sobota, 25 sierpnia 2018

M.Szymaniak "Urobieni", czyli reportaże, które spłyną szybciej niż pracowniczy pot


Dawno, dawno temu dziwiłam się rozpaczy ludzi, którzy zostali uznani za zdrowych. Wydawało mi się bowiem wówczas, że chyba dobrze jest dowiedzieć się, że nic poważnego człowiekowi nie dolega.

Ponieważ jednak rzecz nie działa się w odległej galaktyce, lecz na polskiej ziemi, po niedługim czasie nie tylko przestałam się dziwić, ale i zaczęłam szczerze kibicować wszystkim próbującym udowodnić, że są ludzkimi wrakami.
Stan ten trwa nadal; najbardziej cieszę się zaś, gdy razem z nimi odkryję, że są chorzy psychicznie, mają ciężką postać padaczki lub też dotknęła ich ślepota.

Powyższe nie świadczy bynajmniej o moim zezwierzęceniu, lecz wyłącznie o dobrej znajomości krajowego rynku pracy. Na tym bowiem liczą się wyłącznie ciężko chorzy, najlepiej niezdolni z tego powodu do samodzielnej egzystencji.
W internecie pełno jest ogłoszeń podobnych do tego zacytowanego niżej:

Zatrudnimy na pełen etat osobę na stanowisko kierowca, pracownik rozlewni gazu i stacji LPG.

Osoba zatrudniona na tym stanowisku będzie odpowiedzialna za dostawy towaru do wyznaczonych miejsc, napełnianie butli, tankowanie aut, ewidencję sprzedaży.
Wymagania:
• Przynajmniej podstawowa znajomość obsługi komputera,
• Umiejętność organizacji czasu pracy,
• Prawo jazdy kat B, doświadczenie w prowadzeniu samochodów,
• Wysoka motywacja do pracy,
Mile widziane osoby z umiarkowanym lub znacznym stopniem niepełnosprawności.

Gwoli wyjaśnienia: zgodnie z definicją ustawową, do znacznego stopnia niepełnosprawności zalicza się osobę z naruszoną sprawnością organizmu, niezdolną do pracy albo zdolną do pracy jedynie w warunkach pracy chronionej i wymagającą, w celu pełnienia ról społecznych, stałej lub długotrwałej opieki i pomocy innych osób w związku z niezdolnością do samodzielnej egzystencji.
Z kolei do umiarkowanego stopnia niepełnosprawności zalicza się osobę z naruszoną sprawnością organizmu, niezdolną do pracy albo zdolną do pracy jedynie w warunkach pracy chronionej lub wymagającą czasowej albo częściowej pomocy innych osób w celu pełnienia ról społecznych.

Bardziej istotne jest jednak to, że za każdą taką osobę PFRON płaci pracodawcy 1800 zł – jeśli zatrudniona osoba jest niepełnosprawna w stopniu znacznym lub też 1125 zł w związku z zatrudnieniem pracownika o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności. Kwoty te mogą zostać podwyższone o 600 zł, jeśli niepełnosprawność jest spowodowana m.in. chorobą psychiczną, epilepsją czy utratą wzroku. Zatrudnienie osoby tylko lekko niepełnosprawnej jawi się więc w tym kontekście jako zupełnie nieopłacalne – PFRON płaci bowiem za nią tylko 450 zł. O zdrowych nie warto nawet wspominać. Bycie zdrowym kandydatem na pracownika to w Polsce prawdziwe nieszczęście.
Bez znaczenia jest przy tym to, że być może, obiektywnie rzecz biorąc, osoba niezdolna do samodzielnej egzystencji nie jest najlepszym kandydatem do pracy przy przewożeniu i napełnianiu butli z gazem. Pracodawca jest bowiem z pewnością dobrze ubezpieczony od ewentualnych następstw nieszczęśliwych wypadków, a już w trakcie sprzątania po wybuchu  będzie mógł przebierać w kandydatach na następcę świętej pamięci niepełnosprawnego nr 1.

Dawno, dawno temu, tj. na początku tego wieku, gdy zaczynałam zajmować się polskim rynkiem pracy w praktyce, dziwiłam się bardzo wielu rzeczom i zjawiskom. Teraz, blisko dwie dekady później, jestem mądrzejsza o tyle, że wiem, że nie istnieje takie świństwo, którego polski pracodawca nie byłby gotów popełnić. Jedyne co mnie jeszcze niekiedy dziwi, to brak śladów jakiejkolwiek refleksji u osób traktujących podwładnych jak podludzi. Ale pomału przywykam i do tego.


Zbiór reportaży o pracy „Urobieni” to historie osób pracujących w Polsce, zanotowane bez zdziwienia przez Marka Szymaniaka. W kolejnych rozdziałach swojej książki w zasadzie beznamiętnie prowadzi on czytelnika przez kolejne historie ze świata polskiej pracy. Szereg osób: kobiet i mężczyzn, młodych i starszych, podzieliło się z nim swoimi, zazwyczaj nader gorzkimi, doświadczeniami. Poruszone zostaną tematy przekształceń polskiego rynku pracy, wypaczeń w systemie zatrudniania osób niepełnosprawnych, pracy w oparciu o tzw. umowy śmieciowe, zatrudniania pomocy domowych, sytuacji pracujących w Polsce Ukraińców. Mowa też będzie o systemach sprzedaży bezpośredniej, molestowaniu seksualnym w pracy, emigracji zarobkowej, korporacjach, problemie braku czasu wolnego od pracy, marginalizacji związków zawodowych. Wreszcie, w ostatnim rozdziale, niczym chusteczka podana dla otarcia łez, pojawi się też głos tych, którym się udało.

Z całym szacunkiem, ale nic nowego, nie tylko dla kogoś, kto jak ja, wysłuchał i wysłuchuje nadal setek takich historii, ale i dla większości potencjalnych czytelników tego zbioru. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można bowiem założyć, że po książkę wydaną przez Wydawnictwo Czarne, napisaną przez autora, który dotychczas publikował wyłącznie w mediach kojarzonych z jedną stroną obecnej sceny publicznej w Polsce (TVN24, Gazeta Wyborcza, Newsweek), sięgną raczej tylko czytelnicy o określonych poglądach, którzy o wszystkich omawianych przez Szymaniaka problemach już czytali, właśnie na łamach przywołanych mediów. Nie sposób też nie zauważyć, że wezmą ją do ręki tylko ci, którzy w ogóle czytają cokolwiek innego niż raporty giełdowe. Krąg zainteresowanych wydaje się więc być nader wąski.

Autor nie udaje zresztą, że odkrywa Amerykę; każdy rozdział kończy swego rodzaju podsumowaniem czy wyjaśnieniem, obficie korzystając (co uczciwie wyjaśnia w obszernej bibliografii) z szeregu artykułów publikowanych na łamach papierowych czy internetowych wydań…, tak, głównie Gazety Wyborczej i TVN24. Podpiera się także często poglądami nieco starszego kolegi, Rafała Wosia, który jednak od lat konsekwentnie podąża własną drogą i którego zakres poszukiwań znacznie wykracza poza dobrze mu znane, bezpieczne miejsca.

