piątek, 16 czerwca 2017

Wisłocka książkowo i filmowo, czyli wszystko i tak psu (pudelkowi) na budę

Nigdy nie lubiłam biografii, a im jestem starsza, tym bardziej wiem dlaczego.
Ułudą jest bowiem wierzyć, że jesteśmy w stanie dowiedzieć się czegoś o kimś innym. Poznać bliżej kogoś, kto nas fascynuje, intryguje.
Nie znamy samych siebie. Kreujemy swój wizerunek nawet przed najbliższymi. To, kim jesteśmy na zewnątrz, ma się nijak do tego, co robimy, gdy nikt nie patrzy. I wcale nie chodzi tylko o dłubanie w nosie czy puszczanie bąków.

Prawda jako byt obiektywny nie istnieje, bardzo mi przykro.

W tej samej chwili jedna osoba zobaczy coś/kogoś zupełnie innego niż druga. Ten sam ktoś jutro inaczej będzie oceniał zdarzenia z dzisiaj.
Jak w tak niesprzyjających warunkach dowiedzieć się czegokolwiek o kimś, kogo nie mieliśmy szans spotkać, zobaczyć, porozmawiać?
Nie da się i tyle.


Mimo to czasem zdarza mi się, że ktoś mnie zaciekawi. Że sięgnę po książkę, obejrzę film, łudząc się przez chwilę, że czegoś się dowiem.
Obejrzałam „Sztukę kochania”. Potem przeczytałam książkę Violetty Ozminkowski „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”. Nie twierdzę, że w związku z tym wiem już wszystko o Wisłockiej; przeciwnie, przypuszczam, że nie wiem o niej niczego. Ale wiem też, że książka przybliża mnie do niej dużo bardziej niż film. Który powinien nosić tytuł „Sztuka manipulacji”.

Na seansie w kinie byłam najmłodsza; średnia wieku zdecydowanie wynosiła więcej niż 50 lat. Widzowie reagowali żywo, wykrzykując co jakiś czas „tak było!” lub też chichocząc zgodnie w momentach innych niż te, która ja uznawałam za przeznaczone do chichotania. Film pokazał im ich prawdę o czasach, w których żyli, kochali, byli młodzi.
Nie wiedząc wcześniej zbyt wiele o Wisłockiej, z kina wyszłam z określonym wyobrażeniem na jej temat. Podtytuł filmu („Historia Michaliny Wisłockiej”) zamaskował to, że dałam się po prostu nabrać.

źródło zdjęcia

I byłabym tak nabrana (i zadowolona) po dziś dzień, jednak, niestety, przeczytałam książkę. A wtedy wszystko się rypło.
Violetta Ozminkowski, która też fabularyzuje swoją opowieść o Wisłockiej, w odróżnieniu od twórców filmu nie próbuje jej jednak podrasowywać. Nie pomija też, wedle własnego uznania, niepasujących do jej wizji epizodów z życia jej bohaterki, ani nie przerabia ich na własną modłę, uwypuklając co jej potrzebne i przycinając, co odstaje. Stara się ponadto, w miarę możliwości, pokazać szerszą perspektywę. Wisłocka według Ozminkowski ma początek, środek i koniec. Po lekturze zostają pytania, wątpliwości. Postać, która po obejrzeniu filmu wydawała się być jednoznacznie pozytywna (dajmy jej tytuł Kobiety Roku!), po lekturze książki odzyskuje typową dla ludzi wielowymiarowość i niejednoznaczność.

Film zaś, hm. Owszem, ogląda się go dobrze. Dbałość o detale zachwyca. Kreacje Wisłockiej/Boczarskiej sprawiają, że człowiek wręcz żałuje, iż nie ma w domu choćby jednej zasłony, bo gdyby takową miał, byłby ją natychmiast zdarł z karnisza i powiózł do krawcowej.
Muzyka - dobrana idealnie. Aktorzy - naprawdę zapracowali na swoje gaże.
I tylko ja, głupia taka, nie rozumiem, czemu ktoś po raz kolejny sprzedał mi podkoloryzowany kit zamiast miodu, a ja zorientowałam się dopiero po odejściu od kasy.

Być może do biografii należałoby podchodzić jak do Pudelka. Czytać, ale nie przywiązywać się zbytnio do treści. Ot, parę obrazków, woda na młyn plotkarzy. Każdy i tak najlepiej wie co się wydarzyło a wszyscy wiedzą dokładnie tyle samo.
Czyli nic.

I po co było się, droga autorko książki, tak męczyć?

Violetta Ozminkowski „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
„Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, reżyseria Maria Sadowska, scenariusz Krzysztof Rak. 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

L.Moriarty "Wielkie kłamstewka", czyli prawda bywa banalna, ale czy komuś to przeszkadza?

Gdybym onegdaj nadała swojemu blogowi nazwę „Wszystko o książkach”, „Książki moje życie” lub też jakoś podobnie, sugerując tym samym, że na czym jak na czym, ale na książkach to ja się znam, być może miałabym problem z Liane Moriarty i jej „Wielkimi kłamstewkami”.
Bo, przeczytawszy tę książkę niemal jednym tchem i do tego, o zgrozo!, odczuwając przyjemność w czasie lektury, pewnie – zamiast pisać tego posta – głowiłabym się teraz nad tym jak tu by o niej napisać, by nie wyjść na czytelniczego laika, zachwycającego się byle czym. Szukałabym więc być może gorączkowo w pamięci innych, dużo bardziej poważnych dzieł o tej tematyce (w każdym razie bez niepoważnej naklejki na okładce, głoszącej, że „Kobiety to czytają!” - phi!), z którymi mogłabym zestawić ten (phi po dwakroć!) australijski bestseller, do tego świeżo zekranizowany i zaprezentowany serialowej widowni (phi, phi, phi!).
Próbowałabym też pewnie jakoś zakamuflować fakt, że przeczytałam tę książkę dopiero teraz, gdy o jej istnieniu dowiedzieli się niemal wszyscy (podobno emitowany w HBO serial cieszył się sporą oglądalnością). I na nic zdałoby się zgodne z prawdą napomknięcie o tym, że usłyszałam o niej dzięki radiowej rozmowie z jej polską tłumaczką, panią Magdaleną Moltzan-Małkowską.


Na szczęście, powołując się na swoją nieperfekcyjność, mogę zdjąć sobie wszystkie te problemy z głowy. (Przy okazji mogłam też stworzyć powyższy wstęp, dzięki któremu nikt nie będzie wiedział, czy o tych wszystkich snobistycznych lękach to ja na poważnie, czy też nie).
Przyznaję się więc w tym miejscu szczerze: nie mam pojęcia czy faktycznie już ktoś kiedyś napisał książkę od końca i czy zrobił to lepiej niż Moriarty (chociaż coś tam po głowie się kołacze). Wiem natomiast, że już w pierwszym rozdziale „Wielkich kłamstwek” ich autorka uszczęśliwiła czytelników informacją o tym, że podczas wieczorku integracyjnego dla rodziców w szkole podstawowej Pirriwee Public („gdzie mieszkamy i uczymy się nad oceanem” i gdzie „nie ma miejsca na dokuczanie”) zginął jeden z rodziców. W kolejnym rozdziale cofnęła zaś jak gdyby nigdy nic akcję o pół roku, by od tej pory już chronologicznie (choć z różnych perspektyw) prowadzić czytających przez codzienność grupy osób przypadkowo połączonych faktem posiadania dzieci w tym samym wieku, uczęszczających do tej samej placówki oświatowej.

