sobota, 25 lutego 2017

R.Mróz "Kasacja", czyli jak dzięki dobrym notatkom wspiąć się na listy bestsellerów

Był winny jak ocet. Bez dwóch zdań” – to słowa Joanny Chyłki, głównej bohaterki „Kasacji”, książki Remigiusza Mroza - Kraszewskiego XXI wieku, człowieka, który doprowadził do zmartwychwstania czytelnictwa w Polsce. Doktor nauk prawnych, wielokrotnie nagradzany i nominowany. Każde z jego (licznych) słów jest natychmiast spijane przez tysiące, ba! setki tysięcy fanów, ba! psychofanów. Od licznych wywiadów grzeją się ekrany telewizorów, łamy prasy i internetowe łącza. Cała Polska w napięciu czeka na kolejne jego dzieła, wypluwane – jakież to szczęście – regularnie, niczym jajka łapane przez wilka w mojej ulubionej swego czasu grze, w którą grywałam na rosyjskiej matce przenośnych konsoli (przy okazji informuję: można w nią grać też na androidzie, hurra!).

Remigiusz Mróz
źródło zdjęcia

Jest płaska jak deska. Bez dwóch zdań.” – to słowa moje, momarty. Kobiety bez fanów i zasług dla rynku czytelniczego. I bez tytułu doktora nauk prawnych, jestem prostym magistrem. A, zapomniałam napisać, że nie odnoszą się one do klatki piersiowej Joanny Chyłki, lecz do książki, której jest główną bohaterką.

Po przeczytaniu „Kasacji” poczułam gwałtowną potrzebę sięgnięcia do definicji pojęcia „thriller prawniczy” (jak krzyczy okładka, opisywane dzieło należy właśnie do tego gatunku). Niestety, jednej, powszechnie obowiązującej, nie znalazłam (być może źle szukałam). Biorąc rzecz na logikę i doświadczenie życiowe (prawnicy tak lubią), należałoby jednak oczekiwać, że pod tym pojęciem musi kryć się książka a) wywołująca dreszcz emocji, b) osadzona w środowisku prawniczym, bądź też c) dotycząca stosowania prawa (law in action, nie law on the books).
Na pierwszy rzut oka jeśli chodzi o „Kasację” w zasadzie wszystko się zgadza. Dla wszelkiej pewności jednak skrupulatnie (po prawniczemu) sprawdźmy.


Po pierwsze, a raczej primo: środowisko prawnicze – jest.

Warszawska kancelaria Żelazny&McVay – jedna z najlepszych kancelarii prawniczych w Polsce, aspirująca do zajęcia już za chwilę pierwszego miejsca w rankingu najlepszych kancelarii w kraju. Prawnicza korporacja, zatrudniająca prawników-wyrobników, krwiopijczo wypijająca z nich wszystkie soki, rzucająca w zamian ochłapy w wysokości niższej nawet niż najniższa krajowa. Siedlisko zła, pracoholizmu, narkomanii, obłudy. Dla nielicznych wybrańców kraina kasą płynąca.

Słyszałam, że szykuje się ekranizacja „Kasacji” (a konkretnie serial telewizyjny). Wcale się nie dziwię, jest to niezły pomysł, pod warunkiem, że autorzy będą całkowicie wierni oryginałowi. Produkcja będzie bowiem bardzo niskobudżetowa. Wystarczy wyciąć z tektury plansze i figurki kilkudziesięciu ubranych w garnitury ludzików i już –  kancelaria wypisz, wymaluj jak z kart „Kasacji”. Niby korytarzami przemieszcza się stale ogarnięty prawniczym amokiem tłum, niby wszyscy pracują tam do późnych godzin wieczornych, a gwar panujący w otwartej przestrzeni biurowej (nazywanej „norąoborą”, bo autor jest wszak obeznany z branżowym slangiem i zarazem dowcipny, jak na doktora nauk prawnych przystało) nie pozwala na skupienie myśli. Niestety, gdzie się nie rozejrzeć, okazuje się, że tu tektura, tam dykta, a gwar ani chybi z taśmy.

Nie mam pojęcia, czy to Mrozowski znak rozpoznawczy, gdyż „Kasacja” jest jak dotąd jedyną książką tego autora, którą przeczytałam, ale mam wrażenie, że więcej życia niż na korytarzach wykreowanej przez niego kancelarii znalazłam w czytanych ostatnio komentarzach do ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Ja rozumiem, że gdy człowiek narzuca sobie określony rytm pracy (codziennie 15 stron, w ściśle określonych godzinach, raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa…), nie może zbytnio rozglądać się na boki, ale czy doprawdy musi od razu zakładać na oczy klapki jak dla konia? Na 492 stronach powieści, której akcja w dużej mierze rozgrywa się właśnie w opisanej kancelarii, poza dwójką głównych bohaterów (wspomnianą na początku Joanną Chyłką i jej aplikantem, Kordianem Oryńskim) oraz dwoma właścicielami kancelarii (Żelaznym i McVayem, jak nietrudno się domyślić) pojawiają się w niej jeszcze wyłącznie 4 (słownie: cztery) postaci: Anka z recepcji, nieznany z imienia haerowiec (czytaj: pracownik działu kadr), Jacek od prawa medycznego oraz niejaki Kormak. Przy czym wyłącznie Kormak ma w tej historii do odegrania jakąś, całkiem zresztą istotną, rolę; pozostali pojawiają się na momenty krótsze niż mgnienie oka.
Gdybyż jednak choćby w te postaci autor tchnął jakiegokolwiek ducha. Niestety, wszyscy zachowują się tak, jakby świat poza kancelarią nie istniał. Ot, fantazją autora powołani do życia, robią co im kazano. Skąd przyszli, kim są, dokąd zmierzają? A po cóż ci to czytelniku wiedzieć, skup się lepiej na akcji, raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa.

Oczywiście, główni bohaterowie zostali zarysowani w zupełnie inny sposób.
O Joannie Chyłce wiemy bowiem, że ma około czterdziestu lat, nosi taliowane żakiety i obcisłe spódnice, pali Marlboro, je dużo mięsa (osobiście niekoniecznie mi się to komponuje z obcisłymi spódnicami, ale co ja się tam, prosta magister, znam), lubi mocne brzmienia i Kubę Wojewódzkiego, a także jeździ (brawurowo, czytaj: łamiąc wszelkie przepisy) BMW X5. A, przepraszam, i że ma siostrę. Ale teraz naprawdę już skończyłam. 
Z kolei Kordian Oryński jest aplikantem I roku w Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie, nie ma ojca ani matki i chyba żadnej innej rodziny też nie. Pali Dawidoffy, nie je mięsa, lubi rap Willa Smitha. Koniec.
Jednym słowem, masz czytelniku deskę, a nawet kilka i obrób ją sobie sam, jeśli koniecznie musisz.

Wróćmy jednak do badania, czy zostały spełnione wszystkie przesłanki do uznania „Kasacji” za thriller prawniczy.
Przesłanka druga: law in action – jest. Niestety, w tej właśnie – anglojęzycznej - wersji.

