niedziela, 27 grudnia 2015

"Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy", czyli co się stało z Hanem Solo?

Kiedy pierwszy raz byłam w kinie na Gwiezdnych wojnach (a była to część VI, „Powrót Jedi”), miałam 10 (a może 9, nie pamiętam dokładnie) lat. Wszyscy bohaterowie wydawali mi się taaacy dorośli, a Han Solo na dokładkę jeszcze niezwykle przystojny.

źródło zdjęcia
Kiedy wczoraj byłam w kinie na siódmej części Gwiezdnych wojen, z minuty na minutę popadałam w coraz większą depresję. Okazało się bowiem, że wszyscy bohaterowie są znacznie ode mnie młodsi.
Wszyscy, poza Leią i Hanem Solo. Który niewątpliwie nadal jest przystojny, ale tylko gdy ograniczyć się do kategorii „bardzo starsi panowie”. Leia zaś… Cóż, Leia zmieniła fryzurę i na tym stwierdzeniu poprzestańmy.



Trzydzieści lat temu ani mi, ani żadnemu innemu polskiemu widzowi nie śniły się jeszcze świetlne miecze, kredki, termosy czy śniadaniówki oklejone podobiznami bohaterów Gwiezdnych wojen. Nie było też książek i komiksów o takiej tematyce, a przede wszystkim brak było kilkudziesięciu zestawów klocków Lego Star Wars, dostępnych po wydaniu jedynych kilkuset złotych za sztukę.



Wczoraj siedziałam w kinie razem z moimi dziećmi, dla których Star Wars to przede wszystkim marka. I Starszy, i Młodszy ze zrozumieniem obejrzeli więc serię tematycznych reklam, które mnie doprowadziły do szewskiej pasji. Za oczywiste uznali, że taki film ogląda się wyłącznie w 3D, podczas gdy ja co chwilę ściągałam okrutnie mnie denerwujące okulary. Po powrocie do domu zaś, gdy ja odtwarzałam sobie jeszcze raz w głowie obejrzane przed chwilą obrazy, Młodszy przystąpił do składania znalezionego pod choinką modelu gwiezdnego myśliwca, Starszy natomiast czym prędzej podłączył się do You Tube’a.



Świat się zmienia, a ja, Leia i Harrison Ford się starzejemy. Na szczęście, choć jestem w depresji, to nie na tyle głębokiej, by nie dostrzec, że mimo wszystko po tych trzydziestu latach oni wyglądają znacznie gorzej niż ja. Żałuję tylko, że Yoda umarł już w szóstej części, byłoby mi jeszcze lepiej.

Od roku 1985 nie zmieniło się chyba tylko jedno: zapotrzebowanie na bajki o walce Dobra ze Złem.

„Przebudzenie mocy” to bajka zrobiona bardzo przyzwoicie, w której coś dla siebie znajdą i młodsi, i starsi odbiorcy.

I tylko Hana Solo żal. 

sobota, 12 grudnia 2015

J.Przybora "Listy z podróży", czyli w stulecie urodzin

100 lat temu urodził się Jeremi Przybora.

źródło zdjęcia
Gdybym miała wymienić kilka osób, które ukształtowały mnie literacko, jedno z czołowych miejsc z pewnością zająłby właśnie on. Lekkość pióra, absolutny brak potrzeby schlebiania czytelnikowi przy jednoczesnej wierze w jego inteligencję, genialne poczucie humoru.
Jeśli ktoś chciałby mnie uwieść, ma na to receptę: pisać tak jak Przybora.

Moja znajomość twórczości Jeremiego Przybory pozwala na postawienie wniosku, że był on bardzo daleki od angażowania się w politykę. Raczej nie komentował też bieżących zdarzeń.
Mimo to, w zbiorze „Listy z podróży”, znalazłam list, który znakomicie moim zdaniem komentuje obecną polską rzeczywistość.

List z postoju

"Późną porą nocną wyszliśmy z przyjacielem z imienin Krystyny. Imieniny odbywały się na postoju dorożek samochodowych, zebrała się tam już wcale spora grupka pasażerów. Widocznie okolica obfitowała w Krystyny. Natomiast w taksówki nie obfitowała. Nie było żadnej.
Dopiero po jakichś może dwudziestu minutach czekania nadjechało auto marki „Warszawa” z jarzącym się napisem TAXI. Kiedy samochód zatrzymywał się na postoju, przez opuszczoną szybę wysunęła się głowa kierowcy, który zawołał:
- Nie wsiadać!
Skonsternowani reflektanci na przewóz osobowy zamarli w oczekiwaniu. Auto stanęło wreszcie, wysiadł z niego przysadzisty kierowca i przeszedł wzdłuż kolejki.
- Unieważniam tę kolejkę – oświadczył po dokładnym zlustrowaniu swoich potencjalnych klientów.
- Ustawić się według wzrostu!
Posypały się protesty, ale kierowca odczekał je spokojnie i powtórzył:
- Unieważniam tę kolejkę! Według wzrostu ustawić się!
Godzina była późna jednak i wszystkim strasznie chciało się do domu. Tym bardziej że i stać długo po imieninach niełatwo.
Ustawiliśmy się tedy według wzrostu, nie wiedząc zresztą, od której strony będzie brał. Od wyższych czy – od niższych. Ale nie wziął w ogóle.
- Nie będę brał według wzrostu – oświadczył nie podając motywów. – Ustawić się według wieku. Tylko bez lipy! Każde z dowodem osobistym.
Panie jednak nie miały dowodów przy sobie, więc kierowca postanowił zupełnie zmienić konkurencję.
- Kto umie śpiewać „Kormorany”? – zapytał.
- Ja!...Ja!...Ja!...- odezwały się liczne głosy.
Tylko jeden pan wycofał się ze współzawodnictwa twierdząc, że jest niemuzykalny i ruszył przed siebie na piechotę.
Wszyscy pozostali chętni byli do śpiewu, widząc w tym jedyną szansę wydostania się z komunikacyjnej pustyni. My np. z przyjacielem odśpiewaliśmy „Kormorany” na dwa głosy, ale niestety mieliśmy luki w tekście. Inni soliści popełniali również błędy i nikt nie zakwalifikował się do finałów.
- Fałszujecie jak wszyscy diabli i słów nie umiecie! Teraz będziecie podskakiwać! Kto wyżej! – rozkazał kierowca, już trochę zniecierpliwiony.
Podskakiwaliśmy jednak też bardzo słabo. Nie tyle z braku chęci, ile – ze słabej kondycji. W dodatku wszyscy mniej więcej jednakowo. Kierowca był już wściekły i nadal jedyny w promieniu paru kilometrów.
- Kto ma wyższe wykształcenie?! – wrzasnął teraz napastliwie.
Wszyscy mieliśmy je oczywiście, ale nikt nie miał przy sobie dyplomu. Wtedy szofer zarządził bieg na przełaj za jego taksówką. Nie pobiegliśmy z przyjacielem, bo jeden z nas cierpi na lumbago, a drugi nie cierpi biegania. Grupka kłusujących za upragnionym pojazdem znikła nam wkrótce z oczu, a my ruszyliśmy zmęczonym krokiem w drogę powrotną.
Po pewnym czasie dotarliśmy do postoju, na którym z ulgą ujrzeliśmy sznur czekających taksówek. Ale – cóż to? Taksówki były puste, natomiast opodal, przed jakimś facetem, służalczo prężył się szpaler mężczyzn. W facecie owym poznaliśmy tego niemuzykalnego, który nie chciał śpiewać „Kormoranów”. Najwidoczniej był dotąd jedynym pasażerem w tej okolicy i właśnie ustawiał kierowców według wzrostu…” 

