czwartek, 20 czerwca 2013

Nie jest dobrze, czyli jestem trendy

Zauważyłam, że ostatnio na blogach występuje trend polegający na informowaniu o tym, że nie jest dobrze.
Jako że tam gdzie trend, top i the best of, tam ja, natychmiast poczułam bezwzględną potrzebę poinformowania świata, że…
nie jest dobrze, oj nie.

Całe życie porządna i poukładana, teraz nie poznaję samej siebie.
Nie śpię zbyt wiele, nie czytam wcale (poza literaturą dla dzieci).
Nie pamiętam o niczym, czego sobie nie zapiszę, nie ustawiając jednocześnie przypomnienia w telefonie.
Nie sprzątam i nie gotuję, bo nie mam siły i czasu.
Widuję swoje dzieci głównie wieczorami, marząc o tym aby poszły już spać.

W ubiegłym tygodniu zapomniałam o zajęciach dydaktycznych, które prowadzę.

Parę dni temu usiłowałam sforsować szlaban w centrum handlowym. Nie chciał się podnieść, baran jeden. Na szczęście miły pan ze stojącego z tyłu samochodu zapytał delikatnie, czy jestem pewna, że opłaciłam bilet parkingowy. Nie opłaciłam.
Wrażenia z podchodzenia do stojących w kolejce do wyjazdu samochodów i proszenia ich kierowców o to, by zechcieli się uprzejmie cofnąć – bezcenne.

Wczoraj umówiłam się na pewne spotkanie. Przybyłam o czasie, jednak zastałam zamknięte drzwi. Zainterweniowałam telefonicznie. Po drugiej stronie słuchawki najpierw zapadła cisza, a potem padło nieśmiałe pytanie: a nie umawiałyśmy się na jutro?
Owszem, umawiałyśmy. Szkoda tylko, że zorganizowałam sobie wszystko tak, aby spotkać się wczoraj, nie zaś dzisiaj.
Dziś dwieście dwudziesta rocznica urodzin Aleksandra Fredry, o czym oczywiście nie wiedziałabym, gdyby nie Google Doodle.

Uczczę to święto małą parafrazą:
jeśli nie chcesz mojej zguby, szybciej urlop daj mi luby!

niedziela, 16 czerwca 2013

J. Wróbel "Zbrodnia doskonała", czyli o bardzo porządnych trupach

Opatrzenie książki przedmową zazwyczaj powoduje, że w mojej głowie powstają najgorsze podejrzenia.
Zasadniczo w grę wchodzą dwie sytuacje:
a)     autor, bądź wydawca uważają dzieło za tak trudne i hermetyczne, a czytelników za tak głupich, że uważają, iż tylko w ten sposób uda się zepchnąć ich (czytelników) na właściwe tory myślowe. Te przedmowy zwykle napisane są bardzo mądrym językiem, pełnym przypisów i cytatów.
b)     autor, bądź wydawca nie są pewni, czy znajdzie się ktokolwiek, kto zechce sięgnąć po książkę, która nie jest najwyższych lotów, dlatego myślą, że nie zaszkodzi jej lekkie podrasowanie. Te przedmowy zwykle roją się od wykrzykników i przymiotników.


Przedmowa, którą Jan Wróbel poprzedził wydany drukiem zbiór swoich opowiadań, nie mieści się w żadnej z tych dwóch kategorii. Najchętniej przytoczyłabym ją tu w całości, bowiem znakomicie oddaje moje odczucia zarówno przed, jak i po lekturze.
Jan Wróbel pisze bowiem tak:
         „Opowiadanie kryminalne, jako gatunek, trąci myszką, prawda? Fado, blues, komedia romantyczna, Kaczor Donald (i w ogóle komiksy), cyrk i filmy Barei też trącą myszką, a przecież mają wielbicieli w każdym pokoleniu Polaków. Nasze życie bez opowiadań kryminalnych byłoby uboższe. Nikt, komu bliskie są zgrabne zbrodnie, nie może pozostawać obojętny wobec straszliwej groźby zaginięcia całego gatunku wyniesionego kiedyś tak wysoko przez Arthura Conan Doyle’a.
         A tak mogłoby się stać, gdybyśmy nie byli czujni. W dobie powszechnej promocji diety i homeopatii w księgarniach królują kryminały tak opasłe, że trudno je samemu przytachać do domu. W wielotomowych morderstwach prym wiodą psychopaci, gwałciciele, ludożercy i wyznawcy wampirycznych sekt. Wszystko bardzo pięknie, ale w sercu miłośnika kryminału jest też miejsce dla starego, dobrego kamerdynera zapraszającego do biblioteki na kawę i rozstrzygnięcie Zagadki Przesuniętego Barometru itp. To świat, który nie może zaginąć.”