Nie piszę tego bynajmniej, by z gruntu krytykować Marka Szymaniaka. Przeciwnie, doceniam, że napisał przyzwoite reportaże, wykonał solidną pracę, powściągnął naturalne w przypadku takich tematów skłonności do grania na tanich sentymentalnych nutach i w ogóle wydaje się być bardzo przejęty. Z całym jednak szacunkiem, ale to za mało.
Nie widzę szans, by ta książka zapoczątkowała jakiś przełom w myśleniu o pracy w Polsce. Aby otworzyła komukolwiek oczy. Ci, którzy kiedyś nie wiedzieli, dowiedzieli się już dawno. Jeśli chcieli, zrobili z tej wiedzy użytek. Albo po prostu przyjęli do wiadomości, tak jak przyjmą do wiadomości istnienie tej książki. Przeczytają, może i nawet wzruszą się lub oburzą, po czym odłożą na półkę.
Pozostali pozostaną przy swoich poglądach. Chociażby takich, jakie wyłożył w ostatnim numerze „Dużego Formatu” (dodatku do – a jakże! – Gazety Wyborczej) człowiek sukcesu, milioner, Bogusław Filipiak.


„Dziś na rynku pracy nie ma żadnego wyzysku pracowników. (…) Dziś to pracownik jest panem i nie da się wyzyskiwać. I wcale nie mówię o informatykach czy menedżerach po Harvardzie. Myślę o hydraulikach, stolarzach, cieślach, itd. Zresztą o wszystkich ludziach, którym chce się pracować.
Jeżeli masz ochotę pracować, możesz pojechać do Niemiec zbierać szparagi i zarabiać dobre pieniądze. Czy jesteś wyzyskiwany? Nie. Zarabiasz dużo więcej niż w Polsce Jeśli chcesz pracować, możesz w Szwajcarii za dobre pieniądze kosić trawę. Czy jesteś wyzyskiwany? Nie.(…)
A co z pensjami nauczycieli, pielęgniarek czy ratowników medycznych?
Powtarzam: każdy, kto nie jest zadowolony ze swojej pensji, za granicą może zarobić więcej.
Pewnie zaraz pan nas przekona, że pani sprzątajaca też może dyktować warunki pracodawcy?
A jak?! Pani sprzątająca też nie da się wyzyskiwać, bo jak w Polsce będzie dostawała grosze, to wyjedzie za granicę. (…)
Szwajcarzy nie wpuszczą pracownika z Polski.
Na 90 dni można przyjechać do pracy.
I co ma zrobić ta kobieta po 90 dniach?
To niech jedzie do Anglii czy Niemiec. Tam też dobrze zarobi.
Dla pana to takie łatwe. Spakować się i wyjechać. A jak ktoś tu ma rodzinę, dzieci? Wolałby w Polsce godnie zarabiać i z rodziną mieszkać?
Ja tylko mówię, że pracownicy mają wybór. Chcą zarobić więcej, mogą wyjechać. Pasuje im to, co jest, mogą zostać w kraju.”

Cyniczny czy arogancki? Może jedno i drugie, a może żadne z nich. Nie wiem czy pan Filipiak cokolwiek czyta. Jeśli jednak sięgnie po „Urobionych”, nie wątpię, że nic z nich nie zrozumie. Bo nie chce rozumieć. A to tacy jak on dyktują dzisiaj warunki na rynku pracy.
Tak więc, szanowny autorze, panie Marku Szymaniaku, mam dla pana złą wiadomość. Chyba urobił się pan bez sensu.

Marek Szymaniak „Urobieni. Reportaże o pracy.” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.
Dziś pracownik jest panem – z Januszem Filipiakiem rozmawiają Leszek Kostrzewski i Piotr Mączyński. „Duży Format”, 20.08.2018 r., nr 32/1297.

sobota, 28 lipca 2018

R.Monforte "Rosyjska namiętność" i T.Révay "Biała wilczyca", czyli w drodze na listy bestsellerów


Gdybym chciała zostać bohaterką bestsellerowej powieści dla kobiet, musiałabym:
a)  być piękna i młoda, przynajmniej na początku historii (powiedzmy, że, patrząc retrospektywnie, dałoby się załatwić);
b)  łamać męskie serca na prawo i lewo (zdarzyło się, nie raz, że tak nieskromnie wyznam);
c)    mieć silny charakter (ho, ho! co jak co, ale ten warunek spełniam z naddatkiem);
d)    żyć w przełomowych czasach (zdaje się, niestety, że się udało).

W związku z przejściem wstępnej selekcji, niniejszym zaczynam (przydałoby się zarobić trochę kasy) od szkicu, gdyż będąc znakomitą główną bohaterką, postanowiłam napisać bestsellerową, adresowaną do kobiet, autobiografię.

Opiszę w niej najpierw swoje bajeczne dzieciństwo, dyskretnie akcentując odebrane staranne i wszechstronne wykształcenie, następnie wstawię pierwszy wątek dramatyczny (jeszcze się nie zdecydowałam czy będzie to gwałtowny zwrot akcji jak śmierć ukochanego dziadka i choroba babci-staruszki, zmuszająca mnie do porzucenia dotychczasowego wygodnego życia i skupienia się na zmianie pieluch i opatrywaniu odleżyn (główna bohaterka bestsellerowej powieści dla kobiet w niczym nie prezentuje się lepiej niż w skromnym białym fartuszku, ze znakiem czerwonego krzyża na piersi!), czy może wzmianka o szeregu drobniejszych niepowodzeń typu oblany egzamin wstępny na studia i wykrycie przez jednego narzeczonego, że jednocześnie spotykam się z drugim, co doprowadzi do braku jakiegokolwiek narzeczonego). Potem przyjdzie czas na długi (bo bestsellerowa powieść dla kobiet musi liczyć sobie najmarniej 450 stron!) opis życiowej stabilizacji u boku, lub nie u boku, jeszcze się nie zdecydowałam, Ukochanego. Ukochany jest w tym przypadku figurą kluczową, bez Ukochanego nie ma bestsellerowej powieści dla kobiet. Ukochany może tkwić u boku, wierny jak pies, ewentualnie może ranić na wskroś. Ważne jest jednak, by był. Następnie przyjdzie czas na podkręcenie dramatyzmu. Najlepsza byłaby wojna, ta sprawdza się znakomicie, jednak zdecydowawszy się na powieść autobiograficzną i nie chcąc wywoływać wilka z lasu, aczkolwiek las tuż za progiem, poprzestanę może, sama nie wiem jeszcze na czym. Ważne, by opisać główną bohaterkę na tle dramatycznych wydarzeń, którym – a jakże! – będzie mogła bohatersko stawić czoła. Nie złamie jej nikt i nic, zawsze wierna sobie i Ideałom (kto wie, może jakaś dotacja z któregoś z Narodowych Centrów wpadnie, oni lubią bohaterów-zawsze-niezłomnych), aż do śmierci. Śmierci nie należy jednakże opisywać, to zarzyna znoszącą złote jajka kurę.
Ważnym elementem szkicu jest też tytuł i okładka. Tytuł musi chwytać za serce, niedwuznacznie sugerując czego można się spodziewać. Nieważne czy ma sens, czy nie, ważne by chwytał. Coś w stylu „Polska namiętność” albo „Wielki biały romans” (słowa klucz, z myślą o Centrach Narodowych i ich dotacjach, ach, jaka jestem sprytna!). Do tego mgliste zdjęcie młodej kobiety, wpatrującej się rozmarzonym spojrzeniem prosto w obiektyw. Najlepszy byłby słowiański typ urody, najważniejsze jednak, by była młoda, piękna i mglista.
Och, co to będzie za bestseller!