Jeremi Przybora „Listy z podróży”. Wydawnictwo Werset, Warszawa 1993.

niedziela, 6 grudnia 2015

M.Rasfeld, S.Breidenbach "Budząca się szkoła", czyli w Szczecinie dzwonią Budziki

Na początku października, gdy Starszy (dla przypomnienia: piątoklasista, dziesięciolatek) miał już dwie jedynki z przyrody i codziennie zarzekał się, że nienawidzi tego przedmiotu, bo jest on bez sensu, coś mnie tknęło.

- Opowiedz mi jak wyglądają lekcje przyrody – poprosiłam.
- No jak? Normalnie – obruszył się Starszy. - Na początku pani sprawdza zadania domowe. Potem Natalia czyta temat z podręcznika. Ostatnio dwa razy czytała Oliwia. My w tym czasie mamy słuchać. Potem pani zapisuje na tablicy temat i cele, a także zadania domowe. Zapisuje bardzo szybko i zaraz zmazuje. Czasem ktoś z uczniów zapisuje na tablicy temat i cele. Potem pani puszcza nam z płyty krótki film o tym temacie, który mamy przerabiać. Potem rozwiązujemy sami zadania w ćwiczeniach, a jeśli ktoś zrobi je szybciej, może też zrobić zadanie domowe.

„(…) istotą szkoły XX wieku jest mówienie i słuchanie. Skupia się ona na nauce z książek i pisaniu tego, co dyktuje nauczyciel. Chodzi przy tym o naukę pro forma, nie na serio – i uczniowie to czują. Poważne niebezpieczeństwo, które się za tym kryje, to poczucie utraty sensu, brak doświadczeń, zanik motywacji; brakuje w tym wszystkim bezpośredniego uczenia się i przeżywania własnej skuteczności.


XXI wiek to nie wiek XX; mimo upływu 15 lat polskie szkoły jeszcze jednak tego nie spostrzegły. A w każdym razie nie wszystkie (śmiem twierdzić, że te mało spostrzegawcze stanowią zdecydowaną większość).
Zmieniły się, i to diametralnie, dzieci, zmienił się świat. Dzięki internetowi, który nawet siedmiolatki mają w telefonie, wiedza – na wszelkie tematy – stała się dostępna zawsze i dla każdego. Nauczyciel jako jedyny dysponent wiedzy, niosący kaganek oświaty – to się dzisiaj nie sprawdza.

Na moim blogu znajduje się kilkanaście wpisów na temat lektur szkolnych dla dzieci z klas I-IV. Poczynając od września aż do maja, niemal codziennie blogger informuje mnie o kilku lub nawet kilkunastu wejściach do tych postów z haseł typu „Piątka z Zakątka test z lektury do druku” czy „Dynastia Miziołków schemat lekcji”. Nie sądzę, aby danych tego rodzaju poszukiwały ośmio- czy dziewięciolatki; podejrzewam raczej o to ich nauczycieli.

Lekcja często jest zaplanowana z góry na podstawie kart pracy, do których rozwiązania znajdują się w podręczniku nauczyciela. Wynikający z tego plan nauczania w obecnym systemie brzmi następująco: „Rób, co ci każą”. W ten sposób kształtuje się wrogą innowacjom mentalność jednostki posłusznie wypełniającej obowiązki. Jedną z wielu cech niezbędnych od naszego współistnienia jest umiejętność dostosowania się do grupy, społeczności czy przedsiębiorstwa i oddania przywództwa w stosownych sytuacjach, być może też poświęcenia własnej woli na rzecz wyższych idei. Ale oprócz tego, zwłaszcza w obecnych czasach, potrzeba jeszcze więcej – podstawę wszelkiej innowacji stanowią autonomia, samodzielne myślenie, rozsądek, silna osobowość, odwaga i możliwie duża interdyscyplinarność.

W minioną środę, dzięki życzliwości Marzeny Żylińskiej i Agnieszki Czeglik, miałam możliwość wzięcia udziału w pierwszym szczecińskim Budziku – spotkaniu nauczycieli i dyrektorów, służącym przybliżeniu im idei „budzących się szkół”.

Przyglądając się stosunkowo chłodnym okiem (choć oko rodzica dzieci w wieku szkolnym musi się w takiej sytuacji nieco zagrzać), zobaczyłam, że znalazłam się w gronie otwartych i myślących ludzi. To nie były panie nauczycielki i panowie nauczyciele ze szkoły mojego starszego syna, odklepujący kolejne lekcje według schematów, z których sami uczyli się dzieścia lat temu. Były to w przeważającej mierze osoby, których obecność w takim miejscu wskazywała, że w obecnej rzeczywistości jest im niewygodnie. To dobrze.

przyfrunęła do mnie taka kartka,
na której ktoś narysował swoje
wyobrażenie wiatru



Możliwość wzięcia udziału w dwóch lekcjach, przeprowadzonych dla uczestników (występujących w rolach wciśniętych w przymałe ławki uczniów) na ten sam temat przez skrajnie różne panie nauczycielki, dała – mam nadzieję – wielu osobom do myślenia.
Moja grupa najpierw trafiła na „dobrą” lekcję, w czasie której dmuchaliśmy, rysowaliśmy, puszczaliśmy do siebie samoloty, chichotaliśmy i – naprawdę – wiele się nauczyliśmy.



udało się! zrobiłam!
Proszę pani, dostanę piątkę?





Gdy, uśmiechnięta, trafiłam do sali „złej” pani, po dwóch minutach pomyślałam, że chyba wiem, co czuje Starszy na swoich lekcjach.
Było wszystko: czytanie przez „chętnych” uczniów reszcie klasy fragmentów podręcznika, oglądanie przygotowanej przez „panią” prymitywnej prezentacji („bardzo się napracowałam, miło mi, że to doceniacie”) i rozwiązywanie pseudoćwiczeń, identycznych z tymi, które codziennie robi Starszy, kompletnie niczego z nich nie zapamiętując. Nuda, nuda, nuda.
Na szczęście nasza „lekcja” trwała tylko 20 minut; pewnie dlatego, że gdyby trwała 45 minut, moglibyśmy tego nie znieść.