W rzeczy samej.
Nie pamiętam co było pierwszym kryminałem, jaki wpadł mi w rękę, ale jestem pewna, że była to któraś z krótkich form. Być może wspomniany Conan Doyle, a może drukowane w latach sześćdziesiątych w „Przekroju” króciutkie zagadki kryminalne (moi dziadkowie dysponowali opasłym tomiszczem, w którym zebrane były bodajże dwa roczniki „Przekroju” z tego czasu). Potem przyszedł czas na Agathę Christie i niebieskie zeszyty z serii „Ewa wzywa 07”. I owszem, przeżyłam też okres fascynacji grubymi księgami w czarnych okładkach, kryjącymi w sobie pochodzące ze Skandynawii najmroczniejsze z mrocznych opowieści o wynaturzeniach i potwornościach, o jakich nie słyszałam nawet na zajęciach z medycyny sądowej. Okres ów jednak nadspodziewanie szybko minął i raczej już nie wróci (od roku nie jestem w stanie przemóc się nawet dla Hakana Nessera).
Co innego owe małe, krótkie, leciutkie historyjki. Historyjki, w których owszem, niezbędnym elementem jest uśmiercenie jakiegoś nieszczęśnika, jednak jego krew nigdy nie bryzga, a już na pewno nigdy nie ochlapuje choćby czubków butów dystyngowanego detektywa w meloniku. Rozkosz, relaks i przyjemność w jej najczystszej postaci.

Opowiadania autorstwa Jana Wróbla (i jeśli wierzyć przedmowie – jego córki, Małgorzaty) nie są może arcydziełem w omawianym gatunku, jednak bardzo porządne rzemiosło to także coś, czym nie należy gardzić.
Niektóre lapidarne, ledwie kilkustronicowe, inne dłuższe (co oznacza: około dwudziestronicowe), osadzone w polskich realiach - zarówno przaśnych, jak i ekskluzywnych, choć niekiedy i za granicą (jak w przypadku dziejącego się w Hiszpanii "Pięknego morderstwa"), zabawne („Sławny detektyw”), ale także wstrząsające („Cień matki”, niestety dość mocno przypominający mi znane zawodowo historie). Czyta się szybko i przyjemnie, choć równie szybko też zapomina (ale to regularnie zdarza mi się też w przypadku książek Agathy Christie, więc nie zamierzam czynić z tego zarzutu). Większość historii przesiąknięta jest specyficznym poczuciem humoru Wróbla, którego z tego właśnie powodu zaliczam do jednego ze swoich ulubionych publicystów. W czasie takim jak teraz, kiedy nie nadążam z gonieniem w kółko w celu złapania własnego ogona i odliczam dni do urlopu, jest on jedną z niewielu występujących w mediach osób, które mnie nie denerwują, a wręcz działają kojąco.
Próbka stylu? Proszę bardzo, oto fragment opowiadania „Zbrodnia doskonała, rehabilitacja”, według mnie bezsprzecznie pióra Jana Wróbla (autor nie zdradza, które z opowiadań napisał on, a które jego córka):
„Rozmarzyłem się. Naprawdę pomocny gadżet to byłby anihilitator żon. Powiedzmy szafa umieszczona w miejskim parku, koło fontanny. Żona robi się zgorzkniała, marudna, czy, he, he, niewierna… Idziesz z nią na spacer i wśród odświeżającego deszczyku maleńkich kropel wciskasz dwa razy pewien guzik i psyt, nie ma żony. Wonderfull.
Nie, jednak nie wonderfull, ciało musi zostać. Inaczej sąd będzie dziesięć lat „Wzywał do stawiennictwa…” i nici ze spadku. Bez sensu. Na każdym kroku komplikacje.”

I naprawdę nie chodzi tylko o to, że autor rozbraja mnie dogłębną znajomością sądowych procedur i realiów. Decydujące znaczenie ma bowiem raczej to, że jest człowiekiem z natury uśmiechniętym, także wówczas, gdy pochyla się nad nieboszczykiem. Dlatego liczę też na to, że nie będzie żywił do mnie urazy, gdy wyznam że jego książkę nabyłam tylko dlatego, że była objęta całkowitą i totalną przeceną. Tanio, bowiem bo tanio, ale uzyskał w ten sposób zamierzony, jak sądzę, efekt finalny w postaci całkiem zadowolonego czytelnika.