W ostatnim czasie przeczytałam dwie, napisane z myślą o czytelnikach płci żeńskiej, książki: „Rosyjską namiętność” Reyes Monforte i „Białą wilczycę” Theresy Révay.

Po pierwszą sięgnęłam dlatego, że lubię muzykę Prokofiewa i wydawało mi się, że powieść opowiadająca historię jego pierwszej żony, Liny, dramatyczną skądinąd i bez koloryzowania, pozwoli mi spojrzeć na twórczość tego kompozytora z całkiem innej perspektywy.

Po drugą, gdyż koleżanka z pracy od dawna opowiadała jak bardzo znakomita jest to lektura ("koniecznie musisz to przeczytać, kooooniecznie!").

„Rosyjską namiętność” przeczytałam do końca, bo była ostatnią nieprzeczytaną książką, jaką wzięłam na urlop i naprawdę nie miałam co czytać. W międzyczasie zasnęłam czterdzieści razy; czterysta razy parsknęłam, zirytowana, by wreszcie, zmęczona parskaniem, chichotać tylko nerwowo raz po raz, budząc żywe zainteresowanie współplażowiczów.

Siergiej odłączył się od żony, po to by – jak twierdził – przywitać się z paroma znajomymi. Ale przedtem popatrzył na Linę w szczególny sposób, jak rzadko kiedy zdarzało mu się wcześniej. Nie wiedziała, czy ma zacząć płakać, czy wybuchnąć głośnym śmiechem. Nie miała pojęcia, co mogło przemknąć mężowi przez głowę, że skierował na nią takie spojrzenie. Nie umiała rozstrzygnąć, czy chciał ją prosić o przebaczenie, czy wszystkiego żałował, czy podziwiał ją za odwagę stawiania czoła rzeczywistości – czego sam nie umiał – czy też kierował ku niej całą swoją nienawiść, a spojrzenie było formą pożegnania.

No ależ doprawdy. Rozdarcie i niepokój. Bojaźń i drżenie niemalże (mimo wszystko uważam jednak, że Kierkegaardowi lepiej poszło z opracowaniem tego tematu).

Lina Prokofiew
źródło zdjęcia
Lina Prokofiew była prawdopodobnie niezwykłą kobietą, której życie obfitowało w dramatyczne zdarzenia. Na kartach „Rosyjskiej namiętności” jest jednak płaska, tak samo jak konstrukcja każdego zdania w tej książce. Nie wiem co czytał Remigiusz Mróz, zanim napisał swoje płaskie książki, jest jednak wysoce prawdopodobne, że omawiany bestseller pani Monforte znalazł się na jego długiej liście. To, że Rosja w czasach Stalina nie była najlepszym do życia krajem, wie mniej więcej każdy średnio wykształcony człowiek. Ta lektura niewątpliwie jednak jego wiedzy na ten temat nie ubogaci. Mimo szerokiego historycznego tła – samograja, całość jest nudna i jednowymiarowa. Stalin i jego ludzie są źli, Lina Prokofiew – dobra. I piękna, nie zapominajmy, że piękna. Kropka.
Po drodze pojawia się też (tak jak w prawdziwym życiu Prokofiewów) szereg innych, znanych z kart historii postaci: Coco Chanel, Ernest Hemingway, Pablo Picasso. Ja rozumiem, trudno jest napisać dobrą książkę jednocześnie o wszystkich, jednak, jak się wydaje, da radę przy odrobinie wysiłku wykroczyć nieco poza notki z Wikipedii?

Dla odmiany „Biała wilczyca” jest historią wyimaginowanej arystokratki, „białej” Rosjanki (że „białej”, zostaje kilkakrotnie podkreślone w tekście, nie mam pojęcia po co), Kseni Ossoliny. Opowieść o jej – a jakże! – dramatycznym życiu zaczyna się w październiku 1917 roku, w Petersburgu, a kończy w roku 1945, gdzieś w Europie (Ksenia jest w tym czasie we Francji, jej ukochany, pardon, Ukochany, pod Berlinem). Po drodze trup ściele się gęsto, głód zagląda naszej bohaterce w oczy nie raz, jednak ona dzielnie stawia czoła wszelkim przeciwnościom losu (czy ktoś choćby przez chwilę w to wątpił?).
Na okładce wydawca zachęca nas opowieścią o „wielowątkowej historii miłosnej”, rozgrywającej się „na szerokim tle zdarzeń I połowy XX wieku.” Dodaje, że „czytelnik znajdzie tu grozę rosyjskiej rewolucji i luksus paryskiego „wielkiego świata”, szaloną dekadencję Berlina i narastający koszmar hitleryzmu, piekło wojny i nadzieję na lepszą przyszłość.” Być może. Niewątpliwie tak. O ile czytelnik nie oczekuje od książek tego rodzaju niczego więcej niż podania w przyjemny sposób (styl jest w tym przypadku nieco lepszy od tego prezentowanego przez panią Monforte) tych samych wiadomości, które przyswoił już w szkole podstawowej, będzie niewątpliwie zadowolony.

Nie czytałam „Doktora Żywago” ani „Anny Kareniny”. Bardzo się tego zresztą wstydzę i obiecuję poprawę. Być może dlatego łudzę się, że o tym samym można napisać lepiej. Mocniej. Prawdziwiej. W końcu chyba nie bez powodu te książki są nadal czytane, podczas gdy, jak mniemam, pamięć o paniach Monforte i Révay długo nie przetrwa.

Póki co jednak, czując się zachęcona (pisać w końcu każdy może, ja, jak mniemam, trochę lepiej niż trochę gorzej), ruszam cyzelować mój własny autobestseller. Wypatrujcie w księgarniach, już wkrótce!