Niewątpliwie rzeczywistość australijska różni się nieco od polskiej (i nie mam na myśl wyłącznie braku oceanu), ale na szczęście nie tak bardzo, by czytać tę historię tylko jako abstrakcyjną opowieść o tym, co mogło przydarzyć się wyłącznie innym. Także bowiem i w Polsce zdarzają się: samotne macierzyństwo, przemoc domowa, rodziny patchworkowe, problemy z dorastającymi dziećmi, problemy z małymi dziećmi, zdradzający małżonkowie, nadopiekuńczy rodzice, rodzice próbujący pogodzić robienie biznesowej kariery z wychowaniem dzieci, szkolne intrygi, rodzicielskie koterie.
Także i polskie kobiety (bo to książka napisana zdecydowanie z kobiecej perspektywy) na co dzień muszą radzić sobie z tym, że:

- dokonywane przez nich wybory zawsze będą stawiać je w gorszej sytuacji, niż gdyby były identycznie postępującymi mężczyznami („Nikt nie mówi, że Geoff pracował od rana do nocy. Nie pyta, czy Geoff wiedział, co dzieje się z Amabellą. Rozumiem, że to Renata miała lepiej płatną, bardziej stresującą posadę, ale jakoś nikt nie miał pretensji do Geoffa, że robi karierę, nikt nie powiedział: „Och, tak rzadko widujemy w szkole, Geoffa, prawda?” Gdzie tam! Ojciec, który odbiera dziecko, zasługuje w oczach niepracujących matek na piedestał.”);

- starzeją się i choćby ciągle czuły się jak młode dziewczęta, to zewnętrzna rzeczywistość jest całkiem inna („Dzień w dzień myślę sobie: A coś ty dzisiaj taka zmięta? I dopiero ostatnio przyszło mi do głowy, że może po prostu ja już tak wyglądam.”);

- ich dziecko jako jedyne nie zostało zaproszone na klasowe urodziny („Jeżeli stworzy idealną facebookową rzeczywistość, być może sama w nią uwierzy.
Mogłaby nawet zamieścić wpis w rodzaju: „Wkurzona!!! Ziggy jako jedyny w klasie nie został zaproszony na urodziny koleżanki!! Wrrr” A wszyscy zaczną ją pocieszać: „No co ty???”, „Oooooo, biedny Ziggy!”
Sprowadzi swoje lęki do zmian statusu, które znikną na tablicy wśród innych doniesień.”);

- ich życie wymknęło im się spod kontroli, a one same nie umieją lub tak naprawdę nie chcą tego zmienić („za każdym razem, gdy nie odchodziła, dawała mu ciche przyzwolenie na to, aby zrobił to ponownie. Była tego świadoma. Wykształcona kobieta z wachlarzem możliwości oraz miejsc, w które mogłaby pojechać, z gronem przyjaciół i znajomych, którzy zapewniliby jej wsparcie, z prawnikami, którzy dochodziliby jej praw. Mogła wrócić do pracy i się utrzymać. (…) Z chwilą gdy przestała pracować, jej stosunek do pieniędzy uległ zmianie. Korzystała z nich tak, jak korzysta się z cudzej łazienki: grzecznie i z wyczuciem. Podejrzewała, że w oczach prawa i społeczeństwa uchodzi za pożyteczną, prowadząc dom i wychowując chłopców, ale nigdy nie wydawała pieniędzy Perry’ego tak jak niegdyś swoich.”).

„Wielkie kłamstewka” dotykają wielu poważnych tematów, czyniąc to bardzo prawdziwie (mimo nieco egzotycznej dla nas scenografii). Moriarty potrafi przy tym dodatkowo zaintrygować czytelnika, prowadząc historię tak, by odczuwał on napięcie a niekiedy nawet lęk przed tym, że to „jego” ulubiony bohater okaże się tym uśmierconym w pierwszym rozdziale nieszczęśnikiem.
To także opowieść o tym, że nie warto dać się uwieść pozorom, bo zazwyczaj nic nie jest takie na jakie wygląda. Jest to jednak prawda tak banalna, że gdyby była jedynym powodem napisania tej powieści, pewnie nie byłaby ona warta nawet wzmianki na najmarniejszym blogu, by nie wspomnieć o chęci przeniesienia jej na ekran z obsadą pełną wielkich gwiazd światowego kina.
Moriarty chętnie przypomina jednak właśnie o banałach. Z których jednak, gdy dobrze się nad tym zastanowić, składa się życie. Banalny wątek siły grupy i tego, że przez życie łatwiej idzie się z kimś niż samemu, autorka potrafi przerobić na szereg różnych sposobów, pokazując między innymi, że grupa potrafi niszczyć, ale może też dać olbrzymie wsparcie. O ile zechcemy po nie sięgnąć.

Jedyne co mam tej książce do zarzucenia, to zakończenie. Nieco za „hollywoodzkie”, za bardzo przypominające puzzle, w których wszystkie kawałki muszą idealnie do siebie pasować. Sądzę, że gdyby Moriarty nie przejmowała się tak bardzo samopoczuciem swoich czytelników, wyszłoby to jej książce wyłącznie na dobre.
I bez tego jednak jest zupełnie nieźle.

Liane Moriarty „Wielkie kłamstewka”, przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015. 

Ps. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już kiedyś napisałam podobnie zaczynającego się posta. Najwyraźniej nie mam pamięci nie tylko do cudzych, ale i własnych dzieł. Jeśli to prawda, uprzejmie przepraszam, ale chwilowo nie mam siły wymyślić niczego innego. Pisałam już, że prawda jest banalna?

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Ł.Orbitowski "Inna dusza", czyli czym różni się fakt od "Faktu"

„Inna dusza” jest książką, o której swego czasu było głośno (w każdym razie w kręgach osób czytających).
Łukaszowi Orbitowskiemu przyznano za nią Paszport „Polityki” 2015. Nagradzający wyjaśnili przy tym, że jest ona „doskonałym połączeniem powieści inicjacyjnej, psychologicznej i obyczajowej”. Dodali, że paszport przyznali „za precyzyjne, poruszające i zapadające w pamięć studium zła.


Gdyby „Inna dusza” była zwykłą powieścią, chyba byłabym nią zachwycona. Chyba, bo nie od początku czytało mi się ją dobrze; przeciwnie, przez pierwszych 150 stron nieco się męczyłam, zastanawiając się nawet czy nie porzucić lektury.
Potem jednak było coraz lepiej. Studium zła, owszem. Poruszające, jak najbardziej. W żadnej mierze nie płaskie, czarno-białe. Orbitowski próbuje dociec przyczyn, pokazać genezę zbrodni, nie ukrywając zarazem swojej bezradności. Jest dwóch głównych bohaterów tej książki, przy czym jeden z nich wydaje się być bardziej predystynowany do tego, by nisko upaść. Wskazywałyby na to jego uwarunkowania środowiskowe i rodzinne – ojciec pijak, bezradna i niewydolna wychowawczo i życiowo matka. Jednak to nie on zabija. Nie w nim żyje „inna dusza”, która każe chwycić mu za nóż i zabić. Raz, a potem drugi.