Szkoły nie są odosobnionym fragmentem rzeczywistości, lecz stanowią jeden z najważniejszych elementów naszego społeczeństwa. Jego przyszłość decyduje także o przyszłości szkoły. Albo raczej – powinna decydować. (…) Podczas gdy wyzwania przyszłości oprócz rozwoju kognitywnych kompetencji wymagają także umiłowania przyrody, odpowiedzialności społecznej, umiejętności nawiązywania relacji i szacunku wobec drugiego człowieka, szkoła XX wieku wciąż wychowuje dzieci na pasywnych konsumentów i jednostki posłuszne systemowi. PISA i inne programy oceny umiejętności uczniów zachęcają do poświęcania o wiele większej uwagi wiedzy fachowej niż życiu wśród ludzi i stosunkom międzyludzkim.

Podczas kończącego Budzik spotkania wszystkich uczestników, jedna z nauczycielek zwróciła uwagę na to, że problemem w doprowadzeniu do „przebudzenia szkoły” jest nieunikniona w dzisiejszych czasach konieczność uczenia dzieci „pod testy”. Jej wypowiedź spotkała się z ostrą krytyką, całkiem moim zdaniem niezasłużoną. Uważam bowiem, że wszyscy obecni powinni być jej wdzięczni za to, że powiedziała na głos to, co większość nauczycieli uważa za prawdę nie do obalenia, lecz do czego w tym miejscu wstyd było się przyznać.

Można oczywiście zapytać o sens akcji tego rodzaju jak ta, w sytuacji, w której nowy rząd zapowiada odwrót od wszystkich dotychczasowych pomysłów i w zasadzie nie wiadomo, z czym nauczyciele będą musieli zmierzyć się w kolejnym semestrze, by nie wspomnieć o kolejnym roku szkolnym.
Tymczasem moim zdaniem właśnie dziś, bardziej niż kiedykolwiek indziej, widać sens działań tego rodzaju. Wbrew temu, co się wielu wydaje, nawet w takich realiach istnieją spore możliwości manewru.

Świadomość społeczna i przejęcie odpowiedzialności to podstawy społeczeństwa demokratycznego. Dojrzały obywatel ze zdolnością do partycypacji stanowi esencję demokracji. Partycypacja to postawa oparta na współpracy, dialogu i empatii. Skuteczna partycypacja to nie tylko powoływanie się na przysługujące prawa, lecz także przejęcie odpowiedzialności. Nie należy się zatem dziwić, że rozwój osobowości, którego owocem jest dojrzały, odpowiedzialny i zdolny do działania obywatel, stanowi podstawowe zadanie szkoły (…). Kultura nauczania w naszych szkołach ma decydujący wpływ na to, czy odpowiedzialność własna jest wspierana, czy tłumiona, czy dziecko uczy się przejmowania odpowiedzialności, czy ćwiczy kompetencje demokratyczne i czy odważnie ryzykuje przejęcie odpowiedzialności. Świadomość społeczna i świadomość odpowiedzialności powstają dzięki doświadczeniom wykraczającym poza własne interesy. Świadomość społeczna jest powiązana z poczuciem sensu i z tym, że jesteśmy czymś więcej niż indywiduami. Powstaje ona dzięki więziom tworzącym się podczas wspólnego działania.

źródło rysunku

Potrzebujemy mądrego społeczeństwa, bo czasy, w których żyjemy stawiają przed nami coraz większe wyzwania.

Mamo, a czy to nie będzie tak, że zanim Słońce zgaśnie, ludzie sami zniszczą Ziemię?” – zapytał ostatnio Starszy, po wysłuchaniu w radiu relacji z paryskiej konferencji klimatycznej, a ja mogłam mu tylko przytaknąć.

Ostatnio z nadzwyczajną ostrością widać także, do czego prowadzi brak szacunku dla innych. Takiego traktowania często zaczynamy uczyć się właśnie w szkole. 

- Dlaczego mówisz o swoich nauczycielach „Kowalska”, „Kwiatkowski”, zamiast „pani Kowalska”, albo „pani Danuta? – zapytałam Starszego, który dotąd w stosunku do nikogo innego tak się nie zachowywał.
- A jak mam mówić? Oni też mówią do mnie tylko po nazwisku! – odpowiedział.

W jednym z blogów (nie zamierzam go podlinkowywać, bo nie zasługuje na promocję), nazywająca siebie „kobietą niezwykłą” była nauczycielka, opisała przyczyny dla których zrezygnowała z pracy w szkole. W tekście pisze o „debilizmie” uczniów, w jednym z komentarzy pod postem dorzuca jeszcze – pisząc o swojej byłej uczennicy – „ta mała gnida”.
Wyjątek?
Niekoniecznie. Pod tekstem jest ponad dwieście komentarzy, w większości pochodzących od nauczycieli (a przynajmniej od osób, które się za nauczycieli podają). Na palcach jednej ręki można policzyć osoby, które uznały, że coś jest nie tak. Nie, nie z dziećmi. Z tą panią.

Wiem, że rzeczywistość nie jest taka prosta. Na to jaka jest szkoła wpływ mają nie tylko nauczyciele, ale także rodzice uczniów. Ci zaś bywają bardzo różni. Nauczyciele muszą mierzyć się także z szeregiem niezwykle trudnych wyzwań, nie uzyskując przy tym niemal żadnego wsparcia (polecam w tym zakresie rozmowę z psychoterapeutą Michałem Pozdałem, zamieszczoną w Magazynie świątecznym Gazety Wyborczej z 5-6 grudnia 2015r.).

Najlepszą puentą wydaje mi się jednak w tym miejscu zamieszczony w książce „Budząca się szkoła” fragment wypowiedzi Václava Havla.

Krótko mówiąc, każdy z nas ma szanse zrozumieć, że również on – nawet jeśli jest bezsilny i tak niewiele znaczy – też może zmienić świat. Każdy musi zacząć od siebie. Jeśli jeden zacznie czekać na drugiego, wszyscy będą czekać na próżno”.

To co? Do roboty?

