niedziela, 22 kwietnia 2018

A.Bikont "Sendlerowa. W ukryciu", czyli prawda i jej kryjówki


W tekście „Cesarz bez poddanych”, napisanym krótko po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego (do przeczytania tutaj), Piotr Bratkowski podzielił się między innymi taką refleksją:

„ (…) oto wcale nie oddajemy hołdu prawdziwemu Ryszardowi Kapuścińskiemu, lecz jego stworzonemu przez media wizerunkowi; wizerunkowi wielce dla nas wygodnemu, pozwalającemu się łączyć we wspólnej żałobie, lecz zarazem zwalniającemu od stawiania sobie trudnych pytań. Ten wizerunek składa się z kilku stereotypów. Chłopca, który wychodząc z ubogiego, poleskiego miasteczka, ruszył w świat i zyskał sławę. Polaka przyjmowanego na światowych salonach, mędrca obsypanego nagrodami, odznaczeniami i honorowymi doktoratami. Starszego, niezwykle sympatycznego pana, który od czasu do czasu pojawiał się w telewizji, wygłaszając kilka przemyśleń na tyle mądrych, by zatrzymały na chwilę uwagę widza, i na tyle ogólnych, by niemal każdy widz mógł uznać je za swoje.

Rok 2018, w którym już za chwilę, 12 maja, przypadnie 10 rocznica śmierci Ireny Sendlerowej, uchwałą Sejmu RP został ustanowiony rokiem jej imienia. W uchwale, przyjętej 8 czerwca 2017 r. czterysta trzydziestoma pięcioma głosami za, przy jednym wstrzymującym i braku głosów przeciw, posłowie stwierdzili:

Irena Sendlerowa, pseudonim okupacyjny „Jolanta”, to wybitna polska działaczka społeczna. Urodziła się 15 lutego 1910 roku  w Warszawie, gdzie zmarła 12 maja 2008 roku.
W czasie II wojny światowej jako kierowniczka referatu dziecięcego Rady Pomocy Żydom „Żegota” zorganizowała siatkę ludzi i instytucji, z którymi niosła pomoc dzieciom z getta. Przyczyniła się do ocalenia z Holokaustu około 2500 żydowskich dzieci. Z narażeniem życia, heroizmem, w największej konspiracji wyprowadzała dzieci z warszawskiego getta, a następnie znajdowała im schronienie w polskich rodzinach, klasztorach i domach opieki.
W październiku 1943 roku Irena Sendlerowa została aresztowana, była przesłuchiwana i torturowana w siedzibie Gestapo przy alei Szucha i więziona przez 100 dni na Pawiaku. Nawet pod groźbą kary śmierci nie zdradziła swoich współpracowników ani nie ujawniła żadnych informacji. Prowadzony przez Irenę Sendlerową rejestr uratowanych dzieci pozwolił im na poznanie ich własnej tożsamości, a także odnalezienie bliskich po zakończeniu II wojny światowej.
Irena Sendlerowa została uhonorowana w 1965 roku medalem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata, w 2003 roku – Orderem Orła Białego, w 2007 roku – Orderem Uśmiechu. Od 1990 roku Honorowa Obywatelka państwa Izrael.

Powyższa uchwała jest hołdem złożonym stworzonemu w ostatnich latach wizerunkowi Ireny Sendlerowej, miłej starszej pani, którą znają nawet w Ameryce, listkowi figowemu, który tak pięknie przesłania to, czym niekoniecznie chcielibyśmy się chwalić.

Irena Sendlerowa
źródło zdjęcia

Niestety, przywołane w niej fakty niekoniecznie odpowiadają historycznej prawdzie. Ani 2500 dzieci, ani 100 dni na Pawiaku. To znaczy owszem, uratowane dzieci tak i Pawiak tak, jednak przywołane liczby niekoniecznie się zgadzają z twardymi danymi.

Czy Sendlerowa byłaby treścią uchwały ucieszona? Pewnie tak. W każdym razie ta Sendlerowa, jaką była w ostatnich latach życia.
Czy jej działalność w czasach okupacji, która przyniosła jej sławę i chwałę, jest dziś przedmiotem głębszej analizy ogółu, w tym zwłaszcza czterystu trzydziestu pięciu głosujących „za” posłów? Śmiem twierdzić, że niekoniecznie.


 „Sendlerowa. W ukryciu” autorstwa Anny Bikont może być potraktowana jako książka, która rozbija mit, co jest ogromnie szkodliwe w dzisiejszych czasach, w których tak są potrzebne autorytety. Która zasmuci tysiące dzieci ze szkół imienia Sendlerowej. Tak uważa Elżbieta Ficowska, urodzona w 1942 roku, wywieziona z getta jako półroczne niemowlę, twierdząca publicznie, że życie zawdzięcza właśnie Sendlerowej. 

Tymczasem Bikont próbuje wyłącznie powiązać ze sobą w zgrabną całość, nie zaś w splątany kłąb, szereg sznurków, po których plotła się historia Ireny Sendlerowej. Po kolei, od początku, od narodzin małej Irenki, wówczas jeszcze Krzyżanowskiej, aż do czasów współczesnych.
Podjętej przez autorkę próbie towarzyszył wielki wysiłek, niestety jeśli chodzi o efekty zbliżony do tego jaki przypadł w udziale Syzyfowi.

I tak już będzie cały czas z tą opowieścią. Spędziłam setki godzin w archiwach, rozmawiałam z dziesiątkami osób, już, już wydawało mi się, że chwytam jakąś nitkę, że mogę powiedzieć coś pewnego o życiu Ireny Sendlerowej, po czym okazywało się, że znowu coś się nie zgadza.” – uprzedza lojalnie autorka już na początku trzeciego rozdziału (łącznie jest ich dwadzieścia).

Margarita Turkow dziś
źródło zdjęcia
W czasie lektury początkowo można odnieść wrażenie, że postać Sendlerowej jest tylko pretekstem do opowiedzenia o zagładzie Żydów z warszawskiego getta. O straszliwych czasach. O rozrywających serce losach żydowskich dzieci. Bikont opowiada bowiem o Sendlerowej przez pryzmat indywidualnych historii osób, które się z nią zetknęły.

Czytelnik pozna więc między innymi historię córki Jonasa Turkowa, Margarity. Uratowanej, a jednak od czasów wojny aż do teraz mającej poczucie, że nie żyje.
Coś we mnie pękło na zawsze, kiedy mieszkałam u Borcińskiej [osoba, u której była ukrywana]. Ja wtedy w Zielonce błagałam rodziców, żebym mogła zostać z nimi. Wiedziałam, że jak przeżyję, będę w środku martwa. Odesłali mnie. Dlaczego nie kochali mnie tak, żeby chcieć ze mną umrzeć?

