sobota, 18 marca 2017

M.Krüger "Karolcia", czyli róbmy swoje

Kiedy kilkanaście dni temu czytałam razem z dzieckiem (pierwszy raz w życiu, tak jakoś wyszło) „Karolcię”, wiedziałam, że będę chciała o niej napisać, uważając za nadspodziewanie aktualną.

Późniejsza informacja o śmierci Wojciecha Młynarskiego, felieton Szymona Hołowni przeczytany w którymś z ostatnich numerów „Tygodnika Powszechnego” i wreszcie newsowy materiał o dobrym sercu prezydenta Szczecina i dzielnej sześciolatce sprawiły, że przyspieszyłam. To, jaki jest związek między tymi pozornie ze sobą niezwiązanymi faktami, wyjaśni się już wkrótce.


Do tego ogrodu (…) było bardzo niedaleko. (…) Nie był to bardzo duży ogród, ale miał mnóstwo zalet. Przede wszystkim najważniejsze było to, że dzieci z całej dzielnicy mogły tu w ciepłe dni spędzać czas na powietrzu i doskonale się bawić. Były tam krzewy, w których mogli mieszkać Indianie, były wąskie ścieżki, którymi chodzili wielcy wodzowie Mohikanów i Siuksów, były place, gdzie można było jeździć na rowerze lub hulajnodze, były wreszcie cztery huśtawki, jeden kołobieg, jedna karuzela i dwie zjeżdżalnie, nie mówiąc o dwóch wielkich piaskownicach dla maluchów. Jeśli tak się zdarzyło, że któreś z dzieci nie mogło wyjechać podczas wakacji na wieś, to tu spędzało lato.”

„Karolcia” jest anachroniczna, tak gdy chodzi o dekoracje, jak i o pragnienia czy marzenia dzieci. W każdym razie tych wielkomiejskich (akcja „Karolci” dzieje się w niezidentyfikowanym z nazwy większym mieście).

Nie znam współczesnych ośmiolatków (tyle lat ma Karolcia), którzy bawiliby się w Indian. Spora część dzieci w ciepłe dni może i spędza czas na powietrzu, ale raczej siedząc na ławce lub murku i zużywając baterie w smartfonach niż jeżdżąc na rowerze. O ile oczywiście ich rodzice zaryzykują i puszczą je samopas (znam całkiem sporo wielkomiejskich rodziców, którzy uważają, że dwunastolatek nie jest na tyle odpowiedzialny, by mógł samodzielnie wrócić po szkole do domu).
Ogólnodostępnych ogrodów też jakby coraz mniej, zwłaszcza na nowych osiedlach, gdzie deweloperzy skrupulatnie przeliczają metry kwadratowe na złotówki.

Być może więc współczesne dzieci wcale nie przejęłyby się taką informacją, jaka 14 lipca zawisła na ogrodzeniu ogrodu położonego niedaleko domu Karolci.
Od dnia 15 lipca ogród zostanie zamknięty.
Na placu tym zbudowana będzie wielka restauracja.
Podpisano: Prezydent Miasta
Ba! Nie można wykluczyć, że niejedno urodzone już w XXI wieku dziecię wpadłoby w takiej sytuacji wręcz w euforię, licząc na to, że już za chwilę będzie miało pod oknem McDonalda. (Także zresztą i w „Karolci” „pewien grubasek” zachwycił się tym, że „będzie można wstąpić na dobry obiadek”).
Tymczasem w „Karolci” ta nowina wywołała pewne poruszenie.

„-To co na to poradzimy? – spytała jakaś pani z małym dzieckiem w wózeczku.
- Jak to: co? Trzeba by do Prezydenta pójść i powiedzieć mu to tym! – odpowiedziało kilka osób.
- A gdzie jest ten Prezydent?
- Pewnie w Ratuszu – powiedziała jakaś staruszka, która odprowadzała do ogrodu swojego małego wnuczka.
- Tak, ale czy nas wpuszczą do Ratusza? – spytał jakiś chudy pan w okularach. – Słyszałem, że bardzo trudno jest dostać się do prezydenta.
- Podobno trzeba przejść przez sto siedemnaście pokoi! – poufnie szeptała pewna grubiutka paniusia z dzieckiem na ręku. – (…) W każdym siedzi co najmniej jeden urzędnik, ale często jest ich dwóch albo trzech. Wszyscy oni po kolei pytają, po co się idzie do Prezydenta. Albo nawet każą pisać to na dużym arkuszu papieru.
- Bez kleksów i bez błędów, bo inaczej nie przyjmują – wtrącił chudy pan w okularach.
- Tak a poza tym trzeba, żeby do takiego zapisanego papieru, który nazywa się podaniem, były jeszcze załączniki.(…)
- No dobrze – wtrącił teraz Piotr – jakby już ktoś napisał takie podanie bez błędu za pomocą słownika ortograficznego, to co?
- Jak to: co? – oburzył się ktoś.
- To co by było? Toby Prezydent je przeczytał?
- Aha! Zaraz przeczytał! A przedtem jeszcze jest sekretarz albo sekretarka. A może niejedna! I woźni też są, i w ogóle może akurat być jakieś posiedzenie i Prezydent w ogóle może nie mieć czasu!
- Tak, tak – wszyscy teraz stali zasmuceni i kiwali głowami. Bo co tu zrobić, żeby ten ogród zachować? (…) Wreszcie któraś mama powiedziała:
- Pobawcie się jeszcze, dzieci kochane! Tylko przez dzisiejszy dzień ten ogród jest wasz.”

Wiele rzeczy nas ostatnio porusza. W wielu przypadkach czujemy oburzenie i chęć zrobienia z tym, co nas bulwersuje, porządku. Chęć, która bardzo szybko mija. Zazwyczaj natychmiast po tym, gdy spotkamy się w grupie współoburzonych (jak w „Karolci”) lub klikniemy „Lubię to”, „Wezmę udział” czy cokolwiek się teraz klika na którymkolwiek z portali społecznościowych.
Bo co innego oburzać się, a co innego podjąć konkretne działanie. Bo przecież trzeba napisać podanie (i to bez błędów, i kleksów), gdzieś pójść (przez sto siedemnaście pokoi a może i więcej), z kimś porozmawiać (ale na pewno to się nie uda, bo wcześniej zatrzymają nas i rozdziobią kruki i wrony).

