wtorek, 31 grudnia 2013

O. Woźniak "Brud", czyli wszystkiego brudnego w Nowym Roku!

Ostatnimi czasy blog wyewoluował mi z lekka w stronę ekshibicjonistyczno-patetyczną, toteż gdy chodzi o kreowanie się na niezwykle mądrą literaturoznawczynię, rok 2013 mogę spisać na straty.
Korzystając więc z okazji, że oto zamieszczam ostatni post w tymże roku, dam jeszcze raz upust targającym mną złym skłonnościom.

Kiedy jeszcze byłam grzecznym dzieckiem płci żeńskiej, przyjęłam do wiadomości, że należy myć.
Najczęściej ręce, nieco rzadziej zęby i całe ciało, zaś najrzadziej podłogi (najlepiej w sobotę).
W miarę jak dorastałam, dowiedziałam się także, że warto jest dodatkowo ścierać na mokro kurze (mniej więcej tak samo często jak podłogi), prać (teoretycznie rzadziej, ale praktycznie częściej) oraz ogólnie utrzymywać ład i porządek (niby wystarczy tylko dwa razy do roku, przed świętami, ale tak naprawdę jest to proces permanentny).
O ile jednak myłam grzecznie i regularnie ciało przede wszystkim z uwagi na pogłoski, jakobym brudna nigdy miała nie znaleźć męża, jak przytrafiło się to Butenkowemu Kopciuszkowi (wiem, że to już było, także u Aine, ale tego obrazka dla mnie nigdy dosyć!),


o tyle sama nie wiem, co skłaniało mnie do regularnego dbania o czystość w mieszkaniu.
Z całą pewnością nie była to książka „Brud”, bowiem powstała zupełnie niedawno.


Na trzydziestu pięciu stronach jej twórcy – autorka tekstu Olga Woźniak i ilustrator Patryk Mogilnicki – przedstawili szereg mrożących krew w żyłach informacji na temat potworów czających się w otaczającym nas świecie. Im on brudniejszy, tym więcej potworów, rzecz to jasna.

Sporo dowiemy się więc o kurzu i sposobach jego usuwania, a jeszcze więcej o brudzie na ciele. Większość tych informacji dla dorosłego nie stanowi żadnej nowości (może poza tą o najbrudniejszym pępku świata), ale niejednemu dziecku zmrożą krew (miejmy nadzieję, czystą) w żyłach. Podane naukowym, ale zrozumiałym językiem, okraszone ciekawostkami oraz nietypowymi (głównie z uwagi na kolorystykę) ilustracjami, mogą okazać się cenniejszym wkładem w proces uhigieniczniania małoletnich niż wielokrotne strzępienie języka przez rodzica. O ile oczywiście czytanie książki będzie odbywać się cyklicznie i po wielekroć, tak aby prezentowane w niej treści dobrze się utrwaliły.


Ze swojej strony muszę jednak wyrazić ubolewanie nad pominięciem szeregu istotnych danych dotyczących na przykład ilości i rodzaju bakterii mieszczących się w kozach z nosa. Skoro jest o kupie, powinno być i o kozach, to oczywiste. A przynajmniej jest takowe dla matki dwóch notorycznie dłubiących w nosie synów.


Myli się jednak ten, kto sądzi, że ekshibicjonizm tego posta będzie sprowadzał się do wyznań na temat rogatych zwierzątek. W zanadrzu mam bowiem dużo bardziej mrożącą krew w żyłach historię, ujawniającą brudną stronę mojej osobowości.

Otóż, gdy przed Świętami podpierałam się nosem, usiłując jednocześnie okazać się Pracownikiem Roku (czytaj: zakończyć przed świątecznym urlopem wszystkie pilne sprawy), wytwarzającą przedświąteczną atmosferę Matką Roku (czytaj: pieczenie pierniczków, klejenie łańcuchów) oraz Żoną Roku (nie pytajcie), okazało się, że nijak nie da się być jednocześnie także Perfekcyjną Panią Domu Roku. Chociaż bowiem mąż prawie regularnie odkurza i jeszcze bardziej prawie regularnie myje podłogi (PPD powinna do perfekcji mieć opanowane także delegowanie obowiązków), to jednak od czasu do czasu warto byłoby poodkładać na swoje miejsce to, co przewędrowało całkiem gdzie indziej, a także pozbyć się grubej na palec szarej warstwy kurzu, ozdabiającej wszystkie półki i stojące na nich przedmioty. Niestety, dobry wynik w tej ostatniej konkurencji uznałam za całkiem niepriorytetowy, wskutek czego nie przebrnęłam nawet przez kwalifikacje.

I nie byłoby w tym nic godnego uwagi, gdyby nie fakt, że pewnej przedświątecznej nocy zostałam świadkiem bicia rekordu temperatury własnej, wynoszącego dotąd w moim domu 40,2°C. Gdy okazało się, że żaden środek przeciwgorączkowy nie działa na Młodszego (bo on to był tym śmiałkiem), obkładając go lodem rozejrzałam się wokół, uświadamiając sobie, że oto trzeba będzie chyba za chwilę wezwać pogotowie. Widok nie był budujący.
Wyglądało tam bowiem tak:


oraz tak:
tak, w tym łóżeczku nikt nie śpi już od dawna, ale gdzie znajdę praktyczniejszy składzik?

a także tak:                                 o nie, tego nie pokażę!

Wtedy najpierw pomyślałam sobie, że ależ jak to, nie można tu wpuścić nikogo obcego, nawet z pogotowia, bo CO SOBIE O MNIE POMYŚLĄ?!, a zaraz potem zaczęłam intensywniej mrozić Młodszego. Jemu pomogło od razu, a mi dopiero teraz.
Dlatego też niniejszym chciałabym uroczyście złożyć sobie najlepsze noworoczne życzenia.

Życzę sobie, aby w Nowym Roku spłynęła na mnie mądrość bycia wyrozumiałą dla siebie samej, połączona z umiejętnością cieszenia się z tego, że życie – choć może i brudne – jest piękne i generalnie dobrze sobie z nim radzę!

A skoro Olga Woźniak w „Brudzie” napisała, że „Na szczęście nie wszyscy dorośli lubią sprzątać. Niektórzy wolą badać brud i zostają naukowcami”, to dodatkowo życzę sobie, abym odkryła u siebie żyłkę naukowca.

I Wam również życzę tego samego, o ile już nie jesteście szczęśliwymi twórcami doktoratu z brudologii.

Olga Woźniak „Brud”, ilustracje Patryk Mogilnicki. Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa 2012. 

sobota, 28 grudnia 2013

J.Twardowski "Święta dobrych życzeń", czyli chodź gender, niech cię uściskam

Nie roszcząc nigdy pretensji do bycia katolicką publicystką, nie mając teologicznych aspiracji i nie dążąc do sformowania równiutkiego rządku blogowych dusz, nie przypuszczałam, że kiedykolwiek inspiracją do napisania posta stanie się dla mnie list pasterski Konferencji Episkopatu Polski (w skrócie: KEP) skrzyżowany z twórczością księdza Jana Twardowskiego.
A jednak. Są na tej ziemi rzeczy, o których nie śniło się momartom, KEP-om i najtęższym filozofom.

List – w wersji drugiej, uładzonej – przeczytałam zawczasu z uwagą i ze zrozumieniem.
Moim zdaniem, wnioski płyną z niego dwa.

Wniosek pierwszy i podstawowy: członkowie KEP nie odrobili lekcji i nie rozumieją tego, co podpisali. Nie rozumieją tak bardzo, że nie potrafią wyłapać w tekście oczywistych sprzeczności. W jednym zdaniu zapewniają bowiem, że dyskryminacja ze względu na płeć to samo zło, po czym w drugim porównują gender do wszystkiego co najgorsze, poczynając od marksizmu, przez niektóre ruchy feministyczne, aż do rewolucji seksualnej. Absolutnie i ani trochę nie pojmują przy tym najwyraźniej, że jedno wiąże się z drugim, przy czym nie chodzi tu wcale o to, że to przez ten straszny gender na świecie występuje dyskryminacja.

