niedziela, 20 sierpnia 2017

L.Talko "Nastolatek dla początkujących", czyli z przewodnikiem po strasznym świecie naszych dzieci

Wawel. Kraków.
Historia. Ojczyzna. Wzruszenia łza.
Polscy rodzice, mimo panującego od brzasku nieziemskiego upału, wiodą rankiem na pamiętające czasy Kraka wzgórze swe niebieskookie i lnianowłose dziatki.

Tu Zygmunt (dzwon), tam Łokietek (król), w piwnicach Szczerbiec (miecz).
Ach.

Atmosfera gęstnieje od patriotycznych uniesień. Po twarzy spływa kropla. Postronny powiedziałby: phi, zwykły pot. Może i pot, phi, ale za to w jakim otoczeniu utoczon, ha!

źródło zdjęcia

Podniosłość chwili zakłóca dźwięk telefonu Starszego. Odbiera.
- Halo? No cześć. Daj spokój, nie mogę grać, na Wawelu jestem. No, tym w Krakowie. Ty, a na której jesteś teraz arenie? Na dziesiątej? Serio?!”
Prowadzona przez Starszego rozmowa zakończyła się po dziesięciu minutach. O Wawelu, Krakowie, historii, ojczyźnie, arrasach, mieczach nie było w niej nic ponad to, co przytoczyłam powyżej. Tym, co w rzeczywistości zaprzątało uwagę Starszego i czemu poświęcony był cały prowadzony przez niego dialog z kolegą była wyłącznie gra Clash Royale.

Gdybym przed wyjazdem do Krakowa nie przeczytała książki Leszka Talki, po tym zdarzeniu pogrążyłabym się być może w rozpaczy. Bo jakżeż to – człowiek stara się, dwoi i troi, rozrywek dostarcza, prowadzi w najważniejsze dla każdego, choćby i małoletniego, Polaka miejsca, a tu ważniejsza okazuje się byle smartfonowa gra?! No, zgroza, bo przecież ja w tym wieku, to…


Nastoletnie dzieci Leszka Talki są nieco starsze od moich dzieci. Różnica wieku jest wystarczająco duża, by Talko mógł zdążyć zdiagnozować i opisać wiążące się z posiadaniem dzieci problemy, zanim jeszcze pojawią się one i w moim życiu. Mogę więc uczyć się na jego błędach (w każdym razie teoretycznie), dobrze się przy tym bawiąc (styl tego autora idealnie wręcz mi odpowiada; najbardziej chyba podobał mi się drukowany w „Dużym Formacie” cykl felietonów „Ja tu tylko sprawdzam”, ale biorę w ciemno w zasadzie wszystko inne).
I owszem, dotychczas wydawało mi się, że jestem fajna. Taka młodzieżowa (nie to co inne mamy). I nadążam. Wiem, co ważne dla współczesnych dzieci, a dzięki swojej mądrości i życiowemu doświadczeniu umiem to wszystko połączyć w optymalną całość.
Tym wszystkim, którzy w tym miejscu prawie umarli śmiechu, zwracam uwagę na użyty przeze mnie w pierwszym zdaniu poprzedniego akapitu czas. Nie bez powodu przeszły.
Konieczność jego użycia stała się dla mnie oczywista już po przeczytaniu pierwszej strony Talkowej książki, na której autor domagał się ode mnie (jako rodzica nastolatka) udzielenia odpowiedzi na 10 pytań. "Cóż to dla mnie!", pomyślałam. Po czym, przeczytawszy, otarłam pot z czoła (choć może to i łza rozpaczy była).
Brałeś udział w lajwiku?
Co to jest headshot?
Ile dałbyś za skina kosy?
Jakie ajtemki są najbardziej wartościowe?
Co najchętniej odpakowujesz na wizji?
Po czym poznasz Slender Mana?
Znasz jakieś enczmenty?
Chciałbyś mieć Vaporeona?
Znasz Blowka, ReZigiusza i Stuu?
Skąd się bierze diaxy?

Na powyższe pytania udzieliłam dwóch poprawnych odpowiedzi. Dwadzieścia procent.
Siadaj Matka, pała. 

