sobota, 29 sierpnia 2015

Przekrój nr 1064/1965, czyli 50 lat temu (cz. 2)

Słowo się rzekło, kolejny numer „Przekroju” sprzed półwiecza u blogowego płota.


A w nim połowę pierwszej strony zajmują doniesienia z rynku książki. Rubryka „Czytać albo nie czytać” jest stałym, istotnym elementem każdego numeru. Jej autorzy tym razem zwracają uwagę m.in. na dwie „wojenne” pozycje.
Pierwsza z nich to „Statysta na dyplomatycznej scenie” Paula Schmidta – opisywana jako „pamiętniki dyplomatycznego tłumacza niemieckiego, często także tłumacza samego Hitlera” oraz „jedna z ciekawszych pozycji wydawniczych dla interesujących się historią najnowszą”. Druga – „Sto jedenaście dni letargu” Adama Grzymały-Siedleckiego – dokumentalny obraz Pawiaka, „sporządzony jeszcze w czasie okupacji, a więc pod świeżym wrażeniem tragicznych przeżyć w hitlerowskiej katowni”. Wstyd się przyznać, ale o żadnej z tych książek nie słyszałam.

Na szczęście natomiast znane mi są kolejne anonsowane pozycje, a mianowicie trzy książki Stanisława Lema. W roku 1965 ukazały się bowiem „Niezwyciężony i inne opowiadania” (wydane po raz drugi), pięć innych opowiadań zebranych w tomie „Polowanie” i – wreszcie – „Cyberiada” – tym razem „w bogatej oprawie graficznej Daniela Mroza”.
Niestety, posiadany przeze mnie egzemplarz „Cyberiady”, choć wyposażony w twardą oprawę i śnieżnobiałe kartki, jest pozbawiony jakichkolwiek ilustracji. Na szczęście mam w domu kilka innych zilustrowanych przez Mroza książek - choć kojarzony głównie z fantastyką, tworzył także ilustracje do powieści Juliusza Verne’a czy opowiadań Sławomira Mrożka.
Mróz był również jednym z twórców szaty graficznej „Przekroju”. Jego słynne „rączki”, odsyłające czytających do następnej strony doczekały się nawet wydania osobnej książki, a surrealizm jego czarno-białych prac mocno zapada w pamięć. Jako dziecko wielokrotnie przeglądałam omawiany właśnie rocznik „Przekroju” – być może dlatego do dziś od pierwszego spojrzenia odróżniam charakterystyczną kreskę Mroza.



W datowanym na 29 sierpnia 1965r. numerze „Przekroju” ilustracje Daniela Mroza (ta na zdjęciu obok została wykonana do tekstu „Kto to był Dr Bexon?”, stanowiącego fragment „Memuarów” Michała Choromańskiego) sąsiadują m.in. trzema rysunkami Sławomira Mrożka. Może się mylę, ale wydaje mi się, że nie ma współcześnie gazety, w której zdecydowano by się na poświęcenie tak dużej ilości cennego miejsca „zwykłym” ilustracjom. Żal.



Tymczasem w rubryce „Lecą świetliki, lecą” zamieszczono mrożące krew w żyłach doniesienia z USA. Redakcja alarmowała najpierw, że „według danych ministerstwa zdrowia 20% dorosłych Amerykanów nie ma ani jednego własnego zęba”, by następnie napomknąć, iż „prof. Ralph Steiman z Uniwersytetu Loma Linda wynalazł sztuczną emalię chroniącą zęby przed próchnicą. Niestety, emalia jak na razie ma własności trujące…



Ważną częścią każdego numeru „Przekroju” był także „Demokratyczny savoir-vivre w odcinkach” pod redakcją słynnego Jana Kamyczka. W tym numerze porady doczekał się Antoni B., który zwrócił się z prośbą o rozwiązanie nurtującego go problemu: „Jestem często w podróży służbowej po kilka dni. Przybory do mycia wożę w kosmetyczce, którą dostałem od żony. Zapytuję, czy wypada mężczyźnie iść z kosmetyczką do łazienki oraz kłaść ją na nocnym stoliku. Jest bardzo wygodna.
Odpowiedź Jana Kamyczka usatysfakcjonowała, jak sądzę, pana Antoniego. „Czemu nie, może być kosmetyczka” – stwierdził, wyjaśniając dalej: - „Robiłem ankietę wśród znajomych mężczyzn: wożą przybory toaletowe w woreczkach plastikowych, przy tym nie wiadomo dlaczego najchętniej z napisem: Śniadanie.”

Wreszcie, w mojej ulubionej rubryce „Koci, koci łapci”, zalecenie dla osób miewających problemy z ortografią. „Używaj częściej „Ć”!” – zachęcała redakcja, zamieszczając niżej przykłady właściwego jej stosowania:
Ćastko
Ćągutka
Će choroba!
Ćągota (y) – (fizyczna skłonność do kogoś powyżej 18 lat!)
Ćamkać (jeść głośno)
Ćamća (człowiek ślamazarny, pozbawiony energii, niedorajda)
Ćapa (j. wyżej)
Ćąć
Wrzećono (kręć się kręć)
Ćeć
Cumćurymćum
                                           Ćoća

Mam nadzieję, że niniejszy post przeczytają wpływowi przedstawiciele Ministerstwa Edukacji i zdążą – przed zbliżającym się nieuchronnie strasznym dniem 1 września – wprowadzić konieczne w takiej sytuacji zmiany w programie nauczania języka polskiego. Zostaną one z pewnością przyjęte z wdzięcznośćą i przez dzieći, i przez ćało pedagogiczne.

Tym zaś, którym wzmianka o dniu 1 września popsuła humor, razem z redakcją „Przekroju” przypominamy: Bądź słoneczny!


czwartek, 27 sierpnia 2015

T. Olszański "Budapeszteńskie ABC" i K. Varga "Czardasz z mangalicą", czyli jakże inaczej o tym samym

Tadeusz Olszański i Krzysztof Varga.
Dwóch półpolskich Węgrów lub – jak kto woli - półwęgierskich Polaków. Obaj piszący, w tym sporo o Węgrzech.
Mimo tych podobieństw ich książki różni wszystko. Dlaczego?
Hm, cytując klasyka, być może dlatego, że kiedy Tadeusz Olszański (rocznik 1929) pisał swoją książkę, Krzysztof Varga (rocznik 1968) na chleb mówił „bep”, a na muchy „tapty”?  


 „Czardasz z mangalicą” jest opowieścią dużo bardziej osobistą niż ta, którą Varga uraczył nas we wcześniejszym „Gulaszu z turula”. Choć autor nadal spogląda na Węgry ze specyficznej, wyznaczonej chociażby przez dobrą znajomość języka, perspektywy, to tym razem wyraźnie skraca dzielący go od czytelnika dystans. O ile więc „Gulasz z turula” wydał mi się tchnąć pewnym poczuciem wyższości (nigdy nie będę na Węgrzech nikim innym niż turystką, a tych Varga zdawał się mieć w niezbyt dużym poważaniu), to czytając "Czardasz z mangalicą" poczułam się godna bycia dopuszczoną do Wielkiej Węgierskiej Tajemnicy. 

