czwartek, 25 lutego 2016

Książki o literkach część pierwsza, czyli literki w obrazkach

Gdy, zdawało się, całkiem niedawno pisałam post o książkach o cyferkach, postanowiłam napisać podobny, tyle że o literkach. Konieczne stało się jednak porządne zebranie materiałów poglądowych, przeprowadzenie dogłębnej analizy i podjęcie szeregu innych równie czasochłonnych czynności.
I tak upłynęły dwa lata.

Zanim upłyną kolejne dwa, postanowiłam wypuścić w świat część pierwszą posta, poświęconą książkom, najogólniej mówiąc, obrazkowym (niekoniecznie dla najmłodszych).

Książek jest sześć, z czego aż trzy wydane przez Dwie Siostry (samo tak wyszło). Czy wynika z tego coś więcej poza tym, że lubię to wydawnictwo? Nie sądzę.

Zwłaszcza, że na początek Wielka Wtopa.


„Słodkie abecadło” – wierszyk Jerzego Bielunasa, napisany jako tekst piosenki Małego WuWu. Tu w opracowaniu graficznym Grażki Lange.

Wtopa, bo nie wiem czemu w zasadzie toto ma służyć.
Wielka, bo na okładce użyto słów wielce na wyrost. „Nauka alfabetu jeszcze nigdy nie była tak słodka!” zapewnia wydawca, a ja zastanawiam się co decyduje o przekroczeniu granicy, po której przestajemy zauważać, że tracimy kontakt ze światem.

O ile sam wierszyk można uznać za pomysłowy (oczywiście o ile jesteśmy gotowi pogodzić się z wrzuceniem dzieciom do głów śmiercionośnego skojarzenia dobre = słodkie, bo każdej literze alfabetu przypisano inny rodzaj słodyczy), o tyle forma graficzna nie przemówiła ani do mnie, ani do moich dzieci (i teraz, i dwa lata temu).
Ale ja i Grażka Lange nie jesteśmy i nigdy nie będziemy kompatybilne. Wiem to już od dosyć dawna.

Nie wątpię, że uchwycone na zamieszczonych w książce fotografiach przedszkolaki znakomicie się bawiły, wypisując na papierowych workach kolejne literki. Dobór poszczególnych zdjęć momentami wydaje się jednak co najmniej problematyczny, a dzieci, które nie brały udziału w zabawie (a to one mają przecież być odbiorcami tej książki) mają marne szanse na samodzielne rozeznanie się o co w tym wszystkim chodzi.


Nie rozumiem też eksperymentu z czcionkami. Pal sześć oczopląs, gorzej że czasem nawet dorosłemu ciężko domyślić się o jakiej literze mowa.

Może jestem przyziemna i beznadziejna, ale mam wrażenie, że sto razy lepiej byłoby, gdyby ten sam wierszyk zilustrować po bożemu – przy pomocy prawdziwych cukierków, tortów i wat cukrowych. Bo to słodkie abecadło wywołuje wyłącznie niestrawność. W każdym razie moją.


Dla odtrutki: Cudowna i Czarująca:) (choć nie na zamieszczonym niżej zdjęciu; przepraszam, ale nie umiem zrobić ładniejszego zdjęcia książki o lakierowanych stronach)


Elżbieta Wasiuczyńska jest jedną z ilustratorek, które dorobiły się swojego własnego, niepowtarzalnego i odróżnialnego na pierwszy rzut oka, stylu (próbki na jej własnym blogu, tutaj).
Jest to styl pluszowy i przytulny. Sympatyczny i z serca płynący. Miękki i marzycielski. Wielce Wasiuczyński. W sam raz dla dzieci.



Do „Mojego pierwszego alfabetu” zastrzeżenie mam w zasadzie tylko jedno: że nie można go pogłaskać i poczuć pod palcami. To by dopiero było Coś (choć bardzo drogie coś, jak sądzę).

Poza tym wszystko jest jak trzeba w książce dla naprawdę małych dzieci.
Niewymyślne, choć nie prymitywne skojarzenia.
Piękne kolory. Lale, misie, kotki, pieski, czyli to co maluchy lubią najbardziej.

Jeśli chodziło o to, by nauka literek kojarzyła się dziecku z przyjemnością – strzał w dziesiątkę.



Kolejna pozycja to Karkołomna Konstrukcja.
„abc.de” Iwony Chmielewskiej





Pomysł ten sam – kolejne litery i przypisane do nich, zaczynające się na te litery, słowa. Wiodącym językiem jest w tym przypadku język niemiecki (B to das Buch i der Bach, a nie bajka i bułka) i wydaje się, że przy tej lekturze niezbędne jest posiadanie elementarnej wiedzy nie tyle o tym języku, co o związanej z nim kulturze (nie tylko niemieckiej, także austriackiej (abc.at) i szwajcarskiej (abc.ch), jak podpowiada na skrzydełkach obwoluty sama autorka. Z braku wiedzy wystarczy także chęć do jej zdobycia, ale ostrzegam, lekko nie będzie.

Jak zwykle w przypadku książek Chmielewskiej, ta także wydaje się być przemyślana od początku do końca, czy raczej „od a do zet”. Za słowami podążają różnorodne skojarzenia, które czasem mogą być proste (der Bach jako potok i jako wylegujący się na trawce nad potokiem Bach. Jan Sebastian; podobnie der Zweig jako gałąź i jako Stefan Zweig), a czasem dużo bardziej skomplikowane. To jak bardzo, zależy tylko od naszej dociekliwości.
Można potraktować tę pozycję jako ilustrowany słownik (część słów została przetłumaczona na polski, angielski i francuski), ale ci, którzy na tym poprzestaną, będą pewnie narzekać, że jest zbyt ubogi.
Ci natomiast, którzy pozwolą sobie na niespieszną lekturę, przerywaną być może koniecznością sięgania do słowników, encyklopedii a przynajmniej do internetu, nie powinni czuć się zawiedzeni.


Czas na kolejną pozycję od Dwóch Sióstr – Alfabetyczne Animalia.


„Bardzo proste abecadło” to wcale nie książka, lecz karty. 23 czyli ni to, ni sio, bo liter w polskim alfabecie (nawet bez „ą” i „ę”) jakby nieco więcej, ale powiedzmy, że faktycznie – ileż można eksploatować nieszczęsnego Yeti, nie wiedząc przy tym ciągle czy to zwierz, czy człek?

jak łatwo się domyślić, nie jest to pokój
dzieci twórczej matki...
Poza tym bardzo przyjemnie: przyjemna jakość wydania (gruba tektura, zaokrąglone rogi), przyjemne ilustracje (w tonacji raczej pastelowej, oszczędne graficznie), proste hasła (wyjątek stanowi chyba tylko „U” jak „ukwiał”).

Twórczym matkom, takim co to najbardziej na świecie uwielbiają bawić się z dziećmi na dywanie w dziecięcym pokoju, na którego półkach nie ma ani odrobiny kurzu (bo matki ścierają go najrzadziej co dwa dni) i panuje w nim ład i porządek z pewnością wystarczy wyobraźni, by wykorzystać te karty na setki sposobów.

Nietwórczym zaś matkom pozostaje wierzyć w to, że ich własne dzieci będą wiedziały, co z tymi kartami robić.