Gdyby „Inna dusza” była powieścią, byłaby to dobra powieść. Pełna szczegółów, samoczytających się opisów, dzięki którym świat w niej przedstawiony wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Realia lat dziewięćdziesiątych, odbieranych przeze mnie niemal z tej samej perspektywy, co w przypadku Orbitowskiego (różnica wieku między nami nie jest znacząca, choć istnieje), wydają się być perfekcyjnie oddane. Ówczesna Bydgoszcz, w której nigdy zresztą nie byłam (jednak byłam w tym czasie w kilku innych, równie złych jako bydgoski Fordon, dzielnicach kilku innych większych miast), zdaje się niezwykle prawdziwa. Żyjący dwadzieścia lat temu ludzie, ich pragnienia i marzenia, zostali przedstawieni w przekonywujący sposób.

Jest jednak pewien problem.
„Inna dusza” nie jest powieścią. Jest książką „na faktach” (wydaną zresztą w serii o takiej nazwie), opisującą autentyczne zdarzenia, w autentycznych plenerach, tyle że – drobiazg – przepuszczonych przez wyobraźnię autora.
W wywiadzie dla portalu Książki WP autor wyjaśniał, że „odległy pierwowzór mojej postaci, rzecz jasna fikcyjnej, to chłopak z Bydgoszczy, który bez żadnego powodu zabił dwoje ludzi.
Taaaa, jasne. Postać fikcyjna będąca odległym pierwowzorem. A wszelka zbieżność jest najzupełniej przypadkowa.
Wydawca zresztą zaznacza na ostatniej stronie książki, odpowiednio małym druczkiem, że wprawdzie „zarys fabuły książki „Inna dusza” jest oparty na prawdziwych zdarzeniach. Trzeba jednak pamiętać, że tekst nie jest reportażem, tylko dziełem fikcji literackiej. Nie należy traktować jak dokumentu. Wypowiedzi i myśli bohaterów, ich charakterystyka, a także opisy szczegółów miejsc i wydarzeń nie mogą stanowić źródła wiedzy o faktach”.
Wydawałoby się więc, że wszystko załatwione.
Niestety, nie dla mnie.


Być może jestem starym ramolem, który nie zna się na Sztuce i Literaturze (koniecznie z wielkiej litery), ale nie zgadzam się na to, aby ciągle świeże dramaty traktować jako pożywkę dla wyobraźni twórców i kieszeni wydawców, w jakiejkolwiek branży by nie działali.
Opisane w „Innej duszy” morderstwa zdarzyły się naprawdę. Naprawdę zginęło dwoje młodych ludzi, a to czy zabił ich Jędrek (jak w powieści), czy Jacek (jak w rzeczywistości), doprawdy ma najmniejsze znaczenie.

Nie widzę przeszkód, by Łukasz Orbitowski napisał – jeśli tylko najdzie go taka ochota – znakomitą powieść o tym, jak dochodzi do tego, że młody człowiek z – wydawałoby się – dobrego domu zabija dwójkę w pewien sposób bliskich mu ludzi. By stworzył całkowicie fikcyjny świat, całkowicie fikcyjnych bohaterów i całkowicie fikcyjną historię. Nie widzę przeszkód, by inspirował się przy tym zdarzeniem, które miało miejsce naprawdę. Czym innym jest jednak inspiracja, a czym innym manipulacja.

Orbitowski jest sprytny. Wszystko dobrze przemyślał, ma więc gotowe odpowiedzi na moje wątpliwości.
„- Jednak nawet tworzenie fikcji na bazie rzeczywistego mordercy i na jego ofiarach jest dość ryzykowne. Żyją rodziny, z pewnością trafią na ten tekst, a ich emocje odżyją. Były jakieś obawy z tym faktem związane?
- Dużo o tym myślałem i myślę dalej. Wydawca chciał organizować spotkanie autorskie w Bydgoszczy, z zaangażowaniem mediów lokalnych. To miało być duże wydarzenie. W pierwszym odruchu odmówiłem. Bałem się, że będę musiał komuś w oczy spojrzeć, ktoś mi w ryj plunie, albo dostanę w kły. Natychmiast zmieniłem zdanie i pojadę do Bydgoszczy promować „Inną duszę”, jeśli tylko okazja się trafi. Biorę pełną odpowiedzialność za to, co napisałem. Sprawa w ogóle ma duży stopień komplikacji. Zmieniłem coś więcej, niż inicjały głównego bohatera, wymyśliłem mu inną rodzinę, przeniosłem w inną część Bydgoszczy i odjąłem brata. Ofiary także mieszkają gdzie indziej, nazywają się inaczej, dorzućmy do tego wymyślonego od podstaw narratora z jego otoczeniem na Jasnej. Momentami już nie wiem, co wziąłem z akt, co zaś wymyśliłem. Cała ta maskarada jest nieudolna, uczestnicy wydarzeń z tamtych bez problemu rozpoznają, o co chodzi. I może być im przykro. Robiłem wszystko, żeby uszanować ich uczucia, ale dopuszczam możliwość, że zawiodłem. Z drugiej strony, o Jacku B. powstał film dokumentalny, kilka reportaży, nie jestem więc jedyny. Czy mam prawo pisać? Oczywiście. Ta historia należy do wszystkich. Czy ktoś urażony ma prawo dać mi w mordę, fizycznie, z całej siły? Również. Jego prawo jest równorzędnym względem mojego prawda do pisania. Jestem gotowy. Nie będę się uchylał.”

Kluczowa wydaje mi się odpowiedź na pytanie o to, czy – jak twierdzi Orbitowski - ta historia faktycznie należy do wszystkich?
To odpowiedź na pytanie o to czy w dzisiejszych czasach mamy prawo do prywatności a od innych możemy oczekiwać elementarnej wrażliwości.
Czy wystarczy „odjąć brata” i przenieść akcję w inną część miasta, by uznać, że stworzyło się fikcyjną historię?
Czy jeśli jutro padnę ofiarą gwałtu, będę mogła liczyć na to, że nie znajdzie się nikt, kto stwierdzi, że urzekła go moja historia i postanowi – zmieniwszy mój kolor włosów oraz miejsce zdarzenia z parku na nieuczęszczane pobocze – sprzedać ją całemu światu? Oczywiście, równocześnie przeprosiwszy za ewentualne urażenie uczuć moich i mojej rodziny.

Nie kupuję tego.
Podobnie jak nie kupuję wchodzącego właśnie na ekrany filmu „Amok”. Mam tak od lat i nie sądzę, aby mogło się to zmienić w przyszłości – swego czasu, zorientowawszy się mniej więcej w połowie co jest grane, wyszłam z seansu filmu „Dług”.
Jest jednak różnica: nie pójdę na "Amok", bo wiem czym jest. Przeczytałam "Inną duszę", bo myślałam, że jest całkiem czym innym.
Według mnie elementarne zasady uczciwości wymagają, by poinformować czytelnika o tym, co bierze do ręki, we wstępie do książki, nie zaś w redakcyjnej stopce.
Wtedy wiedziałabym, że nie mam do czynienia z książką „na faktach”, lecz niczym z „Faktu”. 

Łukasz Orbitowski „Inna dusza”. Wydawnictwo OD DESKI DO DESKI, Warszawa 2015.

sobota, 18 marca 2017

M.Krüger "Karolcia", czyli róbmy swoje

Kiedy kilkanaście dni temu czytałam razem z dzieckiem (pierwszy raz w życiu, tak jakoś wyszło) „Karolcię”, wiedziałam, że będę chciała o niej napisać, uważając za nadspodziewanie aktualną.

