wtorek, 13 sierpnia 2013

K. Varga "Gulasz z turula", czyli co dymi w bográcsu

Na Węgry chciałam pojechać od dawna. No, może nie od zawsze, ale na pewno odkąd poznałam (osobiście) własnego męża oraz (telewizyjnie) Roberta Makłowicza (kolejność przypadkowa; mąż się nie obrazi, bo ma tak samo).
Potem poznałam (literacko) Krzysztofa Vargę. Coś silnie drgnęło, jednak nie od razu (mea culpa, mea maxima culpa!) skojarzyło z Węgrami.
Wreszcie udało mi się jednak połączyć jedno z drugim, a nawet i z trzecim. Oraz z czwartym.


„Gulasz z turula” to inny Varga niż ten, którego znam i wielbię. To nie Varga posługujący się barokowymi, rozbuchanymi frazami, „bulimik zdań długich, pokrętnych i zagmatwanych” (jak napisał o sobie w jednym z ostatnich felietonów w Dużym Formacie); to Varga skupiony i skoncentrowany, wyrażający się jasno i zwięźle, choć wciąż po vargowemu. Brzmi jak oksymoron, a jednak jest prawdą.

Gdyby Varga nie był Węgrem, nie napisałby takiej książki.
Gdyby Varga nie był Polakiem, ta książka byłaby zupełnie inna.
Gdybym nie przeczytała „Gulaszu…” przed wyjazdem, to byłaby zupełnie inna podróż.



Nie będę udawała, że poznałam Węgry i przez dziesięć dni, jakie tam spędziłam, nabrałam jakiejś niesamowitej wiedzy i doświadczenia. 

Owszem, w kategorii „jak przetrwać w ponad czterdziestostopniowym upale” zdobyłam szereg odznak, jednak w kategorii „co ty wiesz o tym kraju, bejbe” ciągle jestem w grupie tych, którzy za karę muszą szorować kible (nie zaszkodzi, notabene; im więcej nas będzie, tym lepiej dla Węgrów).


Ci wszyscy, którzy zaplanowali wyjazd na Węgry pełni radosnych myśli o „dwóch bratankach”, po przeczytaniu książki Vargi oklapną lub pognają do biurek, by sprawdzić, czy wykupili ubezpieczenie na wypadek rezygnacji z wyjazdu.
O ile bowiem oglądanie poświęconych Węgrom odcinków programu Roberta Makłowicza zaraża entuzjazmem, a roztaczane przez niego wizje rozkoszowania się darami węgierskiej kuchni wywołują ślinotok, o tyle czytanie Krzysztofa Vargi sprawia, że sama myśl o konieczności zjedzenia paprikás csirke lub pörkölta skutkuje natychmiastową niestrawnością. Zdaniem bowiem tego ostatniego, to właśnie węgierska kuchnia sprowadza na nieszczęsnych Madziarów ciążącą na ich kulturze i codziennym życiu depresję i melancholię. Jak pisze, jedzenie w tym kraju jest wręcz straceńcze i nigdzie nie je się większych niż tam porcji, nawet w Ameryce.

Książkę Vargi można potraktować jednak także jako znakomity przewodnik, mający inne tego typu wydawnictwa pod sobą.

Podczas bowiem gdy inni starają się przedstawić nam odwiedzane miejsca od ich jak najlepszej strony (nawet w sytuacjach, gdy takowej w rzeczywistości nie mają), Varga od początku nie szczędzi gorzkich słów prawdy.


W Keszthely stoją samotne pagody McDonaldów i nowo wybudowane stare gospody ze świeżym, równo przyciętym słomianym dachem, w który wbija się zgaszony neon Coca-Coli. Keszthely przypomina wystawę budownictwa na ulicy Bartyckiej w Warszawie, gdzie prezentują przykładowe domy do szybkiego montażu i ogrodowe altany. Wygląda tak, jakby zaraz mieli przyjść robotnicy i zdemontować szybko i sprawnie całe miasto.
Po przeczytaniu takich słów trudno jest spojrzeć na to miasto – jedno z największych nad Balatonem, słynne m.in. z przepięknego neobarokowego pałacu Festeticsów – okiem innym niż podejrzliwe.


