poniedziałek, 29 października 2012

P. Beręsewicz "Czy wojna jest dla dziewczyn", czyli czy książki o wojnie są dla dzieci?


Kiedy nasze dzieci stają wystarczająco duże, żeby zacząć z nimi rozmawiać o rzeczach smutnych i prawdziwych?
Kiedy czas już przestać cenzurować bajki poprzez wybieranie tylko tych, w których wszyscy żyją długo i szczęśliwie?

Czasem mam wrażenie, że świat dzieci dzieli się na dwie krańcowo różne krainy.
Tę, do której trafiają dzieci, na które rodzice chuchają i dmuchają, kochają, tulą, edukują, chronią, często przesadnie.
I tę, w której dzieci muszą bardzo wcześnie poradzić sobie z życiem. Bo albo nikt nie chce na nie chuchać i dmuchać, albo chce, jednak wskutek splotu zdarzeń nie może tego zrobić.

Wojna. Śmierć.
To przecież nie są tematy dla dzieci.


Kiedy, po długich wahaniach, przekonana przez Anię z „Poza rozkładem”, przyniosłam do domu książkę Pawła Beręsewicza „Czy wojna jest dla dziewczyn?”, mąż stwierdził, że zwariowałam. Z kolei mój starszy syn oświadczył, że on na pewno nie będzie czytał o żadnej wojnie, bo na wojnie ludzie umierają i to jest smutne, a on nie chce być smutny.
Matka potwór, chce czytać dziecku o wojnie.

Czytaliśmy pomału. To Starszy decydował ile chce usłyszeć danego dnia. Zawsze też rozmawialiśmy o tym, co usłyszał. Na niektóre pytania ciężko było mi odpowiadać; nie zawsze wiedziałam, czy powiedzieć mu to, co chce usłyszeć, czy może jednak już tym razem co innego. Kilka razy powiedział, że już nie chce dalej czytać tej książki.
- Dlaczego, synku?
- Bo się boję. Bo nie chcę, żeby jej tata umarł.

Ja też tego nie chcę synku, gdybyś wiedział, jak bardzo tego nie chcę. Ale – w odróżnieniu od Ciebie – już wiem, że nie jestem wszechmogąca.

Jeśli można mówić o „dobrej” książce na początek czytania i rozmawiania z dzieckiem o smutnych sprawach, to jest to właśnie ta książka.

Paweł Beręsewicz pokazał w niej całkiem inną twarz. Uważam, że nikt nie napisałby tej historii lepiej od niego. Zrobił to w sposób prawdziwy, z szacunkiem dla młodego czytelnika, ale nie przekraczając pewnych granic. Opowiedział bowiem o świecie widzianym z perspektywy dziecka – jest to bardzo zły świat, świat drugiej wojny światowej, kiedy nagle zburzone zostaje wszystko, co znane, dobre, bezpieczne. Widzimy tyle, ile widzi dziecko, główna bohaterka, Ela. Nie ma epatowania śmiercią, krwią, świstem pocisków. Są wątki żartobliwe, bo przecież wybuch wojny nie powoduje odebrania ludziom poczucia humoru. Nie wszyscy jednak przeżyją. To jest wojna, synku.





Historia jest też znakomicie zilustrowana przez Olgę Reszelską. Nie ma tu za dużo koloru, choć nie są to też nazbyt w takiej sytuacji oczywiste czarno-białe ilustracje. Widziałam, że mojemu synowi bardzo się podobały i chyba pomagały mu udźwignąć to, co słyszał.






To jest prawdziwa historia. To wszystko przydarzyło się naprawdę pani Elżbiecie Łaniewskiej-Łukaszczyk, „Czarnej Elce”, o której nie zapomniano wspomnieć na ostatniej karcie. Mój syn wiele razy podczas lektury pytał mnie, czy to zdarzyło się naprawdę – dzięki temu miałam dla niego gotową odpowiedź.

Koncepcja książki powstała w Muzeum Powstania Warszawskiego. O Powstaniu nie ma tu wprawdzie mowy, ale to bez znaczenia. O ile do tej pory miałam wątpliwości co do idei przekazywanych dzieciom w budynku tego Muzeum (kamienieję na sam dźwięk zwrotu „mały powstaniec”), o tyle teraz nie mam wątpliwości, że robią rzeczy ważne i potrzebne.

I jeszcze jedno.
Dziś mały chłopiec w wieku mojego syna stracił swoją mamę.
Bardzo mnie to boli, nie godzę się z tym, ale wiem też, że to jest życie.
Nie da rady uchronić przed nim naszych dzieci.