Jan Wróbel „Zbrodnia doskonała”. Świat Książki, Warszawa 2011.   

niedziela, 9 czerwca 2013

P. Wechterowicz, E. Dziubak "Proszę mnie przytulić", czyli zróbcie misia

Idąc jakiś czas temu wewnętrzną klatką schodową w moim miejscu pracy, napotkałam idącego z naprzeciwka nieznanego młodego mężczyznę. Maszerował dziarsko, mimo że pod górę, podśpiewywał sobie coś pod nosem, a do tego uśmiechał się szeroko. Kiedy zbliżał się do mnie, wykonał gest, który sugerował, że oto cieszy się niezmiernie, że mnie spotyka i w związku z tym za chwilę ucałuje mnie z dubeltówki.
Czym prędzej przybrałam groźną minę i wykonałam unik. Jak się jednak okazało, zażegnałam niebezpieczeństwo tylko na jakiś czas, a do tego wróg zamaskował się na tyle dobrze, że straciłam czujność i sama wpuściłam go do domu.


„Proszę mnie przytulić” – już sam tytuł książki jednoznacznie świadczy o jej niepoważnym charakterze. Kto w tych czasach ma czas na przytulanie? Kto chciałby się tego domagać? Kto śmie przypominać o takiej nieproduktywnej czynności?
Przemysław Wechterowicz i Emilia Dziubak. Oto ta para odważnych. On pisze, ona ilustruje. Razem: rewelacja! Chcecie, czy nie chcecie, umiecie robić uniki, czy też nie, i tak zostaniecie przytuleni!

Książeczka jest – wydawać by się mogło - w zasadzie o niczym. Bo oto mamy tylko zwykły wiosenny poranek, podczas którego dwa niedźwiedzie – Tata Niedźwiedź i Niedźwiadek – postanawiają wybrać się na spacer po lesie. Obaj niezwykle zadowoleni z życia i z siebie (przekomarzają się, "czy fajniej jest być ojcem takiego dzielnego i bystrego syna, czy synem takiego mądrego i silnego ojca"), postanawiają wypróbować skuteczność sposobu Taty Niedźwiedzia na dobry dzień. Jego zdaniem nie ma bowiem jak mocne przytulenie się do kogoś.


Las duży, a zwierząt w nim mnóstwo (i nic to, że nie wszystkie faktycznie w nim mieszkają – to wszak nie podręcznik przyrody!), wyściskanie wszystkich zajmuje sporo czasu, a nadto wymaga pomysłowości i odwagi (taka anakonda, to dopiero wyzwanie!). Dwa niedźwiedzie niestrudzenie realizują jednak swoją misję i mimo że niekiedy spotykają się z kompletnym niezrozumieniem („Pan Bóbr nie końca wiedział, co o tym myśleć, ale ponieważ chciał jak najszybciej wrócić do pracy, zgodził się na jedno nie za długie przytulenie”), entuzjazm innych wszystko im wynagradza.


Zapytacie pewnie, czy z tej opowieści płynie morał?
Owszem, nawet dwa.

Pierwszy: nigdy, ale to nie przenigdy nie czytajcie tej książki więcej niż jednemu dziecku jednocześnie. Już wariant dwójkowy spowodował bowiem całkowite sprasowanie znajdującego się w środku rodzica (książkę wyróżnia piorunujące działanie – czytający natychmiast pragną samodzielnie wypróbować skuteczność rad Taty Niedźwiedzia).

Drugi: jeśli spotkacie na schodach uśmiechniętego nieznajomego, uśmiechnijcie się do niego również. Na całowanie z dubeltówki nie należy się jednak zgadzać – ono zarezerwowane jest wyłącznie dla wujów!

Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak „Proszę mnie przytulić”. Agencja Edytorska Ezop, Warszawa 2013. 

czwartek, 6 czerwca 2013

E. Cherezińska "Północna Droga", czyli co kryje Wiking pod futrem

Ta sama rzeczywistość ma wiele odsłon. Coś, co dzieje się tu i teraz, dla jednego będzie końcem jego świata, dla innego zaś nic nieznaczącym epizodem.
To jacy jesteśmy i jak postrzegamy rzeczywistość, jest wypadkową bardzo wielu czynników.
Moja perspektywa jako spełnionej prywatnie i zawodowo, przyzwoicie zarabiającej kobiety, matki dwójki zdrowych dzieci jest zupełnie inna niż perspektywa mieszkającej dwie ulice dalej samotnej matki niepełnosprawnego syna, utrzymującej się dzięki pomocy społecznej.
Mój i jej światy mogą się czasem przeciąć, czasem zazębić, ale zawsze zachowają swoją odrębność. Możemy jednak spróbować opowiedzieć sobie o nich; jeśli będziemy uważnie słuchać, może uda się nam zrozumieć coś więcej? 