Dzieci urodzone w XXI wieku są inne niż ich dwudziestowieczni rodzice.
źródło zdjęcia
Mamo, a jak chodziłaś do szkoły, to jaki miałaś telefon?” – zapytał mnie ostatnio znienacka Starszy, jak mi się do tej pory wydawało, niegłupi.
- Taki na korbkę – chciałam złośliwie odpowiedzieć w pierwszej chwili. Po czym ugryzłam się w język i poinformowałam (zgodnie z prawdą), że pierwszy telefon komórkowy kupiłam sobie dopiero w podeszłym wieku 24 lat, i to sama, za własne pieniądze, gdyż jako funkcjonująca już w tym czasie w samodzielnej komórce społecznej (nie mylić z komórką-telefonem), nie mogłam liczyć na sponsoring ze strony rodziców. Nie mógł uwierzyć.

Gdyby przełożyć to na sytuację odwrotną, można by z łatwością wyobrazić sobie, że to ja zapytałabym Starszego np. o to co to jest pokeball, a on – zamiast udzielić mi rzeczowej odpowiedzi – prychnąłby z pogardą, po czym przez tydzień opowiadałby swoim kolegom o tym, jaką idiotką jest jego matka.
Tymczasem w prawdziwym (nie wirtualnym) życiu Starszy jak dotąd zawsze cierpliwie odpowiada na moje nawet najgłupsze (z jego punktu widzenia) pytania; co więcej, stara się nakłonić mnie, bym zagrała w którąś gier razem z nim.

serialowy Marco Polo
(tylko tu był młody. I przystojny)
źródło zdjęcia
Leszek Talko rozpoczyna swoją książkę od przywołania postaci Marco Polo, młodego chłopaka, który siedem wieków temu wyruszył w podróż, w trakcie której odwiedził i opisał wiele nieznanych dotychczas Europejczykom miejsc i krain. Talko pisze:
Marco Polo wielu rzeczy, które widział, nie zrozumiał, inne znał tylko ze słyszenia, ale przynajmniej spróbował je poznać.
My też obawiamy się świata nastolatków. Drżymy przed ich zwyczajami, uważamy, że przyniosą zgubę i im, a może i nam.
Tak jak mieszkańcy średniowiecznych miast drżeli, słuchając o smokach i wielogłowych bestiach czających się w odległych krainach, tak i my truchlejemy przed niebezpieczeństwami, w które obfituje świat nastolatków. Najchętniej byśmy im wszystkiego zabronili.”

Zamiast zabraniać, Talko mówi: sprawdzam. Co sprawdza? To jasne: to, co kryje się w tym dziwnym świecie, który codziennie zasysa nasze dzieci.
Z jakim wynikiem? Czasem zaskakującym, a czasem zgodnym z oczekiwaniami (w każdym razie tymi, które mają zramolali rodzice).
Okazało się, że są w tym świecie miejsca i zdarzenia, które mogą rodzica zaskoczyć. Są też takie, w których (lub którymi) śmiertelnie się wynudzą. Talko-Polo podczas swojej podróży niekiedy próbował być taki jak jego dzieci (z różnym skutkiem), a niekiedy od razu sobie odpuszczał.

Jedno w każdym razie jest pewne.
Leszek Talko już wie jak jest tam, po drugiej stronie.
Czy wystarczy przeczytać jego książkę, aby się tego dowiedzieć?
Trochę tak, trochę nie.
Bo czy wystarczy przeczytać opowieść jakiegoś podróżnika, aby wiedzieć na pewno jak jest gdzieś tam daleko, dokąd on zawędrował? Bo czy możemy być pewni, że jego sposób widzenia tych dziwnych, dalekich krain jest jedynym możliwym, a w szczególności: zgodnym z naszym sposobem postrzegania świata?

Talko ujmuje to tak:
Wejdź na to wirtualne podwórko, wynudź się w Minecrafcie, obejrzyj lajwika, strzel headshota, ucharakteryzuj się na zombie, pogadaj z ekipą z Afryki Południowej, rozejrzyj się wieczorem, czy za tobą nie czai się trzymetrowy facet o białej twarzy (pamiętaj, że nawet jak się nie czai, to córka może myśleć, że się czai), przestań przez cały czas przynudzać, żeby zostawić ten komputer i zająć się lekcjami i życiem, bo to też jest życie.”