Ponieważ jednak pierwszy akapit tego posta brzmiał jak brzmiał, bez dalszego wymądrzania się przejdę czym prędzej do wniosku drugiego.
Wiążącego się z książką. Do tego dla dzieci.

Po ubiegłorocznej karencji postanowiłam bowiem w tegorocznym Adwencie wrócić do pomysłu czytania dzieciom książki o tematyce choćby lekko religijnej, pomagającej w przypomnieniu pierwotnego sensu Świąt Bożego Narodzenia.


Padło na dzieło firmowane nazwiskiem księdza Jana Twardowskiego, które okazało się być kompilacją tekstów pochodzących z jego kazań dla dzieci, wygłaszanych przez szereg lat w Warszawie w kościele Sióstr Wizytek. Najstarsze z nich pochodzą z roku 1962, zaś najnowsze – z 2002, co stanowi całą epokę i co – niestety – widać.
Wydanie, które miałam w rękach („drugie, zmienione, poszerzone”) grzeszy bowiem objętością i nadmiarem powtórzeń. Z księdzem Twardowskim wędrujemy niby tylko przez kościelny czas Adwentu i Bożego Narodzenia, aż do święta Trzech Króli, jednak po drodze zahaczamy o zbyt wiele „pasujących” wątków i zbyt często wracamy do tych samych pomysłów, by nie znudzić się lekturą. I o ile takie powtórzenia można by wybaczyć samemu księdzu Twardowskiemu, który kierował swoje teksty do czterdziestu kolejnych roczników odbiorców, co roku nowych, o tyle od trzymającej żelazną ręką prawa do spuścizny po księdzu Aleksandrze Iwanowskiej należałoby spodziewać się czegoś więcej.
Aż strach pomyśleć, jak będzie wyglądało wydanie trzecie, skoro drugie w porównaniu z pierwszym powiększono o szesnaście nowych tekstów. Ja w każdym razie boję się tak bardzo, że na pewno tego nie sprawdzę.

Jeśli chodzi natomiast o meritum, to – niezależnie od tego, że dzięki tej książce w ładny i bardzo prosty, by nie powiedzieć prościutki, sposób przypomnieliśmy sobie parę ważnych prawd – pierwszoplanową bohaterką okazała się nieadekwatność i anachroniczność sporej części przekazu.
Nieadekwatność wypisz, wymaluj, jak z listu KEP-u.

Jeden z rozdziałów poświęcony jest bowiem świętemu Szczepanowi, oficjalnie ogłoszonemu przez Kościół pierwszym męczennikiem (domyślam się, że tekst pochodzi z kazania wygłoszonego 26 grudnia). O świętym Szczepanie nie znajdziemy tam jednak wiele; osią historii jest odpowiedź na postawione na wstępie pytanie: „Kto jest pierwszym męczennikiem w domu?

Powiem szczerze. Nie wiem kto – po zapoznaniu się z odpowiedzią – zdębiał bardziej: ja czy moje dzieci, ale stawiam, że raczej one.
Ksiądz Twardowski wyjaśnia bowiem, że prawidłowa odpowiedź brzmi: „mamusia”, po czym szczegółowo uzasadnia:
- „Budzi się rano, żeby przygotować śniadanie, ustawić wszystko na stole, zaparzyć kawę.
- „Potem troszczy się o obiad.
- „Dźwiga torby z kartoflami, marchwią, kapustą, jabłkami i innymi owocami.
- „Mamusia gotuje, zmywa, pierze, szoruje, zamiata.

Być może powodem zdębienia było to, że w naszym domu przygotowywanie śniadania należy do obowiązków tatusia.
Być może również i to, że także obiady zazwyczaj gotuje tatuś, a jedynie niekiedy mamusia (w zasadzie należałoby też wspomnieć o przedszkolnym panu kucharzu i szkolnych paniach kucharkach, którzy żywią nasze dzieci przez pięć dni w każdym cudownym tygodniu w ciągu roku szkolnego).
Nie można też wykluczyć, że doszło do zderzenia z przyjmowanym dotąd przez moje dzieci za oczywisty poglądem, że mamusia owszem, robi zakupy, ale nie może dźwigać ciężkich siat, a powinna każdorazowo zaprząc do tej roboty jakiegokolwiek mężczyznę, który ma więcej niż trzy lata.
Nie wspomnę również o tym, że akurat ta mamusia, którą mam na myśli, dysponuje pisemnym zaleceniem lekarskim, na którym drukowanymi literami wypisany jest zakaz zbliżania się do odkurzacza i mopa na odległość mniejszą niż metr.

Jakaś głupia ta książka, mamo.” – wyznał szczerze Starszy i nijak nie mogłam odmówić mu racji.
Dlatego też na szczęście już sama doczytałam końcowy fragment rozdziału, w którym – w jednym akapicie – dodano, że „męczennikiem w domu jest też tatuś”, po czym wyjaśniono, że chodzi o to, że „stale go męczą, by kupił lepszy samochód, by zabrał do kina. Wrócił z pracy chory, a i tak go męczą.

Nie ujmując nic księdzu Twardowskiemu, do którego poezji ciągle żywię sporo sympatii, myślę, że to dobrze, że jego czasy, w których za oczywisty uznawano taki tok myślenia, odchodzą bezpowrotnie.
Szkoda tylko, że tak pomału, skoro w roku 2013 ktoś wydał książkę zawierającą takie treści (pojawiają się one jeszcze parę razy, w innych miejscach).

I w ten to sposób koniecznym w tym miejscu stało się wyjawienie drugiego z wysnutych przeze mnie wniosków.
Jakkolwiek by to nie bluźnierczo zabrzmiało (osobiście wierzę w inteligentnego Boga, niech się martwią ci, którzy wierzą w innego): dzięki Ci, Panie, za gender!

Ks. Jan Twardowski „Święta dobrych życzeń”, ilustracje Marcin Strzembosz. Wydawnictwo Święty Wojciech, Poznań 2013. 

poniedziałek, 23 grudnia 2013

NIezdrowo gorąco, czyli pięć razy życzenia

Kalendarz pokazuje, że ponoć zima i ponoć zaraz Święta.
Termometry – ten zewnętrzny, i ten wewnętrzny – pokazują jednak coś zupełnie innego.
Na zewnątrz pojawiają się bowiem pierwsze pączki i zdziwione tulipany.
Wewnątrz szaleją zaś wirusy, wytwarzając – specjalnie dla moich dzieci – czterdziestostopniową temperaturę.
W zasadzie nie wiadomo więc, dlaczego przydźwigaliśmy do domu choinkę zamiast palmy. Nie jest też jeszcze do końca jasne, komu, kiedy i w jakim stanie uda się pod nią podczołgać; pewne jest jednak, że droga tej osoby będzie znaczona śladami kataru, a niepohamowane napady kaszlu na bieżąco będą wskazywać jej aktualne miejsce położenia.

Z katarem czy bez, świąteczna tradycja nakazuje, by złożyć życzenia.

Najpierw ściąga, dla tych, którzy zawsze mają problem, czego by tu życzyć innym (ściąga pochodzi z książki „Dzień dobry”, napisanej przez Wandę Chotomską, a zilustrowanej przez Bohdana Butenko):







A teraz twórczość własna, luźno inspirowana rymami wprost z Częstochowy i sponsorowana przez gorączkę:

Ile książek jest na świecie,
ile ciastek w święta zjecie,
ile w karpiu będzie ości,
tyle życzę Wam miłości!