Mam wrażenie, że Remigiusz Mróz przeczytał bardzo dużo książek Grishama, kto wie, może nawet wszystkie. Przypuszczam także, że w czasie lektury zrobił sobie bardzo dużo bardzo porządnych notatek. To widać.
Ja rozumiem, że z polskiego procesu trudno jest zrobić emocjonujący spektakl. W pierwszej instancji w sprawie o zabójstwo potrafi on trwać rok. Do tego trzeba doliczyć kolejne pół roku na postępowanie międzyinstancyjne, rok oczekiwania na termin pierwszej rozprawy apelacyjnej, a gdy chce się – jak Joanna Chyłka – wnieść kasację, trzeba dodać, lekko licząc, jeszcze jakieś dwa lata. Żółw by zasnął, co dopiero czytelnik.
Nie rozumiem jednak czemu autor, który – jak napisał w posłowiu – starał się poruszać w granicach prawa, nie pozwalając sobie na większe odstępstwa, uczynił tak wiele, by zrobić z rozprawy w polskim sądzie nie wiadomo co. Czyżby za bardzo skupił się na swoich notatkach?

Pominę tempo rozpoznawania sprawy, która jest głównym tematem „Kasacji” (wiadomo tylko, że było ono szybkie, choć nie wiadomo jak bardzo. Autor starannie unika informowania czytelnika o czasie akcji; wiadomo, po co kłopotać się zbędnymi szczegółami, raz, dwa, raz, dwa). Zarówno tempo, jak i sposób rozpoznawania sprawy i zorganizowania rozpraw bliższe są wprawdzie procesom amerykańskim niż polskim, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Pominę, choć z większym trudem, fakt, że Kordian Oryński, aplikant – przypomnę – pierwszego roku, przed upływem pierwszych sześciu miesięcy trwania aplikacji radośnie galopuje najpierw na rozprawę w sądzie okręgowym, potem apelacyjnym, by wreszcie stawić się (ubrany w czerń i biel) w Sądzie Najwyższym. Niemożliwe przecież, aby doktor prawa nie znał treści przepisu art. 77 ust. 1 Prawa o adwokaturze, stanowiącego że „po sześciu miesiącach aplikacji adwokackiej aplikant adwokacki może zastępować adwokata przed sądami, organami ścigania, organami państwowymi, samorządowymi i innymi instytucjami, z wyjątkiem Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego, Trybunału Konstytucyjnego i Trybunału Stanu”. Być może jednak Grisham nie wspomniał o tym w żadnej ze swych powieści, wybaczmy to naszemu autorowi.

Nie mogę jednak pominąć kluczowego – w sensie prawnym – momentu akcji (spokojnie, to nie będzie spojler, w każdym razie nie taki, który obejdzie przeciętnego czytelnika, skupionego całkiem na czym innym), polegającego na znalezieniu przez jednego z głównych bohaterów TEGO orzeczenia, prawniczego „Sezamie, otwórz się!”, mającego w założeniu doprowadzić do intelektualnego powalenia sędziów Sądu Najwyższego i doprowadzenia do korzystnego dla naszych bohaterów zwrotu akcji.
O co chodzi? Oddam głos Joannie Chyłce: „zgodnie z orzeczeniem Sądu Najwyższego z dnia szóstego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku, sygnatura II KKN sześćdziesiąt trzy, łamane na dziewięćdziesiąt sześć, Sąd Najwyższy kontroluje nie same ustalenia faktyczne, ale sposób ich dokonania”.
Łał.

Gdyby przypadkiem czytał te słowa ktoś, kto książki Grishama zna na wyrywki (całkiem inaczej niż ja), bardzo uprzejmie proszę o informację w ilu z nich w kluczowym momencie akcji obrońca wyciąga – niczym asa z rękawa – informację o precedensowym orzeczeniu. W jednym? W pięciu? We wszystkich? Nic dziwnego, amerykański system prawa jest systemem opartym na precedensach, tj. tym, że w jakiejś sprawie, w zbliżonym stanie faktycznym, zapadł już określony wyrok. Kto zna ten wyrok, ten wygrywa (oczywiście upraszczam, ale mniej więcej o to chodzi). Z pewnością to właśnie Remigiusz Mróz miał w swoich notatkach.
Tymczasem w Polsce, o czym wiedzą wszyscy praktycy prawa, a i teoretycy w większości również, obowiązuje system zupełnie inny. Wyroki wydawane są w oparciu o przepisy, nie zaś precedensy. Owszem, strony często powołują się na treść orzeczeń wydanych przez sądy w podobnych sprawach, jednak – jak rany! – starają się znaleźć, zwłaszcza gdy idzie o postępowanie przed Sądem Najwyższym, takie, z których faktycznie wynika coś więcej poza jednym zdaniem, wytezowanym przez tworzące stosowny program prawniczy wydawnictwo (na marginesie: „Kasacja”, jeśli chodzi o program prawniczy, ewidentnie zawiera lokowanie produktu).

rozprawa przed Sądem Najwyższym
źródło zdjęcia

W książce, po zaprezentowaniu przez bohaterską (i błyskotliwą) Joannę Chyłkę przywołanego orzeczenia, wchodząca w skład składu orzekającego sędzia „Bazan prychnęła, spoglądając na swoich towarzyszy.”
Abstrahując od tego, że w Polsce sędziowie Sądu Najwyższego nie prychają w czasie rozpraw (być może w USA jest inaczej, podobnie jak być może w USA sędziowie poprzedzają ogłoszenie wyroku długą tyradą, w Polsce nie jest to praktykowane, co Remigiuszowi Mrozowi w niczym nie przeszkadza), to taka reakcja wydaje się być adekwatną do odkrywczości prezentowanego jako kluczowe orzeczenia. Trudno się jednak dziwić, gdy czas nagli (raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa…), nie ma czasu na poważne poszukiwania.

Ponieważ ten post rozrósł się już do gargantuicznych rozmiarów, czas czym prędzej przejść do punktu trzeciego. Dreszcz emocji.
Hm.
Przyznaję, Remigiusz Mróz miał przyzwoity pomysł i zrobił dobry szkic swojej powieści. Taki na jedną stronę. Na czterystu dziewięćdziesięciu dwóch prezentuje się on jednak znacznie gorzej. Sztucznie i przewidywalnie (poza samym zakończeniem, które mnie, owszem, zaskoczyło). Wiadomo mniej więcej kto, komu i kiedy obije mordę. Poza tym większość problemów z akcją autor rozwiązuje w taki sam sposób.
Swego czasu niejaki John Baldwin stworzył listę dziesięciu elementów niezbędnych do napisania bestsellerowego thrillera medycznego. Pozycja numer 10 brzmiała: jeśli ugrzęzłeś w fabule, po prostu kogoś zabij. Remigiusz Mróz radę tę nieco zmodyfikował, stosownie do swoich potrzeb (w końcu chodzi o thriller prawniczy, nie medyczny). Na jego liście brzmi ona tak: „Jeśli ugrzęzłeś w fabule, każ któremuś ze swoich bohaterów użyć swoich wpływów, żeby rozwiązać problem”.
W zasadzie tłumaczyłoby to olbrzymią popularność tej książki. W końcu naród wie, że żeby coś załatwić w sądzie, trzeba mieć dobre wpływy, inaczej nie da rady. A naród nie może się mylić.