Wiem, czasem ciężko to zrozumieć. Moim zdaniem warto jednak chociaż spróbować (choć nikt nie może obiecać, że będzie lekko).
Ja w każdym razie od wczoraj pobieram u Starszego lekcje gry w Clash Royale.
Ughrgh.

Leszek Talko „Nastolatek dla początkujących. Nie daj się wylogować z ich życia.” Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2017. 

sobota, 15 lipca 2017

E.Plantel "Oto jest dyktatura", czyli wszystko już było, ale wcale nie jest od tego lepiej

Ta książka powstała pod koniec lat siedemdziesiątych w Hiszpanii; została wydana w ramach serii "Książki jutra", składającej się z czterech tytułów (wszystkie wydało już w Polsce nieocenione wydawnictwo Tako).
Na Półwyspie Iberyjskim ukazała się ponownie w roku 2015, z nowymi ilustracjami. 


Sięgnęłam po nią kilka dni temu. Okazało się, że pewne rzeczy, stwierdzenia są uniwersalne. Nie znają języka, ani nazwisk poszczególnych polityków.

Różnimy się. Każdy z nas widzi to samo inaczej.
Każdy z nas może inaczej opisywać to samo. Dla jednego czarne będzie białe, dla drugiego białe będzie czarne.
Białe jednak zawsze będzie po prostu białym, a czarne czarnym, niezależnie od tego co kto będzie na ich temat twierdził.


Dyktatura jest jak dyktando.
Jakiś pan mówi, co należy robić, i wszyscy to robią.
Bo tak.”

 We wszystkich dyktaturach myślenie jest zakazane.
Można myśleć tylko tak, jak dyktator chce, żeby myślano.
Ci, którzy mają inne poglądy, są źle widziani i źle się ich traktuje.
Jeszcze gorzej mają ci, którzy nie tylko inaczej myślą, ale jeszcze głośno o tym MÓWIĄ.



Tak więc dyktator jest najdzielniejszy.
I najmądrzejszy, najlepszy i najwyższy…
Dyktator nie ma przyjaciół. On nie lubi ludzi (przecież jest najmądrzejszy, najwyższy i najprzystojniejszy).


Czasami bywa hojny dla swoich zwolenników i obdarowuje ich rzeczami, które wcale do niego nie należą: rozdaje im ziemie będące własnością innych, przyznaje nagrody; daje im to, co tak naprawdę jest dobrem wspólnym.


Dyktator jest bowiem prawem (gdyż tylko on stanowi prawo).
I jest też sprawiedliwością (tylko jego przyjaciele mogą być sędziami).

To co dzieje się dzisiaj w Polsce, dotyka mnie bezpośrednio.


Myślę: jak łatwo jest zdeprecjonować moją pracę. Wszystkie godziny, które wyrywam własnym dzieciom, o mężu nie wspominając. Lata spędzone w stanie przewlekłego stresu. Obrazy, których nie da się odzobaczyć. Tragedie, o których nie da się zapomnieć. Decyzje, które trzeba było podjąć, choć można było wybierać tylko między mniejszym a gorszym złem.
Jak łatwo uznać, że wszystko co robiłam dotychczas, jest nic niewarte. Bo jestem w jednym worku z tymi, którzy są zwykłymi idiotami (a statystyka jest nieubłagana: idioci są wszędzie, w każdej grupie zawodowej. Wśród lekarzy, sprzedawców, księży, fryzjerów, polityków i sędziów), przy czym to oni, a nie ja są punktem odniesienia i oceny.


Wszyscy pracują, produkują, ale także myślą.
No, a jak myślą, to z wielu rzeczy zaczynają zdawać sobie sprawę.


Zdają sobie sprawę, że dyktator wcale nie jest taki dzielny.


Ani taki mądry… Ani sprawiedliwy…

Nie liczę na jakieś masowe protesty – stwierdził wczoraj rzecznik prasowy Sądu Najwyższego, sędzia Michał Laskowski w rozmowie z jednym z dziennikarzy, pytany o spodziewaną reakcję społeczną w związku z ogłoszonym projektem ustawy o Sądzie Najwyższym. - Większość społeczeństwa wydaje się obojętna albo nierozumiejąca, albo przyzwalająca, widząca potrzebę radykalnych zmian.”