Tymczasem w przypadku książki Tadeusza Olszańskiego sprawa była oczywista. Wszak autor pisał ją dla mieszkańców Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w czasie gdy, jak ujął to w rozdziale zatytułowanym „Éljen Lengyelország!” (czyli: „Niech żyje Polska!”) „zwycięstwo ustrojów socjalistycznych jeszcze bardziej zacieśniło współpracę między Węgrami i Polską, przydało nowych treści naszym braterskim stosunkom”. Dostrzegając różnice między oboma krajami i jego mieszkańcami, autor na każdym kroku starał się więc podkreślić jak wiele nas łączy, podsuwając zarazem pod nos coraz to nowe opowieści o węgierskich triumfach.

Varga krytyczny, sceptyczny, ale i nostalgiczny, podczas gdy Olszański entuzjastyczny i trzeźwo stąpający po ziemi. Paradoksalnie jednak to pierwszy z nich swoimi opisami dużo bardziej oddziaływał na moje czytelnicze zmysły, podczas gdy Olszański, smakosz, autor węgierskiej książki kucharskiej („Nobel dla papryki”), ani razu nie pobudził moich kubków smakowych, że o śliniankach nie wspomnę.

Varga przemieszcza się po Węgrzech, zostawiając po sobie ślad w postaci kolejnych plam tłuszczu na ceratowych obrusach tanich jadłodajni. „Ja muszę zawsze iść na bazar i zjeść tam hurkę z marynowaną papryką jabłkową, kupić trochę warzyw i pogacze ze skwarkami, nabyć jakąś suchą paprykowaną kiełbasę na kolację, rozejrzeć się po straganach, zatrzymać się przy stoisku z tytoniem i pooglądać nieznane marki papierosów, popodsłuchiwać ludzi robiących zakupy, przystanąć przed beczkami pełnymi kiszonej kapusty i zachwycić się kapustą kiszoną w całości – wielkie głowy kapusty w drewnianych beczkach jak ludzkie obcięte głowy po zbiorowym wyroku śmierci.

Olszański wędrował tymczasem raczej po miejscach znanych, jak – znakomicie prosperująca od roku 1904 do dzisiaj – budapeszteńska restauracja Mátyás Pince„Do „Mátyáspince" przychodzi się bowiem nie tylko zjeść, lecz i przyjemnie się zabawić, posiedzieć, posłuchać cygańskiej muzyki. (...) Łkają skrzypki, dzwonią cymbałki, primas [pierwszy skrzypek] chodzi po sali i gra przy stolikach zakochanym parom rzewne węgierskie melodie" pisał, a ja – czytając te słowa – gratulowałam sobie, że nie przyszło mi na myśl, by tam zajrzeć. Wystarczy, że byłam w innym reklamowanym przez Olszańskiego lokalu, tak przezeń opisywanym: „Obok tych ekskluzywnych lokali na Górze Zamkowej znajdują się dwie malutkie gospody „Pest – Buda” oraz „Old Firenze” wprawdzie z mniej wyszukanymi, ale nie mniej smacznymi potrawami, tanim winem i z autentycznymi historycznymi pamiątkami z okresu Wiosny Ludów w gablotkach na ścianach.” 
Jedzenie owszem, przyzwoite, jednak jego jakość nijak miała się do znacznie wygórowanej wysokości rachunku.

Tymczasem, wędrując śladami Krzysztofa Vargi, trafiłam w tym roku do jadłodajni „Tejivó”, mieszczącej się w Györze i wizytę tę jeszcze długo będę przechowywać w części pamięci przeznaczonej na miłe wspomnienia. Szliśmy tam, wiedzeni Vargową nostalgią: „w jadłodajni Tejivó przy Kisfaludy utca zjadłem rákott krumpli, zapiekankę ziemniaczaną z kiełbasą, boczkiem, jajkiem na twardo i śmietaną, dokładnie taką, jaką mój ojciec przyrządzał w niedziele wiosny mego życia i teraz ten smak powrócił. Rozkosz osiadającego w żołądku ciężaru jedzenia i wspomnień, bomba tłuszczowo-cholesterolowa i bomba pamięci, najwspanialszy smak, jaki mogłem sobie wyobrazić, pomyślałem od razu, że muszę wrócić do Györ, nie dlatego by znów przejść się po starej części miasta, ale by pójść do Tejivó i zjeść ponownie rákott krumpli, ponieważ to danie, za którym od razu zatęskniłem jak za kanapkami ze sznyclem u Wichmanna.
Ponieważ do „Tejivó” trafiliśmy w porze obiadowej, nie zdecydowaliśmy się na rákott krumpli. Nie samo zaserwowane nam jedzenie (choć znakomite, a pyszny sernik z … koperkiem (węgierskiej nazwy nie pomnę) chyba najlepszy na świecie) chwyciło nas jednak za serce, lecz towarzystwo. Mimo bariery językowej udało nam się bowiem właśnie tam uciąć przemiłą pogawędkę z sympatycznym Węgrem, który w piętnaście minut opowiedział nam historię swojego życia i swoich – także polskich, a jakże! – miłości. W restauracji „Pest – Buda” tego rodzaju zbliżenie zdecydowanie nie było możliwe.

Nie samym jedzeniem jednak człowiek żyje.
O ile Varga podrzuca więc czytelnikowi także strawę duchową, obficie snując literackie i ogólnokulturalne dygresje, o tyle Olszański najlepiej czuje się w świecie, w którym na wyścigi pną się do góry nowoczesne budynki oraz dane statystyczne obrazujące wzrost i rozwój.

Węgry Vargi to kraj wielkiej literatury („co rusz natykam się w jadłospisach węgierskich restauracji na dania noszące nazwiska sławnych pisarzy; albo to jest ulubiona gęś Józsefa Attili, albo jakieś danie à la Gyula Krúdy, czy też coś, co lubił Kosztolányi, przyznaję, że patrzę na te karty dań z niejaką zazdrością, ponieważ uważam, że nazywanie potraw nazwiskami wielkich psiarzy jest najwyższą formą oddawanego im szacunku, hołdem większym niż nadawanie ich imion szkołom i stawianie im pomników. Kuchnia jest tu zbyt poważną sprawą, by zaśmiecać ją byle czyimi nazwiskami, więc kiedy jem węgierskie jedzenie, to myślę o węgierskiej literaturze, a kiedy czytam węgierskich geniuszy – myślę o jedzeniu, to jest doskonała synergia duszy z ciałem, żołądka z mózgiem, melancholii i egzaltacji.”), zamieszkały jednak przez ludzi doskonale rozumiejących co to zdrowy dystans („Mam w domu na lodówce naklejkę, na której niewielki madziarozaur wpisany jest w figurę wielkiego dinozaura, jak dzisiejsze małe Węgry w obrys dawnych Wielkich Węgier. Być może Węgrzy mają bzika na punkcie swojej historii, ale potrafią też do niej podchodzić ironicznie, czego dowodem ta naklejka, w przeciwieństwie do Polaków, którzy wyłącznie mają bzika, a taka subtelność jak ironia jest w Polsce bardzo słabo znana.”).

