sobota, 25 stycznia 2014

M. Żylińska "Neurodydaktyka", czyli kompendium wiedzy dla światłych nauczycieli i rodziców

Nauczyciele nie są leniwi,
uczniowie nie są głupi,
w systemy edukacji inwestuje się wciąż więcej środków,
a jednak wszyscy czujemy, że coś jest nie tak…

To słowa Manfreda Spitzera, niemieckiego psychiatry, który zyskał popularność w Niemczech, a ostatnio także i w Polsce dzięki swoim książkom („Jak uczy się mózg”, „Cyfrowa demencja”), które usytuowałabym na pograniczu neurobiologii, psychologii i pedagogiki.

Manfred Spitzer to – w mojej ocenie - guru Marzeny Żylińskiej, torunianki, odkrytej ostatnio przez niektóre polskie media (za co im chwała).
Pani Marzena na co dzień pracuje w Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych w Toruniu, ale z wykształcenia jest literaturoznawczynią (i już za to ją lubimy!), z chęci znalezienia odpowiedzi na kilka nurtujących ją swego czasu pytań – metodykiem, zaś z samej siebie – pasjonatką, próbującą zmienić polską szkołę.

Gdyby nie to, że któregoś październikowego popołudnia jechałam samochodem do lekarza, być może nie dowiedziałabym się o jej istnieniu.
Na szczęście jednak jechałam (czasem nie jest źle trochę pochorować) i dzięki temu, zupełnie przypadkowo, wysłuchałam rozmowy przeprowadzonej w radiu Tok Fm przez Agatę Kowalską.
A potem już poszło. Z kopyta.


Książka Marzeny Żylińskiej „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”, wydana przez Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (podkreślam to nie bez powodu, gdyż gdzieniegdzie na rynku można trafić na inne wydanie tej książki, pełne błędów, wydrukowane i opublikowane bez zgody autorki), powinna być obowiązkową lekturą każdego nauczyciela oraz każdego rodzica dzieci w wieku szkolnym.
Nawet bowiem jeśli nie zgadzamy się z autorką, bądź mamy wątpliwości co do miarodajności przytaczanych przez nią danych (podobne zarzuty stawiane są także M. Spitzerowi), szereg stawianych przez nią pytań powinien co najmniej dać nam nieco do myślenia.

W czterech rozdziałach: „Neurobiologiczne podstawy uczenia się”, „Fascynujące neurony lustrzane”, „Cyfrowi tubylcy i cyfrowi imigranci” oraz „Szkoła przyjazna mózgowi, czyli poszukiwanie alternatywy dla edukacji transmisyjnej”, w przystępny sposób przekazuje nam wiedzę z zakresu neurobiologii, jaką zdobyto w ciągu ostatnich lat, przekładając ją na konkretne, istniejące u nas rozwiązania i instytucje dydaktyczne.
Zwłaszcza pierwszy rozdział imponuje głębokością podbudowy, rzetelnością (imponująca ilość przytoczonych źródeł!) oraz przystępnością przekazu. Mimo operowania szeregiem ściśle naukowych pojęć (że przywołam chociażby neuroprzekaźniki, synapsy, neurony lustrzane) język książki nie jest hermetyczny. Przy odrobinie wysiłku (nie będę udawała, że jest to łatwa lektura) każdy średnio rozgarnięty czytelnik pojmie w czym rzecz.

A rzecz w tym, że nie jest dobrze.
Że nasze mózgi – które są stworzone do uczenia się i mają w związku z tym wbudowane pomocne uczeniu naturalne mechanizmy – w tradycyjnej polskiej szkole, zbudowanej na solidnym, dziewiętnastowiecznym pruskim wzorze, są poddawane działaniom, które powodują, że zabijana jest ciekawość poznawcza, a co za tym idzie – motywacja do nauki.

Że współczesna szkoła próbuje ułatwiać uczenie (patrz zeszyty ćwiczeń, pełne zadań typu: „połącz liniami”, „wpisz w okienka”), co kieruje ucznia prosto w przepaść. Efektywne uczenie związane jest bowiem ze stawianiem pytań przez samego ucznia i wspólnym – przy aktywnym jego udziale – znajdowaniu na nie odpowiedzi (dzięki temu tworzą się bowiem w mózgu „ślady”, a po pewnym czasie i trwałe połączenia, czyli ugruntowana wiedza), nie zaś ze stawianiem ucznia w roli biernego słuchacza („słuchaj Jasiu jak pan naucza i nie zadawaj głupich pytań”).

Że ciągle bardzo wielu uczniów boi się szkoły i nie wierzy we własne możliwości, tymczasem aby odnieść sukces, trzeba najpierw być z siebie zadowolonym, wierzyć w siebie oraz – co równie ważne – mieć dobre relacje z pedagogiem.

Autorka wydaje się nie mieć złudzeń co do tego, że polska szkoła w jej obecnym, testocentrycznym kształcie jest zła. Szereg jej postulatów jest też nie do ziszczenia w świecie, w którym pierwszoplanową rzeczą jest zrealizowanie z góry narzuconego programu nauczania, identycznego dla wszystkich uczniów w klasie i nieuwzględniającego tego, że nie wyszli oni spod jednej sztancy (jak mówi sama autorka: rok urodzenia to nie data produkcji). Książka nie została jednak napisana po to, aby kogokolwiek frustrować, ale po to, by dać impuls do działania. Do sprzeciwu. Do powiedzenia głośno tego, co się myśli. Do zmiany.