„Karolcia” nie jest tylko książką o magicznym koraliku, dzięki któremu możemy spełniać rozmaite życzenia i zachcianki. To przede wszystkim książka o odpowiedzialności. O tym, że oglądając się na innych, możemy do końca życia dreptać w miejscu, sfrustrowani i nieszczęśliwi. I o tym, że możemy – nie myśląc „a co to da” lub „na pewno się nie uda” – zrobić tyle, ile możemy. Może czasem uda nam się dzięki temu rozwiązać duży problem wielu ludzi, a czasem może nie.

Zapatrzeni w ekrany, wciąż czekamy, aż coś zrobi (albo przestanie robić) jakaś zbiorowość, jakiś rząd, prezydent, partia, jakaś unia, a zapomnieliśmy, że popchnąć świat w stronę dobra może codziennie każdy z nas.”
To Szymon Hołownia (całość tekstu dostępna tutaj).

A Wojciech Młynarski? To samo, tylko dłużej i ładniej:
Ukształtowała nam się raz
Opinia, mówiąc: Kurczę,
Rozsądku krzyny nie ma w was,
Inteligenty twórcze!

Na łeb wam wali się ten kram,
Aż sypią się zeń drzazgi,
O skórze myśleć czas, a wam?
                                           Wam w głowie wciąż drobiazgi!

                                           Opinia sroga to, że hej,
                                           Odpowiadając przeto jej:

                                           Róbmy swoje!
                                           Pewne jest to jedno, że
                                           Róbmy swoje!
                                           Bo jeżeli ciut się chce,
                                           Drobiazgów parę się uchowa:
                                           Kultura, sztuka, wolność słowa - Kochani,
                                           Róbmy swoje! Róbmy swoje!
                                           Może to coś da - kto wie?

Czytajcie „Karolcię”. I róbcie swoje, jako i ja zamierzam. Może to coś da, kto wie.

Maria Krüger „Karolcia”. Ilustrowała Hanna Bielińska. Wydawnictwo Siedmioróg, Wrocław 2006.

środa, 8 marca 2017

"Rozdarta zasłona", czyli jak przerobić porządną kobietę na niebezpieczną feministkę

Profesorowa Zofia Szczupaczyńska, z którą przyjemność miałam już tutaj, także w drugiej części serii kryminalnej, której jest bohaterką, wiedzie dobre, spokojne życie. Takie, na jakie zasługuje każda porządna kobieta.

Po pierwsze, jest żoną krakowskiego profesora. Profesorowa Szczupaczyńska brzmi znacznie lepiej niż na przykład woźnicowa Szczupaczyńska, nieprawdaż?
Po drugie, mąż daje jej święty spokój, tzn. nie oczekuje od niej wiele więcej niż, by w schludnym domu dopilnowała tego, aby na czas otrzymał obiad, a także podała co trzeba, dokładnie wtedy, gdy on tego potrzebuje. Poza tym powinna z zaciekawieniem chłonąć każde mężowskie słowo, w tym z uwagą wysłuchiwać odczytywanych przez męża, odpowiednio wyselekcjonowanych (bo nie wszystkie nadają się wszak dla kobiecych uszu) doniesień prasowych, wtrącając - ewentualnie – drobne, nieistotne uwagi.
Po trzecie, może bez przeszkód oddawać się rozrywkom idealnym dla kobiet: organizować zbiórki na cele dobroczynne, wydawać przyjęcia, a nawet hodować rododendrony.
Czy można chcieć więcej?

Dobrze ułożona żona, jaką bez wątpienia jest Zofia Szczupaczyńska, bez najmniejszych wątpliwości zgodzi się też z wypowiedziami mądrzejszych od siebie mężczyzn, zwłaszcza gdy zostaną one poparte naukowymi stwierdzeniami.

Zaiste, „mania kształcenia kobiet”, z jaką świat musi mierzyć się od końca XIX wieku i ciągle nie może się z nią uporać, nie może prowadzić do niczego dobrego!

Czyż nie mają racji ci, którzy twierdzą, że „od tego zaczyna się zwyrodnienie niewiasty; każdy się przecież zgodzi, że więcej warta w społeczeństwie jedna zacna matka, dobra niewiasta niż mierny doktor”?

Poza tym, jak widać również i dzisiaj (patrz: jakieś strajki czy marsze kobiet): „ledwie się dziewczyna trochę czytać i pisać nauczy, już pretensje. (…) A co z tego, że mnożą się talenta do pisania nowelek, kiedy zdolnych i pracowitych szwaczek i przykrawaczek trzeba szukać za granicą?”

Ba! „Niektórzy tegocześni pracują ciągle nad tym, aby zatrzeć naturalne różnice między płciami i zaprowadzić ich bezwzględne zrównanie! Czy można sobie wyobrazić większą niedorzeczność? Przecież nawet w ciele widać zupełnie inne przeznaczone nam zadania! Choćby taki zarost (…) – to przecież dowód samej przyrody na to, że męskiej naturze przyrodzone jest dostojeństwo. Kobiety nie mają bród (…), gdyż nie muszą być tak dostojne, po prostu. To rzecz wiadoma, pisał już o tym Arystoteles.”

Każdy, kto tylko uważnie się przyjrzy, dostrzeże również, że o ile „postać mężczyzny jest wzniesiona i wyprężnie skupiona”, o tyle kobieca – „mniej równomierna, o szerokich biodrach oraz falisto wystających wygięciach piersi, brzucha i biódr. O ile postać męska zdaje się szukać (…) działalności, poczuciowej działalności, o tyle kobieca łatwo wstępuje w stan spokoju i zdaje się znajdować zadowolenie w postawie nieco skierowanej ku przodowi (…), niejako w położeniu poddania.”

Jeśli zaś głębiej pomyśleć nad panującą dziś (ale i nie tylko dziś, czego najlepszym dowodem sama Szczupaczyńska) epidemią bezpłodności, od razu będzie wiadomo, że zamiast szukać ratunku w jakichś czarcich wynalazkach typu in vitro, wystarczy sięgnąć po elementarnie proste rozwiązania.
Dlaczego? Otóż dlatego, że „kiedy u dziewczynek (…) jednostronnie natężamy mózg, gdy w ten sposób wszystką krew kierujemy do tylko jednego bieguna, jak to niestety bywa ciągle w obecnym wychowaniu szkolnym, wtenczas muszą zanikać czynności systemu sympatycznego, następuje osłabienie działalności żołądka (…), kiszek (…), wątroby (…), śledziony (…), a zarazem też zwyrodnienie gruczołów zarodkowych, kończące się (…) bez-płod-noś-cią!”

