Kiedy miałam 9-10 lat, zaczytywałam się
książkami Aliny i Czesława Centkiewiczów.
Była to połowa lat osiemdziesiątych
ubiegłego wieku. Zamierzchłe czasy, w których nie istniał internet i telefony
komórkowe, by nie wspomnieć o konsolach. W telewizji dostępne były wyłącznie
dwa kanały TVP, z umiarkowanie atrakcyjnym repertuarem. Egzotyczne kraje mogłam
sobie co najwyżej pooglądać w programach Toniego Halika i Elżbiety Dzikowskiej,
ewentualnie w czterotomowej Encyklopedii Powszechnej PWN, niezbędnym wyposażeniu
biblioteczki każdej polskiej rodziny (tak, to były czasy, gdy wypadało mieć
biblioteczkę, choćby w meblościance).
Książki Centkiewiczów, opisujące mroźne,
skute lodem krainy i brnących przez nie dzielnych polarników, stanowiły wówczas
pożywkę dla mojej dziecięcej wyobraźni, niezainfekowanej przez (nieistniejącą
wtedy) imponującą komputerową grafikę i nieskażonej oglądaniem szeregu filmów z fantastycznymi efektami specjalnymi (pierwszy kinowy seans "Gwiezdnych wojen" dopiero mnie czekał).
Po upływie nieco ponad trzydziestu lat
świat, nie tylko dziecięcy, wygląda zupełnie inaczej.
Wiedzą o tym wszyscy.
Wszyscy poza polską szkołą.
W polskiej szkole bowiem nadal lekturą
dziewięcio- i dziesięciolatków (trzecio- i drugoklasistów, zależnie od decyzji
nauczyciela) jest nader często, niezmiennie od wielu, wielu lat, „Anaruk,
chłopiec z Grenlandii”.
„Anaruk…” to książeczka napisana przez
Czesława Centkiewicza w roku 1937, jakby nie patrzeć, ponad osiemdziesiąt lat
temu.
W opatrzonym przyjazną okładką (autorstwa
Joanny Rusinek) wydaniu z 2014 roku to ledwie nieco ponad 46 stron (jednak
bitego druku, bez obrazków). 46 stron dziecięcej czytelniczej męki.
Męka to jednak uświęcona dążeniem do celów
szlachetnych, w tym zwłaszcza do zdobycia wiedzy. Wydawca podkreśla wszak na
odwrocie okładki, że to „opowieść o życiu, obyczajach i wierzeniach
mieszkańców Grenlandii – Eskimosów.” Dorzuca, że „bohaterem utworu jest
mały Eskimos od dzieciństwa nawykły do trudnej pracy myśliwego i egzystencji w
warunkach polarnych”.
Niestety, nie dodaje, że wiedza jaką można
zdobyć dzięki tej lekturze ma walor wyłącznie historyczny. Grenlandia tam
opisana już bowiem w zasadzie nie istnieje, a zamieszkujące ją dzieci nie
parają się bynajmniej myślistwem (użycie zwrotu „w zasadzie” służy
zabezpieczeniu moich tyłów, na wypadek gdyby jednak moja internetowa wiedza
okazała się być nie w pełni kompatybilna z rzeczywistością).
W poście, zamieszczonym kilka dni temu na
fejsbuku, Dorota Trynks podzieliła się swoją rozpaczą, w
jakiej pogrążyła się razem ze swoją córką, trafioną „Anarukiem…” jako
lekturą.
Jej sprzeciw wzbudziła w szczególności
konieczność zmierzenia się m.in. z opisami polowań na polarne zwierzęta. Ani
ona, ani jej córka nie chcą bowiem czytać o zabijaniu fok, nie interesują ich
tego rodzaju krwiste kawałki.
Jak zwykle w takich przypadkach głosy się
podzieliły.
Byli tacy, którzy wyrazili zrozumienie dla
jej postawy i tacy, którzy uznali, że przesadza i powinna „ochłonąć”. Bo
przecież „nie można dzieciom tworzyć wyidealizowanego świata, gdzie wszyscy
są piękni i młodzi i żyją długo i szczęśliwie”. A ponadto „ja to też
czytałem. Nie płakałem i nie pamiętam, aby ktoś z mojej klasy się uskarżał.”
Czyli jak zwykle.
Próbując znaleźć ucieczkę z tej drogi
donikąd, zastanówmy się zatem po co są drugo- i trzecioklasistom lektury
szkolne.
Najprościej będzie zajrzeć do
obowiązującego w tym zakresie prawa, czyli stosownego rozporządzenia
określającego tzw. podstawę programową. Obecnie jest to rozporządzenie Ministra
Edukacji Narodowej z 14 lutego 2017 roku o bardzo długiej nazwie,
dostępne tutaj.
Stanowi ono m.in., że:
- „kształcenie ogólne w szkole
podstawowej ma na celu formowanie u uczniów poczucia godności własnej osoby
i szacunku dla godności innych osób”;
- „do zadań szkoły w zakresie edukacji
wczesnoszkolnej należy planowa realizacja programu nauczania szanująca godność
uczniów, ich naturalne indywidualne tempo rozwoju, wspierająca
indywidualność, oryginalność, wzmacniająca poczucie wartości, zaspokajająca
potrzebę poczucia sensu aktywności własnej i współdziałania w grupie”;
- „edukacja na tym etapie jest
ukierunkowana na zaspokojenie naturalnych potrzeb rozwojowych ucznia.