Podobnych dylematów nie dostarcza na szczęście „Alfabet” Przemysława Wechterowicza (tekst) i Marty Ignerskiej (rysunki).
Książka na pierwszy rzut oka Nieoczywiście Nieładna i Nie Na Temat.

Na szczęście drugi rzut oka pozwala się zorientować w popełnionym błędzie.

Książeczka faktycznie nieoczywista, ale bardzo na temat. A rysunki, choć odbiegają od śliczniutkowego standardu, są co najmniej intrygujące.
To literka "R", a tekst przy niej - mój ulubiony! -
głosi: "Kiedy byłam małą dziewczynką.
wsadzałam palec w niebo i robiłam
z chmur kogel-mogel"

Autorzy proponują zabawę formą, dzięki której tak rodzic, jak i dziecko mogą zorientować się (jeśli wcześniej tego nie zauważyli), że litery są tak naprawdę wszędzie. I wcale nie muszą być piękne i równe, jak od linijki.

Co więcej, nikt nie skupia się tu tylko na pierwszych literach poszczególnych słów. Te, które stoją w środku są tak samo ważne.

Być może z tego powodu nie należy klasyfikować tej książki jako pozycji dla naprawdę małych dzieci.
Dobrze byłoby jednak od najmłodszych lat zaszczepiać w młodym pokoleniu abstrakcyjne poczucie humoru i szacunek dla starszych.

I wreszcie. Crème de la crème, najwyższe Literkowe Laury!


„Mam oko na litery” Aleksandry i Daniela Mizielińskich.

Do serii książeczek o Mamoko długo nie mogłam się przekonać. Kiedy jednak to nastąpiło, poszło na całego. Od tamtej pory wszystkie mamokowe książki wyjeżdżają z nami w zasadzie na każde wakacje (choć format większości, poza „Mam oko na litery” i „Mam oko na cyfry”, zdecydowanie odbiega od walizkowego), a ja zastanawiam się kiedy z nich wyrośniemy. Bo wydawało mi się, że powinno to nastąpić jakiś czas temu…

Pomysł na książkę dotyczącą literek jest całkiem nie odkrywczy. Każda plansza (dwie strony) jest sponsorowana (oglądało się kiedyś „Ulicę Sezamkową!) przez dwie literki. Zadaniem czytającego jest znaleźć tyle słów na każdą z nich, ile sugerują autorzy (pod każdą literką wpisano liczbę ukrytych wyrazów), a jeśli się da, nawet więcej.

Wbrew pozorom, po jednokrotnym odnalezieniu zabawa się nie kończy. Zawsze można szukać jeszcze raz i jeszcze raz. Raz po polsku, raz po angielsku, a potem nawet po niemiecku, co człowiek będzie sobie żałował! Równie dobrą zabawą jest też poszukiwanie słów z daną literką w środku albo na końcu. A jak się znudzi, można odłożyć ją na półkę i znaleźć za pół roku, zaczynając wszystko od początku.

Dodatkowej przyjemności (już niezwiązanej z literkami) dostarcza śledzenie ukrytych na poszczególnych stronach wątków fabularnych. Wyobraźnia Mizielińskich jest doprawdy wielka, ale wcale nie ograniczona. 
Pewnie dlatego każdy egzemplarz książeczki o Mamoko jest inny. Tak jak inni są jej czytelnicy.

A ciąg dalszy książek o literkach kiedyś nastąpi. Mam nadzieję, że wcześniej niż za kolejne dwa lata.

Jerzy Bielunas, Grażka Lange „Słodkie abecadło”. Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2014.
Elżbieta Wasiuczyńska „Mój pierwszy alfabet”. Egmont Polska, Warszawa 2011.
Iwona Chmielewska „abc.de”. Wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2015.
Agnieszka Bałdyga i Edyta Marszałek „Bardzo proste abecadło”. Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013.
Przemysław Wechterowicz, Marta Ignerska „Alfabet”. Znak emotikon, Kraków.
Aleksandra Mizielińska i Daniel Mizieliński „Mam oko na litery”. Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2012.                                                                                    

sobota, 20 lutego 2016

"Przekrój" nr 1089/1966, czyli 50 lat temu (odc. 9)

20 lutego 1966 roku w „Przekroju” nie było mowy o zimie, Brexicie czy zakończeniu pogoni za groźnym przestępcą. Znalazło się tam mnóstwo uroczych historyjek innego rodzaju.


Już na pierwszej stronie Ludwik Jerzy Kern z właściwą sobie lekkością donosił o pladze pożarów w Japonii i jej przyczynach („w miejscowości Numata sprzątaczka w pewnym biurze przez pomyłkę nalała do piecyka zamiast ropy, benzynę. Rezultat: piętnaście spalonych budynków”).

W środku Jan Kamyczek w rubryce „Demokratyczny savoir vivre w odcinkach” musiał zająć się bardziej skomplikowanym problemem, z którym zwrócił się do niego czytelnik Leszek:

Przywiozłem sobie z podróży sto rolek pięknego różowego papieru toaletowego (próbkę załączam). Po drodze różni ludzie, nawet celnicy, prosili mnie o odstąpienie choć dwóch rolek, a ja nie, wiozłem jak bezcenny skarb. Po drodze do domu wstąpiłem do miasta w którym mieszka moja teściowa i ofiarowałem jej 50 rolek. Przyjęła z wymówkami, bardzo obrażona. Nazajutrz, przed wyjazdem, spytałem gosposię co się stało z tym papierem. Powiedziała „pani kazała sprzedać w zakładzie pogrzebowym na szarfy do wieńców”, co też się stało. Potem teściowa napisała jeszcze list, że z nami zrywa. Co pan o tym sądzi?

Nie wiem, co w tej historii zachwyca mnie bardziej: różowy papier toaletowy jako przedmiot pożądania czy gosposia jako ktoś, kogo obecność w domu prawdziwej kobiety jest oczywista.
A co na to Jan Kamyczek?
Pan nie zrobił nic złego, w najbliższej rodzinie taki prezent z podróży jest możliwy (na imieniny już odpada).

Rubryka „Kącik krytyka” ponownie pełna perełek.

O Norwidzie:
Za mało miał do powiedzenia ogółowi, myśli jego były mętne i rozpierzchliwe.
Chmielowski w podręczniku literatury, 1900.

O Fredrze:
 „Talent podrzędny, wiersz gładki, bez oryginalności, komedie są nienarodowe.”
Seweryn Goszczyński, ok. 1839.
O „Ślubach panieńskich” i „Dożywociu”: „Na wpół tylko narodowymi są, to bowiem co ich kwintesencję stanowi, jest raczej po prostu obce, niezupełnie nawet jeszcze przeszczepione na grunt tutejszy.”
Lewestam, 1876.

źródło zdjęcia

O obrazie „Wyjazd na polowanie” Józefa Chełmońskiego:
„Konie się nie modelują, chart ma oko na wylot, szlachcic jest tak gruby, że koń pod nim by stęknął, krzaki rosną na niebie, topole zimą bez liści rywalizować by mogły na szerokość ze stertami słomy wymłóconej, niebo sine, zadymione, niebieskoołowiane, nie odbije się w śniegu przeczystej bieli…”
Sygietyński w „Prawdzie”, 1883.


