sobota, 19 listopada 2016

Spotkanie z Katarzyną Kłosińską, czyli Mrs Hyde powraca

Z umiejętnością poprawnego używania języka polskiego nie jest dobrze.
Z jednej strony narzekamy na jego wulgaryzację i zaśmiecanie słowami bezmyślnie kopiowanymi z innych języków.
Z drugiej, rośnie grupa osób pozornie wykształconych, które niestrudzenie włanczają światło i blombują zęby (osobiście znam kilka, wszystkie z tytułem magistra, a niektóre nawet doktora habilitowanego, wcale nie nauk ścisłych).  

W sytuacjach, w których uszy nam więdną, a ręce opadają, często czujemy się zagubieni. Bo co jest lepsze? Zwrócić uwagę, ryzykując, że nasz rozmówca śmiertelnie się obrazi, czy zignorować, godząc się tym samym na to, że wirus językowy będzie się rozprzestrzeniał, atakując kolejne ofiary?

Jeszcze gorzej dzieje się, gdy sięgamy po pisma urzędowe.

Na jednym biegunie znajdują się teksty napisane językiem, którego nie da się zrozumieć, jeśli nie ma się ukończonego choćby podstawowego kursu kryptologicznego.
Dla przykładu jedno zdanie autorstwa sędziego Sądu Najwyższego, osoby niewątpliwie bardzo wykształconej: „Oznacza to, że rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego powinno zostać osadzone w stanie faktycznym odzwierciedlonym przez Sąd odwoławczy, a wszelkie modyfikacje postulowane przez skarżącego nie są nośne.
Jeśli o mnie chodzi, jedyne co potrafię z siebie wydusić po bezowocnej próbie przeczytania tego tekstu ze zrozumieniem, to „hę?”

Na biegunie przeciwnym mieszkają ci, którzy bardzo się starają. Tak bardzo, że czasem przekraczają granice własnych możliwości.
Cytat tylko z jednego bardzo urzędowego pisma, które trafiło w moje ręce w ciągu minionego tygodnia: „Biegły nie wziął pod uwagę dokumentów złożonych przez powoda, a tym samym wykazał się ignorancją.”
Miałam ochotę odpisać, parafrazując znaną prawniczą paremię, „ignorantio lingua nocet”, ale się powstrzymałam, gdyż moja znajomość łaciny, a w szczególności zasad deklinacji, jest na poziomie zbliżonym do tego, w jakim językiem polskim włada autor krytykowanego przeze mnie pisma.

Przeżywając takie rozterki, chętnie skorzystałam z możliwości spotkania z profesor Katarzyną Kłosińską, które odbyło się wczoraj w ProMedia, jednej z filii Miejskiej Biblioteki Publicznej w Szczecinie, a które poprowadziła dziennikarka Marta Zabłocka.

źródło zdjęcia

Wrażenia? Było umiarkowanie porywająco. Nie mogłam niestety wziąć udziału w poprzedzających otwarte spotkanie warsztatach z frazeologii, które podobno były atrakcyjniejsze; być może wtedy, uskrzydlona emocjami, byłabym bardziej entuzjastyczna.

Profesor Kłosińska jest bardzo sympatyczną, otwartą, a do tego niezwykle mądrą osobą, perfekcyjnie posługującą się piękną polszczyzną. W zasadzie to powinno wystarczyć, by wytrzymać dwie godziny na niewygodnych krzesełkach. Czegoś jednak zabrakło, choć nie do końca wiem czego.
Może moderacji? Może wiodącego tematu? A może w ogóle pomysłu na ciekawą rozmowę?
Nie dowiedziałam się niczego nowego, nie rozwiązałam żadnego językowego problemu; po prostu spędziłam piątkowy wieczór w towarzystwie interesującej osoby. Może za wiele oczekuję, może to powinno wystarczyć, nie wykluczam.

Jeśli chodzi o moje problemy, do nierozwiązanych językowych doszedł jednak niestety jeszcze jeden, całkiem innej natury.

Od wczoraj nie wiem bowiem, czy naprawdę zainteresowanie czystością języka wyklucza zainteresowanie czystością własnych butów i schludnością ubioru?

