napiszę jednak niczego, bowiem nie mam go akurat pod ręką, a kompletnie nie pamiętam wrażeń z lektury sprzed ponad dwóch lat.







Gdyby jednak moje dzieci chciały przeczytać coś jeszcze innego, mogłyby sięgnąć po prastary (w każdym razie z ich punktu widzenia) egzemplarz książki Jadwigi Żylińskiej „Oto minojska baśń Krety”. Byłabym zadowolona, bo bardzo lubię ilustracje Elżbiety Gaudasińskiej, a poza tym mogłabym pochwalić się przed nimi taką oto, umieszczoną w książce, dedykacją (patrz w lewo).





Przede wszystkim jednak, tak samo jak po przeczytaniu książek Parandowskiego, Marciniak i Inkiowa, dzieciaki dowiedziałyby się skąd wzięły się te wszystkie historie, dlaczego losy poszczególnych bohaterów potoczyły się tak a nie inaczej, z czego wynikały ich wybory i czym były podyktowane. W ich głowach powstałaby w miarę spójna i logiczna wizja starogreckiego świata, dzięki której w przyszłości łatwiej byłoby zrozumieć im świat współczesny.

Wyobrażenie o tym, że tego rodzaju wiedza jest w ogóle dzieciom potrzebna, mogło powstać chyba tylko w głowie takiego mamuciego rodzica jak ja.

W miniony piątek Starszy, na którego półkach stoją wszystkie wyżej wymienione książki, na półkach rodziców zaś jeszcze kilka innych (wszystkie poświęcone mitologii greckiej i rzymskiej), przyniósł do domu takie coś.


„Wypożyczyłem ze szkolnej biblioteki” – oznajmił, gdy zapytałam, skąd to wytrzasnął.
Pomijając już to, że dzieło jest anonimowe (jedyna informacja w tym zakresie brzmi: „skład tekstu Studio Wydawnictwa Sara”) i że opatrzone jest wstrząsającymi ilustracjami (tu akurat autor jest znany: Jakub Kuźma), w środku jest niczym w „Fakcie”. Nieważne dlaczego i nieważne co dalej, ważne że krwiście i dramatycznie. Z szeregu historii wybrano te najpopularniejsze i najbardziej nośne (o Dedalu i Ikarze, Minotaurze), opowiadając je w sposób niezwykle emocjonalny, z użyciem szeregu niosących spory ładunek dramatyzmu przymiotników. 

„Bestia nie żyje! Ma na co zasłużyła!” – bez trudu mogę sobie wyobrazić wielkie litery na pierwszej stronie brukowca.
Minotaur nieprzytomny runął na ziemię. Tezeusz podszedł do niego z mieczem uniesionym do góry i z całej siły wbił go w serce bestii. Potwór zawył okropnie. Jego oczy zaczęły mętnieć, by po chwili zgasnąć zupełnie. Nie żył”. – tak mogłaby brzmieć relacja z przebiegu zdarzeń w kreteńskim labiryncie, opatrzona zdjęciem minotaurzego ścierwa. Skąd labirynt i w nim Minotaur, dlaczego musiał zginąć – a kogo to obchodzi? Ważna jest akcja, krew i liczba sprzedanych egzemplarzy. Do bibliotek szkolnych nada się jak znalazł.

Nie wiem dlaczego jeszcze trzydzieści lat temu jedenastolatkowie byli uznawani za właściwych adresatów książek Parandowskiego i Żylińskiej, a dziś przerabianie mitologii greckiej ogranicza się do zamieszczonego w podręczniku wyboru co łatwiej strawniejszych fragmentów ich książek. Nie mam pojęcia jak to możliwe, że polonista sugeruje uzupełnienie tej lektury czymś, co w ogóle nie powinno nigdy stanąć na półce z literaturą.

Co gorsza, nie wiem także dlaczego mój własny syn, karmiony od niemowlęctwa literaturą piękną, idzie na łatwiznę, nie próbując nawet zmierzyć się z poważniejszą prozą.
Czuję jednak, że nie urodzi się z tego nic dobrego. Poza dobrymi perspektywami dla właścicieli brukowców.

Jan Parandowski „Mitologia”. „Czytelnik”, Warszawa 1979.
Jadwiga Żylińska „Oto minojska baśń Krety”, ilustracje Elżbieta Gaudasińska. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1986.
Katarzyna Marciniak „Moja pierwsza mitologia”, ilustrowała Marta Kurczewska. „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2013.
Dimiter Inkiow "Najpiękniejsze mity greckie", ilustrował Wilfried Gebhard, tłumaczyła Alicja Lehrke. Media Rodzina, Poznań.
„Mity greckie”. Wydawnictwo SARA, Warszawa 2004. 

niedziela, 4 października 2015

Szczeciński festiwal czytania "Odkrywcy wyobraźni", czyli jeszcze się taki nie urodził, który by momarcie dogodził

Ktokolwiek kiedykolwiek twierdził, że w Szczecinie nic się nie dzieje, w ten weekend musiał to odszczekać. Hau, hau! Działo się aż nadto. W każdym razie jak na możliwości normalnego pracującego człowieka, który w weekend musi nadrobić zaległości nie tylko z minionego tygodnia, ale i sprzed co najmniej kilku tygodni.
Z punktu widzenia książkowego najważniejszym zdarzeniem minionego weekendu był na pewno trzeci już Festiwal Czytania, obdarzony w tym roku nową nazwą „Odkrywcy wyobraźni”.


