czwartek, 28 listopada 2013

O śmierci metodycznie i naukowo, czyli definitywnie żegnam się z listopadem

Plan zakładał, że w listopadzie będę cyklicznie pisać o śmierci w książkach dla dzieci oraz o potworach i strachach.
Lubię mieszać szyki planom.
A poza tym listopad okazał się być wyjątkowo i złośliwie krótki, za to przerażająco napięty.

Aby planowi nie było bardzo smutno, postanowiłam zamknąć chociaż cykl śmiertelny. Postraszyć się wszak zdążymy, wieczory jeszcze długo będą czarne.

O śmierci u mnie do tej pory było obrazkowo, dziadkowo i przyrodniczo. W zasadzie warto byłoby się jednak dowiedzieć o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.


Żadna z trzech książek, o których napiszę nie jest moim zdaniem przeznaczona dla dzieci, które właśnie doświadczyły śmierci. Dla dorosłych zresztą też nie.
Kiedy niedawno wróciłam z pogrzebu bliskiej mi osoby, wzięłam do ręki „Niebo” Gilberta. Nie miałam wtedy ochoty czytać o fizjologii śmierci, o tym co dzieje się z ciałem i jak w różnych kulturach celebruje się czyjeś odejście. W odróżnieniu od dzieci znam odpowiedzi na większość prostych pytań, niekiedy aż za dobrze, co nie znaczy, że w takich sytuacjach mam ochotę czynić z tej wiedzy użytek.

Każda z trzech książek, które trafiły w moje ręce jest nieco inna.


Francuska „O Grzesiu, chłopczyku, który nie przestawał zadawać pytań”, traktuje o śmierci jako tylko o jednym z wielu poruszanych problemów. Pomiędzy odpowiedzią na pytanie o to „dlaczego trzeba chodzić o przedszkola?” i „gdzie byłem, kiedy mnie nie było?”, autorzy próbują bowiem wytłumaczyć i to, „co to jest śmierć?”. To raczej tylko muśnięcie tematu, bez szerszego rozwinięcia, ale na początek, zwłaszcza dla młodszych dzieci, znakomicie moim zdaniem się nada.


Dwie pozostałe to pozycje prosto ze Szwecji, napisane i zilustrowane przez osoby całkowicie pozbawione kompleksów. Do tej pory wydawało mi się, że ten kto bazgrze jak kura pazurem (ja! ja!) powinien unikać pokazywania swoich rękodzieł osobom trzecim. Zdaje się jednak, że jest to pogląd niesłuszny, bo chyba – sądząc po sukcesie obu pozycji - można na tym sporo zarobić.
Zarówno bowiem Jonathan Lindström, jak i Pernilla Stalfelt rysują moim zdaniem fatalnie (gdyby któreś z nich miało wygrać w konkursie na najgorszego rysownika, postawiłabym na Stalfelt), za to dosadnie.

Tu próbka możliwości pani Stalfelt:



Tu zaś pana Lindströma:


Jeśli chodzi jednak o udzielanie odpowiedzi na różne nurtujące dzieci pytania, oboje są bezkonkurencyjni.

O ile Stalfelt skupia się bardziej na kwestiach prozaicznych, takich jak sam proces umierania oraz obrzędy i zwyczaje związane z pochówkiem, o tyle Lindström więcej miejsca poświęca na rozważania naukowo-filozoficzno-religijne. Stalfelt jest przy tym lakoniczna i politycznie poprawna, natomiast Lindström stara się ukazać całą złożoność problemu, wielokrotnie podkreślając ludzką bezradność w podejmowanych próbach wyjaśniania fenomenu śmierci i narodzin. 

Jeśli kogoś oburza to, że dzieciom ośmio-dziesięcioletnim (bo taki chyba jest właściwy krąg adresatów obu tych książek), chowanym w kraju, w którym dominującym wyznaniem jest wyznanie rzymskokatolickie, podsuwa się pozycje, w których poddaje się w wątpliwość to, czy aby na pewno człowiek jest obdarzony nieśmiertelną duszą, na pewno nie powinien  sięgać po żadną z tych książek.
Ci jednak, którzy dostrzegają, że żyjemy w świecie, w którym coraz więcej osób wierzy w nic, a w każdym razie mocno wątpi, nie powinni się bać, zwłaszcza książki Lindströma. Pisze on bowiem z dużym taktem i wyczuciem, a z każdego napisanego przez niego słowa bije szacunek do drugiej osoby i jej poglądów. Z takim podejściem mamy zaś do czynienia zdecydowanie za rzadko, być może dlatego tolerancja nie jest naszą najsilniejszą stroną.

Dlatego, o ile nie jestem pewna czy sięgnę po kolejne pozycje napisane przez Stalfelt, wydawane u nas w serii „Mała książka o…” (nie pociąga mnie zwłaszcza ta o kupie), o tyle kupiłam już dwie pozostałe wydane w Polsce książki dla dzieci napisane przez Lindströma. To on, a nie Stalfelt uświadomił mi bowiem nie tylko to, że jest wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi, ale – co gorsza – że są takie, o których dotąd nie wiedziałam, że powinnam je sobie postawić.

Matthieu de Laubier, Marie Aubinais, Gwénaëlle Boulet, Catherine Proteaux “O Grzesiu, chłopczyku, który nie prestawał zadawać pytań”, przełożyła Klementyna Suchanow. Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.
Pernilla Stalfelt „Mała książka o śmierci”, przekład Iwona Jędrzejewska. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2008.
Jonathan Lindström „Tajemnica śmierci”, tłumaczenie Magdalena Kostrzewska. Wydawnictwo Czarna Owieczka, Warszawa 2011.

niedziela, 24 listopada 2013

O koncertoterapii, czyli ustawodawcy pod rozwagę

Od pewnego czasu jestem zwolenniczką teorii, że w ramach prewencji rentowej oraz szeroko rozumianej profilaktyki zdrowotnej ZUS i NFZ powinny każdemu ubezpieczonemu przynajmniej raz w roku refundować koszty zakupu biletu na koncert muzyczny.

Oczywiście, uzyskanie refundacji musiałoby zostać uzależnione od spełnienia szeregu warunków, z których zasadniczym byłby stan zdrowia psychicznego osoby ubiegającej się o taką ulgę.