Szkoła respektuje podmiotowość ucznia w procesie budowania
indywidualnej wiedzy oraz przechodzenia z wieku dziecięcego do okresu
dorastania”;
- „ważne jest, aby zainteresować
ucznia czytaniem na poziomie szkoły podstawowej. Uczeń powinien mieć
zapewniony kontakt z książką, np. przez udział w zajęciach, na których czytane
są na głos przez nauczycieli fragmenty lektur, lub udział w zajęciach
prowadzonych w bibliotece szkolnej. W ten sposób rozwijane są kompetencje
czytelnicze, które ukształtują nawyk czytania książek również w dorosłym życiu”.
Co istotne, w zakresie lektur w klasach
I-III, rozporządzenie nie posługuje się żadną sztywną „listą lektur”, a podaje
tylko „propozycję lektur do wspólnego i indywidualnego czytania”. Wśród
proponowanych tam 24 tytułów nie ma jednak „Anaruka…”
Warto również dostrzec, że Minister
Edukacji Narodowej oczekuje, że uczeń będzie „czytał samodzielnie wybrane książki”,
nie zaznaczając zarazem, że mają być to książki wybrane przez
nauczyciela.
Ba, użyte w innym miejscu sformułowanie,
że taki uczeń będzie „słuchał z uwagą lektur i innych tekstów czytanych
przez nauczyciela, uczniów i inne osoby” sugeruje nawet, że
dopuszczalne, a wręcz pożądane jest wspólne czytanie fragmentów książek w
klasie, podczas lekcji.
Czemu zatem w realiach polskiej szkoły w
XXI wieku to – co do zasady (przypominam: zabezpieczam sobie tyły, dopuszczając
możliwość istnienia wyjątków) nauczyciel samodzielnie i odgórnie wybiera
uczniom lektury do obowiązkowego przeczytania w ściśle określonym czasie?
Czemu w polskiej szkole w roku 2019 dzieci
muszą czytać lektury samodzielnie w całości w domu, pod groźbą niezaliczenia
„testu z lektury”?
Czemu w polskiej szkole uczeń nie może
powiedzieć nauczycielowi, że wybrana przez niego książka mu się nie podoba, bo
jest dla niego za trudna, albo wzbudza złe emocje? Czemu nie może zaproponować
przeczytania w zamian innej książki, o zbliżonej tematyce?
Dlaczego?
Bo nie.
Bo dziecko w tym wieku ma „ćwiczyć
samodzielne czytanie”.
Bo wszystkie dzieci od wielu lat czytają
tę książkę i wszystkim się podoba, więc ma nie wydziwiać.
Bo niech nie przesadza z tą
nadwrażliwością. Ogląda kreskówki i żyje? Więc tę książkę też przeczyta i
przeżyje.
Jak to szło?
Respektuje podmiotowość ucznia.
Szanuje jego godność i indywidualne tempo
rozwoju.
Albo jakoś tak.
Pitu-pitu, bez znaczenia.
Wróćmy jednak do „Anaruka…”.
Który – mimo całej mojej sympatii do
Centkiewiczów – nie jest moim zdaniem dobrym pomysłem na lekturę dla współczesnych trzecioklasistów.
Po pierwsze, to książka napisana językiem
– z punktu widzenia dzisiejszego dziesięciolatka - przeraźliwie nudnym.
Niewiele się w niej dzieje, a nawet jeśli się dzieje, to jest opisane w sposób
wywołujący samoczynne ziewanie. Wątpiących odsyłam do tego posta, w którym
jedna z blogerek (dodam, że
matka-wielce-czytająca-a-nawet-pracująca-w-wydawnictwie) opisuje udrękę swojego
syna (a przy okazji i własną), zmuszonego do przeczytania tej książki.
Czy dziecko, które zostanie przymuszone do
przeczytania kilkudziesięciu nudnych stron, dlatego, że jeśli nie przeczyta, to
będzie kara (czyli zła ocena), będzie kojarzyło czytanie z czymś przyjemnym?
Czy „rozbudzi to u niego zamiłowanie do czytania” oraz będzie działaniem
„sprzyjające zwiększeniu jego aktywności czytelniczej”? Czy „ukształtuje
postawę dojrzałego i odpowiedzialnego czytelnika, przygotowanego do otwartego
dialogu z dziełem literackim”? (tak, to wszystko to cytaty z przywołanego
wcześniej rozporządzenia) Śmiem wątpić.
Po drugie, dlatego, że poznawcze walory
tej książki są wątpliwe. Jest ona uważana za rodzaj reportażu – cóż, kiedy, jak
się wydaje (podkreślę: tak mi się wydaje, to wyłącznie mój
pogląd, oparty o taki research, jaki byłam w stanie zrobić na potrzeby tego posta), Centkiewicz napisał ją, bazując na
cudzych opowieściach, sam nigdy w owym czasie na Grenlandii nie będąc.