Nie mam złudzeń, Remigiusz Mróz wkrótce zabierze się za powieści fantasy (na razie "obrobił" powieść kryminalną, historyczną, thriller prawniczy, powieść sensacyjną, political fiction, ale zapowiada już, że będzie też science-fiction, skąd do fantasy ledwie krok). Tam bez problemu będzie mógł używać magii. A zachwycona publiczność z pewnością będzie biła brawo. Na ten czas postaram się o dobre zatyczki do uszu.

Remigiusz Mróz „Kasacja”. Czwarta strona, Poznań 2015.

A gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czym powinien być prawdziwy thriller prawniczy, odsyłam do tego tekstu. Z tezami jego autora w pełni się zgadzam.

wtorek, 21 lutego 2017

H.Groen "Małe eksperymenty ze szczęściem" i "Dopóki życie trwa", czyli starość nie radość, jednak przeżyć ją trzeba

O tym, że nie każdy starszy człowiek zasługuje na szacunek tylko dlatego, że ma siwe włosy, dowiedziałam się, mając 17 lat.
Właśnie wtedy zostałam powalona na ziemię przez krzepką siwowłosą sześćdziesięciolatkę.
Ja siedziałam na najlepszym – jej zdaniem - miejscu w autobusie. Ona uważała, że ma prawo tam usiąść tylko dlatego, że jest starsza ode mnie. Podeszła od tyłu i gwałtownie mną szarpnęła, wykrzykując: „nie wiesz, że ustępuje się miejsca starszym, gówniaro?!”
Dodam, że autobus pełen był wolnych miejsc.

Wówczas zrozumiałam, że nie ma żadnej gwarancji, że w przyszłości zmądrzeję tylko dlatego, że się zestarzeję. Oraz, że starsi ludzie są dokładnie tacy sami jak moi rówieśnicy – z niektórymi nie chcę mieć nic do czynienia, inni nie wzbudzają we mnie jakichkolwiek uczuć, zaś z pozostałymi chętnie zawarłabym bliższą znajomość.
Dopiero za kilka lat miałam dowiedzieć się jeszcze, że starość to też nieustanna, nierówna walka z fizjologią.

Pierwsza książka tajemniczego Hendrika Groena, „Małe eksperymenty ze szczęściem”, to – wedle okładkowych zapewnień – książka niezwykle śmieszna („Co chwila łzy ciekły mi po policzkach. Ze śmiechu.”), będąca dla staruszków tym samym, co dziennik Adriana Mole’a dla nastolatków.
Moi rodzice (o niecałe dwadzieścia lat młodsi od bohatera książki) najwyraźniej nie przeczytali tego blurba, gdyż po lekturze popadli w – inną niż holenderska - depresję.


Hendrik Groen jest Holendrem, lat – początkowo - 83 i ¼, który bardzo nie lubi staruszków. „To dreptanie z balkonikami, zniecierpliwienie bez powodu, wieczne narzekania, ciasteczka do herbaty, całe to wzdychanie i stękanie” – wyznaje już w drugim zdaniu pierwszej części swojego sekretnego dziennika, w którym zapisuje „nieocenzurowane spostrzeżenia z życia w domu spokojnej starości w dzielnicy Amsterdam Noord”.
Niestety, czy mu się to podoba, czy nie (a raczej nie), Hendrik sam jest staruszkiem, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Pewnie można czytać tę książkę jako relację z innego świata – świata znacznie od nas bogatszych Holendrów, w którym chyba żaden z opisanych bohaterów nie boryka się z typowym problemem polskich osób starszych, tj. zbyt niską emeryturą. Byłoby to jednak dla niej krzywdzące; moim zdaniem jest bowiem dużo bardziej uniwersalna.

Kiedy ponad dwadzieścia lat temu bywałam w Holandii, mieszkańcy jednego z pięciotysięcznych miasteczek pokazywali mi (z dumą), że mają i typowy dom całodziennej opieki dla emerytów (na oko dla około setki pensjonariuszy), i kameralne osiedle z urządzonymi tam „mieszkaniami dla seniora”, z zapewnioną opieką lekarza, pielęgniarki i pewnie jeszcze paru innych osób. W porównaniu z naszą przaśną wówczas rzeczywistością ówczesna Holandia jawiła mi się emeryckim rajem na ziemi.
Dwadzieścia lat później u nas w zasadzie bez zmian, za to w Holandii – sądząc z tego, co opisuje Groen – chyba znacznie gorzej (zwłaszcza w drugiej części dziennika sporo miejsca poświęcono reformom w holenderskiej opiece nad seniorami, podyktowanym troską o to, aby utrzymać w ryzach związane z taką opieką wydatki. Jak łatwo się domyślić, niekoniecznie idzie to w parze z dobrem osób po siedemdziesiątce).
Tymczasem i w Polsce, i w Holandii starsi ludzie nadal są tacy sami – niektórzy fantastyczni, inni okropni; jedni zdrowsi, inni bardziej schorowani. O ile jednak nasz wpływ na to, czy za kilkanaście czy może kilkadziesiąt lat znajdziemy się w grupie zdrowych czy chorych jest w gruncie rzeczy iluzoryczny, o tyle niewątpliwie tylko od nas zależy, czy w jesieni życia zostaniemy członkami stowarzyszenia StaŻy (skrót od: Stary, ale Jeszcze Żywy – członkiem-założycielem tego stowarzyszenia jest Hendrik Groen), czy może ZgoŻeH (skrót od: Zgorzkniały, Że Hej! – to stowarzyszenie właśnie wymyśliłam, ale mam wrażenie, że już wyczerpał się w nim limit wolnych miejsc członkowskich).

Groen w swoim dzienniku obserwuje i wyciąga wnioski. Samotny, mieszkający w domu opieki mężczyzna po osiemdziesiątce, coraz dotkliwiej odczuwający postępujące zmiany fizjologiczne, wydaje się być przy tym idealnym kandydatem do zamiany w zgryźliwca, rozpatrującego w nieskończoność wszystkie swoje życiowe niepowodzenia (informacje o przeszłości Hendrika są nam dawkowane oszczędnie, jednak żadna z nich nie prowadzi do wniosku, że miał dobre, spełnione i szczęśliwe życie). Na szczęście – dla siebie i czytelników - Groen sam dochodzi jednak w tych okolicznościach do wniosku, że aby nie zwariować, musi podjąć jakieś środki zaradcze.

Z całą pewnością inaczej będą odbierać tę książkę czytelnicy bardzo młodzi, inaczej ci w średnim wieku, a jeszcze inaczej ci, którzy sami stoją na progu starości lub też nawet go przekroczyli.
Najgorsze co można z nią zrobić, to jednak – niezależnie od wieku - potraktować tylko jako zabawną (taką, od której łzy śmiechu same leją się policzkach), nieco egzotyczną, lekką lekturę. Bo mimo że czyta się szybko, czasem chichocząc, to warto zatrzymać gdzieś z tyłu głowy kilka wywołanych przez autora myśli.