Z drugiej jednak strony, Varga proponuje takie trasy wędrówek, których nie wskaże nam żaden przewodnik. Dotyczy to zwłaszcza Budapesztu, w którym dzięki niemu możemy (a być może mogliśmy, nie wiem, nie sprawdziłam) trafić do knajpy, w której obsłuży nas sobowtór Marlona Brando, odbyć podróż peszteńskim trolejbusem lub budzińskim niebieskim ikarusem, albo też odnaleźć miejsce, w którym podają najlepszą hurkę z musztardą, papryką, korniszonem i chlebem.

Myliłby się jednak ten, kto uznałby „Gulasz…” za książkę podróżniczą. Mądrzejsze ode mnie głowy stwierdziły, że najbardziej odpowiada ona formie eseju i trzeba przyznać im rację. Varga płynnie przesuwa się po miejscach, zdarzeniach, potrawach, nawiązując jednak przy tym szeroko i do literatury (ze wstydem wypisywałam kolejne nazwiska węgierskich pisarzy, o których nigdy w życiu nie słyszałam), i filmu oraz historii – tej odległej, ale i bardzo bliskiej. Dzięki temu, że przynajmniej połowicznie tkwi w węgierskiej rzeczywistości, potrafi rzucić na nią zupełnie inne światło.




Gdyby nie Varga, z pewnością nie zwróciłabym uwagi na miłego starszego pana, który wybrał się na wycieczkę statkiem, ubrany w t-shirt opatrzony nacjonalistycznymi napisami, żądającymi sprawiedliwości dla Węgier, której nie ma od czasu traktatu z Trianon.




Niewątpliwie, jeśli nie przeczytałabym wcześniej „Gulaszu…”, nie weszłabym do jednego ze sklepów na deptaku w Keszthely, w którym obok węgierskich strojów ludowych wisiały całkiem legalnie koszulki, także dziecięce, sławiące (do wyboru: po węgiersku, angielsku lub też przy użyciu pisma runicznego) wielkość węgierskich przodków – poczynając od Atylli, skończywszy zaś na tych, którzy w latach 1944-45 dzielnie walczyli u boku niemieckich żołnierzy. Obecność wiszących tuż obok t-shirtów z napisami „white power” lub krzyżem celtyckim, nie mogła już w takiej sytuacji bardziej zszokować.

To Węgry, których nie widać, gdy podróżuje się typowymi turystycznymi szlakami, gdzie niemal wszyscy napotkani autochtoni bez problemu posługują się językami obcymi (niemieckim i angielskim, z naciskiem na ten pierwszy, o francuskim należy zapomnieć, prędzej dogadamy się po polsku, na pewno zaś nie po węgiersku – pierwszy raz w życiu doświadczyłam istnienia tak potwornej i nieusuwalnej bariery językowej), choć ewidentnie przywołanie na twarz sympatycznego uśmiechu przychodzi im z wyraźnym trudem. Nie mam przy tym na myśli wyłącznie pań w średnim wieku pracujących w sklepach popularnej sieci Coop (wypisz, wymaluj, jak panie z naszych sklepów Społem), ale wszystkich, niemal bez wyjątku. Młodzi czy starzy, w sytuacjach sympatycznych lub denerwujących, bez znaczenia, na uśmiech nigdy nie odpowiadali tym samym.

Węgierska dusza jest praprzyczyną wszelkich nieszczęść, a ogólna narodowa dusz-ność objawia się w jedzeniu. Węgry to duszny kraj. Mały i nizinny, otoczony górami sąsiednich państw, które to góry kiedyś były węgierskie i Węgrzy nigdy nie pogodzą się z ich utratą. (…) To położenie w Basenie Karpackim powoduje, że na płaskich Węgrzech osiada specyficzny smog: mieszanka stęchłego powietrza, zapachów z kuchni oraz alkoholowych wyziewów. To smog nostalgii, który zalega nad miastami i wsiami, wije gniazda w budapeszteńskich domach i snuje się swobodnie nad Wielką Nizina. Węgry to pole walki turula ze smogiem nostalgii.

Dwie rzeczy są jednak pewne.
Varga, wbrew temu co mogłoby wydawać się na pierwszy rzut oka, naprawdę kocha Węgry.
Ja zaś jeszcze tam wrócę.


Krzysztof Varga „Gulasz z turula”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008. 