Wspominałam już, że uwielbiałam książki
Centkiewiczów, prawda? Czytałam w związku z tym również autobiograficzną
powieść Czesława Centkiewicza „Wyspy mgieł i wichrów”, w której opisuje on
swoje polarnicze wyprawy w latach 30-tych. Był wówczas dwukrotnie na Wyspie
Niedźwiedziej, na Grenlandii jednak ani razu, a już na pewno nie spędził tam –
jak narrator książki – całego roku polarnego. Skąd więc opowieść o Anaruku?
Może autor opierał się na opowieściach
jednego ze swoich kolegów, z którymi spędził na Wyspie Niedźwiedziej kilkaset
dni (niektórzy z nich byli na Grenlandii)?
A może, co mi wydaje się bardziej
prawdopodobne, wykorzystał przeżycia Fridtjofa Nansena, który istotnie, pod
koniec XIX wieku zimował w Grenlandii, mieszkając razem z jej mieszkańcami i
przyglądając się ich zwyczajom. Opisał je nawet w jednej ze swoich książek,
przetłumaczonej dość szybko na język polski. Centkiewicz z pewnością ją znał.
W takiej sytuacji „Anaruk…” nie jest
jednak ani reportażem, ani „opowiadaniem, z którego bohaterem nadal mogą
identyfikować się młodzi czytelnicy” (jak entuzjastycznie stwierdza jedna z jego recenzentek).
Oczywiście, mimo to można by wykorzystać
go twórczo w czasie lekcji.
Można by, ale czy aby jednak na pewno tak
się dzieje?
Czy przypadkiem nie jest tak, że
dziewięcio- i dziesięciolatki, pozostawione same z lekturą (przecież muszą
doskonalić samodzielne czytanie), już na zawsze pozostaną z pierwszym
skojarzeniem: Eskimos = straszny głuptas, który je mydło, a wyrzuca czekoladę
(proszę sprawdzić recenzje w internecie) i który nie umie liczyć więcej niż do
dwudziestu (że zacytuję Centkiewicza: „tylko bardzo niewielu Eskimosów,
specjalnie zdolnych do rachunków, umie liczyć ponad dwadzieścia. Biorą wtedy do
pomocy ręce i nogi innego człowieka”)?
Hm, a czy nie było to tak, że szkoła ma
formować w uczniach „poczucie szacunku dla godności innych osób”?
Po trzecie, jednak, i chyba najgorsze.
Polska szkoła A.D. 2019 poprzez lekturę
„Anaruka…” uczy polskie dzieci brzydkich eskimoskich wyrazów.
Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować
fragment książki „Nie mieszkam w igloo” autorstwa Adama Jarniewskiego, Polaka,
od 2006 roku mieszkającego na Grenlandii (cytat dzięki uprzejmości autora, jego
blog dostępny tutaj):
„Słowo anaruk to dość dziwne złożenie,
składające się z czasownika „srać” w trybie rozkazującym oraz zaimka rzeczowego
„to”, co daje rezultat w postaci nieszczęsnego „sraj to”.
Co proszę potraktować jako puentę.
Czesław
Centkiewicz „Anaruk, chłopiec z Grenlandii”. Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.
Celnie to ujęłaś! :-) Nic dodać, nic ująć... Dodam tylko, że wiem dlaczego często nauczyciel wybiera tę a nie inną książkę. Bo takie właśnie w dużej ilości są w szkolnej bibliotece i do tej a nie innej książki nauczyciel ma tzw. skrypty, testy, zadania potrzebne do przygotowania lekcji.
OdpowiedzUsuńPocieszam Cię jednak, że nie wszyscy tak pracują i nie wszystkie dzieci nauczyciele męczą Anarukiem. Moi synowie na szczęście go nie poznali. Ja jednak "Zachęcona" wpisem przypomnę sobie moją lekturę z dawnych lat....
No, dodać to ja bym mogła jeszcze wiele. Niestety niewiele dobrego.
UsuńPrzyczyny powszechnego sięgania po Anaruka postrzegam podobnie jak Ty. Najgorsze jest jednak w tym to, że - i nie przypuszczam, aby się myliła - wszystkim się wydaje, że tak musi być. Ani nauczyciele, ani rodzice nie znają obowiązującego prawa i nie mają ochoty, by je poznać. A tymczasem tylko stosując się do przepisów prawa oświatowego i traktując jako nadrzędne zapisane tam szczytne idee, można by już teraz zrobić wiele dobrego, nie czekając na kolejną, od wielu lat niezmiennie tak samo mającą gdzieś dobro dzieci, Dobrą Zmianę.
I, owszem, jedno z dwóch moich dzieci też nie "przerabiało" Anaruka. Marna to jednak pociecha, gdy rozejrzysz się w internecie. Nie zaryzykowałabym twierdzenia, że szkoły, w których jest on lekturą są w mniejszości.