Wszystkie zamieszczone w tekście cytaty pochodzą z książki Margret Rasfeld i Stephana Breidenbacha „Budząca się szkoła”, przetłumaczonej przez Emilię Skowrońską, a wydanej w tym roku przez słupskie Wydawnictwo Dobra Literatura. 

sobota, 28 listopada 2015

M.Houellebecq "Uległość", czyli przerażające, bo prawdziwe

Pewnie nie przeczytałabym tej książki, gdyby nie pewna ważna dla mnie osoba, która powiedziała, że po tej lekturze pomyślała o mnie, ciekawa mojej opinii. Dodała jeszcze, że to co przeczytała, cały czas siedzi jej w głowie.
Pomyślałam wtedy, że to żadna sztuka, przeczytać Houellebecqa tuż po zamachach w Paryżu i uznać, że to takie aktualne. Okazało się jednak, że wspomnianej osobie chodziło o zupełnie inne konotacje. Przeczytałam więc. A to, co przeczytałam od tej pory cały czas siedzi i w mojej głowie, przerażając.


Houellebecq nie jest moim ulubionym autorem. Sposób prowadzenia przezeń narracji mnie nie porywa, jego bohaterowie mnie mierżą, a historie nudzą. „Uległość” w żadnej mierze nie porwała mnie literacko; były momenty, w których miałam ochotę odłożyć ją na półkę i nigdy więcej doń nie zajrzeć; początkowo rozważałam też czy by nie zasnąć, a następnie nie obudzić się kilkadziesiąt stron dalej. Zamiast tego mniej więcej w połowie lektury zamarłam, porażona (nastały czasy, w których to słowo znów wraca do łask) trafnością i uniwersalnością spostrzeżeń.

O tym, o czym jest „Uległość” znakomicie i z pewnością znacznie lepiej niżbym zrobiła to ja, napisał Krzysztof Varga w jednym z ostatnich felietonów zamieszczonych w „Dużym Formacie” (całość dostępna tutaj). Vargowe streszczenie brzmi tak (kto nie chce, ten nie czyta, specjalnie wyróżniam ten fragment):

Wykładowca literatury francuskiej Francois prowadzi życie jałowe i samotne, rozświetlając je czasem dorywczymi romansami, a jeśli tych akurat brakuje, to wegetuje przed telewizorem z dwiema butelkami wina. Jedyną bodaj rzeczą, prócz reglamentowanego seksu, która go podnieca i wyrywa z marazmu, jest obserwowanie francuskiej polityki i zdawanie nam z tego skrupulatnych relacji, szczególnie gdy nadchodzą wybory, które ku zaskoczeniu wszystkich wygrywa Bractwo Muzułmańskie i następuje tak zwana demokratyczna wymiana elit. Prezydentem zostaje niejaki Mohammed Ben Abbes, polityk wybitnie sprawny i przekonujący, można nawet powiedzieć, że ciepły i koncyliacyjny, potrafiący jednak skutecznie omamić miliony nierozgarniętych wyborców. Znamienne, że Bractwo wcale nie interesuje się gospodarką, ale nade wszystko edukacją, oświatą, kulturą, albowiem pragnie wychować kolejne pokolenia podług swych zasad i posiąść rząd dusz: "Prawdziwy geniusz muzułmańskiego kandydata ujawnił się, kiedy zdał on sobie sprawę, że wybory nie rozegrają się wokół gospodarki, ale wartości". Nie stosuje przemocy, ale skuteczniejsze przecież populizm, przekupstwo i szantaż, w efekcie Francois, jako modelowy oportunista, po krótkiej walce wewnętrznej przechodzi na islam, dzięki czemu będzie miał dobrą pracę i świetną płacę. Niebagatelną rolę w konwersji Francois odgrywa też naturalnie oficjalna w islamie poligamia, co uwolni go wreszcie od seksualnej nerwicy. Wszystko odbywa się bezkrwawo, choć na drugim planie powieści co jakiś czas słychać wybuchy, strzały i gdzieniegdzie dochodzi do zamieszek. Zwycięskie Bractwo przeprowadza swoistą rewolucję moralną, znikają dilerzy narkotyków, chuligani, zapanowuje spokój społeczny i radosna kolaboracja francuskich elit.

W konkluzji swojego felietonu Varga sugeruje, aby pod słowo "Francja" podstawić "Polska", a pod "Bractwo Muzułmańskie" jakąś fikcyjną polską partię o mocno religijnym programie, która nade wszystko na tak zwane wartości i moralność stawia i tak ponownie tę książkę odczytać. Z całym szacunkiem dla Krzysztofa Vargi, ale wydaje mi się to zbyt proste.

Od kilku tygodni staram się nie słuchać radia innego niż Dwójka, ewentualnie RMF Classic (tak, wiem, podobno RMF Classic to straszny szajs. Ja uważam inaczej), względnie Trójka (tu jednak w grę wchodzą tylko starannie wyselekcjonowane audycje, w określonych godzinach). Za bardzo denerwuję się tym, co słyszę i widzę w internecie (telewizji nie oglądam już od dawna), a zbyt wiele kosztowało mnie odzyskanie nadwątlonej w ostatnich tygodniach równowagi psychicznej.
Nie jestem głupia. Nie postrzegam świata w kategoriach czarno-białych. Wydaje mi się, że rozumiem większość zachodzących wokół zjawisk.
To, co w ostatnich dniach widzę i słyszę, sprawia, że czuję się bezsilna. I przerażona.
Nie boję się islamskich terrorystów. Boję się nas.

„- Chodzi o uległość – powiedział cicho Rediger. – Oszałamiająca, a zarazem prosta myśl, nigdy dotychczas niewyrażona z taką mocą, że szczytem ludzkiego szczęścia jest bezwzględna uległość.

Brak własnych poglądów. Podążanie za najprostszymi rozwiązaniami. Kierowanie się wyłącznie własnym interesem, bez zważania na innych. Łatwo nas kupić.
Nie rozumiemy istoty demokracji i praworządności. Nie widzimy jak cienka granica oddziela nas od dyktatury i faszyzmu. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wielką siłą jest to, że istnieją instytucje i mechanizmy, które zabezpieczają nas przed tymi, którzy wiedzą lepiej i wiedzą to za nas.
Bo może chcemy, aby inni wiedzieli i robili za nas? Bo tak jest wygodniej? Ulegniemy, ale w zamian za to otrzymamy szereg przyjemnych rzeczy. 500 złotych na dziecko, darmowe leki, to brzmi jak początek dobrze zapowiadającej się historii, takich jakie lubimy.

Żeby było jasne. Od wielu lat uważałam (a ci, którzy znają mnie osobiście, wiedzą że to prawda, a nie tylko dostosowana do okoliczności wolta), że ci, którzy rządzą tym krajem, robią to źle. Widziałam – dzień po dniu i czarno na białym - jak w białych rękawiczkach niszczy się to, o co tak wielu tak ciężko walczyło przez tak wiele lat. Różnica pomiędzy tym, co działo się przed 25 października, a tym co dzieje się teraz polega na tym, że obecnie nie dba się nawet o zachowanie pozorów, a tempo i rodzaj podejmowanych działań powodują, że nikt nie jest w stanie stwierdzić z całą pewnością do czego to wszystko doprowadzi.

