Jestem
głęboko przekonana, że gdyby jakimś cudem na Ziemi dotąd nie istniały dzieci,
XXI-wieczni spece od marketingu natychmiast by je wymyślili.
Dzieci
to bowiem dająca się niespotykanie łatwo nakręcić maszynka, służąca do
drenowania kieszeni rodziców.
Maszynka,
która uruchamia się wskutek najkrótszego nawet kontaktu z choćby najmniejszym
impulsem drenującym. Impulsem zaś może być wszystko.
Reklama
obejrzana w telewizji (biada wam, o rodzice, którzy pozwalacie swoim dzieciom
samodzielnie obejrzeć jakąkolwiek bajkę w jakiejkolwiek telewizji; bajki te
mają bowiem to do siebie, że niepostrzeżenie i płynnie przechodzą w reklamy
kolejnych najnowszych i niezbędnie dzieciom potrzebnych zabawek).
Spacer
w okolicy kiosku z gazetami (dziwnym trafem, większość kiosków we wszystkich
szybach eksponuje setki gazet przeznaczonych specjalnie dla dzieci, których
pierwsze i ostatnie strony składają się wyłącznie z zachęt do kupna najnowszych
i niezbędnie dzieciom potrzebnych zabawek).
Kontakt
z rówieśnikami; gdziekolwiek – w szkole, przedszkolu, piaskownicy, kościele
(zawsze co najmniej jedno z dzieci będzie miało przy sobie najnowszą i
niezbędnie mu potrzebną zabawkę, którą z dumą zaprezentuje wpatrzonym weń jak w
obrazek kolegom).
Tak,
dzieci są dźwignią handlu, bez dwóch zdań.
Tak,
dzieci są zgubą portfeli rodziców, bez dwóch zdań.
Ci
zaś rodzice, którzy pragną choć częściowo uratować swoje portfele, muszą
odpowiedzieć sobie na takie oto proste pytanie: czy jesteście w zamian gotowi
wziąć na swoje sumienie swe nieszczęsne dziatki, które może i będą oczytane i
wybiegane, jednak nie znajdą żadnego wspólnego języka z rówieśnikami? Gdy
bowiem Wasze dziecko zechce zapytać kolegę chociażby o to, co ten sądzi o najnowszej
zagadce kryminalnej rozwiązanej przez Lassego i Maję, najpierw spotka się z
pogardliwym milczeniem, a potem z plecami kolegi, który czym
prędzej odwróci się w stronę kogoś, z kim będzie mógł podzielić się
spostrzeżeniami na temat najnowszych postaci z Lego Chima, Hero Factory, albo wymienić
się na śmieciaki czy magno-zety.
Właśnie,
śmieciaki. Oto cisi bohaterowie wczorajszego święta.
To
dla mnie pierwsze miejsce w kategorii: jak znakomicie opakować i sprzedać za
wielkie pieniądze coś, co jest warte najwyżej 5 złotych.
Kiedy
ze dwa lata temu po raz pierwszy zobaczyłam na witrynie sklepu z zabawkami
wielką kartkę informującą o możliwości nabycia śmieciaków w niezwykle
promocyjnej cenie, obojętnie przeszłam mimo. O naiwności!
Od
dwóch miesięcy w klasie Starszego rozpętał się bowiem śmieciakowy szał. Z początku
nie wiedziałam dlaczego, potem odkryłam jednak, że oto telewizje dziecięce
przypuściły zmasowany atak, informując o pojawieniu się na rynku najnowszej,
czwartej już (!) serii śmieciaków, nazwanej dla odróżnienia od poprzednich – z
nieznanych mi powodów – śmieciakami UFT. Zanim zdążyłam się zorientować, dałam
naciągnąć się na dwa zestawy śmieciaków w kubłach, które wszak już nazajutrz
zostały negatywnie zweryfikowane przez klasowych kolegów Starszego.
-
Eee, z trzeciej serii? Badziew. –
orzekli.
Niestety,
nie udało mi się przekonać Starszego, że drugie z tych zdań było szczerą prawdą
i że należałoby w związku z tym zapomnieć o śmieciakach. Prośby, groźby,
płacze, sabotaż – oto środki, jakie pojawiły się w naszym domu jako stały
element codziennych kontaktów.
Pękłam.
Zmiłujcie się jednak nade mną i rzućcie tylko co drugim kamieniem.
Z
okazji Dnia Dziecka obdarowałam potomstwo tradycyjnymi prezentami książkowymi (o, książki? no fajne, fajne, a śmieciaki są?)
oraz dwoma zestawami - każdy złożony ze śmieciaka (sztuk jedna) oraz spinnera
(sztuk jedna). Pięć dyszek z kosztami wysyłki i też możecie się nimi cieszyć,
naprawdę!
Zapytacie
może cóż to jest?
Hm.
Jakby tu…
Jak
można dowiedzieć się z licznych reklam, śmieciaki to:
- „elastyczne mini figurki do zbierania, które
symbolizują różnego rodzaju odpady”. Są więc wśród nich armioagresorzy, orientwojownicy,
zwierzobojówki oraz jedzenionapastnicy.
Nie, nie mówcie, że w Waszych gminach
nic nie mówili o tego rodzaju odpadach! Naprawdę?
-
„są to najbardziej obrzydliwe i
jednocześnie sympatyczne Śmieciaki. Można się nimi bawić w różne
obrzydliwości”.
Tak,
to wiele wyjaśnia. Przynajmniej rodzicom chłopców. Rodzice dziewczynek mogą
odetchnąć z ulgą.
I
clou programu, haczyk na rodziców:
- „dzięki
Śmieciakom nasze dzieci nauczą się odpowiedniego segregowania odpadów!”
Doprawdy, czapki z głów. Za takie hasło reklamowe
wypuszczone tuż przed wejściem w życie „ustawy śmieciowej” należą się co
najmniej gratisowe dwa tygodnie w egzotycznym kraju w opcji all inclusive.
Koniecznie w otoczeniu bawiących się Śmieciakami dzieci!
Na koniec najważniejsze.
Po co to wszystko piszę?
Po pierwsze, mam prośbę do twórców Śmieciaków i
reklam na ich temat. Wzbogaćcie je o element nakłaniający dzieci do zwykłego
wyrzucania śmieci do kubła. Chociaż tyle należy się rodzicom o wydrenowanych
portfelach, co?
Po drugie, od wczoraj czuję się podle. Nie tylko
dlatego, że kupiłam dzieciom śmieciaki. Przede wszystkim dlatego, że dodatkowo, z uwagi na obrzydliwą pogodę, porzuciłam ambitne plany spędzenia Dnia Dziecka (aktywnie! edukacyjnie! rodzinnie! na łonie natury!), wybierając wersję najprostszą i najbardziej komercyjną z możliwych. Multipleks,
seans w 3D, popcorn i cola. I nie pociesza mnie ani trochę to, że to samo
zrobiły tysiące innych rodziców (cudem zaparkowałam na ostatnim miejscu w
wielopiętrowym parkingowcu).
Pilnie szukam drogi do rodzicielskiej Canossy! Czy ktoś już
tam był i może mnie zaprowadzić?