Renata Skotnicka-Zajdman
źródło zdjęcia
Bikont opowie także o Renacie Skotnickiej-Zajdman, która poznała Sendlerową w roku 1993 i od tego czasu zaprzyjaźniła się z nią, stając się jej ambasadorką na drugiej półkuli (Skotnicka-Zajdman mieszkała w Montrealu), mimo że jej wojenna historia nie była z nią związana (życie zawdzięczała rodzinie Bartczaków).
Jak tylko zobaczyłam Irenę, zapragnęłam, by była częścią mojego życia” - powie Annie Bikont krótko przed swoją śmiercią.

W opowieści pojawi się także wiele innych nazwisk (zamieszczony na końcu spis postaci liczy blisko sześćdziesiąt osób), bardziej lub mniej znanych. Są wśród nich między innymi pisarz i literaturoznawca Michał Głowiński - z całą pewnością uratowany dzięki Sendlerowej; współpracownik Sendlerowej z Wydziału Opieki - Jan Dobraczyński, powojenny pisarz; Adam Celnikier (od czasów wojny - Stefan Zgrzembski) – drugi mąż Sendlerowej; Helena Radlińska – pedagożka i mentorka Sendlerowej czy rodzice pisarki Joanny Papuzińskiej – Stanisław Papuziński i Zofia Wędrychowska.

Im dalej w lekturę, tym z jednej strony lepiej, gdyż kończą się (a w każdym razie nie są już tak skondensowane) dramatyczne opowieści, sprawiające, że przeczytanie jednego rozdziału trzeba rozłożyć na kilka dni. Z drugiej, rośnie konsternacja. Pojawia się bowiem coraz więcej wątpliwości, nieścisłości, zmyśleń, często wprowadzanych, bardziej lub mniej świadomie przez samą Sendlerową. Trudno w takich okolicznościach wierzyć w mit.

źródło zdjęcia
Anna Mieszkowska, autorka pierwszej książki traktowanej jako biografia Sendlerowej, wydanej po raz pierwszy w roku 2004 pod tytułem „Matka dzieci Holocaustu. Historia Ireny Sendlerowej”, opowiadała jak wyglądała, wspólna z Sendlerową, jej praca nad tą książką.
„Irena Sendlerowa postawiła mi trzy warunki: proszę nie nagrywać, nie notować i nie zadawać bolesnych pytań. Spisywałam coś na skrawku papieru, podarła przy mnie i wrzuciła do kosza. Ten tekst był dwukrotnie autoryzowany, skakało jej ciśnienie i cukier. (…) Miałam bardzo mało czasu i bohaterkę, która nie nadawała się na dziennikarskie śledztwo.

Czy godzi się „grzebać” w historii Sendlerowej, skoro ona sama wyraźnie sobie tego nie życzyła? Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista (to samo pytanie stawiano zresztą także po śmierci przywołanego na wstępie Ryszarda Kapuścińskiego, zwłaszcza w kontekście jego biografii autorstwa Artura Domosławskiego).

Bikont odpowiada na nie pozytywnie, opisuje więc także powojenną działalność Sendlerowej, epizody dla których brak jest miejsca w hagiografii.

Bo jak powiązać z tą sympatyczną starszą panią fakt, że była między innymi członkinią partii komunistycznej, wcale nie wbrew własnej woli?

Jak pogodzić ze świętością to, że nie była w stanie ułożyć sobie życia prywatnego, żyjąc – z katolickiego punktu widzenia – w grzechu? Z pierwszym mężem, Sendlerem, rozwiodła się, po latach pobrała ponownie, by znów się rozwieść; z drugim, Celnikierem – Zgrzembskim wprawdzie się nie rozwiodła, jednak faktycznie rozstała na cztery lata przed jego przedwczesną śmiercią.

Czy pasuje do świetlanej postaci to, że jej dzieci miały do niej żal o to, że według ich pamięci nigdy nie było jej w domu. „I oni nigdy mnie, np. dziś, nie pocałują, bo mówią: „Teraz chcesz nas całować – a gdzie byłaś?? jak myśmy byli mali i czekaliśmy na Twe pocałunki?? – to ty byłaś na rozmaitych zebraniach?”  - żaliła się Sendlerowa w liście do przyjaciółki, Wandy Rotenberg.

Ktoś, kto nad wszystko przedkłada wielbienie pomników, kto uwielbia się chełpić cudzymi zasługami, traktując je niemal jak swoje (co sprzyja wszak ich wyolbrzymianiu), nie będzie zadowolony.
Nie spodoba mu się z pewnością bezceremonialność, z jaką Anna Bikont pisze (a warto przypomnieć, że książka ukazała się pod koniec października ubiegłego roku, na długo przed, mówiąc delikatnie, zamieszaniem z przegłosowaną w styczniu tego roku nowelizacją ustawy o IPN) że „Irena Sendlerowa wraz z Janem Karskim stała się sztandarowym produktem eksportowym Polski. Dla narracji patriotyczno-obronnej, która żywi się odpieraniem wyimaginowanych ataków godzących w dobre imię kraju, oboje są darem Opatrzności.”

Nie wydaje się również, aby ów ktoś dobrze odebrał to, iż w innym miejscu Bikont stwierdza, że „by dopasować Sendlerową do obowiązującego w dzisiejszej Polsce wzorca bohatera, trzeba było wiele faktów z jej życia przykroić, dosztukować i doszyć. Chodziło przy tym nie tylko o umieszczenie Sendlerowej w panteonie aktualnych narodowych świętych. Celem było także przenicowanie doświadczenia Sprawiedliwych – ich dojmującej samotności, poczucia, że walczą nie tylko z niemieckim okupantem, ale także z polskim otoczeniem – na doświadczenie całego narodu, wystawiające dobrą notę Polakom en bloc. Jak to trafnie ujął tygodnik „Niedziela”: „dziś historia jej życia podawana jest w mediach i na lekcjach historii jako piękny przykład postawy Polaków wobec Holocaustu.”

Pomnik Sendlerowej w Moskwie
źródło zdjęcia
W mity, legendy i żywoty świętych przyjemnie jest wierzyć. Poza tym podobizny świętych ładnie wyglądają, oprawione w złote ramki i postawione na komodzie wśród rodzinnych portretów.

To, że życie nie jest czarno-białe, a postaci ludzkie jednowymiarowe, choć oczywiste, jest znacznie mniej fotogeniczne.

Anna Bikont podeszła do Ireny Sendlerowej z najwyższym szacunkiem. W napisanie książki o niej włożyła olbrzymi nakład pracy. Niemal każde zdanie jest tu znakomicie udokumentowane, dzięki czemu czytelnik w każdej chwili może powiedzieć: „sprawdzam”. Wydawałoby się, że nie sposób zarzucić jej, że dopuściła się przekłamania, jednak nie ma dziś u nas rzeczy niemożliwych.

Owszem, Bikont obtłukła ze wszystkich stron kryształową figurę Sendlerowej. Ci, którzy lubią piękne, lśniące formy mogli poczuć się zawiedzeni. Warto jednak, by otarłszy łzy sprawdzili, czy kryształ nie był przypadkiem plastikową podróbką, a w jego wnętrzu nie kryło się coś dużo cenniejszego. Choć znacznie mniej ostentacyjnego.

