czwartek, 4 kwietnia 2013

M. Rodziewiczówna "Straszny dziadunio", czyli bierzcie przykład, dziateczki!


Moja rodzina nie pochodzi z Kresów (a nawet powiedziałabym, że wręcz przeciwnie), wśród moich przodków brakuje mitycznych pradziadków powstańców czy pozytywistycznych siłaczek. Niespecjalnie wiele można też na jej temat znaleźć w jakimkolwiek herbarzu.
Nie mam więc pojęcia dlaczego jestem posiadaczką niemal kompletnego zbioru dzieł Marii Rodziewiczówny. Dlaczego moja babcia była jej bezkrytyczną wielbicielką; tak wielką, że do trumny zażyczyła sobie różańca i właśnie jednej z jej książek. Życzenie spełniłam; padło na „Ragnarök”.

Dziś ciekawi mnie, co babcia powiedziałaby mi na temat „Strasznego dziadunia”; jak przekonywałaby mnie do tej lektury (bo tego, że by przekonywała jestem pewna). Pamiętam, że czytała go po wielekroć. Dlaczego? Nie mam pojęcia.


Rok urodzenia mój i mojej babci dzieli 54 lata. To dużo. Na tyle dużo, że nie bardzo rozumiem, dlaczego warto dziś czytać „Strasznego dziadunia”.
Owszem, czyta się szybko. Owszem, pochichotałam sobie niekiedy.
Niestety, nie w tych momentach, w których powinnam.

Jak drzewo złamane burzą, runął na pierwszy spotkany fotel, ręce wnurzył w roztargane włosy, skurczył się jak robak zgnieciony stopą; coś niby wycie czy łkanie dobywało się z jego gardła. A zatem taki jego kres, taki! Ha, ha! (…)
Korowodem jędz tłukły się myśli po czaszce nieszczęśliwca. Czasem z niewyraźnego jęku wyrywał się wybuch krótkiego śmiechu. Chichotała rozpacz – szalał.”

Wiem, wiem. Tu człowiek cierpi, a ja się z niego naigrawam! Nieładnie, wręcz okrutnie.
Cóż jednak biedna pocznę, kiedy nie mogę?
Nie mogę, po prostu nie mogę znieść takiej dawki patosu i pompatyczności.
Zło i dobro. Starzy i młodzi. Uczciwi na wskroś i zgnili padalcy. Szarości mało.
Otóż jest główny bohater, Hieronim – młodzian prawy i szlachetny.
I jest jego dziad, Polikarp Białopiotrowicz – dumny, wyniosły, obrzydliwie bogaty lecz o sercu zatwardziałym.
Właściwie w dość ciekawy sposób kieruje jego [Hieronima – dopisek mój] życiem i funduje mu swoistą ścieżkę doświadczeń życiowych”. – przeczytałam w jednej z zamieszczonych w internecie recenzji tej książki. Doprawdy! Nie życzę nikomu takiego „kierownika”. Co z tego, że stary, bogaty i że dziad (czy, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, dziadek)? Nie jestem wyznawczynią teorii, że powyższe cechy powinny komukolwiek z urzędu zapewniać szacunek; na ten trzeba bowiem moim zdaniem zapracować swoim życiem, postawą, także w stosunku do innych, choćby byli "tylko" wnukami. Polikarp jest zaś typowym despotą, tyranem, kresorosłym Katonem, który najlepiej wie, co dla innych dobre.
Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” – ten, tak już oklepany, cytat z księdza Twardowskiego dobrze by Polikarpowi zrobił. Zawczasu.

Będziesz stale zajęty pracą według sił swych, zdolności i zamiłowania”.
„Pamiętaj, abyś nie kaził myśli ni ust mową o złym, marności i głupstwie”.
Oto dwa spośród dziesięciu przykazań domowego dekalogu samej Marii Rodziewiczówny. Czy naprawdę taki dekalog wisiał u niej w domu, nie wiem.
Pewne jest jednak, że główny bohater jej debiutanckiej powieści ściśle wszystkich tych nakazów przestrzegał. Czy z korzyścią dla siebie? Chyba tak, choć może lepiej (i bardziej dydaktycznie) byłoby, gdyby jego życiową drogę przedstawić w mniej dramatyczno-patetyczny sposób?