Cykl Elżbiety Cherezińskiej „Północna Droga” to próba takiego właśnie spojrzenia na świat i pokazania, że nie ogranicza się on do czubka nosów naszych własnych oraz naszych znajomych. Ile bowiem osób, tyle historii, a każda tak samo prawdziwa.
W dwóch pierwszych częściach swoje historie opowiadają Sigrun („Saga Sigrun”) i Halderd („Ja jestem Halderd”), kobiety żyjące w Skandynawii w drugiej połowie X wieku, niemal równolatki (Sigrun jest młodsza od Halderd tylko o pięć lat).

Sigrun jest „jasna. Jasne włosy, jasne oczy, jasnozielona suknia. Młode złoto.” Takie też jest jej życie – hołubionej córki wielkiego i poważanego wikińskiego wodza – Apalvaldra, żony pięknego i mądrego Regina, władcy Namsen. Miłość i szacunek otaczają ją od urodzenia, większość problemów udaje się rozwiązać. Ot, dobre życie.

Halderd. „Wysoka, smukła, ciemnooka, dumna. Emanowała siłą.” Niczego w życiu nie dostała za darmo, a to co ostatecznie stało się jej udziałem, zostało drogo przez nią okupione. Jest uważna i pojętna. Musi podjąć wiele decyzji, z których każda przybliża ją do zrozumienia istoty i sensu życia. Swojego i innych.

Po przeczytaniu pierwszej części nie byłam przekonana, czy aby na pewno – jak napisano na okładce – faktycznie miałam do czynienia z „tętniącą energią życia wytrawną i porywającą narracją, wysmakowanym wizerunkiem psychologicznym postaci, niezwykłą urodą detalu”. Początkowe sto stron czytało mi się bowiem dość ciężko, pierwszoosobowa narracja robiła wrażenie chropawej i wcale nie porywającej, a niekiedy bardzo naiwnej. Kiedy jednak upłynęło parę dni od zakończenia lektury i okazało się, że ten świat cały czas tkwi gdzieś pod moimi powiekami, doszłam do wniosku że warto sięgnąć po kolejną opowieść.
Słusznie, bowiem „Ja jestem Halderd” jest w mojej ocenie lepszą książką. Może z uwagi na osobę narratorki, której przeżycia są o wiele bardziej złożone niż te, które były udziałem Sigrun. Może też dlatego, że zaczynamy widzieć wielowątkowość i polifoniczność całej historii, mimochodem wywracając do góry nogami ten obraz wyimaginowanego świata, jaki sami wcześniej stworzyliśmy. Niewiele rzeczy jest takich, jakimi się nam wydają. Tak było w wieku dziesiątym, tak samo jest i w dwudziestym pierwszym stuleciu.

skandynawska bogini Freja
Cherezińska nie poprzestaje jednak na prostym zestawieniu historii dwóch różnych kobiet. W sadze przeplatają się bowiem także religie – starodawne wierzenia skandynawskie z wkraczającym tryumfalnie chrześcijaństwem i płcie – świat nieobecnych, wiecznie wojujących mężczyzn oraz trwających w domu kobiet, umiejętnie lawirujących między rzeczywistością z czasów, gdy mężowie zjeżdżają do domu, a tą, gdy ich nie ma, a trzeba – mimo to, ale czasem i dzięki temu – zarządzać zwykłym życiem.
Świat przedstawiony w dwóch pierwszych częściach jest też niezwykle zmysłowy. Choć wokół toczą się liczne wojny, po których kolejni mężczyźni stopniowo, acz konsekwentnie przeprowadzają się do Walhalli, nie znajdziemy tu drobiazgowych opisów kolejnych bitew czy manewrów wojennych. Polityka, planowanie, dowodzenie są, owszem, obecne (w drugiej części silniej niż w pierwszej), ale nie mają pierwszoplanowego znaczenia. Zamiast opisów krwawych jatek i wysławiania sprytnych manewrów bitewnych, należy się więc spodziewać erotyki (w pierwszej części silniej zaznaczonej niż w drugiej), nadspodziewanie odważnej, ale w żadnym razie nie wulgarnej.

Wydaje się też, choć z braku wiedzy merytorycznej w żadnym razie nie potrafię tego zweryfikować, że Cherezińska wykonała olbrzymią pracę, by swoją opowieść osadzić w prawdziwych historycznych realiach. Choć główni bohaterowie są postaciami fikcyjnymi, żyją jednak wśród autentycznych skandynawskich postaci, giną w bitwach, które rzeczywiście się zdarzyły. Ciekawym pomysłem jest zresztą zamieszczenie na końcu każdej z książek kalendarium, opisującego z jednej strony autentyczne zdarzenia, z drugiej zaś dziejącą się równolegle fikcyjną rzeczywistość książkową.