Dwojga, dwojga dzieci, uch. Na swoje uzasadnienie dodam, że ciągnąca się od kilku nocy bezsenność zaczyna mi padać na mózg:(
UsuńA nawet usprawiedliwienie:D Muszę przestać się pogrążać, bo mi resztę czytelników stąd wymiecie!
UsuńJa tam próby zainteresowania czytaniem podejmuję od maleńkości, na własną rękę. Starszy poszedł na swoje i choć od książki odciąga go każda z rzeczy, o której piszesz wyżej, to jednak widzę, że czyta. Młodszy też został zainteresowany czytaniem, ale ... przeze mnie :P Co najciekawsze, nie narzekam na taki stan rzeczy. Mało tego, Młodszy pojechał na narty, a mnie brakuje wieczornych seansików jak diabli :(
OdpowiedzUsuńA lektury? 13latek musiał ostatnio przebrnąć przez "Latarnika". Wyglądało to trochę mniej dramatycznie jak we wpisie z linku, ale jednak bez rewelacji. A to przecież też cienizna.
Wiesz, ale tu trochę nie o to chodzi. Jasne, rodzic ma swoją pracę do wykonania (aczkolwiek nasz przykład pokazuje, że są przypadki beznadziejne i rodzic równie dobrze mógłby sobie grochem o ścianę porzucać), ale jeśli mamy w ustawie zapisane tak szczytne cele, którym ma służyć czytanie książek w szkole, to fajnie byłoby, aby to szkoła - a nie rodzice - je realizowali. Marzyłoby mi się, aby po takim poście jak mój choć jedna osoba zainteresowała się przepisami i zadała nauczycielowi swojego dziecka kilka pytań. Nie dziś i nie jutro, ale może za rok choć w jednej klasie coś się wtedy zmieni?
UsuńA jeśli chodzi o czytelnictwo domowe, to u nas tak samo. Czytanie z mamusią, jak najbardziej (mamusia, owszem, chętnie:P). Samodzielne? Eeeee, nudy. Mamię go teraz założeniem mu konta na LC i reklamuję jak to będzie fajnie. Myśli... Póki co założyłam mu u siebie półkę. Na razie zbiera się na niej kurz, niestety.
"Latarnik" przeszedł u nas bez większego echa. Po "Balladynie" wszystko Starszemu wchodzi lepiej:D Każdy ma inne preferencje. Dziś np. koleżanka opowiadała, że jej szóstoklasista (czytający) rwał włosy nad czytaną (w ramach lektury, a jakże!) "Kłamczuchą".
Wydaje mi się, że wiem. Ale wiem też, że te wszystkie ładne hasła są zazwyczaj ładne tylko na papierze. Wyobraź sobie, że masz 30tkę indywidualnych gustów i musisz dobrać im lekturę, która porwie całą grupę. Ja się nie podejmuję. Nawet jak wyciągniesz zamiast Anaruka Pottera, to i tak z tej 30tki co najmniej 1/3 będzie niezadowolona. Bo straszny, bo to, bo tamto. Dodatkowo sama widzisz i ja widzę, że nawet praca u podstaw daje czasem marne rezultaty, a przecież pracujemy 1 do 1 (no, do dwóch) :) Poza tym ilu ludzi, tyle pomysłów na kanon, co się zawsze okazuje, kiedy ten kanom jest zmieniany. Przydałby się złoty środek, ale czy w obecnej szkolnej rzeczywistości jest do zrealizowania?
UsuńStarszy łyknął "Zemstę", a "Latarnikiem" już ciskał po kątach. Zrozumiesz?
No widzisz Bazylu, a napisałam przecież, że nawet z przepisów nie wynika, że to Ty lub ja (zakładając, że jesteś/jestem nauczycielem) masz/mam wybrać tej trzydziestce lekturę. W klasach I-III (bo dalej jest gorzej, wiem) wystarczy czytać przepisy ze zrozumieniem i będzie ok, nawet w obecnej szkolnej rzeczywistości. Ale to wymaga pracy nad sobą, przełamania schematyzmu w myśleniu. To trudne, bo nam kładziono do głów co innego i nie jest łatwo wyrzucić z siebie to, co się zdążyło już zakorzenić.
UsuńJestem jednak pewna, że jeśli przez trzy pierwsze lata mądry nauczyciel pracowałby z dziećmi w taki sposób, że pokazywałby im możliwości, zaciekawiał fragmentami świetnych książek, a nawet mniej świetnych, bo nawet takim Anarukiem da się zaciekawić, jeśli weźmie go w ręce mądry pedagog (napisałam to i to wcale nie jest z mojej strony ściema), to potem dzieciom byłoby prościej zmierzyć się nawet z tym upiornym kanonem. Z którego jedna książka podejdzie, a druga nie. Jednemu ta, druga inna. Rozumiem w pełni.
Ba, żeby to było tak proste jak przełamanie schematyzmu we _własnym_ myśleniu. System mieli niestety nie tylko maluczkich, ale i niepokornych, bo za takich uznawani są rewolucjoniści w skostniałym myśleniu. A większość nie chce być zmielona. A dzieci? Jakoś przeżyją. Jak zawsze :(
UsuńA ja mam w sobie coraz więcej niezgody na to wszystko, coraz więcej wkurzenia na milczenie większości. I coraz więcej odwagi, by mówić o tym głośno, nawet jeśli będę musiała za to zapłacić. Bo na moje zachowanie patrzą moje dzieci. I wyciągają wnioski.