Mam to szczęście, że poznałam panią Marzenę. Że miałam możliwość najpierw pisemnie wymienić z nią parę myśli i spostrzeżeń, a później także spotkać się z nią osobiście. Dzięki temu tym bardziej wierzę w to, co robi i o czym pisze.
Mam też nadzieję, że będzie nas coraz więcej i że dzięki temu polska szkoła za kilka, choć prędzej kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, będzie wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj.

Na zakończenie jeszcze parę konkretów.

Pani Marzena Żylińska jest także autorką bloga „Neurodydaktyka, czyli neurony w szkolnej ławce”. Wpisy nie są tam przez nią zamieszczane regularnie (czemu trudno się dziwić, zważywszy na aktywność autorki), jednak każdy z nich wart jest uwagi. Link tutaj.

W styczniu i lutym br. wydawnictwo Macmillan organizuje cykl szkoleń dla nauczycieli pod hasłem „Teach BIG”. Jedną z osób prowadzących te szkolenia jest właśnie pani Żylińska. Formalnie rzecz biorąc są one adresowane do nauczycieli języków obcych, uczących w gimnazjach, jednak praktycznie – co sprawdziłam na sobie – może wziąć w nich udział każdy, kto tylko wyrazi taką chęć. Szczegóły tutaj.

Gdyby ktoś chciał posłuchać audycji z udziałem pani Marzeny, w których – w ogólnym zarysie – przedstawia ona wszystkie najważniejsze myśli, które rozwija w swojej książce, linki tutaj (Tok fm) i tutaj (PR program 3).

Marzena Żylińska „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”. Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2013.

43 komentarze:

  1. Niestety, konferencja w Lublinie odbyła się dwa dni temu, ale mam nadzieję, że załapię się na kolejną. Ostatnio unikam spotkań sponsorowanych przez wydawnictwa, bo poza gustownymi gadżetami i barwnymi zaświadczeniami niewiele wyniosłam z tych, na których byłam, ale oczywiście panią Żylińską będę mieć na uwadze.
    I zapewniam, że znam osobiście wielu nauczycieli, którzy nie tłamszą i nie straszą dzieci, a wręcz przeciwnie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co wiem, akurat w Lublinie pani Żylińskiej nie było, więc nie musisz żałować:)
      Oczywistym jest, że wydawnictwa organizują te imprezy w określonym celu, ale to - wcześniej mi nie znane, bo i skąd - ma u mnie dużego plusa za to, że umiało wyłowić akurat takiego metodyka! Ale barwne gadżety były, a jakże (płócienna torba przyda się na zakupy).
      Takich nauczycieli ja też znam i to wielu. Problem w tym, że muszą działać w takich a nie innych realiach, będąc często rozliczanymi głównie z wyników, jakie ich uczniowie uzyskali podczas szeregu licznych testów.

      Usuń
  2. Niestety te okienka, uzupełnianki odmóżdżają w tempie zawrotnym... Widziałam w praktyce jak wypełniając takie ćwiczenia moje dziecko przestawało myśleć i leciało schematem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy systemie testowym chodzi głównie o to, aby lecieć schematem, czyż nie? Niestety, podobny proces odmóżdżania obserwuję u własnego dziecka, toteż staram się przeciwdziałać jak mogę.

      Usuń
    2. Bardziej o to, by się wstrzelić w klucz niestety.. :(

      Usuń
    3. Co w zasadzie na jedno wychodzi, bowiem tego rodzaju klucze rzadko bywają twórcze i unikalne:)

      Usuń
  3. Niestety na allegro ceny za starą książkę "moje litery" są nieziemskie. Chciałabym taką dla mojej córki. Moja to już dawno w popiołach pewnie. Szkoda, że rodzice nie trzymali.

    Niestety nauczyciel jest obecnie zbiurokratyzowany, papierki są najważniejsze. Poza tym każdy się boi o pracę i na pewno dobro dziecka nie jest tu najważniejsze w kwestiach rywalizacji między nauczycielami. Wypełnianie okienek, łączenie - to moim zdaniem bajka i nie wprawia dzieci w naukę. idąc takim tropem, ciągle będą uproszczenia, bo dzieci nie będą dawały sobie radę. W dodatku komputery mają być od pierwszej klasy. To po co będzie uczyć pisać?


    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem niestety o jaką książkę Ci chodzi, ale pewne jest, że moje dziecko, korzystające z książek jednorazowego użytku, po których się pisze, z których się wycina i w które się wkleja, nawet gdyby chciało, nie ma szans zostawić ich dla swoich dzieci. Specjalnego żalu w związku z tym nie będzie.
      Biurokratyzacja jest wszędzie, w szkołach także. Do tego dochodzi jeszcze szereg łamańców związanych z faktem, że nauczycielowi trzeba zapewnić pensum, a ilość godzin przedmiotu, którego uczy jest zbyt mała, więc dopełnia ją często czymś dziwnym, do czego nie zawsze jest dobrze przygotowany. Widziałam już szereg takich przykładów (ostatnio była to pani od wuefu ucząca jedną klasę języka niemieckiego).
      I w pełni się z Tobą zgadzam, że podążanie taką drogą jak teraz prowadzi donikąd. Nie jestem tak zaciekłą przeciwniczką nowych technologii jak prof. Spitzer, ale widzę zagrożenia wiążące się z tym, że dzieci korzystają wyłącznie z tabletów czy laptopów. Mam nadzieję, ze ten trend niedługo się odwróci.