66 komentarzy:

  1. Pamiętam, że mnie "Gulasz..." przygnębił, choć czytałam go w przyjemnych okolicznościach. Ale wątpliwości nie mam: Varga Węgry kocha, Polskę zresztą też, choć mogą to być miłości nieodwzajemnione.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daj spokój - ja czytałam krótko przed wyjazdem i naprawdę plułam sobie w brodę, że wpadliśmy na taki głupi pomysł, aby tam jechać! Na szczęście już po upływie paru dni zaczęła mi się zmieniać perspektywa, a teraz mam coraz większą ochotę, żeby przeczytać książkę jeszcze raz, póki moje wrażenia z podróży są jeszcze w miarę świeże.
      Polska z pewnością miłość Vargi odwzajemnia, natomiast nie ręczę za uczucia Prawdziwych Polaków:P

      Usuń
    2. Myślisz, że odwzajemnia? Nasi niżej podpisani koledzy Vargi nie czytają, nie pojmuję, jak to w ogóle możliwe!;) A tak na serio - KV ma b. zróżnicowany "elektorat", na spotkaniu autorskim widziałam czytelników w wieku 30-45 lat i równie liczną grupę seniorów. Z wypowiedzi wynikało, że wręcz go uwielbiają.;)

      Usuń
    3. Mam na myśli Polskę metaforyczną - piękną kobietę z poczuciem humoru. Nie powiesz mi przecież, że takowa nie odwzajemnia, prawda?:PP
      Koledzy, ach, koledzy, dajmy im szansę, jeszcze kiedyś do Vargi dojrzeją:)

      Jak pokazują zdjęcia zamieszczone tutaj (swoją drogą, znakomity blog dla kogoś zainteresowanego tematyką węgierską), taki przekrój wiekowy zdarza się także na spotkaniach poza granicami kraju.

      Usuń
    4. Kolega Bazyl chyba już dojrzał, a mnie się nie chce:P Chyba że mi coś samo w ręce wpadnie, ale i tak Harry Potter rules do końca sierpnia co najmniej:P

      Usuń
    5. Jeśli Ci się nie chce, to znaczy że nie dojrzałeś, i tyle. Ja np. nie dojrzałam do HP, bo postanowiłam najpierw - niejako chronologicznie - nadrobić inny karygodny brak lekturowy w postaci "Opowieści z Narnii". Zajmie mi to chyba jednak więcej niż do końca sierpnia, bo najpierw zadałam to Starszemu do samodzielnego czytania i cosik utknął:(

      Usuń
    6. Może i faktycznie jestem niedojrzały literacko:P Z Narni czytałem jakieś dwa przypadkowe tomy, jestem daleki od zachwytów, więc się Starszemu nie dziwię. HP ma większy potencjał:D

      Usuń
    7. Ja przeczytałam tom pierwszy i bardzo mi się podobał. Z dalszymi czekam na Starszego, ale czuję że z powodu niecierpliwości mogę pęknąć i przeczytać z nim ten pierwszy tom... HP może i ma potencjał, ale najpierw klasyk, potem naśladowcy, ot co!

      Usuń
    8. Przeczytaj oba cykle, a potem zeznaj, cóż to za naśladownictwa są u Rowling, bo jako żywo żadnej szafy tam nie ma, tylko schowek na szczotki pod schodami:P

      Usuń
    9. O ideę idzie, nie zaś o szczegóły. Choć oczywiście, rozumując w ten sposób i C.S. Lewisa można zaliczyć do naśladowców - takiej Nesbit chociażby (właśnie głowię się, jak tu wcisnąć w grafik lekturę "Feniksa i dywanu", bo jakoś stęskniłam się za Piaskoludkiem).

      Usuń
    10. No, przy takim podejściu jako dzieło oryginalne ostanie się egipska Księga zmarłych i być może kodeks Hammurabiego:P Rozumiem, że ogólna idea brzmi: książka o dzieciach, które mają przygody? :P

      Usuń
    11. Kodeks Hammurabiego może i oryginalny, ale archaiczny, przynajmniej dopóki nie zrobią czegoś z prawami człowieka:P
      Co do reszty zaś, nie przesadzaj, wiesz przecież o co mi chodzi. Oczywiście, jeśli chcesz uporczywie twierdzić, że pani Rowling jest pierwszą osobą, która wpadła na pomysł żeby napisać o dzieciach i magii, to nie będę rzucać się pod Twe nogi, niczym Rejtan. Zwłaszcza że nie dysponuję stosownym giezłem:P