 Zdrowych Świąt!

niedziela, 15 grudnia 2013

Prezenty dla każdego, czyli o przedświątecznym (bez)sensie

Od paru dni przeżywam dysonans poznawczy.
Wprawdzie jak na razie przygotowuję się do świąt w sposób raczej umiarkowanie zaawansowany (kolejny raz powtarza ta się ta sama śpiewka: „jeśli chcesz wziąć urlop dzień przed świętami oraz po nich, musisz najpierw na to bardzo ciężko zapracować”), tym niemniej nawet ja nie jestem w stanie ignorować dobiegających zewsząd sygnałów.

I nic to, że wskazują one raczej na to, iż oto zbliżamy się do szczytowego momentu obchodów Dnia Wielkiego Konsumenta niż do czegoś, co kiedyś, bardzo dawno temu, zrodziło się na podłożu religijnym. Sygnał to sygnał, trzeba przynajmniej drgnąć.


Drgam więc za każdym razem, ilekroć w którejś z gazet widzę wkładkę poświęconą „najlepszym świątecznym prezentom”.
Może jestem dziwna, a może niegospodarna, jednakowoż nie tylko, że mnie na część proponowanych prezentów nie stać (a według skali podatkowej zaliczam się podobno do grupy najbogatszych osób w tym kraju), to jeszcze nie widzę sensu w kupowaniu „dla niej, dla niego i dla dzieci” podarków za kilkaset lub kilka tysięcy złotych sztuka. Pomijając już moralność takiego przedsięwzięcia, pojawia się bowiem pytanie: po co?

Wprawdzie autorzy bezpłatnego dodatku do tygodnika „Polityka” przekonują, że „to denerwujące, gdy koleżanka ma taką samą torebkę jak ty”, to jednak, patrząc na moją bardzo ładną skóropodobną torebkę, nabytą w jednej z sieci obuwniczych za kilkadziesiąt złotych, nijak nie mogę wzbudzić w sobie takiego poziomu zdenerwowania, który wywołałby u mnie niedające się usunąć pragnienie znalezienia pod choinką wartej 420 złotych „szytej na zamówienie, unikatowej torby, a w dodatku modnej i pojemnej”.



Gdy zaś widzę zdjęcie złotej zawieszki z cyrkoniami z informacją, że za jedyne 639 złotych wydane przez bliską mi osobę (wychodziłoby, że przez męża, z którym mamy wspólne konto, bo bogatego kochanka, póki co, się nie dorobiłam, a najwyraźniej powinnam) mogłabym podziwiać jak „światło odbija się we wnętrzu kamienia i powraca w postaci licznych wiązek, iskrząc się i błyszcząc”, wiem, że mimo iż zapewnia się mnie, że „mało kto pozostanie obojętny na urok tego zjawiska”, ja jestem nieczuła niczym głaz.




Od czasu przeczytania dodatku zadręczam się także, czy mój mąż nie obrazi się na świętego Mikołaja, gdy nie znajdzie pod choinką szytej w Polsce koszuli Agonista za jedyne 485 złotych. Jak przekonują twórcy dodatku, „mężczyzna, który ma ją na sobie, mówi (…) światu: „Jestem pozytywny, przedsiębiorczy, świadomy własnej wartości i siły. Nie jestem uprzedzony, raczej otwarty i wolny od stereotypów. Mam pasję. Nie boję się zmian”.
I jak on ma żyć, nie mając takiej koszuli, jak żyć?


Wreszcie, muszę wyznać, że czuję się nieswojo, że – mając na stanie ośmiolatka – nie doszłam nawet do sugerowanego przez twórców dodatku etapu „pierwszego tabletu dla dziecka”. Wystarczyło bowiem wydać 520 złotych, by maluszek mógł cieszyć się „udanym, markowym i niedrogim” tabletem „z 7-calowym ekranem oraz kamerami z przodu i tyłu (…), który bez zadyszki uruchomi filmy, gry, programy edukacyjne i zamruczy czysto kołysankę przez głośniczki Beats Audio”. Aż boję się pomyśleć, co wyrośnie z mojego dziecka, któremu kołysanki mruczeli wyłącznie rodzice, przy czym nie zawsze czysto i rzadko w stereo.

Wspomniałam jednak o dysonansie poznawczym.
Po pierwsze, można było go odczuć już przeglądając listy potrzeb rodzin, którym pomagano w ramach akcji „Szlachetna paczka”. Może gdyby takie listy zawczasu rozesłać po redakcjach „opiniotwórczych” gazet, choć kilka zawstydziłoby się i dałoby spokój z drukowaniem takich głupot, jak te wyżej przytoczone.
Od osób aktywnie zaangażowanych w tegoroczną „Szlachetną paczkę” wiem ponadto, że w mojej okolicy co najmniej kilku darczyńców okazało się umiarkowanie szlachetnych (co wyszło na jaw gdy rozpakowano dostarczone przez nich w glorii chwały prezenty, dla których bardziej adekwatną nazwą byłyby jednak "ochłapy"). Być może stało się tak dlatego, że po tym, jak już, z przywołanym poradnikiem w ręku, zakupili wszystkie niezbędne prezenty dla najbliższych, postanowili jednak zaoszczędzić, wobec czego dokonali cięć w puli „na dobroczynność”.

Po drugie, w piątek otwierano w moim mieście czwarty kolejny dyskont spożywczy jednej z dwóch najpopularniejszych w Polsce marek (oprócz tego są jeszcze dwa inne, innych marek). Kiedy przejeżdżałam obok o godzinie ósmej rano, przed wejściem stał zbity tłum, a samochody klientów nie tylko, że zajmowały cały, dość duży, parking sklepowy, to jeszcze stały we wszystkich możliwych (i niemożliwych także) do zaparkowania miejscach w promieniu 50 metrów. Nie wiem, czy tego dnia do zakupów dodawano gratisowe baloniki czy też stwarzano możliwość kupienia pomidorów za pół ceny, jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że powinnam się zdecydować na którąś z opcji:
- albo jesteśmy bardzo bogatym społeczeństwem, któremu poprzewracało się w głowach,
- albo jesteśmy bardzo biednym społeczeństwem, które dla zaoszczędzenia paru złotych gotowe jest stoczyć bój w kłębiącym się tłumie.

Niezależnie jednak od tego czy za prawidłową uznamy pierwszą czy drugą odpowiedź, myślę że największe zyski społeczne przyniosłoby zlikwidowanie świąt.                               

wtorek, 10 grudnia 2013

"Wszyscy ludzie rodzą się wolni", czyli Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka

Wskutek poddania się impulsowi i zamieszczenia ledwie wczoraj poprzedniego, nieplanowanego wpisu, aktualny post – zaplanowany już wcześniej – umieści mnie niewątpliwie w grupie tych, których kryzys blogerski się nie ima, a płodność pisarska budzi przerażenie.
Nic wszak nie poradzę na to, że Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka przypada 10, a nie 11 czy 12 grudnia.

W zasadzie dobrze się jednak złożyło, bowiem prawa człowieka nierozerwalnie wiążą się z tematyką poruszoną w poprzednim poście i tym, o czym rozmawialiśmy w komentarzach (zwłaszcza z uważną Anonimową czytelniczką, dziękuję!). Dlatego będzie znów nieco patetycznie.

Za znakomite wprowadzenie niech posłuży cytat z wypowiedzi Eleonory Roosevelt, przywołanej w przedmowie do książki, o której będzie dzisiaj.


Zapytana o to, gdzie zaczynają się powszechne prawa człowieka, pani Roosevelt odpowiedziała tak:
Niedaleko domu – tak blisko, że nie widać tego na żadnej mapie świata. Jest to świat pojedynczego człowieka, okolica w której mieszka; szkoła czy uniwersytet, na który uczęszcza; fabryka, gospodarstwo czy biuro, w którym pracuje. W takich miejscach każdy mężczyzna, każda kobieta i dziecko potrzebują równych praw, równych szans i godnego życia bez dyskryminacji. Jeżeli prawa człowieka nie będą tam respektowane, nie będą też miały znaczenia nigdzie indziej. Bez troski obywateli o ochronę praw człowieka w najbliższym otoczeniu, daremnie będziemy oczekiwać postępu w skali globalnej.