Że kiedyś nas też to dopadnie. Ta okropna starość, której istnienie nowoczesny człowiek, zwłaszcza ten lepiej sytuowany i z wielkiego miasta, próbuje wyprzeć. Jeśli nie nas, to naszych bliskich, znajomych, przyjaciół (jeśli ktoś zamierza umrzeć młodo, faktycznie, może darować sobie akurat tę lekturę).
Że zawsze jest jakaś – mniejsza lub większa, bo bywa różnie – część naszego życia, na którą wpływ mamy tylko my.
Że nigdy nie jest za późno, by coś zmienić. Na początek można przestać robić różne rzeczy tylko dlatego, że tak wypada.
Że samotność jest potrzebna, ale na stałe nie jest fajna. Bo nie raz i nie dwa będziemy w życiu potrzebować kogoś, kto – zależnie od sytuacji – albo da nam kopa w dupę, albo mocno przytuli.

„Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 83 i ¼”.
„Dopóki życie trwa. Nowy sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 85”.
Obie książki z niderlandzkiego przełożył Ryszard Turczyn. Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2016.

A na koniec wskazówka praktyczna: pierwsza część jest znakomita, druga nieco gorsza, choć też się czyta. Jeśli jednak Hendrik postanowi napisać trzecią, też przeczytam.

niedziela, 12 lutego 2017

H.Nesser "Komisarz i cisza", czyli wsłuchać się w tykanie właściwego zegara

Gdybym wierzyła w horoskopy, przeznaczenia i inne tego typu rzeczy, z pewnością zaczęłabym ten post od stwierdzenia, że przeczytałam cykl dziesięciu książek Håkana Nessera o komisarzu Van Veeterenie akurat teraz, gdyż tak było zapisane w gwiazdach.
Ponieważ jednak we wszystko powyższe nie wierzę, poprzestanę na wyrażeniu zachwytu z powodu tego, że te akurat książki wpadły w moje ręce właśnie teraz, gdy od kilku miesięcy słucham i szukam. Przeznaczenie czy co?;)

Van Veeteren (dla kolegów z pracy VV) to komisarz policji w nieistniejącym mieście Maardam, położonym w znajdującym się nie wiadomo gdzie kraju. Około sześćdziesiątki, rozwiedziony, niemający dobrych relacji z dziećmi, zwłaszcza synem, momentami opryskliwy i przemądrzały. Potrafi wykryć sprawcę każdego przestępstwa, poza jednym – w powracającej niczym zła mantra sprawie G (jej został poświęcony ostatni tom cyklu). Poza tym gustuje w rozrywkach, które przeciętnemu odbiorcy mogą wydać się nietypowe dla policjanta – gra w szachy i badmintona (żeby choć squasha!), jest znakomicie obeznany z literaturą i słucha wyłącznie dobrze dobranej muzyki poważnej.

Czytając kolejne części serii, można poprzestać na skupieniu się na kryminalnych zagadkach, związanych każdorazowo z jednym lub nawet kilkoma zabójstwami. Można, jeśli chce pozbawić się tego, co u Nessera najważniejsze i co było istotne także w drugiej serii jego książek kryminalnych, której bohaterem był inny komisarz policji, tym razem szwedzkiej, Gunnar Barbarotti.

To co odróżnia Nessera od innych autorów znanych mi kryminałów, to obyczajowe tło jego powieści.
Jeśli kogoś interesują realistyczne opisy pracy policji czy patologów sądowych (ach, te krwiste opisy sekcji zwłok), niech nawet nie próbuje sięgać po jego książki, bo przeżyje zawód.
Jeśli natomiast ktoś chce skonfrontować się z szeregiem często bolesnych konstatacji na temat współczesnego świata i ludzkiej kondycji, niech zarezerwuje sobie czas na lekturę dziesięciu wciągających, grubych opowieści.


Paradoksalnie, choć cała seria nazywana jest cyklem o Van Veeterenie (podtytuł na okładce zapewnia, że to „śledztwa komisarza Van Veeterena”), to on sam, po piątej książce „Komisarz i cisza”, pozostaje już tylko postacią drugoplanową. Powraca dopiero w części ostatniej, choć trudno jest powrót ów nazwać triumfalnym. To nie są bowiem książki o ciężkiej pracy dobrych policjantów, która zawsze prowadzi do przykładnego ukarania złych ludzi. Owszem, jej bohaterami są policjanci, będący jednak ludźmi takimi jak my wszyscy, co oznacza, że trafiają się wśród nich i czarne owce. Nie zawsze także udaje się im ukarać tego, który powinien zostać uznany za winnego. Podjęcie decyzji o winie i jej stopniu okazuje się często być trudne, o ile nie niemożliwe.

To co mnie najbardziej poruszyło, to trafność spostrzeżeń dotyczących banalności i powszechności zła w otaczającym nas świecie. I brania na siebie odpowiedzialności za jego zwalczanie.

Nie mam pojęcia w jaki sposób Nesser, do czterdziestki szwedzki nauczyciel gimnazjalny, mógł tak dobrze oddać i zrozumieć to, co dzieje się w głowie człowieka, który na co dzień styka się niemal wyłącznie ze złem, ale mam nadzieję, że nie jest to wynikiem fatalnej kondycji moralnej szwedzkiej młodzieży i ich rodziców.

Prawdziwa idylla. (…) Ciemna, lśniąca tafla wody. Pola dojrzewających zbóż. Tu i ówdzie grupki drzew liściastych i pojedyncze zabudowania w na wpół otwartym krajobrazie. A wszystko to otoczone bezgłośnym lasem iglastym. Armiami milczenia.
I wibrujący letni żar, który sprawiał, że delikatnie pomarszczona woda wydawała się nęcąca nawet tak opornemu pływakowi, jak komisarz Van Veeteren.
Idylla, tak, pomyślał i zaczerpnął głęboko powietrza. Na odległość i zanim się zdrapie wierzchnią skorupę, niemal wszystko wydaje się i piękne, i doskonale uporządkowane. To stara, dobrze znana prawda.”

Nie ciekawią mnie historie o złu oczywistym. O gangsterach, mafiach, bandyckich porachunkach. To świat, od którego można się odizolować, z którym – o ile wybierze się właściwy zawód i miejsce zamieszkania – można się przez całe życie ani razu nie zetknąć. Prawdziwie fascynujące są dla mnie historie o zwykłych ludziach, którzy pewnego dnia – z własnej woli lub przypadkiem – stają się sprawcami przestępstw. Opowiadając o nich można bowiem pokazać całą złożoność świata, który niemal nigdy nie jest czarno-biały.
W czasach, w którym tak wielu z taką łatwością przychodzi wydawać kategoryczne sądy i ustawiać ludzi w jedynych, ich zdaniem, im należnych miejscach, dobrze jest przypomnieć sobie, że to jednak nie tak. Że życie jest zupełnie inne. Że my jesteśmy zupełnie inni. Że czasem możemy tylko odegrać swoje role, w których obsadził nas los. Lub Bóg, jeśli kto woli, choć Van Veeteren z pewnością uznałby tę opcję za błędną.