UsuńZ biegiem lat będzie lepiej, w starszych klasach by nie męczyć dziatwy szkolnej lekturą są tylko fragmenty Odysei, Pieśni o Rolandzie, Tristana i Izoldy, Cierpień młodego Wertera, Procesu, Ferdydurke, Chłopów itd., itd. Efekty już są - studentka V roku zgadywała (!) kto jest autorem "Syzyfowych prac" i nie trafiła. Ale co się dziwić, to takie nudne.
OdpowiedzUsuńAle studentka V roku czego? Polonistyki? Bo jeśli nie, to nie widzę problemu. Klasyczne wykształcenie dobre było parę dekad temu. Ja wiem, że rozwiązanie gazetowego quizu o klasyce z wynikiem 14/14 daje nam +10 do ego, ale czasy się niestety zmieniają i ludzie zamiast szerokiego spektrum wiedzy wszelakiej wybierają wąską specjalizację. Czy to dobrze, nie mnie sądzić, ale tak właśnie wygląda współczesny świat :P
UsuńPrawa. Ja widzę problem. Oczywiście, można nawet twierdzić, że Ziemia jest płaska bo w końcu do czego nam potrzebna jest wiedza o jej kształcie, albo o tym, że obraca się wokół Słońca, albo o dacie wybuchu II wojny światowej, itp., itd. Wąska specjalizacja, powiadasz, bo czasy się zmieniają... Jak wąska?
UsuńMyślę, że to już zależy od indywidualnych potrzeb danej jednostki. Jestem w stanie zrozumieć, że można nie wiedzieć czyim marszałkiem był Dyndalski (oryginalne pytanie z 1 z 10) i cieszyć się życiem, mało tego, być wybitnym specjalistą w jakiejś dziedzinie :) To może odbiję piłeczkę, a jak szeroka powinna być wiedza ogólna człowieka z wyższym wykształceniem, żeby nie było siary? :P
UsuńOczywiście, można wielu rzeczy nie wiedzieć, nawet tego kim była Kopernik, że nawiążę do klasyka i cieszyć się życiem. Ale naprawdę sądzisz, że czasy, które ciągle się przecież zmieniają są wyjaśnieniem dla ignorancji i głupoty? :-) Odpowiadając na Twoje pytanie, zakładam że na oczywiście poziomie ogólności humanista będzie znał liczbę pi do drugiego miejsca po przecinku, wiedział kim był Einstein i jaki jest pierwiastek kwadratowy z 9, zaś inżynier będzie odróżniał Iliadę od Odysei, wiedział że Kraszewski napisał Starą baśń a Sienkiewicz Quo vadis a nie Chłopów. Będąc realistą, ezoteryczną wiedzę o tym, o co chodzi z O cichy jestem jak wy! o Atrydzi nie mówiąc już o Arma virumque cano, Troiae qui primus ab ori pozostawiam klerkom :-)
UsuńO, jak pięknie sobie podyskutowaliście, bardzo się cieszę, naprawdę!:D
UsuńMarlow, niestety biorę stronę Bazyla. Ale Twoje stanowisko rozumiem, choć już, z naciskiem na to "już" właśnie, nie podzielam.
Jeszcze niedawno też wydawało mi się, że pewne rzeczy "trzeba" wiedzieć, I że każdy powinien je wiedzieć. Teraz uważam, że przykładamy do tego za dużą wagę. To wiedza encyklopedyczna, ważniejsze są realne kompetencje. Tak twarde, jak i miękkie.
W opisanym przez Ciebie przypadku studentki zastanowiłabym się raczej nad tym, dlaczego historia Borowicza ("przerobiona" wszak przez nią z pewnością jako lektura obowiązkowa) nie zostawiła żadnych śladów w jej pamięci. Co zaszwankowało? Ja mam parę pomysłów, między innymi dlatego, że w tym roku czytał tę książkę, jako lekturę, mój syn. Z tego co mówił, wynika, że w jego klasie przeczytał ją tylko on i jeszcze jedna osoba; reszta poprzestała na streszczeniach i/lub filmie. On przeczytał ją zaś wyłącznie dlatego, że gdy po pierwszym rozdziale zamierzał ją rzucić w kąt, zaczęłam z nim o tej książce rozmawiać, osadzając ją w kontekście, zwracając uwagę na różne rzeczy, których on nie dostrzegł samodzielnie. W efekcie wkręcił się w lekturę, a po zakończeniu stwierdził, że było to nawet niezłe. Dodam, że nie lubię Żeromskiego, ale mimo to wykonałam pracę, którą powinna wykonać szkoła.
Żyjemy w takiej a nie innej rzeczywistości i można się albo na nią obrażać i bulwersować, albo przyjąć do wiadomości, że istnieje i starać się w niej zafunkcjonować, pokazując, że da się ją rozszerzyć.