Może więc doszukałam się jednak jakiegoś powodu, dla którego warto dziś przeczytać tę książkę?
Chyba nie. Gdyby bowiem było w niej tyle poczucia humoru i dystansu, co w przywołanych wyżej dziesięciu przykazaniach, byłaby zdecydowanie lepiej przyswajalna. Nie wiem, czemu autorka pisząc ją, starannie pozbawiła treść jakichkolwiek przejawów tych właśnie cech – była wszak kobietą nietuzinkową, pełnokrwistą i ze wszech miar godną podziwu, także i dzisiaj. Może dlatego, że w momencie publikacji miała ledwie 20 lat? Może zaś z innych, tylko jej znanych, przyczyn?
Za „Strasznego dziadunia” więc – ledwie dostateczny; za życiorys i moją babcię – celujący.

Maria Rodziewiczówna „Straszny dziadunio”. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988. 

57 komentarzy:

  1. Tak walcem po pani Marii z rana? Okrutnie bardzo:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze, nie z rana, lecz z wieczora. Po drugie, nie po pani Marii (w poście zamieściłam ze dwa entuzjastyczne przymiotniki na temat jej osoby) tylko po jej dziele.
      Życie i pogoda też są okrutne, a jakoś nikt się nade mną nie lituje, o!:P

      Usuń
    2. Nikt się nie lituje? Najwyraźniej nieodpowiednio wychowałaś męża i dzieci:P Pani Maria leci tu Kraszewskim, potem Mniszkówna leciała Rodziewiczówną.

      Usuń
    3. Oni też sterani; możemy co najwyżej utworzyć kółko wzajemnej lamentacji:P
      Nie jestem znawcą Kraszewskiego i być może to nie przeszkadza mi zdziwić się: czemu leci Kraszewskim?

      Usuń
    4. A kim ma lecieć, jak nie ojcem założycielem powieści polskiej? Naczytała się w pensjonarskich czasach i trąciła w debiucie:P

      Usuń
    5. Pewnie się naczytała, bo co miała czytać? Mimo wszystko, z Kraszewskim "Dziadunio" mi się nie kojarzy, ale być może za mało jego dzieł przeczytałam.

      Usuń
    6. Zdecydowanie za mało, Projekt Kraszewski za Tobą tęskni :P

      Usuń
    7. Nie bądź taki Podpuszczający W Lekturze!:P Na razie od początku roku nie mogę zabrać się do zaplanowanego projektu pt. czytam niemiecką literaturę, że nie wspomnę o projekcie pt. jak nie zostać znienawidzonym przez rodzinę z powodu jej zaniedbywania:(
      (ale już ze cztery miesiące temu położyłam na szafce nocnej "Ulanę" - nic cieńszego nie znalazłam:PP)

      Usuń
    8. Ulana będzie jak ulał :) Rodzina niech się przyzwyczaja, naucz tylko kanapki smarować i żeby Tobie też robili:P

      Usuń
    9. Może i jak ulał, tylko kiedy?
      A ten etap rodzina już przeszła; bardzo smaczne kanapeczki robią, mniam, mniam!:P

      Usuń
    10. To widzę, że muszę ich pozaniedbywać bardziej, bo kanapeczek staremu ojcu nikt nie robi. Na razie :P MUAHAHAHAHAHAHAAA!!!

      Usuń
    11. Boję się Ciebie! Straszny Dziadunio to przy tobie pikuś:P

      Usuń
    12. właśnie odkryłam "projekt-Kraszewski" i jestem w szoku. Wy to naprawdę czytacie...
      Czy projekt "Niestrawny Sienkiewicz" też jest? Idę szukać.