Moje wątpliwości budzi jedynie to, czy saga nie jest przypadkiem raczej babskim czytadłem, mało atrakcyjnym dla mężczyzn. Mój osobisty mąż po przekartkowaniu pierwszej części i uzyskaniu ode mnie paru informacji na jej temat, odmówił bowiem dalszej współpracy, a ja nie nalegałam, gdyż sama miałam wrażenie, że faktycznie przebrnięcie przez tę lekturę mogłoby się okazać dla niego niemożliwe.
Być może to jednak przypadek odosobniony i znajdą się męscy amatorzy takich historii. W końcu – by nie szukać daleko przykładów - sama z wypiekami na twarzy chłonęłam kolejne strony historii stworzonej przez G.R.R. Martina – było, nie było, mocno męskiej i krwistej.
Niewykluczone też, że odpowiedź na tę wątpliwość znajdę po przeczytaniu trzeciej części, opowiedzianej tym razem przez mężczyznę, Einara.

Elżbieta Cherezińska „Saga Sigrun”, „Ja jestem Halderd”. Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań. 

niedziela, 2 czerwca 2013

Dzieci dźwignią handlu, czyli reminiscencje z Dnia Dziecka

Jestem głęboko przekonana, że gdyby jakimś cudem na Ziemi dotąd nie istniały dzieci, XXI-wieczni spece od marketingu natychmiast by je wymyślili.
Dzieci to bowiem dająca się niespotykanie łatwo nakręcić maszynka, służąca do drenowania kieszeni rodziców.
Maszynka, która uruchamia się wskutek najkrótszego nawet kontaktu z choćby najmniejszym impulsem drenującym. Impulsem zaś może być wszystko.
Reklama obejrzana w telewizji (biada wam, o rodzice, którzy pozwalacie swoim dzieciom samodzielnie obejrzeć jakąkolwiek bajkę w jakiejkolwiek telewizji; bajki te mają bowiem to do siebie, że niepostrzeżenie i płynnie przechodzą w reklamy kolejnych najnowszych i niezbędnie dzieciom potrzebnych zabawek).
Spacer w okolicy kiosku z gazetami (dziwnym trafem, większość kiosków we wszystkich szybach eksponuje setki gazet przeznaczonych specjalnie dla dzieci, których pierwsze i ostatnie strony składają się wyłącznie z zachęt do kupna najnowszych i niezbędnie dzieciom potrzebnych zabawek).
Kontakt z rówieśnikami; gdziekolwiek – w szkole, przedszkolu, piaskownicy, kościele (zawsze co najmniej jedno z dzieci będzie miało przy sobie najnowszą i niezbędnie mu potrzebną zabawkę, którą z dumą zaprezentuje wpatrzonym weń jak w obrazek kolegom).
Tak, dzieci są dźwignią handlu, bez dwóch zdań.

Tak, dzieci są zgubą portfeli rodziców, bez dwóch zdań.
Ci zaś rodzice, którzy pragną choć częściowo uratować swoje portfele, muszą odpowiedzieć sobie na takie oto proste pytanie: czy jesteście w zamian gotowi wziąć na swoje sumienie swe nieszczęsne dziatki, które może i będą oczytane i wybiegane, jednak nie znajdą żadnego wspólnego języka z rówieśnikami? Gdy bowiem Wasze dziecko zechce zapytać kolegę chociażby o to, co ten sądzi o najnowszej zagadce kryminalnej rozwiązanej przez Lassego i Maję, najpierw spotka się z pogardliwym milczeniem, a potem z plecami kolegi, który czym prędzej odwróci się w stronę kogoś, z kim będzie mógł podzielić się spostrzeżeniami na temat najnowszych postaci z Lego Chima, Hero Factory, albo wymienić się na śmieciaki czy magno-zety.

Właśnie, śmieciaki. Oto cisi bohaterowie wczorajszego święta.
To dla mnie pierwsze miejsce w kategorii: jak znakomicie opakować i sprzedać za wielkie pieniądze coś, co jest warte najwyżej 5 złotych.