Nie mam złudzeń. Ludzie nie wyjdą na ulicę. Taka opcja nie istnieje. Ulegniemy, bo w końcu po co się męczyć. Tu się nagniemy, tam udamy, że się naginamy i będzie dobrze.

W roku 2006 profesor Barbara Skarga, filozof, łączniczka wileńskiej AK, więźniarka łagrów, w rozmowie z Janem Strzałką i Arturem Sporniakiem mówiła tak: 

Starożytni Grecy określali męstwo słowem „andreia”. Tłumacze Arystotelesa wiedzą jednak, że Grecy znali także pojęcie „arete”, czyli dzielność. W języku polskim funkcjonuje jeszcze jedno określenie, pochodzące z niemieckiego – „hart”, czyli twardość, i to jest piękne słowo. „Andreia”, „arete”, „hart” – nie czuję, by te pojęcia różniły się radykalnie, ale każde z nich posiada subtelne niuanse znaczeniowe, każde kładzie nacisk na coś innego, choć wszystkie określają tę samą postawę życiową: postawę człowieka, który nie poddaje się losowi.

W jednym tylko przypadku dzielność jest niemożliwa – w myśleniu. Mówi się raczej o odwadze myśli.
I w tym tkwi wskazówka. Mówimy o męstwie bycia – całego naszego bycia, męstwo tworzy więc jedność, odwaga natomiast dotyczy tylko pewnych sfer bycia, a więc czynów, myślenia, mowy. Jeżeli człowiekowi, którego uznajemy za mężnego, zabrakłoby śmiałych słów, np. sprzeciwu wobec nadużyć władzy – przestałby zasługiwać na przydomek mężnego, bo wszystko jedno w czym, ale przejawiła się jakaś jego słabość. Męstwo bowiem obejmuje człowieka w każdym jego czynie, myśli.

Zdarzenia ostatnich dni spowodowały, że chcąc nie chcąc, robiąc to co robię, znalazłam się na pierwszej linii próby. Nie, nie wystąpię w telewizji, nie zbuduję barykad. Pamiętam natomiast, co pisał ksiądz Józef Tischner w jednym z listów do swoich studentów: „Musimy jednak pamiętać, że - jak pisał Platon – jesteśmy tu, postawieni przez bogów, „jakby na posterunku" i – jak w podobnym duchu wyrażał się św. Paweł - „nie sobie żyjemy, nie sobie umieramy". „Jako stojący na posterunku", „nie sobie żyjący" musimy godnie i rzetelnie spełniać nasz podstawowy obowiązek, obowiązek wobec myślenia".

Gdyby każdy z nas udał się na swój posterunek i robił tylko to, co do niego należy, najlepiej jak potrafi, nie istniałby problem, z którym będziemy musieli się mierzyć.
Ja wiem, co mam robić.
A ten kto nie wie, może na początek zabrać się za Robótkę (kliknięcie w słowo "Robótkę" przenosi w świat wszelkich potrzebnych informacji).


Bo nawet jeśli świat zmierza w złym kierunku, można spróbować go z niego zawrócić. Dobrem, nie uległością.

Michel Houellebecq „Uległość”, przełożyła Beata Geppert. Wydawnictwo WAB, Warszawa 2015.

Fragment wypowiedzi Barbary Skargi pochodzi z tekstu „Człowiek, istota zadziwiająca”, zamieszczonego w wydaniu specjalnym Tygodnika Powszechnego „Kanon. Sztuka rozmowy. Urodzinowa antologia wywiadów Tygodnika Powszechnego."

niedziela, 15 listopada 2015

Dlaczego mnie nie ma, czyli w dolinie Muminków

„Paszczak obudził się powoli i gdy tylko stwierdził, że jest sobą, zapragnął być kimś innym, kimś, kogo nie znał. Czuł się jeszcze bardziej zmęczony niż wtedy, kiedy kładł się spać, a tu tymczasem nastał już nowy dzień, który będzie trwał do wieczora, a potem przyjdzie następny i jeszcze następny i ten znów będzie taki sam, jak wszystkie dni w życiu Paszczaka.

Schował się więc pod kołdrę i zagrzebał nos w poduszkę, potem przesunął się brzuchem na brzeg łóżka, gdzie było chłodne prześcieradło, a potem rozłożył się na całym łóżku, wyciągając ręce i nogi, i wciąż czekał na przyjemny sen, który nie przychodził. Wreszcie zwinął się w kłębek i zrobił się malutki, ale i to nie pomogło. Starał się być Paszczakiem, którego wszyscy lubią, i starał się być Paszczakiem, którego nikt nie lubi. Lecz co z tego, kiedy i tak ciągle był tylko Paszczakiem, który wszystko robi, jak może najlepiej, ale nic mu naprawdę dobrze nie wychodzi. W końcu wstał i wciągnął spodnie.

Nie lubił ani ubierać się, ani rozbierać, bo wtedy miał wrażenie, że dni mijają i nic godnego uwagi się nie dzieje. A przecież wciąż coś organizował i urządzał, ciągle czymś dyrygował, od rana do wieczora! Wszędzie dookoła wszyscy wiedli niedbałe, bezcelowe życie, gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie było coś do ustawienia we właściwy sposób, i Paszczak wychodził z siebie, żeby uprzytomnić innym, jak powinni żyć.
Zupełnie jakby nie chcieli, żeby im było dobrze – martwił się myjąc zęby. Spojrzał na fotografię, na której był on sam i jego żaglówka w dniu wodowania. Piękne to było zdjęcie, lecz gdy patrzył na nie, zrobiło mu się jeszcze smutniej. – Powinienem nauczyć się żeglować – uznał. Tylko że nigdy nie mam czasu…

Nagle przyszło mu na myśl, że wszystko, co robi, nie jest niczym innym, jak tylko przenoszeniem rzeczy z jednego miejsca na drugie albo mówieniem, gdzie one powinny stać, i przez krótką chwilę olśnienia zastanawiał się, co by się stało, gdyby dał temu spokój.
- Prawdopodobnie nic. Ktoś innym zająłby się tym wszystkim – rzekł sam do siebie, odkładając szczoteczkę do zębów do szklanki. Lecz to, co powiedział, zdziwiło go i trochę nawet przeraziło, zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, tak jak to się dzieje, kiedy zegar wybija północ w noc sylwestrową, i zaraz w następnej sekundzie pomyślał: „Ale w takim razie musiałbym zacząć żeglować…” I wtedy poczuł się już tak źle, że musiał usiąść na łóżku.”

Kiedy byłam dzieckiem, nie lubiłam Muminków.
Nic dziwnego, najwyraźniej przeczuwałam, że wyrosnę na Paszczaka.