Anna Bikont „Sendlerowa. W ukryciu.” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

R.J. Palacio "Cud chłopak", czyli o trzech prawidłowościach


Nie jestem wzorowym uczniem. Wiem, że są tacy, którzy lubią szkołę, ale ja do nich nie należę, mówię otwarcie. Tylko niektóre rzeczy mi się podobają, na przykład wuef i zajęcia komputerowe. No i przerwy między lekcjami, zwłaszcza ta na lunch. Ale w sumie szkoła mogłaby dla mnie nie istnieć. Najbardziej nie znoszę prac domowych, które nam ciągle zadają. Jakby nie wystarczyło, że siedzimy tyle godzin na lekcjach, starając się nie zasnąć, a nauczyciele wciskają nam do głów rzeczy, z których prawdopodobnie nie będziemy mieć żadnego pożytku, na przykład wzór na pole powierzchni całkowitej sześcianu czy definicje energii kinetycznej i potencjalnej. Kogo to obchodzi, zastanawiam się. W życiu nie słyszałem, żeby moi rodzice użyli słowa „kinetyczny”!
Najbardziej nie cierpię przedmiotów ścisłych. Tyle musimy się uczyć, że to przestaje być zabawne. Nasza nauczycielka, pani Rubin, czepia się wszystkiego – nawet tego, jak zapisujemy tematy zadań! Któregoś razu odjęła mi dwa punkty, bo nie napisałem daty na górze kartki z pracą domową. Obłęd!

„Cud chłopak” to książka, która mimo że na polskim rynku pojawiła się cztery lata temu, dopiero teraz, za sprawą gwiazdorsko obsadzonej ekranizacji, doczekała się jakiegokolwiek rozgłosu.
Nie wiem na czym skupia się film, gdyż do kina niestety nie dotarłam, jednak przypuszczam, że na tym, co jest głównym tematem książki, a więc na odmienności, w tym przypadku spowodowanej uwarunkowaną genetycznie deformacją twarzy głównego bohatera, dziesięcioletniego Augusta, ucznia – o zgrozo! – piątej klasy (najwyraźniej w USA nikt nie uratował maluchów). Temat to ważny, w książce poruszony po mistrzowsku (przy założeniu, że jej odbiorcami docelowymi są nastolatki). Choćby z tego powodu warto „Cud chłopaka” przeczytać lub przynajmniej obejrzeć, najlepiej razem z nastoletnim dzieckiem.
Ja tu jednak nie o tym.


Literacki pretekst do opowiedzenia historii Augusta stanowi ważne w życiu głównego bohatera wydarzenie, jakim jest rozpoczęcie przez niego edukacji w prawdziwej szkole. Nie żadna tam prowadzona przez mamę edukacja domowa, z jakiej dotychczas korzystał, lecz zwykła (choć prywatna) szkoła, z całym jej, nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu, okrucieństwem.

Uważni czytelnicy tego bloga zdążyli się już z pewnością zorientować, że szkoła jest od pewnego czasu moim fiksum dyrdum. Im dłużej moje dzieci do niej uczęszczają, tym bardziej nienawidzę tego, czym zazwyczaj jest i tym bardziej chciałabym, aby była czymś całkiem innym.
„Cud chłopak”, jak wynika już choćby z przywołanego na wstępie cytatu (stanowiącego wypowiedź jednego ze szkolnych kolegów Augusta, Jacka), nie jest książką, która może wywołać w polskim czytelniku wrażenie, że nasze szkoły są jakimś tragicznie złym wyjątkiem od generalnie dobrej światowej reguły. Wynika z niej bowiem jasno, że także amerykańskie prywatne szkoły zatrudniają nudnych nauczycieli zadających zbyt wiele zadań domowych, a uczęszczające do nich dzieci nie są bynajmniej ideałami.
Uważna lektura pozwala jednak równie jak ja zafiksowanemu czytelnikowi na dostrzeżenie szeregu prawidłowości.

Prawidłowość pierwsza: w szkole najważniejszy jest dyrektor.

Dyrektor ma władzę. Władza zaś często deprawuje, zwłaszcza ludzi małych i zakompleksionych.
Jak przypuszczam, tak w Polsce, jak i w USA, dyrektorami szkół często zostają ludzie, którzy nie powinni zarządzać nawet kurnikiem (z całym szacunkiem do kur, tak bardzo im należnym zwłaszcza w okolicach Wielkanocy). Ze wszystkiego jednak, także i z władzy, można uczynić dobry użytek.
Dyrektor może być liderem, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wiedząc i widząc często więcej od pozostałych, może delikatnie ukierunkowywać, wspierać, ale przede wszystkim pokazywać własnym przykładem, co jest najważniejsze.
Dobry dyrektor pociągnie za sobą nauczycieli. Tych dobrych. Jeśli uda mu się zyskać wsparcie mądrych decydentów (np. władz samorządowych), doprowadzi do tego, że zatrudnieni w jego szkole źli nauczyciele, prędzej czy później, po nieuniknionym okresie buntu i naporu, odejdą. I nikt nie będzie po nich płakał.

Stoicie na progu, moi drodzy, wychodzicie z dzieciństwa i wkraczacie młodość. Jesteście na etapie przejściowym. Zebraliśmy się tutaj, razem z waszymi rodzinami, przyjaciółmi i nauczycielami (…) nie tylko po to, żeby uhonorować wasze tegoroczne osiągnięcia, lecz również po to, żeby wyrazić uznanie dla waszych bezgranicznych możliwości. (…)
Chcę, żeby moi wychowankowie, kończąc szkołę podstawową średnią, mieli niezachwianą pewność, że w przyszłości, którą sobie wybudują, wszystko jest możliwe. Jeżeli każdy na tej sali przyjmie zasadę, że zawsze i wszędzie będzie starał się postępować ciut lepiej niż trzeba, to nasz świat rzeczywiście stanie się lepszym miejscem. Jeżeli się postaracie, jeżeli będziecie ciut lepsi niż trzeba, to pewnie ktoś kiedyś rozpozna w każdym z was twarz Boga. (…) Albo, zgodnie z wymogami politycznej poprawności, duchową emanację uniwersalnego dobra, jeśli tak mówi wasza wiara.

Tak przemawiał wicedyrektor szkoły, do której uczęszczał August, na zakończenie roku szkolnego. Och, jakżeż inne to przemówienie od tego, które słyszałam w szkole Starszego w minionym roku. Ani słowa o czerwonych paskach, srebrnych tarczach, piątkach i szóstkach. Jasne, to ważne, ale nie najważniejsze. Cudownie, gdy dyrektor szkoły o tym wie.

Prawidłowość druga: uczniowie uczą się najwięcej i czerpią największą satysfakcję z tego, na co mają jakiś wpływ.