Nie ukrywam, że takie podejście jest mi bardzo bliskie.
Mam bowiem wrażenie, że jeśli odpuścimy sobie walkę o to, aby w naszym najbliższym otoczeniu poziom przestrzegania praw człowieka był jak najwyższy, nieprędko uda się realnie poprawić warunki bytowania tych, którzy żyją znacznie dalej niż my. Skupieni na własnych problemach, może mniej dramatycznych niż te, z którymi borykają się ludzie po drugiej stronie globu, ale ciągle jeszcze często sprowadzających się do prostych pytań o to, za co i jak przeżyć, jak nie stracić resztek godności, z trudem przyjmujemy do wiadomości, że i my możemy, a nawet powinniśmy komuś pomóc.

A kiedy widzę z jakim trudem przychodzi żyjącym w Polsce dorosłym, pozornie wykształconym ludziom wprowadzanie standardów, które w innych krajach od dawna wydają się oczywistością (wystarczy zerknąć na przygotowany z okazji dzisiejszego dnia raport polskiej Rzecznik Praw Obywatelskich i ranking problemów, które stanowią jej zdaniem aktualnie największe zagrożenie z punktu widzenia przestrzegania praw człowieka i obywatela w naszym kraju), jestem pewna, że trzeba zaczynać jak najwcześniej. Sama nie dalej jak w ubiegłym tygodniu znalazłam się bowiem w sytuacji, w której okazało się, że moja światłość nie jest wcale taka świetlista jak mi się wydawało, gdyż gdzieś z tyłu mojej głowy chichoczą poglądy, których mogę się tylko wstydzić.

Jeśli będziemy tłukli dzieciom do głów, że są pewne rzeczy, z którymi się nie dyskutuje, takie jak prawo do życia, wolności, bezpieczeństwa, równości – DLA WSZYSTKICH, może za dwadzieścia lat będzie choć trochę lepiej. A za kolejnych dwadzieścia - jeszcze lepiej.  

Moim skromnym zdaniem nie zaszkodziłoby, gdyby wydana dzięki inicjatywie Amnesty International ilustrowana Powszechna Deklaracja Praw Człowieka (w Polsce pod tytułem „Wszyscy ludzie rodzą się równi”) była obowiązkową lekturą w szkole podstawowej.


Lektura samego tekstu Deklaracji nie sprawia bowiem zazwyczaj nadmiernej przyjemności (a wiem co mówię, gdyż od pewnego czasu dzięki Radzie Europy zgłębiam sprowadzającą się w zasadzie do tego samego, tyle że europejską Konwencję o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności). Śmiem nawet twierdzić, że wielkość populacji, której kiedykolwiek udało się ze zrozumieniem przeczytać wszystkie trzydzieści artykułów można określić w promilach (albo nawet w promilach promili).
Z tego właśnie powodu „Wszyscy ludzie rodzą się równi” uważam za strzał w dziesiątkę.



Z okazji 60 rocznicy powstania Deklaracji (która przypadała w roku 2008) Amnesty International poprosiła znanych artystów o zilustrowanie każdego z trzydziestu postanowień tego aktu prawnego.


Powstały prace bardzo różne, tak jak różni są owi artyści.
Niestety, większości z nich nie znam (do tej pory, o ile dobrze kojarzę, zetknęłam się z ilustracjami tylko dwóch z nich: Niemca Axela Schefflera, który przepięknie narysował Gruffalo oraz Anglika Chrisa Riddella, który zilustrował chociażby wydaną u nas dosłownie przed chwilą książkę Neila Gaimana „Na szczęście mleko”) i – także niestety – nie ma wśród nich żadnego Polaka czy Polki.


Wspólnym mianownikiem każdej ilustracji jest prostota, która pozwala nie zgubić sedna.

Jedni stworzyli przy tym kolorowe rysunki, pełne detali:
 
(widoczny na obrazku pomnik przedstawia Nelsona Mandelę, którego pogrzeb odbył się dzisiaj)
art. 3, ilustr. Nicky Daly (RPA)

Inni wybrali wersję prostą, w plakatowy sposób dosadną:

art. 5, ilustr. Jane Ray (Wielka Brytania)

Niektóre ilustracje są bardzo artystyczne:

art. 13, ilustr. Alan Lee (Wielka Brytania)

Inne mniej, za to bardziej zabawne:

art. 28, ilustr. Chris Riddel (Wielka Brytania)

 I choć wątpliwości może budzić gust osoby odpowiedzialnej za wybór czcionek, którymi wypisano streszczenia poszczególnych norm,

art. 25, ilustr. Brita Granström

to pewnym jest, że jeśli nasze dzieci za oczywistość uznają treść przepisu art. 1 Deklaracji, zgodnie z którym „wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw. Są oni obdarzeni rozumem i sumieniem i powinni postępować wobec innych w duchu braterstwa”, będą miały spore szanse, by stać się lepszymi od nas ludźmi.

art. 1, ilustr. John Burningham (Wielka Brytania)

„Wszyscy ludzie rodzą się wolni. Ilustrowana Powszechna Deklaracja Praw Człowieka”, wprowadzenie Lecha Wałęsy, tłumaczenie Agnieszka Szymczak. Wydawnictwo Arkady we współpracy z Amnesty International, Warszawa 2009. 

poniedziałek, 9 grudnia 2013

W. Tochman "Eli, Eli", czyli dalej jest gorzej, ale blisko też nie najlepiej

Jedną z rzeczy, którą lubię najbardziej zarówno w czytaniu książek, jak i pisaniu bloga, jest nieprzewidywalność.
Moje codzienne życie w zasadzie – z małymi wyjątkami – bywa porządne i poukładane; mniej więcej wiem, co będzie się w nim działo za tydzień czy miesiąc.
Jak na razie nie potrafię jednak przewidzieć tego, co będę za tydzień czytać, ani tego o czym zechcę napisać.


Najnowszej książki Wojciecha Tochmana nie planowałam czytać. W dużej mierze było to spowodowane wrażeniami ze spotkania z tym autorem, podczas którego nieco zraziła mnie przybrana przez niego poza. Nie przepadam za osobami sprawiającymi wrażenie, że patrzą na wszystkich rozmówców z góry. I nawet jeśli wiem, że to raczej nieprawda (a sądzę, że tak jest w przypadku Tochmana), to trudno wykrzesać z siebie więcej niż tylko odrobinę sympatii.
Kiedy jednak stało się tak, że niespodziewanie, pod wpływem impulsu, przeczytałam „Eli, Eli”, nie wydawało mi się, abym mogła o tej lekturze cokolwiek w najbliższym czasie napisać. Niekompatybilność tej pozycji z choinkami, bombkami i Mikołajami wydaje się bowiem być aż nadto wyraźna.

Tymczasem okazało się, że jest zupełnie inaczej.

„Eli, Eli” z estetycznego punktu widzenia znakomicie nadaje się na prezent gwiazdkowy.
To książka pięknie wydana, z przemyślaną kompozycją i cudownymi, artystycznymi zdjęciami. Gdy dodać do tego nietypowy format i wysoką jakość papieru, aż żal nie położyć jej pod choinką.
W zasadzie zresztą, przeglądając ją pobieżnie w księgarni, można nie zorientować się, że to o filipińskich slumsach i ich mieszkańcach. O potwornej, w zasadzie niewyobrażalnej dla nas nędzy, ludzkim okrucieństwie i bezduszności. O nieszczęściu i braku perspektyw. O cierpieniu.