      Usuń
    2. Z książki kiedyś uczyliśmy się wszyscy :) Taka biało niebieska z dziewczynką na okładce.
      http://allegro.pl/elementarz-litery-przylubscy-1981-r-super-i3900263736.html
      A to były "Litery" :)

      Ja się załamałam, jak ostatnio usłyszałam o nauczycielkach, z którymi pracowałam nota bene 8 lat niegdyś, które, aby nie zostać zwolnione się dokształcają czyli pani od chemii i od informatyki skończyły matematykę podyplomową. Aby mieć godziny. Teraz każdy ratuje się jak może, ale czego nauczą tacy nauczyciele? Poziom wykształcenia spada niestety.

      Usuń
    3. Faktycznie, teraz sobie przypominam:) Niestety nie pamiętam jej na tyle, żeby wypowiadać się o tym, czy była to lepsza książka do nauczania początkowego od tych, które są teraz, czy też gorsza. Mi obecnie bardzo podoba się np. nieznana chyba za naszych czasów idea nauczania zintegrowanego. Ten podręcznik był zaś chyba tylko klasyczną książką "do polskiego".
      W samym dokształcaniu się nie ma niczego złego; nie zawsze jest też tak, że tylko akademickie, kierunkowe wykształcenie gwarantuje, że dana osoba ma faktyczne kwalifikacje, by czegoś uczyć. Ciągle jednak, i to w wielu szkołach, zdarza się tak, że tego rodzaju dokształcanie służy tylko uzyskaniu papierka, po czym taka osoba - nie mając porządnej podbudowy (popartej chociażby pasją) - ogranicza się do realizowania programu od-do, bo nie ma pojęcia ani odwagi, by zrobić cokolwiek innego. A dzieci ziewają...

      Usuń
    4. Właśnie o to mi chodzi. Studia podyplomowe podejmowane są dlatego, aby mieć pracę, etat, dodatkowe godziny i furtkę. Wszystko sprowadza się do pieniądza, bo niestety do tego prowadzi polityka.

      Usuń
    5. Pieniądz ważna rzecz, podobnie jak to, żeby mieć gdzie je zarabiać (czytaj: zachować miejsce pracy). Rzecz moim zdaniem nie w tym, że jakaś motywacja jest z gruntu zła, tylko w tym, by nie stracić z pola widzenia sedna. A jest nim - z całą pewnością i bez żadnych ale - dobro dzieci.

      Usuń
  4. Święte słowa. Szkołę trzeba wymyślić od nowa, ale i nauczycieli trzeba wymyślić, czyli pozbawić pamięci o dawnym systemie feudalnym. Problemem polskiej rzeczywistości jest słowo „szacunek", a raczej jego brak. Ten brak szacunku do człowieka wpajany jest małym od początku zbiorowej edukacji, do tego dochodzi brak współpracy, nieumiejętność dania innym zdrowej wolności. Oczywiście fundamenty szkolnictwa powtały w tzw. „innych czasach", których już nie ma, jednak i pedagogika waldorfska i montessori też urodziły się w miejscu, które jest przeszłością, jednak samo w sobie przeszłością nie jest. Polecam „Wychowanie do wolności". Poszukującym nauczycielom polecałabym podyplomowe studium na UW. Podziwiam kreatywność nauczycieli waldorfskich. Tak na marginesie: praca z dziećmi to nie tylko „praca nad dziećmi", ale nad sobą samym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko prawda. Dobrze, że pojawiają się jednak głosy sprzeciwu i dobrze, że osoby które mówią takie rzeczy przestają działać tylko na marginesie. Nie mam złudzeń co do tego, że coś zmieni się np. zanim mój Starszy skończy szkołę podstawową (jest w trzeciej klasie), obawiam się, że nie ma też szans na "nowe" gimnazjum (o ile nie wynajdę mu jakiegoś sama), ale może chociaż jego młodszy brat załapie się na kawałek normalności? Niestety, ostatnie rządowe pomysły edukacyjne (jeden, odgórnie wszystkim narzucony i sklecony naprędce na kolanie podręcznik) nie napawają optymizmem. Uważam, że tu może pomóc tylko silny ruch oddolny, gdyż na mądrość tych "na górze" nie ma co liczyć.
      Jeśli chodzi o nauczycieli: jako osoba z zewnątrz nie umiem do końca ocenić motywacji osób, które były np. na wczorajszym wykładzie dr Żylińskiej. Zakładam jednak, że zrobili to dobrowolnie, kosztem własnego prywatnego czasu, a więc: chce im się. Nie była to może super imponująca liczebnie grupa (jak na moje oko kilkadziesiąt osób), ale na dobry początek jak znalazł (zwłaszcza przy takich mrozach, jakie wczoraj mieliśmy w Szczecinie!).