Tak, Zofia Szczupaczyńska, porządna kobieta, nie uczestniczy w hecach, mających na celu wywrócenie naturalnego porządku świata. Demonstracyjnie nie popiera działań zmierzających do umożliwienia kobietom studiowania na Uniwersytecie Jagiellońskim. Demonstracyjnie nie chodzi na wykłady o Amazonkach. Demonstracyjnie nie pojawia się na otwarciu Czytelni dla Kobiet, zwłaszcza, że natychmiast zlatują się tam „wszystkie te niebezpieczne emancypantki, istne żmijowisko! Nie mówiąc już o braku szacunku dla życia duchowego, bo przecież raptem trzy dni po tym bezeceństwie książę biskup ulicami Krakowa poprowadził procesję z głową świętego Stanisława.”


Ponad sto lat temu Zofii Szczupaczyńskiej przytrafiło się jednak objawienie.
Wyszła dalej niż poza próg własnego, poukładanego świata i dostrzegła rysy na tym, co dotychczas wydawało jej się monolitem oraz brud tam, gdzie dotychczas widziała tylko śnieżną biel.
Początkowo wydawało się jej to trudne do wyobrażenia. Bo „czy to możliwe, żeby w Krakowie, mieście dostojnych profesorów, wspaniałych fundacji, niezliczonych kościołów i klasztorów, nabożnych procesji z relikwiami świętego patrona, kryło się tyle plugastwa?”

Potem nie mogła się uwolnić od przeczytanego w archiwalnym artykule zdania „przez rozdartą zasłonę pozorów uderza nas widok błotnej kałuży”, znajdując je coraz bardziej aktualnym.
Stopniowo zaczęła zachowywać się inaczej niż zwykle, zmieniać swoje zwyczaje, poddawać w wątpliwość to, co do tej pory uważała za pewnik.
Wszystko za sprawą jednego morderstwa, którego ofiarą padła osoba z jej najbliższego otoczenia.

Z okazji Dnia Kobiet życzę wszystkim kobietom, by umiały - jak profesorowa Szczupaczyńska - zdobyć się na rozdarcie tych zasłon, które służą wyłącznie zakryciu hipokryzji i obłudy.
By nie czekały na to, aż zdarzy się coś, co dotknie je osobiście, tylko wcześniej wyszły poza próg swojego poukładanego świata i dostrzegły, że nie wszyscy mają luksus życia w takich warunkach. I uświadomiły sobie, że nic nie jest dane raz na zawsze.

Bo to, co było aktualne ponad sto lat temu, jest równie aktualne dzisiaj, w XXI wieku.

Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński) „Rozdarta zasłona”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2016.

A gdyby ktoś miał kontakt z Marylą Szymiczkową, która dawała do zrozumienia, że kontynuowanie pracy twórczej uzależnia od czytelniczego odzewu, proszę jej przekazać, że koniecznie, ale to koniecznie musi pisać dalej!                                  

sobota, 4 marca 2017

"Filharmonia" gra planszowa, czyli skandale, koncerty i emocje

Pisałam tu już o muzyce, o szczecińskiej filharmonii, ale nigdy o grze planszowej.
Nie przypuszczałam, że będę mogła napisać o czymś, co łączy te trzy elementy.
„Filharmonia” to gra planszowa autorstwa Pawła Lorocha, świeżo wydana przez szczecińską filharmonię, w której najważniejszą rolę odgrywa oczywiście muzyka.


Pomysł jest prosty (ale trzeba było na niego wpaść).
Plansza, pionki, kostka oraz nieco komplikacji wywoływanych głównie przez wylosowywane karty – „wydarzenia”.
Celem gry jest zagranie koncertów, dzięki którym zdobywa się 3 (lub 5, zależnie od wariantu, który wybiorą gracze) złote klucze wiolinowe. Sławę i uznanie melomanów również, rzecz jasna.

Wędrując po planszy, nawiązującej nazwami pól oraz rysunkami do szczecińskiej filharmonii (tak do jej budynku i znajdujących się w niej pomieszczeń, jak i grających w niej muzyków, uwiecznionych na rysunkach), można liczyć i na emocje, i na mimowolną edukację.

W wyścigu do złotej lub czarnej sali koncertowej (czyli dwóch sal szczecińskiej filharmonii) nie liczy się bowiem tylko wirtuozeria graczy-wykonawców, ale też spryt, i – o zgrozo! – umiejętność podstawienia we właściwym momencie przeciwnikowi nogi. Kto nie chce, by zwycięstwo umknęło mu sprzed nosa, musi umieć wywołać dla niepoznaki skandal albo podebrać koledze muzykowi kluczowy dla niego instrument. Doprawdy, mam nadzieję, że to tylko fantazja Pawła Lorocha, a nie inspiracja faktycznymi zwyczajami muzyków szczecińskiej filharmonii.

źródło zdjęcia
Żeby był koncert, trzeba też starannie dobrać repertuar. Gracze muszą więc odpowiednio zestawić ze sobą utwór (do dyspozycji jest ich szereg, większość dobrze znanych), wiodący instrument i muzyka (niektórzy są wszechstronni, inni mają dość wąskie specjalizacje, jak na przykład pani Marta, skrzypaczka, która gra wyłącznie utwory Rimskiego-Korsakowa). Chcąc nie chcąc, czytając informacje zamieszczone na poszczególnych wylosowywanych kartach, po kilku rozgrywkach człowiek (choćby był bardzo młody) poszerza swoje muzyczne horyzonty.

Po połowie tegorocznego sezonu koncertowego i udziale w szeregu organizowanych przez szczecińską filharmonię wydarzeń, stwierdzam, że działająca w niej ekipa ma znakomite pomysły, które umie dobrze realizować. Mając na stanie dwójkę całkowicie różnych muzycznie dzieci (jedno muzykę uwielbia, drugie nie znosi), czuję się kompetentna, by wypowiadać się w imieniu szerszego grona odbiorców, przy czym – z racji tematu posta – ograniczę się wyłącznie do tego, co w Szczecinie proponuje się najmłodszym.


Koncerty rodzinne w tym sezonie nie są przegadane i nadmiernie wydumane (a bywało inaczej). Każdemu z nich przyświeca inny pomysł, jak na razie każdy niezły.

Moderująca Agata Kolasińska jest zaraźliwie energiczna i radosna. Zaangażowanie zawodowych aktorów (w tym naszego ulubionego Rafała Hajdukiewicza z Pleciugi) wprowadziło dodatkowe emocje, a także pozwoliło widzom na intensywny trening przepon.

Muzyka jest na swoim miejscu, muzycy również.



Filharmonia korzysta ponadto z – całkiem w tym przypadku dozwolonego – dopingu.