Nie każdy, w tym i ja, zrozumie dlaczego powinien interesować się tym, co na co dzień dzieje się w Filipinach. Zwłaszcza, że liczba ludzkich tragedii w Polsce ciągle wydaje się być wysoka.
Rozumiem, dlaczego tym tematem zainteresowali się i Tochman, i Wełnicki (autor zdjęć); zostało to dokładnie wyjaśnione w ostatnim rozdziale i w dołączonych „podziękowaniach”. 
Dalej jednak nie wiem, czy i po co i ja muszę to wszystko wiedzieć.

Nie żałuję, że przeczytałam tę książkę, ale trochę dziwię się, że tak mało mnie obeszły opisane w niej historie.
A każda z nich jest niezwykle dramatyczna. Wstrząsająca.

Każdy rozdział opowiada inną historię. Punktem wyjścia jest za każdym razem zdjęcie.
Najbardziej spektakularna historia to opowieść o „dziewczynie z perłą”, Josephine, chorej na rzadką i nieuleczalną chorobę skóry.
Bohaterami innego rozdziału jest dwójka żyjących w szafie malutkich dzieci, które – gdyby nie pojawiły się na drodze twórców tej historii – być może dziś już by nie żyły.
Pojawia się też opowieść grozy, o ludziach żyjących na cmentarzach.
Będzie i o bezmyślnych zachodnich turystach, wybierających się do slumsów na rodzaj safari, i o wykorzystujących ich głupotę tubylcach.
I o tym, jak ciężko jest w filipińskich slumsach zarobić tyle, ile w Polsce uznalibyśmy za marne grosze, a co tam stanowi kwotę pozwalającą na przeżycie.
Najwięcej miejsca zajmuje jednak opis beznadziei. I widmo wszechobecnej śmierci.

Tochman opowiada o wszystkim pozornie beznamiętnie, nie ukrywając swojej pozycji piszącego książkę reportera z dalekiego kraju. Przez pierwszych kilka rozdziałów nie zachęca to do lektury. Autor stosuje bowiem dość tanie chwyty, kontrastuje historie w sposób, który daje wrażenie moralizatorstwa.

Różnica między naszym a tamtym światem jest olbrzymia. Jeśli jednak w przypadku Chin czy chociażby Bangladeszu, mogę wykrzesać z siebie rodzaj poczucia winy, chociażby z uwagi na kupowanie taniej odzieży i napędzanie koniunktury na towary produkowane przez bezwzględne zachodnie koncerny, o tyle z Filipinami idzie mi znacznie gorzej.
Osobiście nie podróżuję bowiem w tamte strony, nie zatrzymuję się w luksusowych hotelach, że o nieuprawianiu seksturystyki nie wspomnę.

Wiem, że na świecie jest mnóstwo miejsc, w których jest bardzo źle, ale na co dzień widuję za dużo potwornej polskiej biedy i okropnych ludzkich nieszczęść, które dzieją się na wyciągnięcie ręki, aby wzruszać się wystylizowanymi historiami o jeszcze gorszych nieszczęściach w jeszcze czarniejszych miejscach. Nawet jeśli są znakomicie napisane.
I choć mniej więcej w połowie tej, dość krótkiej, opowieści, zrozumiałam (tak mi się przynajmniej wydaje) cel przyjęcia przez Tochmana takiej, a nie innej maniery pisarskiej, to jednak nie zaczęłam dzięki temu bardziej współodczuwać.
Może to mój defekt, może brak wrażliwości, a może nic w tym złego. Jedni spełniają się globalnie, inni zaś lokalnie.

Paradoksalnie jednak, teraz, tuż przed Świętami, dostrzegłam jedną ważną rzecz, o której pisze Tochman.
Hipokryzję pomagających.
Nie jest sztuką rzucić dolara na ulicy, albo dać banana głodnemu dziecku (które za chwilę może umrzeć wskutek zadławienia się nim), po czym odwrócić się na pięcie i odejść w glorii wielkiego dobroczyńcy.
Pomagać też trzeba umieć, a przede wszystkim trzeba robić to z pokorą.
Tochman nie kryje zresztą, że sam nie okazał się mistrzem w tej dyscyplinie. W książce napisał o tym w sposób, który jednak trochę mnie zirytował, może przez to, że nie do końca zaakceptowałam wspominaną wyżej manierę. Na szczęście przeczytałam także rozmowę z nim, zamieszczoną w 41 numerze tegorocznych „Wysokich obcasów”, a przeprowadzoną przez Dorotę Wodecką, w której mówił o tym w sposób dużo bardziej dla czytelnika strawny, gdyż niewystylizowany.

A napisałam dziś post o tej książce dlatego, że wczoraj pewna daleka znajoma, pracująca dla dużej korporacji, otrzymała od swojej szefowej maila.
W wiadomości zawarta była informacja o tym, że otóż – chwalmy Pana! – zarząd korporacji, której ma zaszczyt być trybikiem, postanowił przed świętami pomóc wybranej przez siebie ubogiej rodzinie. Ze strony zarządu pomoc sprowadza się do rzucenia szczytnego hasła oraz zarządzenia wśród trybików obligatoryjnego uczestnictwa w zbiórce pieniędzy. Wszystko podlane świątecznym sosem, pełnym haseł o miłości bliźniego.
Moja znajoma pracuje dla tej korporacji od kilku lat, ciągle na podstawie kolejnych umów zlecenia, zarabiając aktualnie niewiele ponad tysiąc złotych miesięcznie, a wykonując w zasadzie pracę na pełen etat. Jej sytuacja rodzinna i życiowa jest trudna, by nie powiedzieć, dramatyczna.

Nie trzeba jechać do Filipin, by zrozumieć, że ten świat nie jest najlepszym z możliwych.

Wojciech Tochman „Eli, Eli”, fotografie Grzegorz Wełnicki. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013. 

czwartek, 5 grudnia 2013

Gdzie Mikołaj z Ksawerym się biją, tam DPS w Niegowie może skorzystać, czyli Robótka 2013

W dniu, w którym wszystkie oczy zwrócone są ku niebu, a czai się w nich lęk o to, kto wyjdzie zwycięsko ze śmiertelnego pojedynku: Mikołaj (święty) czy Ksawery (orkan), warto pomyśleć o kimś innym niż tylko o sobie.
Bo nawet jeśli rano okaże się, że wygrał Ksawery, wskutek czego nietknięte ciasteczka nadal tkwią na talerzykach, na których dziecięce rączki położyły je wieczorem, a pod poduszkami tylko pustka, nie musi być to powodem do smutku.

Wystarczy nie zapomnieć o tym, że grudzień to dopiero od niedawna czas zaciągania świątecznych pożyczek i wydawania bajońskich sum na coraz to bardziej wymyślne i drogie prezenty, natomiast znacznie dłuższą tradycję ma wykorzystywanie długich grudniowych wieczorów na robienie czegoś przyjemnego. Dla siebie i dla innych.

Można wspólnie upiec ciasteczka i poczęstować nimi Mikołaja, Ksawerego lub sąsiada.
Można posiedzieć z dziećmi lub znajomymi przy stole w kuchni lub gdziekolwiek bądź i porozmawiać, chrupiąc orzechy albo klejąc świąteczne łańcuchy.
Można też zastanowić się nad tym, czy możemy sprawić komuś w jakiś sposób radość.
W razie braku pomysłów na to jak to zrobić, podsuwam ten oto:


Wystarczy kliknąć TUTAJ, przeczytać w czym rzecz, a potem czym prędzej kupić lub zrobić kartkę świąteczną, wypisać na niej serdeczne życzenia i wysłać.
Tylko tyle. Radości będzie znacznie więcej.

Dziewczyny – Kaczka i Bebeluszek – od czterech lat wykonują naprawdę fantastyczną robotę, czy raczej Robótkę. Ciągle potrzebne są jednak nowe ręce do pracy.

Dla zachęty mogę jedynie dodać, że właśnie dziś święty Mikołaj w przebraniu listonosza nieoczekiwanie dostarczył nam wspaniały prezent prosto z Niegowa.