      Usuń
  5. Czasami mam wrażenie, że w pracy jest podobnie, nie wymaga się od nas myślenia, a wypełniania testów, które bywają tak nieadekwatne do tego, co robimy, że więcej czasu zajmuje nam odgadywanie, co autor pytań miał na myśli, niż ustalenie stanu faktycznego i jego ocena. Ale, czy myślisz, że to nasz lokalny problem, bo mnie się wydaje, że to źle przyszło do nas ze świata.
    Nie wiem, czy tylko ja widzę związek z tematem, ale dla przykładu otwieram instrukcję obsługi stacji meteorologicznej i czytam- nie pomykać baterii, nie kąpać ich w wodzie, nie wrzucać do ognia, i tego typu rady- które wydają mi się poradami dla idiotów, natomiast, ani słowa jak uruchomić zegar i termometr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja szczęśliwie nie muszę niczego wypełniać, poza dobrowolnymi ankietami, które regularnie chromolę. Nie wiem też, czy można mówić o tym, aby to przyszło do nas "ze świata"; sądzisz, że kiedyś było dużo lepiej?
      A instrukcje, o których piszesz są chyba dowodem na coś przeciwnego: skoro nie ma w nich nic o tym, jak uruchomić zegar, to znaczy że ktoś zakłada że jesteśmy tacy mądrzy (bądź kreatywni), że sami na to wpadniemy. A wyjaśnienia jak dla idiotów są wyłącznie skutkiem nadmiernego zafascynowania Amerykanami i ich systemem prawnym, który premiuje zaradnych półgłówków zatrudniających wygadanych prawników.

      Usuń
    2. Pracuję zawodowo ponad 25 lat i twierdzę z całym przekonaniem, iż kiedyś nie było takiej biurokracji; moja praca dziś w 90 % polega na wypełnianiu list sprawdzających, tabelek, statystyk - i nie są to czynności pomocnicze (fakultatywne) a sposób udokumentowania roboty. Kiedyś to ode mnie zależał wybór odpowiednich narzędzi, aby dojść do celu, dzisiaj mam te narzędzia i muszę się nimi posługiwać, a często są one albo zepsute, albo zupełnie nieprzydatne, a na szukanie zamienników nie ma czasu. Instrukcje- z jednej strony liczą na kreatywność i nie podają metody uruchomienia sprzętu, a z drugiej traktują potencjalnego użytkownika, jak kretyna (oczywiście znam genezę drobiazgowych wyjaśnień dotyczących tego, czego nie wolno robić z baterią).

      Usuń
    3. E, może w Twojej i mojej pracy było tego mniej, ale w szeregu innych zakładów pracy kwitły przecież sprawozdawczość, raportowanie i planowanie. Wspominała o tym Torańska w "Widoku z dołu", ale i sama widzę to niemal za każdym razem, gdy zajmuję się sprawą dotyczącą lat siedemdziesiątych. Jak dla mnie zataczamy kółko, choć używamy nowocześniejszych narzędzi.
      Co do instrukcji, to mówiąc serio, faktycznie zmiana jest zdecydowanie na gorsze. Mam w domu jeszcze sporo starych sprzętów wraz z instrukcjami do nich i uważam, że są cudowne, a przy tym zwięzłe. Te współczesne to dramat. Jakież to szczęście, że jestem kreatywna!:PP

      Usuń
    4. To miałam to szczęście, że załapałam się na jakiś okres zdrowego rozsądku, kiedy absurdy gospodarki scentralizowanej już nie obowiązywały, a o wstąpieniu do unii jeszcze nie mogliśmy marzyć. Moja kreatywność niestety przeminęła z wiatrem :(

      Usuń
    5. Myślisz, że to Unia wszystko popsuła? Ogórki i kiełbasę wędzoną na pewno, ale całą resztę też?:P

      Usuń
  6. Jestem po dwóch zebraniach - w szkole i w przedszkolu. Myślę o jednym... Jak przeżyć jeszcze te kolejne lata zanim moje dzieci skończą edukację...
    Czytam książkę "Wychowanie bez nagród i kar" . Interesująca i dająca do myślenia. Tymczasem na spotkaniach w szkole, temat kar jest tematem wiodącym... Mam również wrażenie, że w typowej polskiej szkole uczniowi ciekawi świata, zadający pytania nie są mile widziani. Burzą schemat lekcji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na razie mam za sobą tylko to szkolne, na którym nie było źle (poza występem jednej z mamuś, o którym jednak napiszę w poście). Przedszkolne zapowiada się jednak na jatkę (a zamierzam wystąpić w roli jednego z siepaczy).
      Wszystko o czym piszesz, jest niestety prawdziwe, choć na szczęście nie wszędzie i nie we wszystkich szkołach. Pani Marzena Żylińska pisze i mówi dokładnie o tym samym, o czym napisałaś w dwóch ostatnich zdaniach - poczytaj jej blog w wolnej chwili, myślę że znajdziesz tam sporo dla siebie. Mam nadzieję, że kiedyś wreszcie dojdziemy do momentu, w którym głosy osób takich jak ona zagłuszą głosy zwolenników "tradycyjnej" szkoły.

      Usuń
  7. Witam
    Mam pytanie, czy moze ktos z Was wie, gdzie są jakies dobre studia podyplomowe z neurodydaktyki?
    Pisze tutaj bo oprocz jakis w Bydgoszczy nic nie znalazlam. Prosze jak cos wiecie przeslijcie mi info na aczz@wp.pl bede bardzo wdzięczna.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Miałam przyjemność słuchać wystąpienia pani Żylińskiej w zeszłym roku w Warszawie na konferencji o motywacji w nauczaniu języków obcych. Porwała mnie. Obecnie piszę pracę dyplomową o nauczaniu dzieci słownictwa za pomocą niesztampowych metod i neurodydaktyka siedzi mi w głowie cały czas :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo pani Marzena jest porywająca:) Sądzę, że byłam na podobnej konferencji, tyle że w Szczecinie i też wyszłam zachwycona (mimo że w życiu nie nauczałam nikogo języków obcych). Miałam przyjemność spędzić z panią Marzeną kilka godzin na rozmowach (osobistych i telefonicznych) i myślę, że chodzi też o to, że w to, co robi, wkłada mnóstwo serca.
      A neurodydaktyka owszem, od ponad roku ma stałe miejsce i w mojej głowie!