Program był bogaty i ambitny. Nazwiska zaproszonych osób zapierały dech w piersiach. Rozmach imponował.

To budujące, gdy widzi się Książnicę Pomorską, która mimo pięknego, słonecznego weekendu tętni życiem.

Ekscytujące, gdy można na żywo zobaczyć i posłuchać tych, których na co dzień widuje się tylko w telewizji, a których nazwiska budzą respekt. Anna Seniuk, Zofia Kucówna, Ewa Lipska, Maja Komorowska, Joanna Szczepkowska, Jerzy Bralczyk, Wojciech Pszoniak, Robert Więckiewicz – to tylko niektórzy z nich. Jak powiedział któryś z organizatorów festiwalu – to też sposób, by zachęcić nieczytających do kontaktu z książką w każdej jej formie: drukowanej, czytanej i elektronicznej. Jeśli nie przyjdą dlatego, że lubią czytać, to może przyjdą po to, by zobaczyć znaną z telewizji twarz. A przy okazji, mimochodem, posłuchają i kto wie, może się im spodoba?

To fantastyczne, gdy można zaprowadzić własne dzieci na spotkanie z autorami, których książki znają i lubią. Łukasz Wierzbicki i Paweł Wakuła – dwa razy rewelacja.




Wierzbicki urządził jak zwykle jednoosobowy show, sprawiając że dzieciaki przez 40 minut siedziały jak zaczarowane. Nawet ja, mimo początkowej rezerwy, pod koniec chichotałam razem ze wszystkimi.








Wakuła – niestety zdominowany przez współwystępującego Jarosława Boberka (czytającego jego książki – na żywo i w wersji audiobookowej). Człowiek-orkiestra, piszący i rysujący. Misiowaty niczym niedźwiedź brutalny Leon, bohater jednej z książek jego autorstwa, ale i sympatyczny jak on. No i jego autografy – rysunkowe dzieła sztuki!


Po sporej porcji miodu czas na parę łyżek dziegciu.

To wkurzające, gdy w tym samym czasie odbywa się równocześnie zbyt wiele zdarzeń, a dokonanie wyboru jest bardzo trudne. Rozrzucenie Festiwalu po całym centrum spowodowało, że nawet ktoś, kto gotów był spędzić dzień tylko na kolejnych festiwalowych imprezach, nie był w stanie przemieścić się w porę z miejsca na miejsce. Przykład z niedzieli: o 11.00 na ulicy Wielkopolskiej czytanki dla dzieci z Anną Seniuk, od 12.00 w Książnicy spotkanie z Pawłem Wakułą i Jarosławem Boberkiem. Czas potrzebny na przemieszczenie się z jednego miejsca w drugie to jakieś 20-30 minut (jeśli idzie się z dziećmi). Jakby nie liczyć, nie da rady być i tu, i tu. A taka szkoda.

Czytanie uspokaja i ukulturalnia, ale nawet najkulturalniejszy czytelnik czasem się denerwuje. Byłam tylko w dwóch miejscach: Książnicy i Starej Rzeźni (ulokowanej na ciągle źle skomunikowanej z miastem wyspie Łasztowni) i w obu było podobnie. Brakowało kompetentnych przedstawicieli organizatorów, którzy w razie pojawienia się problemów (a na imprezach takiego rodzaju pojawiają się one permanentnie) wzięliby sprawy w swoje ręce, informując, kierując i uspokajając. Miłe panie i młode wolontariuszki nie zawsze radziły sobie z trudnymi sytuacjami. Brakowało też moderatora, który nadałby kształt niektórym spotkaniom (nie każdy autor i aktor jest perfekcyjnie zorganizowanym i panującym nad salą Łukaszem Wierzbickim). Chaos i rozgardiasz – to źle komponuje się z czytaniem.

A może za wysoki koń? To fantastycznie, że do Szczecina przyjeżdża tyle znanych osób, ale może zamiast na ilość warto byłoby postawić na jakość? Mniej, za to lepiej?