źródło zdjęcia

Na szczęście siedziałam w jednym z dalszych rzędów, dlatego nie musiałam stale wpatrywać się w brudne buty, dżinsowe spodnie i zgrzebny sweter prowadzącej. Mimo to jednak nie do końca mogłam skupić się na wypowiedziach profesor Kłosińskiej. Zastanawiałam się bowiem nad tym, jak to jest, że dorosłej kobiecie, poproszonej o poprowadzenie spotkania z „pracownikiem naukowym na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, doktorem habilitowanym językoznawstwa, (…) sekretarzem naukowym Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN, [zajmującą się] w pracy naukowej (…) m. in. kulturą języka polskiego oraz językiem polityki i językoznawstwem kulturowym” (cytuję za informacją zamieszczoną na facebookowym profilu MBP w Szczecinie), nie przyszło do głowy, by ubrać się adekwatnie do okoliczności, a – przede wszystkim – by wyczyścić buty?!

Co jest ważniejsze? Wygląd czy sposób wyrażania się? To co na człowieku, czy to co ma w środku?
Czy można być kulturalnym niechlujem?
Czy to w ogóle ma znaczenie?

Doprawdy, trzeba było mi zostać w domu, oszczędzając tak cenny ostatnio czas.
Nie dość bowiem, że od wczoraj próbuję znaleźć odpowiedzi na postawione wyżej pytania, to jeszcze przerwałam blogowe milczenie w taki akurat, nie do końca dla wszystkich sympatyczny, sposób.
Ech!

81 komentarzy:

  1. Miło, że odżyłaś choćby na chwilę :)
    To ja tak sobie pozwolę zwrócić uwagę, że temat jest przewodni, a słowo wiodący jest ohydnym, pleniącym się rusycyzmem. Chociaż może w obliczu sytuacji geopolitycznej nie warto go wypleniać, będzie jak znalazł na przyszłość :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, widzisz! Czyli warto było napisać tego posta, żeby czegoś się nauczyć:P
      Ale oczywiście, teraz będę trzymać się wersji, że ja tak specjalnie, w związku z sytuacją geopolityczną:D

      Usuń
    2. A nie powinnaś raczej trenować jakichś jędrnych germanizmów?

      Usuń
    3. Nie psuj mi koncepcji obrony wizerunku!:P
      A poza tym, gdzie odpowiedź na którekolwiek z nurtujących mnie pytań?

      Usuń
    4. Słucham? To ja tu udzielam pereł mojej językoznawczej mądrości, a Ty jeszcze żądasz odpowiedzi na pytania? Ok, trze być w czystych butach na weselu. Znaczy na spotkaniu autorskim.

      Usuń
    5. Jedno nie wyklucza drugiego. Profesor Kłosińska wczoraj rzucała swe perły przed wieprze (chrum, chrum!), a zarazem odpowiadała na pytania.
      I nie trze, tylko trza, o!:P
      Na marginesie, sama zaliczam się do osób, którym często na buty czasu nie starcza. Ale takie brudne miewam tylko te sportowe, po powrocie z treningu w lesie, w czasie deszczu. Do pracy w dżinsach nie chodzę jednak nigdy, w zgrzebnych sweterkach także. Czuję się jak zardzewiała konserwa, ale nie zamierzam zbaczać z obranej drogi. Choćby miała zaprowadzić mnie na złomowisko.

      Usuń
    6. Trza, zaiste!
      Ja tam chodzę do pracy w dżinsach i bluzach z kapturem, czym budzę lekki niesmak nowych dyrekcji. Ale nie zamierzam zbaczać z obranej drogi.

      Usuń
    7. Jeśli zmierzasz do jakiegoś celu, to ok. Choć gdybym była Twoją dyrekcja, też pewnie byłabym zniesmaczona.

      Usuń
    8. Zmierzam do podkreślenia własnej niechęci do strojów bardziej formalnych.

      Usuń
    9. A ja miałam na myśli cel bardziej odległy. Ja też np. nienawidzę wszelkich garsonek i kostiumików (co w Twoim przypadku przekłada się na garnitury, jak sądzę), ale pomiędzy nimi a dżinsami i bluzami z kapturem, tudzież rozciągniętymi swetrami i flanelowymi koszulami w kratę jest jeszcze sporo opcji pośrednich.