Niestety, jestem równie racjonalna jak pan rzecznik. W pełni podzielam jego pogląd. Co więcej, wydaje się, że znam przyczyny takiego stanu rzeczy (nie wiem jak pan rzecznik, choć mam wrażenie, że nasza perspektywa może znacznie się różnić).

Chciałabym wierzyć, że większość zacznie myśleć, rozumieć i zdawać sobie sprawę. Teraz, zaraz.
Ale to tak nie działa.
Dlaczego nie?
Bo nie da się w pięć minut nadrobić wielu lat zaniedbań. Przekonania, że my wiemy jak jest dobrze i nie musimy się nikomu z tego tłumaczyć. Braku szacunku do drugiego człowieka i zwykłej kultury.

Społeczeństwo nie rozumie dlaczego tak ważne dla niego jest istnienie kogoś/czegoś, do kogo będzie można się odwołać i kto/co w sposób niezależny od nikogo i niezawisły (to kolejne niezrozumiałe, a do tego budzące ostatnio irytację, słowo) rozstrzygnie spór. Nie rozumie, gdyż nikt tego dotychczas w wystarczająco jasny sposób nie tłumaczył. A i dziś, gdy stoimy w obliczu realnego zagrożenia zrujnowania zapisanego w naszej konstytucji porządku prawnego, ci, którzy zabierają głos podobno także i w moim imieniu czynią to tak, że mam ochotę schować się pod tapczan i nigdy spod niego nie wyjść.

Większość ludzi nigdy nie miała do czynienia z sądami. Bazują więc na tym, co mówią inni. A mówią różnie.
Ci, którzy mieli z nimi do czynienia i którzy wygrali swoje sprawy, zazwyczaj uważają, że tak musiało być, bo mieli rację, więc nie ma o czym mówić.
Ci, którzy przegrali, często tak bardzo zapiekli się w swoim poczuciu krzywdy, że nie sposób z nimi dyskutować. Niektórzy z nich mogliby mieć przy tym wiele do powiedzenia i warto byłoby ich posłuchać.
Ci, którzy mają styczność z jednymi i drugimi, z reguły nie umieją z nimi rozmawiać. Bo nikt ich tego nie nauczył. Bo nie rozumieją, że to ważne. Bo wydaje im się, że ich punkt widzenia, ich perspektywa jest jedyną właściwą. Bo tak.

Płacimy dziś rachunki za nieumiejętność słuchania. Za pychę i egoizm. Za oderwanie od rzeczywistości.
Ich wysokość będzie jednak niewspółmierna do zaniedbań. Jestem tego więcej niż pewna.

W planowanych zmianach nie chodzi bowiem o to, żeby było lepiej.
Wiem gdzie leżą źródła problemów, może nie wszystkich, ale sporej ich części. Bo problemy są, niektóre bardziej, inne mniej poważne i jest ich wiele. Z pewnością można je rozwiązać. Może nie dziś i nie jutro, ale niewykluczone, że za rok mogłoby się udać
Jednak nikt mnie ani innych, którzy mieliby w tej sprawie coś merytorycznego do powiedzenia, o zdanie nie pyta. A nie jestem głupia i doskonale wiem, że to, co próbuje się dziś przedstawić jako panaceum na wszystko, w niczym nie pomoże. W każdym razie nie mi i nie Wam. Bo im, owszem, przyda się.


Czterdzieści lat temu autor książki "Oto jest dyktatura" napisał: „najgorsze jest to, że dyktatury niemal zawsze trwają wiele, wiele lat.

Historia pokazuje, że to prawda. Ale tak bardzo żal, że nie umiemy uczyć się na cudzych błędach.

Equipo Plantel „Oto jest dyktatura”, ilustracje Mikel Casal. Przekład Tomasz Pindel. Wydawnictwo Tako, Toruń 2016.

niedziela, 9 lipca 2017

KaeReL i Krzywousty, czyli K jak komiks samo zło

Komiksy to zło.