Nie wiem, czy bardziej podoba nam się przepiękny kalendarz, czy kartka z życzeniami. Pozornie zwykła, wydrukowana na drukarce, jednak gdy się jej przyjrzeć, okaże się, że ktoś – specjalnie dla nas – własnoręcznie pokolorował obrazek.
I te pięć minut, które ktoś znalazł i przeznaczył tylko dla nas, jest niespodziewanym i bardzo wzruszającym prezentem. 

Wypisanie i wysłanie kartki do Niegowa też nie zajmie więcej niż pięć minut. Radość będzie jednak trwała znacznie dłużej.

niedziela, 1 grudnia 2013

A.H.Janowska "Wariacje jesienne", czyli grudniowi na przekór

W zasadzie to głupio, żeby na początku grudnia, gdy wystawy sklepowe skrzą się już od starannie wystylizowanych choinek, a zewsząd słychać dźwięki anglojęzycznych świątecznych piosenek, pisać o książce, która w tytule ma przymiotnik „jesienne”.

Z drugiej jednak strony, gdy wyjrzeć przez okno, jasno (choć dziś to akurat ciemno) widać, że pogoda zdecydowanie jesienna, nie zaś zimowa. Dżdżyście, wietrznie i szaro, brr!



Na takie dni książka Anity Janowskiej nada się jak znalazł. Opowieść snuta z perspektywy bohaterów znajdujących się w jesieni swego życia jest bowiem zasadniczo pogodna, momentami zabawna, chwilami ironiczna, a tylko niekiedy trochę smutna.
To powieść z kluczem, gdyż większość pojawiających się w niej postaci ma swoje pierwowzory wśród faktycznie żyjących kiedyś, a niekiedy i nadal, osób. Podejrzewam, że ktokolwiek nieco lepiej ode mnie zorientowany nie będzie miał większych problemów, by odgadnąć kto jest kim. Tu co nieco podpowiada sama autorka, jednak tak naprawdę znajomość nazwisk i faktów nie jest moim zdaniem niezbędna do tego, by cieszyć się lekturą.

Można potraktować tę historię, pełną różnorakich wątków, wtrętów, postaci, powracających niczym w prawdziwych muzycznych wariacjach, jako opowieść o miłości w wieku dojrzałym. Gdy bohaterowie nie tylko, że dawno mają już za sobą pierwsze kroki w chmurach, ale i są już niekiedy na tyle boleśnie doświadczeni, że już nigdy więcej nie powinni chcieć błąkać się gdziekolwiek ponad ziemią. Niejeden młody człowiek odkryje być może po tej lekturze ze zdumieniem, że takie miłości wcale nie są w niczym gorsze od romantycznych uniesień dwudziestolatków o gładkich twarzach. Nie ulega jednak wątpliwości, że im człowiek starszy, tym droga, którą musi pokonać, by dać szansę miłości, coraz bardziej kręta. Bo choć nasza wiedza o niej wraz z wiekiem staje się coraz pełniejsza, to jednak coraz trudniej jest odrzucić cały bagaż przeżyć i dać się ponieść, bez oglądania się za siebie oraz na boki.

Można także skupić się na tym, że to powieść o literatach, wiodących spokojne życie w Domu Pracy Twórczej w Oborach. Pojawi się więc wiele erudycyjnych wzmianek, błyskotliwych myśli czy literackich tropów.
Dla mnie, osoby, która żyje w zupełnie innym świecie, w wiecznym rozkroku i pogoni za uciekającym czasem, uderzające było całkowite oderwanie bohaterów powieści Janowskiej od takiej jak moja rzeczywistości. Wydają się bowiem być zawieszeni poza czasem i oderwani od jakichkolwiek trosk (poza zdrowotnymi).
Czy wychodzi im to na dobre? Jedna z bohaterek zauważa ironicznie, że są „atrapami uczuciowymi”, gdyż żyją dla obserwacji i są tak naprawdę złodziejami, którzy okradają „bliźniego: z ważnych sytuacji jego życia, z jego wzruszeń, z jego słów. A czy złodziej może szczerze kochać kogoś, kogo okrada?

Mi przypomniała się natomiast zamieszczona w 42 numerze tegorocznego Newsweeka rozmowa z Joanną Bator, która – odnosząc się do życia osób ze środowiska akademickiego – mówiła: „Mogłam żyć na tej wyspie akademickiej i mieć w nosie, co dzieje się poza nią, lecz nie byłam w stanie tego wytrzymać. Moi znajomi są wykształceni, mówią pięknym językiem, słuchają wyrafinowanej muzyki i jest miło. Można zamknąć drzwi i włączyć operę Haendla. Ale można też coś robić na małą skalę: uratować parę kotków, spędzić parę godzin w hospicjum. Albo napisać książkę. Czy wystarczy, że piszę książki, których bohaterka angażuje się w życie? Nie wiem.

Ja wiem, że opisany w książce Janowskiej świat nie jest moim światem i raczej nigdy nim nie będzie. Zbyt wiele jest różnic między mną a jej bohaterami, przynajmniej na tym etapie, na jakim teraz się znajduję. Nie zmienia to jednak tego, że przyjemnie było na parę godzin wsiąknąć w całkiem inną rzeczywistość.

Choć z drugiej strony, nie można zapomnieć o tym, że mottem swojej historii Janowska uczyniła cytat z artykułu arcybiskupa Józefa Życińskiego „Nikodem Dyzma dla intelektualistów”:
„…Ironizowanie, jako podstawowa forma dialogu ze światem, może przynieść nową syntezę, w której homo sapiens i homo ludens wydadzą potomstwo w postaci osoby wesołkowatej, która chroni się przed rozpaczą, uciekając w absurd i autoironię…
Mam wrażenie, że gdy dogłębnie to zdanie przemyśleć, może się okazać, że łączy nas wszystkich więcej niż się to na pierwszy rzut oka wydaje.

Anita Halina Janowska „Wariacje jesienne”. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011. 

czwartek, 28 listopada 2013

O śmierci metodycznie i naukowo, czyli definitywnie żegnam się z listopadem

Plan zakładał, że w listopadzie będę cyklicznie pisać o śmierci w książkach dla dzieci oraz o potworach i strachach.
Lubię mieszać szyki planom.
A poza tym listopad okazał się być wyjątkowo i złośliwie krótki, za to przerażająco napięty.

Aby planowi nie było bardzo smutno, postanowiłam zamknąć chociaż cykl śmiertelny. Postraszyć się wszak zdążymy, wieczory jeszcze długo będą czarne.

O śmierci u mnie do tej pory było obrazkowo, dziadkowo i przyrodniczo. W zasadzie warto byłoby się jednak dowiedzieć o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.


Żadna z trzech książek, o których napiszę nie jest moim zdaniem przeznaczona dla dzieci, które właśnie doświadczyły śmierci. Dla dorosłych zresztą też nie.
Kiedy niedawno wróciłam z pogrzebu bliskiej mi osoby, wzięłam do ręki „Niebo” Gilberta. Nie miałam wtedy ochoty czytać o fizjologii śmierci, o tym co dzieje się z ciałem i jak w różnych kulturach celebruje się czyjeś odejście. W odróżnieniu od dzieci znam odpowiedzi na większość prostych pytań, niekiedy aż za dobrze, co nie znaczy, że w takich sytuacjach mam ochotę czynić z tej wiedzy użytek.

Każda z trzech książek, które trafiły w moje ręce jest nieco inna.


Francuska „O Grzesiu, chłopczyku, który nie przestawał zadawać pytań”, traktuje o śmierci jako tylko o jednym z wielu poruszanych problemów. Pomiędzy odpowiedzią na pytanie o to „dlaczego trzeba chodzić o przedszkola?” i „gdzie byłem, kiedy mnie nie było?”, autorzy próbują bowiem wytłumaczyć i to, „co to jest śmierć?”. To raczej tylko muśnięcie tematu, bez szerszego rozwinięcia, ale na początek, zwłaszcza dla młodszych dzieci, znakomicie moim zdaniem się nada.