Paweł Beręsewicz "Czy wojna jest dla dziewczyn?", Wydawnictwo Literatura, Łódź 2011.
Ilustrowała Olga Reszelska.

21 komentarzy:

  1. Wojna nie jest dla kogokolwiek. O wojnie, jako dziecko "uczyłem się" z "Czterech pancernych" i "Stawki większej niż życie" i wystarczy. Z synkiem (6 lat) nie eksperymentuję. Owszem byliśmy w MPW, za pierwszym razem także na filmie. Drugi raz nie chciał go już oglądac bo stwierdził, że film był smutny. Na wszystko przyjdzie czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak piszesz: na wszystko przyjdzie czas. Myślę jednak sobie, że ów czas przychodzi szybciej niż nam się wydaje.
      A wojna z "Czterech pancernych" i "Stawki" to zupełnie inna wojna niż ta prawdziwa, a zwłaszcza niż ta, która toczy się codziennie gdzieś tam, i z której zdjęcia przestały już na nas robić jakiekolwiek wrażenie.

      Usuń
  2. My jakoś nasiągaliśmy wojną mimo, w telewizji programy o Lenino i Berlinie, Czterej pancerni z wizją romantyczną, czytanki szkolne. U nas problem się jeszcze nie pojawił, ale zapas lektury szkoleniowej jest: Asiunia, Zaklęcie na W, dwie biografie Korczaka dla dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak już napisałam Marlowowi: ta "nasza" wojna to była inna wojna; tak mi się teraz wydaje, choć może przez te wszystkie lata zagubiłam gdzieś perspektywę dziecka.
      Tej lektury szkoleniowej jest coraz więcej; do Twojej listy dodałabym jeszcze "Bezsenność Jutki".
      Problem wojny dotyka też tematu śmierci - to jest w nim według mnie najtrudniejsze i tego brakowało w takiej wojnie, jaką nam przedstawiano.

      Usuń
    2. Na pewno była inna, bardziej bohaterska, a straty w ludziach słabo wyglądały w propagandzie. Ale i wtedy można było trafić na rzecz bardziej prawdziwą, ja niedawno sobie powtórzyłem Małych bohaterów Lorentz. Zmiana w podejściu do wojny i śmierci to dość świeża rzecz, chyba psycholodzy przemyśleli różne sprawy i dali zielone światło takim publikacjom.
      A co do MPW i ich zajęć dla dzieci - też byłem pełen obaw, ale znam kilka pracujących tam osób i są godne zaufania. Zajęcia dla najmłodszych konsultowała rzetelnie znajoma psycholog dziecięca. Nie protestowałbym przeciwko wycieczce szkolnej do tego muzeum, bo rodzinnie jakoś nam nie po drodze na razie.

      Usuń
    3. "Małych bohaterów" na pewno nie czytałam; ciężko mi wyobrazić sobie tę książkę na podstawie lakonicznych notek tu i ówdzie.
      Nie zgodzę się, że zmiana w podejściu do wojny i śmierci to świeża rzecz. Widzę to raczej tak, że jedynie wracamy do normalności, do podejścia, które kiedyś było powszechne i oczywiste, lecz nasze "cywilizowane" życie uznało je za zbyt brutalne. Bo przecież wszyscy są piękni, młodzi i zdrowi.
      Niestety, moje macki w MPW sięgają jedynie baaardzo wysoko, stąd też nie wiem czy przedstawiany mi ogląd nie jest zaburzony. Wierzę Ci na słowo, że jest dobrze, ale póki co - przy okazji kolejnej wizyty w Warszawie - chyba nie będzie to nasz obligatoryjny punkt programu.

      Usuń
    4. Małych bohaterów możesz czytać na moją odpowiedzialność i nawet mogę pożyczyć. Być może faktycznie po traumach wojennych później dzieci odcięto od tego świata i teraz się wraca do poprzedniego stanu.

      Usuń
    5. Jak już się otrząsnę po opowieściach z łódzkiego getta, to chętnie skorzystam z propozycji, bo u mnie w bibliotece, jak sprawdziłam, pusto i głucho. Lorentzów owszem, sporo, ale Zofii brak. Ale to już raczej, jak sądzę, pozycja do lektury samodzielnej, a nie z dzieckiem lat 7.