Rozleniwiają (do czego innego może prowadzić oglądanie obrazków?), demoralizują (zazwyczaj nie niosą ze sobą żadnego przekazu, a już zwłaszcza o walorze dydaktycznym) i w ogóle są symbolem najgorszego zła, którym nauczyciele straszą rodziców („I tylko proszę nie dawać mu do czytania żadnych komiksów!”).

Jako dziecko (bodajże 9-10-letnie) zaczytywałam się komiksami historycznymi wydawanymi przez „Sport i Turystykę”. O ile dobrze pamiętam, moi rodzice nigdy nie przeczytali żadnego z nich, ale – oceniwszy je po okładce - żywili przekonanie, że może i jest to rozrywka, ale pożyteczna.

Czyż można było bowiem przypuszczać, że jakieś zło może czaić się w książeczce napisanej ze szczytnym zamiarem przybliżenia młodemu czytelnikowi pradawnych dziejów dawnych władców jego kraju? W książeczce, która nie dość, że uczy historii, to do tego czyni to w obcym języku (poszczególne komiksy były wydawane w wersjach dwujęzycznych: polsko-niemieckiej, polsko-angielskiej i polsko-rosyjskiej, o ile mnie pamięć nie myli)?
No ależ skąd, wiadomo.



Ach, gdybyż moi rodzice wiedzieli, że w wieku 10 lat sumiennie powtarzałam zamieszczone w słowniczku stanowiącym integralną część książeczki o Bolesławie Krzywoustym takie niemieckie zwroty:

ciała poległych – die Leichen der Gefallenen
oczy wyłupić – die Augen ausstechen
podpalać – in Brand setzen
trup – die Leiche






Ach, gdybyż kiedykolwiek przyszło im do głów, by zerknąć choćby na pierwszą planszę czytanego przeze mnie po wielekroć komiksu! („co robisz, córeczko?” – „uczę się o Krzywoustym, mamusiu!”) 

Być może wówczas udałoby im się uchronić mnie przed zgnilizną i zepsuciem.
Niestety, nigdy nie zerknęli i nie zainterweniowali.
Wobec czego stało się. Przegniłam do imentu. Po czym przeniosłam zarazę na moje dzieci.



„Łauma” KaeReL-a może zmylić czujnego rodzica, o ile ten nieopatrznie oceni ją tylko po okładce. Czyż może bowiem być niewłaściwą dla właściwie edukowanego potomka książeczka, której główną bohaterką jest urocza dziewczynka o wielkich oczętach, z fryzurą zwieńczoną starannie zawiązaną kokardą?


Fakt, gdy przyjrzeć się bliżej, widać, że w tle czai się czarne COŚ.
Ci z rodziców, którzy owo Coś dostrzegą, być może uchronią swoje dzieci przed następnym krokiem, tj. przeczytaniem tekstu zamieszczonego na pierwszej planszy.

Bowiem czy książka, która zaczyna się od zdania „Pewnego mroźnego dnia mój tata stał się mordercą”, może być odpowiednia dla dzieci?

Ba! Dwie strony dalej, jedna obok drugiej, występują dwie – choć trudno to sobie wyobrazić – jeszcze gorsze plansze.


Pierwsza dotyczy samospalenia, i to w najbliższej rodzinie.
Druga jest przejawem tendencyjnego spojrzenia na kapłanów dominującej w naszym kraju religii.
Zgroza, zgroza, zgroza.

Wykorzystując niemieckie słownictwo, którego nauczyłam się w czasie lektury „Bolesława Krzywoustego”, mogłabym zakrzyknąć: „Hilfe!” (ratunku!), doradzić autorowi, że powinien Busse tun (odprawić pokutę), ewentualnie go gefangensetzen (uwięzić), co byłoby chyba najrozsądniejsze, gdyż uchroniłoby nas wszystkich przed dalszym zepsuciem.

Niestety, najwyraźniej za mało wkuwałam.
Nie tylko nie wykrzyknęłam, ale i przeczytałam „Łaumę” sama, po czym wręczyłam ją dzieciom z informacją: „przeczytajcie koniecznie!”.
To samo powtórzyłam z „Kościskiem”, autorstwa tego samego KaeReLa. Możecie spisać nas na straty.