W stosownym kwestionariuszu powinny się więc znaleźć pytania o:
- średnią długość snu na dobę w okresie ostatnich trzech miesięcy (wstępną fazę kwalifikacyjną przechodziłyby tylko osoby, u których długość ta nie przekraczałaby sześciu godzin);
- częstotliwość używania w mowie słów powszechnie używanych za obelżywe (tu nie mogłyby liczyć na refundację osoby, u których ilość takich słów w przeliczeniu na dzień nie przekraczałaby dziesięciu);
- poziom głośności wypowiedzi kierowanych do najbliższych, ze szczególnym uwzględnieniem małoletnich (z uwagi na brak powszechnego dostępu do dokładnych urządzeń pomiarowych wystarczyłoby postawić krzyżyk przy jednej z dwóch opcji: „drę mordę co chwilę” – „nie drę mordy, albo drę ją bardzo rzadko”).

Wskazanym byłoby też, aby refundacji podlegały wyłącznie bilety na koncerty spełniające ściśle określone kryteria:
- po pierwsze: odpowiednio wysoki poziom decybeli w trakcie, powodujący ogłuszenie i zagłuszenie natrętnych myśli o pracy;
- po drugie: w grę wchodzić mogłyby tylko koncerty stojące, co za tym idzie, wymagające wysiłku fizycznego, związanego z koniecznością utrzymywania stałej pozycji pionowej w szalejącym, w tym także pogującym, tłumie;
- po trzecie: konieczne byłoby każdorazowe badanie wyśpiewywanych podczas koncertu treści; najwyższą refundację można byłoby bowiem uzyskać za koncerty podczas których pojawiałaby się konieczność wykrzykiwania rzeczy, których za żadne skarby świata uczestnik koncertu nie wykrzyczałby w innych okolicznościach, a już na pewno nie przy świadkach. Dodatkowe punkty byłyby przyznawane za dostarczenie zaświadczenia lekarskiego stwierdzającego występowanie pokoncertowej chrypy.

Oczywiście, są to na razie postulaty de lege ferenda, tym niemniej liczę na to, że stosowne prace legislacyjne (zainspirowane być może tym postem, kto wie?) zostaną podjęte już wkrótce.

Póki co jednak, we własnym zakresie i za własne pieniądze zafundowałam sobie taką właśnie terapię.

  
To działa!
Należy jednak nadmienić, że moje buty już nigdy nie odzyskają stanu wcześniejszej świetności.

A Grabaż to naprawdę znakomity gość. I jeden z najlepszych tekściarzy w tym kraju.

Strachy Na Lachy - koncert w szczecińskim klubie "Słowianin" w dniu 22.11.2013r.

PS. Mam wrażenie, że mimo przebytej terapii jeszcze przez jakiś czas moje blogerskie zaangażowanie może być mniejsze niż dotychczas. W miarę możliwości będę starała się pisać posty, jednak częstotliwość zamieszczania komentarzy u innych nie będzie mogła być duża. Wyznaję bowiem zasadę "przeczytaj, zanim skomentujesz", a realizacja pierwszego członu z uwagi na brak czasu bywa ostatnio mocno utrudniona. Uprasza się o wybaczenie.

środa, 20 listopada 2013

"Jesień liścia Jasia" c/a "Dziewczynka z parku", czyli polsko-amerykańskie botaniczne i śmiertelne starcie

Ponieważ w tych czasach coraz trudniej o klienta, wokół tego, którego się już ma, należy skakać i giąć się w ukłonach. Najlepiej, gdyby udało się czytać mu w myślach.
Dlatego też, wychodząc naprzeciw słupkom blogowych statystyk, które niebiesko na białym pokazują, że spore grono trafiających tu osób szuka jak najprostych odpowiedzi na skomplikowane pytania, w tym zwłaszcza te dotyczące szkolnych lektur, przygotowałam niniejszy post.

Uwaga, podaję najczęściej zadawane pytania wraz z poprawnymi odpowiedziami!

Pytanie 1:O czym jest jesień liścia Jasia?” (pasuje też do: napisz streszczenie książki „Jesień liścia Jasia.)


Odpowiedź: ponieważ aktualnie preferowane są krótkie formy, najlepiej nie wymagające czytania, najlepszą odpowiedzią będzie filmik z YouTube (to, że nie został on wyprodukowany z myślą o YouTube jest nieistotnym detalem. Wszystko, co istotne na świecie, pochodzi bowiem z YouTube albo z Facebooka).


Dla nieznających angielskiego suplement: „Jesień liścia Jasia” opowiada o liściach, które najpierw rosną na drzewie, a potem z niego spadają.

Pytanie 2: Jak pokolorować ten obrazek z Lekturnika, niezbędny do właściwego omówienia lektury z ośmio- i dziewięciolatkami?

(wyjaśnienie dla osób, które nie miały do czynienia z metodami dydaktycznymi wydawnictwa MAC: "Lekturnik" jest zeszytem ćwiczeń, przeznaczonym do pracy z lekturą, zawierającym szereg niezwykle przydatnych zadań, dzięki którym wszystkie dzieci na pewno dokonają jednolitej i właściwej interpretacji przeczytanych książek.)

Odpowiedź: ładnie. 
Punktowana jest też (choć nieco niżej) odpowiedź druga: kredkami.

Pytanie 3: Co czułaś/czułeś podczas słuchania opowieści o liściu Jasiu?

Odpowiedź: Podczas czytania opowieści o liściu Jasiu (czytania, a nie słuchania, bo umiem już czytać, jestem w trzeciej klasie) najpierw nic nie czułem, bo dwa razy zasnąłem. Kiedy jednak się obudziłem, poczułem zdziwienie. Zastanawiałem się, dlaczego w szkole każą mi czytać książki dla przedszkolaków.

Pytanie 4: Dlaczego uważasz, że wybranie tej książki jako lektury dla trzecioklasistów nie jest mądrym pomysłem?

Odpowiedź (pełnym zdaniem, pełnym zdaniem!): Uważam, że wybranie tej książki jako lektury dla trzecioklasistów jest głupim (nie używamy takich słów, fe!) pomysłem dlatego, że trzecioklasiści się przy niej nudzą. Gdyby mieli pięć lat, z pewnością byłby to lepszy pomysł, niestety reforma polskiego systemu oświaty na razie nie przewiduje jeszcze posyłania pięciolatków do trzeciej klasy.

Podpowiedź rodziców, aktywnie zaangażowanych w proces edukacji dziecka: Niniejszym, w trosce o dostosowanie listy lektur szkolnych do faktycznych potrzeb rozwojowych dzieci, i mając na uwadze fakt, że posłowie większością głosów uznali, że maluchów nie należy ratować, poddajemy jednak pod rozwagę możliwość wdrożenia reformy oświaty polegającej na umieszczaniu dzieci pięcioletnich w trzecich klasach.
(za tę odpowiedź można dostać 5 punktów z uwagi na dużą ilość użytych w niej trudnych słów oraz kreatywność)

Pytanie 5: Czy uważasz, że można by znaleźć lepszą książkę na podobny temat, która zainteresowałaby ośmio- i dziewięciolatków?