Kiedy ze dwa lata temu po raz pierwszy zobaczyłam na witrynie sklepu z zabawkami wielką kartkę informującą o możliwości nabycia śmieciaków w niezwykle promocyjnej cenie, obojętnie przeszłam mimo. O naiwności!
Od dwóch miesięcy w klasie Starszego rozpętał się bowiem śmieciakowy szał. Z początku nie wiedziałam dlaczego, potem odkryłam jednak, że oto telewizje dziecięce przypuściły zmasowany atak, informując o pojawieniu się na rynku najnowszej, czwartej już (!) serii śmieciaków, nazwanej dla odróżnienia od poprzednich – z nieznanych mi powodów – śmieciakami UFT. Zanim zdążyłam się zorientować, dałam naciągnąć się na dwa zestawy śmieciaków w kubłach, które wszak już nazajutrz zostały negatywnie zweryfikowane przez klasowych kolegów Starszego.
- Eee, z trzeciej serii? Badziew. – orzekli.
Niestety, nie udało mi się przekonać Starszego, że drugie z tych zdań było szczerą prawdą i że należałoby w związku z tym zapomnieć o śmieciakach. Prośby, groźby, płacze, sabotaż – oto środki, jakie pojawiły się w naszym domu jako stały element codziennych kontaktów.



Pękłam. Zmiłujcie się jednak nade mną i rzućcie tylko co drugim kamieniem.
Z okazji Dnia Dziecka obdarowałam potomstwo tradycyjnymi prezentami książkowymi (o, książki? no fajne, fajne, a śmieciaki są?) oraz dwoma zestawami - każdy złożony ze śmieciaka (sztuk jedna) oraz spinnera (sztuk jedna). Pięć dyszek z kosztami wysyłki i też możecie się nimi cieszyć, naprawdę!
Zapytacie może cóż to jest?
Hm. Jakby tu…




Jak można dowiedzieć się z licznych reklam, śmieciaki to:
- „elastyczne mini figurki do zbierania, które symbolizują różnego rodzaju odpady”. Są więc wśród nich armioagresorzy, orientwojownicy, zwierzobojówki oraz jedzenionapastnicy.
Nie, nie mówcie, że w Waszych gminach nic nie mówili o tego rodzaju odpadach! Naprawdę?

- „są to najbardziej obrzydliwe i jednocześnie sympatyczne Śmieciaki. Można się nimi bawić w różne obrzydliwości”.
Tak, to wiele wyjaśnia. Przynajmniej rodzicom chłopców. Rodzice dziewczynek mogą odetchnąć z ulgą.

I clou programu, haczyk na rodziców:
- „dzięki Śmieciakom nasze dzieci nauczą się odpowiedniego segregowania odpadów!
Doprawdy, czapki z głów. Za takie hasło reklamowe wypuszczone tuż przed wejściem w życie „ustawy śmieciowej” należą się co najmniej gratisowe dwa tygodnie w egzotycznym kraju w opcji all inclusive. Koniecznie w otoczeniu bawiących się Śmieciakami dzieci!

Na koniec najważniejsze.
Po co to wszystko piszę?
Po pierwsze, mam prośbę do twórców Śmieciaków i reklam na ich temat. Wzbogaćcie je o element nakłaniający dzieci do zwykłego wyrzucania śmieci do kubła. Chociaż tyle należy się rodzicom o wydrenowanych portfelach, co?
Po drugie, od wczoraj czuję się podle. Nie tylko dlatego, że kupiłam dzieciom śmieciaki. Przede wszystkim dlatego, że dodatkowo, z uwagi na obrzydliwą pogodę, porzuciłam ambitne plany spędzenia Dnia Dziecka (aktywnie! edukacyjnie! rodzinnie! na łonie natury!), wybierając wersję najprostszą i najbardziej komercyjną z możliwych. Multipleks, seans w 3D, popcorn i cola. I nie pociesza mnie ani trochę to, że to samo zrobiły tysiące innych rodziców (cudem zaparkowałam na ostatnim miejscu w wielopiętrowym parkingowcu).

Pilnie szukam drogi do rodzicielskiej Canossy! Czy ktoś już tam był i może mnie zaprowadzić?

piątek, 31 maja 2013

Jerzy Wasowski, czyli setne urodziny Mistrza

„- Który z uprawianych zawodów jest Panu najbliższy: aktora, piosenkarza czy kompozytora?
- Proszę o wykreślenie z tej listy „piosenkarza”. Człowieka, który parę razy gonił tramwaj, trudno nazwać „biegaczem”. Czy jestem aktorem, czy raczej kompozytorem? Chyba przede wszystkim kompozytorem dla aktora.”
J. Wasowski w korespondencyjnym wywiadzie udzielonym „Panoramie Śląskiej”.