Węgry widziane przez Olszańskiego to przemysłowy kraj, w którym ważną rolę odgrywają inżynierowie i robotnicy („Csepel jest największym zakładem pracy na Węgrzech. Csepel to zespół jedenastu wielkich fabryk. Od martenów, walcowni blach i rur, fabryki rowerów, motocykli, traktorów, aż po fabrykę maszyn precyzyjnych, od której rozpocząłem zwiedzanie (…) Robotnicy Csepel są świadomi problemów swojego kraju, zdyscyplinowani, dojrzali. O swoich sprawach dyskutują niejednokrotnie z pierwszym sekretarzem WSPR Jánosem Kádárem, który jest członkiem organizacji partyjnej w Csepel.”). Wszystko jest tu dobrze zorganizowane i kwitnące, pewnie dlatego, że centralnie zarządzane. Nawet młodzież („Całokształtem życia młodzieży zajmuje się na Węgrzech jedna organizacja KISZ, skupiająca w swoich szeregach blisko 800 tysięcy członków”) i … przyrost naturalny („sytuacja demograficzna wymagała przedsięwzięcia szybkich i konkretnych kroków, wyjścia ze strefy podnoszenia warunków bytowych, bo stale podnoszone bodźce przestają być bodźcami. Duża liczba legalnych i nielegalnych poronień, nieodwracalne skutki tych zabiegów, a zwłaszcza przedwczesnych i martwych porodów, skłoniła rząd do wprowadzenia w 1973 roku dużych obostrzeń przy przerywaniu ciąży. Nie oznacza to oczywiście zerwania z polityką świadomego macierzyństwa i regulacji urodzin, ale będą temu służyć przede wszystkim inne środki antykoncepcyjne – a zwłaszcza pigułki (każda dziewczyna i kobieta ma prawo otrzymać na receptę lub bez niej odpowiednie medykamenty) oraz wprowadzenie wychowania seksualnego już od pierwszych klas szkoły podstawowej.”).

Wreszcie, Węgry Vargi to liczne, drobne spostrzeżenia. Szczegóły, które budują ogół. Opisane w tak sugestywny sposób, że mimochodem wwiercają się w podświadomość, zakładając podróżującemu po Węgrzech z „Czardaszem…” w ręku vargowy filtr. To pewnie z tego powodu patrząc na węgierskie pomniki wszędzie dostrzegałam tylko ich brak monumentalności (oczywiście tylko Vardze zawdzięczam to, że zwróciłam uwagę na pomnik wody sodowej), znakomicie komponujący się z nieuchronną koniecznością bycia upstrzonymi przez ptactwo.

Tymczasem, Węgry Olszańskiego to raczej monumentalizm i triumfalizm. Najlepsze fabryki, mosty, inżynierowie, wina, kąpieliska. Świat piękny, ale raczej wyobrażony i mocno fasadowy, czego najlepszym dowodem to, że nie przetrwał do dzisiaj.

Z powyższego zestawienia można wyprowadzić prosty wniosek, że „Budapeszteńskie ABC” to książka nadająca się tylko na śmietnik. Byłoby to jednak dla niej mocno krzywdzące. Śmietnik historii to bowiem całkiem godne miejsce. Trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza gdy nie wiadomo jak za 40 lat kolejne pokolenia czytelników obejdą się z wynurzeniami Vargi.

Tadeusz Olszański „Budapeszteńskie ABC”. Iskry, Warszawa 1976.
Krzysztof Varga „Czardasz z mangalicą”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

sobota, 22 sierpnia 2015

"Przekrój" nr 1063/1965, czyli 50 lat temu (cz.1)

Gdybym miała w sobie coś z magicznie sprzątającej pani Kondo lub też – niesiona falą – poczuła minimalistyczny zew, nie byłoby tego posta.

Będąc jednak ciągle szczęśliwą (lub – jak wolałaby pani Kondo – nieszczęśliwą i obciążoną zbędnym bagażem) posiadaczką odziedziczonego po dziadkach opasłego tomiszcza zawierającego kilkadziesiąt numerów „Przekroju” sprzed 50 lat, postanowiłam uczynić z niego użytek. Plan zakłada pojawianie się podobnych postów cyklicznie (najlepiej co tydzień). Co z planu wyjdzie, nie wiadomo. Pewne jest natomiast, że odcinek pierwszy zamieszczam poniżej.


50 lat temu, 22 sierpnia 1965 roku, w rubryce „Przegląd tygodnia” redaktorzy „Przekroju” zastanawiali się nad tym czy kupno benzyny wreszcie przestanie być problemem. Wyjaśniali, że „do końca roku około 500 stacji benzynowych (połowa istniejących!) czynnych będzie przez 16 godzin na dobę. Ta radykalna poprawa ma nastąpić w rezultacie przechodzenia na system ajencyjno-prowizyjny: stacje obsługiwane będą nie przez pracowników CPN, a przez ajentów. Zawierać będą oni z Centralą Produktów Naftowych umowy prowizyjne, zapewniające im procent od uzyskanego obrotu. (…) Najpierw eksperymentalnie otwarto 21 takich stacji, a jeszcze przed końcem września ajentom przekazanych zostanie 200 dalszych.

Dziś, w czasach, w których jednodniowe zamknięcie wszystkich dyskontów i hipermarketów (np. w związku z niedawno minionym świętem 15 sierpnia) wywołuje panikę i konieczność wydłużenia godzin otwarcia sklepów w przeddzień, aby wszyscy mogli zrobić niezbędne w tak dramatycznej sytuacji zapasy żywności, zapowiedź otwarcia tylko 500 stacji benzynowych w kraju, ledwie na 16 godzin, wywołałaby z pewnością zamieszki.






W modzie królował tymczasem op-art. Poza wywołującymi oczopląs sukienkami, na topie były kapelusze typu kask kosmonauty.