      Usuń
  9. Czytam posty i sie dziwie. Kto sie "zarazil" neurodydaktyka (wg mnie to nowoczesna, fantastyczna wersja Montessori), moze smialo wprowadzac to w zycie, gdyz polskie szkoly daja niesamowita dowolnosc pracy! Naukowcy zajmujacy sie neurodydaktyka w Polsce powoluja sie na naukowcow niemieckich. Mieszkam w Niemczech,przygladam sie szkolom niemieckim i stwierdzam, ze neurodydaktyka w Niemczech dlugo nie znajdzie miejsca. Spoleczenstwo niemieckie jest zamkniete i niechetnie otwiera sie na nowosci. Szkoly maja swoj ustalony od dawien dawna porzadek i schemat (slynne niemieckie "struktury") i choc nauczyciele miewaja (podkreslam: miewaja) szkolenia, nie maja zamiaru nic wprowadzac w zycie. Po poludniowym szkoleniu dla nauczycieli i rodzicow na temat neurodydaktyki, gdy nauczycielki byly zachwycone badaniami nakowcow z uniwersytetu w Ulm (szkolenie zakonczyli sie oklaskami) na drugi dzien nauczycielki z naszej szkoly nauczaly dzieci "po staremu" i nic, absolutnie nic sie nie zmienilo. Po kilku tygodniach rozmawialam z nauczycielami i wlasciwie niewiele pamietali z wykladu i czesci praktycznej. Nawet jednego tytulu ksiazki nie zapamietali... Wynika to nie z kiepskiej pamieci nauczycieli, lecz braku zainteresowania "nowym", "lepszym", ogolnie rzecz ujmujac - brak zainteresowania zmianami.
    Polacy sa "ideowcami" i maja duzo wiecej mozliwosci i swobody w szkole (ukladania czy modyfikowania programow, planow i sposobow prowadzenia lekcji, etc.) Prosze mi wierzyc, ze nie tylko mozliwosci, ale tez pieniadze sa w polskiej szkole, duzo wieksze niz w niemieckiej! Juz slysze te gromy, ale szkoly niemieckie nie posiadaja sal komputerowych, nie maja basenow (!) i nie maja nawet bibliotekarek na etacie, lecz zatrudniaja mamy, ktore prowadza spolecznie biblioteke szkolna! Szkoly nie maja dentysty szkolnego lub pielegniarki.
    Wracajac do szkol niemieckich. Jak dalecy sa niemieccy nauczyciele od zastosowania dobrodziejstw neurodydaktyki: wyjasnie na przyladzie nauczycieli jezyka angielskiego. Nauczyciele gimnazjum (od 5 klasy do 13) znaja jedna metode nauczania jezyka obcego. Jest to metoda pamieciowa. Sama jestem nauczycielem jezyka i poczatkow myslalam, ze trafil sie moim dzieciom kiepski nauczyciel, ale okazalo sie, ze caly niemiecki system nauczania jezykow wlasnie polega na wreczeniu uczniom listy slowek i zadanie pracy domowej - prosze nauczyc sie slowek na pamiec. Nauka slowek odbywa sie na dwa sposoby. Najczesciej uczniowie przeczytali tekst (zazwyczaj dialog z ksiazki) na lekcji, zrobili cwiczenie pod tekstem, a nastepnie maja zadana prace domowe - nauka pamieciowa slowek i klasowka. Niestety dzieci czesto nie potrafia wypowiedziec niektorych slowek, ale wymagana jest poprawna pisownia i przetlumaczenie slowka z niemieckiego na angielski, wiec nikt sie tym nie przejmuje. Drugi sposob - przed "przerobioeniem" tekstu, dzieci dostaja liste slowek i musza sie ich nauczyc (na pamiec, jakze inaczej?), napisac klasowke i dopiero (tak "przygotowane") moga przeczytac tekst z podrecznika i zrobic dwa cwiczenia. Nauczyciele agnielskiego nie slyszeli nawet o roznych metodach. Metodyka niemiecka jezykow obcych sprowadza sie do nauki pamieciowej. Metodyka jest wyjatkowo prosta nauka i "wszyscy sa zadowoleni"! Jak mozna sobie wyobrazic, prowadze u siebie w domu druga szkole, by moje dzieci znaly jezyk angielski, a nie tylko slyszaly, ze takowy istnieje!
    Przyklady "wyzszosci" polskiej szkoly nad niemiecka mozna mnozyc. Polska szkola ma o wiele wieksze szanse na wprowadzenie zdecydowanych zmian. Jest bardzo wielu dobrych nauczycieli, ktorzy maja ochote na zmiane ktorzy potrafia cos zmienic, ale (jak obserwuje ten proces) zaskoczona jestem przekonaniem polskich nauczycieli, ze "sie nie da", ze "nie ma pieniedzy", ze "system zly", ze "tysiac innych problemow". Szanowni Panstwo, prosze sie nie zniechecac! Zmiany w polskiej szkole sa mozliwe i stosunkwo latwo je przeprowadzic. Zycze sukcesow i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za tak długi i ciekawy komentarz. Cieszę się, że chciało się Pani aż tyle napisać:) Niestety, z braku czasu nie mogę się teraz odwzajemnić tym samym - daję tylko znać, że przeczytałam z uwagą.
      O niemieckich szkołach wiem niewiele, ale być może faktycznie model pruski ma się tam jeszcze lepiej niż u nas. Niewykluczone, że pani Marzena miałaby na ten temat więcej do powiedzenia, ale zdaje się, że ona to dopiero aktualnie cierpi na deficyt czasu, ja przy niej nurzam się w otchłaniach nudy:)
      W polskiej szkole jest na pewno o wiele lepiej niż kiedyś i faktycznie jest coraz więcej nauczycieli, którym się chce. Choć grono tych, którym się nie chce ciągle jest zbyt liczne. Myślę jednak, że zmierzamy w dobrym kierunku i - sądząc z Pani komentarza - nie jest to chyba kierunek zachodni;)
      A jeśli chodzi o naukę języków, to sama pani Marzena uczyła swoich studentów w Kolegium Języków Obcych, że można to robić w sposób ciekawy i pobudzający wyobraźnię. Pewnych rzeczy trzeba się po prostu nauczyć, ale naprawdę można to robić bez bólu (gdzieś na You Tubie są filmiki nagrywane przez tych studentów, niestety kompletnie nie pamiętam jak je znaleźć).