Dla mnie Jerzy Wasowski to instytucja. Człowiek, dzięki któremu pokochałam muzykę. Wzrastałam – nawet o tym nie wiedząc – przy jego piosenkach dziecięcych (tworzenie dla dzieci uważał za ważną część swojej pracy), potem słuchałam i nuciłam w kółko kolejne utwory z „Kabaretu Starszych Panów”, których muzykę dało się dobrać do każdego mojego nastroju.

„Jerzy wychował się na jazzie. Uwielbiał jazz. Oddali go do szkoły muzycznej, ale tam – żadnych jazzów! – przestał bywać. Nauk muzycznych, oficjalnych nie skończył, ale wiedzę miał gigantyczną. (…) Edukację miał politechniczną, Wydział Elektryczny, prądy słabe, tak mi się zdaje.”
Maria Wasowska o swoim mężu.

W mojej szkole muzycznej trafiłam na nauczyciela, który lepiej niż nauczyciele J. Wasowskiego zrozumiał zamiłowanie do jazzu i swingu. Rytm synkopowany pojawiał się więc w granych przeze mnie utworach częściej niż przewidywał to program nauczania. Ja byłam jednak tylko bierną (i mierną) odtwórczynią tego, co stworzyli inni; Jerzy Wasowski to czuł i potrafił samodzielnie oddać w swoich utworach.

„Ta muzyka pana Jerzego polegała na niuansach. Nie tylko piano, forte, jest jeszcze mezzo-forte, akcenciki, crescendo. A do tych drobiazgów, które składały się na tak genialną całość, muszę dodać, że pan Jerzy fenomenalnie gwizdał. Muzycy potrafili się zasłuchać!”
Tadeusz Suchocki o Jerzym Wasowskim.

Nieśmiało uśmiechnięty, przesympatyczny, misiowaty. Taki wizerunek Jerzego Wasowskiego (zbieżny z wizerunkiem Pana A. z Kabaretu Starszych Panów) na zawsze będzie tkwił w mej pamięci. Nie odbiega on jednak chyba wiele od tego, jaki rysuje się osobom, które znały Go osobiście.

„Podczas jednej z sesji nagraniowych Jerzy Wasowski, kiedy pewien muzyk zagrał, nazwijmy to – niezbyt czysto, zwrócił się do niego tak: - Przepraszam, ale ja chyba źle napisałem te nuty.”

Dziś przypada setna rocznica urodzin Jerzego Wasowskiego.
Mistrzu, myślę dziś o Tobie bardzo gorąco. I jestem przekonana, że od kiedy jesteś tam, na górze, anielskie pienia brzmią znacznie lepiej.



Wszystkie cytaty pochodzą z książki Romana Dziewońskiego „Kabaret(u) Starszych Panów wespół w zespół”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka    

wtorek, 28 maja 2013

P. Beręsewicz "Tajemnica człowieka z blizną", czyli dzieci na tropie zgrzybiałych rodziców

- Mamo, a ty jesteś stara? – takie oto pytanie od kilku tygodni cyklicznie kieruje do mnie Młodszy.
- Nie, synku, nie jestem stara. – odpowiadam dziarsko i z uśmiechem, choć gdyby nie Konwencja ONZ o prawach dziecka, to nie wiem, czy nie posunęłabym się do osobistego, czynnego uczestnictwa w scenach wysoce gorszących.
- Jesteś stara. – w odpowiedzi każdorazowo stwierdza Młodszy, całkowicie mnie ignorując, po czym porzuca temat. Tylko po to, by najpóźniej za kilka dni ponownie zadać to samo pytanie.

 - Mamo, a ile miałaś lat, kiedy wybuchła I wojna światowa? – zapytał niedawno Starszy, pilny uczeń drugiej klasy szkoły podstawowej, od niedawna pasjonat geografii i historii.

W takich okolicznościach człowieka nachodzą wątpliwości. A co, jeśli faktycznie jestem już stara, tylko tego nie zauważyłam? Było, nie było, wiek niebezpiecznie zbliża się do postbalzakowskiego (za parę dni podstępnie przeskoczy mi kolejna cyferka), a czasy różowych stopek już dawno mam za sobą.

Jednego jestem pewna. Tego, że dzieci Pawła Beręsewicza w pewnym momencie także doszły do wniosku, że ich ojciec jest stojącym nad grobem staruszkiem, którego młodość przypadła na czasy epoki lodowcowej. W związku z powyższym nie tylko czuję się raźniej, ale i wręcz ogarnia mnie zadowolenie. I nie jest to przy tym przejaw typowej Schadenfreude, a wyłącznie radość z faktu, że ktoś odwalił za mnie kawał dobrej roboty, dzięki czemu nie muszę samodzielnie i od podstaw tłumaczyć swojemu dziecku oczywistych dla mnie oczywistości.