Wszystkim uczniom z klas piątych przydzielono jakiś obiekt, który miał być zaprezentowany w stworzonym przez nas muzeum podczas Dnia Kultury Egipskiej w grudniu. Nauczyciele zapisali nazwy obiektów na osobnych kartkach i wrzucili je do szklanej misy, a potem na apelu uczniowie po kolei losowali kartki.(…)
W dniu otwarcia muzeum egipskiego wszyscy byliśmy szalenie przejęci i rozgorączkowani. (…)
Muzeum mieściło się w sali gimnastycznej. Na stołach znajdowały się wykonane przez uczniów obiekty, a pod nimi karteczki z wyjaśnieniami co każdy przedstawia. W większości były naprawdę świetne, ale uważam, że nie dorównywały mojemu i Augusta. (…) August zrobił piramidę schodkową z kostek cukru. Miała ponad sześćdziesiąt centymetrów wysokości i tyle samo szerokości. Pomalował ją sprayem albo czymś na piaskowy kolor. Prezentowała się wspaniale.
Wszyscy włożyliśmy egipskie stroje. Niektórzy przebrali się za archeologów, jak z filmów o Indianie Jonesie, inni za faraonów. August i ja przebraliśmy się za mumie.(…)
Przybywający rodzice zbierali się w holu przed salą gimnastyczną. Gdy zjawili się już wszyscy, podeszliśmy do nich i każdy miał oprowadzić mamę czy tatę po zaciemnionej sali, oświetlając sobie drogę latarką. (…) Zatrzymywaliśmy się przy każdym eksponacie, szeptem wyjaśniając, co przedstawia i odpowiadając na pytania. (…) Zabawa była świetna, dokoła słyszało się w mroku szepty, smugi światła przecinały się w powietrzu.

Lekcję na każdy temat można przeprowadzić w sposób tradycyjny, tj. omawiając temat, a jeszcze lepiej (czytaj: łatwiej dla nauczyciela), czytając na lekcji jego opracowanie zamieszczone w podręczniku, a następnie polecając uczniom zrobienie odpowiednich zadań zamieszczonych w zeszytach ćwiczeń.
Efekt? Nuda, zniechęcenie i absolutny brak zainteresowania tematem.

Gdy Starszy wybierał szkołę, podniecił się m.in. widokiem znakomicie wyposażonej pracowni chemicznej i obietnicą, że będzie tam odbywać się spora część lekcji.
Od początku roku szkolnego miał tam lekcje dwa razy; ani razu nauczycielka nie namawiała ich do samodzielnego wykonywania jakichkolwiek doświadczeń w domu (nawet rozumiem, też nie lubię osmalonych ścian w salonie, jednakowoż choćby mały wulkanik z sody chyba nikomu by nie zaszkodził?). Zamiast tego kuje wzory, mozolnie rysuje struktury (rzecz jasna, w ramach zadań domowych) i coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że w szkole kochać można tylko wuef oraz dużą przerwę.

Tymczasem nawet w zwykłej szkole publicznej, całkowicie podporządkowanej ministerialnej podstawie programowej, można czynić cuda. Bo wszystko tkwi w głowach. Ale wymaga odwagi, koniecznej choćby do tego, by zaufać uczniom i pozwolić im na samodzielne podejmowanie decyzji w sprawach ich dotyczących, także gdy chodzi o sposób w jaki chcą się uczyć.

Prawidłowość trzecia: najważniejsze są relacje.

„Nauczyciel, bardzo wysoki pan z żółtawą brodą, pisał coś na tablicy. (…)
Gdy zadzwonił drugi dzwonek, wszyscy się uciszyli, a pan odwrócił się twarzą do nas. Powiedział, że nazywa się Browne, i zaczął opowiadać o tym, co będziemy czytać w tym semestrze.(…)
Duże drukowane litery na tablicy tworzyły słowo:
W-S-K-A-Z-A-N-I-E
- Napiszcie to na pierwszej stronie w zeszycie do angielskiego, na samej górze.(…)
Pan Browne kiwnął z uśmiechem głową i napisał na tablicy:
WSKAZANIA = ZASADY DOTYCZĄCE NAPRAWDĘ WAŻNYCH RZECZY (…)
– A teraz zastanówcie się, jakie rzeczy waszym zdaniem są naprawdę ważne. Słucham.
Kilkoro uczniów podniosło ręce, a pan wskazywał jednego po drugim i zapisywał każdą odpowiedź na tablicy strasznie, strasznie nieporządnym pismem.
REGULAMIN. NAUKA. ODRABIANIE LEKCJI.(…)
RODZINA. RODZICE. ZWIERZĘTA DOMOWE.(…)
- Rekiny, bo zjadają zdechłe stworzenia w morzach! – zawołał chłopak o imieniu Leo i pan zapisał to na tablicy.
REKINY. (…)
- No dobrze. – Gdy pan Browne skończył wszystko zapisywać, znów stanął twarzą do nas. Ale nikt nie wymienił najważniejszego.
Wbiliśmy w niego wzrok, nie mając już pomysłów.
- Bóg? – odezwał się jeden z uczniów.
Widziałem, że pan Browne miał co innego na myśli, choć dodał słowo „Bóg”. A potem dopisał:
KIM JESTEŚMY.
- Kim jesteśmy – powiedział, podkreślając oba słowa, i powtórzył: - Kim jesteśmy. My sami. Rozumiecie? Jacy z nas ludzie? Jakim jesteś człowiekiem? Czy nie to jest najważniejsze ze wszystkiego? Czy nie powinniśmy ciągle zadawać sobie pytania, jakim jestem człowiekiem? – Po chwili milczenia zapytał: - Zauważyliście tablicę wiszącą tuż przy wejściu do naszej szkoły? Czy ktoś z was przeczytał, co tam jest napisane?
Rozejrzał się, ale nikt się nie odezwał.
- Napis brzmi: „Poznaj samego siebie” – oznajmił z uśmiechem. – Jesteście tu właśnie po to, żeby poznawać siebie.
- A ja myślałem, że mamy się uczyć angielskiego – wypalił Jack i wszyscy się roześmiali.
- Również po to, no pewnie – potwierdził pan Browne, co dla mnie zabrzmiało luzacko.
Odwrócił się i napisał wielkimi drukowanymi literami, na szerokość całej tablicy:
WRZEŚNIOWE WSKAZANIE PANA BROWNE’A: KIEDY MOŻESZ DAĆ DOWÓD ALBO SWOJEJ RACJI, ALBO DOBROCI, DAJ DOWÓD SWOJEJ DOBROCI.”

Szkoła, w której nauczyciele uważają, że są w niej wyłącznie po to, by nauczyć dzieci matematyki, polskiego czy fizyki, nie będzie dobrą szkołą.
Nauczyciel, który, z lęku przed tym, że nie zdąży „przerobić” całego materiału, będzie unikał rozmawiania ze swoimi uczniami o tym, co ważne dla nich i dla niego, nigdy nikogo nie porwie, nie zainspiruje. Nie zauważy także wielu wartościowych osób, wymagających jednakże choćby niewielkiego wsparcia, pomocy w odnalezieniu ich mocnych stron, także tych niemierzalnych przy pomocy szkolnych ocen. Nie zada pytań, które powinien zadać. Nie usłyszy odpowiedzi, które powinny paść.