Reyes Monforte „Rosyjska namiętność”, przełożył Zbigniew Zawadzki. Wydawnictwo WAM, Kraków 2017.
Theresa Révay „Biała wilczyca”, przełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon. Świat Książki, Warszawa 2011.

piątek, 13 lipca 2018

W. Chmielarz "Wampir" i "Zombie", czyli coś dla entuzjastów szambonurkowania


Nie chce mi się. Pisać postów na bloga również. Pogrążyłam się w marazmie i zadumie nad okropnością świata.
Bliskie kontakty z polską służbą zdrowia, stale zacieśniane, w połączeniu z bezpośrednim zanurzeniem w sam środek bagna oficjalnie zwanego reformami oświaty i wymiaru sprawiedliwości sprawiają, że niespecjalnie wiem, co powinnam tu pisać.

Z jednej strony włącza mi się tryb „naprawmy ten świat, albo choćby skonstruujmy jakąś bombę, która wysadzi to wszystko w p…!” (w powietrze, rzecz jasna). Jego zastosowanie skutkuje jednak nieuchronnością tworzenia postów katastroficznych, jojcząco-złowróżbnych.
Bez jaj, kto by to czytał. Ja sama niechętnie, toteż i innym nie życzę.

Z drugiej, galopująca skleroza (lata lecą) i resztki dawnej świetności, kiedy to byłam porządna i zorganizowana, przypominają, że fajnie jest napisać cokolwiek o książkach, które się przeczytało. Choćby po to, by za pół roku pamiętać o czym były. I że się je już czytało (ostatnio zorientowałam się dopiero w połowie lektury, że czytałam już tę książkę. Jakieś dwa lata wcześniej).

Zestrojenie tych dwóch głosów odzywających się w mojej głowie nie jest proste.
Na szczęście jest Chmielarz. Wojciech Chmielarz.

W tym roku, z racji przedwczesnego urlopu (swoją drogą, nigdy nie przypuszczałam, że tyle radości sprawi mi i całej rodzinie pokazanie szkole wała i zabranie dzieci na wakacje w połowie czerwca. Jednego ze świadectw do tej pory nie odebraliśmy. I dobrze mu tak!), jestem już tak po pakowaniu, jak i rozpakowaniu wakacyjnej torby książek. Dziwnym trafem, była ona pełna książek Chmielarza.
Małżonek nadrabiał serię o Mortce, ja postanowiłam przeczytać, jak na razie dwuczęściową, serię gliwicką.
To nie był dobry pomysł.

Co do zasady zdania na temat jakości twórczości tego autora nie zmieniam. Facet umie pisać, do tego dobrze. O ile jednak cykl książek, których głównym bohaterem był policjant Jakub Mortka był po prostu serią niezłych kryminałów, o tyle dwie dotychczas wydane książki o Dawidzie Wolskim, absolwencie prawa z licencją detektywistyczną, są znakomicie zaprojektowaną i zbudowaną przy użyciu najlepszych materiałów autostradą do piekła, niczym innym.


Spośród kilku znanych mi osób, które jak dotąd zmierzyły się tak z „Wampirem” (część pierwsza cyklu), jak i z „Zombie” (część druga), żadna nie zamierza sięgnąć po część trzecią, o ile ta kiedykolwiek powstanie.
„Wampir” był straszny, ale do zniesienia, zwłaszcza biorąc pod uwagę solidność wykonania. Ginie dwudziestolatek, według policji i prokuratury śmiercią samobójczą. Jego matka, samotnie go wychowująca od czasu gdy skończył dziewięć lat, nie wierząc w taką wersję zdarzeń, zwraca się o pomoc do adwokata, dla którego pracuje Dawid Wolski. W tle pojawiają się dwa zaginięcia młodych osób i mnóstwo syfu. Im dalej w sprawę, tym syf większy. Sam Wolski specjalnie sympatyczny nie jest, ale otacza go jeszcze jakaś tajemnica, nimb fatalny. Historia układa się w miarę składnie, choć obrzydliwie, ale całość kończy się na tyle niedopowiedzianie, że żal nie sięgnąć po część drugą.
Błąd. Olbrzymi błąd.

Znam osobiście człowieka, który całkiem dobrowolnie i z pełną świadomością tego, co czyni, wybrał zawód patomorfologa i wykonuje go od szeregu lat z pełnym zaangażowaniem, traktując towarzyszące mu okoliczności („kroisz, rzygasz, kroisz, …”) mniej więcej tak jak sprzedawczyni w sklepie spożywczym spowodowane pracą problemy z kręgosłupem i żylakami.
Nie znam jednak żadnego patomorfologa, który po godzinach pracy oddawałby się innej pasji w postaci nurkowania w szambie. Tymczasem tylko taka osoba może, w mojej ocenie, poradzić sobie z lekturą „Zombie”.


Ja wiem, że ten świat jest zły. Ba, wiem również, że większość mechanizmów, w tym także rządzących prawniczym światem, wygląda właśnie tak, jak opisał je Chmielarz (skąd on to wszystko wie? – zapytała moja koleżanka, a ja nie umiałam udzielić jej odpowiedzi). Ale, jak rany, dlaczego mam o tym również czytać po godzinach? Zwłaszcza gdy chodzi o książkę, w której nie pojawia się w zasadzie żaden dobry bohater?

„Zombie” oblepia. Zatyka usta i nos. Niestety, oczy omija.
Nie lubię książek, w których ofiarami są dzieci. Nie lubię gdy zło triumfuje. Nie lubię „Zombie”.
Chmielarz odpowiada w drugiej części gliwickiego cyklu na większość wcześniej zasygnalizowanych, dotyczących Wolskiego, pytań. Postać, która nie jest sympatyczna a przestaje być intrygująca, interesuje znacznie mniej. Mnie nie interesuje już w ogóle. Wolę czytać o kimś z rysem szlachetności, jak Mortka, wcale niejednoznaczny, ale jednak dający jakąś nadzieję, że lepsza część ludzkości do końca nie wyginęła.
Wolski nie interesuje mnie wcale. Niech go w trzeciej części piekło pochłonie, na zdrowie.
Jeśli mogę jednak podpowiedzieć coś autorowi, to najlepiej jeśli wrzuciłby w paszczę piekła jeszcze parę innych postaci. W tym odpowiedzialnych za reformy oświaty i wymiaru sprawiedliwości. Wtedy może przeczytam. Ku pokrzepieniu serca.

Wojciech Chmielarz „Wampir”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.
Wojciech Chmielarz „Zombie”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.

wtorek, 15 maja 2018

W.Chmielarz i seria o komisarzu Mortce, czyli rzecz o prawdziwej namiętności


Stało się.

Ja, dojrzała kobieta, kpiąca z męskich zachowań związanych z przeżywaniem kryzysu wieku średniego, zrobiłam dokładnie to samo co oni.
Zakochałam się.
W młodszym.

Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę, akurat! Opętał mnie. Myślę o nim cały czas. Myślę, gdy wstaję rano, myję zęby i resztę ciała, gdy robię i jem śniadanie, gdy jadę do pracy, gdy jestem w pracy, gdy z niej wracam, gdy udaję, że jestem w domu, choć tak naprawdę myślami błądzę gdzie indziej. Myślę o nim wreszcie wieczorem, wieczorem jest zresztą najlepiej. Wtedy nikt nam już nie przeszkadza, wtedy wreszcie mogę skupić się tylko na nim. Zarwana noc? Pal ją sześć, czymże jest zarwana noc wobec prawdziwej namiętności?!

Naprawdę się tego nie spodziewałam. Wprawdzie mówili, że powinnam zwrócić na niego uwagę, ale słyszałam to już wielokrotnie i zawsze kończyło się tak samo. Piękna okładka a w środku pusto. Przerost formy nad treścią, pozerstwo i nadęcie, a przede wszystkim brak głębi. Tymczasem mnie trzeba uwieść słowem, frazą, umiejętnym dobieraniem tembru głosu, och, aż mnie ciarki przechodzą, gdy tylko o tym piszę. W każdym razie dotąd się nie udawało. Owszem, niekiedy bywało przyjemnie, ale nic poza tym.
Tymczasem po pierwszym spotkaniu okazało się, że on faktycznie ma w sobie to coś. Niby od niechcenia, ale przykuł moją uwagę. Pomyślałam: „fajny gość”. 
Za drugim razem było równie dobrze. Podobał mi się coraz bardziej, jednak nie na tyle, by zaiskrzyło. Nie protestowałam jednak, gdy okazało się, że możliwe jest trzecie spotkanie. A wtedy, och, wtedy zaczęło się na całego.

Co na to mój mąż?
Mąż wie o wszystkim. Początkowo był zazdrosny, jednak potem zaproponował (nie spodziewałam się tego po nim!) wejście w trójkąt. Gdy dołączyła do nas jeszcze moja koleżanka, wcale się nie zdziwił. Owszem, czasem bywa to kłopotliwe. Każde z nas ma inne tempo, jednak dla możliwości wzięcia do ręki kolejnej książki o komisarzu Jakubie Mortce jesteśmy gotowi zrobić wszystko, nawet dogadać się, gdy wydaje się to niemożliwe.

Wojciech Chmielarz
w trakcie spotkania w Szczecinie
źródło zdjęcia

To trafiło mnie znienacka.

Niby słyszałam, że jest taki Chmielarz, który dobrze pisze, ale niespecjalnie byłam skłonna w to uwierzyć. O Mrozie słyszałam to samo, a potem okazało się (patrz tutaj), że jest to prawdą tylko, gdy ustawić go w kategorii „ilość”, nie zaś „jakość”. Inni też jakoś nie zachwycali, a blog mi świadkiem, że próbowałam (np. Ziomeckiego i Przygodzkiego; poza tym byli nieopisani Czubaj, Wroński, Ćwirlej i paru innych, zawsze ostatecznie z tym samym skutkiem. Przeczytać się dało, ale zachwycić już nie).

Być może tym razem stało się inaczej dlatego, że Wojciech Chmielarz wydaje się być całkiem fajnym, zwyczajnym facetem. W każdym razie takie wrażenie zrobił na spotkaniu autorskim, jakie odbyło się w miniony poniedziałek (14 maja) w Szczecinie. Facetem, dodajmy, który otwarcie mówi, że jego ambicją jest napisanie dobrego kryminału, książki, którą będzie się świetnie czytało na plaży i tyle. Aż tyle, chciałoby się dorzucić.




Naprawdę, dawno nie zdarzyła mi się sytuacja, w której zawaliłabym kilka dni z życia po to, żeby czytać. Wszędzie. Bo musiałam, żeby nie pęknąć. Stan ten narastał przy tym niczym gorączka. O ile bowiem „Podpalacz” (pierwsza część cyklu) jest po prostu niezły, „Farma lalek” (druga część) dobra, o tyle „Przejęcie” i „Osiedle marzeń” (części trzecia i czwarta) są naprawdę znakomite. Finałowe (jak na razie) „Cienie” plasują się tylko ciut niżej, a i to chyba wyłącznie z racji nieco zbyt, jak na moje potrzeby, hollywoodzkiego zakończenia.

Opowiedziane historie są wiarygodne, dopracowane w detalach, bohaterowie – zarówno pierwszo, jak i drugoplanowi - psychologicznie prawdziwi, realia ze wszech miar autentyczne, a nie efekciarsko upiększone. Niezależnie od tego, czy te historie w całości lub w jakiejś części wydarzyły się naprawdę (autor twierdzi, że nie), zdają się być wyjęte ze stron prasy codziennej. 

W Warszawie (gdzie toczy się akcja czterech z pięciu książek cyklu; fabuła jednej – „Farmy lalek” rozgrywa się w położonych w Karkonoszach Krotowicach), a także w innych polskich miastach z całą pewnością pracują policjanci podobni do komisarza Jakuba Mortki i jego kolegów (a także jednej koleżanki – pojawiającej się wprawdzie dopiero w trzeciej części, za to z dobrym efektem). Nie są płascy i jednowymiarowi – źli lub dobrzy. Każdemu z nich zdarzają się potknięcia i chwile słabości, często kładące się cieniem na ich pozornie prostej historii. Są ludzcy tak bardzo jak w życiu – jedni piją, inni biją, kolejnym po prostu się nie chce lub też robią wyłącznie to czego oczekują tego od nich przełożeni; jeszcze inni zapadają się w pracę, zawalając życie prywatne. Większość boryka się z problemem marnych zarobków, co autor świetnie pokazuje poprzez detale.

Chmielarz lubi swoich bohaterów, to widać. Lubi ich wszystkich, nawet tych złych. Doskonale zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę o każdym można opowiedzieć fascynującą historię, dlatego z szacunkiem podchodzi również do tych, których rola wydaje się być tylko epizodyczna. Być może dzięki tej konstrukcyjnej czułości mnie najbardziej poruszyła postać dziada w garniturze, pojawiająca się w „Przejęciu” - nawet nie drugo, lecz pewnie dziesiątoplanowa. Poznałam kilku takich „dziadów” (o bardzo różnych historiach), może dlatego scena, w której u Chmielarza ta postać pojawia się po raz ostatni do głębi mnie dotknęła. Tak bardzo jest prawdziwa.

Niewiarygodne jest też to, jak niesamowicie autor potrafi budować napięcie, pokazując niemal wszystkie nitki, które trzyma w garści, a i tak zaskakując czytelnika. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak czułabym się, gdybym czytała książki z tej serii na bieżąco, gdy tylko się ukazywały. Jestem jednak pewna, że po przeczytaniu czwartej części, która ukazała się we wrześniu 2016 roku, nie mogąc dowiedzieć się od razu, co wydarzyło się dalej (kolejna część, „Cienie”, została wydana dopiero w styczniu tego roku), obgryzłabym ze złości wszystkie paznokcie, a autora, gdyby tylko się napatoczył, obrzuciłabym zgniłymi jajami, dopiero potem uświadamiając sobie, że taki akt agresji pewnie nie przyspieszy procesu twórczego.
Na szczęście, z racji polskokryminalnego zacofania, udało mi się przeczytać na raz prawie zamkniętą całość. Wprawdzie autor nie odżegnuje się od kontynuowania tej serii (wczoraj twierdził, że przyjdzie na to poczekać jakieś dwa, trzy lata), to jednak w „Cieniach” pozamykał większość najważniejszych, budujących stopniowo napięcie wątków, co pozwoliło mi rozładować czytelnicze napięcie.