Środkiem stosowanym w październiku był wydany nieco wcześniej (i bardzo według mnie udany) komiks „Bon ton”, poświęcony koncertowemu savoir-vivre’owi, w lutym zaś – właśnie Paweł Loroch i jego gra planszowa.

źródło zdjęcia
Autor gry tak podczas koncertu „Dźwięki zostały rzucone”, który odbył się w Szczecinie 5 lutego, jak i w czasie dwóch premierowych spotkań, w czasie których można było w filharmonii, na specjalnie przygotowanych stolikoplanszach (przydałby się taki i w domu!), rozegrać partyjkę „Filharmonii”, sprawiał wrażenie spokojnego i stonowanego, czym nieco zbił mnie z tropu. Znałam go bowiem dotąd wyłącznie jako prowadzącego onegdaj teleturniej „Ugotowani, czyli bitwa na noże i widelce” i zapamiętałam jako niezłego ekscentryka. Im dalej w las (czyli w rozgrywkę), tym bardziej wychodziło jednak szydło z worka. Wszak czy porządny, poczciwy twórca gry wpadłby na pomysł, by nieszczęśników trafiających pionkiem na pole „wydarzenie” uszczęśliwiać komunikatami o treści: „Wieje dziś od morza bardzo silny wiatr i wyrywa Ci z ręki nuty. Tracisz jedną kartę „Utwór” albo „Ktoś rozsiewa głupie plotki na Twój temat. Jest Ci tak przykro, że siedzisz i pijąc lemoniadę w bufecie, tracąc poczucie czasu. Tracisz kolejkę”?

Wracając do "Filharmonii" jako gry, widzę w zasadzie tylko dwa mankamenty.
Pierwszy to cena. 99 zł to sporo, zwłaszcza jak na planszówkę o tematyce, która i tak z trudem przebija się pod strzechy.
Drugi to brak płyty z utworami pojawiającymi się na kartach. W czasie rozgrywek jakie miały miejsce w filharmonii, akompaniował nam sympatyczny pan pianista, niestety niedołączany do gry (nawet za dopłatą). W domu trzeba więc wspomagać się zasobami kanału You Tube – bez możliwości usłyszenia np. „Bolera” Ravela czy „Błękitnej rapsodii” Gershwina planszowe zmagania wiele tracą. Obiło mi się o uszy, że podobno twórcy myślą o stworzeniu także aplikacji mobilnej. Wprawdzie nie bardzo to sobie wyobrażam, ale z pewnością ten właśnie problem zostanie wtedy rozwiązany.

A poza tym bomba. Kto nie zagra, ten trąb(k)a.

„Filharmonia”. Gra planszowa dla 2-4 graczy w wieku od 7 lat. Filharmonia Szczecin, 2017.

sobota, 25 lutego 2017

R.Mróz "Kasacja", czyli jak dzięki dobrym notatkom wspiąć się na listy bestsellerów

Był winny jak ocet. Bez dwóch zdań” – to słowa Joanny Chyłki, głównej bohaterki „Kasacji”, książki Remigiusza Mroza - Kraszewskiego XXI wieku, człowieka, który doprowadził do zmartwychwstania czytelnictwa w Polsce. Doktor nauk prawnych, wielokrotnie nagradzany i nominowany. Każde z jego (licznych) słów jest natychmiast spijane przez tysiące, ba! setki tysięcy fanów, ba! psychofanów. Od licznych wywiadów grzeją się ekrany telewizorów, łamy prasy i internetowe łącza. Cała Polska w napięciu czeka na kolejne jego dzieła, wypluwane – jakież to szczęście – regularnie, niczym jajka łapane przez wilka w mojej ulubionej swego czasu grze, w którą grywałam na rosyjskiej matce przenośnych konsoli (przy okazji informuję: można w nią grać też na androidzie, hurra!).

Remigiusz Mróz
źródło zdjęcia

Jest płaska jak deska. Bez dwóch zdań.” – to słowa moje, momarty. Kobiety bez fanów i zasług dla rynku czytelniczego. I bez tytułu doktora nauk prawnych, jestem prostym magistrem. A, zapomniałam napisać, że nie odnoszą się one do klatki piersiowej Joanny Chyłki, lecz do książki, której jest główną bohaterką.

Po przeczytaniu „Kasacji” poczułam gwałtowną potrzebę sięgnięcia do definicji pojęcia „thriller prawniczy” (jak krzyczy okładka, opisywane dzieło należy właśnie do tego gatunku). Niestety, jednej, powszechnie obowiązującej, nie znalazłam (być może źle szukałam). Biorąc rzecz na logikę i doświadczenie życiowe (prawnicy tak lubią), należałoby jednak oczekiwać, że pod tym pojęciem musi kryć się książka a) wywołująca dreszcz emocji, b) osadzona w środowisku prawniczym, bądź też c) dotycząca stosowania prawa (law in action, nie law on the books).
Na pierwszy rzut oka jeśli chodzi o „Kasację” w zasadzie wszystko się zgadza. Dla wszelkiej pewności jednak skrupulatnie (po prawniczemu) sprawdźmy.


Po pierwsze, a raczej primo: środowisko prawnicze – jest.

Warszawska kancelaria Żelazny&McVay – jedna z najlepszych kancelarii prawniczych w Polsce, aspirująca do zajęcia już za chwilę pierwszego miejsca w rankingu najlepszych kancelarii w kraju. Prawnicza korporacja, zatrudniająca prawników-wyrobników, krwiopijczo wypijająca z nich wszystkie soki, rzucająca w zamian ochłapy w wysokości niższej nawet niż najniższa krajowa. Siedlisko zła, pracoholizmu, narkomanii, obłudy. Dla nielicznych wybrańców kraina kasą płynąca.

Słyszałam, że szykuje się ekranizacja „Kasacji” (a konkretnie serial telewizyjny). Wcale się nie dziwię, jest to niezły pomysł, pod warunkiem, że autorzy będą całkowicie wierni oryginałowi. Produkcja będzie bowiem bardzo niskobudżetowa. Wystarczy wyciąć z tektury plansze i figurki kilkudziesięciu ubranych w garnitury ludzików i już –  kancelaria wypisz, wymaluj jak z kart „Kasacji”. Niby korytarzami przemieszcza się stale ogarnięty prawniczym amokiem tłum, niby wszyscy pracują tam do późnych godzin wieczornych, a gwar panujący w otwartej przestrzeni biurowej (nazywanej „norąoborą”, bo autor jest wszak obeznany z branżowym slangiem i zarazem dowcipny, jak na doktora nauk prawnych przystało) nie pozwala na skupienie myśli. Niestety, gdzie się nie rozejrzeć, okazuje się, że tu tektura, tam dykta, a gwar ani chybi z taśmy.