      Usuń
    10. To jest opcja pośrednia, bo nie stosuję krótkich spodni i koszulek z muppetami :D

      Usuń
    11. To gdzie w tym wszystkim jestem ja? Długie spodnie i Muppety na przemian z Hulkiem i Supermanem?? :P

      Usuń
    12. Nie wiem czy załapałyby się na skali czystości momarty, ale z pewnością nie tak ufajdane, jak te ze zdjęcia :P

      Usuń
    13. Momarta ma zawyżone standardy :D

      Usuń
    14. Miałem kiedyś w życiu chwilę nabożeństwa do wypucowanych butów. Moje glany błyszczały się jak psu ..., zresztą, nieważne. A potem, wiesz: dom, praca, dzieci. Zdaję sobie sprawę, że to żadne wytłumaczenie. Może jakbym odgrzebał martensy, to by mi wróciło :P

      Usuń
    15. Myślisz, że to kwestia typu obuwia? Bo ja znam takich, co i lakierki by im nie błyszczały :D

      Usuń
    16. No właśnie, bo tu wcale nie o typ obuwia idzie. Dodam do tego, że piszę to ja, osoba, która nie dalej niż w minioną sobotę paradowała po mieście w dwóch różnych kozakach (bardzo się spieszyłam wychodząc, a oba były czarne...)
      A jeśli chodzi o standardy, wydawało mi się, że zawsze powinno się raczej ciągnąć w górę, nie zaś w dół:P Koszulki z Muppetami owszem, ale nie zawsze i nie wszędzie. Chyba, że jest się szalonym artystą, wtedy można.

      Usuń
    17. No przecież nie na śluby i pogrzeby te koszulki, ale żeby nie do pracy? :) Nie mam koszulki z Muppetami i tak.

      Usuń
    18. Nie no weź, idź na całość:P Czemu nie na śluby i pogrzeby, skoro do pracy można?
      Jasne, wszystko zależy od rodzaju pracy. Są takie, w których nie mrugnęłabym nawet okiem, widząc taki przyodziewek. Ani ja, ani Ty (w każdym razie moim zdaniem) nie powinniśmy jednak tak się ubierać w sytuacjach oficjalnych. Tak wierzę.

      Usuń
    19. Nie mam w pracy sytuacji oficjalnych. No z rzadka.

      Usuń
    20. Nic a nic? Żadnego malutkiego interesancika? Siedzisz tylko w jakiejś zakurzonej piwnicy i starasz się nie rzucać nikomu w oczy?

      Usuń
    21. Jakbyś przy tym była. Szczególnie teraz, w okresie burzy i naporu, staramy się nie wychylać spod naszego kamyczka.

      Usuń
    22. Hm, gdy w grę wchodzi bojaźń i drżenie, faktycznie lepiej niż koszula sprawdza się odpowiednio obszerna bluza z kapturem:P

      Usuń
    23. Kolesia w takiej bluzie nikt nie ruszy :P

      Usuń
    24. Dorzuć do niej kij baseballowy (z odpowiednim znaczkiem, rzecz jasna; podobno robią je w Szczecinie, mogę Ci podrzucić), wtedy na pewno nikt Ci nie podskoczy.

      Usuń
    25. Nie, kij mi nie pasuje :D Mam w szafie parasol ze szpikulcem.

      Usuń
    26. Najpierw pomyślałam, że chodzi o taki parasol i stwierdziłam, że w sumie, skoro niebo gwiaździste nad Tobą, to może faktycznie nie potrzebujesz kija.
      Potem jednak dopatrzyłam się, że w tym modelu brak szpikulca:( Gdybyś zmienił zdanie w sprawie kija, pisz na priv!:P

      Usuń
    27. W sprawie kija nie śmiałbym Ci głowy zawracać, mam pod bokiem puszczę, można znaleźć konar i se ostrugać :D

      Usuń
    28. Ale to potem chyba nieporęcznie z takim konarem tak do pracy tramwajem jechać? Chociaż co ja się tam znam, kobieta na obcasach:P

      Usuń
    29. Raz bym się przemęczył, a potem tylko trzymał pod biureczkiem.

      Usuń
    30. Dziś już ciemno, ale jutro pewnie po pracy popędzisz do lasu.