Nie ma mnie ostatnio, bo walczę z dreszczami. 

Tove Jansson „Dolina Muminków w listopadzie”, przełożyła Teresa Chłapowska. Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2005. Cytat pochodzi z rozdziału piątego. 

środa, 21 października 2015

XVII Konkurs Chopinowski, czyli marzy mi się

W poniedziałek 19 października oraz we wtorek 20 października zrobiłam wyjątek. Włączyłam wieczorem telewizor.
Nie, nie po to, aby obejrzeć dwie przedwyborcze debaty.
Po to, by obejrzeć transmisję finałów Konkursu Chopinowskiego.

Marzy mi się, aby – może nie za pięć, może nie za dziesięć, ale może chociaż za dwadzieścia lat – ten konkurs wzbudzał w Polakach takie emocje jak te zaprezentowane na wyszperanym w sieci obrazku.

źródło zdjęcia; autor Mirek Usidus
Żeby tak się stało, powinniśmy jednak wykonać olbrzymią pracę, zaczynając od podstaw.
Kulturalnego wysławiania się zaczniemy uczyć zaraz potem.

Cóż z tego, że istnieją szkoły muzyczne, kiedy uczy się w nich ledwie garstka dzieci? W tym roku do jedynej działającej w Szczecinie i okolicach publicznej (a więc darmowej) dziennej muzycznej podstawówki przyjęto ich ledwie 75.

źródło zdjęcia

Cóż z tego, że Szczecin może się cieszyć fantastyczną filharmonią, gdy zakup biletów niemal na wszystkie koncerty wymaga posiadania nie tylko sporej ilości gotówki (najlepiej kilku tysięcy złotych, jeśli chce się chodzić na te koncerty w miarę regularnie, do tego z osobą towarzyszącą), ale i wolnego czasu, który poświęci się na odstanie kilku godzin w kolejce (system zakupu biletów jest tak skonstruowany, że w drugiej połowie sierpnia otwiera się możliwość zakupu biletów na wszystkie koncerty w sezonie; jeśli nie kupisz ich od razu na każde wydarzenie, którym jesteś zainteresowany, później nie masz szans).


Cóż z tego, że w szkolnych programach nauczania przewidziane są lekcje muzyki, jeśli brak jest pomysłu (i chęci), by poprowadzić je w sposób prawidłowy, czyli wzbudzający w dzieciach zainteresowanie. Nie każdy musi zostać muzykiem, ale każdy powinien znać nuty i mieć jako takie pojęcie o instrumentach.
Tymczasem mój Starszy dotarł do piątej klasy nie tylko nie odróżniając bemola od krzyżyka, ale i nie umiejąc narysować nuty, nie mówiąc o zagraniu czegokolwiek na czymkolwiek. Poza nerwami matki, która bardzo się wstydzi, że jej własne dziecko jest muzycznym troglodytą, ale naprawdę nie jest w stanie samodzielnie zająć się jego edukacją na każdym z pól.

Wrażliwość muzyczna i – bardziej ogólnie – wrażliwość artystyczna bezsprzecznie łączą się z wrażliwością człowieka w ogóle. Kilka miesięcy temu w tym poście, zamieszczonym na swoim blogu, wspominała o tym pani Marzena Żylińska.

źródło zdjęcia
Natomiast profesor Andrzej Szczeklik w swojej książce „Kore” pisał tak:
W codziennej pracy lekarza wykształcenie muzyczne nie musi być szczególnie pomocne. Słuch lekarski nie idzie w parze ze słuchem muzycznym (…) Byłbym jednak ostatnim, który nie doceniłby udziału muzyki w medycynie. Muzyka kształci wrażliwość lekarza, budzi w nim zmysł harmonii i kompozycji, których zachwianie znajduje swoje odbicie w chorobie.

Tymczasem dziś w programach nauczania, na wszystkich ich szczeblach, zajęcia artystyczne traktowane są jako zło konieczne. O ile w szkołach zaczęto doceniać rolę sportu, o tyle sztuka już dawno została wkopana do narożnika i przygnieciona workiem z piaskiem.

Zastanawiam się czy, a jeśli tak, to kiedy, jest możliwe, aby kształcenie artystyczne zyskało u nas taką rangę jak w innych krajach.

Nie po to, abyśmy zaludnili Polskę rzeszą muzyków, bardziej lub mniej zdolnych.
Po to, aby więcej wśród nas było wrażliwości – na innych, na piękno, na to co dobre. Bo to co się z nami dzieje teraz, napawa mnie przerażeniem.

W czasie przedłużającego się nocnego oczekiwania na ogłoszenie wyników konkursu, zrobiłam szybki przegląd dziecięcej biblioteczki, poszukując w niej książek o muzycznej tematyce. W ostatnich latach wydano ich sporo – cóż z tego, skoro większość to obecnie białe kruki, a w bibliotekach (zwłaszcza szkolnych) występują rzadziej niż białe niedźwiedzie. Im – oraz kilku innym wyszperanym tu i ówdzie książkom o muzyce dla dzieci – poświęcony będzie następny post.
W każdym razie mam taką nadzieję.

niedziela, 18 października 2015

Mity greckie w szkole kiedyś i dziś, czyli równia pochyła

O wszystkim można napisać to samo, ale nie tak samo.

Jeśli tragicznie zginie ktoś znany, Polska Agencja Prasowa poinformuje o tym w zwięzłej notce, zawierającej kilka niezbędnych danych. Prasa codzienna poświęci tej osobie szpaltę lub nawet całą stronę (gdy będzie to ktoś naprawdę znany), na której znajdzie się parę gustownych zdjęć, garść wspomnień, może jakaś anegdota. Brukowce natomiast na pewno spróbują zdobyć zdjęcia z miejsca tragedii, a na pierwszej stronie wytłuszczą efektowny tytuł, zdobny w dramatyczne przymiotniki.

Dokładnie tak samo jest z tym, co rozumie się przez lektury szkolne.

Kiedy byłam pilną uczennicą szkoły podstawowej, oczywistym było, że jeśli chodzi o mity greckie jedyną możliwą lekturą jest „Mitologia” Jana Parandowskiego. Przeczytałam; wrażeń dziś nie pamiętam, ale musiały być pozytywne, skoro moja podręczna biblioteczka mniej więcej w tym czasie wzbogaciła się o szereg książek dotyczących kultury starożytnej Grecji i Rzymu. Pamiętam też jak ślęczałam nad którymś z tomów Encyklopedii powszechnej PWN, usiłując nauczyć się greckiego alfabetu.


Kiedy urodziłam własne dzieci i podrosły one na tyle, że można było uraczyć je krwistymi mitycznymi historiami, odkryłam, że na rynku obrodziło w przeznaczone dla młodych czytelników książki o tej tematyce.
Użyty w nich klucz do trafienia do dziecięcych serc jest różny.