Późniejsza informacja o śmierci Wojciecha Młynarskiego, felieton Szymona Hołowni przeczytany w którymś z ostatnich numerów „Tygodnika Powszechnego” i wreszcie newsowy materiał o dobrym sercu prezydenta Szczecina i dzielnej sześciolatce sprawiły, że przyspieszyłam. To, jaki jest związek między tymi pozornie ze sobą niezwiązanymi faktami, wyjaśni się już wkrótce.


Do tego ogrodu (…) było bardzo niedaleko. (…) Nie był to bardzo duży ogród, ale miał mnóstwo zalet. Przede wszystkim najważniejsze było to, że dzieci z całej dzielnicy mogły tu w ciepłe dni spędzać czas na powietrzu i doskonale się bawić. Były tam krzewy, w których mogli mieszkać Indianie, były wąskie ścieżki, którymi chodzili wielcy wodzowie Mohikanów i Siuksów, były place, gdzie można było jeździć na rowerze lub hulajnodze, były wreszcie cztery huśtawki, jeden kołobieg, jedna karuzela i dwie zjeżdżalnie, nie mówiąc o dwóch wielkich piaskownicach dla maluchów. Jeśli tak się zdarzyło, że któreś z dzieci nie mogło wyjechać podczas wakacji na wieś, to tu spędzało lato.”

„Karolcia” jest anachroniczna, tak gdy chodzi o dekoracje, jak i o pragnienia czy marzenia dzieci. W każdym razie tych wielkomiejskich (akcja „Karolci” dzieje się w niezidentyfikowanym z nazwy większym mieście).

Nie znam współczesnych ośmiolatków (tyle lat ma Karolcia), którzy bawiliby się w Indian. Spora część dzieci w ciepłe dni może i spędza czas na powietrzu, ale raczej siedząc na ławce lub murku i zużywając baterie w smartfonach niż jeżdżąc na rowerze. O ile oczywiście ich rodzice zaryzykują i puszczą je samopas (znam całkiem sporo wielkomiejskich rodziców, którzy uważają, że dwunastolatek nie jest na tyle odpowiedzialny, by mógł samodzielnie wrócić po szkole do domu).
Ogólnodostępnych ogrodów też jakby coraz mniej, zwłaszcza na nowych osiedlach, gdzie deweloperzy skrupulatnie przeliczają metry kwadratowe na złotówki.

Być może więc współczesne dzieci wcale nie przejęłyby się taką informacją, jaka 14 lipca zawisła na ogrodzeniu ogrodu położonego niedaleko domu Karolci.
Od dnia 15 lipca ogród zostanie zamknięty.
Na placu tym zbudowana będzie wielka restauracja.
Podpisano: Prezydent Miasta
Ba! Nie można wykluczyć, że niejedno urodzone już w XXI wieku dziecię wpadłoby w takiej sytuacji wręcz w euforię, licząc na to, że już za chwilę będzie miało pod oknem McDonalda. (Także zresztą i w „Karolci” „pewien grubasek” zachwycił się tym, że „będzie można wstąpić na dobry obiadek”).
Tymczasem w „Karolci” ta nowina wywołała pewne poruszenie.

„-To co na to poradzimy? – spytała jakaś pani z małym dzieckiem w wózeczku.
- Jak to: co? Trzeba by do Prezydenta pójść i powiedzieć mu to tym! – odpowiedziało kilka osób.
- A gdzie jest ten Prezydent?
- Pewnie w Ratuszu – powiedziała jakaś staruszka, która odprowadzała do ogrodu swojego małego wnuczka.
- Tak, ale czy nas wpuszczą do Ratusza? – spytał jakiś chudy pan w okularach. – Słyszałem, że bardzo trudno jest dostać się do prezydenta.
- Podobno trzeba przejść przez sto siedemnaście pokoi! – poufnie szeptała pewna grubiutka paniusia z dzieckiem na ręku. – (…) W każdym siedzi co najmniej jeden urzędnik, ale często jest ich dwóch albo trzech. Wszyscy oni po kolei pytają, po co się idzie do Prezydenta. Albo nawet każą pisać to na dużym arkuszu papieru.
- Bez kleksów i bez błędów, bo inaczej nie przyjmują – wtrącił chudy pan w okularach.
- Tak a poza tym trzeba, żeby do takiego zapisanego papieru, który nazywa się podaniem, były jeszcze załączniki.(…)
- No dobrze – wtrącił teraz Piotr – jakby już ktoś napisał takie podanie bez błędu za pomocą słownika ortograficznego, to co?
- Jak to: co? – oburzył się ktoś.
- To co by było? Toby Prezydent je przeczytał?
- Aha! Zaraz przeczytał! A przedtem jeszcze jest sekretarz albo sekretarka. A może niejedna! I woźni też są, i w ogóle może akurat być jakieś posiedzenie i Prezydent w ogóle może nie mieć czasu!
- Tak, tak – wszyscy teraz stali zasmuceni i kiwali głowami. Bo co tu zrobić, żeby ten ogród zachować? (…) Wreszcie któraś mama powiedziała:
- Pobawcie się jeszcze, dzieci kochane! Tylko przez dzisiejszy dzień ten ogród jest wasz.”

Wiele rzeczy nas ostatnio porusza. W wielu przypadkach czujemy oburzenie i chęć zrobienia z tym, co nas bulwersuje, porządku. Chęć, która bardzo szybko mija. Zazwyczaj natychmiast po tym, gdy spotkamy się w grupie współoburzonych (jak w „Karolci”) lub klikniemy „Lubię to”, „Wezmę udział” czy cokolwiek się teraz klika na którymkolwiek z portali społecznościowych.
Bo co innego oburzać się, a co innego podjąć konkretne działanie. Bo przecież trzeba napisać podanie (i to bez błędów, i kleksów), gdzieś pójść (przez sto siedemnaście pokoi a może i więcej), z kimś porozmawiać (ale na pewno to się nie uda, bo wcześniej zatrzymają nas i rozdziobią kruki i wrony).

„Karolcia” nie jest tylko książką o magicznym koraliku, dzięki któremu możemy spełniać rozmaite życzenia i zachcianki. To przede wszystkim książka o odpowiedzialności. O tym, że oglądając się na innych, możemy do końca życia dreptać w miejscu, sfrustrowani i nieszczęśliwi. I o tym, że możemy – nie myśląc „a co to da” lub „na pewno się nie uda” – zrobić tyle, ile możemy. Może czasem uda nam się dzięki temu rozwiązać duży problem wielu ludzi, a czasem może nie.

Zapatrzeni w ekrany, wciąż czekamy, aż coś zrobi (albo przestanie robić) jakaś zbiorowość, jakiś rząd, prezydent, partia, jakaś unia, a zapomnieliśmy, że popchnąć świat w stronę dobra może codziennie każdy z nas.”
To Szymon Hołownia (całość tekstu dostępna tutaj).

A Wojciech Młynarski? To samo, tylko dłużej i ładniej:
Ukształtowała nam się raz
Opinia, mówiąc: Kurczę,
Rozsądku krzyny nie ma w was,
Inteligenty twórcze!

Na łeb wam wali się ten kram,
Aż sypią się zeń drzazgi,
O skórze myśleć czas, a wam?
                                           Wam w głowie wciąż drobiazgi!