Siostry Rojek (a konkretnie Ruda) opowiadają natomiast bajkę. Z braku miejsca wyłącznie w skrócie, za to z pełnym morałem:

Był sobie pewien pan na stanowisku, który nigdy nie chodził na zakupy. Miał od tego żonę i gosposię na przychodnie i nie brakło mu nigdy niczego. Aż pewnego razu, żona wyjechała na wczasy, gosposia zachorowała i pan na wysokim stanowisku udał się do sklepu z warzywami i owocami, by nabyć kilogram bułgarskich winogron.
Za ladą stała młoda panienka i ważyła winogrona. Pan zauważył, ku swojemu oburzeniu, że panienka kładzie na dno torby luźne, podgniłe winogrona, a dopiero na to porządną kiść. Zwrócił jej na to uwagę. Panienka przyzwyczajona do takich uwag, zbyła pana byle czym i ważyła dalej. Ale pan, jak to pan zaczął się awanturować. Powiedział, że żąda pełnego kilograma dobrych owoców i żąda ażeby panienka wywaliła towar na ladę i odważyła mu świeży. Panienka odmówiła stanowczo i zaczęła obsługiwać następnego klienta, który wcale nie oponował, kiedy wsypała mu na dno torby trochę zgniłych owoców. Bo ten klient znał życie i wiedział co i jak.
Nasz pan pojechał do swojego pustego domu i wszystko się w nim gotowało. Takie rzeczy, myślał sobie, taka młoda, a taka bezczelna i nieuczciwa, ja jej pokażę, przekona się z kim miała do czynienia. Poza tym spełnię czyn społecznie pożyteczny i załatwię raz na zawsze tych wstrętnych ludzi, którzy nabierają ludność i obniżają poziom naszych usług, naszego życia społecznego i w ogóle.
Zadzwonił więc do znajomka, znajdującego się również na stanowisku, ale w sektorze handlu wewnętrznego. Opowiedział mu swoją przygodę i poprosił o wyciągnięcie konsekwencji. I to go zgubiło, jak się zaraz przekonacie.
Znajomy naszego pana przyrzekł, że zajmie się tą skandaliczną sprawą, wytłumaczył, że każdy sklep ma margines na odliczenie zgniłego towaru w postaci dziesięciu procent odrzutów i zapewnił, że sprawiedliwości stanie się zadość.
Pan nasz poszedł spać w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku społecznego. (…) Zbudziła go delikatnie gosposia na przychodnie, figlarnie mówiąc: jakaś młoda panienka do pana. (…) W drzwiach stanęła zapłakana i zapuchnięta sprzedawczyni z owego sklepu warzywnego. Pan kazał jej usiąść, podać herbaty, przynieść szereg chusteczek do nosa i powiedzieć o co chodzi.
Została oczywiście w trybie doraźnym zwolniona z pracy. I na domiar tego okazało się, że mieszka w suterenie z rodziną złożoną z pięciu osób, że matka jest sparaliżowana, ojciec inwalidą, daremnie starającym się o rentę, że ma siostrzyczkę gruźliczkę, brata chuligana, a kuzynka dwa razy zdawała na socjologię i nie mogła się dostać.
Co do winogron, to kierownik sklepu zapowiedział jej, że jeżeli będzie choć jedno zgniłe grono odpadu to wyleje ją na ulicę, gdyż te dziesięć procent marginesu musi mieć na budowanie domku jednorodzinnego w Falenicy.
Teraz nasz pan na stanowisku ma pełne ręce roboty. Rodzina jest już umieszczona w mieszkaniu, ojciec ma przyznaną rentę, a siostrzyczka jest w sanatorium. Matki na razie nie udało się jeszcze umieścić w szpitalu, pozostaje też sprawa brata chuligana, no i kuzynki, która uparła się z tą socjologią. Panienka ma posadę w Cedecie. Doszły jeszcze sprawy rodziny na wsi, narzeczonego panienki, któremu deglomerują przemysł, w którym pracuje oraz dziadka, który absolutnie nie chce się dać operować na przepuklinę. Rodzina jest dużo i tak szybko nasz pan na poważnym stanowisku się nie opędzi.


Po takiej historii słowa wydają się puste.
Dlatego, zamiast słów, na zakończenie Steinbergowskie literki:



środa, 17 lutego 2016

M.Ziomecki "Mr.Pebble i Gruda", czyli w poszukiwaniu przyczyn olśnienia

W życiu zdarzają się czasem piękne chwile.
Zaliczam do nich między innymi te, w których niespodziewanie odkrywam, że z kimś łączy mnie więcej niż myślałam. Przechodziliśmy obok siebie, owszem, ale żeby mieć ochotę ze sobą gadać? W życiu! Gdzie ja i gdzie on (albo ona, bo płeć nie gra tu roli)?!
A potem, przez przypadek, okazuje się, że ja i on (albo ona) to porozumienie bez słów, boląca od śmiechu przepona i w ogóle, czemu, cholera, nie zaczęliśmy ze sobą wcześniej rozmawiać?
Los jest dla mnie łaskawy, bo w ciągu ostatnich dwóch tygodni zdarzyło mi się to dwukrotnie. O ile w pierwszym przypadku, licealnego kolegi, z którym w ciągu jednego wieczoru przegadałam więcej czasu niż wcześniej przez cztery spędzone w jednej klasie lata, mam pewność, że zadziałało to w dwie strony, o tyle w drugim mam poważne wątpliwości, czy faktycznie, gdybyśmy kiedyś spotkali się naprawdę, byłoby tak samo jak wtedy, gdy czytałam jego książkę. Czyli fantastycznie.


Mariusz Ziomecki dotychczas kojarzył mi się wyłącznie z Super Expressem i nie były to dobre skojarzenia (doskonale wiem, że robił w życiu szereg innych rzeczy; mi jednak wryło się w pamięć właśnie to. Mam zresztą wrażenie, że część własnych – mocno cynicznych - przemyśleń z tego okresu autor włożył w usta jednemu z bohaterów książki, Filkowi, któremu „realia rynku szybko wybiły (…) z głowy ambicje publikowania rzetelnych artykułów. (…) Im gorzej o „Plusie” mówili medioznawcy i inni intelektualiści, tym lepiej wyglądały wyniki sprzedaży”).
Tym bardziej zdumiewa mnie, że to Ziomecki napisał tę książkę, będącą – i tu dołączę się do chóru tych, którzy przeczytali ją przede mną (dwa głosy tutaj i tu) –  jedną z lepszych lektur jaka ostatnio wpadła w mojej ręce.

Poszukiwanie przyczyn, dla których tak spodobał mi się „Mr.Pebble i Gruda”, okazało się ciężką pracą.

Nie chodzi na pewno o wspólnotę doświadczeń – mnie i autora dzieli dokładnie jedno pokolenie (Ziomecki ma tyle lat, ile moja mama), a jeśli główny bohater, Jan Kamyk, ma czyjeś cechy, to prędzej autora, nie moje (np. datę urodzenia, płeć, emigracyjny pobyt w Stanach). Proste przełożenie: Ziomecki = Kamyk jest jednak, jak sądzę, nieuprawnione.

Na pewno nie przemówiła też do mnie grubość lektury. To dziewięćset stron, a ja nie cierpię opasłych tomiszczy.

Rzecz też nie w stylu pisania. W powieści przeplata się mnóstwo wątków; jedna retrospektywna dygresja goni drugą, a ja – choć lubię dygresje - nie przepadam za wielowątkowymi utworami. Wyjątek robię tylko dla fug Bacha. I – jak się okazało - dla Ziomeckiego.