W części "Przekroju" poświęconej literaturze zapowiadano natomiast rozpoczęcie prac nad „Słownikiem czasów pogardy”, wskazując, że „taki tytuł nosić będzie jedna z najbardziej osobliwych publikacji naszych czasów: słownik obejmujący hasła i słowa nieznane polskiemu językowi do wybuchu wojny. A więc spolszczone określenia używane przez władze okupacyjne, wyrażenia stosowane przez członków ruchu oporu, wreszcie określenia z żargonu obozowego.”
Nad publikacją miał pracować szereg polonistów i historyków pod kierunkiem prof. Ludwika Rajewskiego, jednak najwyraźniej nie udało się, skoro w roku 2015 internet o takim słowniku milczy. Mam jednak wrażenie, że jeszcze ze dwie kampanie wyborcze i z powodzeniem będzie można wznowić prace.

W tym samym numerze donoszono także o książce, która ukazała się jak najbardziej namacalnie, do tego w oszałamiającym jak na dzisiejsze standardy nakładzie 30.000 egzemplarzy. Chodziło o „Przygody Sindbada Żeglarza” Bolesława Leśmiana, które „Przekrój” zachwalał jako „IV wydanie pięknej baśni napisanej prozą przez znakomitego poetę. W stylu 1001 nocy. B. ładna, z rysunkami Stannego.

źródło zdjęcia
Ładna, nie da się ukryć. Póki co, oglądałam wyłącznie w internecie, ale lada moment spodziewam się przybycia jednego z 30.000 egzemplarzy, w całej jego pożółkłej krasie. Obiecuję podzielić się wrażeniami.

Na przedostatniej stronie, w rubryce „Koci, koci łapci…” redakcja „Przekroju” zamieściła natomiast „przykłady słów, które datują”. Datują czyli wyraźnie wskazują na ich archaiczne pochodzenie. W sierpniu 1965 datowały więc:
Do magistratu zamiast do MRN.
Policjant zamiast milicjant.
Auto zamiast samochód.
Karoseria zamiast nadwozie.
Karburator zamiast gaźnik.
Kobita! zamiast co za babka!
Dziunia! zamiast ale kociak!
Lemoniada zamiast płynny burak.
Bach zamiast Jaś Sebek.
Cygańskie skrzypki zamiast harmonia forsy.
Mowa trawa zamiast sianokosy.

Redakcja zachęcała do nadsyłania na adres swojej krakowskiej skrytki pocztowej kolejnych propozycji słów, które datują. Niestety, „Przekrój” (i jego skrytka) nie przetrwały minionego półwiecza, dlatego obecnie własne propozycje można zamieszczać w komentarzach poniżej.

I wreszcie, na zakończenie, coś z całkiem niewesołej beczki. Telefoniczna relacja redaktora Mieczysława Kiety z Frankfurtu nad Menem, gdzie 50 lat temu zakończył się właśnie tzw. drugi proces oświęcimski.
Kieta donosił: „Wśród oskarżonych Klehr, były sanitariusz SS – ten, którego w tym procesie oskarżałem o spowodowanie śmierci mego ojca (…) Wyprężony w postawie na baczność zaczął recytować: „Nigdy nie byłem w Vergasungskommando, nigdy samodzielnie nie przeprowadzałem selekcji. Byłem małym człowieczkiem, nie mogłem być panem życia i śmierci. Wypełniałem tylko rozkazy lekarzy, moich przełożonych. I to wykonywałem je z niemałymi oporami, wbrew samemu sobie. Głęboko współczułem moim ofiarom, lecz byłem żołnierzem, który musiał słuchać rozkazów.”
Nagle ujrzałem Klehra znowu w jego złowrogiej postaci sprzed dwudziestukilku lat. W czapce SS z błyszczącą trupią czaszką na czarnym otoku, ze strzykawką pełną fenolu w grubych palcach stolarza. Ujrzałem Klehra – szukającego długą igłą między żebrami wygłodzonych więźniów dogodnego miejsca dla śmiertelnego zastrzyku. (…) Ten człowiek, stolarz z zawodu, mały człowiek – jak sam siebie określił – który tak często zakładał biały fartuch lekarski, który kazał tytułować się profesorem, który decydował o życiu i śmierci tysięcy bezbronnych, chorych i bezsilnych więźniów – kłamie. (…)
Co jest prawdą dla Klehra? Pod ciężarem dowodów oskarżenia w toku przewodu sądowego przyznaje się do zamordowania kilkuset więźniów (200-300) zastrzykami fenolu w serce. Naprawdę były ich tysiące. Nie miał litości nawet dla dzieci. Dzisiaj opowiada o ludzkich uczuciach, o współczuciu dla ofiar, które musiał zabijać. A ponieważ musiał, nie może brać za to całej winy na siebie.”

50 lat to bardzo dużo. Za dużo dla Zbigniewa Bońka, który w roku 1965 miał ledwie dziewięć lat i pewnie albo nie słyszał o toczącym się wówczas procesie, albo słyszał, ale nic z tego nie zrozumiał. Pewnie dlatego treść podpisanego przez niego kilkanaście dni temu w imieniu PZPN, a skierowanego do UEFA oświadczenia brzmi m.in. tak: 

Odnosząc się do sytuacji z meczu Sarajevo – Lech Poznań i wywieszonej przez Kibiców Lecha Poznań flagi „Legion Piła Krew naszej Rasy”, podkreślić należy z całą stanowczością, iż w ocenie Klubu, Kibiców oraz obserwatorów, flaga nie zawierała treści rasistowskich. (…) Chcielibyśmy zwrócić Państwa uwagę na pewną dyskryminację w wytycznych opracowywanych przez FARE. Otóż zabronione są wszelkie symbole prawicowe nawet takie niezwiązane z nazizmem czy faszyzmem, zaś symbole lewicowe/komunistyczne są akceptowane. Na przykład symbol komunizmu sierp i młot, podobizna Che Guevary i wiele innych pojawiają się na wielu europejskich stadionach i nie słyszeliśmy, aby kiedykolwiek Klub został za te symbole ukarany, a już na pewno nie zamknięto z tego powodu stadionu dla publiczności.
W naszej świadomości komunizm był ustrojem porównywalnie zbrodniczym, jak ustrój nazistowski i w naszej ocenie jego symbole bądź treści do niego nawiązujące również powinny być zakazane.” [treść oświadczenia za Eurosportem]

Chętnie udostępnię mój rocznik „Przekroju” panu Bońkowi i wszystkim tym, którzy bagatelizują pojawianie się w polskiej przestrzeni publicznej, w tym także na stadionach, neonazistowskich haseł. Bo są rzeczy, o których nie można zapomnieć. Nawet po 50 latach.

środa, 12 sierpnia 2015

M. Kondo "Magia sprzątania", czyli krótki quiz

Jesteśmy ze sobą już ponad trzy lata, czas więc uchylić rąbka tajemnicy.

Jaka jest momarta?

Mam nadzieję, że przygotowany przeze mnie krótki quiz nieco przybliży tę tajemniczą postać. Poniżej znajdziecie parę pytań. Należy – po głębokim namyśle – wybrać tę z dwóch odpowiedzi, której Waszym zdaniem udzieliła właśnie momarta.
Gotowi? To hop!