      Usuń
    13. nie, nie. serio jestem pełna podziwu, bo sama nie mam siły. stara baśń mnie zmaltretowała swego czasu i chyba nic mnie nie zmusi, by znów spróbować. Było ich trzech: Kraszewski, Sienkiewicz oraz Joseph Conrad, którzy mnie pokonali. Nie jestem w stanie przebrnąć :)

      Usuń
    14. Fatalnie, bo się właśnie rozkręca boom na Conrada:P

      Usuń
    15. ZWL: z ogłoszeniem boomu bym się wstrzymała, zobaczymy czy to nie będzie słomiany zapał:)

      zakurzona: ja też ich podziwiam! Wprawdzie poległam nie na "Starej baśni", lecz na "Historii prawdziwej o Petrku Właście, palatynie którego Duninem zwano" (nie, nie pokonał mnie już tylko tytuł, ale prawie:P), ale uczucia jak na razie żywię z grubsza te same. Do listy dorzuciłabym jeszcze Żeromskiego:)

      Usuń
    16. hihihi, ja sobie "nostromo" przywiozłam z domu rodzinnego, bo w co drugiej rozmowie w "Książki i ludzie" Conrad występował i uznałam, że może za młoda byłam wtedy... przywiozłam i leży. boję się zacząć :)

      Usuń
    17. Momarta: potrenowałaś na Rodziewiczównie, czas na jakiegoś lajtowego JIKa, niekoniecznie jakieś historyczne nudziarstwa:P

      Usuń
    18. zakurzona: bo Conrad to jednak chyba inna liga. "Nostromo" nie czytałam, ale parę innych owszem i było nieźle. Spróbuj, zwłaszcza że ostatnio jesteś ambitna lekturowo:))

      ZWL: już ustaliliśmy, że "Ulana" pasuje:) Tam zdaje się, że o miłości jest, ach!:P

      Usuń
    19. nienawidzę Was, wiecie?
      jutro idę do antykwariatu i będę Conrada jeszcze jakiegoś szukać. a miałam oszczędzać!
      :)))
      p.s. i nadal nie wiem jaką książkę mamie kupić. w miarę nową, żeby w empiku była.

      Usuń
    20. Zakurzona: Wiemy, pół świata nas nienawidzi, drugie pół uwielbia :PP A mamie kup pierwszy tom cyklu o Flawii de Luce:)

      Momarta: jasne, czekam niecierpliwie na wrażenia:)

      Usuń
    21. Nienawiść w gronie blogerów książkowych to powszechne uczucie, nie wstydź się go:)
      Conrada mogę Ci pożyczyć, jeśli chcesz oszczędzać finanse - mam "dzieła wszystkie", albo jakoś tak:)
      A, mama! Nawet miałam Ci coś napisać, ale zapomniałam, bo pytałaś gdy byłam ogarnięta życiowopracowym amokiem. Myślę, że Twoja jest w podobnym wieku co moja - podobała jej się nowa Rowling (choć miesiąc czy półtora po jej przeczytaniu nie potrafiła powiedzieć o czym była), a ostatnio Cherezińska z jej "Północną drogą". I Szczygielski! Z tego, co jej ostatnio podetknęłam najbardziej podobał jej się "Poczet królowych polskich"!

      Usuń
    22. ale jak pożyczysz, przecież gdzieś na końcu świata mieszkasz?
      wybierasz się do Wawy? :)
      no ja myślałam o "Trafnym wyborze", ale jak poczytałam tu i ówdzie to się przestraszyłam, że mi się matka zdołuje.

      Usuń
    23. A mama jest czytaczka ambitna, czy rozrywkowa? Bo jak rozrywkowa, to Farfocle namiętności Szczygielskiego są całkiem, całkiem:)

      Usuń
    24. ona jest raczej z tych ambitniejszych rozrywkowych. :)
      pamiętniki Żeromskiej, Wałęsową, "Gustaw i ja" Zawadzkiej - tego typu lektury ją cieszą.
      pójdę pogrzebać w biografiach pewnie, ale nic mi nie pasuje, jak przeglądam ofertę w sieci.