Jeśli uważacie, że rozmawianie z dziećmi o śmierci to zło, nie bierzcie do ręki żadnej z tych książek.
W „Łaumie” to od śmierci wszystko się zaczyna; „Kościsko” mimo że pozornie całkiem o czym innym, ostatecznie także okazuje się niezwykle jej bliskie.


Jeśli Waszym zdaniem świat dawnych wierzeń i legend to bujdy, które źle wpływają na psychiczny rozwój Waszych pociech, czym prędzej spalcie obie książki na stosie. W „Łaumie” ani rusz bowiem bez dawnych wierzeń Jaćwingów. Z kolei w trakcie lektury „Kościska” przyda się znajomość bestiariusza słowiańskiego.


Jeśli stoicie na stanowisku, że zwrot „motyla noga!” to najstraszniejsze z przekleństw, z którymi mogą kiedykolwiek zetknąć się Wasze słodkie maleństwa, a słowo „skręt” powinno kojarzyć im się jedynie ze skrętem w lewo lub w prawo, ewentualnie ze skrętem kiszek, rozważcie złożenie zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa demoralizacji małoletnich.


Jednym z morałów „Łaumy” jest bowiem to, że człowiekowi do szczęścia potrzebne są wyłącznie „pagórki, zimne piwko i dobry skręt”. Czegóż jednak innego należałoby się spodziewać po książce, w której padają słowa (upraszam o wybaczenie!): „pysk szczerbaty jadem pluje, cycem plecy oklepuje!” oraz „pierdzi ogniem, charczy, zipie, trupiobladym okiem łypie”?



Wasze dzieci czytając „Łaumę” i „Kościsko” nie nauczą się żadnych przydatnych obcojęzycznych zwrotów (uwaga, przypominamy wiedzę zdobytą w czasie lektury "Krzywoustego": „znienawidzony” – „verhasst”).

Być może będą się bały. Albo nawet zapłaczą.


Jeśli są inteligentne (a z pewnością są), zaraz jednak zachichoczą. A Wy razem z nimi, zwłaszcza gdy niektóre z plansz okażą się wprost wyjęte z Waszych wspomnień.


Niewątpliwie docenią też moc płynącą z opartego na zaufaniu współdziałania.


Docenią czas spędzony z rodzicami na wspólnym czytaniu książek.


Po czym pomyślą o miłości – zarówno tej niemożliwej, tej romantycznej, jak i tej bezgranicznej - rodzicielskiej.


A potem odłożą książki na półkę i się uśmiechną. Do Was, do siebie i do autora.
Bo uśmiech dziecka kruszy najtwardsze serca. Nawet serca tych autorów, którzy jak Karol Kalinowski zapowiedzieli, że kończą z komiksami dla dzieci.

Karol Kalinowski (KaeReL) „Kościsko” i „Łauma”, Kultura Gniewu, Warszawa 2016.
"Bolesław Krzywousty/Boleslaus der Schiefmund" tekst Barbara Seidler, opracowanie graficzne Marek Szyszko, tłumaczenie Beatrysa Hirszenberg, Wydawnictwo "Sport i Turystyka", Warszawa 1984.

sobota, 1 lipca 2017

K.Makuszyński "Szatan z siódmej klasy", czyli nacobezu

By pozostać w szkolnym temacie, który przy okazji poprzedniego posta wzbudził tak duże emocje, a zarazem uciszyć blogowe sumienie, które czyni mi wyrzuty, że od dawna nie opisałam żadnej książki dla młodszego czytelnika, postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.
Będzie bowiem o szkole i nauczycielach, ale też o szkolnej lekturze szóstoklasistów.