Pytanie 1) Jak wygląda momarta?


b. oczywiście, że tak!





Pytanie 2) W jaki sposób momarta opowiedziałaby o początkach swojej intelektualnej przygody z życiem?

a. „W wieku pięciu lat zaczęłam czytać czasopisma dla gospodyń domowych

b. „Gdy miałam pięć lat, tak bardzo lubiłam bajki, że nauczyłam się czytać, by móc czytać je samodzielnie ilekroć chcę i kiedy chcę”

Pytanie 3) Co robi momarta po powrocie z pracy?

a. „Po powrocie z pracy codziennie wykonuję ten sam ciąg czynności. Otwierając drzwi, ogłaszam mojemu domowi swoje przybycie. Podnoszę buty, które miałam na sobie poprzedniego dnia i zostawiłam w korytarzu. Chwalę je za ciężko wykonaną pracę. Odkładam je do szafki na buty. Następnie zdejmuję buty, które miałam na sobie i stawiam je równiutko w korytarzu. Kieruję się do kuchni, nastawiam czajnik i idę do sypialni. Kładę torebkę na miękkim dywanie wełnianym i zdejmuję ubranie, które miałam na sobie w pracy. Wieszam kurtkę i sukienkę na wieszaku i mówię im, że dobrze się sprawiły. (…) Witam się z rośliną w doniczce stojącą przy oknie, głaszcząc jej liście.
Moim następnym zadaniem jest opróżnienie zawartości torebki na dywan i ułożenie każdej rzeczy na swoim miejscu. Najpierw wyjmuję wszystkie rachunki. Następnie odkładam ze słowami wdzięczności torebkę do specjalnego pudełka w szufladzie pod łóżkiem. Obok kładę bilet na pociąg i wizytownik. (…) Zanim zamknę szufladę, dziękuję swoim rzeczom za to, co dla mnie dzisiaj zrobiły.

b. „Po powrocie z pracy codziennie wykonuję ten sam ciąg czynności. Otwierając drzwi, trzymam w zębach dwie siatki z zakupami, prawą nogą przytrzymuję przewracającą się torbę z komputerem, a lewą zgarniam na kupę rozsypane ziemniaki. Po wejściu staram się zachowywać jak najciszej, aby horda mnie nie usłyszała. To dałoby mi choćby dwie minuty na umycie rąk i zrobienie szybkiego przeglądu lodówki – niestety, ta sztuka rzadko mi się udaje. Buty porzucam w sieni, starając się zapamiętać, że jak najszybciej powinnam zabrać z jednego z nich pomidora, który wypadł z jednej z siatek z zakupami. Torebka z reguły spada mi z ramienia na schodach; omijam ją, starając się na nią nie nadepnąć. Porzucam ubranie wierzchnie gdziekolwiek bądź, po drodze rejestrując kątem oka, że stojący na parapecie kaktus (który to już?) znów usechł, psiakrew. Staram się szybko przygotować coś do jedzenia, słuchając zarazem wszystkiego, co mają mi do powiedzenia dzieci i pamiętając, by co jakiś czas rzucić: „Aha!” i „Naprawdę?!”
Moim następnym zadaniem jest opróżnienie zawartości torebki na dywan. Gdzieś na jej dnie, tylko gdzie do licha, musi bowiem leżeć kwit z pralni, z której dwa tygodnie temu miałam odebrać rzeczy. Nie tracę nadziei, że kiedyś go znajdę.
Zanim uprzątnę dywan, mówię w dosadnych słowach co o tym wszystkim myślę.”

Pytanie 4) Co robi momarta, kiedy słyszy dobiegające z szafy głosy?

a.  „natychmiast odklejam etykiety ze wszystkich pojemników, pudeł i słoików.  Pamiętam bowiem o tym, że „z szaf może dochodzić do nas „hałas”, nawet jeżeli wyglądają bardzo schludnie. Przytłaczają nadmiarem informacji. Im dom jest bardziej wysprzątany, a wyposażenie bardziej minimalistyczne, tym głośniej przemawiają do nas tego typu informacje". Dlatego zawsze radzę wszystkim: „Zedrzyj z opakowań nadrukowaną folię, na przykład z odświeżaczy i środków czystości”.

b.   "czym prędzej szukam namiarów na dobrego psychiatrę."

Pytanie 5) Jaki rozmiar butów nosi momarta?

a. "Na tyle duży, bym mogła w pudełkach po swoich butach zmieścić brytfannę. „Nie ma potrzeby kupowania specjalnych przegródek czy innych gadżetów. Problemy z przechowywaniem rozwiążesz z pomocą tego, co już masz w domu. Najczęściej używam pustych pudełek po butach. (…) Stosować je można na nieograniczoną liczbę sposobów. Często trzymam w nich skarpetki i rajstopy (…). W kuchni można w nich trzymać produkty żywnościowe, ale także worki na śmieci, ściereczki itd. Trzymam w nich foremki, brytfanny i inne naczynia, których rzadziej się używa”."

b. „Na tyle mały, że w pudełkach po moich butach nijak nie mieści mi się brytfanna”



Pytanie 6) Co robi momarta z książkami i ile ich ma?

a. „Moja biblioteczka liczy obecnie około 30 książek, ale w przeszłości trudno mi było rozstać się z nimi, gdyż kocham książki. (…) Najtrudniej postanowić, co z książkami, które dają ci umiarkowaną przyjemność, ale których fragmenty poruszyły twoje serce, i które możesz zechcieć przeczytać. Tych najtrudniej się pozbyć. Chociaż nie odczuwałam szczególnej presji, aby się ich pozbyć, nie mogłam też pominąć faktu, że dawały mi umiarkowaną przyjemność. Szukałam sposobu na to, jak mogłabym się z nimi rozstać bez żalu i wreszcie wymyśliłam coś, co nazwałam „metodą redukcji nadmiaru”. (…) Nie chciałam zatrzymać samej książki, a zapamiętać pewne fragmenty. (…) Postanowiłam wyrwać interesujące mnie strony z książki. (…) Zajęło mi to tylko pięć minut na książkę – udało mi się w ten sposób pozbyć 40 książek i zachować interesujące mnie fragmenty. Byłam niezwykle zadowolona z rezultatu.

b. „Nie mam pojęcia ile mam książek – może dwa tysiące, a może trochę więcej? Sporej części z nich nie przeczytałam, ale wiem, że każda z nich ma swój czas i prędzej czy później przyjdzie moment, w którym zechcę po nią sięgnąć. Zdarza się też, że wracam do książek. Niektóre książki z mojego dzieciństwa czytają teraz moje dzieci. Nigdy w życiu nie zniszczyłam specjalnie żadnej książki, nie potrafię także wyrzucić ich do pojemnika na papiery.”