      Usuń
    25. Jak Wałęsowa i "Gustaw i ja", to kup jej tego Szczygielskiego, mówię ci! Moja dwie pierwsze też wchłonęła z ukontentowaniem, a dawno nie widziałam jej tak rozpłomienionej po lekturze, jak po Szczygielskim! Aha, i "Życie Pi" z tych nowszych też jej się podobało.
      Co zaś do pożyczania: Pocztą Polską wyślę, a jak będziesz nalegać, to InPostem też mogę:) Do stolicy na razie mi nie po drodze, z mojego końca świata bliżej do innej:)

      Usuń
    26. Wspomnienia Mazurówny, tylko te pierwsze, Burzliwe życie tancerki:P

      Usuń
    27. dobra, jutro wracając z antykwariatu pójdę sprawdzać w empiku jak się czyta Szczygielskiego. dzięki :)

      Usuń
  2. W czasach podstawówki byłam b. ciekawa, czemu Rodziewiczówna ma tak kiepską opinię (jako dziecko byłam poruszona przedwojennym filmem "Wrzos";)). Sprawdzałam na przykładzie m. in. "Strasznego dziadunia" i pamiętam tylko, że chciałam b. szybko skończyć tę powieść, żeby mieć ją z głowy. A dzisiaj widzę, że pani Maria przeżywa renesans i najwyraźniej ktoś te tomy kupuje, bo zapowiadane są kolejne wznowienia. Ciekawi mnie, czy rzeczywiście jest popyt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pacholęciem będąc przeczytałam co najmniej kilkanaście jej książek ("Wrzos" też) i wtedy mi się podobały. Nic jednak nie pamiętam.
      Co zaś do wznowień i tego, czy ktoś ją czyta: w pewnych kręgach jest na nią moda, bo jest w odpowiedni sposób patriotyczna i tradycyjna. A czy faktycznie czytają? Z niektórych recenzji wynika, że niekoniecznie:P

      Usuń
    2. Mnie chyba średnio się podobały, zbyt trąciły myszką.
      Patriotyczna, powiadasz. Od jakiegoś czasu to słowo niezbyt dobrze mi się kojarzy.;(

      Usuń
    3. Czytają, czytają... A w blogosferze niedawno powstał projekt "Alfabet Rodziewiczówny".
      Ciekawe, że w tym dekalogu Rodziwiczówna nawołuje do dobrego traktowania psów, kotów i wiewiórek, ale o dobrym traktowaniu chłopów nie wspomina. Słyszałam, że groził jej pobyt w areszcie za pobicie pastucha :)

      Usuń
    4. Czytanki.anki: trącą myszką niewątpliwie, ale to też może mieć przecież swój urok (choćby miał on się sprowadzać tylko do poszerzenia słownictwa:P)

      koczowniczka: rzuciłam okiem na ten projekt - wygląda nieźle, zwłaszcza że zdaje się nie być podporządkowany jakiejkolwiek tezie. Może się skuszę, zwłaszcza że potencjalnych lektur ci u mnie dostatek (lekko licząc mam 30-40 książek Rodziewiczówny).
      Z tego, co ja wiem o Rodziewiczównie (choć to wiedza niepogłębiona) wynikałoby raczej, że jej stosunek do chłopów był jak najbardziej pozytywny; może więc to zły pastuch był?:P

      Usuń
    5. O, słownictwo na pewno poszerza.;)
      Poza tym jest to jakiś znak czasów. Może z naszych Masłowskich i jej naśladowczyń też się będą naśmiewać za 100 lat.

      Usuń
    6. Ja już sobie sporo przyswoiłam: teraz na przykład uważam, że także i w mojej głowie zamieszkuje wyłącznie korowód jędz. Z tego powodu nie cierpię piątkowych wieczorów, najchętniej co tydzień bym się dezaktywowała, a dziś szczególnie:(
      Zastanawiałam się na jakie dziewiętnastowieczne zapotrzebowanie społeczne odpowiadał "Straszny dziadunio" (bo był podobno sukcesem) i nic nie mogę wymyślić. Myślisz, że Masłowska też się tak zestarzeje?

      Usuń
    7. Liczę na to, że Masłowska się nie zestarzeje. Jej naśladowcy - być może.;(
      Może Rodziewiczówna wpisywała się jakoś w nurt lit. ku pokrzepieniu serc i stąd to uderzanie w wysokie tony?