Odpowiedź: owszem. Na przykład taką:


Podpowiedź pierwsza (dla bojących się wrzucać dzieci na głębokie wody pełnego tekstu): stron jest wprawdzie nieco ponad sto, za to druk rozstrzelony, a do tego poprzedzielany ilustracjami.

Tymczasem tekst „Jesieni liścia Jasia” zajmuje tak naprawdę cztery strony druku. Nazywanie tego książką i „lekturą” dla dzieci wydaje się być więc niezrozumiałe, zwłaszcza że (patrz: podpowiedź druga) nie można mówić o tym, aby wydawca przyłożył się do formy.

Podpowiedź druga (dla tych, którzy uważają, że edukujemy też przez kontakt z obrazem): książka została przepięknie i adekwatnie do treści zilustrowana przez Emilię Dziubak.


W odróżnieniu od „Jesieni liścia Jasia”, którą okraszono łopatologicznymi i anonimowymi zdjęciami.


Podpowiedź trzecia (zarówno dla tych, którzy zetknęli się ze śmiercią w najbliższej rodzinie, jak i dla tych, którzy nie wiedzą jak zachować się w obecności kogoś, kto właśnie stracił bliską osobę): Barbara Kosmowska nienachalnie opowiada zarówno o uczuciach głównej bohaterki, Andzi, której umarł tata, jak i o tym, jak ta śmierć wpłynęła na jej relacje z koleżankami z klasy.

„- Szkoda, że nie przyjdziesz na moje urodziny. – Zosia patrzyła na Andzię ze współczuciem. – Masz żałobę, nie?
Andzia pochyliła się nisko nad zeszytem, żeby nie widzieć Zosi.
- Jak chcesz, to możesz przyjść, ale wtedy nikt się nie będzie bawił. Bo wiadomo…
- Nie chcę do ciebie przyjść. – Andzia na końcu zeszytu malowała motyla. – Mogę, ale nie chcę.
-Ojejku, słyszycie? – Zosia rozejrzała się po klasie. – Ona mówi, że nie chce do mnie przyjść! Na kulig! Kto by w to uwierzył!

Natomiast „Jesień liścia Jasia” opowiada w zasadzie tylko o tym, że życie płynie, wszystko przemija, ale po nas będą inni i że każdy z nas kiedyś umrze, ale nie ma się czego bać. Owszem, sporo i o ważnych sprawach, ale który z tych ogólników przeciętne dziecko odniesie do realnych sytuacji z własnego życia?

Podpowiedź czwarta (dla tych, którzy upierają się, żeby było o przyrodzie, bo z uwagi na jej cykliczność wszystko można dzieciom łatwiej wyjaśnić): jak sam tytuł wskazuje, „Dziewczynka z parku” sporo czasu spędza w… parku. Historia toczy się zaś przez rok; w sam raz, by pokazać cykliczność przyrody. Nie tylko na – dość prostym i schematycznym – przykładzie liści i drzew, ale też w odniesieniu do – chociażby – ptasich i zwierzęcych zwyczajów.

Podpowiedź piąta (dla tych, którzy chcą, aby za jednym zamachem upiec wiele pieczeni): w książce Kosmowskiej, poza tematem śmierci, poruszonych zostaje jeszcze wiele innych, równie istotnych, choć trudnych spraw.
Mowa jest bowiem między innymi:
- o tym, że także dzieci chorują na przewlekłe i wcale niekoniecznie kończące się śmiercią choroby, co może powodować szereg problemów w zwykłym życiu, również szkolnym;
- o przyjaźni, tak po prostu i bez żadnych podtekstów;
- o tym, że czasem rodzic nie radzi sobie bardziej niż dziecko i co z tego wynika.

Całość podana jest jednak z umiarem, bardzo delikatnie, bez rozkrwawiania serca czytelnika i wyciskania z niego ostatniej łzy.
Tymczasem, moim zdaniem, „Jesień liścia Jasia” jest w zamierzony i bardzo amerykański sposób po prostu ckliwa.

I oczywiście, można powiedzieć, że nie w tym nic złego, skoro nawet Snoopy dał się uwieść panu Buscaglia,


ale ja będę się upierać, że akurat w tym przypadku znacznie lepsze to, co polskie.

Leo Buscaglia „Jesień liścia Jasia”, przekład Ewa Wojtych. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2012.
Barbara Kosmowska „Dziewczynka z parku”, ilustracje Emilia Dziubak. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2012. 

sobota, 16 listopada 2013

"Bajki samograjki", czyli jak radzić sobie w wieku przedemerytalnym

W naszym kraju jeszcze nie tak dawno 60-latek mógł cieszyć się zasłużoną emeryturą; jeśli dobrze się postarał, to nawet już od kilku lat.
Obecnie, z uwagi na przesunięcie granicy wieku emerytalnego, nie ma o tym mowy. (Ci, których od kilku lat, mimo upływu czasu, od emerytury niezmiennie dzielą trzy dziesięciolecia, z pewnością współodczuwają ból przeszywający klawiaturę, na której wystukuję te słowa.)

Od osób sześćdziesięcioletnich XXI-wieczny rynek oczekuje wykazywania się elastycznością, kreatywnością, przy jednoczesnej umiejętności praktycznego wykorzystywania swoich bogatych już doświadczeń zawodowych i dzielenia się nimi z młodszymi.
Nie jest lekko.


Premiera spektaklu „Bajki samograjki” według Jana Brzechwy w szczecińskim Teatrze Lalek „Pleciuga” została przygotowana z okazji 60-lecia istnienia tej sceny.
Nie było lekko.
Miało być – jak sądzę - elastycznie, kreatywnie i wielopokoleniowo.
Udało się, ale to czy stuprocentowe zrealizowanie tego planu oznacza super zabawę dla widzów, może budzić wątpliwości.

Z teatrem Anny Augustynowicz znam się od zamierzchłych czasów.
Pierwszy spektakl wyreżyserowany przez nią w szczecińskim Teatrze Współczesnym - „Klątwę”, widziałam bodajże pięć razy. Widziałam też wszystko inne, co reżyserowała w tym teatrze do końca ubiegłego wieku. Później nasze drogi nieco się rozeszły, wydaje mi się jednak, że wiem, czego można się po niej spodziewać.
Dlatego zdziwiłam się, gdy przeczytałam, że spektakl w „Pleciudze” proponowany jest dzieciom od lat czterech. Dziś, po obejrzeniu przedstawienia, wiem że moje zdziwienie miało uzasadnione podstawy.
Moim zdaniem to nie jest spektakl dla dzieci w takim wieku; w każdym razie nie przez pierwszą połowę.