      Usuń
    31. Mam nawet za domem kilka poręcznych konarów z ostatniego przycinania drzew.

      Usuń
    32. Bierz wszystkie, nie bądź egoista. Koleżankom i kolegom też się przydadzą!

      Usuń
    33. Naprawdę, czy musisz być taki przyziemny?

      Usuń
    34. Ja nie muszę, ale kotki mi zmarzną.

      Usuń
    35. To się nazywa umiejętność użycia dobrego argumentu!:P
      Zawsze możesz zabrać kotki do pracy, tam pewnie ciepło. W bluzie z kapturem, sękatym konarem pod biurkiem i dwoma kotami będziesz nie do ruszenia!

      Usuń
    36. One by się, biedactwa, zanadto stresowały nowym miejscem. niech już się tam grzeją przy płonącym konarze :P

      Usuń
    37. Efekciarz! Teraz mam się niby zachwycać jaki to jesteś odważny, bo poradzisz sobie w samej bluzie?:P

      Usuń
    38. Tak. Zresztą mną się możesz w ogóle zachwycać. Najlepiej bezkrytycznie :D

      Usuń
    39. Ojej. Bezkrytycznie nie umiem. Taki defekt:(

      Usuń
    40. Niedobsz. Bo jak zaczniesz analizować, to gotowaś się nie zachwycić :(

      Usuń
    41. Jeśli analiza nie, to może synteza? Słowo "zsyntetyzowany" znakomicie zresztą się wpisuje w tematykę tego posta:P

      Usuń
    42. Nie chcę być zsyntetyzowany, to już wolę analizowanie.

      Usuń
    43. I synteza, i analiza idą mi obecnie baaaardzo wolno, w każdym razie w internecie. Musimy odłożyć to na kiedy indziej.

      Usuń
  2. Zmiany w języku, i w ogóle jakiekolwiek zmiany, to rzecz i nieuchronna, i pożądana. Gorzej, gdy błąd utrwala się jako norma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Profesor Kłosińska powiedziałaby w tym miejscu: "no tak, tylko co to w ogóle jest ten błąd?"
      Ech, strasznie to wszystko skomplikowane:(

      Usuń
  3. Miałem skomentować co do meritum, ale musiałbym zboczyć w politykę, zahaczyć (nomen omen) o Wiadomości, wczorajszy strajk i panią minister, ale niedziela taka ładna ... Idę pobiegać :D Podpisano: humanista w nerwach "brudzący" język gwarowymi naleciałościami, ale też i czasem o czystość i poprawne formy walczący :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko, naprawdę da rady powiązać tego posta z opisanymi przez Ciebie wydarzeniami? Jak się już wybiegałeś, zdradź w jaki sposób, nie bądź świnia!:P
      Jako mieszkanka Pomorza Zachodniego nie mam problemów z gwarowymi naleciałościami. W zamian nadużywam jednak wulgaryzmów - zawsze jednak adekwatnie do sytuacji i wyłącznie w towarzystwie, w którym tego rodzaju słownictwo przyjmowane jest z całkowitym zrozumieniem. Choć z pewnością znalazłoby się wiele osób, które gdyby kiedykolwiek usłyszały mnie w takiej wersji, już do końca życia patrzyłyby na mnie "takim wzrokiem":P

      Usuń
    2. Obiecuję jutro, bo zrobiłem 17 kilometrów z haczykiem i nawet palec wskazujący od tabletu mnie boli :P

      Usuń
    3. 17 kilometrów, no, no! Ja dziś rano 10,5, małym żuczkiem przy Tobie:P
      Czekam więc niecierpliwie na jutro!

      Usuń
    4. W Wiadomościach w wielce obiektywnej relacji ze strajku nauczycieli, wyciągnięto na jaw tweeta młodzieżówki PO, w którym błyszczał błąd ortograficzny i podano go na tacy głównego wydania, jako przykład braku edukacyjnej skuteczności gimnazjów. Jakoś nikt nie czepił się natomiast cytatu minister, która w swej wypowiedzi użyła nieznanego, anie mnie, ani SJP, czasownika "wydyskutować" :)

      Usuń
    5. I po raz kolejny utwierdziłam się w słuszności dawno temu podjętej decyzji o nieoglądaniu ŻADNYCH wiadomości w ŻADNEJ Tv.
      Tak na marginesie, pamiętam jak swego czasu wyciągano poprzedniemu panu prezydentowi błąd (a może nawet błędy, nie pamiętam) ortograficzne, popełnione przy okazji wpisu w jakiejś księdze pamiątkowej. Idąc tym tokiem myślenia, to chyba przykład braku edukacyjnej skuteczności ośmioklasowej podstawówki, nieprawdaż?:D

      Usuń
    6. Nie ciągnijmy tego wątku, bo obiecałem sobie ograniczyć stresy dnia powszedniego :P

      Usuń
    7. Nie pamiętam, szczerze powiedziawszy, ale czy Ty też masz dziecko w szóstej klasie?
      Dziś byłam u fryzjera. W czasie gdy siedziałam z farbą na głowie, wysłuchiwałam telefonicznej relacji z zebrania z rodzicami w klasie Starszego (nie mogłam być, nie tylko ze względu na fryzjera). Po zakończeniu rozmowy poprosiłam fryzjera o zostawienie farby o 10 minut dłużej, żeby zdążyły mi się ufarbować także te włosy, które posiwiały mi w trakcie tej rozmowy.
      To tyle o stresie.

      Usuń
    8. Nie mam, ale mam Młodsze powołane zgodnie ze starą ustawą i Starsze, które pójdzie gdzie indziej zgodnie z nową. Czekam na rozwój sytuacji, bo jest dynamiczny i kto wie, czy za 3 lata nie będzie jednak powszechnej siedmiolatki, bo przecież w międzywojniu się sprawdzała. Ot, róbmy coś, żeby robić, bo papier wszystko przyjmie, a ludzie się przyzwyczają :(

      Usuń
    9. Ja jestem niestety w mniej komfortowej sytuacji. Cieszy mnie to, że w przypadku Młodszego podjęłam decyzję, żeby wymiksować go z tego systemu (w każdym razie na tyle, na ile to możliwe bez popadania w edukację domową). Martwi mnie to, że jak na razie Starszy idzie w całości na straty.

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Lejesz miód na me serce:) Ale w zasadzie mogę odpowiedzieć: i vice versa!

      Usuń
    2. I ja też za wami obiema!!!

      Usuń
    3. Ech! A kiedyś było tak pięknie:( Nic to: jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. Tak wierzę.

      Usuń
    4. Anna :) wstyd przyznać, ale ja to jednak jestem ciągle na etapie zazdrości w stosunku do Twojej sytuacji krajoznawczej...

      Momarto > Wolę jednak "przepięknie" niż "normalnie" ;) Jest DZIŚ... i wiadomo jak jest.

      A prawie wczoraj w Magazynie Świątecznym ciekawe konstatacje "O człowieku, który zepsuł Internet". Może to jeden z kluczy?

      Usuń
    5. Cóż, Annie to chyba większość zazdrości:)
      Przepięknie nie musi wykluczać normalnie. Ba! Śmiem twierdzić, że zwyczajne też może być przepiękne. Coś tam jeszcze pamiętam, jak to kiedyś było...
      Tekstu w Świątecznej nie czytałam (ograniczyłam kupowanie gazet do tych, które naprawdę chciałabym przeczytać; i tak połowy z nich nie mam czasu czytać), a wyczerpałam już darmowy dostęp internetowy w tym miesiącu, więc nie sprawdzę, czy klucz pasuje do tego zamka.

      Usuń
  5. Miło, że dajesz (jakieś) oznaki życia. Lepszy rydz...
    T

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisz post a wyrzut sumienia się odezwie. Pamiętam. Chwilowo mogę tylko czule ucałować w czółko. Prace nad napisaniem czegoś dłuższego niż komentarz w toku.

      Usuń
  6. Może to jest dziennikarka radiowa i zapomniałam, że teraz ją widać? ;)
    Ale fakt- ubiór też chyba świadczy o szacunku.
    O błędach się nie wypowiadam, ale się staram nie robić często ;)
    ps. jak miło,że wróciłaś! :) to ja chaber73, zapomniałam hasła i nie mogę się zalogować na konto..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może - gdy już przypomnisz sobie hasło - prześlij je w jakimś zaszyfrowanym mailu; wtedy będę mogła podrzucić Ci je przy następnej okazji:P
      Dziennikarka pracuje obecnie dla PAP-u, o ile mi wiadomo (mogę się mylić); tam faktycznie nie widać:)
      Wieści o moim powrocie są nieco przesadzone, ale robię co w obecnej sytuacji mogę.

      Usuń
    2. wiesz, tu nie ma co pokazywać języka- to w moim wypadku nie jest głupi pomysł- to podanie hasła komuś, kto je zapamięta! póki co poszukiwania hasła trwają o_O
      Może w sumie gorszy od braku stosownego ubioru, jest brak stosownego przygotowania do rozmowy? :)
      Dajesz znaki życia, to też jakiś promyk w tunelu oczekiwania dla czytelników tegoż bloga ;)

      Usuń
    3. Stojącym w tunelu radzę zaopatrzyć się w długo działające latarki. Póki co, frustruję się, myśląc o tym, co chciałabym tu napisać, jednak nie bardzo mam jak i kiedy.
      Brak przygotowania do rozmowy istotnie gorszy. A już dwa w jednym to w ogóle makabra. Swego czasu trafiłam do programu radiowego prowadzonego przez niechlujnie ubranego dziennikarza z przetłuszczonymi włosami, który nie miał pojęcia o co mnie pytać. "To może Pani tak coś od siebie opowie?" - zagaił, a ja tylko przez wzgląd na wydawcę audycji nie wstałam i nie wyszłam. Zostałam zraniona i przez oczy, i przez uszy, a nawet przez mózg:(

      Usuń
  7. Odczytałabym orzeczenie SN - ponieważ materiał dowodowy zgromadzony w sprawie był mocny, a argumenty skarżącego słabe, orzeczono jak w sentencji:) W kwestii stosownego ubioru - przypomina mi się moje wrażenie odnotowane na blogu- dotyczące wizyty w teatrze londyńskim, kiedy to zostałam zbulwersowana tym, w jaki sposób ubrali się widzowie oraz tym, że 90 procentom widowni szkoda było wydać funta na szatnię i trzymano wierzchnie okrycia- płaszcze, kurtki, czapki i szaliki na kolanach, bądź na ziemi, że o siatach z zakupami nie wspomnę. W swoim wyjściowym stroju i szpileczkach wyróżniałam się na tle pozostałych. Ale... kiedy przedstawienie się skończyło, a widownia wykazała tak ogromny entuzjazm i radość z udziału w przedstawieniu pomyślałam, czy ubiór rzeczywiście jest taki ważny. Dla aktorów zapewne ważniejsza jest reakcja widzów, a ta była niesamowita (bardzo często uczestniczę w przedstawieniach teatralnych- zwłaszcza musicalowych), ale z taką reakcją spotkałam się tylko dwa razy (drugi to był koncert w innym europejskim mieście). I nie odpowiem ci na twoje wątpliwości. I choć jestem osobą o liberalnych poglądach wydaje mi się, że są sytuacje, kiedy po prostu nie wypada / nie powinno się ubierać "na luzie". Ale nie czepiałabym się pani prowadzącej- spotkanie miało charakter raczej nieformalny, a pani być może jechałam środkami komunikacji miejskiej, była brzydka pogoda i nie było możliwości zmiany/ czyszczenia obuwia. A do pracy to różnie- ja na co dzień w dżinsach, a i zdarza się o zgroza- swetrach (raczej nie rozciągniętych), choć częściej bluzki koszulowe, choć zawsze szpilki (od czasu, jak pracuję w biurze, a nie w terenie), na spotkania oficjalne "mundurek" czyli koniecznie marynarka. I od razu dodam, że nie mam do czynienia z klientami i choć nie jestem ukryta w kanciapce, to chętnie zaszyłabym się w jakiejś piwnicy, abym mogła trochę popracować w spokoju.

    Ps. Wczoraj wracając z koncertu w Filharmonii myślałam o Tobie, ba, myślałam nawet podczas, przypominając sobie twój wpis dotyczący jakiegoś koncertu (?..) i zastanawiałam się kiedy wrócisz i proszę- myślisz i masz. Miło, że jesteś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i sama widzisz - Twoje wrażenia z Londynu mogłyby wskazywać, że jednak się czepiam. Jestem gotowa przyjąć to wiadomości, choć nie zaakceptować.
      Myślenie o mnie w kontekście filharmonii to niezły pomysł - w ciągu ostatniego tygodnia byłam tam trzy razy (raz na imprezie zewnętrznej, całkiem niezwiązanej z muzyką poważną). Teraz już wiadomo gdzie jestem, gdy nie ma mnie w internecie:P Ale - nawiązując do głównego wątku - przy dwóch "poważnych" wizytach zaobserwowałam sporą rozpiętość ubiorową, przy czym wariant dżinsowo-sweterkowy wcale nie był preferowanym tylko przez młodzież. Mnie to jednak, mimo wszystko i nieustannie, razi. Z drugiej strony, na tym innym koncercie (muzycznie dość mocnym; perkusja łupała mi w głowie jeszcze przez kilka godzin po zakończeniu) było kilka osób ubranych w garnitury, tudzież garsonki. Ja byłam w dżinsach (i w miarę czystych butach:P).

      Usuń
  8. No właśnie wszystko zależy od okoliczności i kontekstu. Ale czyste buty warto mieć zawsze:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak uważam. Gorzej, że zazwyczaj odkrywam to, że moje są brudne, na minutę przed planowanym wyjściem z domu.

      Usuń
  9. Cieszę się, że jesteś ☺
    Co do pytań, to ja pewnie będę na przeciwnym biegunie - kompletnie nie zwracam uwagi na ubiór u innych i uważam, że nie suknia zdobi człowieka. Można być mega chamem z wypastowanymi lakierkami, a można być i, jak to nazwałaś,kulturalnym niechlujnie 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że można i tak, i tak. A niektórym z najpiękniejszych, najdroższych i najczystszych szpilek potrafi wyłazić słoma. Mimo wszystko upieram się jednak przy swoim stanowisku, że przykładając wagę do ubioru, dajemy sygnał, że oto w naszym życiu wydarza się coś choćby trochę niezwykłego i odświętnego. Za chwilę niczego nie będziemy celebrować, a przecież nasze wspomnienia, wrażenia budowane są także przez całą "otoczkę".
      Wczoraj byłam na pogrzebie. I raził mnie strój niektórych żałobników. Nie chodzi mi przy tym wcale o konieczność przyodziania się w czerń od stóp do głów. Ale naprawdę nie wierzę, że ktoś nie ma innych spodni niż dżinsy, albo innej kurtki niż żarówiasta sportowa. I pewnie, liczy się przede wszystkim obecność, ale, doprawdy, czy nawet w takiej sytuacji nie można zdobyć się na minimalny wysiłek?

      Usuń
    2. hmm, dla mnie to jednak dwie różne kwestie i akurat w przypadku dostosowywania ubioru do tzw. 'okazji' czy okoliczności, zgadzam się z Tobą. Natomiast, jak już pisałam, daleka jestem od oceniania ludzi po wyglądzie, nawet po brudnych butach ;)

      Usuń
    3. Ocenianie ludzi a wyrażanie zdania na temat ich wyglądu to dwie całkiem inne sprawy. Myślę, że w tym się zgadzamy:)

      Usuń
  10. Miałam podobne odczucia co do ubioru osoby prowadzącej spotkanie, ale byłabym w stanie jej to wybaczyć (ma taki swetrowo-dżinsowy "styl" a brudne buty, to może wynik deszczowej pogody?). Za to sposób prowadzenia spotkania, nudne, nic nie wnoszące pytania i ta egzaltacja w głosie męczyła mnie o wiele bardziej.

    Wcześniejsze warsztaty moderowane przez samego gościa, były o wiele ciekawsze.
    Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam tylko na dwóch spotkaniach prowadzonych przez panią Zabłocką i w obu przypadkach goście byli całkowicie samowystarczalni, czyli żadne pytanie nie było w stanie im przeszkodzić:)
      Zadawanie właściwych pytań we właściwym momencie to prawdziwa sztuka; sama od ładnych kilkunastu lat próbuję ją opanować i nadal daleka jestem od perfekcji, stąd też akurat w tym przypadku jestem bardziej niż Ty pobłażliwa.

      Usuń