      Usuń
    8. Jak dotąd nadal nie przeczytałam niczego autorstwa Masłowskiej, więc nie będę się wypowiadać:)
      Co do Rodziewiczówny: w całokształcie twórczości pewnie się wpisywała - w tej jednak powieści chyba nie bardzo (miejscem akcji jest głównie Petersburg); tu raczej skupiła się na sławieniu określonych cech charakteru i postaw życiowych.

      Usuń
  3. tak sobie myślę, że może ona bardzo chciała dodać sobie powagi. wiesz, debiutująca kobieta, do tego młoda. musiała pisać o sprawach ważnych poważnie.
    poza tym jak sobie przypomnę jak patetyczne potrafiłam w tym wieku sama "polecieć"...
    poza tym, nie wiem czy się ze mną zgodzisz, ale u polskich autorów generalnie kiepsko z poczuciem humoru. a jeśli już się zdarza to raczej takie rubaszne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkiem to wszystko niewykluczone, dlatego też sama wspomniałam o tych jej ledwie dwudziestu latach:) Każdy jest wtedy patetyczny, choć ja swoje apogeum osiągnęłam chyba nieco wcześniej.
      Polski autor i poczucie humoru? Hm, to wymaga głębszego namysłu:P Faktycznie, nie jest to pierwsze skojarzenie jakie się nasuwa, choć parę chlubnych wyjątków by się znalazło.
      Nie wiem jak Ty, ale ja ostatnio coraz rzadziej śmieję się nad książką "dla dorosłych" (na szczęście czytam jeszcze te dziecięce i tylko dzięki temu jakoś się trzymam:P)

      Usuń
    2. nie ma humoru, nie ma.
      mam wrażenie, że polscy autorzy mają generalnie jakiś kompleks i im się wydaje, że jak chce się tworzyć "wielką literaturę" to trzeba z grobową miną. gdy mi się zdarzy przeczytać po polsku coś, w założeniu będącego powieścią "rozrywkową"(a zdarza się raz na kilka lat z reguły ;)), jest to z kolei przepełnione jakimiś karkołomnymi konstrukcjami. wiesz, coś w rodzaju babci która napada banki na rowerze i rzuca tortami, z których wyskakuje zielony króliczek i szpetnie przeklina. a na to zasmażka. żałosne próby rozbawienia czytelnika, bazujące na przekonaniu, że im więcej, tym lepiej.
      koszmar jakiś.
      marzy mi się polska książka, której nie da się czytać w komunikacji miejskiej bez wzbudzania sensacji niekontrolowanymi wybuchami śmiechu.

      Usuń
    3. Trochę generalizujesz, ale niech Ci będzie:) Taki jednak Lem na przykład - kompleksów zdecydowanie nie miał, a poczucie humoru i owszem. Zdecydowanie da się go jednak podciągnąć pod kategorię "wyjątki od reguły":(
      Z tych współczesnych i prześmiesznych - ostatnio czytałam to i dzięki Tobie wiem już, czego w tej książce brakowało, aby uczynić ją lepszą! Zielonego króliczka oczywiście! Fatalne niedopatrzenie:PP

      Usuń
    4. nie, no Lema nie można w tę dyskusję mieszać :)
      a zlinkowana recenzja boska, pamiętam ją.
      p.s. jak Wy robicie linki w komentarzach? na piechotę w html-u? <a href=""...itd?

      Usuń
    5. Lema trzeba mieszać, żeby nie podupaść na duchu!:)
      Ja linki robię na piechotę, tak jak napisałaś, ale tępa informatycznie jestem, więc może jest jakiś sprytniejszy sposób.

      Usuń
  4. Przyznam, że tytuł tej książki jest bardzo zachęcający ale nie... to nie moje klimaty.. Tak się zastanawiam przy okazji, czy Ty aby nie pobiłaś już jakiegoś rekordu jeśli chodzi o ilość komentarzy pod postami? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E, nie! Do rekordu to jeszcze daleko. Miło jednak, że w tym przypadku ilość idzie też w jakość:)
      A co do Rodziewiczówny: w wolnych chwilach zamierzam testować dalej, może więc klimat za którymś razem okaże się w sam raz?