      Usuń
    6. Czyżbyś czytała Sandberga? Małych bohaterów czytałem sam w wieku 8-9 lat, z wypiekami i łzami w oczach, ale współczesne dzieci jakieś są wydelikacone, to najlepiej sama ocenisz:)

      Usuń
    7. Nie, ale trop dobry. Sandberga pani Polit skutecznie mi obrzydziła (może niesłusznie), ale Barta nie dała rady, choć się starała (i bardzo dobrze, że jej nie wyszło).
      Ja wypieki i łzy w oczach w tym wieku miałam tylko nad "Sercem" i "Chatą wuja Toma" - z patriotyzmu, jak więc widać, pała:(

      Usuń
    8. Ja najpierw przeczytałem Sandberga, a potem wywiady z panią Polit. Aż mi się wstyd zrobiło, że mnie takie dno jak Biedni ludzie zachwyciło:( Serce kawałkami to i teraz mnie wzrusza, a zaraz obok stukam się w głowę:)

      Usuń
    9. Bo pani Polit jest jak dla mnie nadmiernie kategoryczna w sądach. Z pewnością jej znajomość źródeł jest olbrzymia, ale to nie wszystko, także gdy chodzi o historię (zaznaczam, że o książce Sandberga nie mam absolutnie żadnego zdania). Ja tam bym się nie wstydziła; za Barta np. wstydzić się nie zamierzam, a pani Polit niech robi ze swoimi uczuciami, co chce.
      Wizja stukania w głowę bardziej mnie zachęca do ponownej lektury Amicisa, niż widmo czekających tam szlochów i spazmów... Sceptycznie oceniam jednak szanse zainteresowania Starszego tą lekturą.

      Usuń
    10. Kategoryczność sądów nie przeszkodziła jej zainkasować za konsultację tekstów w jidysz u Sandberga:P O ile historycznie Sandberg poległ, to literacko mu wyszło, jest przekonujący przez większość książki i robi spore wrażenie.
      Może Starszemu spodoba się Od Apeninów do Andów, bo O małym sardyńskim doboszyku zbyt krwawe.

      Usuń
    11. No patrz pan, jakie to interesujące szczególiki pan zna:P Ja się wyzewnętrznię przy okazji Barta (wkrótce, bo muszę zaraz oddać książkę), ale myślę że dotknąłeś sedna problemu pani Polit. Fakty i fikcje to niezupełnie to samo, proszę pani.
      Ale nie zmienia to faktu, że jej książkę też bym chętnie przeczytała, choć obawiam się, że może mnie historycznie przytłoczyć.

      Doboszyka to ja nawet nie zamierzałam proponować - to akurat opowiadanie dobrze pamiętam i nie są to miłe wspomnienia:) Reszta tytułów niestety nie mówi mi nic, choć z pewnością gdybym zaczęła czytać, to sporo by mi się przypomniało (myślę, że z 10-15 razy w młodości to przeczytałam, każdorazowo na mokro).

      Usuń
    12. Nałogowo czytam strony redakcyjne wszystkich publikacji:)) Owszem, niezrozumienie w kwestii fikcji i prawdy jest w przypadku Sandberga zupełne, jakby to byli Biedni ludzie z dowolnego miasteczka, to pewnie zachwyty by były ze wszystkich stron. Ale autor wybrał konkretną Łódź i go rozjechali walcem.
      Jest jeszcze o chłopczyku, który własną piersią zasłonił babcię przed nożownikiem, a z mniej krwawych o chłopczyku opiekującym się tatusiem w szpitalu.

      Usuń
    13. Czy mi się dobrze zdaje, że to tylko u nas Sandberg wzbudził tak negatywne emocje? W innych krajach skupili się chyba bardziej na literaturze.

      Już mi nie wyliczaj tych smakowitych opowiastek Amicisa, bo do reszty stracę zapał do powtórki!

      Usuń
    14. Trudno się spodziewać szału, jeśli profesor, który na promocji ma wychwalać autora, nie zostawia z jego książki kamienia na kamieniu:P Ja bym nie miał do Sandberga pretensji o to, że nie oparł swojej książki na dziele pani Polit, tylko na tym, co mu było dostępne. No ale zebrał za pół wieku przekłamań historiograficznych.

      Usuń
    15. "przekłamania historiograficzne" - może tak, może nie; zwłaszcza w takich sprawach jestem wysoce nieufna.
      Aż mi się zachciało przeczytać tego Sandberga - siła rażenia pani Polit nie jest jednak aż tak duża, jak pierwotnie myślałam.

      Usuń
    16. Tradycyjnie mogę pożyczyć, jak już napiszę zamówioną recenzję :P

      Usuń
    17. Chyba będę musiała wyskrobać pieniądze na jakiś środek ponadgabarytowego transportu, jak tak dalej pójdzie:) Ale może dzięki temu przejaśni Ci się chwilowo na półkach?:P

      Usuń