źródło zdjęcia tutaj, autorka: MoWi
Wydarzenie w Starej Rzeźni, które miało być spektaklem na podstawie książki 1945 Magdaleny Grzebałkowskiej okazało się być czymś w rodzaju próby czytanej nie wiadomo czego. Czworo warszawskich aktorów (Sławomira Łozińska, Magdalena Smalara, Adam Woronowicz i Krzysztof Franieczek) pojawiło się na scenie z grubymi plikami kartek. To można by wybaczyć, teksty były długie i niewdzięczne, a czasu na przygotowanie być może mieli mało. Tylko czy na pewno niektórzy z nich, ubrani w stroje sprzed siedemdziesięciu lat, musieli świecić kartkami z pozakreślanymi zielonym markerem fragmentami własnego tekstu? Czy naprawdę nie można było przeczytać tekstu wcześniej, by nie mylić się w trakcie tak strasznie, próbując ukrywać błędy aktorską manierą (celowała w tym zwłaszcza Sławomira Łozińska, która w czasie spektaklu wypowiedziała chyba więcej „yyyy” niż innych słów)? Jedyną osobą, która nie irytowała była Magdalena Smalara, ale samodzielnie nie mogła uratować całości.

Z dobrze poinformowanych źródeł wiem też, że podobnie było podczas Teatrzyku Zielone Oko, w czasie którego zaprezentowano fragmenty słuchowiska według książki Agathy Christie. Rozumiem, że na dźwięk nazwiska Pszoniak (będącego zresztą dyrektorem artystycznym festiwalu) ręce powinny same układać się do klaskania, ale dobrze byłoby na przykład wcześniej poinformować widzów z godziny 15.00, że usłyszą tylko początek, zaś tych z 18.00, że im dla odmiany zostanie zaprezentowany środek słuchowiska, do tego na etapie bardzo wstępnej obróbki.

Reasumując: było nieźle, ale mogło być znacznie lepiej. Za rok? Trzymam kciuki! 

niedziela, 27 września 2015

D.Pilkey "Kapitan Majtas", czyli dlaczego należy czytać dzieciom i sobie o glutach, kupach i gaciach

Ustalmy fakty (przy czym załóżmy, że odnoszą się one głównie do dzieci płci męskiej, gdyż na współczesnych dzieciach płci żeńskiej niestety znam się słabo):

- dla większości uczniów podstawówek (i nie tylko podstawówek, niestety) szkoła jest najgłupszym i najnudniejszym miejscem na świecie, choć ma jedną zaletę (patrz niżej);
- większość uczniów podstawówek uważa, że w szkole można przetrwać tylko dlatego, że chodzą do niej także najlepsi kumple, dzięki którym czas tam spędzany (o ile odpowiednio się go wykorzysta) nie będzie czasem straconym;
- większość uczniów podstawówek uwielbia historie o glutach, kupach, gaciach i innych tego rodzaju rzeczach, o których dobrze wychowany dorosły co najwyżej milczy;
- większość uczniów podstawówek nie czyta książek, a jeśli już musi to zrobić, najchętniej sięga po te z dużym drukiem i możliwie największą ilością obrazków.

Gdy zebrać te wszystkie fakty do (nie bójmy się użyć właściwego słowa) kupy, okazuje się że ten post to ni mniej, ni więcej tylko robota dla… Kapitana Majtasa!



Tu parę słów o Kapitanie Majtasie. 
Jest on:
- szybszym niż strzelająca gumka od majtek,
- silniejszym od bokserek,
- i umiejącym robić różne rzeczy (np. przeskakiwać wieżowce) bez rozdzierania sobie gaci w kroku dorosłym, łysym facetem, ubranym wyłącznie w gacie (majtasy) oraz zrobioną z byle czego (np. z zasłony) pelerynę.

W rzeczywistości (tzw. realu) Kapitan Majtas jest wstrętnym i pozbawionym jakichkolwiek ludzkich cech dyrektorem szkoły podstawowej im. Jeremiego Horwitza. Nosi tupecik, absolutnie nie ma poczucia humoru, a jego ulubionym zajęciem jest uprzykrzanie życia uczniom swojej szkoły, a zwłaszcza George’owi Beardowi i Haroldowi Hutchinsowi.

W kolejnych częściach opowieści o Majtasie, a w Polsce wydano ich dotychczas siedem (i to dawno temu), schemat jest zawsze ten sam:






- George (to ten po lewej, ostrzyżony na jeża i w krawacie) i Harold (to ten drugi, w koszulce i z wielką szopą włosów) robią głupie kawały, wskutek czego ściągają na siebie szkolne problemy,














- George i Harold rysują komiks,






w naszym domu Kapitan Majtas
zazwyczaj wygląda tak






- sytuacja się komplikuje, wobec czego do akcji musi wkroczyć kapitan Majtas,










- następuje seria niewyobrażalnych zdarzeń z udziałem niezupełnie typowych bohaterów, jak chociażby krwiożercze klozety, niewiarygodnie nikczemne kucharki z kosmosu, straszna superkobieta czy zasmarkany cyborg,











- w trosce o dobro czytelników sceny skrajnej przemocy zawsze umieszczane są – po uprzednim ostrzeżeniu – w ruchomych obrazkach;











- po czym wszystko dobrze się kończy. Choć nie wiadomo na jak długo i czy zaraz znów się nie zacznie.