Z „Bajek samograjek” został bowiem znakomity tekst, ale już na przykład typowo dziecięcej radości nie ma w przedstawieniu wiele. Kompletnie nie rozumiem też, dlaczego przez cały spektakl, łącznie z końcowym wyjściem, aktorzy (z dwoma czy trzema wyjątkami) mają upiornie poważne miny. Rozumiem, że to Sztuka, ale w końcu dla dzieci, czyż nie?

Być może patrzę (a raczej słucham) z perspektywy osoby skażonej wielokrotnym odsłuchiwaniem opartych o te same teksty znakomitych słuchowisk muzycznych, w których Brzechwę recytowały i wyśpiewywały chociażby Irena Kwiatkowska czy Barbara Krafftówna, a muzykę komponowali Stefan Kisielewski i Jerzy Wasowski. Znakomitej oprawie muzycznej i znakomitemu aktorstwu towarzyszyły też radość i zabawa.

Tymczasem spektaklowi Anny Augustynowicz w pierwszej jego połowie towarzyszy głównie zdumienie i nerwowe pochrząkiwanie osób, które chciałyby się roześmiać, ale nie wiedzą, czy przy tak ponurych minach aktorów to wypada.

Wydaje się też, że jeżeli teatr ma ciągle w swoim repertuarze „Kopciuszka” jako odrębny i samodzielny spektakl, to ktoś z osób nim zarządzających powinien pomyśleć i spośród czterech bajek samograjek do scenicznej adaptacji wybrać inną. Nie pomyślano jednak, wskutek czego moje dzieci, które „Kopciuszka” w wersji oddzielnej obejrzały w ubiegłym miesiącu, zaziewały się niemal na śmierć.

Wreszcie, jeśli adresujemy przedstawienie do tak małych dzieci, warto byłoby zrobić przerwę w trakcie. Nawet jeśli zaburzy to artystyczną ciągłość.
Małym dzieciom często chce się siku, drodzy Państwo. A jeśli chce im się siku, będą miały w nosie walory artystyczne Dzieła.

Natomiast, gdyby przedstawienie zaczynało się od drugiej z bajek, czyli „Czerwonego kapturka”, ten post pełen byłby wyłącznie ochów i achów.
Rytm, nowoczesna muzyka, tworzona na scenie przez samych aktorów, znakomite kostiumy i ruch sceniczny (przy pierwszej z bajek ruch zdawał się być wartością nadrzędną), momentami operowe popisy aktorów, dowcip (mimo ponurych min).
Mimo że znakomicie pamiętam starą wersję tej bajki z jej dość typową melodyjnością, z radością akceptuję taki rodzaj liftingu.
Umiejętnie wykorzystano też nowoczesne środki komunikowania się z widzem.
Po raz kolejny w „Pleciudze” na ekranie za plecami aktorów zobaczyliśmy multimedialną prezentację. Czerwony Kapturek rozmawiał zaś z Wilkiem niczym doświadczony uczestnik internetowych czatów, nie pamiętający jednak o zachowaniu czujności, niezbędnej z uwagi na to, że nie może być pewnym tego, kto tak naprawdę kryje się za ekranem komputera.
Byłam naprawdę pod wrażeniem.

I zastanawiam się teraz, czy to, że ani ja, ani moje dzieci nie pamiętamy zbyt wiele z „Kopciuszka”, jest spowodowane tym, że był on tak nijaki, czy też „Czerwony kapturek” okazał się na tyle wybitny, że go przyćmił.

Reasumując:
- dobrze było z okazji jubileuszu zobaczyć na scenie cały zespół „Pleciugi”, pełen znakomitych aktorów;
- lepiej byłoby jednak, gdyby na przyszłość nie brali wszystkiego śmiertelnie poważnie.

Poza tym i mimo wszystko, moim zdaniem „Pleciudze” zesłanie na emeryturę jeszcze długo nie grozi.

Teatr Lalek „Pleciuga” w Szczecinie, Jan Brzechwa „Bajki samograjki”.
Reżyseria – Anna Augustynowicz; scenografia – Marek Braun; kostiumy – Wanda Kowalska; Muzyka – Jacek Wierzchowski; choreografia – Zbigniew Szymczyk.
Występują: Mariola Fajak-Słomińska, Rafał Hajdukiewicz, Danuta Kamińska, Dariusz Kamiński, Katarzyna Klimek, Mirosław Kucharski, Paulina Lenart, Grażyna Nieciecka-Puchalik, Edyta Niewińska-Van der Moren, Maciej Sikorski, Janusz Słomiński, Krzysztof Tarasiuk, Zbigniew Wilczyński, Przemysław Żychowski. 

czwartek, 14 listopada 2013

A.Sapkowski "Sezon burz", czyli Geralcie, mnie to w nie mieszaj

31 października o godzinie 0:53 obudził mnie dźwięk informujący o nadejściu smsa. Podirytowana (pobudka była zaplanowana na 5.30, a położyłam się ledwie dwadzieścia minut wcześniej) nacisnęłam poduszkę na głowę.
Irytacja. Zapamiętaj to uczucie.

Proza Andrzeja Sapkowskiego jest w moim domu traktowana z dużym szacunkiem. Najdobitniejszym tego przejawem jest to, że książki tego autora jako jedyne dysponują sporą ilością miejsca na półce, bowiem w zasadzie nie wiadomo, jakie inne tomy mogłyby dostąpić zaszczytu stania obok, albo – jak w przypadku wszystkich pozostałych półek – przed lub za nimi.


Wiedźmin pojawił się w moim życiu w zasadzie równocześnie z moim mężem (wtedy jeszcze niemężem) i – w odróżnieniu od niego – od razu podbił moje serce. Myślę, że nie będzie przesadą stwierdzenie, że ta - jak się szybko okazało, wspólna - fascynacja lekturowa nie pozostała bez znaczenia dla podjęcia przez nas oboje (mnie i męża, nie mnie i Wiedźmina) decyzji o założeniu podstawowej komórki społecznej.   