      Usuń
    2. Ha! Wystarczyło napisać, że nie mogę znaleźć i od razu znalazłam:) O, np tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=MQBON8HAHt4

      Usuń
  10. https://tomwitkow.wordpress.com/2015/03/25/komitet-neurobiologii-pan-przeciwko-neurobzdurom/
    pozdrawiam zafascynowanych

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, te same skany dostępne są też na blogu pani Marzeny: https://osswiata.pl/zylinska/2015/03/25/ostrzezenie-przed-niebezpieczna-neurodydaktyka/#more-947

      Usuń
  11. dr Literaturoznawczyni, wykładowczyni studium języków obcych w Toruniu

    vs

    prof.dr hab Jerzy Mozrzymas - kierownik pracowni biofizyki układu nerwowego na Uniwersytecie Medycznym, badacz, wykładowca, członek komitetu PAN

    Choć sama "argumentacja" obronna na blogu pani Marzeny mówi za siebie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może należałoby panią Marzenę przedstawić inaczej? Na przykład tak: wieloletni metodyk, osoba która pracę w szkole i problemy wiążące się z nauczaniem dzieci zna nie tylko od strony uniwersyteckiej katedry, ale od środka.
      I to tyle.

      Usuń
  12. Od środka czego? Pani M. Żylińska nie uczyła w szkole żadnego przedmiotu, ale wie jak powinno sie uczyć. Przecież przeczytała książkę Spitzera.
    To po prostu pewna siebie, egzaltowana dyletanka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo nie podoba mi się ton powyższej wypowiedzi. Uważam ją za niekulturalną i wygłoszoną tonem osoby, która uważa że pozjadała wszystkie rozumy (to tak dla wyjaśnienia, jaki ton mi się nie podoba).
      Nie będę bronić pani Żylińskiej, bo mnie o to nie prosiła i robi to sama. Ale uprzejmie informuję, że w tym sporze stoję po stronie rzekomych dyletantów, mając w ręku szereg rzeczowych argumentów (których nie przytoczę, bo patrz wyżej), więc nie ma sensu dłużej ze mną gadać.

      Usuń
  13. W pracy z młodymi ludźmi, czy to w szkole podstawowej czy gimnazjum wystarczy wykazać odrobinę empatii, posłuchać co mają do powiedzenia i z czym przychodzą każdego dnia.Większość nauczycieli wie doskonale jak uczyć, są świetni i cały czas pracują nad rozwojem osobistym i przykre jest tylko to,że w tym wszystkim chodzi im o to by utrzymać etacik w szkole gdyż rynek pracy nie potrzebuje takich "jednopalczastych" mądrali. Wielu z nauczycieli powtarza uczcie się dzieci bo to potrzebne a tym czasem sami są w większości dyletantami w kwestii języków obcych, mają braki w umiejętności okazywania uczuć i emocji, przyjmowania i udzielania informacji zwrotnych i itd. itd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy faktycznie empatia wystarczy, gdyż nigdy nie pracowałam w szkole, a jeśli uczę, to wyłącznie dorosłych. Sądzę jednak, że faktycznie ten, kto szanuje małych ludzi i nie traktuje ich wyłącznie jako małych głupoli, których trzeba "oświecić", jest dobrym nauczycielem.
      Inaczej postrzegam jednak nauczycielski świat. Nie wiem czy dobrze zrozumiałam wypowiedź, ale nie sądzę, aby nauczyciele byli aż tak cyniczni. Mam wrażenie, że jest wśród nich spora grupa tych, którzy naprawdę chcą zmieniać rzeczywistość (sporo z nich jest nauczycielami edukacji wczesnoszkolnej) i albo im się to udaje, albo dostają po łbie i cichną lub odchodzą z zawodu (dostrzegam ten problem zwłaszcza w małych miejscowościach) oraz równie spora grupa tych, którzy robią tylko tyle, ile muszą i niespecjalnie czymkolwiek się przejmują. Nie uważam także, aby braki w znajomości języków obcych były jakąś straszną wadą (o ile nie mówimy o nauczycielach języka, rzecz jasna); znacznie gorsze są braki na drugim wymienionym polu. Te ostatnie dostrzegłam zaś np. u panów profesorów, którzy byli uprzejmi wyprodukować donos w sprawie pani Żylińskiej.