W najlepszej, moim zdaniem, książce cyklu – „Komisarz i cisza” – pojawia się jeszcze pytanie o odpowiedzialność. O to, jak długo można, trzeba dźwigać brzemię przywracania światu właściwego porządku. Ustawiania dobra i zła na właściwych miejscach. Kosztem siebie.
Wyczerpałem już swoje pensum udziału w cierpieniu – cierpieniu innych.
Może najwyższy czas trochę odpocząć, żeby odpędzić ponure myśli. Nie muszę przedzierać się aż do samego jądra ciemności.”
Van Veeteren ma dość.
To jest perwersja, pomyślał. Pewnego dnia nie wytrzymam już dłużej na tym świecie.
To tylko kwestia czasu.”

Wytrzymałość każdego człowieka jest inna, ale każda jest ograniczona.
Niektórzy ratują się popadnięciem w zobojętnienie i niezastanawianiem się nad cierpieniem innych. Robota jak robota, ważne żeby płacili.
Inni w pewnym momencie mówią: dość. Jedni szybciej, drudzy później. Jeden gotów jest zapłacić taką cenę, inny wyższą.
Czy to, że nie chcę, nie mogę już dłużej ratować świata, świadczy o moim egoizmie?
Czy jestem gotów/gotowa skupić się teraz wyłącznie na sobie, zamykając oczy na to banalne zło, które kryje się za rogiem?

Van Veeteren podjął decyzję i odpowiedział na powyższe pytania.
Zazdroszczę mu tego, że spojrzał na właściwy zegar, gdy nadszedł jego czas.
Bo to tylko kwestia czasu, który na każdym zegarze tyka inaczej.

Håkan Nesser, cykl o komisarzu Van Veeterenie.
Część piątą „Komisarz i cisza”, przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2013.

piątek, 13 stycznia 2017

"Akademia Opowieści" w Szczecinie, czyli relacja z loży szyderców

Gdybym miała doradzić komuś jak napisać relację ze strasznie nudnego spotkania, zapytałabym go najpierw (w ślad za Magdaleną Parys) czy będzie pisał na zamówienie, czy z potrzeby serca.

Gdyby miał pisać na zamówienie, odesłałabym go do lektury tego tekstu w „Wyborczej”. Na jej stronach internetowych zamieszczono bowiem wzorcowo nudną relację z nie tylko nudnego, ale i wysoce rozczarowującego spotkania. Nawet gdybym bardzo się postarała, nie umiałabym napisać niczego bardziej spełniającego oczekiwania zamawiającego, będącego zarazem organizatorem opisywanego zdarzenia; sprawozdania, w którym zamieszczono szereg osobnych zdań, streszczających wypowiedzi, ale w żaden sposób nie oddających emocji.

Gdyby natomiast chciał pisać z potrzeby serca, poleciłabym mu, by przypomniał sobie te uczucia, które miotały nim pod koniec spotkania. Następnie, by zastanowił się nad motywacją, która sprawiła, że w paskudny styczniowy wieczór, miast udać się do domu po ciężkim dniu wypełnionym pracą, skierował się całkiem gdzie indziej, szczerze wierząc, iż jest to jedyny właściwy wybór.
To powinno wystarczyć, by wkurzył się wystarczająco mocno. A – co wiedzą wszyscy piszący z potrzeby serca relacje z nudnych spotkań – nie ma nic lepszego niż pisanie pod wpływem negatywnych emocji.

źródło zdjęcia

Bo też, gdybym na przykład ja miała napisać o spotkaniu, jakie w czwartek 12 stycznia odbyło się w Szczecinie i było dumnie i szumnie reklamowane jako pierwsze spotkanie w ramach nowego, ambitnego i jedynego w swoim rodzaju projektu pt. „Akademia Opowieści”, najpierw przypomniałabym sobie jak bardzo zdenerwowana (uwaga, eufemizm!) byłam mniej więcej od czterdziestej piątej minuty trwającego półtorej godziny spotkania. Jak coraz bardziej twarde i niewygodne stawało się krzesło, na którym siedziałam. Jak, chcąc nie chcąc, stawałam się coraz bardziej złośliwa i zgryźliwa, komentując pod nosem, niczym jeden z członków muppetowej loży szyderców, kolejne wypowiedzi. Potem wróciłabym do momentu, w którym wydawało mi się, że będzie to fantastyczny wieczór. Że – jak twierdzono zarówno na papierze, jak i w internecie – wezmę udział nie tylko w zwykłym spotkaniu z autorem, ale i w warsztatach. Że uwiedzie mnie opowieść autorki, którą lubię, o najważniejszym człowieku w jej życiu. Że nie tylko usłyszę, ale i zobaczę na własne oczy jak Michał Nogaś nawiązuje więź nie tylko z autorem, z którym rozmawia, ale i z publicznością. Że spędzę miło czas. Że usłyszę coś, co zapamiętam, co mnie w jakiś sposób poruszy.

źródło zdjęcia
„Akademia Opowieści”, według intencji jej twórców ma być szkołą pisania. Wirtualnym miejscem, dzięki któremu opowieści o pozornie zwykłych ludziach, snute przez osoby nieposługujące się na co dzień piórem, staną się pasjonującymi, zapadającymi w pamięć historiami. W papierowym „Dużym Formacie” zamieszczono, pewnie na zachętę, kilka dobrze skonstruowanych, pochodzących od zawodowców opowieści. W internetowym serwisie można odsłuchać (a może i obejrzeć, nie wiem, bo nie mam czasu sprawdzić) kolejne historie. 12 stycznia w Szczecinie, po raz pierwszy realnie a nie wirtualnie, miały się odbyć warsztaty, w czasie których jeden z trzech zaangażowanych w projekt dziennikarzy (ta trójka to Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak) miał poświęcić opowieściom ich uczestników „dużo więcej czasu niż akademicki kwadrans”.

Magdalena Parys w czwartek w Szczecinie kilkakrotnie powtarzała, że jeśli konstruuje się opowieść, koniecznie trzeba najpierw sporządzić konspekt, z którego będzie jasno wynikał początek, szczyt i koniec całej historii.
Spotkaniu jakie miało miejsce w Szczecinie 12 stycznia, zabrakło zarówno konspektu, jak i szczytu.

źródło zdjęcia
Są rozmówcy, których nie trzeba moderować i delikatnie nakierowywać na właściwe tory, bo sami mają doskonałe wyczucie i perfekcyjnie potrafią czarować słuchaczy. Magdalena Parys do nich nie należy. Nie wątpię przy tym w to, że ma do powiedzenia wiele mądrych i interesujących rzeczy – przeczytałam dwie jej książki („Tunel” i „Białą Rikę”) i obie mi się podobały, a autorkę zapisałam na liście „interesujących”. Nie każdy jednak, kto umie dobrze pisać, umie też porywająco opowiadać. Zadaniem osoby prowadzącej spotkanie z kimś takim jest więc nieustanne trzymanie ręki na pulsie i dbanie o to, by temperatura nazbyt nie opadła, a opowiadana historia nie zatraciła swojego sensu.
Niestety, Michał Nogaś w tej roli się nie sprawdził. Chwytanie się za czoło i wznoszenie oczu ku niebu, powtarzane wielokrotnie przez półtorej godziny to trochę za mało, by sprawić aby chaotyczna, pozbawiona nie tylko szczytu, ale i nawet małego wzgórka, opowieść Magdaleny Parys o jej dziadku Antonim, porwała. Jeśli chodziłoby o pokazanie, w najbardziej bolesny ze sposobów, jak nie konstruować historii, można by odtrąbić sukces.