Potem było jak w każdym małżeństwie. Po okresie euforii, podsycanym przez pojawianie się kolejnych tomów, nastał czas znużenia, czy wręcz separacji.
Próby ponownego ożywienia uczuć kończyły się lepiej („Narrenturm”) lub gorzej („Żmija”; im prędzej o tym zapomnimy, tym lepiej będzie dla naszego związku). Gdzieś w tyle głowy ciągle tkwiło jednak przekonanie, że oto już natrafiłam na tego jedynego prawdziwego bohatera mojego życia i wszystkie ewentualne dalsze związki będą tylko popłuczynami.

Dlatego kiedy okazało się, że oto, nagle i niespodziewanie, On wraca („kochanie, wiem że nie było mnie przez czternaście lat, ale nie mogłem zdecydować się, które zapałki kupić”), bez zastanowienia rzuciłam się w jego ramiona.
Błąd.
Dojrzałe kobiety myślą, zanim się rzucą.


Irytacja.
Gdybym nie kupiła „Sezonu burz” w przedsprzedaży („jeśli kupisz dziś, książkę dostarczymy jeszcze w październiku”), nie zostałabym w środku nocy obudzona smsem, informującym że oto natychmiast mogę pobiec do najbliższego paczkomatu w celu odebrania książki. Nie pobiegłam i już to powinno było dać mi do myślenia. Bo kiedyś bym pobiegła.
Gdybym pomyślała logicznie, wpadłabym na to, że to, co było, już nie wróci. A On, ten dowcipny, przewrotny, cyniczny, inteligentny i znający łacinę On, przez lata, jakie upłynęły od jego pogrzebu (po 10 latach prawo stało po mojej stronie; mogłam legalnie i ostatecznie uznać go za zmarłego) stał się już tylko legendą, idealnym wyobrażeniem samego siebie.
Ale kobiety, które kochają, nie myślą logicznie.

Irytacja.
Tej lekturze to uczucie towarzyszyło w sposób niemal permanentny.
Z jednej strony widzę bowiem, że to on. Rozpoznaję – prawda, że chwilami, ale zawsze – znajome rysy, dowcip, ironię, żart. Z drugiej jednak, nie mogę wyzbyć się myślenia o tym, że przez te czternaście lat zmieniłam się tak bardzo, że teraz potrzeba czegoś więcej, bym przestała się dąsać i znów otworzyła dla niego swoje serce. I kiedy widzę, że on się nie stara, bardzo mnie to irytuje.

Ok, dostałam w przeprosinowym bukiecie parę informacji. Gdzie byłem, z kim i dlaczego stało się tak a nie inaczej. Kiedy jednak zdmuchnęłam świece i zapaliłam elektryczne światło, zobaczyłam że bukiecik podwiędły, wzięty ani chybi z wystawki, a nie szyty na miarę.
Może gdybym była młodsza, poprzestałabym na blasku świec. Pech chciał, że przez tych czternaście lat zdążyłam się wyleczyć z romantyczności.

Będę szczera.
Poszłam z nim do łóżka, owszem. Zarwałam noc. Jedną. Wystarczy.
Było miło.
Bywaj.

Bo owszem, coś się kończy, a coś się zaczyna. Ale nie w tym przypadku.
Nasza historia, Geralcie, definitywnie dobiegła już końca.

Andrzej Sapkowski „Sezon burz”. Supernowa, Warszawa 2013. 

poniedziałek, 11 listopada 2013

J.Olech, E. Bąk "Kto ty jesteś?", czyli coś dla Polaka, nie tylko małego

Napisz trzy zdania o tym, czym jest dla Ciebie Polska.” – takim zadaniem domowym został w minionym tygodniu uraczony Starszy.
Wiadomo. 11 listopada, Polska, Ojczyzna, Honor, Pamięć. Szereg wielkich słów, toteż i zadanie domowe dla ośmiolatków musi stać na odpowiednio wysokim poziomie.

- E, to proste! – wykrzyknął optymistycznie Starszy, po czym pochwycił spojrzenie Matki, w lot przypomniał sobie, że zadania domowe ma odrabiać samodzielnie i całkiem pesymistycznie opadł nad biurkiem.
- „Polska to dla mnie dom.” – szybko napisał w domowniczku, po czym zadumał się nad następnym zdaniem.

Po mniej więcej pół godzinie (spuśćmy zasłonę milczenia na to, co działo się w międzyczasie) w domowniczku pojawiło się drugie zdanie: „Polska dla mnie to piękny kraj.

Można powiedzieć, że poleciał standardem.
Gdy bowiem spojrzeć na typowy program szkolnych i przedszkolnych akademii z okazji, okaże się że obfituje on w szereg wierszyków i piosenek sławiących piękno polskiej ziemi, jej przyrody, budowli wzniesionych ludzką ręką lub chociażby polskich barw narodowych.
Spora ich część znakomicie sprawdzała się także przed 1989 rokiem, z tą tylko różnicą, że deklamowane były raczej w lipcu, niż w listopadzie.

Bo oto Młodszy przez ostatni tydzień nieustannie recytował (ćwicząc przed przedszkolnym występem) piękny skądinąd wiersz Czesława Janczarskiego „Barwy ojczyste”, który niewątpliwie musiał powstać najpóźniej w 1971 roku (w tym to bowiem roku autor zmarł).

Z kolei w zdobytej ostatnio przeze mnie książce „Dzień dobry” (a trzeba nadmienić, że weszłam w jej posiadanie wyłącznie dzięki wzmiance uczynionej swego czasu przez Aine, która zresztą u siebie także omawia wybrane utwory zamieszczone w tym dziele), Wanda Chotomska wyśpiewuje uśmiechniętą, biało-czerwoną piosenkę, w której sławi „i wielki bukiet maków, i róże śnieżnobiałe”, zaznaczając zarazem, że „w miastach i wsiach znajdziemy biało-czerwone nuty”.


Do współczesności nie pasują tylko dwie rzeczy. Pierwszą – ostatnie dwa wersy – z łatwością można zmienić. Ostatnia zwrotka idzie bowiem tak:
Słyszycie? Już śpiewamy
piosenkę uśmiechniętą.
Biało-czerwoną piosenką
witamy Lipcowe Święto.

O Lipcowym Święcie (dawniej E.Wedel) wszyscy już dawno zapomnieli, a ślady po braniu udziału w jego obchodach zostały skrzętnie wymiecione ze wszystkich szuflad. Gdyby jednak zaśpiewać tak:
Słyszycie? Już śpiewamy
piosenkę uśmiechniętą.
Biało-czerwoną piosenkę
na Listopadowe Święto.”,
podejrzewam że niejedna przedszkolanka odetchnęłaby z ulgą, mając wreszcie alternatywę dla nieszczęsnych „Barw ojczystych”.