                                           Opinia sroga to, że hej,
                                           Odpowiadając przeto jej:

                                           Róbmy swoje!
                                           Pewne jest to jedno, że
                                           Róbmy swoje!
                                           Bo jeżeli ciut się chce,
                                           Drobiazgów parę się uchowa:
                                           Kultura, sztuka, wolność słowa - Kochani,
                                           Róbmy swoje! Róbmy swoje!
                                           Może to coś da - kto wie?

Czytajcie „Karolcię”. I róbcie swoje, jako i ja zamierzam. Może to coś da, kto wie.

Maria Krüger „Karolcia”. Ilustrowała Hanna Bielińska. Wydawnictwo Siedmioróg, Wrocław 2006.

środa, 8 marca 2017

"Rozdarta zasłona", czyli jak przerobić porządną kobietę na niebezpieczną feministkę

Profesorowa Zofia Szczupaczyńska, z którą przyjemność miałam już tutaj, także w drugiej części serii kryminalnej, której jest bohaterką, wiedzie dobre, spokojne życie. Takie, na jakie zasługuje każda porządna kobieta.

Po pierwsze, jest żoną krakowskiego profesora. Profesorowa Szczupaczyńska brzmi znacznie lepiej niż na przykład woźnicowa Szczupaczyńska, nieprawdaż?
Po drugie, mąż daje jej święty spokój, tzn. nie oczekuje od niej wiele więcej niż, by w schludnym domu dopilnowała tego, aby na czas otrzymał obiad, a także podała co trzeba, dokładnie wtedy, gdy on tego potrzebuje. Poza tym powinna z zaciekawieniem chłonąć każde mężowskie słowo, w tym z uwagą wysłuchiwać odczytywanych przez męża, odpowiednio wyselekcjonowanych (bo nie wszystkie nadają się wszak dla kobiecych uszu) doniesień prasowych, wtrącając - ewentualnie – drobne, nieistotne uwagi.
Po trzecie, może bez przeszkód oddawać się rozrywkom idealnym dla kobiet: organizować zbiórki na cele dobroczynne, wydawać przyjęcia, a nawet hodować rododendrony.
Czy można chcieć więcej?

Dobrze ułożona żona, jaką bez wątpienia jest Zofia Szczupaczyńska, bez najmniejszych wątpliwości zgodzi się też z wypowiedziami mądrzejszych od siebie mężczyzn, zwłaszcza gdy zostaną one poparte naukowymi stwierdzeniami.

Zaiste, „mania kształcenia kobiet”, z jaką świat musi mierzyć się od końca XIX wieku i ciągle nie może się z nią uporać, nie może prowadzić do niczego dobrego!

Czyż nie mają racji ci, którzy twierdzą, że „od tego zaczyna się zwyrodnienie niewiasty; każdy się przecież zgodzi, że więcej warta w społeczeństwie jedna zacna matka, dobra niewiasta niż mierny doktor”?

Poza tym, jak widać również i dzisiaj (patrz: jakieś strajki czy marsze kobiet): „ledwie się dziewczyna trochę czytać i pisać nauczy, już pretensje. (…) A co z tego, że mnożą się talenta do pisania nowelek, kiedy zdolnych i pracowitych szwaczek i przykrawaczek trzeba szukać za granicą?”

Ba! „Niektórzy tegocześni pracują ciągle nad tym, aby zatrzeć naturalne różnice między płciami i zaprowadzić ich bezwzględne zrównanie! Czy można sobie wyobrazić większą niedorzeczność? Przecież nawet w ciele widać zupełnie inne przeznaczone nam zadania! Choćby taki zarost (…) – to przecież dowód samej przyrody na to, że męskiej naturze przyrodzone jest dostojeństwo. Kobiety nie mają bród (…), gdyż nie muszą być tak dostojne, po prostu. To rzecz wiadoma, pisał już o tym Arystoteles.”

Każdy, kto tylko uważnie się przyjrzy, dostrzeże również, że o ile „postać mężczyzny jest wzniesiona i wyprężnie skupiona”, o tyle kobieca – „mniej równomierna, o szerokich biodrach oraz falisto wystających wygięciach piersi, brzucha i biódr. O ile postać męska zdaje się szukać (…) działalności, poczuciowej działalności, o tyle kobieca łatwo wstępuje w stan spokoju i zdaje się znajdować zadowolenie w postawie nieco skierowanej ku przodowi (…), niejako w położeniu poddania.”

Jeśli zaś głębiej pomyśleć nad panującą dziś (ale i nie tylko dziś, czego najlepszym dowodem sama Szczupaczyńska) epidemią bezpłodności, od razu będzie wiadomo, że zamiast szukać ratunku w jakichś czarcich wynalazkach typu in vitro, wystarczy sięgnąć po elementarnie proste rozwiązania.
Dlaczego? Otóż dlatego, że „kiedy u dziewczynek (…) jednostronnie natężamy mózg, gdy w ten sposób wszystką krew kierujemy do tylko jednego bieguna, jak to niestety bywa ciągle w obecnym wychowaniu szkolnym, wtenczas muszą zanikać czynności systemu sympatycznego, następuje osłabienie działalności żołądka (…), kiszek (…), wątroby (…), śledziony (…), a zarazem też zwyrodnienie gruczołów zarodkowych, kończące się (…) bez-płod-noś-cią!”

Tak, Zofia Szczupaczyńska, porządna kobieta, nie uczestniczy w hecach, mających na celu wywrócenie naturalnego porządku świata. Demonstracyjnie nie popiera działań zmierzających do umożliwienia kobietom studiowania na Uniwersytecie Jagiellońskim. Demonstracyjnie nie chodzi na wykłady o Amazonkach. Demonstracyjnie nie pojawia się na otwarciu Czytelni dla Kobiet, zwłaszcza, że natychmiast zlatują się tam „wszystkie te niebezpieczne emancypantki, istne żmijowisko! Nie mówiąc już o braku szacunku dla życia duchowego, bo przecież raptem trzy dni po tym bezeceństwie książę biskup ulicami Krakowa poprowadził procesję z głową świętego Stanisława.”


Ponad sto lat temu Zofii Szczupaczyńskiej przytrafiło się jednak objawienie.
Wyszła dalej niż poza próg własnego, poukładanego świata i dostrzegła rysy na tym, co dotychczas wydawało jej się monolitem oraz brud tam, gdzie dotychczas widziała tylko śnieżną biel.
Początkowo wydawało się jej to trudne do wyobrażenia. Bo „czy to możliwe, żeby w Krakowie, mieście dostojnych profesorów, wspaniałych fundacji, niezliczonych kościołów i klasztorów, nabożnych procesji z relikwiami świętego patrona, kryło się tyle plugastwa?”

Potem nie mogła się uwolnić od przeczytanego w archiwalnym artykule zdania „przez rozdartą zasłonę pozorów uderza nas widok błotnej kałuży”, znajdując je coraz bardziej aktualnym.
Stopniowo zaczęła zachowywać się inaczej niż zwykle, zmieniać swoje zwyczaje, poddawać w wątpliwość to, co do tej pory uważała za pewnik.
Wszystko za sprawą jednego morderstwa, którego ofiarą padła osoba z jej najbliższego otoczenia.

Z okazji Dnia Kobiet życzę wszystkim kobietom, by umiały - jak profesorowa Szczupaczyńska - zdobyć się na rozdarcie tych zasłon, które służą wyłącznie zakryciu hipokryzji i obłudy.
By nie czekały na to, aż zdarzy się coś, co dotknie je osobiście, tylko wcześniej wyszły poza próg swojego poukładanego świata i dostrzegły, że nie wszyscy mają luksus życia w takich warunkach. I uświadomiły sobie, że nic nie jest dane raz na zawsze.