Nie mam pojęcia, czy to Mrozowski znak rozpoznawczy, gdyż „Kasacja” jest jak dotąd jedyną książką tego autora, którą przeczytałam, ale mam wrażenie, że więcej życia niż na korytarzach wykreowanej przez niego kancelarii znalazłam w czytanych ostatnio komentarzach do ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Ja rozumiem, że gdy człowiek narzuca sobie określony rytm pracy (codziennie 15 stron, w ściśle określonych godzinach, raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa…), nie może zbytnio rozglądać się na boki, ale czy doprawdy musi od razu zakładać na oczy klapki jak dla konia? Na 492 stronach powieści, której akcja w dużej mierze rozgrywa się właśnie w opisanej kancelarii, poza dwójką głównych bohaterów (wspomnianą na początku Joanną Chyłką i jej aplikantem, Kordianem Oryńskim) oraz dwoma właścicielami kancelarii (Żelaznym i McVayem, jak nietrudno się domyślić) pojawiają się w niej jeszcze wyłącznie 4 (słownie: cztery) postaci: Anka z recepcji, nieznany z imienia haerowiec (czytaj: pracownik działu kadr), Jacek od prawa medycznego oraz niejaki Kormak. Przy czym wyłącznie Kormak ma w tej historii do odegrania jakąś, całkiem zresztą istotną, rolę; pozostali pojawiają się na momenty krótsze niż mgnienie oka.
Gdybyż jednak choćby w te postaci autor tchnął jakiegokolwiek ducha. Niestety, wszyscy zachowują się tak, jakby świat poza kancelarią nie istniał. Ot, fantazją autora powołani do życia, robią co im kazano. Skąd przyszli, kim są, dokąd zmierzają? A po cóż ci to czytelniku wiedzieć, skup się lepiej na akcji, raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa.

Oczywiście, główni bohaterowie zostali zarysowani w zupełnie inny sposób.
O Joannie Chyłce wiemy bowiem, że ma około czterdziestu lat, nosi taliowane żakiety i obcisłe spódnice, pali Marlboro, je dużo mięsa (osobiście niekoniecznie mi się to komponuje z obcisłymi spódnicami, ale co ja się tam, prosta magister, znam), lubi mocne brzmienia i Kubę Wojewódzkiego, a także jeździ (brawurowo, czytaj: łamiąc wszelkie przepisy) BMW X5. A, przepraszam, i że ma siostrę. Ale teraz naprawdę już skończyłam. 
Z kolei Kordian Oryński jest aplikantem I roku w Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie, nie ma ojca ani matki i chyba żadnej innej rodziny też nie. Pali Dawidoffy, nie je mięsa, lubi rap Willa Smitha. Koniec.
Jednym słowem, masz czytelniku deskę, a nawet kilka i obrób ją sobie sam, jeśli koniecznie musisz.

Wróćmy jednak do badania, czy zostały spełnione wszystkie przesłanki do uznania „Kasacji” za thriller prawniczy.
Przesłanka druga: law in action – jest. Niestety, w tej właśnie – anglojęzycznej - wersji.

Mam wrażenie, że Remigiusz Mróz przeczytał bardzo dużo książek Grishama, kto wie, może nawet wszystkie. Przypuszczam także, że w czasie lektury zrobił sobie bardzo dużo bardzo porządnych notatek. To widać.
Ja rozumiem, że z polskiego procesu trudno jest zrobić emocjonujący spektakl. W pierwszej instancji w sprawie o zabójstwo potrafi on trwać rok. Do tego trzeba doliczyć kolejne pół roku na postępowanie międzyinstancyjne, rok oczekiwania na termin pierwszej rozprawy apelacyjnej, a gdy chce się – jak Joanna Chyłka – wnieść kasację, trzeba dodać, lekko licząc, jeszcze jakieś dwa lata. Żółw by zasnął, co dopiero czytelnik.
Nie rozumiem jednak czemu autor, który – jak napisał w posłowiu – starał się poruszać w granicach prawa, nie pozwalając sobie na większe odstępstwa, uczynił tak wiele, by zrobić z rozprawy w polskim sądzie nie wiadomo co. Czyżby za bardzo skupił się na swoich notatkach?

Pominę tempo rozpoznawania sprawy, która jest głównym tematem „Kasacji” (wiadomo tylko, że było ono szybkie, choć nie wiadomo jak bardzo. Autor starannie unika informowania czytelnika o czasie akcji; wiadomo, po co kłopotać się zbędnymi szczegółami, raz, dwa, raz, dwa). Zarówno tempo, jak i sposób rozpoznawania sprawy i zorganizowania rozpraw bliższe są wprawdzie procesom amerykańskim niż polskim, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Pominę, choć z większym trudem, fakt, że Kordian Oryński, aplikant – przypomnę – pierwszego roku, przed upływem pierwszych sześciu miesięcy trwania aplikacji radośnie galopuje najpierw na rozprawę w sądzie okręgowym, potem apelacyjnym, by wreszcie stawić się (ubrany w czerń i biel) w Sądzie Najwyższym. Niemożliwe przecież, aby doktor prawa nie znał treści przepisu art. 77 ust. 1 Prawa o adwokaturze, stanowiącego że „po sześciu miesiącach aplikacji adwokackiej aplikant adwokacki może zastępować adwokata przed sądami, organami ścigania, organami państwowymi, samorządowymi i innymi instytucjami, z wyjątkiem Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego, Trybunału Konstytucyjnego i Trybunału Stanu”. Być może jednak Grisham nie wspomniał o tym w żadnej ze swych powieści, wybaczmy to naszemu autorowi.

Nie mogę jednak pominąć kluczowego – w sensie prawnym – momentu akcji (spokojnie, to nie będzie spojler, w każdym razie nie taki, który obejdzie przeciętnego czytelnika, skupionego całkiem na czym innym), polegającego na znalezieniu przez jednego z głównych bohaterów TEGO orzeczenia, prawniczego „Sezamie, otwórz się!”, mającego w założeniu doprowadzić do intelektualnego powalenia sędziów Sądu Najwyższego i doprowadzenia do korzystnego dla naszych bohaterów zwrotu akcji.
O co chodzi? Oddam głos Joannie Chyłce: „zgodnie z orzeczeniem Sądu Najwyższego z dnia szóstego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku, sygnatura II KKN sześćdziesiąt trzy, łamane na dziewięćdziesiąt sześć, Sąd Najwyższy kontroluje nie same ustalenia faktyczne, ale sposób ich dokonania”.
Łał.