„Tajemnica człowieka z blizną” to bowiem kompendium wiedzy o schyłkowym PRL-u, przygotowane z myślą o dzisiejszych mniej więcej 10-, 12-latkach. Przykład Starszego pokazuje jednak, że książka z powodzeniem nadaje się także i dla dzieci nieco młodszych. W otoczce powieści sensacyjno-kryminalnej (główny bohater stara się rozjaśnić mroki tytułowej tajemnicy człowieka z blizną, czyli własnego ojca), autor przemyca bowiem całkiem sporo wiedzy historycznej, podając ją w sposób gwarantujący – by odwołać się do języka paranaukowego – trawienie bezresztkowe.
         
Główny bohater – dwunastoletni Janek – przypadkowo wpada bowiem na trop niezwykłej tajemnicy. Pozornie zwykła blizna okazuje się czymś, o czym dorośli nie chcą mówić, poprzestając na półsłówkach, zagadkowych stwierdzeniach i zbywających zwrotach. Trzeba więc radzić sobie samemu, chwytając trop i całkiem na poważnie wcielając się w rolę detektywa. Do rangi epokowych i dramatycznych wydarzeń urastają więc odtwarzane z mozołem opowieści o próbie zakupu więcej niż jednej kostki masła (i to bez marnowania kartek!) czy ucieczce przed oddziałem ZOMO (dla niepoznaki zamienionych w zombie); nie obejdzie się też bez dodania dramatyzmu zarobkowemu studenckiemu wyjazdowi do USA, gdzie przecież bez problemów i niemal na każdym kroku można wpaść w objęcia Umy Thurman. Niejako mimochodem pojawiają się też Powstanie Warszawskie i Solidarność z jej hasłami, a przy okazji i porcja wiedzy z zakresu malarstwa (zwykła reprodukcja „Słoneczników” Van Gogha, jaką można nabyć za kilkanaście złotych, w sensacyjny sposób może się bowiem zamienić w pochodzący wprost z amsterdamskiego muzeum oryginał).

Patrząc na Starszego i jego kolejne fascynacje czytelnicze (poczynając od Detektywa Pozytywki do kolejnych tajemnic rozwiązywanych przez Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai), i obserwując rumieńce, jakie wykwitały na jego policzkach także i podczas tej lektury, jestem przekonana, że czytelniczy haczyk w postaci tajemnicy do samodzielnego rozwikłania, z niemal stuprocentową pewnością posłuży do nabicia niejednej młodocianej ryby. Gdy jednak dostrzec, że jest on otoczony sprytnie podanymi faktami historycznymi, a do tego nieco osłodzony czymś, co współczesnym dzieciom wydaje się bliskie i swojskie (istotną rolę w książce odgrywają telefony komórkowe i shake z MacDonalda), okazuje się, że otrzymymaliśmy coś znacznie lepszego i (z całym szacunkiem) mniej płytkiego niż wspomniane wcześniej pozycje.

Nie bez znaczenia dla odbioru książki pozostaje także jej szata graficzna. Wydawnictwo Literatura pod tym względem zdecydowanie bowiem rozpieszcza i czytelnika, i samego autora, który – jak sądzę – może czuć się w pełni usatysfakcjonowany kolejnym występem w duecie z Olgą Reszelską (poprzedni nam znany przydarzył się przy okazji książki „Czy wojna jest dla dziewczyn”). Czarno-białe, oszczędne, ale zarazem wymowne ilustracje dodatkowo podkręcają napięcie. Znakomitym pomysłem było także wyraźne graficzne wyróżnienie (przez otoczenie ich czarną ramką) tych rozdziałów, które dotyczą snutych przez głównego bohatera fantazji – podekscytowany ośmiolatek łatwiej może dzięki temu odróżnić fakty od fikcji, wyobrażenia od realiów.

Wreszcie, na zakończenie muszę wspomnieć o aspekcie ściśle osobistym. Nie dotyczy on mnie (choć szczerze boleję nad faktem, że w swoim życiu obsadziłam już zarówno etat męża, jak i wirtualnego mentalnego brata, bowiem z każdą kolejną przeczytaną książką odczuwam coraz silniejsze pozytywne wibracje i więź łączącą mnie z Autorem), ale Starszego. Czyż można bowiem nie odczuwać emocji, czytając książkę, na której sam jej Twórca umieścił osobistą i własnoręczną dedykację?


Paweł Beręsewicz „Tajemnica człowieka z blizną”, okładka i ilustracje Olga Reszelska. Wydawnictwo Literatura, Łódź 2011.