Gdybym była jednym z twórców „Akademii Opowieści”, obejrzałabym kilka razy (bez przewijania w miejscach dłużyzn, czyli co chwilę) nagranie tego spotkania (które podobno ma kiedyś gdzieś zostać zamieszczone). A potem wyciągnęłabym wnioski.
A ponieważ jestem sobą, pozostaje mi wyłącznie żałować, że ten falstart miał miejsce akurat w Szczecinie. 

wtorek, 3 stycznia 2017

W.Murek "Uprawa roślin południowych metodą Miczurina", czyli jak wyszło szydło z mojego worka

Są takie chwile, gdy nie jestem w stanie dłużej bronić się przed prawdą. Która, jak to prawda, bywa bolesna, wręcz okrutna.
W chwilach tych okazuje się, że jestem osobą małego charakteru, zwykłą zazdrośnicą i zawistnicą, która do tego nie potrafi pogodzić się z tym, że czas płynie i ci, których nie zaszczycałam dotąd nawet spojrzeniem, uznając ich za maluchy, wyrośli nad podziw a przy tym – o zgrozo! – niezwykle wręcz zmądrzeli.

Pal sześć, gdy idzie o takie osoby jak np. członkowie duetu Bisz/Radex. Po pierwsze, robią w innej branży niż ta, o której zawsze myślałam (kilka lat spędzonych w szkole muzycznej wystarczyło, bym zrozumiała, że dla dobra ogółu powinnam przerzucić się na inny rodzaj sztuki, na przykład szeroko rozumianą literaturę). Po drugie, różnicę wieku nieprzekraczającą dziesięciu lat jestem w stanie przełknąć.

Sytuacja wygląda znacznie gorzej, gdy w grę wchodzą osoby, dla których (wprawdzie przy odrobinie wysiłku, ale jednak zawsze) mogłabym być matką i które – co gorsza - parają się pisaniem. Naprawdę dramatycznie robi się jednak dopiero wówczas, gdy okazuje się, że łączy mnie z nimi także prawnicza branża, z której – jak widać na ich, a niestety nie moim, przykładzie – jednak można wybić się na literacką niepodległość, nie tworząc przy tym seryjnych gniotów (i cóż, że okupujących listy bestsellerów).

Tak, Weronika Murek, bo o niej mowa, stanowi poważną przeszkodę na drodze ku mojej (przyszłej) kanonizacji.


Jej debiutancki zbiór opowiadań czyta się znacznie lepiej niż zapowiada jego tytuł. „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” sugerowałaby bowiem, że może być to dzieło pasjonujące wyłącznie ogrodników. Tymczasem odbiorcami tej prozy mogą być w zasadzie wszyscy. O ile umieją podejść do literatury bez zadęcia. I są choć trochę walnięci.

Nie mam pojęcia co trzeba mieć w głowie, aby wymyślać takie historie, ale niewykluczone, że właśnie dlatego dotychczas nie udało mi się popełnić żadnego spektakularnego literackiego debiutu. Z całą pewnością nie umiałabym bowiem napisać historii o dziewczynie, która „o tym, że nie żyje, dowiedziała się jako ostatnia” i długo nie umiała przyjąć tego do wiadomości (opowiadanie „W tył, w dół, w lewo”; najdłuższe ze wszystkich, ze zdecydowanie najlepszym zakończeniem). Nie przyszedłby mi też chyba do głowy pomysł opisania nieco upiornego przedszkola, przypominającego ni to placówki funkcjonujące w Peerelu, ni to sanatoria dla dzieci („Organizacja snu w przedszkolu”; opowiadanie, którego pierwszoplanowymi bohaterkami są pracownice placówki, naszkicowane tak bardzo od niechcenia, że nie znamy nawet ich imion, a tylko funkcje („Jadalna”, „Spacerowa”, „kucharka”, „kierowniczka”). Nie sądzę również, abym potrafiła tak poetycko, a zarazem dosadnie, bawiąc się słowami, formą i treścią, opisać historię wsi, w której dobry gospodarz przyjął pod swój dach (choć nie za darmo) nerwowo chorych, dla których zabrakło wolnych łóżek w szpitalu psychiatrycznym („Ołówek, siekierka, kijek”).

Historie opowiadane przez Murek są nieprawdopodobne, choć rozpoznajemy w nich pewne zdarzenia, miejsca czy sytuacje. Dzieją się nigdzie, mimo że mniej więcej wiadomo gdzie. Nie mają przesłania, nie niosą ze sobą żadnych poważnych treści, a mimo to przyciągają, wciągają i nie pozwalają odłożyć się na bok. Są niepoważne i pozornie pozbawione sensu, a jednak dają do myślenia lub zmuszają do – chociażby – parsknięcia śmiechem.

Do tego (co gorsza!) Weronika Murek wydaje się być zupełnie normalna. Tak w każdym razie wynika z jedynej rozmowy z nią, jaką przeczytałam (tutaj).
A okładkę do jej książki zaprojektowała sama Iwona Chmielewska.
Zgroza, naprawdę zgroza.

Na szczęście przypuszczam, że jestem lepszą od niej prawniczką. Przynajmniej na razie.

Weronika Murek „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.

niedziela, 1 stycznia 2017

"Przekrój" nr 1134/1967, czyli 50 lat temu (odc. 14)

50 lat temu, 1 stycznia 1967 roku, redakcja „Przekroju” – tak samo jak wszystkie redakcje gazet ukazujących się obecnie - robiła podsumowania minionego roku i składała czytelnikom życzenia.




Wyliczano kto zmarł w roku 1966 (m.in. Jan Brzechwa, Stanisław Cat Mackiewicz, Anna Achmatowa, Evelyn Waugh, Stanisław Jerzy Lec, Zofia Starowiejska-Morstinowa, Montgomery Clift, Jan Kiepura, Tadeusz Bór Komorowski, Elizabeth Arden i Walt Disney).


Pytano czytelników co szczególnego przytrafiło im się w tymże roku (Aziza Święcicka, maturzystka: „Zdałam maturę. Pojechałam z mamą na wycieczkę do Budapesztu. Czy mogą być cudniejsze przeżycia na świecie?”).




Udzielano ostatnich sylwestrowych porad: „Przypadkiem nie wpadnij na pomysł w ostatniej chwili, że nie pójdziesz, bo nie masz w czym, zmuszając wszystkich, żeby cię błagali i psując wieczór Twojemu partnerowi. Oczywiście, że nie masz w czym, nikt nie ma w czym, albo jeżeli ma to jest to okropne. Albo fryzura straszna. Albo się dzisiaj właśnie brzydko wygląda. Znam to doskonale, bo też nie mam w czym pójść i okropnie wyglądam, więc Cię rozumiem Czytelniczko, ale niech to wszystko zostanie między nami.”