A że Wojciech Chmielarz nie jest w ciemię bity i w zanadrzu pozostawił sobie szereg potencjalnych petard (ostatni rozdział „Cieni” zwiastuje jedną z nich, być może), dlatego jestem pewna, że po upływie niezbędnej higienicznej przerwy będzie w stanie stworzyć coś równie dobrego jak dotychczas.
A wtedy płomień mej miłości z pewnością rozgorzeje na nowo. 

Wojciech Chmielarz „Podpalacz”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.
Wojciech Chmielarz „Farma lalek”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.
Wojciech Chmielarz „Przejęcie”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.
Wojciech Chmielarz „Osiedle marzeń”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.
Wojciech Chmielarz „Cienie”. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018.

środa, 2 maja 2018

S.Majcher "Gotuję, nie marnuję", czyli nie marnuj papieru (i pieniędzy nań)

„Oszczędność, niestety, nie jest cechą charakterystyczną polskiej gospodyni. Prawdą jest również, że praca zawodowa kobiet ogranicza w poważnym stopniu czas przeznaczony na prowadzenie gospodarstwa domowego. Stąd dążenie do maksymalnego upraszczania prac związanych z utrzymaniem w porządku mieszkania, a zwłaszcza z przyrządzaniem posiłków.”

To wstęp do wydanej 35 lat temu książki kucharskiej – poradnika „Nie tylko dla jaroszów” autorstwa Zofii Zawistowskiej. Choć służył on wówczas przekonaniu czytelnika (czy raczej czytelniczki – autorce zdawało się nie mieścić w głowie, że codziennym gotowaniem dla rodziny mogą zajmować się mężowie i ojcowie) do dań jarskich, głównie z ekonomicznej konieczności (informacja dla młodszych wiekiem: w roku 1983 w Polsce obowiązywały kartki na mięso), to jednak wydaje się częściowo odpowiadać także na pytanie dlaczego dzisiaj, pod koniec drugiej dekady XXI wieku, marnujemy tyle jedzenia.

Niemarnowanie jedzenia to teraz temat trendy. Po okresie rozpusty i zachłyśnięcia się powszechną dostępnością wszystkiego (najgorzej wydaje się obecnie być z pieniędzmi, wszystko inne jest na wyciągnięcie ręki), przyszedł czas na opamiętanie.

Ratuj jedzenie, które dla innych jest marzeniem” – to hasło akcji prowadzonej przez polską Federację Banków Żywności. Kto jest jej adresatem?
Na pewno ja i moja rodzina. Niestety wyrzucamy, niestety nie przejadamy, niestety kupujemy za dużo i bez sensu. I tak już od pewnego czasu.

Nie wiem, czy marnowanie żywności jest tylko problemem lepiej sytuowanych mieszkańców większych miast. Ale owszem, z mojego punktu widzenia jest to rodzaj nowobogackiej, zglobalizowanej fanaberii (mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa!). Przeradzającej się coraz szybciej w chorobę.

Wszystko jest wszędzie i niemal zawsze.
Chcesz truskawek w środku zimy? Nie ma sprawy.
Masz ochotę dziś na kurczaka po tajsku, jutro na bigos, zaś pojutrze na łososia z grilla? Nic nie stoi na przeszkodzie, w końcu żyje się tylko raz.
Lubisz mieć wybór? Cóż prostszego – wystarczy kupić pięć gatunków sera i drugie tyle rodzajów warzyw (pomidor, ogórek, papryka, rzodkiewka i sałata), by potem móc wybrzydzać przy robieniu śniadania. A gdy okaże się, że masz ochotę na brie, podczas gdy w lodówce jest tylko rokpol, gouda, camembert, półtłusty twaróg i serek ricotta, zawsze możesz wysłać dziecko do sklepu.
Z drugiej strony, gdy wychodzisz codziennie z domu o siódmej rano, a wracasz o siódmej wieczorem, doprawdy ostatnią rzeczą, którą chcesz sobie jeszcze zaprzątać głowę, jest planowanie zbilansowanych posiłków na kolejny dzień.
Jeśli jednak mimo to przychodzi Ci do głowy myśl, że tym czego potrzebujesz jest świeżo wydana książka o tym jak nie marnować jedzenia, pamiętaj – bierz czym prędzej nogi za pas!



Sylwia Majcher jest – jak pisze o sobie na platformie „Z nami zdrowo” – „dziennikarką, blogerką i mamą, której dzieci najbardziej lubią czarne oliwki i hummus”.
Jakaż szkoda, że nie przeczytałam tego zdania, zanim kupiłam jej książkę. Byłabym kilkadziesiąt zeta do przodu, a w koszu miałabym dokładnie tyle samo niezużytego jedzenia, ile mam po zapoznaniu się z jej poradami.
Ale owszem, oficjalnie moje dzieci też najbardziej na świecie uwielbiają szpinak i kaszę pęczak. Gdybym miała konto na którymś z serwisów społecznościowych, ustawiłabym sobie jako profilowe ich zdjęcie, koniecznie bosonogich, nad miską z tymi boskimi pokarmami, a zachwyceni rodzice innych dzieci lajkowaliby mnie, spijając z mych internetowych ust wszystkie kolejne wyrazy. Kto wie, zachęcona sukcesem, może nawet wydałabym książkę o tym jak żywić dzieci. Choć może raczej o tym, jak ładnie ustawić je do zdjęcia.

Przeczytawszy „Gotuję, nie marnuję”, opatrzoną podtytułem „Kuchnia Zero Waste po polsku” (bo w tym kraju najlepiej sprzedają się angielskie nazwy, wiadomo), dowiedziałam się, że wszystko jest bardzo proste, a najlepiej zacząć od tego, że w sobotnie przedpołudnie wszyscy członkowie mojej rodziny usiądą razem i opowiedzą, na co mają apetyt. Wystarczy wówczas zanotować ich sugestie i wziąć pod uwagę przy tworzeniu domowego jadłospisu na najbliższy tydzień. Ponadto nie należy kupować na zapas, gdyż „nawet na niewielkich wsiach (…) sklepy otwierają się o świcie”, zaś „jeśli kończysz pracę w nocy, w drodze do domu na pewno spotkasz miejsce, gdzie uzupełnisz lodówkę”.
Dowiedziałam się również, że źródłem moich problemów jest chęć ugotowania posiłku z przeznaczeniem na więcej niż jeden dzień, gdyż na to, co zjadłam wczoraj, dziś nie będę już miała ochoty.
Poczułam się wprawdzie skonsternowana, gdy w innym miejscu dowiedziałam, że autorka zna „takie idealne domy, w których jadłospis powstaje na cały tydzień i nie ma odstępstw od ustalonej wizji. Zakupy robione są najczęściej w weekend i potem sukcesywnie wykorzystywane zgodnie z określonym harmonogramem.” Wytłumaczyłam to sobie jednak tym, że mieszkańcy owych domów z pewnością posiadają także idealne kubki smakowe, które zawsze mają ochotę na to, co na dany dzień z góry zaplanowano im w jadłospisie. Potem przypomniał mi się również mój nieżyjący sąsiad, który przez 30 lat niezmiennie żądał w niedzielę rosołu, w poniedziałek pomidorowej, we wtorek ogórkowej i tak dalej, a jego żona była z tego powodu zachwycona, gdyż nie musiała martwić się i wymyślać co by tu ugotować na obiad. Czym prędzej zapragnęłam być więc jak ona. No, może bez brodawki na policzku.