Kiedy usłyszałam o Kapitanie Majtasie po raz pierwszy (a było to niedawno), ukradkiem się skrzywiłam. Gdy wypożyczałam z biblioteki jedną z części i musiałam głośno poprosić o pomoc w odnalezieniu na półce książki mającej w tytule „inwazję krwiożerczych klozetów”, mówiłam najcichszym z możliwych szeptów, rozglądając się trwożnie na boki.

Gdy tylko zaczęłam wspólną z moimi dziećmi lekturę, wiedziałam że kapitan Majtas będzie odtąd także i moim bohaterem.

I nie chodzi o to, że zaśmiewałam się z glutów, śmiesznych imion i nazwisk (bohaterem czwartej części jest profesor Pupon Pofajdanek) czy innych tego rodzaju tanich, adresowanych do dziesięciolatków chwytów (choć skłamałabym, gdybym powiedziała, że żaden glut mnie nie rozśmieszył).
Nie chodzi też o to, że nie lubię dużo czytać, a najbardziej na świecie lubię komiksy (choć komiksy, owszem, cenię wysoko).
Po prostu lubię inteligentne historie, w których pozornie nie chodzi o nic (a w każdym razie nie o nic mądrego), a jednak można z nich wyczytać bardzo wiele, przy okazji uszczęśliwiając lekturą dzieci.




Weźmy taki początek czwartej części:

Wszyscy nauczyciele mają już wyrobione zdanie o George’u i Haroldzie.
Ich wychowawczyni uważa, że cierpią na ZN. Zdaniem szkolnej psycholog przypadłością jest ZDUN. Natomiast dyrektor szkoły, pan Krupp, powtarza zawsze: „To po prostu ZŁE dzieci!”.
Ja jednak sądzę, że naszym bohaterom dolega po prostu ZSSN (Zespół Straszliwej Szkolnej Nudy).
Są to naprawdę całkiem mili, sympatyczni i inteligentni chłopcy. Jedyny problem polega na tym, że szkoła ich potwornie nudzi. Postanowili więc troszeczkę „ożywić atmosferę”, żeby wszystkim było weselej.


Nadszedł czas na puentę.

Gdybyż tak Kapitana Majtasa przeczytali wszyscy, nie tylko ci niemający problemów z darzeniem swych uczniów szacunkiem, nauczyciele.
Gdybyż zastanowili się czy przypadkiem ich najgorszym uczniom także nie dolega ZSSN (polecam zwłaszcza wychowawczyni Starszego, od której w ubiegłym tygodniu otrzymałam wiadomość o treści: „Jestem zaniepokojona! Pani syn dostał jedynkę ze sprawdzianu, a poza tym cały czas gada na lekcjach!”)
Gdybyż wyciągnęli wnioski z tego, że George i Harold – mimo że są zakałami całej szkoły – tak naprawdę robią dla innych więcej niż niektóre najgrzeczniejsze na świecie dzieci, pilnie i bez szemrania wykonujące wszelkie polecenia.

Sądzę, że najgorszym co mogłoby się wówczas stać, byłoby to, że wszyscy - a zwłaszcza uczniowie - byliby po prostu dużo szczęśliwsi.

Dav Pilkey „Kapitan Majtas. Przerażający plan Profesora Pofajdanka”, „Kapitan Majtas. Szał strasznej superkobiety”, „Kapitan Majtas. Wielka bitwa z zasmarkanym cyborgiem, część 1: Noc obrzydliwych glutów z nosa”. Tłumaczenie Piotr Jankowski. Egmont Polska, Warszawa 2003 i 2004.

PS. Wydawnictwo Egmont, które (pomijając książki „filmowe”) wykonuje naprawdę dobrą robotę jeśli chodzi o literaturę dla dzieci, wydało swego czasu pierwsze siedem części historii o Majtasie. Od tego czasu autor napisał – jeśli się nie mylę – kolejne cztery. Może nadszedł już czas na wznowienia i kontynuację?

PS.PS. O Majtasie dowiedziałam się i trzy wyżej wymienione części mogłam przeczytać dzięki niezawodnej MoWi! Dzięki! 

PS.PS.PS. Powodem dla którego w tym tygodniu nie było historycznego postu z „Przekrojem” jest całkowity brak czasu. Czasem chciałabym napisać też o jakiejś książce, a niestety nie jestem ostatnio w stanie pisać częściej niż raz w tygodniu. Upraszam o wybaczenie!