W najnowszym, świątecznym numerze „Tygodnika Powszechnego” znalazł się wstrząsający tekst Anny Goc „Moi rodzice są z innego kraju”, traktujący o słyszących dzieciach głuchych rodziców.
Jedną z jego części stanowi niewysłany list jednego z takich, obecnie już dorosłych, dzieci do jego nauczycielki. Opowiadając o swojej trudnej dziecięcej rzeczywistości, niewyobrażalnej dla większości osób, które – jak ja – nigdy wcześniej nie zetknęły się z tym problemem, jego autor kieruje zarazem pod adresem swojej wychowawczyni z najmłodszych klas podstawówki szereg pytań. W jego słowach nie ma wyrzutu, są to raczej pełne rezygnacji stwierdzenia. Pełne jednak żalu, przede wszystkim o to, że nauczycielka ani razu nie zapytała go ona o jego dom, o to czy u niego wszystko dobrze, „nie tyle z ciekawością, co z troską”.

„Cud chłopak” to książka dla nastolatków. Ale także dla nauczycieli i rodziców. W każdym razie tych, którzy nie uważają, że życie składa się ze stałego udowadniania innym, zwłaszcza tym młodszym, że ma się rację.

R.J.Palacio „Cud chłopak”, z angielskiego przełożyła Maria Olejniczak-Skarsgård. Wydawnictwo Albatros A.Kuryłowicz, Warszawa 2014.

niedziela, 18 marca 2018

J. Porazińska "Pamiętnik Czarnego Noska" i T. Ungerer "Otto. Autobiografia pluszowego misia", czyli książka o misiu książce o misiu nierówna


Co najmniej jedną książkę w ciągu roku przeczytało 38% Polaków – dowiadujemy się z najnowszych badań Biblioteki Narodowej, które opublikowano w czwartek 15 marca. To podobny wynik jak w kilku ostatnich latach. Po wyraźnych spadkach przypadających na okres 2004–2008 poziom czytelnictwa w Polsce ustabilizował się na poziomie nieco poniżej 40%. Podobnie stabilna jest liczba tzw. czytelników intensywnych, czyli osób deklarujących czytanie 7 i więcej książek rocznie: w ostatnim pomiarze było ich 9%. Pełny raport ukaże się w maju.” – taka informacja w minionym tygodniu pojawiła się w krajowych mediach.

Z przekazanego skrótu raportu dowiedzieliśmy się także, że „analiza związku otoczenia z praktyką lekturową wykazała dobitnie, że osoby z domów, gdzie czytają wszyscy pozostali, same także czytają książki (aż 82%), w przeciwieństwie do domów, w których się nie czyta (tu tylko 13% deklarowało czytanie).”

Nie zamierzam tu prowadzić żadnych analiz, ani załamywać rąk nad stanem polskiego czytelnictwa. Jak jest, każdy naprawdę intensywnie czytający wie. Poprzestanę na podzieleniu się kilkoma przemyśleniami luźno związanymi z drugim z przywołanych wniosków z raportu BN.

jeden z naszych
 licznych regałów
z książkami "dla dorosłych"
W naszym domu czyta się.

Ja czytam na okrągło, mój mąż podobnie (mimo że on ostatnio zazwyczaj na okrągło te same książki). Książki (i gazety) mamy nie tylko na regałach, poupychane gdzie się da, ale i w łazienkach, kuchni, sypialni. Zazwyczaj mam też chociaż jedną na siedzeniu w samochodzie (na niektórych światłach czekam 1,5 minuty, trzeba jakoś zabić czas) i zawsze jedną w torebce.

jeden z naszych
licznych regałów
z książkami dla dzieci
Naszym dzieciom czytaliśmy niemal od urodzenia, ich biblioteczka zawsze obfitowała w najlepsze pozycje światowej i krajowej literatury dziecięcej. Do biblioteki zapisałam ich gdy tylko nauczyli się chodzić.

To, że zostaną molami książkowymi, wydawało się przesądzone.
W każdym razie do czasu, gdy poszli do szkoły. Bo wtedy, wraz z nastaniem ery lektur szkolnych, wszystko się rypło.

O tym, co musiał w tym roku przeczytać Starszy, siódmoklasista, napiszę kiedy indziej (w każdym razie taką mam nadzieję). Aby podgrzać atmosferę, nadmienię, że będzie to post pod tytułem: „Jak zaczęłam uwielbiać wydawnictwo Greg i jego streszczenia lektur szkolnych”.

Dzisiaj chciałabym skupić się na Młodszym, trzecioklasiście, uczniu szkoły Montessori, a więc – w polskich realiach – szkoły, nad czym boleję, prywatnej, w której, jak by się wydawało, do kwestii lektur podchodzi się inaczej niż w szkołach tradycyjnych. Bo przecież świadomość nauczycieli inna, podejście inne, a i – nie oszukujmy się – możliwości rodziców także inne. Nie trzeba więc oglądać się na to, co jest w szkolnej bibliotece (w większości od pięćdziesięciu lat są to niezmiennie te same pozycje), bo biblioteka dopiero się tworzy, a przytłaczającą większość rodziców stać na zakup każdego z zaproponowanych tytułów, więc jeśli powie im się, że mają jakąś książkę kupić, to kupią.
Tyle teorii.

W praktyce w szkole Młodszego robi się to samo, co od szeregu lat w każdej polskiej podstawówce, czyli przerabia te same co od wieków lektury, nie zważając na ich coraz większą anachroniczność.
Efekt?
Młodszy przestał czytać. Bo czytanie jest nudne. Bo książki są nudne i bez sensu.
W zasadzie mu się nie dziwię.

W jego szkole czyta się bowiem m.in. jako lekturę książkę „Oto jest Kasia” Miry Jaworczakowej. Książkę-potworek, pseudodydaktyczną, o której wszystko napisała już Królowa Matka, wobec czego mi pozostaje wyłącznie wymowne milczenie.

W tym roku Młodszy oberwał zaś „Pamiętnikiem Czarnego Noska” Janiny Porazińskiej, autorki zasłużonej dla polskiej literatury dziecięcej, której czas - śmiem to stwierdzić – przeminął.

Być może opowieść o przygodach Noska – pluszowego misia, obroni się gdy czytać ją będzie dziecku jakiś wyjątkowo czytelniczo zaangażowany rodzic, pod warunkiem jednak, że dziecko nie będzie miało więcej niż pięć lat. W sytuacji natomiast, w której dzieło ma samodzielnie przeczytać trzecioklasista – dziewięciolatek, można z góry założyć, że po góra dwudziestu stronach wbije do google’a hasło: „Pamientnik Czarnego Noska streszczenie” (propozycja hasła oparta na doświadczeniach własnych, płynących z obserwacji historii wyszukiwań na blogu prowadzonym przez niżej podpisaną).