Wiem, to z mojej strony czysta złośliwość,
ale nie mogłam sobie odmówić umieszczenia
tej książki w mojej szafce z zapasami na czarną godzinę
Następnie okazało się, że nie powinnam mieć w domu więcej niż jeden rodzaj ulubionej kaszy i jedno opakowanie jednego rodzaju makaronu. Szkoda, że nie wiedzą tego moje dzieci, namiętnie jadające pomidorówkę z makaronem nitki, który jednak nijak nie nadaje się do innych niż zupa dań obiadowych. Poza tym promocja na włoskie makarony (50% zwykłej ceny, a to robi różnicę) nie zdarza się codziennie, ale być może nie da się jednocześnie oszczędzać i nie wyrzucać.
Dalej autorka zapewniła mnie, że moje życie odmieni się, gdy zacznę mrozić, suszyć, kisić i wekować. Ponieważ dotąd wykonywałam tylko pierwszą i ostatnią z wyżej wymienionych czynności (dzięki czemu moja zamrażarka od dawna jest najzimniejszym koszem na śmieci w całym domu, a regał w piwnicy stał się miejscem eksperymentów chemicznych [czy ten słoik wybuchnie po 10 latach od zawekowania, czy dopiero po 12?]), poczułam się mała i nic niewarta. A że naprawdę bardzo pragnę zmiany, postanowiłam czym prędzej wcielić w życie wszystkie przeczytane porady.

Wróciwszy zziajana do domu w sobotni poranek (wstałam o świcie, gdyż tylko wtedy mogę odpracować weekendową porcję sportu, którego niezmiennie domaga się mój kręgosłup), zjadłam szybko śniadanie, które przygotował mi małżonek (nie, żebym narzekała, ale zrobił mi kanapkę z nowym hummusem, podczas gdy na drugiej półce lodówki, w jej prawym rogu, tuż za słoikiem z musztardą, stało już otwarte opakowanie z połową starego), po czym odwiozłam młodsze dziecko do szkoły muzycznej, a następnie (odsiedziawszy w szkole czterdzieści pięć pełnych strasznych dźwięków minut) przywiozłam je stamtąd. Wówczas (a było południe) spróbowałam zlokalizować pozostałych członków rodziny (młodsze dziecko przezornie trzymałam na krótkiej smyczy). Niestety, okazało się, że w międzyczasie rozpełzli się w niewiadomych kierunkach.
Przekląwszy szpetnie pod nosem i skonsultowawszy się wyłącznie z Młodszym, udałam się na samodzielne zakupy. Kupiłam wszystko do sobotniego makaronu oraz niedzielnego kurczaka.
Gdy wróciłam, usłyszałam, że mąż nie chce makaronu w sobotę, zaś starszy syn kurczaka w niedzielę. Zgrzytnęłam zębami i oświadczyłam, że będzie makaron i już, a jak im się nie podoba, niech zrobią sobie coś innego. W odpowiedzi mąż ostentacyjnie udał się samodzielnie do najbliższego sklepu, po czym przystąpił do gotowania grochówki. W zamierzeniu miało być jej troszeczkę, jednak niechcący sypnęło mu się za dużo grochu.

W niedzielę przy śniadaniu nie obyło się bez zgrzytów, gdyż mąż zrobił wszystkim kanapki ze starym hummusem, który trzeba było skończyć. Niestety, nikt nie miał na niego ochoty (ja też).
Następnie starszy syn oświadczył, że na obiad to on zjadłby najchętniej szparagi, a kurczaka nie chce. Może ewentualnie zgodzić się na pomidorówkę (akurat nie było). Grochówki też nie chce.
Ostatecznie na obiad Starszy zjadł kanapki z dżemem (otworzył słoik truskawkowego, gdyż nie lubi porzeczkowego, którym zajada się z kolei Młodszy). Mąż grochówkę. Ja z Młodszym dojedliśmy wczorajszy makaron. Kurczak został się niczym sierotka.

W poniedziałek wstałam o świcie, aby kupić pieczywo (w sobotę zapomniałam, a w niedzielę sklepy były nieczynne). Niestety, najbliższy otwarty od rana sklep z  pieczywem jest oddalony od naszego domu o dwadzieścia minut drogi pieszo. Do listy zakupów czym prędzej dopisałam więc psa, uznając, że dzięki niemu poranny spacer będzie miał więcej sensu. Po powrocie zorientowałam się, że zapomniałam powiedzieć mężowi, który wstał w międzyczasie, aby przygotować śniadanie, żeby nie otwierał nowego opakowania sera, bo w lewym rogu trzeciej półki lodówki jest otwarte poprzednie. Kanapki ze świeżym serem są jednak znacznie smaczniejsze niż ze starym, przyznaję.
Oba słoiki z dżemem zostały tego dnia otwarte i nietknięte. Dzieci nie mogą jeść przecież codziennie tak niezdrowych rzeczy, nieprawdaż?
Przygotowanie wypełnionych zdrową zawartością śniadaniówek dla dzieci zajęło mi tak dużo czasu, że dla siebie zdążyłam chwycić tylko jabłko. Pocieszyłam się myślą, że w pracy zamówię zdrowy obiad z pobliskiej wegańskiej knajpy, a ugotowana w piątek kasza jęczmienna (przez jakiś czas łudziłam się, że zdążę wrzucić ją do termosu) wytrzyma jeszcze jeden dzień.