„Szatan z siódmej klasy” to przykład lektury, którą „przerabia się” w szkole, bo przerabiało się ją od zawsze, wobec czego wszyscy nauczyciele doskonale wiedzą jak to robić i co mówić, a uczniowie jak w ulęgałkach mogą przebierać w zalegających w szkolnych bibliotekach jej egzemplarzach. A najchętniej w jej streszczeniach.
To książka, którą i ja czytałam w dzieciństwie, jednak niewiele z niej zapamiętałam. W roku 2017 kojarzyła mi się wyłącznie z – zupełnie nieksiążkową – piosenką „Lato, lato…” Poza tym – w głowie pustka.

plakat do filmu "Szatan z siódmej klasy"
źródło zdjęcia

Widząc Starszego, który jako solidne dziecko solidnych rodziców z zaciśniętymi zębami brnął przez kolejne strony tej lektury (a trwało to jakieś trzy tygodnie, co przy 275 stronach tekstu daje mało imponujący rezultat niewiele ponad dziesięciu stron dziennie. Dodam, że przeczytanie około pięciuset stron jednego z kilkunastu tomów „Zwiadowców” zajmowało mu zwykle nie więcej niż kilka dni), uznałam, że czas powiedzieć „sprawdzam”.

Przeczytałam.
I zrozumiałam dlaczego Starszy – indagowany o wrażenia – wyznał, że ledwo dał radę, bo „to takie nudne i monotonne”.

zdjęcie, baner czy jak to się fachowo nazywa autorstwa MoWi
zamieszczony cytat pochodzi z książki Marzeny Żylińskiej

Coś, co przed II wojną światową (w tym czasie toczy się akcja i wtedy też „Szatan…” ukazał się po raz pierwszy) mogło być uważane za pełne żywej i emocjonującej akcji, dziś jest niczym więcej aniżeli nudną jak flaki z olejem ramotą.
Używany przez Makuszyńskiego język, pełen archaizmów (równie stare, o ile nie starsze obcojęzyczne teksty, jak chociażby inną tegoroczną lekturę Starszego - „W 80 dni dookoła świata, można próbować uwspółcześnić przekładem; w przypadku książek polskich autorów ten patent niestety nie ma szans na zastosowanie) i erudycyjnych nawiązań zakładających, że czytelnik posiada solidne klasyczne wykształcenie, nie ma szans przebić się do umysłów dzieci urodzonych w XXI wieku.
Można na to utyskiwać, można się na to nie zgadzać – to bez znaczenia, tak po prostu jest.
Jeśli chcemy, by nasze dzieci czytały, nie możemy zabijać ich „Szatanem…” - oto moje zdanie.

I nie chodzi tu, doprawdy, o to, że krótki rzut okiem do zeszytu Starszego sprawił, że na gdybym miała sporządzić charakterystykę jego polonistki, nie nadawałaby się ona do publikacji.


Zapisany tam temat lekcji „Biuro Detektywistyczne „Adam” przyjmuje zlecenie” zapewne bowiem zupełnym przypadkiem zbieżny jest z tematem gotowego, bo umieszczonego w internecie scenariusza lekcji (proszę bardzo: tutaj). Kilka zadanych Starszemu pytań upewniło mnie, że lekcja przebiegła od początku do końca tak jak „powinna”. Żadnych odstępstw od scenariusza; żadnych „dziwnych” pytań. Wnioski tylko właściwe.
Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt.
To moje zęby.

Tymczasem, gdyby tylko jeden z drugim polonista zechciał wreszcie przeczytać „Szatana z siódmej klasy”, a nie jechał na brykach i internetowych gotowcach, zrozumiałby (on bowiem urodził się jeszcze w XX wieku, a więc jeśli się skupi, może zdoła), że to nie jest lektura dla jego uczniów, lecz dla niego.

Klasa spojrzała z niepokojem na pana profesora Gąsowskiego.
Siwy człowiek, dobry człowiek, usiadł za katedrą i splecionymi rękami zasłonił twarz. Wyglądał jak ten, co płacze i pragnie przed gawiedzią ukryć łzy. Musiało mu się coś popsuć w poczciwym sercu, bo wszystkim się wydało, że staruszek drży.
- Panie profesorze… - ozwał się ściszony głos z pierwszej ławki.
Profesor rozplótł ręce i niecierpliwym ruchem jednej z nich dał znak, aby mu nie mącono ciszy. Drugą zasłaniał sobie oczy. (…)
Trzydziestu chłopców wpatrywało się w niego spojrzeniem, w którym łzawił się ogromny smutek. Wszystko można znieść, tego jednak znieść nie można, aby dobry, och, jak dobry człowiek – dręczył się.”