Jedni, jak Katarzyna Marciniak, historyczka literatury i filolożka klasyczna, idą w formę raczej baśniową, niestety nie wolną od dydaktyki. W wydanej przez Naszą Księgarnię „Mojej pierwszej mitologii” autorka snuje opowieści raczej dla młodszych czytelników. Fragmenty drastyczne pomija lub bagatelizuje (te, których pominąć się nie da), dokłada osadzone w wątku opowieści snute przez tatów orłów lub babcie mrówki, a na koniec łopatologicznie tłumaczy pochodzenie i sposób użycia niektórych zwrotów językowych („marsowa mina”, „strzała Amora”, „otworzyć puszkę Pandory”). Gdy dodać do tego słodziutkie i wolne od nagości (a fuj!) ilustracje Marty Kurczewskiej, otrzymamy pozycję w sam raz dla przedszkolnych starszaków.

Na początek chyba jak znalazł. Mi jednak coś nie pasuje. Moim dzieciom chyba też nie, bo po kilku rozdziałach odmówiły dalszej lektury (a było to rok temu, gdy Młodszy rozpoczynał edukację w przedszkolnej zerówce).


Zupełnie inaczej mity w wersji dla dzieci widział Dimiter Inkiow, piszący po niemiecku Bułgar, obdarzony niesamowitym poczuciem humoru (próbka tutaj). Niby różnica jest niewielka – i w przypadku Marciniak, i w przypadku Inkiowa nie ma mowy o epatowaniu przemocą, a używany język jest raczej prosty – jednak ich książki diametralnie się różnią. Być może dlatego, że Marciniak pisze jak ktoś, kto nauczył się wszystkiego, co powinno się wiedzieć o pisaniu książek dla dzieci i teraz próbuje zastosować tę wiedzę w praktyce. Inkiow zaś jak ktoś, kto opowiedział już tysiącu dzieciom tysiące historii.
A że przy okazji ilustracje Wilfrieda Gebharda nie drażnią czytającego dorosłego, to tylko tym lepiej.

Jest jeszcze Grzegorz Kasdepke, o którego dziele nie napiszę jednak niczego, bowiem nie mam go akurat pod ręką, a kompletnie nie pamiętam wrażeń z lektury sprzed ponad dwóch lat.







Gdyby jednak moje dzieci chciały przeczytać coś jeszcze innego, mogłyby sięgnąć po prastary (w każdym razie z ich punktu widzenia) egzemplarz książki Jadwigi Żylińskiej „Oto minojska baśń Krety”. Byłabym zadowolona, bo bardzo lubię ilustracje Elżbiety Gaudasińskiej, a poza tym mogłabym pochwalić się przed nimi taką oto, umieszczoną w książce, dedykacją (patrz w lewo).





Przede wszystkim jednak, tak samo jak po przeczytaniu książek Parandowskiego, Marciniak i Inkiowa, dzieciaki dowiedziałyby się skąd wzięły się te wszystkie historie, dlaczego losy poszczególnych bohaterów potoczyły się tak a nie inaczej, z czego wynikały ich wybory i czym były podyktowane. W ich głowach powstałaby w miarę spójna i logiczna wizja starogreckiego świata, dzięki której w przyszłości łatwiej byłoby zrozumieć im świat współczesny.

Wyobrażenie o tym, że tego rodzaju wiedza jest w ogóle dzieciom potrzebna, mogło powstać chyba tylko w głowie takiego mamuciego rodzica jak ja.

W miniony piątek Starszy, na którego półkach stoją wszystkie wyżej wymienione książki, na półkach rodziców zaś jeszcze kilka innych (wszystkie poświęcone mitologii greckiej i rzymskiej), przyniósł do domu takie coś.


„Wypożyczyłem ze szkolnej biblioteki” – oznajmił, gdy zapytałam, skąd to wytrzasnął.
Pomijając już to, że dzieło jest anonimowe (jedyna informacja w tym zakresie brzmi: „skład tekstu Studio Wydawnictwa Sara”) i że opatrzone jest wstrząsającymi ilustracjami (tu akurat autor jest znany: Jakub Kuźma), w środku jest niczym w „Fakcie”. Nieważne dlaczego i nieważne co dalej, ważne że krwiście i dramatycznie. Z szeregu historii wybrano te najpopularniejsze i najbardziej nośne (o Dedalu i Ikarze, Minotaurze), opowiadając je w sposób niezwykle emocjonalny, z użyciem szeregu niosących spory ładunek dramatyzmu przymiotników. 

„Bestia nie żyje! Ma na co zasłużyła!” – bez trudu mogę sobie wyobrazić wielkie litery na pierwszej stronie brukowca.
Minotaur nieprzytomny runął na ziemię. Tezeusz podszedł do niego z mieczem uniesionym do góry i z całej siły wbił go w serce bestii. Potwór zawył okropnie. Jego oczy zaczęły mętnieć, by po chwili zgasnąć zupełnie. Nie żył”. – tak mogłaby brzmieć relacja z przebiegu zdarzeń w kreteńskim labiryncie, opatrzona zdjęciem minotaurzego ścierwa. Skąd labirynt i w nim Minotaur, dlaczego musiał zginąć – a kogo to obchodzi? Ważna jest akcja, krew i liczba sprzedanych egzemplarzy. Do bibliotek szkolnych nada się jak znalazł.

Nie wiem dlaczego jeszcze trzydzieści lat temu jedenastolatkowie byli uznawani za właściwych adresatów książek Parandowskiego i Żylińskiej, a dziś przerabianie mitologii greckiej ogranicza się do zamieszczonego w podręczniku wyboru co łatwiej strawniejszych fragmentów ich książek. Nie mam pojęcia jak to możliwe, że polonista sugeruje uzupełnienie tej lektury czymś, co w ogóle nie powinno nigdy stanąć na półce z literaturą.

Co gorsza, nie wiem także dlaczego mój własny syn, karmiony od niemowlęctwa literaturą piękną, idzie na łatwiznę, nie próbując nawet zmierzyć się z poważniejszą prozą.
Czuję jednak, że nie urodzi się z tego nic dobrego. Poza dobrymi perspektywami dla właścicieli brukowców.