Zaczyna się w miarę przewidywalnie i sentymentalnie – od wątku ojca samotnie wychowującego dziecko, do tego na emigracji. Parę ckliwych obrazków plus amerykańskie pejzaże (niezbyt zresztą malownicze). Potem (a może przedtem?) pojawia się motyw podwórkowo-licealnych przyjaźni. Zaraz później bliżej poznajemy historię najbliższej rodziny głównego bohatera. Każda z tych opowieści, które w miarę lektury rozwijają się pięknie, niczym poszczególne tematy fugi, samodzielnie wystarczyłaby na jedną porządną książkę. 
Nie Ziomeckiemu, który musi do tego dołożyć jeszcze tło historyczne (wydarzenia rozgrywają się w różnych okresach niemal całego XX wieku), nie tylko w ujęciu polskim, ale wręcz ogólnoświatowym (pewną rolę ma do odegrania nawet wojna siedmiodniowa i w ogóle konflikt na Bliskim Wschodzie, przepuszczony przez amerykański filtr).
Nie można przy tym zapominać o kontrapunktach: kryminalnych, politycznych czy nawet – rety, rety! – miłosnych.
Normalnie czytelniczy oczopląs. Chyba pierwszy w historii medycyny, którego pacjent nie chce leczyć.

Były w czasie tej lektury momenty, w których miałam wrażenie, że autor siedzi w mojej głowie. Czytanie (w pierwszych rozdziałach) o kolejnych stadiach rozpadu rodziny Kamyków było jak grzebanie we własnych najczarniejszych myślach. W których bardzo niewiele dzieli świat szczęśliwego i sielankowego dzieciństwa od świata obojętnych sobie, a w zasadzie całkiem nieznajomych ludzi. Połączonych, owszem, bardzo bliskimi więzami krwi.

Czasem zdumiewała mnie aktualność rzucanych mimochodem, wcale nie najważniejszych dla fabuły, zdań. Jak np. to, dotyczące obozu dla zdegenerowanej „bananowej” młodzieży, na który trafił główny bohater: „Zaczęliśmy poznawać charakterystyczny dla komuny smak: to metaliczna gorycz w ustach, która pojawia się, gdy stajesz bezradny wobec czyjejś bezkarnej nikczemności. Dziś rozumiem, że właśnie o to chodziło, po to zorganizowali dla nas ten obóz. Bo paraliżujące uczucie bezradności jest dla rządzących bezcenne: odbiera obywatelom wiarę w sens oporu, instaluje rezygnację w duszach. Spaja i utrwala system.”

W pewnym momencie pomyślałam, że złapałam trop. Być może autor przekonał mnie do siebie dbałością o szczegóły. Dzisiaj nie jest to codzienne; zazwyczaj stykam się z osobami, które nie rozumieją dlaczego się ich czepiam, bo przecież to, co napisali (byle jak, byle napisać cokolwiek, nie sprawdzając czy to prawda) dotyczy drobiazgów, a (ich zdaniem) naprawdę ważne jest co innego. W przypadku powieści, zwłaszcza tych, które nie aspirują do miana historycznych, tym bardziej wiele można by odpuścić.

Kobieta w fotelu
(wg wersji czerwonej)
vel Lodzia Kamyk
20 XII 1948
źródło zdjęcia

Kiedy doszłam więc do snutej przez matkę Jana Kamyka, Lodzię, opowieści o jej znajomości z Pablem Picasso, która zaowocowała powstaniem litografii „Kobieta w fotelu według wersji czerwonej”, doceniłam zarówno wzmiankę o mającej miejsce przy okazji wizyty Picassa w Warszawie wystawie jego ceramiki, jak i o planowanym przez Picassa zakupie wyszywanego serdaka dla jego ówczesnej partnerki, Francoise Gillot. Ledwie dwa tygodnie wcześniej czytałam bowiem w archiwalnym numerze "Przekroju” z 30 stycznia 1966 roku notkę o zamieszczonym w „Polityce” wspomnieniowym tekście o wizycie Picassa we Wrocławiu. W tekście tym było wszystko: i Wrocław, i ceramika, i nawet kożuszek. Zabrakło tylko Lodzi, z pewnością przez niedopatrzenie.

Autentyzmem tchnie także opowieść o odgrywających ważną rolę w życiu Eryka Kamyka (ojca Jana) rybach. Sądzę, że nie powstydziłby się jej sam Ota Pavel (być może także i Putrament, ale nie czytałam żadnej książki Putramenta, za to Oty Pavla owszem). Mój mąż w każdym razie z uznaniem kiwał głową, gdy przeczytałam mu, że „najbardziej pamiętamy te ryby, których nie złowiliśmy”.

W akcie desperacji zadumała się nawet nad faktem, że główny bohater jest astrologicznym Bliźniakiem. Nie wierzę w horoskopy, ale jeśli nie można chwycić się niczego innego, to czemuż by nie gwiazd?


Rozwiązanie zagadki znalazłam dopiero pod koniec lektury.
Bo, czegokolwiek nie pisałabym o swojej pracy i jak bardzo by mnie ona nie wyczerpywała, naprawdę ją lubię.
A lubię ją z tego samego powodu, dla którego spodobała mi się ta książka.

Problem polega na tym, że twoja moralność jest na wpół ślepa, widzi tylko jedną stronę. Tobie w głowie się nie mieści, że mogłem mieć powody, dla których byłem tym, kim byłem. I robiłem rzeczy, których nie aprobowaliście.

Dobrze jest czasem dowiedzieć się (tak jak dowiedział się Jan Kamyk), że nie zawsze wszystko jest tak proste, jak to się na pierwszy, a nawet drugi rzut oka wydaje.
Prawda, druga prawda, pół-prawda i gówno-prawda mogą tak naprawdę ważyć tyle samo. 
Bo kto powiedział, że to nasza waga jest dobrze wytarowana?

Mariusz Ziomecki „Mr.Pebble i Gruda”. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011.

PS. Żeby nie było tak słodko, kropla dziegciu: epilog jest do bani. Jeśli ktoś przebrnął przez tyle stron, raczej nie jest słodkim idiotą, który nad każdym „i” potrzebuje kropki, doprawdy. 

niedziela, 14 lutego 2016

Walentynkowe wyznanie miłości, czyli kogo kocha momarta

Dziś Walentynki, czas wyznać komuś miłość.

Jako dojrzała kobieta nie będę bawić się w niuanse, tylko wywalę prawdę prosto z mostu:

KOCHAM PANA, PANIE WODECKI!
I WAS, MITCHE, TEŻ!

źródło zdjęcia

Odkąd pierwszy raz, a było to kilka lat temu, Was usłyszałam, wiedziałam, że taka miłość zdarza się tylko raz w życiu. Nie wiedziałam tylko, co najbardziej mnie do Was przyciąga: czy znamienna data w tytule płyty, czy wokal pana Zbigniewa, czy może niesamowita muzyka.

Po wczorajszym koncercie wiem, że chodzi także o coś więcej.

Jako ślepo zakochana, oddam głos głównemu obiektowi moich uczuć:

źródło zdjęcia


Co pokazali panu Mitch&Mitch?

- Nauczyć się Paganiniego to połowa roboty. Druga połowa to umieć się tym bawić. Gdy zaczynasz się bawić muzyką, wtedy jesteś artystą. Jeśli nie umiesz się bawić, jesteś rzemieślnikiem.