Dwie pozostałe to pozycje prosto ze Szwecji, napisane i zilustrowane przez osoby całkowicie pozbawione kompleksów. Do tej pory wydawało mi się, że ten kto bazgrze jak kura pazurem (ja! ja!) powinien unikać pokazywania swoich rękodzieł osobom trzecim. Zdaje się jednak, że jest to pogląd niesłuszny, bo chyba – sądząc po sukcesie obu pozycji - można na tym sporo zarobić.
Zarówno bowiem Jonathan Lindström, jak i Pernilla Stalfelt rysują moim zdaniem fatalnie (gdyby któreś z nich miało wygrać w konkursie na najgorszego rysownika, postawiłabym na Stalfelt), za to dosadnie.

Tu próbka możliwości pani Stalfelt:



Tu zaś pana Lindströma:


Jeśli chodzi jednak o udzielanie odpowiedzi na różne nurtujące dzieci pytania, oboje są bezkonkurencyjni.

O ile Stalfelt skupia się bardziej na kwestiach prozaicznych, takich jak sam proces umierania oraz obrzędy i zwyczaje związane z pochówkiem, o tyle Lindström więcej miejsca poświęca na rozważania naukowo-filozoficzno-religijne. Stalfelt jest przy tym lakoniczna i politycznie poprawna, natomiast Lindström stara się ukazać całą złożoność problemu, wielokrotnie podkreślając ludzką bezradność w podejmowanych próbach wyjaśniania fenomenu śmierci i narodzin. 

Jeśli kogoś oburza to, że dzieciom ośmio-dziesięcioletnim (bo taki chyba jest właściwy krąg adresatów obu tych książek), chowanym w kraju, w którym dominującym wyznaniem jest wyznanie rzymskokatolickie, podsuwa się pozycje, w których poddaje się w wątpliwość to, czy aby na pewno człowiek jest obdarzony nieśmiertelną duszą, na pewno nie powinien  sięgać po żadną z tych książek.
Ci jednak, którzy dostrzegają, że żyjemy w świecie, w którym coraz więcej osób wierzy w nic, a w każdym razie mocno wątpi, nie powinni się bać, zwłaszcza książki Lindströma. Pisze on bowiem z dużym taktem i wyczuciem, a z każdego napisanego przez niego słowa bije szacunek do drugiej osoby i jej poglądów. Z takim podejściem mamy zaś do czynienia zdecydowanie za rzadko, być może dlatego tolerancja nie jest naszą najsilniejszą stroną.

Dlatego, o ile nie jestem pewna czy sięgnę po kolejne pozycje napisane przez Stalfelt, wydawane u nas w serii „Mała książka o…” (nie pociąga mnie zwłaszcza ta o kupie), o tyle kupiłam już dwie pozostałe wydane w Polsce książki dla dzieci napisane przez Lindströma. To on, a nie Stalfelt uświadomił mi bowiem nie tylko to, że jest wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi, ale – co gorsza – że są takie, o których dotąd nie wiedziałam, że powinnam je sobie postawić.

Matthieu de Laubier, Marie Aubinais, Gwénaëlle Boulet, Catherine Proteaux “O Grzesiu, chłopczyku, który nie prestawał zadawać pytań”, przełożyła Klementyna Suchanow. Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.
Pernilla Stalfelt „Mała książka o śmierci”, przekład Iwona Jędrzejewska. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2008.
Jonathan Lindström „Tajemnica śmierci”, tłumaczenie Magdalena Kostrzewska. Wydawnictwo Czarna Owieczka, Warszawa 2011.

niedziela, 24 listopada 2013

O koncertoterapii, czyli ustawodawcy pod rozwagę

Od pewnego czasu jestem zwolenniczką teorii, że w ramach prewencji rentowej oraz szeroko rozumianej profilaktyki zdrowotnej ZUS i NFZ powinny każdemu ubezpieczonemu przynajmniej raz w roku refundować koszty zakupu biletu na koncert muzyczny.

Oczywiście, uzyskanie refundacji musiałoby zostać uzależnione od spełnienia szeregu warunków, z których zasadniczym byłby stan zdrowia psychicznego osoby ubiegającej się o taką ulgę.

W stosownym kwestionariuszu powinny się więc znaleźć pytania o:
- średnią długość snu na dobę w okresie ostatnich trzech miesięcy (wstępną fazę kwalifikacyjną przechodziłyby tylko osoby, u których długość ta nie przekraczałaby sześciu godzin);
- częstotliwość używania w mowie słów powszechnie używanych za obelżywe (tu nie mogłyby liczyć na refundację osoby, u których ilość takich słów w przeliczeniu na dzień nie przekraczałaby dziesięciu);
- poziom głośności wypowiedzi kierowanych do najbliższych, ze szczególnym uwzględnieniem małoletnich (z uwagi na brak powszechnego dostępu do dokładnych urządzeń pomiarowych wystarczyłoby postawić krzyżyk przy jednej z dwóch opcji: „drę mordę co chwilę” – „nie drę mordy, albo drę ją bardzo rzadko”).

Wskazanym byłoby też, aby refundacji podlegały wyłącznie bilety na koncerty spełniające ściśle określone kryteria:
- po pierwsze: odpowiednio wysoki poziom decybeli w trakcie, powodujący ogłuszenie i zagłuszenie natrętnych myśli o pracy;
- po drugie: w grę wchodzić mogłyby tylko koncerty stojące, co za tym idzie, wymagające wysiłku fizycznego, związanego z koniecznością utrzymywania stałej pozycji pionowej w szalejącym, w tym także pogującym, tłumie;
- po trzecie: konieczne byłoby każdorazowe badanie wyśpiewywanych podczas koncertu treści; najwyższą refundację można byłoby bowiem uzyskać za koncerty podczas których pojawiałaby się konieczność wykrzykiwania rzeczy, których za żadne skarby świata uczestnik koncertu nie wykrzyczałby w innych okolicznościach, a już na pewno nie przy świadkach. Dodatkowe punkty byłyby przyznawane za dostarczenie zaświadczenia lekarskiego stwierdzającego występowanie pokoncertowej chrypy.

Oczywiście, są to na razie postulaty de lege ferenda, tym niemniej liczę na to, że stosowne prace legislacyjne (zainspirowane być może tym postem, kto wie?) zostaną podjęte już wkrótce.

Póki co jednak, we własnym zakresie i za własne pieniądze zafundowałam sobie taką właśnie terapię.

  
To działa!
Należy jednak nadmienić, że moje buty już nigdy nie odzyskają stanu wcześniejszej świetności.

A Grabaż to naprawdę znakomity gość. I jeden z najlepszych tekściarzy w tym kraju.

Strachy Na Lachy - koncert w szczecińskim klubie "Słowianin" w dniu 22.11.2013r.

PS. Mam wrażenie, że mimo przebytej terapii jeszcze przez jakiś czas moje blogerskie zaangażowanie może być mniejsze niż dotychczas. W miarę możliwości będę starała się pisać posty, jednak częstotliwość zamieszczania komentarzy u innych nie będzie mogła być duża. Wyznaję bowiem zasadę "przeczytaj, zanim skomentujesz", a realizacja pierwszego członu z uwagi na brak czasu bywa ostatnio mocno utrudniona. Uprasza się o wybaczenie.

środa, 20 listopada 2013

"Jesień liścia Jasia" c/a "Dziewczynka z parku", czyli polsko-amerykańskie botaniczne i śmiertelne starcie

Ponieważ w tych czasach coraz trudniej o klienta, wokół tego, którego się już ma, należy skakać i giąć się w ukłonach. Najlepiej, gdyby udało się czytać mu w myślach.
Dlatego też, wychodząc naprzeciw słupkom blogowych statystyk, które niebiesko na białym pokazują, że spore grono trafiających tu osób szuka jak najprostych odpowiedzi na skomplikowane pytania, w tym zwłaszcza te dotyczące szkolnych lektur, przygotowałam niniejszy post.