źródło zdjęcia


Być może w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku („Pamiętnik Czarnego Noska” został po raz pierwszy w formie książkowej wydany w roku 1964, a więc – uwaga! – 54 lata temu), dzieci ze wsi fascynowały się życiem dzieci z miasta i odwrotnie.

Być może przed II wojną światową („Pamiętnik…” pierwotnie ukazywał się w latach trzydziestych ubiegłego wieku (a więc ponad 80 lat temu) jako dziecięca powieść odcinkowa na łamach tygodnika dla małych dzieci „Słonko”) małe dzieci (czy jednak aby na pewno były to przedwojenne dziewięciolatki?) z wypiekami na twarzy czekały na kolejne odcinki przygód pluszowego misia.
Nie wykluczam.


Śmiem jednak twierdzić, że współczesne dziewięciolatki nie są „małymi dziećmi” sprzed osiemdziesięciu lat. Jasne, nie są wcale dorosłe i śmiertelnie poważne, nadal w większości uwielbiają pluszaki, w tym misie (choć Młodszy akurat idzie w przytulanki innego rodzaju), ale jednak, jak rany, ich cyfrowy świat jest czymś diametralnie innym niż świat ich wychowanych często jeszcze w przaśnej peerelowskiej rzeczywistości rodziców, o powojennym pokoleniu dziadków nie wspominając.  

Kluczowa wydaje się tu odpowiedź na pytanie, czemu ma służyć wprowadzanie w edukacji wczesnoszkolnej obowiązku czytania lektur.

Czy chodzi o doskonalenie umiejętności czytania?
Ależ czy naprawdę dziewięciolatek, który umie już płynnie czytać, potrzebuje takiej lektury jak książka o przygoda Noska? I czy jego rówieśnik, który jeszcze nie radzi sobie samodzielnie z dłuższym tekstem, polubi czytanie, gdy będzie musiał przedukać kilkadziesiąt nudnych stron?

Może jednak czytanie tych samych książek ma stanowić punkt wyjścia do prowadzonej na lekcji dyskusji?
Ale o której to z przygód Czarnego Noska można by dyskutować z dziewięciolatkami? Jedyna, która jakkolwiek rokuje jest związana z trafieniem przez Noska do wiejskiej zagrody, w ręce kilkuletniej dziewczynki, która nie dość, że dotychczas nie miała jeszcze ani jednej zabawki („widzicie, wyrodne dzieci, a Wy co chwilę naciągacie rodziców na kolejne zabawki, wstydźcie się!”), to na co dzień zajmuje się przede wszystkim pracami w gospodarstwie: a to chrustu na opał nazbiera, a to chatę zamiecie, ziemniaki obierze, obiad ugotuje i zajmie się młodszym braciszkiem pozostawionym w kołysce („widzicie, leniwe dzieci, a Wy nie doceniacie jak dobrze macie w życiu!”).
„Życie dzieci ze wsi i z miasta dawniej i dzisiaj” – tak mógłby brzmieć temat tej dyskusji. Niezbyt porywająco, moim zdaniem.

Niestety, stan mojej wiedzy na temat przyczyn wyboru takiej a nie innej książki nie zmienił się po tym, co opowiedział mi Młodszy po zrealizowanej lekcji.
Pal sześć, ja mogę nie wiedzieć. Jednak jeśli dziecko nie wie po co miało przeczytać jakąś książkę, to chyba niedobrze.
Przygody Czarnego Noska śmiertelnie Młodszego znudziły. Kompletnie nie interesowało go jakie przygody przeżywał pluszowy miś, co i rusz gubiony przez swoją niefrasobliwą małoletnią właścicielkę. Infantylny (dostosowany do poziomu rozwoju umysłowego pięciolatków) język i równie infantylne przedstawienie świata, wręcz go zirytowały.

Julcia podeszła do drzewa. Tuż przy łebku miałem gałązkę z białymi kwiatkami.
- Widzisz, te kwiatki opadają i zostają takie małe kulki. Te kulki będą rosły i rosły, aż zrobią się czerwone. To będą wiśnie.
Byłem bardzo zdziwiony. Więc tak wygląda fabryka wiśni? Po prostu takie drzewko?
- Czy ja jestem jakiś głupi, mamo? – oznajmił Młodszy po przeczytaniu tego fragmentu, po czym odłożył książkę. Na zawsze.
Pierwsza w moim życiu nieskończona lektura przytrafiła mi się w siódmej klasie („Krzyżacy”); Młodszy zaczął cztery lata wcześniej. Źle to rokuje.

Tymczasem o życiu pluszowego misia można opowiedzieć dziewięciolatkowi w inny sposób, który sprawi, że nie tylko sam przeczyta książkę do końca, ale i przybiegnie do rodzica z szeregiem pytań, prowokujących do rozmowy o wielu ważnych sprawach.


Miś Otto, tak jak miś Czarny Nosek, jest pluszakiem, który trafia w ręce małego dziecka. U Porazińskiej jest to dziewczynka – Małgosia, u Ungerera – chłopiec, Dawid. Oba misie, choć jako zabawki po prostu bezwolnie poddają się kolejom losu, mają jednak całkiem różny stan świadomości.

Czarny Nosek jest po prostu głupiutkim misiem, który dziwi się światu i takim nadzwyczajnym rzeczom jak kran czy wspomniane już drzewka owocowe. Urodzony w XXI wieku dziewięciolatek może co najwyżej pokiwać z politowaniem głową nad jego naiwnością, znacznie przy tym płytszą niż naiwność Kubusia Puchatka (swoją drogą, „przerobienie” książki Milne’a byłoby znacznie lepszym pomysłem).


Otto też się dziwi, jednak naprawdę ma czemu. Urodzony (czy raczej: uszyty) tak jak Nosek przed wojną, trafia w ręce żydowskiego chłopca, przyjaźniącego się z niemieckim sąsiadem, Oskarem. Pewnego dnia na marynarce Dawida pojawia się jednak żółta gwiazda, potem panowie w czarnych skórzanych płaszczach zabierają Dawida i jego rodziców, ojciec Oskara trafia zaś na front. Otto zostaje w niemieckim mieście, gdzie przeżywa bombardowanie, po którym „cała okolica została doszczętnie zburzona, wśród ruin leżały ciała niewinnych ludzi”.
Potem trafia w ręce amerykańskiego czarnoskórego żołnierza, któremu ratuje życie, a po zakończeniu wojny jedzie razem z nim do Ameryki, gdzie przez śmietnik, w stanie bardziej niż opłakanym, trafia do sklepu ze starociami.
Tyle w skrócie, nijak nie oddającym jednak istoty.