Tym zaś, którzy (a raczej które) chcieli nabyć na sylwestrowe i karnawałowe bale nową kreację, podsuwano propozycję wprost z Paryża, na każdą kieszeń:

Jeden z dyktatorów mody, Paco Rabanne, przedstawił niedawno kolekcję sukien wieczorowych z… papieru. Strój taki z odległości 2 metrów przypomina do złudzenia najwytworniejszą kreację, kosztuje zaś tyle, co 4 pary pończoch. Problem taniej sukni sprowadza się do tego, czy wytrzymuje ona bez uszczerbku kilka godzin zabawy czy balu. Francuska dziennikarka, Catherine Nay, postanowiła wytestować taki strój. Oto jej notatki:

21.00 Z wielkim trudem wciągam suknię (długa, princesse, ozdobiona różyczkami ze staniolu). Pęka jedno ramiączko. Naprawiam przy pomocy klejącej taśmy.
22.00 Wsiadanie i jazda samochodem niebezpieczne. Gubię 3 różyczki. Zimno mi.
23.00 Pierwsza próba – taniec. Mój partner, zauważając z bliska strój, jest nieco zdziwiony. Drugim tańcem jest szybki jerk. Nie mogę ryzykować zniszczenia sukni. Odpadają jeszcze dwie różyczki, wycofuję się z parkietu.
24.00 Pęka drugie ramiączko. Naprawiam, przyklejam różyczki. Zapalam papierosa. Znajomi pytają, czy nie boję się zapalić sukni.
24.30 Słyszę pękanie papieru i chłód w okolicy żołądka. Pierwsza poważna kraksa – spore zadarcie. Naprawiam.
1.00 Wyciągam rękę po szklankę i słyszę następny trzask. Tym razem pęknięcie na plecach. Nie mogę naprawić na sali. Wychodzę.
2.00 Wracam, naprawiwszy zniszczenia. Czuję, ze na plecach taśma klejąca przylgnęła do skóry. Trudno. Zgubiłam jeszcze kilka różyczek. Suknia jednak nadal jest piękna i wytworna.
Wnioski: Strój z papieru jest niewygodny, ale ogromnie zabawny w noszeniu. Kilka godzin prawdziwego suspensu, czyli nerwowego napięcia.”

Wreszcie, spisywano noworoczne postanowienia, życząc (sobie i innym), aby udało się je zrealizować:

Nie palić więcej niż 32 papierosy dziennie (wliczając w to noc);
Dobierać sobie starannie nieprzyjaciół (z Oscara Wilde’a);
Nie mówić źle o sobie, nawet o własnym zdrowiu;
Nie zadawać się z ludźmi, którzy są na diecie odchudzającej;
Nie kupować niczego tylko dlatego, że trzeba po to stać w ogonku;
Nie całować cudzych dziatek, chyba że ma się katar;
Nie dawać nikomu rad; te, które się ma, chować dla siebie;
Nie brać żadnych nowych leków, stare są wystarczająco szkodliwe;
Nie poznawać ze sobą swoich przyjaciół, sprzysięgną się prędzej czy później przeciwko tobie;
Nie obgadywać cudzych psów, nawet kiedy są poza zasięgiem twojego głosu;
Nie przepowiadać, nie wróżkować, chyba że się wie na pewno;
Nie pokazywać kolan nikomu, z wyjątkiem myśliwych;
Dotrzymywać terminów, choćby to cię miało narazić na miano nudziarza i wazeliniarza;
Na spotkania z kobietami spóźniać się tylko 10 minut, z mężczyznami tylko 15 minut (dla płci odmiennej odwrotnie);
Czytać jedną polską powieść miesięcznie, a jeżeli nawet nie czytać, to kupować;
Nie kupować za ciasnych pantofelków, żeby były nawet najpiękniejsze i najmodniejsze;
Nie jechać tramwajami na gapę. Trolejbusami też nie;
O żywych nie mówić nic złego; jeżeli już musimy się wyżyć, mówić źle o nieobecnych, na przykład o Dantem lub Juliuszu Cezarze;
Gadulstwo to wada. Nie bać się milczenia, od tego jeszcze nikt nie zachorował;
Pamiętać, że nie ma nic niemodniejszego niż zeszłoroczny ostatni krzyk mody;
Nie chwalić własnych dzieci, psów, własnego zdrowia, własnych utworów, mebli, przodków, przepisów kulinarnych, poglądów, powiedzeń, dowcipów, krewnych, pomysłów, własnych osiągnięć, zarobków, sukcesów, chorób, wyników sportowych, szczęścia w kartach i temu podobnych rzeczy, bo można to wszystko uroczyć, a co wtedy???”

A ponieważ wszystko to wydaje się nadal w pełni aktualne, zaś w świeżo reaktywowanym „Przekroju” nie zamieszczono (zdaje się, bo ciągle jestem w trakcie lektury) żadnych podobnie pogłębionych noworocznych życzeń, na tym poprzestanę.

Najlepszego! 

środa, 28 grudnia 2016

Simons i Szymiczkowa, czyli dlaczego czterdziestolatki zasługują na więcej niż stolnicę

Gdy pisanie postów na bloga staje się zajęciem wpisywanym na ostatnią pozycję na liście „do zrobienia”, nie wróży to niczego dobrego.
Bo kiedy już człowiek weźmie i usiądzie do komputera, nie bacząc ni to na ilość innych prac do wykonania, ni to na kręgosłup, który wziął się i wygiął bardziej niż zwykle, zmuszając do częstszego niż zwykle przybierania pozycji leżącej, pierwsze pytanie, na które musi odpowiedzieć, brzmi: „to o czym tu by najpierw napisać?

Na liście „do opisania” mam już kilkadziesiąt pozycji. Ba! Mam już szkice co najmniej kilkunastu postów. Niektóre z nich dotyczą książek, inne nie (od pewnego czasu nie mogę pozbyć się myśli, że powinnam zacząć pisać o rzeczach bardzo ważnych, by nie napisać – naprawdę ważnych, gdyż za chwilę może być na to za późno). Mam nadzieję, że kiedyś ujrzą one internetowe światło dzienne, jednak nie nastąpi to dzisiaj. Dzisiaj bowiem post całkiem nowy, wprost spod nerwowo przebierających po klawiaturze palców.

Paullina Simons i Maryla Szymiczkowa. Czy ktoś wpadł już na pomysł, by postawić je obie w jednym szeregu, do tego blisko stolnicy? Jeśli nie, zamierzam być pierwsza. Co więcej, posiadam dowody na to, że takie zestawienie nie jest pozbawione sensu. Oto one.