I jeszcze:

źródło zdjęcia
- Nigdy nie poznałem muzyków, którzy gwiazdorzą mniej od Mitchów. Oni właściwie nie gwiazdorzą. Ludzie, którzy w dzisiejszych czasach nie gonią za własnym ogonem w Warszawie i to w tej branży, muszą być dziwni. Bardzo dziwni! Z innej planety. Spotykają się w swoim składzie i godzinami potrafią bawić się muzyką, nie czekając na szmal. To się już prawie nie zdarza. Cała reszta jest zestresowana i zesrana ze strachu, że im się nie uda. Ale jak już ktoś wejdzie w estradę, to nie ma nic gorszego niż choroba popularności. Można wyjść z gorzały, narkotyków, najgorszego świństwa, ale jak raz zachorujesz na gwiazdorstwo, to kamień w wodę. Zaczyna się piekło. 

Czyli Mitche są dziwni, dlatego, że są normalni?

- Otóż to! Oni są normalni, bo nie chcą robić kariery.


Mało? Bardzo proszę:

- Najlepsze jest jednak to, że ja właściwie odniosłem sukces z tą płytą po blisko czterdziestu latach. Czekać na sukces czterdzieści lat to jest dość wyczerpujące, przyzna pan. Na szczęście byłem zajęty robieniem kariery. Mnie się udało parę festiwali wygrać, nagrać utwory, o których wspomniałem, zaś o tamtej płycie kompletnie zapomniałem. Zyskałem za to mnóstwo siwych włosów. Gdybym kiedyś miał taki stosunek do muzyki, jakiego mnie teraz nauczyli Mitch & Mitch, to miałbym dziś o połowę tych siwych włosów mniej. Naprawdę, przez to dążenie do kariery, do popularności, dbałość o to, by przez te kilka dekad być wciąż na topie, przestałem się muzyką bawić. Zapomniałem o tym, co kiedyś robiłem, żeśmy się bawili z zespołem bigbeatowym, improwizowało się. I zobaczyłem, ile straciłem, kiedy pojawili się ci ludzie młodsi od moich dzieci, którzy grają moją muzykę, lepiej się nią bawią ode mnie. Uświadomili mi, ile czasu straciłem na robienie kariery. Uświadomili mi, że muzyka nie służy temu, żeby się wybić, odnieść sukces, wygrać festiwal, dostać nagrodę i pokazać się w telewizji w muszce, elegancko uczesany, tylko służy temu, żeby się bawić. 

Ale tak naprawdę ważne jest co innego. Tak w muzyce, jak i w życiu. Niezależnie od tego, co się w nim robi. Zbigniew Wodecki umie to znakomicie ująć. I za to Go kocham!

źródło zdjęcia
- (…) mój ojciec był świetnym trębaczem, był pierwszym trębaczem krakowskiej Orkiestry Symfonicznej, w której ja później grałem siedem lat. Był też ułanem, był w 8. Pułku Ułanów, i zawsze mi powtarzał: zurückzuhalten. Takie określenie z niemieckiego jest - wstrzymać, przyhamować. On mi zawsze, kiedy ja grałem, chciałem się popisywać, tu ekspresja, tam wibracja, mówił: hamuj, synek, hamuj! Zurückzuhalten. Tego konia przed przeszkodą trzeba przyhamować, a potem w odpowiednim momencie puścić, żeby on wystrzelił jak z procy. To samo jest w muzyce, to samo jest w codziennym postępowaniu. Bardzo często, gdy odnoszę jakiś, powiedzmy, sukces, przypominam sobie te słowa ojca. Hamuj, synek. Hamuj, hamuj, bo jeszcze dużo słuchania przed tobą, uczenia się na innych. Ja się uczę na innych, uczę się słuchać muzyki i polecam młodym ludziom, żeby jak najwięcej słuchali mistrzów i doszukiwali się w ich graniu wirtuozerii, logiki, kultury, różnicy między efekciarstwem a czymś naprawdę efektownym. Oczywiście, to nie jest obowiązkowe, żeby każdy był muzykalny, ale jednak im bardziej będziecie umieli słuchać, tym lepiej dla was, bo to życie będzie bogatsze. To się tyczy również malarstwa, literatury i tak dalej. Ludzie muszą wiedzieć, co jest kiczem, a co nie, co to jest perspektywa, światłocień, farby do czego, na jakim podkładzie. W tym cała sztuka.

Wszystkim, którzy w dzisiejsze Walentynki smucą się, bo nie wiedzą kogo kochać, dobrze radzę: pokochajcie Wodeckiego i Mitchów. To będzie miłość z happy endem!
A kto może, niech idzie na koncert. Póki grają.

Cytaty pochodzą kolejno z:
Uczę się bawić – ze Zbigniewem Wodeckim rozmawia Jacek Świąder. Gazeta Wyborcza, 20.05.2015r. Dostęp tutaj.
Zbigniew Wodecki i Mitch&Mitch; rozmawiają Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke. Playboy, sierpień 2015. Dostęp tutaj.
„Hamuj synek, hamuj” – ze Zbigniewem Wodeckim rozmawia Piotr Dobry. T-Mobile, 28.05.2015. Dostęp tutaj.

Zbigniew Wodecki with Mitch&Mitch, Orchestra and Choir "1976: A Space Odyssey". Lado ABC.

sobota, 13 lutego 2016

"Przekrój" nr 1088/1966, czyli 50 lat temu (odc. 8)

50 lat temu w Polsce emocjonowano się udanym lądowaniem na Księżycu radzieckiej bezzałogowej sondy kosmicznej Łuna 9. Niewiarygodne, ale dziś nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia. W tym przypadku 50 lat to naprawdę epoka.


Wrażenie robią na mnie natomiast wpisy w rubryce (chyba wówczas w „Przekroju” nowej) „Kącik krytyka”, redagowanej przez Ewę Kossak, w której publikowano historyczne uwagi krytyczne wygłaszane przez współczesnych na temat różnych utworów i ich twórców, zazwyczaj uważanych (obecnie, a i 50 lat temu także) za wybitne i wybitnych.
Spośród krytyków zacytowanych w tym numerze wygrywa zdecydowanie Kajetan Koźmian, który w roku 1827 tak pisał o mickiewiczowskich Sonetach:

Sonety Mickiewicza najlepiej oznaczył Mostowski jednym słowem: Paskudztwo. Nie wiem, co w nich można znaleźć dobrego: wszystko bezecne, podłe, brudne, ciemne; wszystko może krymskie, tureckie, tatarskie, ale nie polskie. To jest sto razy gorsze niż wszystkie Marcinkowskiego (ośmieszony przez krytykę grafoman) płody. Mickiewicz jest półgłówek, wypuszczony ze szpitala szalonych, który, na przekór dobremu smakowi i rozsądkowi, gmatwaniną słów niepojętego języka niepojęte i dzikie pomysły baje. Mickiewicz jest w miłostkach brudny, karczemny… Mickiewicza niesforny zapał rozdmuchały brudne litewskie pomywaczki.


Wzmianki w dziale „Czytać albo nie czytać” tym razem mocno inspirujące, zwłaszcza gdy można sięgnąć do domowej biblioteczki.