      Usuń
    12. Chciałem wykazać, że przy tak ogólnie zarysowanej idei (dzieci plus magia) możemy dojść do absurdu. Czy wszyscy, którzy pisali o sierotce, naśladowali siebie nawzajem? Jednym wyszła z tego dziewczynka z zapałkami, a innym Ania Shirley:P Jeśli więc mamy mówić o naśladownictwach, to proponuję wejść szczebel wyżej na drabinie szczegółowości:D
      Giezło, w razie potrzeby, możesz skombinować z prześcieradła lnianego, ewent. z kory :P

      Usuń
    13. Manifestum non eget probatione, więc nie przekonuj mnie do tego, o czym wiem. Ja przeczytam Narnię, a potem HP, a Ty odwrotnie i zobaczymy co nam z tego wyjdzie, ok?
      Prześcieradeł lnianych nie posiadam, zaś z kory jedno, jednak opatrzone nieprzyzwoitymi rysunkami Mleczki. Zapomnij o Rejtanie!:P

      Usuń
    14. "Ignacy, ty do mnie nie gadaj po łacinie, bo ja i tak wszystko rozumiem", że pojadę klasykiem. Ja już dwa tomy Narni mam za sobą i uważam je za dość infantylne nudziarstwo, teraz Twój ruch :P Giezło w Mleczkę miałoby swój smaczek, nie zarzucaj tego pomysłu :D

      Usuń
    15. Mi tam wszystko jedno co sądzisz o Narnii, a że ostatnio zdiagnozowano mnie psychologicznie jako "niezależną od pola", to tym bardziej:P
      Jeśli zaś o giezło idzie, nie wiem czy na pewno wiesz, o czym mówisz? Dodam tylko, że mam starszą wersję, jeszcze bardziej sprośną.

      Usuń
    16. Odpowiednio udrapowane, rysunki nie rzucałyby się w oczy:P I proszę mnie tu nie straszyć diagnozami. Rozumiem, że konceptualizację masz ekskluzywną?

      Usuń
    17. E, a ja myślałam że chodzi o to, aby się rzucały:P
      O konceptualizacji jeszcze nic nie wiem, ale napiszę jeszcze kilka postów, to może się dowiem:)

      Usuń
    18. Rzucać masz się Ty, jak Rejtan, a nie obrazki:D Spokojnie, rozwijaj się, dokształcaj :D

      Usuń
    19. Ostatnie zdanie jest niczym protekcjonalne poklepywanie po ramieniu, ale będę mimo to i i tak się rozwinę, o!:P

      Usuń
    20. Złośliwie to ja napiszę analizę porównawczą Opowieści z Narnii i Harry'ego Pottera, w której wykażę wyższość pierwszego cyklu nad drugim, po czym zablokuję możliwość komentowania!:D

      Usuń
    21. Właściwa Ci niezależność od pola nie pozwoli Ci tego uczynić:P

      Usuń
    22. Ha! - zakrzyknęła szyderczo, po czym - owinąwszy się w giezło z kory - odeszła w ciemność, złośliwie chichocząc.

      Usuń
    23. Każdy ma taką Bukę, na jaką zasłużył!:P

      Usuń
    24. @ momarta

      Zaraz, zaraz - chyba nie dyskryminujesz Polek o urodzie mniej rzucającej się w oczy?;) One też na pewno kochają Vargę.
      Swoją drogą chciałabym usłyszeć KV mówiącego po węgiersku.;)

      Usuń
    25. czytanki.anki: to była taka figura stylistyczna, w której czytająca miała odnaleźć siebie, ech! Człowiek tu żyły wypruwa, by zadowolić czytelników, a ci z pretensjami!:P
      Ja na razie muszę ochłonąć po nadmiarze węgierskiej mowy wokół, ale umiejętności porozumiewania się z tamziemcami w ich języku okrutnie Vardze zazdroszczę.

      ZWL: doprawdy, nie wiem czy zgrozą przepełnia Cię to, że zasłużyłeś na taką akurat Bukę, czy też to, że inni - biedactwa - muszą radzić sobie tylko z tą oryginalną?:P

      Usuń
    26. Rozumiem, rozumiem.;) Na szczęście większość Polek to naprawdę ładne kobity.;)

      Usuń
    27. Oryginalną Bukę zawsze lubiłem i nawet jej, biedaczce, współczułem.