Z drugą niepasującą rzeczą tak łatwo już nie pójdzie. W lipcu łatwo było bowiem rzucać i różami, i makami, tudzież „trzepotem białych żagli”. Tymczasem w listopadzie do głowy przychodzą wyłącznie czerwone światełka odblaskowe, w które winny być wyposażone wszystkie rowery, którymi poruszamy się po drogach podczas jesiennych szarówek oraz biała gorączka, ogarniająca część osób licytujących się na to, kto i dlaczego jest bardziej patriotyczny i polski.


Postawiona na takim tle książka obrazkowa, napisana przez Joannę Olech, zaś narysowana przez Edgara Bąka „Kto ty jesteś?”, wydaje się mieć więc szansę stać się pozycją uniwersalną. W sam raz na czasy, w których – o czym tak wielu zdaje się zapominać – już wywalczono i zdobyto, co trzeba było wywalczyć, a teraz wystarczy tego nie zaprzepaścić. Tylko i aż, bo w naszym kraju podejmowania zwykłych, nieheroicznych działań tylko po to, by działać dla wspólnego dobra, nie zwykło się utożsamiać z patriotyzmem.

„Patriotyzm nie ma koloru”, przewrotnie zaczynają autorzy, by jednak potem, na kolejnych stronach mimochodem nawiązywać do biało-czerwonej symboliki.







To prosty przekaz, zwracający uwagę na to, że Polska i patriotyzm to nie pojęcia, które wystarczy odkurzać raz w roku, z okazji święta (wszystko jedno, listopadowego czy lipcowego), a coś, nad czym pracujemy wszyscy. Naszymi małymi gestami. I w czym – w odróżnieniu od napuszonych akademii – znakomicie odnajdą się także dzieci.
Wypada także dodać, że autorzy nie unikają stawiania kłopotliwych pytań, a niekiedy mogą i zawstydzić niejednego dorosłego.





Tak, warto wiedzieć „o co chodzi z tym przewodem”, ale i warto – jak pisze Joanna Olech na okładce książki – „współdziałać dla współdobra”, biorąc „współodpowiedzialność za kraj”.
I chyba nie jest za wcześnie, by uczyć tego nasze dzieci, które – choć rosną na obywateli świata – nie powinny zapominać i o tym, że są Polakami.

Bo zapomniałam napisać, że ostatnie zdanie, jakie zapisał Starszy w domowniczku brzmiało:
Polska to jeden z krajuw w Erłopie”.


 Joanna Olech, Edgar Bąk „Kto ty jesteś?”. Wytwórnia, Warszawa 2013.

piątek, 8 listopada 2013

E. Lluch "Skrzynka potworów", czyli w listopadzie straszę o północy

- Uaaaaaaa, wypiję Twoją krew! – ryczy na całe gardło blondwłosy chłopczyk o niebieskich oczętach, przebiegając z tupotem przez przedpokój mojego mieszkania.
- Ughrhrrrrrrrr! A ja zmiażdżę Cię i zamienię w żabę! – odpowiada mu, równie głośno, drugi blondynek o twarzy cherubinka, przemieszczając się w ślad za nim.
I tak sto pięćdziesiąt razy.
Codziennie.

Kiedy byłam małą pulchną dziewczynką z dwoma kiteczkami i rozkosznymi dołeczkami w policzkach, najbardziej na świecie lubiłam zaczajać się za zasłoną w ciemnym pokoju. Czatowałam na moją młodszą siostrę, blondyneczkę o słodkim spojrzeniu i mlecznych zębach jak perełki.
- Uuuuuuuu, Cyyyygaaaaankaaaaa praaaaaawdę ci poooooowieeee! – zawodziłam przeciągle, przemieszczając się do przodu wraz z zasłoną, gdy tylko nieszczęśnica przekraczała próg pokoju.
Nieszczęśnica uciekała z płaczem do mamy. Po czym następnego dnia, na miękkich nogach, ponownie wkraczała do ciemnego pokoju. Mimo że doskonale wiedziała, co zdarzy się za chwilę.

Dzieci lubią się bać.
Śmiem twierdzić, że tego rodzaju, nieco oswojony, lęk jest im wręcz potrzebny.
Z nieznanych mi powodów część dorosłych uważa, że dzieci należy chronić przed wszystkim, co brzydkie i straszne. Że dzieci w żadnym wypadku nie powinny się bać.
Biedne te ich dzieci.


Skrzynka potworów, mająca docelowo pomieścić dziesięć książeczek, na pierwszy rzut rodzicielskiego oka budzi mieszane uczucia. Tytuły, które według zapowiedzi wydawnictwa mają do niej w przyszłości trafić (kiedy, no wreszcie kiedy?), to bowiem między innymi: „Zombi”, „Duch”, „Kościotrup”, Potwór z szafy” czy „Wilkołak”.
Na razie jednak koegzystują w niej wyłącznie „Czarownica”, „Wampir” i „Dziad z workiem”, przy czym pod półką na której stoją, póki co nie przemaszerowała jeszcze żadna protestująca manifestacja.

Gdyby chcieć sprawę opisać krótko i bez owijania w bawełnę, trzeba byłoby zacząć od przyznania, że żaden z bohaterów serii nie jest zbyt urodziwy.




Wampir próbuje jakoś ratować sytuację, zaczesując włosy do tyłu na żel z klejem, jednak przy stałym zaczerwienieniu oczu, spowodowanym brakiem światła, nie może to wiele pomóc.










Czarownica, choć niewątpliwie dysponuje nogami szczupłymi w pęcinach, to jednak nie może uporać się ze szpecącymi jej twarz brodawkami, o różnej wielkości i w różnych kolorach.










Z kolei dziad z workiem nie grzeszy schludnością, a jego skłonność do przyodziewania się w połatane, zatęchłe materiały z pewnością nie przysparza mu wielbicieli.






Żaden z bohaterów serii nie jest też z natury dobry. Co gorsza, aż do ostatniego zdania każdej z historii w żadnym z nich nie zachodzi wewnętrzna przemiana, która dawałaby nadzieję na to, że u któregokolwiek pojawi się choć cień autorefleksji i zadumy nad własnym niecnym postępowaniem.




Dziad z workiem zamierza bowiem, jak dotychczas, wyłapywać do wora niegrzeczne dzieci, tyle że ograniczając się do tych co tłustszych. Takie są bowiem smaczniejsze.