Gdyby przypadkiem czytał te słowa ktoś, kto książki Grishama zna na wyrywki (całkiem inaczej niż ja), bardzo uprzejmie proszę o informację w ilu z nich w kluczowym momencie akcji obrońca wyciąga – niczym asa z rękawa – informację o precedensowym orzeczeniu. W jednym? W pięciu? We wszystkich? Nic dziwnego, amerykański system prawa jest systemem opartym na precedensach, tj. tym, że w jakiejś sprawie, w zbliżonym stanie faktycznym, zapadł już określony wyrok. Kto zna ten wyrok, ten wygrywa (oczywiście upraszczam, ale mniej więcej o to chodzi). Z pewnością to właśnie Remigiusz Mróz miał w swoich notatkach.
Tymczasem w Polsce, o czym wiedzą wszyscy praktycy prawa, a i teoretycy w większości również, obowiązuje system zupełnie inny. Wyroki wydawane są w oparciu o przepisy, nie zaś precedensy. Owszem, strony często powołują się na treść orzeczeń wydanych przez sądy w podobnych sprawach, jednak – jak rany! – starają się znaleźć, zwłaszcza gdy idzie o postępowanie przed Sądem Najwyższym, takie, z których faktycznie wynika coś więcej poza jednym zdaniem, wytezowanym przez tworzące stosowny program prawniczy wydawnictwo (na marginesie: „Kasacja”, jeśli chodzi o program prawniczy, ewidentnie zawiera lokowanie produktu).

rozprawa przed Sądem Najwyższym
źródło zdjęcia

W książce, po zaprezentowaniu przez bohaterską (i błyskotliwą) Joannę Chyłkę przywołanego orzeczenia, wchodząca w skład składu orzekającego sędzia „Bazan prychnęła, spoglądając na swoich towarzyszy.”
Abstrahując od tego, że w Polsce sędziowie Sądu Najwyższego nie prychają w czasie rozpraw (być może w USA jest inaczej, podobnie jak być może w USA sędziowie poprzedzają ogłoszenie wyroku długą tyradą, w Polsce nie jest to praktykowane, co Remigiuszowi Mrozowi w niczym nie przeszkadza), to taka reakcja wydaje się być adekwatną do odkrywczości prezentowanego jako kluczowe orzeczenia. Trudno się jednak dziwić, gdy czas nagli (raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa…), nie ma czasu na poważne poszukiwania.

Ponieważ ten post rozrósł się już do gargantuicznych rozmiarów, czas czym prędzej przejść do punktu trzeciego. Dreszcz emocji.
Hm.
Przyznaję, Remigiusz Mróz miał przyzwoity pomysł i zrobił dobry szkic swojej powieści. Taki na jedną stronę. Na czterystu dziewięćdziesięciu dwóch prezentuje się on jednak znacznie gorzej. Sztucznie i przewidywalnie (poza samym zakończeniem, które mnie, owszem, zaskoczyło). Wiadomo mniej więcej kto, komu i kiedy obije mordę. Poza tym większość problemów z akcją autor rozwiązuje w taki sam sposób.
Swego czasu niejaki John Baldwin stworzył listę dziesięciu elementów niezbędnych do napisania bestsellerowego thrillera medycznego. Pozycja numer 10 brzmiała: jeśli ugrzęzłeś w fabule, po prostu kogoś zabij. Remigiusz Mróz radę tę nieco zmodyfikował, stosownie do swoich potrzeb (w końcu chodzi o thriller prawniczy, nie medyczny). Na jego liście brzmi ona tak: „Jeśli ugrzęzłeś w fabule, każ któremuś ze swoich bohaterów użyć swoich wpływów, żeby rozwiązać problem”.
W zasadzie tłumaczyłoby to olbrzymią popularność tej książki. W końcu naród wie, że żeby coś załatwić w sądzie, trzeba mieć dobre wpływy, inaczej nie da rady. A naród nie może się mylić.

Nie mam złudzeń, Remigiusz Mróz wkrótce zabierze się za powieści fantasy (na razie "obrobił" powieść kryminalną, historyczną, thriller prawniczy, powieść sensacyjną, political fiction, ale zapowiada już, że będzie też science-fiction, skąd do fantasy ledwie krok). Tam bez problemu będzie mógł używać magii. A zachwycona publiczność z pewnością będzie biła brawo. Na ten czas postaram się o dobre zatyczki do uszu.

Remigiusz Mróz „Kasacja”. Czwarta strona, Poznań 2015.

A gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czym powinien być prawdziwy thriller prawniczy, odsyłam do tego tekstu. Z tezami jego autora w pełni się zgadzam.

wtorek, 21 lutego 2017

H.Groen "Małe eksperymenty ze szczęściem" i "Dopóki życie trwa", czyli starość nie radość, jednak przeżyć ją trzeba

O tym, że nie każdy starszy człowiek zasługuje na szacunek tylko dlatego, że ma siwe włosy, dowiedziałam się, mając 17 lat.
Właśnie wtedy zostałam powalona na ziemię przez krzepką siwowłosą sześćdziesięciolatkę.
Ja siedziałam na najlepszym – jej zdaniem - miejscu w autobusie. Ona uważała, że ma prawo tam usiąść tylko dlatego, że jest starsza ode mnie. Podeszła od tyłu i gwałtownie mną szarpnęła, wykrzykując: „nie wiesz, że ustępuje się miejsca starszym, gówniaro?!”
Dodam, że autobus pełen był wolnych miejsc.

Wówczas zrozumiałam, że nie ma żadnej gwarancji, że w przyszłości zmądrzeję tylko dlatego, że się zestarzeję. Oraz, że starsi ludzie są dokładnie tacy sami jak moi rówieśnicy – z niektórymi nie chcę mieć nic do czynienia, inni nie wzbudzają we mnie jakichkolwiek uczuć, zaś z pozostałymi chętnie zawarłabym bliższą znajomość.
Dopiero za kilka lat miałam dowiedzieć się jeszcze, że starość to też nieustanna, nierówna walka z fizjologią.

Pierwsza książka tajemniczego Hendrika Groena, „Małe eksperymenty ze szczęściem”, to – wedle okładkowych zapewnień – książka niezwykle śmieszna („Co chwila łzy ciekły mi po policzkach. Ze śmiechu.”), będąca dla staruszków tym samym, co dziennik Adriana Mole’a dla nastolatków.
Moi rodzice (o niecałe dwadzieścia lat młodsi od bohatera książki) najwyraźniej nie przeczytali tego blurba, gdyż po lekturze popadli w – inną niż holenderska - depresję.