A dla dopełnienia obrazu sodomki z gomorką dodam, że jestem bliska nie zauważania błędów ortograficznych, o ile wypowiedź ma sens:D
A może nawet niezauważania, kto wie?:P
UsuńMomarto, ależ doskonalę zdaję sobie sprawę z tego, że model który przedstawia Bazyl jest w natarciu, do niego należy przyszłość i zmiana tego stanu przypomina zawracanie Wisły kijem. Tyle, że chodzi mi o coś innego - odejście od etosu inteligencji, nie przekłada się na wąską specjalizację ale na bylejakość. Jeśli ktoś nie ma pojęcia o muzyce klasycznej, jazzie ,etc. a kwintesencją muzyki jest dla niego disco-polo, to nie ma przecież w tym żadnej wąskiej specjalizacji ale wyłącznie poddanie się dominacji chłamu. Jak ktoś, kto nie ma pojęcia o kanonie literatury może kompetentnie wypowiadać się o literaturze, itd., itp.? I tylko o to mi chodziło - to że jednak się wypowiada a jego wypowiedzi przez innych, podobnie "niezorientowanych" są odbierane jak wyrocznie to już zupełnie inna sprawa i temu nie przeczę :-)
UsuńHm, nie do końca rozumiem w kontekście wcześniejszych wypowiedzi. Ta pani studentka, o której wspomniałeś, prowadzi blog o literaturze, poświęcony książkom kanał na YT, ewentualnie zajmuje się inną tego rodzaju działalnością, występując w roli autorytetu?
UsuńA co do reszty. Postrzegam to podobnie, choć inaczej:D Dzięki internetowi mamy dostęp do nieograniczonej wręcz liczby informacji, udostępnianych przez każdego, w związku z czym coraz mniejsze znaczenie zaczyna odgrywać posiadanie encyklopedycznej wiedzy (np. o tym kto napisał "Syzyfowe prace":P), a coraz większe - umiejętność krytycznego podchodzenia do podawanych danych i ich weryfikowania. Tego powinny być uczone dzieci w szkole, a nie są. I jasne, takie umiejętności zdobywa się także dzięki czytaniu, które rozwija umysł i wyobraźnię. Ale człowiek idzie na łatwiznę, woli to, co ma podane gotowe na tacy. Np. przez youtuberów. Mam takiego jednego, z jakąś wstrząsającą liczbą subskrypcji, na swoim osiedlu. Obejrzałam kilka filmów - kompletny, z przeproszeniem, idiota (jakbyś był zainteresowany, proszę: https://www.youtube.com/channel/UC4uocvXN4aPFQG6paBaMb1A). Jednak nie dla 10-12-latków, którzy snują się hordami w okolicach jego domu, spijając każde słowo z jego ust i jarając się możliwością dotknięcia maski jego samochodu (starsi też są, ale ta grupa wiekowa rzuca się w oczy, moje własne dziecko drży, gdy go widzi). Oni wolą obejrzeć tysiąc filmików zrealizowanych przez swojego idola, niż przeczytać dwie strony książki, jakiejkolwiek. A przecież chodzą do szkół, gdzie o youtuberach nie uczą, natomiast zmusza się ich do czytania. Jak dla mnie to wystarczający dowód na to, że obecny model lekturowy jest przeciwskuteczny, jeśli chodzi o zachęcanie do czytania. Trzeba zacząć myśleć całkiem inaczej. A na początek zacząć stosować ze zrozumieniem przepisy, przywołane przeze mnie w poście.
Dyskusję z Bazylem (korzystając z chwili Twojej nieuwagi) zeszła na alternatywę (jak rozumiem) - kanon inteligenta vs. wąska specjalizacja, która moim zdaniem jest fałszywa. Studentka nie prowadzi (o ile mi wiadomo) bloga o literaturze ale to niczego nie tłumaczy, tak jak nie tłumaczy odpowiedzi na pytanie czy mieli w szkole "Jądro ciemności"? - a to coś z fizyki? (to już ktoś inny), albo rozbrajającego wyznania absolwentki filologii polskiej, że nie słyszała o "Żywych kamieniach" Berenta (to tak a propos wąskiej specjalizacji). Internet jest tylko medium - kiedyś trzeba było sięgnąć do papierowej encyklopedii, dzisiaj wystarczy kilka kliknięć. Zgadzam się, że obecny model jest - ja bym powiedział mało atrakcyjny, ale przecież jakimś cudem w czytelniczym obiegu są "ramotki" znacznie starsze niż nieszczęśni Centkiewiczowie (za którymi sam nie przepadałem) i mają się całkiem dobrze.
UsuńZ jednej strony mam jakąś 60 procentową skuteczność w 1 z 10 (wiedza encyklopedyczna, o której mówi momarta), z drugiej nie znam Berenta. Koło inteligenta nie wiem czy stałem. No i piszę o książkach (w większości chłamie, wg Twoich norm), nie mając pojęcia o kanonie (przyjmijmy dla ułatwienia, że chodzi o jakiś encyklopedyczny kanon w stylu "Sto najwybitniejszych ..."). Nie lubię disco polo (italo disco zresztą też nie), ale nie mam pojęcia o jazzie (no, chyba że mówimy o pojęciu w rozumieniu "Podoba mi się Herbie Hancock"). :P Wychodzi mi z tego równania jakiś ćwiercinteligent z aspiracjami. I może coś w tym jest :D
UsuńTo ja dla równowagi stanę po stronie Marlowa i jego kanonu inteligenta. Choć mnie nie tylko o ten kanon chodzi, ale i swego rodzaju wspólny kod kulturowy, który zanika.