Czarownica, mimo że ewidentnie znudzona robotą (od dwustu lat zatruwa jabłka w baśni o Królewnie Śnieżce, każdy miałby dość), a do tego nieposiadająca zbyt wysokich kwalifikacji zawodowych (pozwoliła uciec zarówno Jasiowi, Małgosi, jak i przeznaczonemu do krwawych celów królikowi) nie zamierza skreślić się z listy niegodziwych wiedźm, a zamiast tego prosi Wiedźmę Szefową o mniej skomplikowaną pracę.
Na jej miejscu, w czasach kryzysu, bardziej nawet dotkliwego w jej rodzinnej Hiszpanii niż u nas, obawiałabym się redukcji.



Wampir Władek zaś jest zwykłym nieudacznikiem, który nie tylko nie potrafi naostrzyć sobie stępionych kłów, ale i wykorzystać szeregu nadarzających się okazji, przez co kładzie się w swojej trumnie spać z pustym brzuchem.




Jeśli ktokolwiek chciałby zapytać mnie teraz, dlaczego uważam że te książki są właściwą lekturą dla dzieci, nie powinien oczekiwać zbyt obszernej odpowiedzi.
Dzieci lubią się bać. A przy tych książkach boją się, dobrze się bawiąc.

Seria „Skrzynka Potworów”, wszystkie książki napisał Enric Lluch, przełożyła Karolina Jaszecka.
„Czarownica” ilustracje Óscar T. Pérez; „Wampir” ilustracje Fernando Falcone; „Dziad z workiem” ilustracje Miguel Ángel Díez.
Wydawnictwo Tako, Toruń 2013. 

poniedziałek, 4 listopada 2013

Rozmowa z Ingą Iwasiów, czyli sukienka czy brak sukienki, oto jest pytanie

W sobotę wieczorem przeczytałam rozmowę z Ingą Iwasiów, zamieszczoną w Świątecznej Gazecie Wyborczej i od tej pory trawię ją, niczym pyton.
Niczym pyton zadaję też sobie kolejne pytania. Które nijak nie przybliżają mnie jednak do rozwiązania postawionego w tytule posta pytania.

To, że przy Indze Iwasiów intelektualnie wysiadam, wiem już od pewnego czasu. W każdym razie, gdy chodzi o inteligencję teoretyczną i uniwersytecką, bowiem w zakresie tej praktycznej gotowa jestem natychmiast stanąć w szranki.
Od czasu przeczytania dwóch jej książek („Bambino” i „Na krótko”) wiem także, że prostota przekazu to coś, od czego pani Iwasiów trzyma się z daleka. Z bardzo daleka.
O ile jednak w książkach niespecjalnie mi to przeszkadza (po prostu raczej po takie dzieła nie sięgam, zostawiając ten rodzaj przyjemności innym), o tyle jeśli czytam wywiad prasowy, oczekuję że wystarczą dwie powtórki, by pojąć, co wywiadowany miał na myśli.

W tym przypadku złudne nadzieje.
Rzeczony wywiad przeczytałam już pięć razy i nadal niezupełnie wiem, co Inga Iwasiów chciała przekazać światu.


Czytam bowiem ci ja:
„- Wykształcone kobiety boją się mieć inne zdanie?
- Tak, ponieważ mężczyźni sięgają po łatwe sposoby ośmieszania nas. (…) Sposoby dyskusji z kobietami, a właściwie wobec kobiet, które wychodzą ze społecznej roli podporządkowanej, stosowane w życiu intelektualnym sprowadzają się do jednego – ośmieszania i zinfantylizowania drugiej strony, wmówienia jej emocjonalności i niedoboru intelektu. Intelekt u kobiety stanowi wstęp do rewolucji.”

I owszem, co do zasady prawie się zgadzam.
Prawie, bowiem – będąc wykształconą kobietą - nie zauważyłam, abym miała problem z wyrażaniem własnego zdania, w tym także w męskim towarzystwie.
I owszem, mam w swoim otoczeniu osoby, które operują wyłącznie seksistowskimi argumentami. I szczerze powiedziawszy, chromolę je razem z ich argumentacją.
I raczej trudno się mnie ośmiesza, o ile nie zrobię tego sama.

Ale rozumiem, że nie o mnie (ani o panią Iwasiów, oczywiście) tu idzie, tylko o tak zwany ogół. Czytam więc dalej:
„(…) To jest właśnie granica, której nigdy nie przekraczam: nie poszłabym w wieczorowej sukience ani do znajomych, ani na galę Nike.
- Poszła pani w garniturze?
- Bez przesady, wariant ze spódnicą w kropki, raczej kobiecy. Natomiast moja rola społeczna i intelektualna skłonność do dekonstrukcji stereotypów oraz głębokie poczucie braku znaczenia wyszukanych form nie pozwalają mi wystąpić szykownie.
- Dlaczego?
- Dlatego że w tych sprawach zawsze trzeba demonstrować dystans, nie dać się zwodzić rynkowym pokusom.
- Mimo że miałaby pani ochotę na sukienkę?
- Kiedy ja w takich sytuacjach nie mam ochoty. Czułabym się potwornie przebrana w wieczorowej kreacji. I chyba by mi pękł kręgosłup od prostowania.
- Nigdy nie miała pani fantazji, by przebrać się za kobietę?
- Mało się znamy, zapewniam panią: jestem kobietą. Czasami się przebieram za kobiecą kobietę, choć rzadko w oficjalnej sytuacji, ponieważ kody kulturowe ustawiałyby mnie wówczas w położeniu, które wymagałoby jeszcze większego wysiłku, by być usłyszaną.
- Bo sukieneczka, nóżka na nóżkę, dekolt to infantylizowanie kobiety?
- Rzeczywiście, wygląd na razie wpisuje kobietę w kontekst. Jeżeli nie chcemy być infantylizowane, musimy szukać swojego miejsca poza szafą.(…)”

I nad tym właśnie myślę od soboty.
I doszłam na razie do wniosku, że żadna przesada nie jest dobra.
Bowiem uciekając przed kulturowym zaszufladkowaniem w roli „kobiecej kobiety”, wystarczy zrobić jeden krok za daleko, by wpaść do innej szufladki. Kobiety, która bardzo stara się udowodnić innym (komu? mężczyznom?), że jest kimś więcej. Niż kobieta.

Mnie uczono, że nie jest ważna forma, a treść.
I że nie suknia (a nawet sukienka) zdobi człowieka, lecz człowiek suknię.
Uważam, że całkiem nieźle wyglądam i to zaszczyt dla moich sukienek, że chcę je nosić. Bo nawet w sukience zdarza mi się mądrze gadać.
A jeśli ktoś woli sobie tylko popatrzeć, to zdaje się, jego strata.