      Usuń
    28. czytanki.anki: No właśnie! Wystarczy spojrzeć w lustro, nieprawdaż?:))

      ZWL: Moje uczucia wobec Buki są niestety bardziej sztampowe: bałam się jej jak cholera!:P Ale nie jestem "muminkowa", więc pewnie nie jestem też miarodajna. Nie mogę się nawet zmusić, by zaatakować Muminkami własne dzieci:(

      Usuń
    29. Starsza swego czasu grzecznie wysłuchała całości w moim wykonaniu, ale sama nie sięga:P Ja widocznie jestem bardziej empatyczny wobec potworów, wkurzało mnie, że Buka została pozbawiona zawartości kuferka przez Topika i Topcię :D

      Usuń
    30. Ja kiedyś próbowałam z "Opowiadaniami z doliny Muminków", ale zostałam zaziewana i zaprzestałam:P
      Topik i Topcia? Coś mi świta, ale słabo.

      Usuń
    31. Topik i Topcia: http://img855.imageshack.us/img855/846/2h38v2p.png
      Czas na powtórkę :)

      Usuń
    32. Nie denerwuj mnie z tymi powtórkami - dziś oglądając u rodziców półkę ze swoimi książkami, stwierdziłam że to w zasadzie już czas na Tomka Sawyera, Verne'a, May'a, Szklarskiego, Nienackiego i szereg innych. Nie wspomnę o nowościach. Gdzie ja tu wcisnę Muminki???

      Usuń
    33. Wywal z listy nowości i tak w większości przypadków okazuje się, że nie było warto:P

      Usuń
    34. A guzik prawda! Czytamy teraz "Ucieszki Cieszka" i bardzo nam się podobają. A Beręsewicz? A Wechterowicz? O nie, nie!

      Usuń
    35. I tam, książeczki dla dzieci się nie liczą:P Wykreśl ze dwa dzieła dla dorosłych i z głowy:P

      Usuń
    36. Patrzę na moje półki i patrzę, i widzę, że z nowości to mam chyba tylko Eugenidesa (choć on nowością był parę miesięcy temu, a teraz jest przebrzmiałym starociem) i Rowling (jak wyżej). Czarno widzę to wykreślanie:(

      Usuń
    37. Na pewno coś znajdziesz, kwestia motywacji:P

      Usuń
    38. No. A w przypadku Muminków nie jest ona - jak uważni czytelnicy mogli się już domyśleć - zbyt duża:P

      Usuń
    39. Nie wykluczam, ale póki co - będę z nim żyć.

      Usuń
  2. Dla odzyskania duchowej równowagi i wiary w polsko-węgierskie braterstwo powinnaś przeczytać klasyk pt Trójkolorowa kokarda pani Chamiec. A tak to zatrułaś się jakimiś miazmatami :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klasyka chyba nie znam, ale wątpię abym pragnęła poznać. A o żadnych miazmatach nie może być mowy; to tylko prawda, a ona podobno nas wyzwoli!:P

      Usuń
    2. Jakiś przekręt z tą prawdą:P Klasyka to ja sobie w takim razie wyciągnę i odświeżę, kiedyś:)

      Usuń
    3. Czekam więc z niecierpliwością. Obawiam się jednak, że skoro do Wiosny Ludów nigdy nie żywiłam głębszych uczuć, to pewnie nie poczuję ich także wobec książki, nawet znakomicie zrecenzowanej:PP

      Usuń
    4. Oni walczyli za wolność naszą i waszą, a Ty tak bez żadnych uczuć? Nieładnie. A książkę pamiętam jako średnio pasjonującą, za to miała przydatny słowniczek z zasadami wymowy węgierskiej:P

      Usuń
    5. Za moją nie, aż tak stara nie jestem!:P
      Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy uważacie, że jakikolwiek słowniczek pomoże w nauce wymowy węgierskich słów. Ja od dziesięciu dni trenuję wyłącznie wymawianie nazwiska "Szabo" (nie umiem w komentarzu wstawić tej kreski nad "a") i za każdym razem wychodzi mi inaczej:(

      Usuń
    6. Nawet się nie łudzimy, że w czymkolwiek pomoże. A Szabo to nie ma przypadkiem kreski nad o?