Hendrik Groen jest Holendrem, lat – początkowo - 83 i ¼, który bardzo nie lubi staruszków. „To dreptanie z balkonikami, zniecierpliwienie bez powodu, wieczne narzekania, ciasteczka do herbaty, całe to wzdychanie i stękanie” – wyznaje już w drugim zdaniu pierwszej części swojego sekretnego dziennika, w którym zapisuje „nieocenzurowane spostrzeżenia z życia w domu spokojnej starości w dzielnicy Amsterdam Noord”.
Niestety, czy mu się to podoba, czy nie (a raczej nie), Hendrik sam jest staruszkiem, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Pewnie można czytać tę książkę jako relację z innego świata – świata znacznie od nas bogatszych Holendrów, w którym chyba żaden z opisanych bohaterów nie boryka się z typowym problemem polskich osób starszych, tj. zbyt niską emeryturą. Byłoby to jednak dla niej krzywdzące; moim zdaniem jest bowiem dużo bardziej uniwersalna.

Kiedy ponad dwadzieścia lat temu bywałam w Holandii, mieszkańcy jednego z pięciotysięcznych miasteczek pokazywali mi (z dumą), że mają i typowy dom całodziennej opieki dla emerytów (na oko dla około setki pensjonariuszy), i kameralne osiedle z urządzonymi tam „mieszkaniami dla seniora”, z zapewnioną opieką lekarza, pielęgniarki i pewnie jeszcze paru innych osób. W porównaniu z naszą przaśną wówczas rzeczywistością ówczesna Holandia jawiła mi się emeryckim rajem na ziemi.
Dwadzieścia lat później u nas w zasadzie bez zmian, za to w Holandii – sądząc z tego, co opisuje Groen – chyba znacznie gorzej (zwłaszcza w drugiej części dziennika sporo miejsca poświęcono reformom w holenderskiej opiece nad seniorami, podyktowanym troską o to, aby utrzymać w ryzach związane z taką opieką wydatki. Jak łatwo się domyślić, niekoniecznie idzie to w parze z dobrem osób po siedemdziesiątce).
Tymczasem i w Polsce, i w Holandii starsi ludzie nadal są tacy sami – niektórzy fantastyczni, inni okropni; jedni zdrowsi, inni bardziej schorowani. O ile jednak nasz wpływ na to, czy za kilkanaście czy może kilkadziesiąt lat znajdziemy się w grupie zdrowych czy chorych jest w gruncie rzeczy iluzoryczny, o tyle niewątpliwie tylko od nas zależy, czy w jesieni życia zostaniemy członkami stowarzyszenia StaŻy (skrót od: Stary, ale Jeszcze Żywy – członkiem-założycielem tego stowarzyszenia jest Hendrik Groen), czy może ZgoŻeH (skrót od: Zgorzkniały, Że Hej! – to stowarzyszenie właśnie wymyśliłam, ale mam wrażenie, że już wyczerpał się w nim limit wolnych miejsc członkowskich).

Groen w swoim dzienniku obserwuje i wyciąga wnioski. Samotny, mieszkający w domu opieki mężczyzna po osiemdziesiątce, coraz dotkliwiej odczuwający postępujące zmiany fizjologiczne, wydaje się być przy tym idealnym kandydatem do zamiany w zgryźliwca, rozpatrującego w nieskończoność wszystkie swoje życiowe niepowodzenia (informacje o przeszłości Hendrika są nam dawkowane oszczędnie, jednak żadna z nich nie prowadzi do wniosku, że miał dobre, spełnione i szczęśliwe życie). Na szczęście – dla siebie i czytelników - Groen sam dochodzi jednak w tych okolicznościach do wniosku, że aby nie zwariować, musi podjąć jakieś środki zaradcze.

Z całą pewnością inaczej będą odbierać tę książkę czytelnicy bardzo młodzi, inaczej ci w średnim wieku, a jeszcze inaczej ci, którzy sami stoją na progu starości lub też nawet go przekroczyli.
Najgorsze co można z nią zrobić, to jednak – niezależnie od wieku - potraktować tylko jako zabawną (taką, od której łzy śmiechu same leją się policzkach), nieco egzotyczną, lekką lekturę. Bo mimo że czyta się szybko, czasem chichocząc, to warto zatrzymać gdzieś z tyłu głowy kilka wywołanych przez autora myśli.

Że kiedyś nas też to dopadnie. Ta okropna starość, której istnienie nowoczesny człowiek, zwłaszcza ten lepiej sytuowany i z wielkiego miasta, próbuje wyprzeć. Jeśli nie nas, to naszych bliskich, znajomych, przyjaciół (jeśli ktoś zamierza umrzeć młodo, faktycznie, może darować sobie akurat tę lekturę).
Że zawsze jest jakaś – mniejsza lub większa, bo bywa różnie – część naszego życia, na którą wpływ mamy tylko my.
Że nigdy nie jest za późno, by coś zmienić. Na początek można przestać robić różne rzeczy tylko dlatego, że tak wypada.
Że samotność jest potrzebna, ale na stałe nie jest fajna. Bo nie raz i nie dwa będziemy w życiu potrzebować kogoś, kto – zależnie od sytuacji – albo da nam kopa w dupę, albo mocno przytuli.

„Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 83 i ¼”.
„Dopóki życie trwa. Nowy sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 85”.
Obie książki z niderlandzkiego przełożył Ryszard Turczyn. Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2016.

A na koniec wskazówka praktyczna: pierwsza część jest znakomita, druga nieco gorsza, choć też się czyta. Jeśli jednak Hendrik postanowi napisać trzecią, też przeczytam.

niedziela, 12 lutego 2017

H.Nesser "Komisarz i cisza", czyli wsłuchać się w tykanie właściwego zegara

Gdybym wierzyła w horoskopy, przeznaczenia i inne tego typu rzeczy, z pewnością zaczęłabym ten post od stwierdzenia, że przeczytałam cykl dziesięciu książek Håkana Nessera o komisarzu Van Veeterenie akurat teraz, gdyż tak było zapisane w gwiazdach.
Ponieważ jednak we wszystko powyższe nie wierzę, poprzestanę na wyrażeniu zachwytu z powodu tego, że te akurat książki wpadły w moje ręce właśnie teraz, gdy od kilku miesięcy słucham i szukam. Przeznaczenie czy co?;)

Van Veeteren (dla kolegów z pracy VV) to komisarz policji w nieistniejącym mieście Maardam, położonym w znajdującym się nie wiadomo gdzie kraju. Około sześćdziesiątki, rozwiedziony, niemający dobrych relacji z dziećmi, zwłaszcza synem, momentami opryskliwy i przemądrzały. Potrafi wykryć sprawcę każdego przestępstwa, poza jednym – w powracającej niczym zła mantra sprawie G (jej został poświęcony ostatni tom cyklu). Poza tym gustuje w rozrywkach, które przeciętnemu odbiorcy mogą wydać się nietypowe dla policjanta – gra w szachy i badmintona (żeby choć squasha!), jest znakomicie obeznany z literaturą i słucha wyłącznie dobrze dobranej muzyki poważnej.