Prowadzona przez Ungerera narracja, uzupełniona dalekimi od słodkości ilustracjami (także autorstwa Ungerera), jest oszczędna. Otto, jak na niemieckiego misia przystało, jest powściągliwy w słowach i emocjach. Raczej opisuje niż komentuje, a mimo to porusza dużo bardziej niż Czarny Nosek z jego egzaltowanym słowotokiem.
Tu nie ma prostych wyjaśnień. Jest wojna, wywołana przez złych Niemców, ale są też i Niemcy – zwykli, niewinni ludzie, ofiary wojny. Jest zło i okrucieństwo, nie pojawiające się wcale znikąd.

„Otto” to książka króciutka, z której samodzielnym przeczytaniem poradzi sobie prawie każdy dziewięciolatek. Bez trudu można ją także przeczytać w szkole, wspólnie w czasie zajęć (od czasu wydania w roku 2011 książka nie była wznawiana). Dzisiaj, w czasach coraz mniej stabilnych, jest niezwykle potrzebna.
Ilu nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej wie jednak o jej istnieniu? Ilu sięga po nią w czasie lekcji?
Nie wiem czy chcę znać odpowiedzi na te pytania.

Gdy sięgnąć po informacje zamieszczone na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej, okaże się, że w przypadku edukacji wczesnoszkolnej nawet po deformie nie jest najgorzej. Na liście sugerowanych lektur w klasach I-III nie ma wcale książki o Nosku, a te które są, nie budzą mojego sprzeciwu (może poza nudnym jak flaki z olejem „Anarukiem, chłopcem z Grenlandii” Czesława Centkiewicza).

Co więc sprawia, że nauczyciele naszych dzieci dokonują takich a nie innych wyborów?
Dlaczego nie rozumieją, że to co popsują dzisiaj, jutro może okazać się nie do naprawienia?
Czyżby dlatego, że zaliczają się do tych 62% Polaków i Polek, którzy w ciągu minionego roku sami nie przeczytali ani jednej książki?

Janina Porazińska „Pamiętnik Czarnego Noska”, ilustrowała Ewa Podleś. Grupa Wydawnicza Foksal, rok wydania nieznany (bo wydawca nie zechciał podzielić się tą informacją w stopce redakcyjnej).
Tomi Ungerer „Otto. Autobiografia pluszowego misia”, przełożył Michał Rusinek. Wydawnictwo Format, Wrocław 2011.

piątek, 16 marca 2018

R.Woś "To nie jest kraj dla pracowników", czyli o pracowniku Kopciuszku co zgubił duszę


W czasach gdy me nogi dopiero zaczynały stąpać po ziemi, tej polskiej ziemi, świat ludzi pracy wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj.

Pracownik był wtedy kimś; podmiotem, a nie przedmiotem. Gdyby w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku ktokolwiek w Polsce powiedział, że wyleasinguje sobie pracowników, jak to powszechnie mawia się dzisiaj, niewątpliwie natychmiast zostałby przez tychże pracowników wywieziony w taczce do pobliskiego rowu z gnojowicą i nikomu nie byłoby go specjalnie szkoda.

Zakład pracy był ojcem i matką. Można było się mu zwierzyć, chociażby w nader osobistym życiorysie, jakżeż odmiennym od współczesnych napuszonych curriculum vitae, ale także i wymagać, między innymi troski i opieki.



W takim na przykład roku 1978 nikomu nie śniły się jeszcze idiotyczne listy motywacyjne. Ubiegając się o pracę, wystarczyło napisać po prostu, od serca, że „mam małe dziecko i nie mogę gdzie indziej pracować. Dlatego też proszę nie odmówić mojej prośby i pozytywnie załatwić.”



Z kolei dopisanie w życiorysie, że „ukończyłam tylko 8 klas szkoły podstawowej, ponieważ warunków nie miałam do nauki”, a także iż „w 1975 r. wyszłam za mąż, z mężem już nie mieszkam, ponieważ mąż niezgodził się żeby ja miała dziecko przy sobie. Więc odeszłam i mieszkam u rodziców” [pisownia oryginalna], nie było samopocałunkiem śmierci (jaki pracodawca zatrudni dziś samotną matkę z małym dzieckiem?!), lecz wytrychem do serca kadrowca, który czym prędzej czynił na podaniu adnotację: „proponuję przyjąć”.

O tym, że przez cztery dekady, które upłynęły od roku 1978, coś poszło nie tak, wiemy wszyscy. Ów nietak trwa przy tym na tyle już długo, że coraz więcej osób docieka przyczyn takiego stanu rzeczy.


Dziennikarz ekonomiczny Rafał Woś od szeregu już lat konsekwentnie ustawiał się w kontrze do najnowszych trendów i teorii związanych z rynkiem pracy. Przez ten czas przeprowadził szereg rozmów z topowymi postaciami światowej ekonomii, nie bojąc się pytać o rzeczy uważane przez większość za niepodważalną oczywistość i kwestionować szeregu, uznanych za dogmatyczne, założeń. W wydanej w ubiegłym roku książce „To nie jest kraj dla pracowników” czyni użytek ze zdobytej w ten sposób wiedzy.


To nie jest lektura łatwa ani przyjemna. Mi zajęła dobry miesiąc, licząc tylko od momentu, w którym wreszcie przebrnęłam przez pierwszy rozdział (a zaczynałam go czytać przez jakieś trzy miesiące, co i rusz utykając). Autor żongluje nazwiskami i teoriami, przytacza szereg przykładów, nie stroniąc od ocen. Wielość poruszanych przez niego tematów utrudnia rozeznanie się w tym, co naprawdę jest istotą jego książki, choć niewątpliwie myślą przewodnią jest to, że nie jest dobrze, tak w Polsce, jak i na całym świecie. I że winien jest temu kapitalizm, rzecz jasna.

Nie byłam w stanie zweryfikować prawdziwości wszystkich stawianych przez Wosia tez. Nie umiem ocenić, czy przykłady nie zostały przez niego dobrane w sposób tendencyjny i jednostronny. W tym jednak zakresie, w którym umiałam to zrobić z racji bezpośredniego zetknięcia się z danym problemem, zawsze przyznawałam Wosiowi stuprocentową rację, dziwiąc się jednocześnie jego przenikliwości i poniekąd mu jej zazdroszcząc. Tak jak bowiem nie jest łatwo iść prosto, gdy wszyscy wokół krzyczą, że trzeba skręcić, tak samo sztuką jest dostrzeżenie, że król jest nagi wtedy, gdy cały dwór zachwyca się jego piękną szatą. W dzisiejszych czasach, gdy zanika krytyczne myślenie, a osoby mieniące się dziennikarzami coraz częściej są wyłącznie bezmyślnymi potakiwaczami, dającymi się cynicznie wykorzystywać, idący pod prąd Woś wyrasta na zgoła dziwadło. Mniej istotne znaczenie ma więc w tym kontekście to, czy w swojej książce aby faktycznie w żadnym miejscu się nie myli; większą wartością jest zwrócenie przezeń uwagi czytelnika na szereg problemów i zachęcenie go do podjęcia próby zastanowienia się nad przyczynami takiego a nie innego stanu rzeczy.
Ewidentnym dowodem na skuteczność Wosiowego działania niech będzie chociażby fakt, że w minioną sobotę moja biblioteczka wzbogaciła się o dzieło byłego premiera Grecji, Janisa Warufakisa (Grzegorzu, jeszcze raz dziękuję!). Nie wiem wprawdzie czy zdołam je przeczytać, ale dzięki Wosiowi, który opisał kulisy negocjowania w roku 2015 planu pomocowego dla Grecji, nabrałam w ogóle ochoty na taką lekturę.