Pytanie 7) Gdzie i kiedy momarta jest szczęśliwa?

a. "Najbardziej szczęśliwa jestem, gdy znajduję się w moim czystym domu, w którym wszystkie rzeczy mają swoje miejsce. W ciszy, nieprzerywanej żadnymi głosami z szaf, mogę wtedy długo rozmawiać ze swoimi skarpetkami."

b. "Najbardziej szczęśliwa jestem, gdy znajduję się w moim nieco brudnym domu, w którym podłogi ostatnio były myte trzy tygodnie temu, a o oknach lepiej nawet wspominać. W hałasie, wywoływanym przez rozrzucających gdzie popadnie skarpetki i brudne gacie trzech mężczyzn, umiem jednak zawsze wychwycić dwa (wydobywające się wcale nie z szaf) słowa: „Kocham Cię”."


A teraz klucz:

Jeśli w przypadku wszystkich lub większości pytań wybraliście odpowiedź a), jesteście wymarzonymi czytelnikami książki autorstwa Marie Kondo (patrz pytanie 1, zdjęcie pierwsze). Cytaty oznaczone kursywą pochodzą bowiem z jej bestsellerowej książki "Magia sprzątania".


Odkryjecie razem z nią magiczny i uporządkowany świat zrelaksowanych skarpetek („skarpetki i rajstopy leżące w szufladzie są na urlopie. Codziennie są brutalnie obijane w drodze do pracy, uwięzione między stopą a butem (…) Czas spędzony w szufladzie to ich jedyna szansa na odpoczynek.”)

Jeśli w przypadku wszystkich lub większości pytań wybraliście odpowiedź b), znacie momartę bardzo dobrze.  Momarta nie jest specjalistką od porządkowania, a jej dom – jakkolwiek duży by nie był – i tak zawsze będzie zagracony. Momarta nie krytykuje tych, którzy żyją inaczej – raczej patrzy na nich szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. Czasem nawet czegoś się od nich nauczy – na przykład od Marie Kondo nauczyła się, że faktycznie, najlepszym wyznacznikiem tego, czy potrzebuje danej rzeczy, czy też nie, będzie wsłuchanie się w swój wewnętrzny głos i sprawdzenie, czy posiadanie tej rzeczy i korzystanie z niej (choćby miały to być skarpetki - pal sześć, zrelaksowane, czy nie) daje jej radość.
Na szczęście momarta wie – a przynajmniej tak jej się wydaje – że nie samymi dobrami materialnymi człowiek żyje i w-razie-jakby-co i tak wszystkie je szlag trafi. Co nie zmienia faktu, że póki ich nie trafił, nie widzi powodu, by dorabiać ideologię do ich nieposiadania.
Momarta wie też, że może jakby skorzystała z niektórych rad pani Kondo, jej problemy z bałaganem mogłyby się zmniejszyć. A może i nie? Bo pani Kondo niewątpliwie nie ma na stanie męża (sztuk jeden, ale brudne skarpetki zawsze dwie, choć brudne gacie faktycznie występują pojedynczo), tudzież dwóch męskich potomków (sztuk dwie, co daje już cztery brudne skarpetki i dwie pary brudnych gaci), więc większość jej rad jest momarcie absolutnie nieprzydatnych.

I chyba właśnie dlatego nigdy się z panią Kondo nie dogadamy.

Marie Kondo „Magia sprzątania”, przekład Magdalena Macińska. MUZA S.A., Warszawa  2015. 

sobota, 8 sierpnia 2015

O węgierskich książkach dla dzieci, czyli jak spociłam węgierskiego księgarza

A było to tak.
Od początku wiedziałam, że podczas tej wizyty na Węgrzech muszę odwiedzić jakąś księgarnię.
- Ale po co, mamo? Przecież i tak niczego nie zrozumiesz! – pytały moje dzieci.
Okazało się, że miały rację, choć nie w tym sensie, który wszyscy mają na myśli.

W pierwszym tygodniu pobytu, kiedy temperatura na zewnątrz przypominała te, z którymi aktualnie mamy do czynienia w Polsce (w chłodniejsze dni 35°C), dowiedziałam się tyle, że na kąpieliskach termalnych ani w dawnych fortecach (wybór podyktowany wyłącznie panującą wewnątrz temperaturą) książek nie sprzedają (w żadne inne miejsca nie byliśmy w stanie się udać).

W drugim zaś tygodniu, ho, ho! W drugim tygodniu dowiedziałam się o węgierskim rynku książki wielu rzeczy. Przy czym do dziś ni w ząb nic z tego nie rozumiem.

Wydawałoby się bowiem, że Węgry – jako kraj znacznie mniej liczebny niż Polska – powinny mieć jeszcze większy niż Polska problem z czytelnictwem. Księgarń powinno być więc jeszcze mniej niż w Polsce. Można by się też spodziewać, że liczba tytułów – nie licząc światowych bestsellerów w rodzaju G. Martina lub biografii Mourinho – będzie mocno ograniczona.

Nic z tego.

Być może to specyfika pogranicza węgiersko-słowackiego, ale zwykłą (nie sieciową), całkiem porządną księgarnię znalazłam w Nyergesújfalu (7,5 tysiąca mieszkańców), dwie inne widziałam w Komárom (około 20 tysięcy mieszkańców). Tymczasem w moim rodzinnym. polskim mieście, liczącym ponad 40 tysięcy mieszkańców, od wielu lat funkcjonuje wyłącznie jedna księgarnia, a i to głównie dzięki temu, że poszła dodatkowo w materiały szkolne i biurowe (oferta książkowa jest raczej nędzna).

Księgarnię, w której zatrzymałam się na dłużej znalazłam jednak w Szentendre, mieście reklamowanym w polskich przewodnikach jako „węgierski Kazimierz Dolny”. Być może, dawno nie byłam w Kazimierzu. Przypuszczam, że cechą wspólną może być liczba turystów, choć nie wiem czy Kazimierz jest tak samo intensywnie jak Szentendre wizytowany przez japońskie wycieczki.
Mam także wrażenie, że gdyby nie księgarnia (wchodząca zresztą, zdaje się, w skład jakiejś sieci) wizytę w Szentendre wspominałabym jako nieudaną, do czego walnie przyczyniło się odwiedzenie mieszczącego się na przedmieściach największego (podobno) skansenu węgierskiej wsi (jeśli ktoś chętny, niech pyta w komentarzach). Na szczęście jednak weszłam (do księgarni, nie skansenu) i … zamarłam. A moja rodzina, oczekująca na zewnątrz, zapuściła korzenie.


Okazało się bowiem, że choć półka z pozycjami dla nastolatków wygląda podobnie jak u nas, to w części dla dzieci rzecz przedstawia się całkiem inaczej.