UsuńA co do tego,że jest internet i wszystko można sobie znaleźć, to przecież też trzeba wiedzieć, czego się szuka ;) i po co.
A jeśli chodzi o same lektury, to może być tak, że biblioteka szkolna 'rządzi' i 'dzieli' i tego się nie przeskoczy bez jej dofinansowania oraz może zaproponowania paniom listy ;) Ale też może być tak, że panie są już przyzwyczajone do jakiejś lektury i zwyczajnie nie chce im się poznawać nowych, czego nie usprawiedliwiam.
Mam wrażenie, że coś w tej naszej dyskusji zaszwankowało na linii nadawca - odbiorca (i wcale nie mam przekonania, że tylko po jednej ze stron tej dyskusji, żeby nie było). Naprawdę nie trzeba mnie przekonywać do roli i wagi inteligencji w klasycznym tego słowa znaczeniu. Natomiast zamiast oburzać się, że dzisiejsza młodzież już nie taka, wolę poszukać przyczyn takiego stanu rzeczy. I zastanowić się co zrobić, aby coś drgnęło. Nie drgnie jednak z całą pewnością dzięki zmuszaniu ich przez nas, starszych do robienia tego, co my uważamy, że robić powinni (w tym do czytania tych wszystkich upiornych lektur, które dla nas były bardziej strawne, ale i to nie zawsze, ale dla nich nie są ani trochę).
UsuńPokora nam potrzebna, nam bardziej niż im. To nie jest tak, że to my zawsze wiemy najlepiej co jest dobre. I że to co dobre, jest niezmienne od wieków i tak już będzie in saecula saeculorum (to żeby pokazać, że ja też ćwierćinteligent bodaj:P). Jeśli my wykażemy zainteresowanie nimi i tym, co ich kręci, oni może zainteresują się tym, co my mamy im do powiedzenia.
Z tym kanonem i kodem kulturowym to na dłuższą dyskusję i pewnie najlepiej "face to face" by było. Ja się nigdzie nie oburzam na młodzież, mnie to "oburzanie' pierwszą strasznie denerwuje, ale uważam, że nie powinno się iść na "łatwiznę" i obniżanie poziomu do fragmentów lektur i obrazków, bo dzieci są inteligentne, ale leniwe i powinno się je pobudzać. Jestem zdania, że do każdej lektury da się dziecko zachęcić, różnymi sposobami, ale cóż - robię to sama w domu, bo zmieniła się nam pani od polskiego, no i ta już tak raczej te lektury 'przerabia' według klucza.
UsuńAle żeby nie było sądzę, że w klasach I-III, a może nawet i do IV, lektury powinny być wybierane np. na zmianę przez panią i dzieci, oraz czytane na głos (u nas chyba w drugiej klasie tak pani zrobiła z "Dziećmi z Bullerbyn" - czytała im w czasie przerwy śniadaniowej).
To w tym miejscu pozwolę sobie przypomnieć o czym napisałam tego posta. Nie o kanonie inteligenta, ale o tym jak - W ŚWIETLE PRAWA (a nie mojego widzimisię) - ma wyglądać edukacja polonistyczna dzieci w pierwszym etapie kształcenia (klasy I-III). I o tym, że wygląda całkiem inaczej. I czym to skutkuje.
UsuńI tak jak profesor Gruszczyk-Kolczyńska od lat alarmuje, że błędy w edukacji matematycznej popełnione w pierwszych latach nauki są nie do nadrobienia, gdyż skutkują zanikiem naturalnych zdolności matematycznych, tak twierdzę, że to samo dzieje się w zakresie ich naturalnej chęci czytania. Dlatego irytują mnie (użyję tego słowa, bo jest adekwatne do moich uczuć) głosy sprowadzające dyskusję do "no pewnie, pozwólmy im czytać fragmenty, albo co chcą, to będą jeszcze głupsi". A dzieci nie są leniwe z natury. Są żywe i ciekawe wszystkiego. Do czasu aż nie pójdą do szkoły.
Widzisz, czyli co do meritum to się zgadzamy. Tyle, ze pewnie różnimy w kwestii tego, co dalej, czyli po 4 klasie. Ja uważam, że nawet jeśli niestety zaprzepaszczono szansę na tchnięcie w dzieci pasji do czytania, to wtedy już nie powinno się iść na łatwiznę.
UsuńI jak najbardziej słuszna jest Twoja walka o to, co powinno być zgodnie z prawem, szkoda, że wciąż tak mało jest świadomych rodziców, którym się chce - niestety od nas w dużej mierze zależy kształt nauczania w szkole i tego, czy chce nam się o to walczyć. I żadna reforma w tym nie pomoże, bo wciąż za mało jest nauczycieli, którym się chce.