Szacunek.
Bez niego nauczyciel nie ma szans.
To coś, na co trzeba zapracować, i to ciężko. To nauczyciel jako pierwszy musi obdarzyć swoich uczniów szacunkiem, a wówczas oni, być może, jeśli naprawdę się przy tym postara, odpowiedzą mu tym samym.

80 lat temu, jak wynika z książki Makuszyńskiego, uczniowie także oszukiwali. Wiedząc, że będą wzywani do odpowiedzi i oceniani, czynili wszystko, by uzyskać jak najwyższe noty jak najniższym kosztem.
Te lekcje, które profesor Gąsowski „przerabiał”, oni próbowali „zaliczyć”.
Te, do których naprawdę się przykładał, zostawały im w głowach na dłużej.

Pan profesor Gąsowski nauczał historii wedle własnej, nieco rozwichrzonej metody. Niektóre wielkie postacie, błąkające się po Elizejskich Polach albo krążące pośród gwiazd, bardzo miłował, o niektórych rozprawiał z drwiącym lekceważeniem, a w licznym, nieśmiertelnym tłumie były i takie, o których nie chciał mówić wcale. Omijał je przy spotkaniu, udawał, że ich nie dostrzega, nie kłaniał im się. O ukochanych osobistościach mówił z gorącym zapałem, piejąc na ich cześć górne hymny, po każdym zdaniu zasadzając wykrzyknik jak cyprys na grobie. O Napoleonie, z ukochanych najukochańszym, rozprawiał jak natchniony poeta.”

Dzięki nadmiernemu przywiązaniu profesora Gąsowskiego do wymyślonego przez siebie systemu odpytywania i odkryciu przez jednego z uczniów, na czym ów system polega, siódmoklasiści uczyli się tylko tego co musieli i wtedy kiedy musieli.
Wypisz, wymaluj jak dzisiaj.
Jest jednak pewna istotna różnica.

Dzisiaj nauczyciele sami podają uczniom „na co będą zwracać uwagę”. „Nacobezu” (gdyby ktoś chciał pogłębić swoją wiedzę na jego temat, odsyłam tutaj) stało się ważniejsze od treści lekcji. Nieważne o czym, nieważne dlaczego, ważne nacobezu.
Po trzech latach pracy Starszego w takim systemie (w klasach IV-VI) wiem jedno: jego wiedza jest płytka i powierzchowna, a termin jej ważności upływa równocześnie z wyrzuceniem przez niego kolejnej "zaliczonej" już kartki z informacją na co dany nauczyciel bezu.

I - dziwna sprawa - również profesor Gąsowski, dowiedziawszy się, że każdy z jego uczniów „wiedział z pewnością z góry kiedy będzie pytany i na ten dzień był doskonale przygotowany”, wykrzyknął ze zgrozą i boleścią: „Człowieku! (…) Przecie w ten sposób nie umiecie nic!
Ależ doprawdy, panie profesorze, że też pan się tym przejmuje. Tylu nauczycieli doskonale o tym wie i ma się dobrze.

Szanowni nauczyciele przywiązani do tradycyjnego sposobu nauczania, polecam Waszej uwadze kolejny fragment „Szatana z siódmej klasy”, odnoszący się do rozmyślań siódmoklasistów, nakrytych przez profesora Gąsowskiego na oszustwie.

Profesor jest najzacniejszym człowiekiem pod słońcem, krzywdy nikomu nie uczyni, lecz może dotrzymać jednej groźby: nie z zemsty, lecz z żalu odsunie się od nich i wypowie im przyjaźń. To byłoby smutne, więcej niż smutne. Tak bardzo kochali tego cudownego, siwego, pełnego ufności człowieka z duszą jasną i sercem ślicznym, że utrata jego przyjaźni byłaby klęską sromotną i nie do odrobienia.

Drodzy nauczyciele: przyjaźń i szacunek uczniów. Na to bezu?
A potem może i nawet uda się Wam czegoś ich nauczyć. 

Kornel Makuszyński „Szatan z siódmej klasy”. Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2011.