Uwaga, podaję najczęściej zadawane pytania wraz z poprawnymi odpowiedziami!

Pytanie 1:O czym jest jesień liścia Jasia?” (pasuje też do: napisz streszczenie książki „Jesień liścia Jasia.)


Odpowiedź: ponieważ aktualnie preferowane są krótkie formy, najlepiej nie wymagające czytania, najlepszą odpowiedzią będzie filmik z YouTube (to, że nie został on wyprodukowany z myślą o YouTube jest nieistotnym detalem. Wszystko, co istotne na świecie, pochodzi bowiem z YouTube albo z Facebooka).


Dla nieznających angielskiego suplement: „Jesień liścia Jasia” opowiada o liściach, które najpierw rosną na drzewie, a potem z niego spadają.

Pytanie 2: Jak pokolorować ten obrazek z Lekturnika, niezbędny do właściwego omówienia lektury z ośmio- i dziewięciolatkami?

(wyjaśnienie dla osób, które nie miały do czynienia z metodami dydaktycznymi wydawnictwa MAC: "Lekturnik" jest zeszytem ćwiczeń, przeznaczonym do pracy z lekturą, zawierającym szereg niezwykle przydatnych zadań, dzięki którym wszystkie dzieci na pewno dokonają jednolitej i właściwej interpretacji przeczytanych książek.)

Odpowiedź: ładnie. 
Punktowana jest też (choć nieco niżej) odpowiedź druga: kredkami.

Pytanie 3: Co czułaś/czułeś podczas słuchania opowieści o liściu Jasiu?

Odpowiedź: Podczas czytania opowieści o liściu Jasiu (czytania, a nie słuchania, bo umiem już czytać, jestem w trzeciej klasie) najpierw nic nie czułem, bo dwa razy zasnąłem. Kiedy jednak się obudziłem, poczułem zdziwienie. Zastanawiałem się, dlaczego w szkole każą mi czytać książki dla przedszkolaków.

Pytanie 4: Dlaczego uważasz, że wybranie tej książki jako lektury dla trzecioklasistów nie jest mądrym pomysłem?

Odpowiedź (pełnym zdaniem, pełnym zdaniem!): Uważam, że wybranie tej książki jako lektury dla trzecioklasistów jest głupim (nie używamy takich słów, fe!) pomysłem dlatego, że trzecioklasiści się przy niej nudzą. Gdyby mieli pięć lat, z pewnością byłby to lepszy pomysł, niestety reforma polskiego systemu oświaty na razie nie przewiduje jeszcze posyłania pięciolatków do trzeciej klasy.

Podpowiedź rodziców, aktywnie zaangażowanych w proces edukacji dziecka: Niniejszym, w trosce o dostosowanie listy lektur szkolnych do faktycznych potrzeb rozwojowych dzieci, i mając na uwadze fakt, że posłowie większością głosów uznali, że maluchów nie należy ratować, poddajemy jednak pod rozwagę możliwość wdrożenia reformy oświaty polegającej na umieszczaniu dzieci pięcioletnich w trzecich klasach.
(za tę odpowiedź można dostać 5 punktów z uwagi na dużą ilość użytych w niej trudnych słów oraz kreatywność)

Pytanie 5: Czy uważasz, że można by znaleźć lepszą książkę na podobny temat, która zainteresowałaby ośmio- i dziewięciolatków?

Odpowiedź: owszem. Na przykład taką:


Podpowiedź pierwsza (dla bojących się wrzucać dzieci na głębokie wody pełnego tekstu): stron jest wprawdzie nieco ponad sto, za to druk rozstrzelony, a do tego poprzedzielany ilustracjami.

Tymczasem tekst „Jesieni liścia Jasia” zajmuje tak naprawdę cztery strony druku. Nazywanie tego książką i „lekturą” dla dzieci wydaje się być więc niezrozumiałe, zwłaszcza że (patrz: podpowiedź druga) nie można mówić o tym, aby wydawca przyłożył się do formy.

Podpowiedź druga (dla tych, którzy uważają, że edukujemy też przez kontakt z obrazem): książka została przepięknie i adekwatnie do treści zilustrowana przez Emilię Dziubak.


W odróżnieniu od „Jesieni liścia Jasia”, którą okraszono łopatologicznymi i anonimowymi zdjęciami.


Podpowiedź trzecia (zarówno dla tych, którzy zetknęli się ze śmiercią w najbliższej rodzinie, jak i dla tych, którzy nie wiedzą jak zachować się w obecności kogoś, kto właśnie stracił bliską osobę): Barbara Kosmowska nienachalnie opowiada zarówno o uczuciach głównej bohaterki, Andzi, której umarł tata, jak i o tym, jak ta śmierć wpłynęła na jej relacje z koleżankami z klasy.

„- Szkoda, że nie przyjdziesz na moje urodziny. – Zosia patrzyła na Andzię ze współczuciem. – Masz żałobę, nie?
Andzia pochyliła się nisko nad zeszytem, żeby nie widzieć Zosi.
- Jak chcesz, to możesz przyjść, ale wtedy nikt się nie będzie bawił. Bo wiadomo…
- Nie chcę do ciebie przyjść. – Andzia na końcu zeszytu malowała motyla. – Mogę, ale nie chcę.
-Ojejku, słyszycie? – Zosia rozejrzała się po klasie. – Ona mówi, że nie chce do mnie przyjść! Na kulig! Kto by w to uwierzył!

Natomiast „Jesień liścia Jasia” opowiada w zasadzie tylko o tym, że życie płynie, wszystko przemija, ale po nas będą inni i że każdy z nas kiedyś umrze, ale nie ma się czego bać. Owszem, sporo i o ważnych sprawach, ale który z tych ogólników przeciętne dziecko odniesie do realnych sytuacji z własnego życia?

Podpowiedź czwarta (dla tych, którzy upierają się, żeby było o przyrodzie, bo z uwagi na jej cykliczność wszystko można dzieciom łatwiej wyjaśnić): jak sam tytuł wskazuje, „Dziewczynka z parku” sporo czasu spędza w… parku. Historia toczy się zaś przez rok; w sam raz, by pokazać cykliczność przyrody. Nie tylko na – dość prostym i schematycznym – przykładzie liści i drzew, ale też w odniesieniu do – chociażby – ptasich i zwierzęcych zwyczajów.

Podpowiedź piąta (dla tych, którzy chcą, aby za jednym zamachem upiec wiele pieczeni): w książce Kosmowskiej, poza tematem śmierci, poruszonych zostaje jeszcze wiele innych, równie istotnych, choć trudnych spraw.
Mowa jest bowiem między innymi:
- o tym, że także dzieci chorują na przewlekłe i wcale niekoniecznie kończące się śmiercią choroby, co może powodować szereg problemów w zwykłym życiu, również szkolnym;
- o przyjaźni, tak po prostu i bez żadnych podtekstów;
- o tym, że czasem rodzic nie radzi sobie bardziej niż dziecko i co z tego wynika.

Całość podana jest jednak z umiarem, bardzo delikatnie, bez rozkrwawiania serca czytelnika i wyciskania z niego ostatniej łzy.
Tymczasem, moim zdaniem, „Jesień liścia Jasia” jest w zamierzony i bardzo amerykański sposób po prostu ckliwa.

I oczywiście, można powiedzieć, że nie w tym nic złego, skoro nawet Snoopy dał się uwieść panu Buscaglia,


ale ja będę się upierać, że akurat w tym przypadku znacznie lepsze to, co polskie.

Leo Buscaglia „Jesień liścia Jasia”, przekład Ewa Wojtych. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2012.
Barbara Kosmowska „Dziewczynka z parku”, ilustracje Emilia Dziubak. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2012.