I oczywiście, nie twierdzę że nie istnieje dyskryminacja kobiet. 
Istnieje, ogromna i wiele jeszcze pracy przed nami, by ten stan rzeczy zmienić.
Ale czy przez brak sukienki dotrzemy do celu?
Raczej wątpię.

Jeśli ktoś lepiej ode mnie zrozumiał Ingę Iwasiów, proszę by mnie oświecił.
A póki co, idę do szafy wybrać sobie sukienkę na jutro.


„Sukienka dla feministki” z Ingą Iwasiów rozmawia Dorota Wodecka. Magazyn Świąteczny „Gazety Wyborczej”, sobota-niedziela 2-3 listopada 2013r. 

sobota, 2 listopada 2013

O dziadkach, ich duchach i aniołach, czyli Zaduszki z książkami dla dzieci

Jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, pierwszą „bliską” śmiercią z jaką zetkną się nasze dzieci, będzie śmierć dziadków lub pradziadków.
W świecie, w którym żyjemy, każdy przeżyty rok przybliża nas jednak (i nasze dzieci także) do traktowania śmierci jako czegoś, co odbywa się poza nami i co budzi nasz lęk, o ile nie wstręt.
Szpitale, profesjonalne zakłady pogrzebowe zdejmują z nas konieczność bezpośredniego stykania się ze śmiercią, z całą jej przyziemnością.
Czy to dobrze, czy to źle, długo by o tym pisać.
Ja jednak, bazując na osobistych doświadczeniach, mam wrażenie, że my, „miastowi”, trochę się gdzieś pogubiliśmy. I jako dorośli zagubiliśmy naturalne podejście do śmierci, takie jakie mają dzieci.


Tak się składa, że trzy książki, o jakich zamierzam dziś napisać nie są książkami napisanymi przez polskich autorów. Może to symptomatyczne, a może nie. Niedawno pojawiła się wszak książka Zofii Staneckiej „Świat według dziadka”, wcześniej o śmierci oczami dziecka pisał też Jarosław Mikołajewski. To dobrze. Mam tylko nadzieję, że oboje polscy autorzy poszli w podobną stronę, co ich dwie zagraniczne koleżanki i jeden kolega.

Śmierć w książkach Skandynawów jest bowiem dla dzieci czymś zwyczajnym. Co wcale nie znaczy to samo, co „obojętnym”.



W najbardziej pod tym względem nieoczywistej „Chuście babci”, dzieci potrzebują czasu, ale i właściwego miejsca na to, by wszystko sobie w spokoju przemyśleć.
„- Jeśli ktoś myśli, to zazwyczaj znajduje właściwe obrazy i słowa. A jak już znajdzie obrazy i słowa, znajdzie też pytania. A jeśli zacznie pytać, zaraz pojawią się następne pytania.” – mówi dzieciom babcia.
„- A odpowiedzi? Nigdy się nie znajdują? – zapytał Biliam.
- Czasami tak – odparła babcia.



O ile „Chusta babci” jest refleksyjna i metaforyczna, o tyle „Esben i duch dziadka” porusza temat śmierci bardzo wprost.

Był sobie chłopiec Esben. Miał on dziadka, którego nazywał Dziadkiem.
Jednak pewnego dnia wszystko się zmieniło. To znaczy, Esben nie przestał nazywać dziadka Dziadkiem, ale stracił go, ponieważ Dziadek zmarł nagle na ulicy na coś, co nazywa się niewydolnością serca.
Chłopca ogarnął smutek. Płakał i płakał.”

Potem jednak chłopiec zaczyna się całkiem nieźle bawić. Dziadek przychodzi bowiem do niego podczas kolejnych nocy.
-Dziadku? – zagadnął go Esben. Nikt mu nie powiedział, że Dziadek mógłby wpaść na pomysł, żeby przyjść i usiąść na komodzie. Wszyscy mówili tylko o aniołach i prochu. – Co robisz? Myślałem, że umarłeś.
- Też tak myślałem – odpowiedział Dziadek.
- Ojej – zawołał Esben. – Ty jesteś duchem!
- Też coś! – mruknął Dziadek.”

Tej i kolejnej nocy Esben prawie nie śpi, szukając razem z Dziadkiem pomysłów na to, aby pomóc mu przestać być duchem. Jednak kiedy rano opowiada o wszystkim rodzicom, ci patrzą tylko na niego z troską i proponują, aby może nie poszedł do przedszkola.
Esben nie bardzo wiedział, co to miało do rzeczy, ale z chęcią został w domu.


Ostatecznie jednak zarówno Dziadek, jak i Esben przypominają sobie bardzo wiele bardzo ważnych rzeczy.
No właśnie – ucieszył się Dziadek. – I o to chodzi.
- O które „to”?
- O wszystko, i o wszystko to, czego nie wymieniłeś – wyjaśnił Dziadek, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Brakuje mi… Nie pożegnałem się jeszcze z tobą, a ty przecież jesteś moim Esbenem.

I trochę sobie obaj popłakali.”





I ja zawsze płaczę, ilekroć czytam tę książkę, nieważne czy po raz pierwszy, czy sto pierwszy; czy w listopadzie, czy w maju.
Być może dlatego chcę wierzyć, że choć duchy naszych bliskich ostatecznie rozpłyną się gdzieś w ciemności, to jednak inne duchy, blisko z nimi związane, będą nad nami czuwać.




Tak, jak dzieje się to w oszczędnej historii Jutty Bauer o dziadkowym aniele stróżu.

Dziadek bohatera tej opowieści leży w szpitalu, który wydaje się równie obskurny i nieprzyjazny jak te, które znamy.
Mimo to, chętnie opowiada o swoim życiu, które obfitowało w zabawne, ale i tragiczne wydarzenia, z których jednak zawsze – dziwnym (a może wcale nie dziwnym?) trafem wychodził cało.

„- Miałem wiele szczęścia.” – mówi dziadek, kołysząc (się?) w bujanym fotelu, po czym – zmęczony – zamyka oczy.



I choć wydaje się to nam dziwne, zdarza się, że kiedy umierają nasi bliscy, na zewnątrz świeci słońce, a świat jest piękny. Życie toczy się dalej.
Z aniołami stróżami naszych dziadków lub po prostu ze wspomnieniami o nich powinno okazać się choć trochę łatwiejsze.



„Chusta babci” Åsa Lind, ilustrowała Joanna Hellgren; przełożyła ze szwedzkiego Agnieszka Stróżyk. Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2013.
„Esben i duch dziadka” Kim Fupz Aakeson, Eva Ericsson; przełożyła Katarzyna Stręk. Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2006.
Jutta Bauer „Opas Engel”. Carlsen Verlag, Hamburg 2003.