Jan Parandowski „Mitologia”. „Czytelnik”, Warszawa 1979.
Jadwiga Żylińska „Oto minojska baśń Krety”, ilustracje Elżbieta Gaudasińska. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1986.
Katarzyna Marciniak „Moja pierwsza mitologia”, ilustrowała Marta Kurczewska. „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2013.
Dimiter Inkiow "Najpiękniejsze mity greckie", ilustrował Wilfried Gebhard, tłumaczyła Alicja Lehrke. Media Rodzina, Poznań.
„Mity greckie”. Wydawnictwo SARA, Warszawa 2004. 

niedziela, 4 października 2015

Szczeciński festiwal czytania "Odkrywcy wyobraźni", czyli jeszcze się taki nie urodził, który by momarcie dogodził

Ktokolwiek kiedykolwiek twierdził, że w Szczecinie nic się nie dzieje, w ten weekend musiał to odszczekać. Hau, hau! Działo się aż nadto. W każdym razie jak na możliwości normalnego pracującego człowieka, który w weekend musi nadrobić zaległości nie tylko z minionego tygodnia, ale i sprzed co najmniej kilku tygodni.
Z punktu widzenia książkowego najważniejszym zdarzeniem minionego weekendu był na pewno trzeci już Festiwal Czytania, obdarzony w tym roku nową nazwą „Odkrywcy wyobraźni”.


Program był bogaty i ambitny. Nazwiska zaproszonych osób zapierały dech w piersiach. Rozmach imponował.

To budujące, gdy widzi się Książnicę Pomorską, która mimo pięknego, słonecznego weekendu tętni życiem.

Ekscytujące, gdy można na żywo zobaczyć i posłuchać tych, których na co dzień widuje się tylko w telewizji, a których nazwiska budzą respekt. Anna Seniuk, Zofia Kucówna, Ewa Lipska, Maja Komorowska, Joanna Szczepkowska, Jerzy Bralczyk, Wojciech Pszoniak, Robert Więckiewicz – to tylko niektórzy z nich. Jak powiedział któryś z organizatorów festiwalu – to też sposób, by zachęcić nieczytających do kontaktu z książką w każdej jej formie: drukowanej, czytanej i elektronicznej. Jeśli nie przyjdą dlatego, że lubią czytać, to może przyjdą po to, by zobaczyć znaną z telewizji twarz. A przy okazji, mimochodem, posłuchają i kto wie, może się im spodoba?

To fantastyczne, gdy można zaprowadzić własne dzieci na spotkanie z autorami, których książki znają i lubią. Łukasz Wierzbicki i Paweł Wakuła – dwa razy rewelacja.




Wierzbicki urządził jak zwykle jednoosobowy show, sprawiając że dzieciaki przez 40 minut siedziały jak zaczarowane. Nawet ja, mimo początkowej rezerwy, pod koniec chichotałam razem ze wszystkimi.








Wakuła – niestety zdominowany przez współwystępującego Jarosława Boberka (czytającego jego książki – na żywo i w wersji audiobookowej). Człowiek-orkiestra, piszący i rysujący. Misiowaty niczym niedźwiedź brutalny Leon, bohater jednej z książek jego autorstwa, ale i sympatyczny jak on. No i jego autografy – rysunkowe dzieła sztuki!


Po sporej porcji miodu czas na parę łyżek dziegciu.

To wkurzające, gdy w tym samym czasie odbywa się równocześnie zbyt wiele zdarzeń, a dokonanie wyboru jest bardzo trudne. Rozrzucenie Festiwalu po całym centrum spowodowało, że nawet ktoś, kto gotów był spędzić dzień tylko na kolejnych festiwalowych imprezach, nie był w stanie przemieścić się w porę z miejsca na miejsce. Przykład z niedzieli: o 11.00 na ulicy Wielkopolskiej czytanki dla dzieci z Anną Seniuk, od 12.00 w Książnicy spotkanie z Pawłem Wakułą i Jarosławem Boberkiem. Czas potrzebny na przemieszczenie się z jednego miejsca w drugie to jakieś 20-30 minut (jeśli idzie się z dziećmi). Jakby nie liczyć, nie da rady być i tu, i tu. A taka szkoda.

Czytanie uspokaja i ukulturalnia, ale nawet najkulturalniejszy czytelnik czasem się denerwuje. Byłam tylko w dwóch miejscach: Książnicy i Starej Rzeźni (ulokowanej na ciągle źle skomunikowanej z miastem wyspie Łasztowni) i w obu było podobnie. Brakowało kompetentnych przedstawicieli organizatorów, którzy w razie pojawienia się problemów (a na imprezach takiego rodzaju pojawiają się one permanentnie) wzięliby sprawy w swoje ręce, informując, kierując i uspokajając. Miłe panie i młode wolontariuszki nie zawsze radziły sobie z trudnymi sytuacjami. Brakowało też moderatora, który nadałby kształt niektórym spotkaniom (nie każdy autor i aktor jest perfekcyjnie zorganizowanym i panującym nad salą Łukaszem Wierzbickim). Chaos i rozgardiasz – to źle komponuje się z czytaniem.

A może za wysoki koń? To fantastycznie, że do Szczecina przyjeżdża tyle znanych osób, ale może zamiast na ilość warto byłoby postawić na jakość? Mniej, za to lepiej?

źródło zdjęcia tutaj, autorka: MoWi
Wydarzenie w Starej Rzeźni, które miało być spektaklem na podstawie książki 1945 Magdaleny Grzebałkowskiej okazało się być czymś w rodzaju próby czytanej nie wiadomo czego. Czworo warszawskich aktorów (Sławomira Łozińska, Magdalena Smalara, Adam Woronowicz i Krzysztof Franieczek) pojawiło się na scenie z grubymi plikami kartek. To można by wybaczyć, teksty były długie i niewdzięczne, a czasu na przygotowanie być może mieli mało. Tylko czy na pewno niektórzy z nich, ubrani w stroje sprzed siedemdziesięciu lat, musieli świecić kartkami z pozakreślanymi zielonym markerem fragmentami własnego tekstu? Czy naprawdę nie można było przeczytać tekstu wcześniej, by nie mylić się w trakcie tak strasznie, próbując ukrywać błędy aktorską manierą (celowała w tym zwłaszcza Sławomira Łozińska, która w czasie spektaklu wypowiedziała chyba więcej „yyyy” niż innych słów)? Jedyną osobą, która nie irytowała była Magdalena Smalara, ale samodzielnie nie mogła uratować całości.

Z dobrze poinformowanych źródeł wiem też, że podobnie było podczas Teatrzyku Zielone Oko, w czasie którego zaprezentowano fragmenty słuchowiska według książki Agathy Christie. Rozumiem, że na dźwięk nazwiska Pszoniak (będącego zresztą dyrektorem artystycznym festiwalu) ręce powinny same układać się do klaskania, ale dobrze byłoby na przykład wcześniej poinformować widzów z godziny 15.00, że usłyszą tylko początek, zaś tych z 18.00, że im dla odmiany zostanie zaprezentowany środek słuchowiska, do tego na etapie bardzo wstępnej obróbki.

Reasumując: było nieźle, ale mogło być znacznie lepiej. Za rok? Trzymam kciuki!