Czytając kolejne części serii, można poprzestać na skupieniu się na kryminalnych zagadkach, związanych każdorazowo z jednym lub nawet kilkoma zabójstwami. Można, jeśli chce pozbawić się tego, co u Nessera najważniejsze i co było istotne także w drugiej serii jego książek kryminalnych, której bohaterem był inny komisarz policji, tym razem szwedzkiej, Gunnar Barbarotti.

To co odróżnia Nessera od innych autorów znanych mi kryminałów, to obyczajowe tło jego powieści.
Jeśli kogoś interesują realistyczne opisy pracy policji czy patologów sądowych (ach, te krwiste opisy sekcji zwłok), niech nawet nie próbuje sięgać po jego książki, bo przeżyje zawód.
Jeśli natomiast ktoś chce skonfrontować się z szeregiem często bolesnych konstatacji na temat współczesnego świata i ludzkiej kondycji, niech zarezerwuje sobie czas na lekturę dziesięciu wciągających, grubych opowieści.


Paradoksalnie, choć cała seria nazywana jest cyklem o Van Veeterenie (podtytuł na okładce zapewnia, że to „śledztwa komisarza Van Veeterena”), to on sam, po piątej książce „Komisarz i cisza”, pozostaje już tylko postacią drugoplanową. Powraca dopiero w części ostatniej, choć trudno jest powrót ów nazwać triumfalnym. To nie są bowiem książki o ciężkiej pracy dobrych policjantów, która zawsze prowadzi do przykładnego ukarania złych ludzi. Owszem, jej bohaterami są policjanci, będący jednak ludźmi takimi jak my wszyscy, co oznacza, że trafiają się wśród nich i czarne owce. Nie zawsze także udaje się im ukarać tego, który powinien zostać uznany za winnego. Podjęcie decyzji o winie i jej stopniu okazuje się często być trudne, o ile nie niemożliwe.

To co mnie najbardziej poruszyło, to trafność spostrzeżeń dotyczących banalności i powszechności zła w otaczającym nas świecie. I brania na siebie odpowiedzialności za jego zwalczanie.

Nie mam pojęcia w jaki sposób Nesser, do czterdziestki szwedzki nauczyciel gimnazjalny, mógł tak dobrze oddać i zrozumieć to, co dzieje się w głowie człowieka, który na co dzień styka się niemal wyłącznie ze złem, ale mam nadzieję, że nie jest to wynikiem fatalnej kondycji moralnej szwedzkiej młodzieży i ich rodziców.

Prawdziwa idylla. (…) Ciemna, lśniąca tafla wody. Pola dojrzewających zbóż. Tu i ówdzie grupki drzew liściastych i pojedyncze zabudowania w na wpół otwartym krajobrazie. A wszystko to otoczone bezgłośnym lasem iglastym. Armiami milczenia.
I wibrujący letni żar, który sprawiał, że delikatnie pomarszczona woda wydawała się nęcąca nawet tak opornemu pływakowi, jak komisarz Van Veeteren.
Idylla, tak, pomyślał i zaczerpnął głęboko powietrza. Na odległość i zanim się zdrapie wierzchnią skorupę, niemal wszystko wydaje się i piękne, i doskonale uporządkowane. To stara, dobrze znana prawda.”

Nie ciekawią mnie historie o złu oczywistym. O gangsterach, mafiach, bandyckich porachunkach. To świat, od którego można się odizolować, z którym – o ile wybierze się właściwy zawód i miejsce zamieszkania – można się przez całe życie ani razu nie zetknąć. Prawdziwie fascynujące są dla mnie historie o zwykłych ludziach, którzy pewnego dnia – z własnej woli lub przypadkiem – stają się sprawcami przestępstw. Opowiadając o nich można bowiem pokazać całą złożoność świata, który niemal nigdy nie jest czarno-biały.
W czasach, w którym tak wielu z taką łatwością przychodzi wydawać kategoryczne sądy i ustawiać ludzi w jedynych, ich zdaniem, im należnych miejscach, dobrze jest przypomnieć sobie, że to jednak nie tak. Że życie jest zupełnie inne. Że my jesteśmy zupełnie inni. Że czasem możemy tylko odegrać swoje role, w których obsadził nas los. Lub Bóg, jeśli kto woli, choć Van Veeteren z pewnością uznałby tę opcję za błędną.

W najlepszej, moim zdaniem, książce cyklu – „Komisarz i cisza” – pojawia się jeszcze pytanie o odpowiedzialność. O to, jak długo można, trzeba dźwigać brzemię przywracania światu właściwego porządku. Ustawiania dobra i zła na właściwych miejscach. Kosztem siebie.
Wyczerpałem już swoje pensum udziału w cierpieniu – cierpieniu innych.
Może najwyższy czas trochę odpocząć, żeby odpędzić ponure myśli. Nie muszę przedzierać się aż do samego jądra ciemności.”
Van Veeteren ma dość.
To jest perwersja, pomyślał. Pewnego dnia nie wytrzymam już dłużej na tym świecie.
To tylko kwestia czasu.”

Wytrzymałość każdego człowieka jest inna, ale każda jest ograniczona.
Niektórzy ratują się popadnięciem w zobojętnienie i niezastanawianiem się nad cierpieniem innych. Robota jak robota, ważne żeby płacili.
Inni w pewnym momencie mówią: dość. Jedni szybciej, drudzy później. Jeden gotów jest zapłacić taką cenę, inny wyższą.
Czy to, że nie chcę, nie mogę już dłużej ratować świata, świadczy o moim egoizmie?
Czy jestem gotów/gotowa skupić się teraz wyłącznie na sobie, zamykając oczy na to banalne zło, które kryje się za rogiem?

Van Veeteren podjął decyzję i odpowiedział na powyższe pytania.
Zazdroszczę mu tego, że spojrzał na właściwy zegar, gdy nadszedł jego czas.
Bo to tylko kwestia czasu, który na każdym zegarze tyka inaczej.

Håkan Nesser, cykl o komisarzu Van Veeterenie.
Część piątą „Komisarz i cisza”, przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2013.