A co do naturalnej chęci czytania - to tu się jednak nie zgodzę - ona wcale nie jest obecna u wszystkich dzieci, zanim przyjdą do szkoły. Ją się ma lub nie, po prostu, od urodzenia. I w zasadzie chyba nikt nie wie, od czego to zależy, bo przecież też nie od tego, czy w domu się czyta.
No właśnie tak też mi się wydawało:)
UsuńA, zaczynając od końca, bo mam wrażenie, że może nie do końca dobrze mnie zrozumiałaś: pisząc o naturalnej chęci czytania miałam na myśli nie tyle chęć czytania książek, co chęć dowiedzenia się "co tu pisze?" (jak, nie dbając o poprawność gramatyczną, pytają dzieci). Współczesne dzieci są otoczone literami. Są też - w naturalny dla dzieci sposób - ciekawe. I już. Ale jeśli mówi się im, że literek to się będą uczyć dopiero w pierwszej klasie, a potem skupia się głównie na tym, czy brzuszek "b" nie wychodzi poza linijkę, to mamy co mamy.
A dalej: pytanie jak zdefiniować "pójście na łatwiznę"? Co przez to rozumiemy? I jak chcemy doprowadzić do tego, by na łatwiznę nie iść? Ja sprzeciwiam się przymusowi czytania, bo widzę, że prowadzi donikąd. Szkoła udaje, że "przerabia" lektury, a uczniowie udają, że je czytają. W klasie Starszego książek dla przyjemności nie czyta niemal nikt.q Dlatego, niezależnie od tego, że uważam, iż szkoła jest miejscem, w którym powinno się pokazywać, gdzie są źródła, uczyć pewnego kodu kulturowego, widzę, że teraz jesteśmy w miejscu, w którym trzeba porzucić szczytne idee i zacząć pracę u podstaw. Pokazując i zachęcając, ale nie zmuszając.
Nie znam Berenta i paru innych nazwisk, które wypadałoby znać, tyle, że jest mi z tego powodu wstyd, bo uważam, że jako humanistka znać je powinnam. Nie mam już takich wyrzutów sumienia, jeśli idzie o matematyczne reguły, czy prawa fizyki. Natomiast fakt, iż nie czytałam Centkiewiczów nie powoduje u mnie zaniepokojenia. Może dlatego, że nie było ich w moim kanonie lektur. Choć to przecież żadne usprawiedliwienie. Może dlatego, że miałam to szczęście, że lektury, które w moim kanonie lektur się znalazły bardzo mi się podobały i czytałam z chęcią. Napiszę więcej, wyznaczały dla mnie kierunek w którym należałoby podążać, jeśli autor był w kanonie czytałam nie tylko lekturę zadaną, ale i inne jego książki. Dopiero po jakimś czasie, myślę że w liceum zaczęłąm dopierać lektury wg innego klucza. Z twojego opisu wnoszę, iż mogłabym zrobić wyjątek dla Anaruka, gdyby był moją lekturą i go znielubić, a kto wie, czy dałabym radę przezeń przebrnąć.
OdpowiedzUsuńWidzisz, a mnie regularnie zawstydzają moje dzieci, pytając o wyjaśnienia szeregu podstawowych spraw i obnażając tym samym moją ignorancję. Bo próbując wypowiedzieć się na większość tematów, mogę sklecić co najwyżej kilka ogólnikowych zdań. I nie mówię tu o pytaniach o jakieś skomplikowane rzeczy, o których wiedzą tylko najbardziej zaangażowani specjaliści. A jestem osobą wykształconą i oczytaną (choć Berenta też nie czytałam:D), która do tego ma bardzo wysokie IQ (wprawdzie badane ostatnio 25 lat temu, ale to się chyba nie zużywa?) i interesuje się światem. Świat nam się potwornie rozszerzył i zmienił, a my próbujemy udawać, że wszystko jest jak dawniej.
UsuńAnaruka da się przeczytać, więc pewnie dałabyś radę, a może nawet dostrzegłabyś w nim potencjał (bo - jak wszystko - można go także wykorzystać twórczo i z sensem, jednak trzeba się postarać - jak zawsze). Tu mowa jednak nie o nas, dorosłych, którzy przeczytaliśmy już niejedną książkę, ale o dzieciach wychowanych w cyfrowym świecie. Wyciąganie ich z niego przy pomocy Anaruka to moim zdaniem próba gaszenia pożaru przez dolewanie oliwy do ognia.
53 year-old Geologist II Magdalene Cooksey, hailing from Cottam enjoys watching movies like Demons 2 (Dèmoni 2... l'incubo ritorna) and Couponing. Took a trip to Shark Bay and drives a Ferrari 275 GTB/4*S ART Spider. kliknij odniesienie
OdpowiedzUsuń59 yr old Software Engineer III Alia Newhouse, hailing from Sainte-Genevieve enjoys watching movies like "Resident, The" and Cosplaying. Took a trip to Works of Antoni Gaudí and drives a Ferrari 250 GT SWB Berlinetta Competizione. odwiedz strone internetowa
OdpowiedzUsuń