      Usuń
  14. Momarto, może już widziałaś, ale jeśli nie, to odnajdź w sieci dłuższy tekst Mozrzymasa o "Neurodydaktyce". Link do niego podał też pan Paweł Kasprzak w dzisiejszym wpisie na swoim blogu na osi świata. Myślę, że warto. Jak również warto zapoznać się z całym wpisem pana Pawła, bo okazuje się, że sytuacja donosu nie jest już tak jednoznaczna...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, nie czytałam, chętnie przeczytam, ale nie dzisiaj, gdyż okazałam się meteopatką i od rana walczę z potworną migreną, która uniemożliwia mi czytanie czegokolwiek ze zrozumieniem.
      Rzadko kiedy cokolwiek jest jednoznaczne; nie odsądzając autorów listu tak zupełnie od czci i wiary, będę jednak (przed przeczytaniem tego, o czym piszesz) bronić stanowiska, że sam list, jego forma, sposób rozesłania przypominają bardziej donos niż cokolwiek innego (jest tam zwłaszcza jeden akapit, który uważam za absolutnie niedopuszczalny w przypadku, w którym piszący powołują się na wysokie standardy). Można było to rozegrać inaczej.

      Usuń
    2. Przeczytałam, choć opinia prof. Mozrzymasa jest dziś dla mnie intelektualnie nie do przejścia, o czym lojalnie informuję. Spróbuję kiedy indziej, gdy będę mniej zmęczona.
      Abstrahując od tego, kto merytorycznie ma rację w tym sporze, bo tego nie wiem (ale przypuszczam, że tak na pewno to nie wie także nikt inny) chciałam zwrócić uwagę na kilka kwestii.
      Rozumiejąc, że być może członkowie PAN poczuli się w obowiązku zareagować na - w ich ocenie - szerzenie zabobonów (wiem, że mocno upraszczam, ale do tego to się sprowadza) i nie wykluczając, że to oni mogą mieć merytoryczną rację, nie rozumiem, czemu zrobili to w taki sposób i w takiej formie. Czytałam o bezskutecznych próbach dyskusji, ale - bardzo przepraszam - to za mało, abym rączo przeskoczyła na drugą stronę barykady (co można obecnie zaobserwować na Osi świata, swoją drogą to żenujące). Jest relacja jednej strony, znam też relację drugiej. Bez sięgania po kodeksy mogę założyć, że prawda leży gdzieś pośrodku (jak od początku świata).
      Polska szkoła potrzebuje zmiany - to wiem na pewno. Nie są mi znane działania podejmowane przez członków PAN-u, zmierzające do zmiany tego stanu rzeczy. Jak najszybszej zmiany, dodam. Ja i moje dzieci nie mamy czasu. Pani Marzena podjęła realne działania, firmując je swoim nazwiskiem. Zrobiła coś, co nie udało się profesorom (trudno się dziwić, sama nie lubię, gdy ktoś mnie naucza ex cathedra i każe tylko słuchać). Może popełniła błędy, ale działa. I to ona, a nie ci, którzy siedzą cicho, ponosi teraz - bardzo bolesne - koszty tego działania.
      Nie podoba mi się to. I nie godzę się na to, aby w taki sposób panią Marzenę traktować.
      Czekam natomiast z utęsknieniem na publiczne wystąpienia pana profesora Mozrzymasa, Jeśli wróci (wrócił?) do kraju, mam nadzieję że zabierze w tej sprawie głos.
      (nie wypowiadam się na temat tego, co miało dziać się na blogu pani Marzeny na Osi świata, bo nie widziałam tego, co jest teraz opisywane i z czego robi się zarzut. Nie siedzę w internecie non stop).
      PS. Jeśli możesz, napisz do mnie, proszę na blogowego maila: momartablog@gmail.com. Mam parę okołoszkolnych pytań i wątpliwości:)

      Usuń
    3. Zgadzam się z Tobą, że forma listu profesorów nie była najwłaściwsza, delikatnie mówiąc. Nie wiem, czemu nie przesłali tekstu Mozrzymasa, który jest i znacznie bardziej merytoryczny, i nienapastliwy. Ale może przesłali, tylko to się tak nie odbiło? A może bali się efektu TLDR? Nie wiem i nie rozumiem tego, bo on znacznie bardziej otwiera pole do dyskusji. Mogę się tylko domyślać, że ten mało elegancki list powstał na skutek frustracji brakiem takiej dyskusji. Tyle że po naukowcach z PAN-u można by oczekiwać nieco większego panowania nad emocjami, szczególnie jeśli piszą taki list jako przedstawiciele instytucji naukowej a nie prywatne osoby.

      Ale rozumiem też poirytowanie na osi świata, bo usuwanie komentarzy z linkiem do tej bardziej wyważonej recenzji Mozrzymasa miało miejsce, a to był jednak polemiczny głos w dyskusji, z którym warto się zapoznać. I myślę, że to jest przyczyną całej afery bardziej niż treść samej książki. W końcu jest ona na rynku już od jakiegoś czasu, a do tej pory zawarte w niej propozycje nie budziły aż takich negatywnych emocji, co najwyżej uwagi (liczne) ze strony dwóch osiowych blogerów. Nie wykluczam, że trafne, przynajmniej do mnie przemawiały, ale nie jestem specem od przedmiotów ścisłych, więc nie mogę ich ocenić w pełni. Natomiast reakcja p. Marzeny na pojawienie się wspomnianego linka nie podoba mi się, bo sugeruje, że autorka ma jednak coś do ukrycia.