Bo to, co było aktualne ponad sto lat temu, jest równie aktualne dzisiaj, w XXI wieku.

Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński) „Rozdarta zasłona”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2016.

A gdyby ktoś miał kontakt z Marylą Szymiczkową, która dawała do zrozumienia, że kontynuowanie pracy twórczej uzależnia od czytelniczego odzewu, proszę jej przekazać, że koniecznie, ale to koniecznie musi pisać dalej!                                  

sobota, 4 marca 2017

"Filharmonia" gra planszowa, czyli skandale, koncerty i emocje

Pisałam tu już o muzyce, o szczecińskiej filharmonii, ale nigdy o grze planszowej.
Nie przypuszczałam, że będę mogła napisać o czymś, co łączy te trzy elementy.
„Filharmonia” to gra planszowa autorstwa Pawła Lorocha, świeżo wydana przez szczecińską filharmonię, w której najważniejszą rolę odgrywa oczywiście muzyka.


Pomysł jest prosty (ale trzeba było na niego wpaść).
Plansza, pionki, kostka oraz nieco komplikacji wywoływanych głównie przez wylosowywane karty – „wydarzenia”.
Celem gry jest zagranie koncertów, dzięki którym zdobywa się 3 (lub 5, zależnie od wariantu, który wybiorą gracze) złote klucze wiolinowe. Sławę i uznanie melomanów również, rzecz jasna.

Wędrując po planszy, nawiązującej nazwami pól oraz rysunkami do szczecińskiej filharmonii (tak do jej budynku i znajdujących się w niej pomieszczeń, jak i grających w niej muzyków, uwiecznionych na rysunkach), można liczyć i na emocje, i na mimowolną edukację.

W wyścigu do złotej lub czarnej sali koncertowej (czyli dwóch sal szczecińskiej filharmonii) nie liczy się bowiem tylko wirtuozeria graczy-wykonawców, ale też spryt, i – o zgrozo! – umiejętność podstawienia we właściwym momencie przeciwnikowi nogi. Kto nie chce, by zwycięstwo umknęło mu sprzed nosa, musi umieć wywołać dla niepoznaki skandal albo podebrać koledze muzykowi kluczowy dla niego instrument. Doprawdy, mam nadzieję, że to tylko fantazja Pawła Lorocha, a nie inspiracja faktycznymi zwyczajami muzyków szczecińskiej filharmonii.

źródło zdjęcia
Żeby był koncert, trzeba też starannie dobrać repertuar. Gracze muszą więc odpowiednio zestawić ze sobą utwór (do dyspozycji jest ich szereg, większość dobrze znanych), wiodący instrument i muzyka (niektórzy są wszechstronni, inni mają dość wąskie specjalizacje, jak na przykład pani Marta, skrzypaczka, która gra wyłącznie utwory Rimskiego-Korsakowa). Chcąc nie chcąc, czytając informacje zamieszczone na poszczególnych wylosowywanych kartach, po kilku rozgrywkach człowiek (choćby był bardzo młody) poszerza swoje muzyczne horyzonty.

Po połowie tegorocznego sezonu koncertowego i udziale w szeregu organizowanych przez szczecińską filharmonię wydarzeń, stwierdzam, że działająca w niej ekipa ma znakomite pomysły, które umie dobrze realizować. Mając na stanie dwójkę całkowicie różnych muzycznie dzieci (jedno muzykę uwielbia, drugie nie znosi), czuję się kompetentna, by wypowiadać się w imieniu szerszego grona odbiorców, przy czym – z racji tematu posta – ograniczę się wyłącznie do tego, co w Szczecinie proponuje się najmłodszym.


Koncerty rodzinne w tym sezonie nie są przegadane i nadmiernie wydumane (a bywało inaczej). Każdemu z nich przyświeca inny pomysł, jak na razie każdy niezły.

Moderująca Agata Kolasińska jest zaraźliwie energiczna i radosna. Zaangażowanie zawodowych aktorów (w tym naszego ulubionego Rafała Hajdukiewicza z Pleciugi) wprowadziło dodatkowe emocje, a także pozwoliło widzom na intensywny trening przepon.

Muzyka jest na swoim miejscu, muzycy również.



Filharmonia korzysta ponadto z – całkiem w tym przypadku dozwolonego – dopingu.

Środkiem stosowanym w październiku był wydany nieco wcześniej (i bardzo według mnie udany) komiks „Bon ton”, poświęcony koncertowemu savoir-vivre’owi, w lutym zaś – właśnie Paweł Loroch i jego gra planszowa.

źródło zdjęcia
Autor gry tak podczas koncertu „Dźwięki zostały rzucone”, który odbył się w Szczecinie 5 lutego, jak i w czasie dwóch premierowych spotkań, w czasie których można było w filharmonii, na specjalnie przygotowanych stolikoplanszach (przydałby się taki i w domu!), rozegrać partyjkę „Filharmonii”, sprawiał wrażenie spokojnego i stonowanego, czym nieco zbił mnie z tropu. Znałam go bowiem dotąd wyłącznie jako prowadzącego onegdaj teleturniej „Ugotowani, czyli bitwa na noże i widelce” i zapamiętałam jako niezłego ekscentryka. Im dalej w las (czyli w rozgrywkę), tym bardziej wychodziło jednak szydło z worka. Wszak czy porządny, poczciwy twórca gry wpadłby na pomysł, by nieszczęśników trafiających pionkiem na pole „wydarzenie” uszczęśliwiać komunikatami o treści: „Wieje dziś od morza bardzo silny wiatr i wyrywa Ci z ręki nuty. Tracisz jedną kartę „Utwór” albo „Ktoś rozsiewa głupie plotki na Twój temat. Jest Ci tak przykro, że siedzisz i pijąc lemoniadę w bufecie, tracąc poczucie czasu. Tracisz kolejkę”?

Wracając do "Filharmonii" jako gry, widzę w zasadzie tylko dwa mankamenty.
Pierwszy to cena. 99 zł to sporo, zwłaszcza jak na planszówkę o tematyce, która i tak z trudem przebija się pod strzechy.
Drugi to brak płyty z utworami pojawiającymi się na kartach. W czasie rozgrywek jakie miały miejsce w filharmonii, akompaniował nam sympatyczny pan pianista, niestety niedołączany do gry (nawet za dopłatą). W domu trzeba więc wspomagać się zasobami kanału You Tube – bez możliwości usłyszenia np. „Bolera” Ravela czy „Błękitnej rapsodii” Gershwina planszowe zmagania wiele tracą. Obiło mi się o uszy, że podobno twórcy myślą o stworzeniu także aplikacji mobilnej. Wprawdzie nie bardzo to sobie wyobrażam, ale z pewnością ten właśnie problem zostanie wtedy rozwiązany.

A poza tym bomba. Kto nie zagra, ten trąb(k)a.