Patrick Quentin (nazwisko mi dobrze znane, ale chyba dotąd nie czytałam niczego jego autorstwa) „Człowiek w matni”; książka tak reklamowana przez „Przekrój”: „Jak zwykle tego autora pasjonująca zagadka zniknięcia kobiety-alkoholiczki. W odkryciu morderstwa dopomaga piątka zabawnych dzieciaków.
Nie umiem sobie tego wyobrazić tak bardzo, że chyba czym prędzej przeczytam.

Z autorów polskich – Nienacki i „Sumienie”, którego „bohater, pisarz z zawodu, jest ławnikiem w procesie o morderstwo. W związku z procesem i wyrokiem – jego przemyślenia, przeżycia, refleksje.
Szczerze powiedziawszy, trochę się boję.

Można ewentualnie sięgnąć także po Stanisława Goszczurnego, znanego mi wyłącznie jako pisarza marynistycznego (jego książki o takiej tematyce mam zresztą w domu). Tymczasem z „Przekroju” dowiedziałam się, że pisał także rzeczy innego rodzaju, jak „Heron lubił dolary” – „zbiór 19 reportaży z kronik milicyjnych Wybrzeża – od włamań, kradzieży, oszustw po szpiegostwo i morderstwa. Czyta się.
Jeśli Goszczurny pisał reportaże kryminalne tak samo jak Wanda Falkowska teksty do „Kroniki sądowej” w „Przekroju” to boję się jeszcze bardziej niż w przypadku Nienackiego.

Pochodzący z 13 lutego 1966 roku wpis w rubryce „Moda” sprawia niezwykle współczesne wrażenie. Być może – inaczej niż w przypadku lotów kosmicznych – pewne rzeczy są po prostu niezmienne. A może chodzi o to, kto dyktuje daną modę i dlaczego to robi?

W roku 1966 o modzie w „Przekroju” pisała Barbara Hoff i to wiele wyjaśnia. Mam w szafie jedną parę spodni sygnowaną jej nazwiskiem, kupioną 14 lat temu. Co roku wyciągam je i nieodmiennie się dziwię, że tak dobrze wyglądają i pasują. Podejrzewam, że tak będzie przez kolejnych dwadzieścia lat, o ile nie pięćdziesiąt (ale wtedy pewnie trzeba będzie je skrócić, gdyż się zdepczę). Patrząc zaś na liczące sobie 50 lat, zamieszczone w tym numerze „Przekroju” zdjęcia, mam ochotę natychmiast przywdziać któryś z prezentowanych kostiumików (najchętniej ten czerwony), mimo tego że bardzo kostiumów i w ogóle żakietów nie lubię.
A Hoff pisze – jakżeż ciągle trafnie! – o tzw. kobiecym stylu:

Wiele kobiet b. młodych lubi się ubierać b. modnie: bawi je, żeby szybko włożyć ostatni krzyk. Potem to się trochę zmienia. Nabiera się doświadczenia w czym się dobrze wygląda, nabiera się gustu, swojego stylu, swoich upodobań. Wie się, czego nie cierpi bliski mężczyzna. Zauważyło się, w czym ma się sukces u znajomych panów. W czym się człowiek czuje cudownie, a w czym nijako.
Poza tym zmienia się dziewczyna w kobietę i chce wyglądać nie jak dziewczyna, lecz jak kobieta. I tu co sezon problem: „czy to jest kobiece?” (…)
Uwaga, styl na kobieco nie powinien być przestarzały. To najczęstszy błąd: ktoś sobie powie, że bardzo obcisły żakiet obszyty białym kotkiem pod szyją i bardzo ciasna spódnica zwężająca się ku dołowi, to jest coś super kobiecego i czuje się w tym jednostka jak ekstrakt kobiecości. Ale ba, jest to ekstrakt sprzed dziesięciu lat, już historyczny, a chodzi o to, by wyglądać kobieco a nowocześnie.
Bez względu na to co się nosi, czy sweterek ze spódnicą, czy komplet, czy sukienkę – wyglądają kobieco osoby zadbane, ale naprawdę i na co dzień. Nie można jeść ile i co chcąc, a włosy muszą być w idealnym porządku, trudno. Uwaga, zadbanie to nie znaczy makijaż na palec, nierozczesany tapir i masa sztucznej biżuterii.

Żeby jednak nie zostawiać PT Czytelników w stanie niedointelektualizowania (kto to widział, żeby o modzie pisać, phi!), na zakończenie jak zwykle boski Saul Steinberg z cyklu o literach. Dla mnie B jak bomba. 


środa, 10 lutego 2016

O muzycznych książkach dla dzieci, czyli nieco przydługi utwór zbudowany z dźwięków diatonicznych

Jakiś czas temu obiecałam post o muzycznych książkach dla dzieci. Materiał zebrałam, przeczytałam i złożyłam na kupce. Dziś zdmuchnęłam kurz, odliczyłam pieniądze (na karę za przetrzymywanie bibliotecznych książek) i uznałam, że nadszedł już czas, by dać głos.

Ostatnio jestem mało rozśpiewana, dlatego zacznę bezpiecznie. Od gamy. Kolejność nut nieprzypadkowa.
Uwaga! Używam wyłącznie całych nut, więc będzie dłuuuugo (można przewinąć).

C jak Czemu mi to robicie???


„Chopin oczami dzieci” to książka-potworek. Okropne ilustracje i cała grafika (łącznie z czcionką), infantylny, przewidywalny aż do bólu i chropowaty tekst. Przykład?
George Sand była jednak rozczarowana, zamiast do ekskluzywnego hotelu, których tam wtedy po prostu nie było, trafili do skromnej oberży, pełnej robaków.
- Robaków? Jakich? – pyta Gerard.
Na przykład w zupie można było zobaczyć skorpiona. A nad gośćmi unosił się ostry zapach czosnku.
- Nie lubię czosnku – skrzywiła się Dominika.
Potem przenieśli się do dawnego klasztoru kartuzów, Valdemosa George Sand wynajęła tam trzy cele, które połączyli w jedno romantyczne mieszkanie. Ale radość nie trwała długo. Trafili akurat na czas, kiedy nieustannie padał deszcz. A Chopin się rozchorował.



Pomijam już taki drobiazg jak to, że skorpion nie jest robakiem, ale wydaje mi się, że zaczynanie większości zdań od „a…” (w innym miejscu dowiemy się, że „A Fryderyk siedział jak zwykle cicho i spokojnie. A na pytanie matki, co publiczności najbardziej się podobało, odpowiedział (…)”) nie jest najlepszym pomysłem. A w każdym razie dla mnie. Ale jeśli ktoś potrzebuje podanych w bezpieczny sposób informacji na temat życiorysu Chopina, niech czyta. Ewentualnie słucha (do książki dołączona jest płyta zawierająca 7 utworów Fryderyka Chopina). A na pewno nie ogląda obrazków.



D jak Dobre kompendium



Dla wszystkich, którzy czasem czują się bezsilni, nijak nie mogąc sobie przypomnieć czym różnią się obój i klarnet.
Dla tych, którzy dziwią się, gdy w czasie rozwiązywania krzyżówki okaże się, że hasło z dziewięć poziomo („duży instrument dęty drewniany”) to akordeon.

Bezpiecznie, obszernie, ciekawie. Zdjęcia opatrzone opisami, trochę historii, nieco ciekawostek. Zdecydowanie dla laików, nie dla muzyków. Nie do czytania przed snem, ale do podczytywania przy okazji.