Tego dnia do domu wracałam o 20.30, marząc, by znaleźć się w nim czym prędzej i zalec w wannie. Na śmierć zapomniałam o kurczaku. Gdy dotarłam, okazało się, że starszy syn za nic nie umie zrobić zadań z matematyki, zaś młodszy zapomniał jak gra się gamę harmoniczną b-moll, którą miał tego dnia wyćwiczyć na blachę. Ponieważ w naszej rodzinie to ja mam wykształcenie muzyczne oraz udzielałam onegdaj korepetycji z matematyki, mąż spojrzał tylko wymownie i powiedział, że zrobi tego kurczaka, a ja mam zająć się dziećmi. Zanim powiedziałam mu, że w lodówce na drzwiach jest otwarta pomidorowa passata, przyniósł z piwnicy kolejny słoik i otworzył, dodając jego zawartość do sosu.
Myjąc tego dnia zęby, przewertowałam po raz kolejny książkę Sylwii Majcher, niestety nie znalazłam informacji na temat tego, jak poradzić sobie w takiej sytuacji.

Gdy kładłam się spać, była 23.30. Budzik nastawiłam na 5.00, bo starszy syn miał następnego dnia lekcje na 7.10, a przygotowanie zdrowego, zbilansowanego śniadania (najlepiej z resztek) zajmuje nieco więcej czasu niż posmarowanie chleba dżemem.
Tej nocy spałam fatalnie. Śniły mi się liście rzodkiewki wypełzające z kosza na śmieci i łypiące na mnie z wyrzutem. W związku z tym inne wyrzuty (sumienia) obudziły mnie o 4.58.
Rozpoczął się kolejny fascynujący dzień mojego życia.
W którym – wiem to już teraz na pewno – nie ma miejsca na książkę Sylwii Majcher z jej przepisami i poradami.

Być może mój problem polega na tym, że doskonale wiem, co należy zrobić, aby być tak świetnie zorganizowanym i uporządkowanym jak pani Majcher.
Rzucić mianowicie wszystko w cholerę. Męża i dzieci najlepiej też, bo tylko psują wszystkie plany.
Wiem również i bez czytania w książkach, że to co robię (marnuję jedzenie), jest złe.
Jeśli ktoś pogrozi mi w związku z tym palcem, przywołując szereg liczb (cytuję za autorką: „Federacja Polskich Banków Żywności policzyła, że czteroosobowa rodzina z powodu nieprzemyślanych zakupów i nieumiejętnie wykorzystanych produktów traci rocznie 2500 złotych”), z pewnością bardzo się zmartwię.
Jeśli jednak ów ktoś będzie przy tym epatował swoją doskonałością, rzucając co chwila, niby od niechcenia: „każdy może zmienić te liczby. Trzeba tylko dostrzec w resztkach potencjał”, trafi mnie jasny szlag. A w ślad za nim ciemna cholera.

Nie twierdzę, że zmiany nie są możliwe, nie szukam usprawiedliwienia dla własnej nieudolności. Moje życie wygląda jednak tak a nie inaczej i na razie nie zanosi się na to, aby mogło się zmienić (chętnie porozmawiam z panią Majcher za parę lat, gdy jej dzieci będą nieco starsze, a moje jeszcze starsze. Kto wie, może udzielę jej nawet wówczas kilku porad).
Nie chcę żyć wyłącznie w kuchni, przygotowując codziennie coś nowego (i cóż, że zgodnie z planem?), bo wiem czym to pachnie. Jakiś czas temu z przyczyn zdrowotnych przez pół roku musiałam skoncentrować się głównie na przygotowywaniu jedzenia: owszem, byłam wtedy dużo bardziej sprawna i zorganizowana, znacznie mniej marnowałam, lepiej też się odżywiałam. Przez te sześć miesięcy chodziłam jednak stale niewyspana (żeby zdążyć wszystko przygotować, musiałam wstawać wcześniej, później też chodziłam spać, gdyż np. dania obiadowe na następny dzień przygotowywałam wieczorem) i nie miałam czasu na nic innego poza planowaniem posiłków i ich przygotowywaniem. Przykro mi, na dłuższą metę chromolę takie życie.

Poza tym, w moim domu poszczególni członkowie rodziny mają różne preferencje. Ja jem mało mięsa, a okresowo wcale, mój mąż mógłby żywić się wyłącznie nim. W efekcie często każde z nas przygotowuje sobie inny posiłek, uwzględniając dodatkowo, co nie ułatwia sprawy, życzenia dzieci (każde z nich ma inne, jakież szczęście, że nie jesteśmy rodziną wielodzietną!).

Żywe są też wszelkiego rodzaju uprzedzenia: ugotowanie bulionu z obierek, na który przepis podaje Sylwia Majcher, spowodowałoby, że miałabym do dyspozycji dwa litry tego płynu wyłącznie dla siebie, gdyż nikt inny w moim domu nie tknąłby go nawet palcem u nogi. Ale tak, owszem, czy wspominałam już, że moje dzieci, mając do wyboru chipsy i szpinak, zawsze wybiorą szpinak?


Czepiając się jeszcze bardziej, dodam, że w książce „Gotuję, nie marnuję”, nie znalazłam najmniejszej choćby wzmianki o tym, że owszem, można z powodzeniem wykorzystywać w kuchni liście rzodkiewek czy obierki z ziemniaków, jednak pod warunkiem, że pochodzą z warzyw ekologicznych. Nie przeczę, że ideałem byłoby wykorzystywanie wszystkiego do ostatniego okruszka, jak to robiły nasze babcie (pani Majcher zachęca: „z kilograma ziemniaków można mieć nawet 300 gramów obierek, które zamiast do śmieci trafią na stół jako chrupiąca przekąska”). Babcie te jednak posiadały zazwyczaj własne grządki, na których hodowały własne, niepryskane marchewki czy rzodkiewki. Tymczasem te warzywa, które są współcześnie dostępne w sklepach, obfitują głównie w pestycydy (ziemniaki od lat znajdują się na tzw. liście „brudnej 12-tki”, czyli najbardziej zanieczyszczonych pestycydami warzyw). Z dwojga złego wolę więc wyrzucić, niż zmarnować swoje zdrowie.

Wreszcie, nie można zapominać, że nie każdy jest talentem kulinarnym, który potrafi „z teoretycznie pustej lodówki (…) wyczarować rewelacyjny posiłek”, jak „autorytarnie” stwierdza Sylwia Majcher. Otóż, ja jestem kulinarnym głąbem, który owszem, umie ugotować coś dobrego, a nawet bardzo dobrego, o ile ktoś najpierw mu powie jak ma to zrobić. Przez lata spędzone w kuchni wyuczyłam się wielu rzeczy, jednak brakuje mi owego kulinarnego zmysłu, polotu, który sprawi, że zwiędłe rzodkiewki zobaczę w innej niż tylko kompostowej roli. Potrzebowałabym więc książki dla nielotów, z prostymi jak budowa cepa poradami. Parę takich w omawianej książce znalazłam, za mało jednak, bym uznała, że jest ona warta wydanych na nią pieniędzy.

Spróbuj zawsze myśleć w taki sposób, który pozwoli ci zaoszczędzić czas, energię i w efekcie pieniądze”, zachęca Sylwia Majcher.
Następnym razem pomyślę zatem. Zanim kupię książkę.

Sylwia Majcher „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia Zero Waste po polsku.” Buchmann, Warszawa 2018.