„Filharmonia”. Gra planszowa dla 2-4 graczy w wieku od 7 lat. Filharmonia Szczecin, 2017.

sobota, 25 lutego 2017

R.Mróz "Kasacja", czyli jak dzięki dobrym notatkom wspiąć się na listy bestsellerów

Był winny jak ocet. Bez dwóch zdań” – to słowa Joanny Chyłki, głównej bohaterki „Kasacji”, książki Remigiusza Mroza - Kraszewskiego XXI wieku, człowieka, który doprowadził do zmartwychwstania czytelnictwa w Polsce. Doktor nauk prawnych, wielokrotnie nagradzany i nominowany. Każde z jego (licznych) słów jest natychmiast spijane przez tysiące, ba! setki tysięcy fanów, ba! psychofanów. Od licznych wywiadów grzeją się ekrany telewizorów, łamy prasy i internetowe łącza. Cała Polska w napięciu czeka na kolejne jego dzieła, wypluwane – jakież to szczęście – regularnie, niczym jajka łapane przez wilka w mojej ulubionej swego czasu grze, w którą grywałam na rosyjskiej matce przenośnych konsoli (przy okazji informuję: można w nią grać też na androidzie, hurra!).

Remigiusz Mróz
źródło zdjęcia

Jest płaska jak deska. Bez dwóch zdań.” – to słowa moje, momarty. Kobiety bez fanów i zasług dla rynku czytelniczego. I bez tytułu doktora nauk prawnych, jestem prostym magistrem. A, zapomniałam napisać, że nie odnoszą się one do klatki piersiowej Joanny Chyłki, lecz do książki, której jest główną bohaterką.

Po przeczytaniu „Kasacji” poczułam gwałtowną potrzebę sięgnięcia do definicji pojęcia „thriller prawniczy” (jak krzyczy okładka, opisywane dzieło należy właśnie do tego gatunku). Niestety, jednej, powszechnie obowiązującej, nie znalazłam (być może źle szukałam). Biorąc rzecz na logikę i doświadczenie życiowe (prawnicy tak lubią), należałoby jednak oczekiwać, że pod tym pojęciem musi kryć się książka a) wywołująca dreszcz emocji, b) osadzona w środowisku prawniczym, bądź też c) dotycząca stosowania prawa (law in action, nie law on the books).
Na pierwszy rzut oka jeśli chodzi o „Kasację” w zasadzie wszystko się zgadza. Dla wszelkiej pewności jednak skrupulatnie (po prawniczemu) sprawdźmy.


Po pierwsze, a raczej primo: środowisko prawnicze – jest.

Warszawska kancelaria Żelazny&McVay – jedna z najlepszych kancelarii prawniczych w Polsce, aspirująca do zajęcia już za chwilę pierwszego miejsca w rankingu najlepszych kancelarii w kraju. Prawnicza korporacja, zatrudniająca prawników-wyrobników, krwiopijczo wypijająca z nich wszystkie soki, rzucająca w zamian ochłapy w wysokości niższej nawet niż najniższa krajowa. Siedlisko zła, pracoholizmu, narkomanii, obłudy. Dla nielicznych wybrańców kraina kasą płynąca.

Słyszałam, że szykuje się ekranizacja „Kasacji” (a konkretnie serial telewizyjny). Wcale się nie dziwię, jest to niezły pomysł, pod warunkiem, że autorzy będą całkowicie wierni oryginałowi. Produkcja będzie bowiem bardzo niskobudżetowa. Wystarczy wyciąć z tektury plansze i figurki kilkudziesięciu ubranych w garnitury ludzików i już –  kancelaria wypisz, wymaluj jak z kart „Kasacji”. Niby korytarzami przemieszcza się stale ogarnięty prawniczym amokiem tłum, niby wszyscy pracują tam do późnych godzin wieczornych, a gwar panujący w otwartej przestrzeni biurowej (nazywanej „norąoborą”, bo autor jest wszak obeznany z branżowym slangiem i zarazem dowcipny, jak na doktora nauk prawnych przystało) nie pozwala na skupienie myśli. Niestety, gdzie się nie rozejrzeć, okazuje się, że tu tektura, tam dykta, a gwar ani chybi z taśmy.

Nie mam pojęcia, czy to Mrozowski znak rozpoznawczy, gdyż „Kasacja” jest jak dotąd jedyną książką tego autora, którą przeczytałam, ale mam wrażenie, że więcej życia niż na korytarzach wykreowanej przez niego kancelarii znalazłam w czytanych ostatnio komentarzach do ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Ja rozumiem, że gdy człowiek narzuca sobie określony rytm pracy (codziennie 15 stron, w ściśle określonych godzinach, raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa…), nie może zbytnio rozglądać się na boki, ale czy doprawdy musi od razu zakładać na oczy klapki jak dla konia? Na 492 stronach powieści, której akcja w dużej mierze rozgrywa się właśnie w opisanej kancelarii, poza dwójką głównych bohaterów (wspomnianą na początku Joanną Chyłką i jej aplikantem, Kordianem Oryńskim) oraz dwoma właścicielami kancelarii (Żelaznym i McVayem, jak nietrudno się domyślić) pojawiają się w niej jeszcze wyłącznie 4 (słownie: cztery) postaci: Anka z recepcji, nieznany z imienia haerowiec (czytaj: pracownik działu kadr), Jacek od prawa medycznego oraz niejaki Kormak. Przy czym wyłącznie Kormak ma w tej historii do odegrania jakąś, całkiem zresztą istotną, rolę; pozostali pojawiają się na momenty krótsze niż mgnienie oka.
Gdybyż jednak choćby w te postaci autor tchnął jakiegokolwiek ducha. Niestety, wszyscy zachowują się tak, jakby świat poza kancelarią nie istniał. Ot, fantazją autora powołani do życia, robią co im kazano. Skąd przyszli, kim są, dokąd zmierzają? A po cóż ci to czytelniku wiedzieć, skup się lepiej na akcji, raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa.

Oczywiście, główni bohaterowie zostali zarysowani w zupełnie inny sposób.
O Joannie Chyłce wiemy bowiem, że ma około czterdziestu lat, nosi taliowane żakiety i obcisłe spódnice, pali Marlboro, je dużo mięsa (osobiście niekoniecznie mi się to komponuje z obcisłymi spódnicami, ale co ja się tam, prosta magister, znam), lubi mocne brzmienia i Kubę Wojewódzkiego, a także jeździ (brawurowo, czytaj: łamiąc wszelkie przepisy) BMW X5. A, przepraszam, i że ma siostrę. Ale teraz naprawdę już skończyłam. 
Z kolei Kordian Oryński jest aplikantem I roku w Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie, nie ma ojca ani matki i chyba żadnej innej rodziny też nie. Pali Dawidoffy, nie je mięsa, lubi rap Willa Smitha. Koniec.
Jednym słowem, masz czytelniku deskę, a nawet kilka i obrób ją sobie sam, jeśli koniecznie musisz.

Wróćmy jednak do badania, czy zostały spełnione wszystkie przesłanki do uznania „Kasacji” za thriller prawniczy.
Przesłanka druga: law in action – jest. Niestety, w tej właśnie – anglojęzycznej - wersji.

Mam wrażenie, że Remigiusz Mróz przeczytał bardzo dużo książek Grishama, kto wie, może nawet wszystkie. Przypuszczam także, że w czasie lektury zrobił sobie bardzo dużo bardzo porządnych notatek. To widać.
Ja rozumiem, że z polskiego procesu trudno jest zrobić emocjonujący spektakl. W pierwszej instancji w sprawie o zabójstwo potrafi on trwać rok. Do tego trzeba doliczyć kolejne pół roku na postępowanie międzyinstancyjne, rok oczekiwania na termin pierwszej rozprawy apelacyjnej, a gdy chce się – jak Joanna Chyłka – wnieść kasację, trzeba dodać, lekko licząc, jeszcze jakieś dwa lata. Żółw by zasnął, co dopiero czytelnik.
Nie rozumiem jednak czemu autor, który – jak napisał w posłowiu – starał się poruszać w granicach prawa, nie pozwalając sobie na większe odstępstwa, uczynił tak wiele, by zrobić z rozprawy w polskim sądzie nie wiadomo co. Czyżby za bardzo skupił się na swoich notatkach?