Owszem, są tam książki znane i z Polski. Istotna różnica polega jednak na tym, że po pierwsze są one nadal dostępne w sprzedaży (choć przyznaję, że nie znam węgierskich dat wydań),

Hm, czyżby to "Pluk z wieżyczki"?
 zaś po drugie, węgierskie wydawnictwa nie poprzestały na wydaniu jednej części.

Drogie wydawnictwo "Hokus-Pokus", widzisz to i się nie wstydzisz?!
Zwraca też uwagę liczna reprezentacja węgierskich autorów.


Eva Janikovszky to oczywistość (swoją drogą, ciekawe czy w Polsce zostaną wydane lub wznowione kolejne – po „Gdybym był dorosły” - jej książki?), ale od innych – całkowicie mi nieznanych – nazwisk (wstydzę się, wstydzę!) można było dostać oczopląsu.



czy to na pewno książka dla dzieci?
Nie miałam oczywiście na tyle dużo czasu, by zdążyć przeprowadzić dogłębną analizę. Ograniczona okazała się też możliwość skomunikowania się z bardzo sympatycznym panem księgarzem (ja ni w ząb po węgiersku, on tylko trochę w językach innych niż węgierski).

Mam jednak wrażenie, że rynek węgierskiej książki dla dzieci został aktualnie zdominowany przez wydawnictwo Móramogące się pochwalić długą tradycją, a prowadzone – zdaje się, gdyż nie znając węgierskiego niczego nie mogę być pewna – przez syna Evy Janikovszkiej, Jánosa.
O dominacji tej mogę powiedzieć tylko tyle, że marzy mi się, aby któreś z polskich dobrych wydawnictw osiągnęło podobną pozycję na rynku polskim. Ich książki widziałam bowiem i w supermarketach (na głównych półkach, a nie w części z książkami na wagę), i we wszystkich innych księgarniach. Niemal każda z nich wydawała się być czymś porządnym, w każdym razie jeśli chodzi o formę, gdyż treści nie byłam w stanie ocenić.

Otrząsnąwszy się nieco, przystąpiłam do dręczenia księgarza.
Przedstawiwszy się grzecznie („Nazywam się momarta i przybyłam z internetu”), zażądałam natychmiastowego dostępu do książek, które mnie zachwycą, mimo że niczego z nich nie zrozumiem.
Na czoło księgarza wystąpił pot. Spływał on tym intensywniej, im silniej kręciłam głową w geście przeczenia, odmawiając oglądania kolejnych przynoszonych mi książek (jeśli ja po węgiersku umiem powiedzieć: „wino”, „piwo” i „książka”, a on w językach innych niż węgierski zna mniej więcej tyle samo słów, doprawdy trudno jest o płaszczyznę porozumienia).
Aż wreszcie doszło do iluminacji.


On przyniósł, a mnie zatchnęło. Jak się okazało, ze wszech miar słusznie, gdyż chodzi o książkę wielokrotnie nagradzaną, umieszczoną w roku 2010 na liście białych kruków (White Ravens). Od pana księgarza udało mi się dowiedzieć tyle, że ilustratorka – Katalin Szegedi – jest jego zdaniem jedną z najlepszych węgierskich ilustratorek (tu można zerknąć na jej blog i zamieszczone tam przepiękne ilustracje). O treści książki nie dowiedziałam się niczego (nie jest to książka o winie, ani o piwie, stąd zasób wspólnych słów był ograniczony), ale i tak wysupłałam niemało forintów, by móc cieszyć nią swoje oczy.




I choć po powrocie do Polski dowiedziałam się, że „Királylány születik” zostało już jakiś czas temu przetłumaczone na język polski przez nieocenione (z punktu widzenia popularyzowania węgierskiej literatury dziecięcej) i niedocenione (bo któż o nim słyszał?) wydawnictwo Namas, to i tak nie żałuję ani forinta.

A przed węgierskim księgarzem gnę się w niskich ukłonach. 

wtorek, 4 sierpnia 2015

Dlaczego na Węgrzech jest lepiej, czyli prezent z okazji trzecich urodzin

Blogomilczenie ma to do siebie, że z czasem przechodzi w nawyk. Wygodny nawyk. Całkiem więc niewykluczone, że pomilczałabym jeszcze trochę, gdyby nie fakt, że właśnie dziś przypadają trzecie urodziny Absolutnie nieperfekcyjnej. Niniejszy post będzie więc poniekąd prezentem dla niej. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba.

Do Węgrów i Węgier można mieć wiele zastrzeżeń, z których najpoważniejsze dotyczą ich aktualnej polityki. Miłość potrafi jednak wiele wybaczyć, zaś zwłaszcza w fazie zakochania (w której ciągle się znajduję) przymyka oczy na szereg wad.


To zaś, co widzę, to:

Genialne jedzenie (moja wątroba zgłosiła w tym miejscu zdanie odrębne, ale zagłuszyłam je głośnym bekaniem spowodowanym nadużyciem węgierskiej wody sodowej).

Daje się tu zauważyć istotna prawidłowość – im lepsze miejsce, tym jedzenie gorsze i serwowane w mikroskopijnej ilości. Ot, choćby jak tutaj. Miejsce wyglądało tak:

Restauracja Primas Pince w Esztergomie


Zaś porcja zupy – tak:


Mąż płakał długo i rzęsiście.

Podłe warunki (jak na przykład na tej hali targowej w Budapeszcie, której uroda ma się nijak do urody Centralnej Hali Targowej, co pozostaje w relacji odwrotnie proporcjonalnej do jakości jedzenia i sympatyczności obsługi) sprzyjają natomiast jedzeniu nie dość, że taniemu, to jeszcze rozkosznie dobremu.


Na zdjęciu poniżej obiad, o który walczyły ze sobą mój żołądek i moja wątroba. Hagymaleves (zupa cebulowa), pacalpörkolt z kluseczkami galuska (nazwy dania nie tłumaczę celowo, przez wzgląd na co wrażliwszych, kto zechce, wrzuci sobie do internetowego tłumacza) oraz töltött paprika (faszerowana mięsem papryka, niczym nasze gołąbki, tyle że sos pomidorowy dużo bardziej słodki).


Wątroba wygrała, całości nie zmieściłam. Żołądek (po cichu) też odetchnął z ulgą.

Kąpielisko w każdym miasteczku.

Niby wiedziałam, że Węgry kąpieliskami (nie tylko termalnymi, choć przede wszystkim) stoją, ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć na własne oczy. Nie byliśmy w żadnych słynnych miejscach, a i tak w każdym było co najmniej siedem basenów, zjeżdżalnie, bicze wodne oraz niecki z wodą leczniczą do taplania się weń.
Dla ułatwienia osiągnięcia stanu zachwytu dodam, że w liczącym czterysta tysięcy mieszkańców Szczecinie z wielką pompą otworzono w ubiegłym roku pierwsze porządne kąpielisko miejskie. Cztery baseny, trzy zjeżdżalnie.
Siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców Tatabanyi, wyposażonej w takie oto miejsce do taplania się w wodzie, pękłoby w tym miejscu ze śmiechu. A gdyby się już po tym pęknięciu zeszyli, pogrążyliby się w rozważaniach, na które z szeregu innych, oddalonych o dwadzieścia parę kilometrów, kąpielisk, pojechać danego dnia.