Szymiczkowa (a tak naprawdę Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński) bohaterką swojej debiutanckiej książki „Tajemnica domu Heclów” uczyniła Zofię Szczupaczyńską, dobiegającą czterdziestej wiosny żonę profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, Ignacego Telesfora Szczupaczyńskiego, kobietę bezdzietną, wyglądającą – mimo wieku (co podkreślają autorzy, a co wydaje mi się wyłącznie złośliwą promocją młodości) – wcale urodziwie. Przy pierwszym spotkaniu wydaje się, z przeproszeniem, zwykłym pustakiem. Jej myśli zaprzątają bowiem głównie kwestie towarzyskie, związane z uprawianą od szeregu lat konsekwentną wspinaczką po stopniach krakowskiej socjety. Męża, jak się wydaje, traktuje wyłącznie użytkowo. To dzięki niemu istnieje w krakowskim towarzyskim świecie i mimo nie najlepszego, bo przemyskiego, pochodzenia może cieszyć się udziałem w najświetniejszych wydarzeniach kulturalno-towarzyskich jakie mają miejsce w stolicy Galicji. Wie, gdzie bywać powinna i w jaki sposób trzeba tam dotrzeć (dorożką, zawsze dorożką). Kiedy trzeba, potrafi być przymilna (w stosunkach z bardziej od siebie znaczącymi), w innych okolicznościach – wymagająca i kapryśna (wobec tych, których nie poważa lub którzy wydają się jej nieprzydatni). O jej wcześniejszym życiu nie wiemy zbyt wiele, ale niewątpliwie już gdy miała lat kilkanaście, w głowie miała dokładnie ułożony plan na następną dziesięciolatkę: zdobyć odpowiednio ustosunkowanego męża i następnie mocno się go trzymać, aż do śmierci.
Reasumując, niekoniecznie miałabym z nią o czym gadać.


Z kolei Simons (ponoć autorka wyciskających ostatnią łzę bestsellerów – nie wiem, nie czytałam, książka o której niżej piszę, jest moim Simonsowym debiutem), pierwszoplanową bohaterką „Pieśni o poranku” uczyniła Larissę Stark, czterdziestolatkę, żonę legitymującego się tytułem MBA i znakomicie zarabiającego Jareda, matkę trójki dzieci. Piękna i bogata, wolna od trosk innych niż te związane ze zorganizowaniem rodzinnego życia, znakomicie ubrana i uczesana, wyposażona w odpowiednią liczbę koleżanek i znajomych, z którymi można umówić się na kawę, zakupy, ewentualnie poplotkować w czasie robienia manicure. Kiedyś studiowała teatr na Uniwersytecie Nowojorskim, czytała dużo książek, a jej rodzice bezwarunkowo wspierali ją we wszystkich, choćby najbardziej szalonych, planach. Teraz jest troskliwa, spokojna, nie narzeka, lubi biżuterię i sprzęty kuchenne. Znakomicie gotuje, spędza sobotnie wieczory z mężem i przyjaciółmi, lubi Bacha, kocha swoje dzieci. Męża w zasadzie chyba też.
Wydaje się, że bez specjalnego zmuszania się mogłabym zamienić z nią kilka słów. O ile oczywiście nie wymagałaby ode mnie wspólnego robienia manicure.


Po tym krótkim wprowadzeniu czas na rozwinięcie. Pozornie, najtrafniej byłoby zatytułować je: „znajdź różnice”, zaznaczając zarazem, że będzie to zadanie dla początkujących. Bo też:

1)   akcja „Pieśni o poranku” dzieje się współcześnie, w małym miasteczku Summit w stanie New Jersey w USA, zaś „Tajemnicy domu Helclów” w 1893 roku, w Krakowie;

2)   książka Szymiczkowej jest powieścią raczej kryminalną, zaś Simmons – obyczajową;

3)   bohaterki obu książek mają kontakt z wieloma mężczyznami, także młodszymi i przystojniejszymi niż własny mąż, jednak tylko jednej z nich przychodzi do głowy, by zrobić z tego użytek;

4)   amerykańska autorka pisze z rozmachem („Pieśń o poranku” liczy sobie 687 stron, z których co najmniej dwieście można byłoby bez żalu wyrzucić), podczas gdy polska (miło jest wierzyć w istnienie Szymiczkowej, wdowy po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie) mimo niezwykłej dbałości o szczegóły, równie mocno troszczy się o zwięzłość i jędrność opowieści (która dzięki temu zmieściła się na ledwie 283 stronach, licząc z epilogiem);

5)   Szymiczkowa – choć trupów u niej nie brakuje, troszczy się o to, by nie ścieliły się one zbyt gęsto, tj. by jedna umarła sztuka trafiała się nie częściej niż co osiemdziesiąt stron. Na sercu leży też tej autorce dobry humor czytelnika, którego nie chce pozostawiać w ponurym i nadmiernie nostalgicznym nastroju. Z pewnością dlatego ostatnie zdanie napisanej przez nią powieści (licząc bez epilogu) brzmi: „Była szczęśliwa jak bąbelek w szampanie” i jest jednym z najbardziej uroczych prawie-ostatnich-zdań, jakie kiedykolwiek czytałam.
Simmons tymczasem – znieczuliwszy czytelnika wcześniejszą nieco monotonną pisaniną, łupie go następnie między oczy wszystkim, co ma pod ręką (a co uprzednio starannie zgromadziła, działając niewątpliwie z premedytacją, co poczytałabym w tym przypadku za okoliczność obciążającą). Efektem jest czytelnik, którym po przeczytaniu ostatniego zdania miotają na przemian torsje (od nadmiaru wstrząsających swą kiczowatością i oczywistością scen) i wściekłość (na samego siebie, że zmarnował tyle czasu i jeszcze przypuszczał, że za tym wszystkim będzie stało głębokie przesłanie).

Mogłabym tak jeszcze długo (niczym Simons), jednak jako że po tak długiej przerwie w pisaniu każde zdanie wyszarpuję z głębi trzewi, krwawiąc przy tym obficie, przejdę czym prędzej do puenty.

Otóż:
kobieta około czterdziestoletnia to postać, która żyje na tyle już długo, by mieć ochotę na zmiany; idealnie nadaje się więc do tego, by jej, związane z tym, perypetie opisać w książce. Choć wydawało się, że nikt nie zrobi tego lepiej niż inna kobieta, do tego taka, która sama nie tak dawno miała 40 lat (Paullina Simons w dacie pierwszego wydania „Pieśni o poranku” liczyła ich sobie 46), to jednak z zadaniem lepiej poradziło sobie dwóch znacznie od niej młodszych mężczyzn.

Dlaczego? Dlatego, że wiedzą, iż historia, którą pokochają czytelnicy musi być niczym czterdziestoletnia kobieta, taka jak wiele zyskująca przy bliższym poznaniu Zofia Szczupaczyńska:

Ignacy, każda kobieta, która chce być kochana przez męża, musi zachować odrobinę tajemniczości. W przeciwnym razie robi się płaska jak stolnica i nudna jak flaki z olejem.

Maryla Szymiczkowa „Tajemnica domu Helclów”. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2015.
Paullina Simons „Pieśń o poranku”, z angielskiego przełożyła Katarzyna Malita. Świat Książki, Warszawa 2013.