E jak Eeee, w sumie niezłe, ale coś nie gra


„Kot w nutach” to książka z niezłym pomysłem, podbudowana rzetelną wiedzą muzyczną, przyzwoicie zilustrowana, którą jednak źle się czyta.

Być może to wina oprawy graficznej – malarskie tło poszczególnych stron zestawione z wciśniętym w toporne ramki tekstem sprawdza się raczej słabo? Może trzeba było całość trochę skrócić? A może nie sprawdziła się pierwszoosobowa kocia narracja?

Bohater książki, czarny jak smoła kot Fagot, którego panem jest zajmujący się muzyką Andrzej, w każdym z dziesięciu rozdziałów przenosi się w inne muzyczne miejsce. Autorce udaje się dzięki temu przemycić wiele ciekawostek i informacji – nie tylko o bardziej lub mniej sławnych kompozytorach, ale także o pochodzeniu nut, pierwszych instrumentach czy sięgającej po nietypowe źródła dźwięków muzyce współczesnej. Niestety, nie robi tego z kocim wdziękiem.

To książka raczej dla dzieci starszych, którym autorka w umieszczonym na końcu „pomysłowniku muzycznym” podsuwa wiele możliwości przyjemnego wkroczenia w muzyczny świat.


F jak Fajny pomysł, choć przed prawykonaniem przydałoby się więcej prób


Opera i dzieci rzadko dobrze się dogadują.
Z jednej strony, mało które dziecko ma okazję w ogóle do opery trafić. Z drugiej, opera w jej klasycznym wydaniu jest dla dzieci co najmniej mało zrozumiała.
Gdy jednak wykazać odrobinę dobrej woli, okaże się, że operę z powodzeniem można potraktować jako cudowne połączenie wszystkiego co najlepsze w teatrze, z tym co najlepsze w filharmonii. Muzyka na żywo (z nawet lepszą niż w filharmonii możliwością obserwowania muzyków) plus akcja – w przypadku moich dzieci (zaciągniętych pierwszy raz niemal na siłę) zadziałało bez pudła.

Nie jestem fanką opery; być może dlatego, że w dzieciństwie nikt nawet nie próbował mnie do niej przekonać. Obserwując jednak ostatnie działania dyrekcji szczecińskiej Opery na Zamku, próbującej znaleźć złoty środek i klucz do pozyskania młodych widzów, mam wrażenie, że to może się udać.

Czy udało się Izabeli Klebańskiej? Nie jestem pewna, choć doceniam starania. 22 opery stały się pretekstem do napisania 22 wierszyków i dołożenia płyty zawierającej 22 fragmenty tychże oper (niestety, w anonimowych wykonaniach, choć w niektórych przypadkach to może i dobrze, że nie znamy nazwisk występujących artystów…). Wierszyki jak wierszyki, moim zdaniem raczej poniżej średniej niż powyżej („Na co dzień koloratura / na pewno buja gdzieś w chmurach, / bo dźwięk tak czysty i wysoki / musi się wzbić nad obłoki.”), gorzej że pozostawiają młodego czytelnika w stanie jeszcze większego operowego niezrozumienia niż przed rozpoczęciem lektury. Zakładają bowiem po pierwsze znajomość podstawowych pojęć, ale także i fragmentów muzycznych (zamieszczone na końcu minimalistyczne kompendium dotyczące poszczególnych oper i ich twórców nie rozwiązuje większości problemów), po drugie jednak, w niektórych przypadkach robią wrażenie na siłę doklejonych do tematu (jak np. wierszyk o małej Tosi, która ma muchy w nosie, ale na szczęście jej mija, co ma jakoby stanowić nawiązanie do arii „La donna è mobile” z opery „Rigoletto” G. Verdiego).

Podsumowując: duży plus za zajęcie się tematem; poważny znak zapytania przy ocenie skuteczności podjętych działań.

G jak Gratulujemy, szkoda tylko, że nikt nie pomyślał o aktualizacji


Książki z cyklu „Monstrrrualna Erudycja” były wydawane przez Egmont ponad dziesięć lat temu; anglojęzyczne oryginały powstawały pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. W przypadku książki o muzyce to niestety widać. Najnowszym z opisanym tam hitów są bowiem utwory grupy Oasis, o której – jak mniemam – słyszeli tylko nieliczni z urodzonych w XXI wieku. Nie da się także ukryć, że brytyjski punkt widzenia znacznie różni się od polskiego.




Gdy pominąć jednak te drobiazgi, okaże się, że możliwym było napisanie książki, która umiejętnie przemyci sporo wiedzy, jednocześnie nie zanudzając na śmierć i – co istotne – nie schlebiając wyłącznie tanim gustom (choć niewykluczone, że niektórych oburzy zamieszczona w rozdziale poświęconym instrumentom komiksowa historyjka o francuskim artyście Josephie Pujolu, obdarzonym muzykalnym zadkiem). Oczywiście, nie należy traktować tej pozycji jako źródła pogłębionej wiedzy. Ten, kto szuka jednak czegoś na dobry początek, powinien czuć się usatysfakcjonowany. Na marginesie, podejrzewam, że po lekturze czterech mało poważnych stron, poświęconych w „Odlotowej muzyce” Mozartowi, Starszy dowiedział się o tym kompozytorze znacznie więcej niż po czterdziestopięciominutowej lekcji muzyki, przeprowadzonej w jego klasie w sposób nader klasyczny i pełen powagi.



A jak Ale kawał dobrej roboty


Anna Czerwińska-Rydel, choć ostatnio znana głównie z serii quasi-biografii dla dzieci, jest z wykształcenia muzykiem. Dla wydawnictwa „Wytwórnia” napisała trzy książki muzyczne (mam tylko dwie z nich, trzecia – „Co słychać?” – stała się, niestety, białym krukiem), każdą zilustrowaną przez inną osobę. Każda z nich inaczej dotyka muzycznych tematów; za każdym jednak razem tak samo, jak mi się wydaje, wymagająco.

„Wszystko gra”, zilustrowana przez Martę Ignerską (nagrodzona w roku 2012 Bologna Ragazzi Award), to opowieść o tym co dzieje się w orkiestrze tuż przed rozpoczęciem koncertu symfonicznego, snuta jednak nie z perspektywy muzyków, lecz instrumentów. Każdy z nich (a w każdym razie każdy w swojej grupie) ma nieco inny charakter i inne oczekiwania; każdy chce inaczej wypaść. Wydaje się, że ich zamierzenia nie są możliwe do pogodzenia, że to nie może się udać, a jednak w finale tej historii dyrygent robi pierwszy ruch ręką, a oni grają - „W harmonii i zgodzie, uzupełniając się wzajemnie i wspierając.
To znakomita lektura wprowadzająca przed koncertem symfonicznym. Ale także pretekst do dyskusji, np. o tym jak cenna jest różnorodność – tak w muzyce, jak i w życiu. Jest to też niezwykle udany eksperyment plastyczny – ilustracje Marty Ignerskiej, początkowo mogące robić wrażenie bohomazów wykonanych przy użyciu czterech kolorów, z czego dwóch żarówiastych, w miarę przewracania kolejnych kartek odsłaniają niezwykle przemyślaną koncepcję, spajającą dźwięki i kreski w przekonywującą całość.