Gdy dodać do tego fakt, że ilość osób starszych korzystających z kąpielisk wcale znacząco nie odbiega od ilości osób młodszych, można tylko pozazdrościć.

Umiejętność wykorzystywania transportu kolejowego.

W Polsce – wiadomo. Setki spółek, każda z kilkudziesięcioma związkami zawodowymi, zarządzających każda swoim kawałeczkiem kolejowego tortu. Skutek: tort nienadający się do konsumpcji.

Na Węgrzech – nie mam pojęcia ile spółek, czy w ogóle i jakim kosztem, jednak to co widać gołym okiem, to rozbudowana sieć kolei, wykorzystywana zarówno do przewozów osobowych, jak i towarowych. 10 kilometrów od miejsca, w którym mieszkaliśmy znajdowała się stacja kolejowa, z której co dwa dni odjeżdżał nowy skład pociągu, zawsze tak samo po uszy załadowanego produktami pobliskiej fabryki Magyar Suzuki.

Stacja kolejowa w Almasfuzitö

Umiejętność używania inteligentnej ironii (także w celach publicznych)

W Polsce większość kampanii jest – mówiąc oględnie – grubo ciosana, a zazwyczaj mocno dęta. Zaangażowanie obywateli – żadne. Używanie inteligencji – źle widziane.

Tymczasem na tych okropnych Węgrzech, którymi gdzieniegdzie straszy się polskie dzieci, pojawiła się Partia Psa o Dwóch Ogonach, która w trzy tygodnie zamiast planowanych trzech zebrała ponad trzydzieści trzy miliony forintów, przeznaczając je na odpowiedź na rządową kampanię antyimigrancką. Skutek: 800 rozlokowanych w całym kraju billboardów, z których najsłynniejszy jest chyba ten:


Widzieliśmy ich jednak o wiele więcej (tyle, że rozwieszonych w miejscach, w których nijak nie dało się zaparkować celem sfotografowania), za każdym razem wzdychając z wielkiej zazdrości.
Więcej plakatów można zobaczyć tutaj, zaś o samej kampanii najlepiej poczytać u znakomicie (w odróżnieniu ode mnie) znającego węgierskie realia Jeża, autora najlepszego moim zdaniem polskojęzycznego bloga o Węgrzech.

Umiejętność stawiania najlepszych pomników na świecie.

U nas – wiadomo. Jan Paweł II w wersjach monstrualnie potworkowatych, tudzież coś w rodzaju szczecińskiego Anioła Wolności, upamiętniającego (podobno) ofiary zajść z grudnia 1970 roku.
źródło zdjęcia
Tam – owszem, też upamiętniają. 

Budapeszt

Można? Można. Godnie? Dla mnie i owszem. A że zęby przy okazji nie bolą, to czysty zysk.

Węgrzy doceniają jednak także i prostotę życia codziennego. Bo czy widział ktoś gdzieś pomnik wody sodowej?

Györ

Oczywiście, są i przykłady gigantomanii. Jednak jako że dotyczą one turula, mitycznej i oryginalnej (Magyar termek!) węgierskiej krzyżówki orła z gęsią, można je wybaczyć.

Największy na Węgrzech pomnik turula w Tatabanyi

Swoją drogą, tylko czekać na pojawienie się pierwszego pomnika gigant mangalicy (węgierskiej świni).

Sympatia do Polaków.

Wiem oczywiście, że należy ją rozpatrywać też i w takich kategoriach, o których niezwykle trafnie napisał Ludwik Stomma w felietonie zamieszczonym w 31 numerze tegorocznej Polityki (całość do przeczytania tutaj, w skrócie chodzi o to, że gdybyśmy byli syryjskimi imigrantami, nasze postrzeganie Węgrów byłoby całkiem inne), jednak tak się składa, że jestem blondwłosą Polką z blondwłosą rodziną, czego nie zamierzaliśmy nie wykorzystywać. Jedząc w podłych pozornie miejscach, zawsze – jako Polacy – dostawaliśmy najlepsze dania, okraszone dodatkowo sympatyczną pogawędką z tubylcami. Ba! Dostaliśmy nawet zniżkę na parking (to zasługa mojego męża, odzianego wówczas w węgierską koszulkę z runicznymi napisami, z których każdy może odczytać to, co chce, ale najlepiej jeśli będzie to: „Wielkie Węgry”), dzięki której mogliśmy wejść na jedno z kąpielisk (gdyby nie zniżka, zabrakłoby nam gotówki na bilety wstępu, a płatności kartą akurat w tym miejscu nie przewidziano).
Ale w sumie czego spodziewać się po kraju, w którym w sali obrad Parlamentu na honorowym miejscu wisi Orzeł Biały (formalnie jako godło Jagiellonów, ale współcześnie kojarzy się jednoznacznie)?

jakość zdjęcia nienajlepsza, ale ręka mi się trzęsła z wrażenia

Umiejętność wpływania na zagraniczne koncerny.

W Polsce – wiadomo. Na półkach z napojami zagranicznych koncernów syf i malaria.

Na Węgrzech – też syf, ale zamiast malarii rzeczy, które nawet nadają się do picia.
Taka na przykład niebieska Fanta o smaku czarnego bzu. Widział ktoś kiedyś w Polsce? Nawet ja, która nie tykam słodzonych napojów gazowanych, dałam się skusić.


Albo wody smakowe.
W Polsce dostatek, wszystkie tak samo obrzydliwie słodkie i sztuczne. Na Węgrzech nie dość, że mniej słodkie, to i jeszcze o smakach naprawdę bardzo zbliżonych do naturalnych. Taka na przykład woda jeżynowo-limonkowa… Albo porzeczkowo-agrestowa? Czemu u nich Coca-Cola może, a u nas nie, hę?



I tak mogłabym jeszcze długo, jednak muszę coś zostawić na dalszy ciąg.
A będzie (o ile mię trzyletnia wena nie opuści) o węgierskich książkach dla dzieci, o przewodnikach po Węgrzech oraz o polsko-węgierskim „Czardaszu z mangalicą” Krzysztofa Vargi.

A ponieważ zaś to urodziny, zaś każdy blogorok liczy się za dziesięć lat, więc jak na imprezę dla pełnoletnich przystało – częstujcie się!



 No i chlup! Za zdrowie Nieperfekcyjnej, rzecz jasna!