      Usuń
    7. A owszem, nad "o", nie nad "a". To (u mnie) się chyba nazywa galopująca skleroza?

      Usuń
    8. Bądźmy wyrozumiali: zwykły brak pamięci wzrokowej :)

      Usuń
    9. Co jak co, ale pamięć wzrokową mam doskonałą! Zdaje się jednak, że muszę zacząć używać tego zdania, używając czasownika w czasie przeszłym...

      Usuń
    10. Wszystko w końcu przemija, że pojadę pogłębioną refleksją egzystencjalną...

      Usuń
    11. Mimo wszystko, wolałabym żeby najpierw przeminęło co innego. Paru kandydatów by się znalazło.

      Usuń
    12. Parę innych braków też mam, bez przesady:P

      Usuń
  3. Mam "Gulasz ..." na kindlu i nie zawaham się go "połknąć za jednym zamachem". Nawet jeśli to wielce schematyczne :) Będzie to mój pierwszy kontakt z Vargą (tak, wiem jak to brzmi) i jak się spodoba, to mam w zapasie "Polska mistrzem Polski" :D
    PS. Dzięki za trop, bo dziś szwendałem się po biblio i wyszedłem z pustymi ręcami. No nic do mnie nie mówiło. Jedynie Cornwell szeptał, ale cholernie cicho :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawaj, dawaj, od Was tam baaardzo blisko, może pękniesz w swoim zamyśle niejeżdżenia na wakacje po wsze czasy!:P A i ceny bardzo przystępne (w zasadzie jak polskie).
      Mój kontakt z Vargą to też w zasadzie tylko felietony; "Gulasz" jest zaledwie drugą jego książką, którą przeczytałam, ale będzie więcej.
      A schematyczna to będzie recenzja, którą ktoś napisze, próbując nie użyć żadnego ze zwrotów wymienionych w podlinkowanym przez Ciebie tekście:)

      Usuń
    2. Namówiłaś mnie :) A moje związki z Węgrami, to obiad w węgierskiej knajpie po zdanym egzaminie z matmy oraz wspomnienia teścia mojej kuzynki, który pracował tam na budowie za starych czasów. Jest więc co zgłębiać i nadrabiać.
      PS. Jestem gdzieś w połowie i z niepokojem stwierdzam, że wiedza nieużywana wietrzeje w tempie zastraszającym. Historię Europy Środkowej i Wschodniej zdałem na 4, a dziś z trudem przypominam sobie kto zacz Nagy czy Kadar :(

      Usuń
    3. Moje związki chyba jeszcze mniejsze: ze dwa razy dostałam od kogoś kartkę z Budapesztu, i tyle...
      PS. Miałam tak samo, choć w programie moich studiów nie było takiego przedmiotu jak u Ciebie, więc mogę się zgrabniej usprawiedliwiać. W każdym razie, o ile o Kadarze czy Nagy'm kiedyś słyszałam, o tyle już umiejętność usytuowania w czasie większości przywoływanych w książce zdarzeń historycznych okazała się przed lekturą całkowicie poza moim zasięgiem:(
      Pocieszam się jednak tym, że Węgrzy wiedzą o Polsce mniej więcej tyle samo co my o Węgrzech. Sprzedawca dmuchanych materacy z dumą oznajmił mi: "Scecin? Ja, ja, Mazury, ich weiss!":P

      Usuń
  4. Biore :-))). "Trociny" mnie wprawdzie do Vargi na dluuugo zniechecily, ale "Gulasz..." wyglada na bardzo w moich klimatach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się Varga podoba, nawet jak mi się nie podoba, taka dola zaślepionej fanki:P "Trociny" miały pójść na następny rzut, więc nie strasz, proszę!

      Usuń
  5. Vargę czytam od zawsze, jest doskonały. Za "Gulasz..." dostało mu się od wielu czytelników, choć ja osobiście nie wiem, dlaczego. To smutna książka, a nie pastwienie się nad krajem przodków. Varga jest fantastycznym obserwatorem, świetnym pisarzem i tego mu odmówić nie można.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z ostatnim zdaniem w pełni się zgadzam. A książka raczej dołująca niż smutna, moim zdaniem - na tyle, na ile jestem w ogóle w stanie to ocenić, nie będąc ani w kawałku Węgierką - całkiem jednak prawdziwa. I za to właśnie oberwał, jak sądzę.

      Usuń