Z kolei „Co tu jest grane?”, zilustrowana przez Katarzynę Bogucką to wprowadzenie do świata muzycznych form, tu wykorzystanych jako foremki do ciast i ciastek sprzedawanych w niezwykłej cukierni. Możemy tu poznać skład drożdżowej fugi, sonatowego pleśniaka, korzennych wariacji czy tortowego ronda. Chętni mogą delektować się smakiem wybranego ciasta, słuchając jednocześnie dźwięków proponowanych przez autorkę utworów (niestety, do książki nie dołączono płyty).
Doceniając pomysł, muszę jednak przyznać, że zdecydowanie wolę „Wszystko gra”. Może dlatego, że nadmiar słodyczy daje uczucie ciężkości?



H jak Ha, jak ja lubię Lutczyna!


„Kto tak pięknie gra” Jacka Krakowskiego to książka mojego dzieciństwa, od tamtej pory chyba ani razu nie wznawiana (ale dostępna za bezcen tu i ówdzie). Pomysł w zasadzie identyczny jak w przypadku „Wszystko gra” (niewykluczone, że Czerwińska-Rydel tu znalazła źródło inspiracji), wykonanie może i bardziej łopatologiczne, a przez długość utworu przyciężkawe, ale to wszystko bez znaczenia. Bo ja nie tylko lubię, ale wręcz kocham ilustracje Edwarda Lutczyna.


Być może nie przychodziłoby mi z taką łatwością prześlizgiwać się po partiach kolejnych instrumentów (a przerabiamy, o ile dobrze pamiętam, skład całej wielkiej orkiestry symfonicznej) i szeregu muzycznych terminów (rzuca je mimochodem altówka, która zna dobrze włoskie słówka), gdyby nie charakterystyczna lutczynowa kreska. Bo czyż nie można pokochać takiej perkusji?! A jak się już ją pokocha od pierwszego wejrzenia, przy drugim wejrzeniu (w tekst) bez problemów przyjmie się do wiadomości fakt, że „bez kotłów, bębnów, bez perkusji / nie ma muzyki i dyskusji. / Bez nas nie byłoby jazzowej / orkiestry ani rozrywkowej, / big-beatu ani rock and rolla.



C jak Cudowna, Celująco trafiająca do dzieci!


Powiem szczerze, o istnieniu tej książki nie miałam dotąd pojęcia.
Nie mam również pojęcia dlaczego nie jest ona wznawiana (ostatnie wydanie pochodzi z roku 1996) i wydawana w setkach tysięcy egzemplarzy, tak aby mogła trafić do każdej szkoły czy nawet przedszkola.
Autorka, Lidia Bajkowska, jest pianistką, pedagogiem, a także autorką książek metodycznych oraz muzycznych bajek i podręczników, prekursorką edukacji muzycznej dzieci poprzez (i tu cytat ze strony internetowej L. Bajkowskiej) "pedagogikę zabawy" Janusza Korczaka. Jest twórczynią autorskiej metody edukacyjnej dla dzieci w wieku od 2,5 do 8 lat, pozwalającej na naukę przez dzieci rozumienia muzyki, w sposób wyjątkowo skuteczny gry z nut na instrumentach muzycznych oraz wspierającej inne metody edukacji muzycznej i artystycznej. 

Zaprawdę powiadam Wam, żadne z użytych wyżej słów nie jest przesadzone.

Na pierwszy rzut oka „Bajka o piosence i nutkach” wydaje się nieco infantylna, a wrażenie to wzmagają tylko ilustracje Krystyny Lipki-Sztarbałło (bardzo lubię tę artystkę, brałam udział w prowadzonych przez nią warsztatach, kilka zilustrowanych przez nią książek należy do naszej kategorii „ulubione”, ale nic nie poradzę: rysunki do „Bajki…” bardzo mi się nie podobają). Gdy jednak przypomnieć sobie jaki jest cel tej książki (zapoznać dzieci – w sposób dla nich zrozumiały – z pojęciami i terminami muzycznymi), okaże się, że wszystko jest tak jak być powinno. A nawet znacznie lepiej.

Wychowanie muzyczne w szkołach leży i kwiczy. Starszy, aktualnie uczeń klasy V, nie dalej niż w październiku nie umiał rozpoznać ani jednej nuty, co objawiło się jedynką z kartkówki  (razem z nim taką ocenę otrzymało 9/10 uczniów jego klasy; nie do mnie należy kierować pytania dlaczego). Młodszy chętnie chodzi ze mną do filharmonii, ale szkolnych lekcji muzyki nie lubi (jako jedynych, bo poza nimi lubi wszystkie inne). Gdy zaserwowałam obu (Starszego trzeba było na początku lekko przycisnąć do siedzenia – ta książka zdecydowanie nie jest książką dla dziesięciolatków z aspiracjami do bycia jedenastolatkami) „Bajkę o piosence i nutkach”, nie wierzyłam temu, co widzę. Po pierwsze, zrozumieli wszystko i w lot. Po drugie, bardzo im się podobało. Po trzecie, kilka miesięcy po lekturze nadal pamiętają. Po czwarte wreszcie, Starszy bez problemów napisał poprawę kartkówki (szkoda, że jak zwykle szkoła osiągnęła cel dzięki moim a nie własnym staraniom).

ta na środku to ja. Tak właśnie wyglądam
Lekturę przetestowałam także na większej grupie dzieci. Dla wzmocnienia efektu dołożyłam akordeon, zdecydowanie łatwiejszy do wniesienia do klasy niż pianino. Skutek? Dokładnie taki sam jak w przypadku moich synów. Podejrzewam, że gdyby udało się popracować z książką dłużej niż pół godziny, okazałoby się, że każde z dzieci (a była to grupa sześcio- i siedmiolatków) odkryło w sobie zamiłowanie do muzyki. Nie żartuję. To naprawdę tak działa.

W posłowiu Lidia Bajkowska napisała: „Starałam się, aby moja książka była łatwym kluczem, który nie tylko otwiera wrota do krainy wysokich i niskich dźwięków, ale także do całego świata muzyki”.

Chapeau bas! Szkoda tylko, że nawet pani profesor nie wie jak sprawić, by jej klucz stał się dostępny dla każdego dziecka.

W tekście pisałam o - kolejno:
Dorota Wyżyńska-Konopielko „Chopin oczami dziecka”, ilustracje Katarzyna Bogucka. Book House, 2008.
Neil Ardley „Instrumenty muzyczne”, tłumaczyła Krystyna Bielawska. Wydawnictwo Arkady, Warszawa 1992.
Anna Siemińska „Kot w nutach”, ilustracje Piotr Szmitke. Oficyna Artystyczna Astraia, Kraków 2012.
Michael Cox „Odlotowa muzyka”, tłumaczył Piotr Makak Szarłacki, ilustrował Philip Reeve. Wydawnictwo Egmont Polska, Warszawa 2003.
Izabella Klebańska „Operowe stra…aaa…achy”, ilustrowała Małgorzata Flis. Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012.
Anna Czerwińska-Rydel „Wszystko gra”, ilustrowała Marta Ignerska. Wytwórnia, Warszawa 2011.
Anna Czerwińska-Rydel „Co tu jest grane?”, ilustracje Katarzyna Bogucka. Wytwórnia + Narodowy Instytut Fryderyka Chopina, Warszawa 2012.
Jacek Krakowski „Kto tak pięknie gra”, ilustrował Edward Lutczyn. Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1986.
Lidia Bajkowska „Bajka o piosence i nutkach. Muzyka dla najmłodszych”, ilustrowała Krystyna Lipka-Sztarbałło. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1992.