      Też z utęsknieniem niemalże czekam na reakcję (ach, spokojną i merytoryczną dyskusję z p. Żylińską) prof. Mozrzymasa, tyle tylko że chciałabym, żeby oprócz wyliczenia błędów z zakresu neurobiologii, budowy mózgu i działania neuroprzekaźników odniósł się w większej mierze do wniosków, jakie w "Neurodydaktyce" są przedstawione, bo to ma największy wpływ na możliwe zmiany systemu. A trochę obawiam się, że jako naukowiec skupi się w pierwszej kolejności na fizjologii mózgu, bo dla niego te błędy czy uproszczenia są oczywiste i zapewne mocno rażące. Dla laika, jak ja, będą niezrozumiałe, tak jak enigmatyczny był dla mnie stosowny fragment recenzji. Może więc lepiej się stało, że dyskusja w radio się nie odbyła, bo, jak przypuszczam, czasu na dłuższą rozmowę i tak by nie starczyło, a całość skończyłaby się na poziome znajomości neurobiologii u autorki, ewentualnie na przerywaniu dłuższych wypowiedzi przez prowadzącego, żeby zdążyć z kolejnym wątkiem rozmowy. A ja szczerze chciałabym wysłuchać bądź przeczytać stanowiska obu stron. W formie dyskusji. Z wnioskami dla systemu edukacji.

      Usuń
    4. Przeczytałam tekst prof. Mozrzymasa, jednak nadal nie rozumiem tego co stało się na Osi. Ale może to tumany kurzu wzniecone stopami tych, którzy gorączkowo przebiegają z jednej strony na drugą, przesłaniają mi obraz.
      Nie wiem też skąd twierdzenia o frustracji z powodu braku dyskusji. W tekście pada przykład jednej sytuacji, w której pan profesor wyraził chęć spotkania, które jednak nie doszło do skutku z uwagi na inne obowiązki pani Żylińskiej. No i? Pani Marzena w swojej odpowiedzi na list profesorów też podaje przykład złożonej przez nią propozycji skonfrontowania poglądów, która jednak - z takich czy innych względów, bardzo możliwe, że obiektywnych - nie została przyjęta przez profesora przyjęta. To jak? Ona nie może odmówić, bo to profesorów frustruje, a on może? Abstrahując już oczywiście od tego, że może faktycznie oboje z nich mieli w tym czasie inne zobowiązania (jakiekolwiek, także prywatne), którym dali pierwszeństwo.

      Tezy zawarte w tekście prof. Mozrzymasa (choć idąc jego śladem powinnam napisać, że może nie powinien wypowiadać się o dydaktyce, skoro jest tam podpisany jako pracownik Zakładu Fizjologii Molekularnej Zwierząt) są być może w dużej mierze prawdziwe. Z drugiej jednak strony brakuje mi tam cały czas jawnej konfrontacji z twierdzeniami głoszonymi nie przez panią Żylińską, a przez niemieckiego neurobiologa profesora Manfreda Spitzera. Odniesienie do Spitzera pojawia się tylko raz, i to mimochodem. A Gerald Huther? Jego nazwisko nie pojawia się w ogóle. Może więc jednak nie jest tak, że to profesor Mozrzymas jest posiadaczem patentu na neurobiologiczną mądrość? Może głosi jeden z poglądów, jest przedstawicielem jednego z wielu nurtów, podczas gdy inne wskazują na co innego? Zgadzam się tylko z jednym: faktycznie, może lepiej byłoby, gdyby pani Żylińska zaprosiłaby do współpracy przy tworzeniu książki jakiegoś neurobiologa, gdyby jego nazwisko także firmowało ten tekst. Może wtedy udałoby uniknąć się kilku błędów i trudniej byłoby zdyskredytować działania pani Żylińskiej tak, jak robi się to właśnie teraz.

      Co do usuwania komentarzy jeszcze raz powtórzę, że nie wiem, bo nie widziałam. Nie wiem, co było usuwane i w jakim kontekście. Nie wykluczam jednak, że pani Marzenie mogły puścić nerwy i być może postąpiła niewłaściwie. Tylko co z tego? Po pierwsze, każdy jest tylko człowiekiem i każdy ma prawo do błędów. Po drugie, uwierz mi, pani Marzena naprawdę jest bardzo inteligentną osobą, która doskonale wie, że w dobie internetu usuwanie czegokolwiek w taki sposób nie ma żadnego sensu.
      Mleko się nie tylko rozlało, ale i przypaliło. Strasznie śmierdzi. Wietrzenie długo potrwa.

      Usuń
  15. http://www.kneurobiologii.pan.pl/images/stories/List%20do%20Minister%20Edukacji%20z%20opinia%20o%20ksiazce%20Neuroedukacja.pdf
    To link do recenzji książki p. Żylińskiej, która, mówiąc eufemistycznie, zawiera pewne nieścisłości i nie do końca jest zgodna z aktualną wiedzą z dziedziny neurobiologii. Warto czytać...dobre książki, a myślenie naprawdę nie boli.Szkoda tylko, że p.Żylińską boli konstruktywna krytyka środowiska naukowego, bo zamiast odnieśc się do meritum, obraża się. To nie jest "naukowe" podejście!. Może go brak, bo autorka nie jest neurobiologiem, tylko germanistką z zamiłowaniem do nowinek dydaktycznych. I dobrze, tylko wszystko musi mieć przysłowiowe "ręce i nogi" .A najlepiej jak jest zgodne z prawdą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O owej recenzji wypowiadałam się już w komentarzach wyżej, odsyłam do ich lektury. I naprawdę, nie ma przymusu popierania pani Żylińskiej.

      Usuń