      Usuń
  5. Niestrawna trójca? Kraszewskiego troszkę poczytałam. Nie jest to może mój ulubiony pisarz, ale daję radę. Sienkiewicza czytam z przyjemnością, a Conrada bardzo lubiłam czytać. To ja chyba jakaś DZIWNA jestem. Natomiast nie mogę strawić tych współczesnych pisarek od babskich czytadeł. Może to kwestia wieku? Późne dojrzewanie? A pewnikiem zmiana gustu, bo kiedyś czytywałam tego trochę i bez otrząsania się. Dziś budzi we mnie tego typu literatura wybuchy śmiechu w najmniej odpowiednich miejscach, jak nie przymierzając Dziadunio u Ciebie. Rodziewiczówna to dla mnie terra incognita, więc się nie wypowiem, choć pamiętam film Wrzos (bardzo się spłakałam)oraz Między ustami a brzegiem pucharu (bardzo piękny tytuł i sugestywny- między pragnieniem a spełnieniem). A jeszcze a propos dekalogu - bardzo mi się podoba punkt 5 (może pomijając kryminały, ale podobny zakaz wprowadziłabym i u siebie, zwłaszcza podczas świątecznych uroczystości, których głównym tematem jakoś dziwnie bywają choroby, zgony, tragiczne zejścia- wprost wymarzona sceneria do radosnego kontemplowania).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja Sienkiewicza nie lubię - "Krzyżacy" byli jedyną lekturą, której nie przeczytałam do końca. "Trylogię" przeczytałam z poczucia obowiązku (choć fragment o pogrzebie Pana Wołodyjowskiego chyba ze sto razy, za każdym razem tak samo zalewając się łzami:P), jedynie "Quo vadis?" jakoś dało radę, choć boję się teraz wrócić do tej książki, żeby się nie rozczarować.
      Na szczęście literatura jest tak bogata, że każdy może znaleźć w niej coś dla siebie, a że nie zawsze to samo, co podoba się większości? To wcale nie dziwne:))
      Punkt piąty dekalogu skojarzył mi się dokładnie z tym samym; w tym roku u mnie obyło się jednak na szczęście bez takich incydentów.
      Każdemu przydałoby się też, żeby wykuł na blachę przykazanie nr 7:))

      Usuń
    2. Krzyżaków to ja wcale nie czytałam, natomiast Trylogię jako dziewczę nastoletnie z wielką radością, a niedawno powtórzyłam sobie Pana Wołodyjowskiego i Quo vadis - i po latach wzbudzili także ciepłe uczucia. Bogactwo literatury pozwala na różnorodne odkrycia i zawody. Przykazanie 7 zawsze i wszędzie :).

      Usuń
    3. Ja Trylogię też jako nastolatka i chyba dobrze, bo potem w życiu bym samej siebie nie zmusiła. Zastanawiam się, jaki jest procent szans, że moje dzieci po nią sięgną i nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.

      Usuń
  6. I ja dotarłam tutaj śladem dziadunia :)
    Zaczęłam w pewnym momencie czytać Rodziewiczównę i czytam nadal, chociaż (jak wspomniałam u siebie na blogu) drażni mnie pompatyczność, dęcie w najwyższe tony, pisanie na krawędzi kiczu i grafomaństwa. Śmieszą mnie napuszone tyrady bohaterów i egzaltacja narratorki, też wcale nie w miejscach śmiesznych. Dlaczego więc się tak umartwiam? Po prostu szukam w jej powieściach opisu tamtych realiów obyczajowych, po których nawet śladu nie ma. A dodatkowo większość powieści to całkiem niezła fabuła.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziadunio, jak widać, ciągle w doskonałej formie i nadal sprytnie kieruje poczynaniami innych:)
      Fabuła niewątpliwie niezła - obfitująca w dramatyczne zdarzenia i zwroty akcji; czyta się to znakomicie i błyskawicznie!
      Nie wiem, czego ja będę szukać u Rodziewiczówny - najpewniej śladów zachwytów mojej babci, ale nie zamierzam poddać się bez walki:P

      Usuń
    2. A ja będę mogła wzbogacać Alfabet... :)

      Usuń
    3. Wybierając kolejny tytuł, sięgnę więc po dotąd nieużywaną literkę:)

      Usuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń