Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1966. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1966. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 października 2016

"Przekrój" nr 1021/1966, czyli 50 lat temu (odc. 13)

„Przekrój” datowany na 2 października 1966 roku sporo miejsca poświęcił książkom.




Poza stałym cyklem „Czytać albo nie czytać”, prezentującym wydawnicze nowości (tym razem nic ciekawego, poza nieznanym mi dziełem Antoniego Słonimskiego „Jawa i mrzonka”), całą stronę zajęła ankieta skierowana przez redaktorów „Przekroju” do dyrektorów czterech największych ówcześnie polskich wydawnictw, tj. Państwowego Instytutu Wydawniczego, Książki i Wiedzy, Czytelnika oraz Państwowego Wydawnictwa Naukowego. Każdy z nich miał odpowiedzieć na pięć pytań, w tym o wysokość nakładów i ilość zatrudnianych osób, najbardziej rozchwytywaną przez czytelników książkę, książkę uważaną za najwybitniejsze osiągnięcie wydawnictwa, wschodzącą młodą gwiazdę polskiej literatury oraz ulubioną książkę dyrektora wydawnictwa.


Po zapoznaniu się z treścią odpowiedzi popadłam w głęboką zadumę, by nie powiedzieć: w stupor dysocjacyjny.
Taką reakcję wywołały u mnie głównie podawane w tekście liczby.

Adam Ostrowski z PIWu wyznał bowiem, że jego wydawnictwo w każdym roku publikowało wówczas 220 książek w łącznym nakładzie 4 milionów egzemplarzy! Z kolei „Czytelnik” w roku 1966, licząc do lipca, wydał 5200 tytułów w nakładzie, phi!, ledwie 90 milionów egzemplarzy. Każde z wydawnictw zatrudniało zarazem imponującą liczbę pracowników: PIW – 158 osób, w tym 50 redaktorów i 19 korektorów („prawie wszyscy z wyższym wykształceniem, przeważnie polonistycznym”); „Książka i Wiedza” – 226 osób, w tym 92 redaktorów; „Czytelnik” – 145 osób, w tym 52 redaktorów, zaś PWN – 848 pracowników, w tym 298 redaktorów.
W stupor można popaść, rozważając każdą z tych kwestii z osobna, by nie wspomnieć o wszystkich naraz. Nie mam wprawdzie dostępu do jakichkolwiek aktualnych danych dotyczących jakichkolwiek wydawnictw, ale śmiem postawić tezę, że milionowych nakładów (nieważne: w przypadku pojedynczej książki czy wszystkich wydawanych łącznie) żadne z nich na oczy nie widziało. Zaryzykowałabym także uwagę, że gdyby zapytać obecnie o liczbę zatrudnianych osób, oczekując wyłącznie danych dotyczących osób zatrudnianych w oparciu o umowy o pracę (w 1966 nikt nie słyszał o „śmieciówkach” czy też o konieczności założenia własnej działalności gospodarczej), dane byłyby raczej nędzne (mam przy tym wrażenie, że niektóre ze współczesnych wydawnictw nigdy nie wpadły na możliwość zatrudnienia jakiegokolwiek redaktora, a słowo „korektor” kojarzy im się wyłącznie z przyrządem piśmienniczym).

Dalsza lektura tej ankiety dostarcza kolejnych wstrząsów, kto wie, czy jeszcze nie groźniejszych dla zdrowia.
Dyrektor PIW-u, Adam Ostrowski, wyznaje bowiem oto: „Niemal wszystkie książki PIWu znikają błyskawicznie z księgarń, a większość z nich sprzedaje się praktycznie spod lady. Od wielu lat sprzedajemy ok. 95% naszych książek już w roku ich wydania, co jest oczywiście zjawiskiem anormalnym i niezdrowym, gdyż książki powinny znajdować się w księgarniach w niektórych wypadkach nawet po 10 latach od wydania.”

Czy widział ktoś dyrektora, menadżera z prawdziwego zdarzenia, który chciałby sprzedawać swój towar w ciągu 10 lat?

Czy widział ktoś książkę, która jest w stanie przeleżeć cierpliwie 10 lat na księgarnianej półce?
Łatwiej chyba bezpańskiemu psu z Nowego Jorku umknąć ze szponów rakarza (tak, byłam z dziećmi w kinie na „Sekretnym życiu zwierzaków domowych”), niż współczesnej książce uniknąć skierowania na przemiał po ledwie kilku latach od jej wydania.

Jeszcze gorzej robi się czytającemu, gdy zapozna się z dalszym wyjaśnieniem dyrektora Ostrowskiego, odnoszącym się do tej samej kwestii (tj. zbyt szybkiego znikania książek z półek).
Tłumaczy on bowiem tak: „Przyczyny tego stanu są ogólnie znane: ciągle jeszcze mamy zbyt mało papieru, a ponadto – co obecnie jeszcze bardziej daje się we znaki – nasz zacofany przemysł poligraficzny nie jest w stanie zaspokoić potrzeb wydawców”.

Czyli: gdyby było więcej papieru, a przemysł poligraficzny nie był zacofany, nakłady w roku 1966 byłyby jeszcze wyższe?
Doprawdy, zwykłe westchnięcie (choćby głębokie) nie pozwala na danie upustu emocjom.

Na szczęście (w każdym razie z punktu widzenia czytającego ten tekst w roku 2016), także w roku 1966 nie wszystko udawało się tak, jak sobie to panowie dyrektorzy wyobrażali.
Stanisław Wroński z „Książki i Wiedzy”, opowiadając o najwybitniejszym, jego zdaniem, osiągnięciu wydawnictwa, twierdził bowiem tak: „mogę wymienić dwutomowy album pt. „Polska 1944-1965”. Do tego co o nim napisał Karol Małcużyński, prof. Konstanty Grzybowski, dyr. R. Tomaszewski i wielu innych, mógłbym dodać moje osobiste przypuszczenie, iż w miarę upływu czasu będzie on coraz bardziej interesujący. Za lat 20 czy 50 pożółkłe jego kartki przeglądane przez nowych czytelników będą swego rodzaju przenośnikiem chwili historycznej, atmosfery przeszłości, której rangę właściwą nada dopiero odległa przyszłość.”

Obawiam się, że dziś, czyli 50 lat później, pożółkłych kartek tego albumu nie przegląda niemal nikt (i to mimo że bez problemu, za całkiem małe pieniądze, można go kupić czy to na allegro, czy to w antykwariatach), toteż i nikt nie jest w stanie poczuć zapowiadanej atmosfery przeszłości we właściwej randze. Gdyby jednak ktoś był gotów podjąć to wyzwanie, proszę donieść o wrażeniach. Jeśli nie uda się dziś, to może za kolejnych 50 lat?

PS. Szanownych PT Czytelników tego bloga pragnę w tym miejscu poinformować, że mimo wszelkich starań nie jestem w stanie obiecać, że kolejne wpisy będą pojawiały się w miarę regularnie. Co więcej, nie jestem w stanie obiecać, że będę mogła czytać cokolwiek, co pojawia się na innych, zacnych i wielce przeze mnie cenionych, blogach. Borykam się ostatnio z szeregiem problemów, natury znacznie poważniejszej niż brak weny i brak czasu. Czy i kiedy uda mi się je rozwiązać, nie wiem. Zapewniam jednak, że nie ustaję w wysiłkach:)

niedziela, 31 lipca 2016

"Przekrój" nr 1112/1966, czyli 50 lat temu (odc. 12)

„Przekrój” datowany na ostatni dzień lipca 1966 roku sporo uwagi poświęcał kobietom.


Już na pierwszej stronie Kajetan Kotowicz w poświęconym wędkowaniu tekście „Wszystkie rybki” z uznaniem opisywał wędkarskie przygody własnej żony. Odnotował przy tym, że Polski Związek Wędkarski liczył w owym czasie 269.793 członków, w tym tylko 1.182 kobiety (raptem 0,44% spośród wszystkich zrzeszonych w tym czasie w PZW osób). 
Patrząc na zdjęcia zamieszczane obecnie na internetowej stronie PZW, przypuszczam, że ów procent nie wzrósł jakoś bardzo znacząco. Z drugiej jednak strony, jeśli kobiety zabierają się za wędkowanie, zazwyczaj wkładają w to całe serce. Nie wątpię, że o niejakiej pani Beacie Radeckiej, która tydzień temu wygrała nocne zawody wędkarskie zorganizowane w Krapkowicach, można by napisać co najmniej to samo, co pół wieku napisał pan Kotowicz o swojej małżonce:
„(…) jeśli ta kobieta, która mdleje na widok karalucha, pieczołowicie faszeruje białe robaczki czosnkiem, to sami rozumiecie." 

Clementine Churchill
źródło zdjęcia
Połowę jednej ze stron poświęcono także żonie Winstona Churchilla, lady Clementine. Przyznam szczerze, tekst czytałam z rosnącym podziwem. Od dawna wiem jednak, że dyplomacja (również małżeńska) nie jest moją najmocniejszą stroną.
Nieznany autor zamieszczonego w "Przekroju" artykułu tak opisywał niektóre tylko z wielu wyzwań, jakie na co dzień stawały przed panią Churchillową:
„Churchill był człowiekiem raczej uciążliwym w życiu codziennym. Miał pewne przyzwyczajenia, z których nie chciał rezygnować za żadną cenę. Takim przyzwyczajeniem były jego uroczyste niemal kąpiele. Brał ich co dzień dwie. W południe i koło wpół do ósmej wieczorem. Przez pięćdziesiąt kilka lat małżeństwa lady Churchill nigdy nie udało się go nakłonić do wcześniejszego wyjścia z wanny (siedział w niej strasznie długo), nawet jeśli na kolacji byli goście. W wannie recytował bez końca Szekspira albo powtarzał przemówienia, które wygłosić miał w Izbie Gmin.(…)
Churchill był człowiekiem niepunktualnym i… wielkim smakoszem. (…) [Lady Churchill] obliczyła, że w ciągu ich małżeństwa przygotowała ponad dziesięć tysięcy wykwintnych obiadów. Ulubionym daniem sir Winstona był kawior, wołowina, owoce w marcepanie. Tracił jednak wszelką miarę na widok bitej śmietany. (…) Oczywiście tył. Tu jednak lady Churchill była bezsilna. Równie bezowocna była jej walka z alkoholem. Osiągnęła tylko jedno, że sir Winston przesunął godzinę pierwszej whisky. Zwykle pijał ją o wpół do dziesiątej. Drogą kompromisu ustalono, że wypijać ją będzie o godzinę później.”

Kobiece nawiązania (w tym razem klasycznym stylu) pojawiły się nawet w rubryce „Słuchać czy nie słuchać”, w tym numerze poświęconej omówieniu szeregu płyt z nagraniami Antoniego Dworzaka.
Nie wiem kto tworzył tę rubrykę, ale z pewnością gdyby osoby odpowiedzialne dziś za promocję muzyki poważnej przeczytały z uwagą wszystkie jego teksty, wyciągając stosowne wnioski, z pewnością od jutra filharmonie stałyby się najbardziej obleganymi miejscami w tym kraju. Ot, taka choćby wzmianka:
„Czy zdarzyło ci się wracać wieczorkiem do domu, trochę skwaszonym – że nudno, że w domu nic ciekawego, kolacja z resztek obiadu, żona z wydatkami, którą znasz, zbyt dobrze wszystko znasz? (…) Otóż jeśli, ku twemu zdziwieniu, w pustym mieszkaniu zastaniesz kartkę od żony: „Wyjechałam na 3 dni z Zosią, cielęcina w lodówce”, oraz kopertę z nadrukiem a wewnątrz zawiadomienie, że na twoją ćwiartkę padło 125 tysięcy, a na dobitek w łazience będzie się kąpała szwedzka gwiazda filmowa Ursula Andress, bo w hotelu nie było pokoju, możesz śmiało zawołać: NIESPODZIANKA!
Otóż równie wielką niespodzianką będzie dla ciebie zapoznanie się z twórczością DWORZAKA Antoniego (1841-1904). Jak rzep przyczepiono mu określenie „epigon Brahmsa”. Jeśli nawet Brahms był artystą jeszcze wyższego lotu, to z tego nie wynika, że słuchanie Dworzaka nie da ci ogromnych rozkoszy.”

Także redagowana przez niejaką Aleksandrę stała rubryka „Listy o filmie” poświęcona była premierom filmów, w których główne role grały kobiety. Polskim filmem, który wchodził latem 1966 roku na ekrany kin (premiera miała miejsce 20 lipca) był jeden z moich ulubionych filmów wszechczasów – „Lekarstwo na miłość”, adaptacja „Klinu” Joanny Chmielewskiej z będącą wówczas w rozkwicie urody Kaliną Jędrusik w roli głównej.
Nie będzie przesadą gdy napiszę, że to ten właśnie film stworzył (obowiązujący do dziś) mój wzorzec kobiety. To po jego obejrzeniu ukształtowały się moje wyobrażenia dotyczące tak typu urody, fryzury czy makijażu, jak i strojów.
Swego czasu na blogu „Agnieszka o modzie” zamieszczono świetną analizę tego filmu, dokonaną właśnie pod kątem mody. Szczerze polecam i tekst, i film.


By pozostać przy filmie: w „Mieszance firmowej” donoszono, iż „reżyser Jerzy Hoffman przygotowuje się do realizacji historycznego superfilmu „Pan Wołodyjowski” (kolor, szeroki ekran). Początkowo kandydatami do roli tytułowej byli Michnikowski i Łomnicki. Wydaje się jednak, że tych dwóch świetnych aktorów pogodzi amator, tyle że znakomicie władający szablą: Wojciech Zabłocki, jeden z naszych czołowych szermierzy.”
Jak wiadomo, reżyser ostatecznie zdecydował się na Tadeusza Łomnickiego. I chyba dobrze, bo – szczerze powiedziawszy – nijak nie jestem w sobie w stanie wyobrazić Wiesława Michnikowskiego w roli Małego Rycerza.


Na zakończenie literackie doniesienia o nowościach sprzed półwiecza.
Jak zwykle sporo wśród nich pozycji dotyczących II wojny światowej. Dwadzieścia lat od zakończenia wojny to był zdaje się odpowiedni czas, by pewne historie dojrzały do tego, by je z siebie wyrzucić. W lipcu 1966 ukazały się więc (obie tak samo mi nieznane): „Dolina Jozafata” Małgorzaty Hołyńskiej („o grupie dziewcząt różnych narodowości; po przejściach więzienno-obozowych wywieźli je Niemcy do pracy we Francji i Niemczech. Przeżycia, często tragiczne, ale przez pryzmat młodości. Czasem i humor. Wartka akcja.”) oraz „Czysta krew” Salomona Strausa-Marko („Jedna z niezwykłych wojenno-okupacyjnych historii. Autor wspomnień, Żyd, przedzierzgnął się w Ukraińca i doszedł nawet do dość eksponowanego stanowiska w hitlerowskiej machinie wojennej. Spryt i odwaga pozwoliły mu przeżyć, mimo że prowadzi cały czas niebezpieczną grę, współpracując z ruchem oporu. Dokumentalne zdjęcia.”).



W rubryce znalazły się ponadto wzmianki o kilku innych - jak się wydaje, interesujących - książkach:
Waldemar Babinicz (czy ktoś kiedykolwiek słyszał o takim autorze?) „Ludzie to powiedzieli” – „5 opowiadań; oprócz jednego wszystkie o tematyce współczesnej, umieszczone w realiach wsi i jej obyczajów. Pisane trochę z przymrużeniem oka; w konwencji typowego dla wsi (autor zna ją dobrze) dobrotliwie żartobliwego patrzenia na życie.”
„Kryształowy sześcian Wenus” – „Wybór 12 opowiadań fantastyczno-naukowych, dający przegląd tego rodzaju najnowszej twórczości amerykańskiej. Czołówka autorska tego gatunku. Kto lubi – ma pasjonującą lekturę. Wybór i wstęp J. Stawińskiego.”



I wreszcie jedyna w tym zestawie książka, którą mam (co wcale nie znaczy, że czytałam) – „Ikar” Jana Józefa Szczepańskiego: „Temat i bohater – wzięci z historii: 20-letni emigrant Antoni Berezowski, który dokonał zamachu na cara przebywającego z wizytą w Paryżu (1867) skazany na dożywotnie galery w Nowej Kaledonii. Proza b. współczesna. Czyta się.”

Wówczas (wydanie I) „Ikar” został wydany przez „Czytelnika” w nakładzie 10 tysięcy egzemplarzy; blisko 30 lat później, w roku 1982 ten sam wydawca do „Ikara” dorzucił jeszcze „Wyspę” (być może dlatego nie mogę się za to zabrać – grubość mnie odstrasza!), a nakład zwiększył do 30.320 egzemplarzy. Ech! 

piątek, 22 lipca 2016

"Przekrój" nr 1111/1966, czyli 50 lat temu (odc. 11)

22 lipca 1966 roku, tak samo jak dzisiaj, był piątek.
Nie był to jednak zwykły piątek, taki jak dzisiaj. Był to bowiem piątek świąteczny – 22 lipca (obecnie E. Wedel).


Na drugiej stronie datowanego na ten szczególny dzień numeru „Przekroju” redakcja zamieściła krótkie objaśnienie. Z myślą o młodszych czytelnikach tego bloga, mając także na uwadze to, że nasza obecna rzeczywistość (w każdym razie polityczno-społeczna) coraz bardziej zaczyna przypominać tę sprzed pół wieku, zamieszczam poniżej obszerne cytaty:

„Przed 22 laty na wyzwolonym skrawku ziemi w Chełmie Lubelskim objął władzę Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego – pierwszy rząd Polski Ludowej. Metryką jej urodzin stał się Manifest Lipcowy. Sprecyzował wizję Polski społecznie sprawiedliwej, gospodarczo silnej, politycznie znaczącej na mapie świata.(…)
Stało się tradycją, że w każdą rocznicę lipcową dokonuje się bilansu dorobku, który jest wspólnym dziełem umysłów i rąk naszych. Tak jest i teraz w dwudziestą drugą rocznicę. Ale tę rocznicę obchodzimy w roku wyjątkowym, zamykając TYSIĄCLETNI rozdział historii Polski.(…)
Jaka jest Polska roku 1966, otwierającego nowe tysiąclecie?
- Jesteśmy jednym z najmłodszych społeczeństw Europy. Ponad 40 proc. obywateli liczy poniżej dwudziestu lat. Blisko 70 proc. nie przekroczyło czterdziestki, 65 lat i więcej ma zaledwie 6,5 proc.
- W tym roku zrówna się ilość mieszkańców miast i wsi. Po raz pierwszy w dziejach kraj nasz przekroczy próg, oznaczający wysoki stopień urbanizacji i rozwoju gospodarczego. Zajmiemy szóste miejsce w Europie.
- Wkrótce także zrówna się ilość Polaków zatrudnionych w rolnictwie i leśnictwie z liczbą pracujących w przemyśle i innych dziedzinach gospodarki narodowej.(…)
A przecież nie tak bardzo odległe są czasy kiedy 70 proc. Polaków zajmowało się tylko rolnictwem i należeliśmy do krajów o najniższym odsetku ludności miejskiej. Nie tak dawne są czasy, w których likwidowaliśmy zmorę przeszłości – analfabetyzm.”

Nie wiem, bo nie oglądam telewizji i staram się nie czytać wiadomości (w każdym razie tych krajowych), ale mimo wszystko mam wrażenie, że 50 lat później tchniemy nieco mniejszym optymizmem. Kołacze mi się coś o jakiejś ruinie…

Rubryka „Czytać albo nie czytać” także bardzo optymistyczna.
Jej przełożenie na współczesne realia już niekoniecznie.
W lipcu 1966 roku ukazał się bowiem (w nakładzie 20.000 egzemplarzy!) m.in. „Piłat” Magdy Szabó, opisany przez „Przekrój” jako „powieść współczesna, o kobietach. Życie matki i córki pod jednym dachem. Konflikt pokoleń, problem starości, narastający dramat. Dobra proza”.
Sprawdzam dostępność w mojej bibliotece. Odpowiada mi tylko informacja "egzemplarze wycofano".
50 lat, jak widać, dla książki to zbyt wiele…

W dziale „Sensacyjne” redakcja donosiła z kolei o ukazaniu się drugiej „przyjemnej i dowcipnej” powieści pewnej autorki. Notka o treści nader lakoniczna, acz zachęcająca: „Środowisko warszawskich architektów. Czyta się.”
Owszem, chodzi o Joannę Chmielewską i „Wszyscy jesteśmy podejrzani” (pierwszą wydaną jej książką był „Klin”).
Jakieś dwa miesiące temu ponownie (nie zliczę już który raz) przeczytałam. Niestety, nie w wydaniu z 1966, w serii „z jamnikiem”, ale i tak czytało się znakomicie.

I wreszcie najważniejsza, zdaje się, wydana ówcześnie pozycja.
źródło zdjęcia
Henryk Elzenberg. Nazwisko, które – przyznaję uczciwie – mówi mi niewiele. Coś tam się kołacze, coś dzwoni, ale żebym kiedykolwiek czytała? Nie, nic z tych rzeczy.
Tymczasem redaktor „Przekroju” nie ustaje w zachwytach:
„Autor jest równie wybitnym pisarzem jak filozofem. Co za polszczyzna! Proza brzmi jak dobra muzyka. Zdania jasne, zrozumiałe – to znów są skutki, gdy ma się talent, a na domiar studia odbywało się we Francji. Prof. Elzenberg wydał trzy książki. Jego dziennik w formie aforyzmów pt. KŁOPOT Z ISTNIENIEM, określono: wielka przygoda intelektualna. Słusznie, ale z dodatkiem: i moralna, gdyż autor przede wszystkim jest moralistą. (…) Druga książka, WARTOŚĆ I CZŁOWIEK, trudniejsza, dla czytelników zaawansowanych, broni podstawowego pojęcia w życiu ludzkim: wartości. Obecnie ukazała się oczekiwana trzecia: PRÓBY KONTAKTU, tak z czytelnikiem, jak i z… współczesnością. 21 esejów: o Gandhim, o Brutusie, o Benedetto Croce (czy tylko ja nie wiem kto to?), o Lukrecjuszu (ale ciekawie!), o Żeromskim, Rabindranath Tagore… Pasjonująca lektura dla dorosłych. Mały nakład, pośpiesz się. (Wyd. Znak, 4 tys., str. 222, cena 38).

Pomijając już to co wiem o Henryku Elzenbergu i jego twórczości, chciałabym zwrócić uwagę na co innego. Na „mały nakład”, mianowicie. W roku 1966 było to 4 tysiące egzemplarzy.
W roku 2016, śmiem twierdzić, 4.000 to nakład całkiem spory.
Postawię tezę jeszcze śmielszą: Elzenberg wydany dziś choćby w 400 egzemplarzach miałby marne szanse na sprzedanie się. Chyba że wystąpiłby (pośmiertnie) w jakimś talent show. Studia we Francji mogłyby jednak nie wystarczyć do odniesienia sukcesu. No, chyba że pan Henryk mógłby zaprezentować światu kaloryfer na brzuchu, wtedy to zupełnie inna gadka!


Rubryka „Savoir vivre w odcinkach” Jana Kamyczka tym razem także blisko czytelniczych realiów. Pisze bowiem Ewa B.:
„Czy rzeczywiście nie można, mocząc się w wannie, przejrzeć gazety? Babcia twierdzi, że w wannie czytają tylko osoby upośledzone umysłowo, tymczasem i ja i plejada koleżanek oraz kolegów, a także rodzice niektórych z nich, zażywają rozkoszy lektury w wannie, chyba nie jesteśmy wszyscy nienormalni?”
Mimo że w tym kontekście obecne masowe montowanie pryszniców zamiast wanien może otwierać pole do daleko idących interpretacji (ja jestem czysta; mam w domu dwie wanny, żadnego prysznica), warto jednak zapoznać się z pochodzącą sprzed półwiecza odpowiedzią Kamyczka:
„I mnie się zdarza, bo właściwie w wannie jest dość nudno, a oczywiście mam się za normalnego, babcia przesadza.”


Na zakończenie zaś utwór Ludwika Jerzego Kerna, który – choć odnoszący się do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, jakie w roku 1966 odbyły się w Londynie – wydaje się być całkiem trafny także w odniesieniu do zakończonych właśnie ME we Francji.

W Londynie mieście, panowie i panie,
Wielkie się właśnie zaczeno kopanie,
Zjechało ci sie zewsząd kupe chłopa
Na Świento Kopa.
Że to poważna sprawa a nie lipa,
Wziena Królowa swojego Filipa
I przeczytała futbalowe mowe,
Mowe kartkowe.

Dziadek to widział na swoim „Lotosie”
I w sercu dziadka zrobiło błogo sie,
Że tak przejmują wszyćkie inne kraje
Polskie zwyczaje.

Potem sie walki zaczeli zaciente,
Na śmierć i życie, jak w ZUS-ie o rente.
Każden chciał zdobyć dla siebie publikę
I złote Nike.

Te Nike gwizdnoł jeden złodziej hardy,
Ale odbiły mu jom skotlandjardy,
A pomógł im w tym piesek przypadkowy
Nieetatowy.

Cienżka jak diabli jest piłkarska dola,
Każden drugiemu pragnie strzelić gola,
Bo za te gole dudki som i wikty
I stond konflikty.

Dziadek, niestety, gola już nie strzeli,
Może najwyżej przy świentej niedzieli
Patrzonc w „Lotosie” na kopanom fete
Strzelić se sete.

Gwoli wyjaśnienia:
W 1966 Polska nie brała udziału w finałach mistrzostw. Portugalia zajęła trzecie miejsce.
Natomiast L.J.Kern ewidentnie pisał o tym samym, o czym w tym roku śpiewał niejaki Ryszard Makowski, z którego wszyscy tak bardzo się śmiali. I co, łyso Wam teraz?

niedziela, 19 czerwca 2016

"Przekrój" nr 1106/1966, czyli 50 lat temu (odc. 10)

Ponieważ szanse na to, że w najbliższym czasie napiszę post o książkach są nikłe, daję znak życia samograjem w postaci „Przekrojowych” wspomnień sprzed 60 lat.

Na pierwszej stronie numeru datowanego na 19 czerwca 1966 roku – cztery mało znane (w każdym razie mi) wiersze Jana Brzechwy – „Bratowa”, „Słowa czterokrotne”, „Dziecko” i „W dobie choroby”. Wszystkie tak samo smutne, sprawiające wrażenie pożegnalnych - zwłaszcza ostatni kończący się strofą:

„Słowa te piszę na pożegnanie
W dobie choroby:
Jeśli z mych wierszy choć coś zostanie –
Nie noś żałoby.”

Autor tych słów zmarł ledwie dwa tygodnie później – 2 lipca 1966r.

W rubryce „Demokratyczny savoir vivre w odcinkach” Jana Kamyczka wpis ku przestrodze. Pisze „Wierna czytelniczka”:
„Na przystanku autobusowym doszli do mnie znajomi i serdecznie zapraszali na oględziny ich nowego mieszkania. Ponieważ do autobusu miałam godzinę czasu, zgodziłam się, zaznaczając że tylko na pięć minut i że nie będę zdejmować płaszcza. Oni siłą zatrzymali mnie na herbatę, pan domu przemocą ściągnął ze mnie płaszcz, ja czułam się fatalnie w przyniszczonej sukni, na którą pani domu spoglądała krytycznym okiem. Rozmowa słabo się kleiła. Podziwiałam mieszkanie, myśląc stale by jak najszybciej wyrwać się. (…) Po kilku dniach dowiedziałam się, że pani domu mocno mnie obmówiła, (…) że przyszłam na wizytę w starej sukni, miałam niemodny płaszczyk wytarty i spełznięty i że w ogóle szkoda, że mam średnie wykształcenie skoro nie umiem się ubrać. Zaznaczam, że ona ma wyższe. Jestem rozżalona, mam zamiar tę znajomość zlikwidować.”

Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się, jakiej porady udzielił w tym przypadku Kamyczek, chętnie uzupełnię posta (być może uda się też samodzielnie odczytać jej treść po powiększeniu zamieszczonego obok zdjęcia). Na razie jednak nie mogę – robię szybki przegląd znajomych pod kątem ich wykształcenia. Sprawdzam także, rzecz jasna, garderobę, czy nie jest aby nadmiernie spełznięta.

Skoro jesteśmy zaś przy odzieży, coś w sam raz na czasie, także dla mnie, która nie dalej niż wczoraj wreszcie nabyłam nadający się do użytkowania kostium kąpielowy.
Nie wiem czy to dobrze, czy niedobrze, lecz mój kostium fasonem nie przypomina tych sprzed 50 lat. Dostrzegłam jednak wzmiankę o tym, iż modny w 1966 roku fason bikini, w którym stanik składa się z „dwóch szpiczastych trójkątów, każdy zwykle z jedną tylko pionową zaszewką od dołu (…), jest to fason łatwy do wykonania nawet przez amatorkę, ale niespecjalnie pomaga figurze”.
Mając wybór: pomóc figurze czy raczej wręcz przeciwnie, zdecydowanie wybieram tę pierwszą opcję. Inspirując się modą sprzed pół wieku, rozważam jednak zakup takiego oto „modnego daszka osłaniającego twarz”.

W tym numerze „Przekroju” modzie poświęcony jest także felieton sióstr Rojek. Długi, dlatego zamieszczam tylko najbardziej frapujące fragmenty, licząc że po pięćdziesięciu latach wywołają żywą reakcję PT Czytelników.

„Trzeba wiedzieć co jest modne, interesować się modą, ale czy trzeba to co modne od razu wszystko na siebie nałożyć? Szczególnie gdy się jest kobietą pracującą. Kobieta pracująca mało przebywa w domu, a cały dzień spędza wśród obcych ludzi i jej ubiór określa jej osobowość! Jeżeli na przykład modne są długie, grube swetry, to chodzenie w krótkim cienkim od razu dodaje dziesięć lat.
(…) W modzie trzeba wybierać tak zwaną bazę. To co w niej zasadnicze i tego się trzymać. Na przykład od lat niemodne są naszyjniki, broszki, w ogóle przypinane sztuczne świecidełka, jak też i apaszki. Może znowu kiedyś wrócą z wielkim hałasem, ale na razie powinno się je schować do najgłębszej szafy, do najbardziej zabałaganionej szuflady.
(…) Moda obecna nadaje się dla każdej kobiety, niezależnie od wieku, pod warunkiem, że nie jest tłusta. Dla tłustych kobiet nie ma żadnej mody.
Jeżeli zdecydowały się na to, żeby być tłuste, to muszą ponieść szereg konsekwencji które z tego wynikają. Muszą zrezygnować z kokieterii odzieżowej, ubierać się w ciemne rzeczy, zakrywające to co sobie zapuściły. Muszą się okrywać a nie ubierać. Ale za to muszą być piekielnie inteligentne, sympatyczne, uczynne, radosne, przydatne, nieludzko czyste, wypielęgnowane i pachnące i też przejdą.”

W takich chwilach żałuję, że obecna poprawność uniemożliwia zamieszczanie we współczesnych czasopismach tego rodzaju tekstów. 50 lat temu było może (pozornie) dyskryminująco (kto ma poczucie humoru, zrozumie; kto nie ma, ten ma problem), za to kulturalnie i sympatycznie. Dziś jest (pozornie) w pełni poprawnie, za to pogarda i nienawiść do innych wyzierają z każdego kąta.
Twórcy wehikułów czasu pilnie poszukiwani!

sobota, 20 lutego 2016

"Przekrój" nr 1089/1966, czyli 50 lat temu (odc. 9)

20 lutego 1966 roku w „Przekroju” nie było mowy o zimie, Brexicie czy zakończeniu pogoni za groźnym przestępcą. Znalazło się tam mnóstwo uroczych historyjek innego rodzaju.


Już na pierwszej stronie Ludwik Jerzy Kern z właściwą sobie lekkością donosił o pladze pożarów w Japonii i jej przyczynach („w miejscowości Numata sprzątaczka w pewnym biurze przez pomyłkę nalała do piecyka zamiast ropy, benzynę. Rezultat: piętnaście spalonych budynków”).

W środku Jan Kamyczek w rubryce „Demokratyczny savoir vivre w odcinkach” musiał zająć się bardziej skomplikowanym problemem, z którym zwrócił się do niego czytelnik Leszek:

„Przywiozłem sobie z podróży sto rolek pięknego różowego papieru toaletowego (próbkę załączam). Po drodze różni ludzie, nawet celnicy, prosili mnie o odstąpienie choć dwóch rolek, a ja nie, wiozłem jak bezcenny skarb. Po drodze do domu wstąpiłem do miasta w którym mieszka moja teściowa i ofiarowałem jej 50 rolek. Przyjęła z wymówkami, bardzo obrażona. Nazajutrz, przed wyjazdem, spytałem gosposię co się stało z tym papierem. Powiedziała „pani kazała sprzedać w zakładzie pogrzebowym na szarfy do wieńców”, co też się stało. Potem teściowa napisała jeszcze list, że z nami zrywa. Co pan o tym sądzi?”

Nie wiem, co w tej historii zachwyca mnie bardziej: różowy papier toaletowy jako przedmiot pożądania czy gosposia jako ktoś, kogo obecność w domu prawdziwej kobiety jest oczywista.
A co na to Jan Kamyczek?
„Pan nie zrobił nic złego, w najbliższej rodzinie taki prezent z podróży jest możliwy (na imieniny już odpada).”

Rubryka „Kącik krytyka” ponownie pełna perełek.

O Norwidzie:
„Za mało miał do powiedzenia ogółowi, myśli jego były mętne i rozpierzchliwe.”
Chmielowski w podręczniku literatury, 1900.

O Fredrze:
 „Talent podrzędny, wiersz gładki, bez oryginalności, komedie są nienarodowe.”
Seweryn Goszczyński, ok. 1839.
O „Ślubach panieńskich” i „Dożywociu”: „Na wpół tylko narodowymi są, to bowiem co ich kwintesencję stanowi, jest raczej po prostu obce, niezupełnie nawet jeszcze przeszczepione na grunt tutejszy.”
Lewestam, 1876.

źródło zdjęcia

O obrazie „Wyjazd na polowanie” Józefa Chełmońskiego:
„Konie się nie modelują, chart ma oko na wylot, szlachcic jest tak gruby, że koń pod nim by stęknął, krzaki rosną na niebie, topole zimą bez liści rywalizować by mogły na szerokość ze stertami słomy wymłóconej, niebo sine, zadymione, niebieskoołowiane, nie odbije się w śniegu przeczystej bieli…”
Sygietyński w „Prawdzie”, 1883.


Siostry Rojek (a konkretnie Ruda) opowiadają natomiast bajkę. Z braku miejsca wyłącznie w skrócie, za to z pełnym morałem:

„Był sobie pewien pan na stanowisku, który nigdy nie chodził na zakupy. Miał od tego żonę i gosposię na przychodnie i nie brakło mu nigdy niczego. Aż pewnego razu, żona wyjechała na wczasy, gosposia zachorowała i pan na wysokim stanowisku udał się do sklepu z warzywami i owocami, by nabyć kilogram bułgarskich winogron.
Za ladą stała młoda panienka i ważyła winogrona. Pan zauważył, ku swojemu oburzeniu, że panienka kładzie na dno torby luźne, podgniłe winogrona, a dopiero na to porządną kiść. Zwrócił jej na to uwagę. Panienka przyzwyczajona do takich uwag, zbyła pana byle czym i ważyła dalej. Ale pan, jak to pan zaczął się awanturować. Powiedział, że żąda pełnego kilograma dobrych owoców i żąda ażeby panienka wywaliła towar na ladę i odważyła mu świeży. Panienka odmówiła stanowczo i zaczęła obsługiwać następnego klienta, który wcale nie oponował, kiedy wsypała mu na dno torby trochę zgniłych owoców. Bo ten klient znał życie i wiedział co i jak.
Nasz pan pojechał do swojego pustego domu i wszystko się w nim gotowało. Takie rzeczy, myślał sobie, taka młoda, a taka bezczelna i nieuczciwa, ja jej pokażę, przekona się z kim miała do czynienia. Poza tym spełnię czyn społecznie pożyteczny i załatwię raz na zawsze tych wstrętnych ludzi, którzy nabierają ludność i obniżają poziom naszych usług, naszego życia społecznego i w ogóle.
Zadzwonił więc do znajomka, znajdującego się również na stanowisku, ale w sektorze handlu wewnętrznego. Opowiedział mu swoją przygodę i poprosił o wyciągnięcie konsekwencji. I to go zgubiło, jak się zaraz przekonacie.
Znajomy naszego pana przyrzekł, że zajmie się tą skandaliczną sprawą, wytłumaczył, że każdy sklep ma margines na odliczenie zgniłego towaru w postaci dziesięciu procent odrzutów i zapewnił, że sprawiedliwości stanie się zadość.
Pan nasz poszedł spać w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku społecznego. (…) Zbudziła go delikatnie gosposia na przychodnie, figlarnie mówiąc: jakaś młoda panienka do pana. (…) W drzwiach stanęła zapłakana i zapuchnięta sprzedawczyni z owego sklepu warzywnego. Pan kazał jej usiąść, podać herbaty, przynieść szereg chusteczek do nosa i powiedzieć o co chodzi.
Została oczywiście w trybie doraźnym zwolniona z pracy. I na domiar tego okazało się, że mieszka w suterenie z rodziną złożoną z pięciu osób, że matka jest sparaliżowana, ojciec inwalidą, daremnie starającym się o rentę, że ma siostrzyczkę gruźliczkę, brata chuligana, a kuzynka dwa razy zdawała na socjologię i nie mogła się dostać.
Co do winogron, to kierownik sklepu zapowiedział jej, że jeżeli będzie choć jedno zgniłe grono odpadu to wyleje ją na ulicę, gdyż te dziesięć procent marginesu musi mieć na budowanie domku jednorodzinnego w Falenicy.
Teraz nasz pan na stanowisku ma pełne ręce roboty. Rodzina jest już umieszczona w mieszkaniu, ojciec ma przyznaną rentę, a siostrzyczka jest w sanatorium. Matki na razie nie udało się jeszcze umieścić w szpitalu, pozostaje też sprawa brata chuligana, no i kuzynki, która uparła się z tą socjologią. Panienka ma posadę w Cedecie. Doszły jeszcze sprawy rodziny na wsi, narzeczonego panienki, któremu deglomerują przemysł, w którym pracuje oraz dziadka, który absolutnie nie chce się dać operować na przepuklinę. Rodzina jest dużo i tak szybko nasz pan na poważnym stanowisku się nie opędzi.”


Po takiej historii słowa wydają się puste.
Dlatego, zamiast słów, na zakończenie Steinbergowskie literki:



sobota, 13 lutego 2016

"Przekrój" nr 1088/1966, czyli 50 lat temu (odc. 8)

50 lat temu w Polsce emocjonowano się udanym lądowaniem na Księżycu radzieckiej bezzałogowej sondy kosmicznej Łuna 9. Niewiarygodne, ale dziś nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia. W tym przypadku 50 lat to naprawdę epoka.


Wrażenie robią na mnie natomiast wpisy w rubryce (chyba wówczas w „Przekroju” nowej) „Kącik krytyka”, redagowanej przez Ewę Kossak, w której publikowano historyczne uwagi krytyczne wygłaszane przez współczesnych na temat różnych utworów i ich twórców, zazwyczaj uważanych (obecnie, a i 50 lat temu także) za wybitne i wybitnych.
Spośród krytyków zacytowanych w tym numerze wygrywa zdecydowanie Kajetan Koźmian, który w roku 1827 tak pisał o mickiewiczowskich Sonetach:

„Sonety Mickiewicza najlepiej oznaczył Mostowski jednym słowem: Paskudztwo. Nie wiem, co w nich można znaleźć dobrego: wszystko bezecne, podłe, brudne, ciemne; wszystko może krymskie, tureckie, tatarskie, ale nie polskie. To jest sto razy gorsze niż wszystkie Marcinkowskiego (ośmieszony przez krytykę grafoman) płody. Mickiewicz jest półgłówek, wypuszczony ze szpitala szalonych, który, na przekór dobremu smakowi i rozsądkowi, gmatwaniną słów niepojętego języka niepojęte i dzikie pomysły baje. Mickiewicz jest w miłostkach brudny, karczemny… Mickiewicza niesforny zapał rozdmuchały brudne litewskie pomywaczki.”


Wzmianki w dziale „Czytać albo nie czytać” tym razem mocno inspirujące, zwłaszcza gdy można sięgnąć do domowej biblioteczki.

Patrick Quentin (nazwisko mi dobrze znane, ale chyba dotąd nie czytałam niczego jego autorstwa) „Człowiek w matni”; książka tak reklamowana przez „Przekrój”: „Jak zwykle tego autora pasjonująca zagadka zniknięcia kobiety-alkoholiczki. W odkryciu morderstwa dopomaga piątka zabawnych dzieciaków.”
Nie umiem sobie tego wyobrazić tak bardzo, że chyba czym prędzej przeczytam.

Z autorów polskich – Nienacki i „Sumienie”, którego „bohater, pisarz z zawodu, jest ławnikiem w procesie o morderstwo. W związku z procesem i wyrokiem – jego przemyślenia, przeżycia, refleksje.”
Szczerze powiedziawszy, trochę się boję.

Można ewentualnie sięgnąć także po Stanisława Goszczurnego, znanego mi wyłącznie jako pisarza marynistycznego (jego książki o takiej tematyce mam zresztą w domu). Tymczasem z „Przekroju” dowiedziałam się, że pisał także rzeczy innego rodzaju, jak „Heron lubił dolary” – „zbiór 19 reportaży z kronik milicyjnych Wybrzeża – od włamań, kradzieży, oszustw po szpiegostwo i morderstwa. Czyta się.”
Jeśli Goszczurny pisał reportaże kryminalne tak samo jak Wanda Falkowska teksty do „Kroniki sądowej” w „Przekroju” to boję się jeszcze bardziej niż w przypadku Nienackiego.

Pochodzący z 13 lutego 1966 roku wpis w rubryce „Moda” sprawia niezwykle współczesne wrażenie. Być może – inaczej niż w przypadku lotów kosmicznych – pewne rzeczy są po prostu niezmienne. A może chodzi o to, kto dyktuje daną modę i dlaczego to robi?

W roku 1966 o modzie w „Przekroju” pisała Barbara Hoff i to wiele wyjaśnia. Mam w szafie jedną parę spodni sygnowaną jej nazwiskiem, kupioną 14 lat temu. Co roku wyciągam je i nieodmiennie się dziwię, że tak dobrze wyglądają i pasują. Podejrzewam, że tak będzie przez kolejnych dwadzieścia lat, o ile nie pięćdziesiąt (ale wtedy pewnie trzeba będzie je skrócić, gdyż się zdepczę). Patrząc zaś na liczące sobie 50 lat, zamieszczone w tym numerze „Przekroju” zdjęcia, mam ochotę natychmiast przywdziać któryś z prezentowanych kostiumików (najchętniej ten czerwony), mimo tego że bardzo kostiumów i w ogóle żakietów nie lubię.
A Hoff pisze – jakżeż ciągle trafnie! – o tzw. kobiecym stylu:

„Wiele kobiet b. młodych lubi się ubierać b. modnie: bawi je, żeby szybko włożyć ostatni krzyk. Potem to się trochę zmienia. Nabiera się doświadczenia w czym się dobrze wygląda, nabiera się gustu, swojego stylu, swoich upodobań. Wie się, czego nie cierpi bliski mężczyzna. Zauważyło się, w czym ma się sukces u znajomych panów. W czym się człowiek czuje cudownie, a w czym nijako.
Poza tym zmienia się dziewczyna w kobietę i chce wyglądać nie jak dziewczyna, lecz jak kobieta. I tu co sezon problem: „czy to jest kobiece?” (…)
Uwaga, styl na kobieco nie powinien być przestarzały. To najczęstszy błąd: ktoś sobie powie, że bardzo obcisły żakiet obszyty białym kotkiem pod szyją i bardzo ciasna spódnica zwężająca się ku dołowi, to jest coś super kobiecego i czuje się w tym jednostka jak ekstrakt kobiecości. Ale ba, jest to ekstrakt sprzed dziesięciu lat, już historyczny, a chodzi o to, by wyglądać kobieco a nowocześnie.
Bez względu na to co się nosi, czy sweterek ze spódnicą, czy komplet, czy sukienkę – wyglądają kobieco osoby zadbane, ale naprawdę i na co dzień. Nie można jeść ile i co chcąc, a włosy muszą być w idealnym porządku, trudno. Uwaga, zadbanie to nie znaczy makijaż na palec, nierozczesany tapir i masa sztucznej biżuterii.”

Żeby jednak nie zostawiać PT Czytelników w stanie niedointelektualizowania (kto to widział, żeby o modzie pisać, phi!), na zakończenie jak zwykle boski Saul Steinberg z cyklu o literach. Dla mnie B jak bomba.