Książka Wosia, podzielona na sześć rozdziałów, ma prostą konstrukcję. Naprzemiennie autor opisuje bowiem zjawiska w świecie i Polsce, zaczynając od tych historycznych („Co się stało z naszą pracą?”), by przez zdarzenia współczesne („Co się dzieje z naszą pracą?”) dotrzeć do prognoz na przyszłość („Co się stanie z naszą pracą?”), będących zresztą moim zdaniem najsłabszym punktem tego rozbudowanego eseju.
O ile w rozdziałach dotyczących świata Woś szeroko odwołuje się do różnych teorii ekonomicznych, przywołując szereg nazwisk znanych ze słyszenia nawet absolutnym laikom (Keynes, Piketty, Laffer), o tyle gdy pisze o Polsce, opisuje raczej zdarzenia i ludzi niż idee. Pewnie też z tego powodu to te ostatnie rozważania były dla mnie najciekawsze. Od ponad piętnastu lat bez przerwy zajmuję się bowiem polską pracą w praktyce. Przeprowadziłam już w związku z tym niejedną sekcję pracowniczych zwłok, szukając przyczyn zgonu. Widziałam agonię niejednego pracodawcy, zabitego przez niewidzialną rękę rynku i dobitego twardą ręką państwa. Zobaczyłam niejedno świństwo, odkryłam szereg prawidłowości, pozbyłam się jakichkolwiek złudzeń i doszłam do szeregu samodzielnych wniosków, póki co, wszystkich tak samo dołujących.
Konkluzje Wosia, choć przecież raczej teoretyka niż praktyka, są często jakby wprost wyjęte z mojej głowy (pewnie dlatego tak bardzo mi się podobają).

I tak, między innymi, o współczesnym polskim przemyśle i źródłach jego sukcesu Woś pisze:
W powszechnym przekonaniu nowy polski przemysł jest o niebo bardziej konkurencyjny od tego starego PRL-owskiego. Koronnym dowodem ma być fakt, iż firmy takie jak Lisner, Solaris czy polskie VW pozostają konkurencyjne, a socjalistyczny przemysł był niekonkurencyjny i dlatego upadł. Jest to jednak klasyczny przykład mylenia przyczyn ze skutkami. Tak naprawdę bowiem ekonomiczna „wyższość” nowego przemysłu (…) nie wynika wcale z wdrożenia technologii typu premium albo z szokująco lepszych rozwiązań organizacyjnych. Powód jest inny. Działający w warunkach nadwiślańskiego wolnorynkowego kapitalizmu przemysł do perfekcji opanował technikę pozyskiwania taniej pracy.
Poznań i Wałbrzych to dobre przykłady. Wielkopolskie zagłębie motoryzacyjne latami wykorzystywało duże bezrobocie w regionie i gotowość pracowników do uelastyczniania rynku pracy. Września, Gniezno czy Wągrowiec to podpoznańskie powiaty, które mocno ucierpiały na transformacji i przez całe lata utrzymywało się tam wysokie bezrobocie strukturalne. Nieprzypadkowo to właśnie stamtąd sprowadzani byli pracownicy do poznańskiego sektora motoryzacyjnego czy wspomnianego już Lisnera.

W innym miejscu autor odnosi się do sposobu funkcjonowania polskich wyższych uczelni, a jego spostrzeżenia są dziś, gdy coraz bliżej tzw. reformy Gowina, dotyczącej wprowadzenia nowego modelu szkolnictwa wyższego, niezwykle aktualne:

Wszystkie te problemy jeszcze bardziej jaskrawo widać na uniwersytecie, miejscu o tyle formacyjnym, że przechodzi przezeń cała klasa średnia oraz wyższa każdego społeczeństwa. Zmiany na polskich uczelniach wyższych zaczynają się od spraw drobnych, wręcz anegdotycznych. I tak oto na niektórych z nich wprowadza się karty zegarowe czy inne metody rejestrowania i kontroli czasu pracy, zupełnie jak niegdyś w fabrykach Forda. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia. Spróbujcie sobie wyobrazić Einsteina odbijającego kartę na Uniwersytecie Princeton albo Stefana Banacha, który nie może wejść na zajęcia, bo zapomniał identyfikatora. Dziś zaczyna być normalnością i symbolizuje zmiany etosu uczelni wyższej w posttransformacyjnej Polsce.”

Pisząc o polskiej pracy, Woś obficie cytuje przedstawicieli polskiego hip-hopu, którzy od szeregu lat celnie punktują wszystkie absurdy obecnej rzeczywistości, także pracowniczej. Z nieznanych mi przyczyn ani razu nie sięga jednak po teksty Bisza, od pewnego czasu mojego ulubionego przedstawiciela tego nurtu polskiej sceny muzycznej.


Przede wszystkim muszę tutaj przeżyć, po pierwsze
Po drugie, robić to co lubię muszę
Bo kopciuszek na tym balu gubi nie but, lecz duszę
Uduszę się, kiedy mówią czym oddychać
Nie muszę gówna ani wąchać ani dotykać
Wolę o swobodne nogi się potykać własne
Niż zasilać niewolniczą kastę. patrz się
Na mój krok taneczny, niebezpieczny
Dla ustalonych prawd odwiecznych
To mój błąd, lecz to błąd konieczny
Chcąc wyhodować kły trzeba pozbyć się mlecznych
Zębów i z jasnych względów z ciasnych kręgów
Wyjść, by nie wpaść do pułapki trendów
Iść swoją własną drogą myląc pogoń.

Niewątpliwie, aby coś się zmieniło, trzeba wypłacić współczesnemu światu „mentalnego liścia”, jak pisze Bisz w tekście innego ze swoich utworów („Potlacz”). Czy Polakom pomoże w tym projekt całkiem nowego prawa pracy, o którym zresztą Woś pisze w najnowszym (nr11/2018) numerze  tygodnika „Polityka” – wątpię. 

Nie wątpię jednak, że kto już zgubił duszę, kto zasilił niewolniczą kastę, ten, żeby przeżyć, musi spróbować wyjść z pułapki trendów. Książkę Wosia może potraktować jako majaczące gdzieś w oddali koło ratunkowe. Nawet jeśli ostatecznie uzna, że było słabo napompowane, i tak nie powinien żałować, że udało mu się je chwycić. Zawsze to jakiś punkt zaczepienia na początek.

Rafał Woś „To nie jest kraj dla pracowników”. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2017.