Pominę tempo rozpoznawania sprawy, która jest głównym tematem „Kasacji” (wiadomo tylko, że było ono szybkie, choć nie wiadomo jak bardzo. Autor starannie unika informowania czytelnika o czasie akcji; wiadomo, po co kłopotać się zbędnymi szczegółami, raz, dwa, raz, dwa). Zarówno tempo, jak i sposób rozpoznawania sprawy i zorganizowania rozpraw bliższe są wprawdzie procesom amerykańskim niż polskim, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Pominę, choć z większym trudem, fakt, że Kordian Oryński, aplikant – przypomnę – pierwszego roku, przed upływem pierwszych sześciu miesięcy trwania aplikacji radośnie galopuje najpierw na rozprawę w sądzie okręgowym, potem apelacyjnym, by wreszcie stawić się (ubrany w czerń i biel) w Sądzie Najwyższym. Niemożliwe przecież, aby doktor prawa nie znał treści przepisu art. 77 ust. 1 Prawa o adwokaturze, stanowiącego że „po sześciu miesiącach aplikacji adwokackiej aplikant adwokacki może zastępować adwokata przed sądami, organami ścigania, organami państwowymi, samorządowymi i innymi instytucjami, z wyjątkiem Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego, Trybunału Konstytucyjnego i Trybunału Stanu”. Być może jednak Grisham nie wspomniał o tym w żadnej ze swych powieści, wybaczmy to naszemu autorowi.

Nie mogę jednak pominąć kluczowego – w sensie prawnym – momentu akcji (spokojnie, to nie będzie spojler, w każdym razie nie taki, który obejdzie przeciętnego czytelnika, skupionego całkiem na czym innym), polegającego na znalezieniu przez jednego z głównych bohaterów TEGO orzeczenia, prawniczego „Sezamie, otwórz się!”, mającego w założeniu doprowadzić do intelektualnego powalenia sędziów Sądu Najwyższego i doprowadzenia do korzystnego dla naszych bohaterów zwrotu akcji.
O co chodzi? Oddam głos Joannie Chyłce: „zgodnie z orzeczeniem Sądu Najwyższego z dnia szóstego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku, sygnatura II KKN sześćdziesiąt trzy, łamane na dziewięćdziesiąt sześć, Sąd Najwyższy kontroluje nie same ustalenia faktyczne, ale sposób ich dokonania”.
Łał.

Gdyby przypadkiem czytał te słowa ktoś, kto książki Grishama zna na wyrywki (całkiem inaczej niż ja), bardzo uprzejmie proszę o informację w ilu z nich w kluczowym momencie akcji obrońca wyciąga – niczym asa z rękawa – informację o precedensowym orzeczeniu. W jednym? W pięciu? We wszystkich? Nic dziwnego, amerykański system prawa jest systemem opartym na precedensach, tj. tym, że w jakiejś sprawie, w zbliżonym stanie faktycznym, zapadł już określony wyrok. Kto zna ten wyrok, ten wygrywa (oczywiście upraszczam, ale mniej więcej o to chodzi). Z pewnością to właśnie Remigiusz Mróz miał w swoich notatkach.
Tymczasem w Polsce, o czym wiedzą wszyscy praktycy prawa, a i teoretycy w większości również, obowiązuje system zupełnie inny. Wyroki wydawane są w oparciu o przepisy, nie zaś precedensy. Owszem, strony często powołują się na treść orzeczeń wydanych przez sądy w podobnych sprawach, jednak – jak rany! – starają się znaleźć, zwłaszcza gdy idzie o postępowanie przed Sądem Najwyższym, takie, z których faktycznie wynika coś więcej poza jednym zdaniem, wytezowanym przez tworzące stosowny program prawniczy wydawnictwo (na marginesie: „Kasacja”, jeśli chodzi o program prawniczy, ewidentnie zawiera lokowanie produktu).

rozprawa przed Sądem Najwyższym
źródło zdjęcia

W książce, po zaprezentowaniu przez bohaterską (i błyskotliwą) Joannę Chyłkę przywołanego orzeczenia, wchodząca w skład składu orzekającego sędzia „Bazan prychnęła, spoglądając na swoich towarzyszy.”
Abstrahując od tego, że w Polsce sędziowie Sądu Najwyższego nie prychają w czasie rozpraw (być może w USA jest inaczej, podobnie jak być może w USA sędziowie poprzedzają ogłoszenie wyroku długą tyradą, w Polsce nie jest to praktykowane, co Remigiuszowi Mrozowi w niczym nie przeszkadza), to taka reakcja wydaje się być adekwatną do odkrywczości prezentowanego jako kluczowe orzeczenia. Trudno się jednak dziwić, gdy czas nagli (raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa…), nie ma czasu na poważne poszukiwania.

Ponieważ ten post rozrósł się już do gargantuicznych rozmiarów, czas czym prędzej przejść do punktu trzeciego. Dreszcz emocji.
Hm.
Przyznaję, Remigiusz Mróz miał przyzwoity pomysł i zrobił dobry szkic swojej powieści. Taki na jedną stronę. Na czterystu dziewięćdziesięciu dwóch prezentuje się on jednak znacznie gorzej. Sztucznie i przewidywalnie (poza samym zakończeniem, które mnie, owszem, zaskoczyło). Wiadomo mniej więcej kto, komu i kiedy obije mordę. Poza tym większość problemów z akcją autor rozwiązuje w taki sam sposób.
Swego czasu niejaki John Baldwin stworzył listę dziesięciu elementów niezbędnych do napisania bestsellerowego thrillera medycznego. Pozycja numer 10 brzmiała: jeśli ugrzęzłeś w fabule, po prostu kogoś zabij. Remigiusz Mróz radę tę nieco zmodyfikował, stosownie do swoich potrzeb (w końcu chodzi o thriller prawniczy, nie medyczny). Na jego liście brzmi ona tak: „Jeśli ugrzęzłeś w fabule, każ któremuś ze swoich bohaterów użyć swoich wpływów, żeby rozwiązać problem”.
W zasadzie tłumaczyłoby to olbrzymią popularność tej książki. W końcu naród wie, że żeby coś załatwić w sądzie, trzeba mieć dobre wpływy, inaczej nie da rady. A naród nie może się mylić.

Nie mam złudzeń, Remigiusz Mróz wkrótce zabierze się za powieści fantasy (na razie "obrobił" powieść kryminalną, historyczną, thriller prawniczy, powieść sensacyjną, political fiction, ale zapowiada już, że będzie też science-fiction, skąd do fantasy ledwie krok). Tam bez problemu będzie mógł używać magii. A zachwycona publiczność z pewnością będzie biła brawo. Na ten czas postaram się o dobre zatyczki do uszu.

Remigiusz Mróz „Kasacja”. Czwarta strona, Poznań 2015.

A gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czym powinien być prawdziwy thriller prawniczy, odsyłam do tego tekstu. Z tezami jego autora w pełni się zgadzam.