piątek, 13 stycznia 2017

"Akademia Opowieści" w Szczecinie, czyli relacja z loży szyderców

Gdybym miała doradzić komuś jak napisać relację ze strasznie nudnego spotkania, zapytałabym go najpierw (w ślad za Magdaleną Parys) czy będzie pisał na zamówienie, czy z potrzeby serca.

Gdyby miał pisać na zamówienie, odesłałabym go do lektury tego tekstu w „Wyborczej”. Na jej stronach internetowych zamieszczono bowiem wzorcowo nudną relację z nie tylko nudnego, ale i wysoce rozczarowującego spotkania. Nawet gdybym bardzo się postarała, nie umiałabym napisać niczego bardziej spełniającego oczekiwania zamawiającego, będącego zarazem organizatorem opisywanego zdarzenia; sprawozdania, w którym zamieszczono szereg osobnych zdań, streszczających wypowiedzi, ale w żaden sposób nie oddających emocji.

Gdyby natomiast chciał pisać z potrzeby serca, poleciłabym mu, by przypomniał sobie te uczucia, które miotały nim pod koniec spotkania. Następnie, by zastanowił się nad motywacją, która sprawiła, że w paskudny styczniowy wieczór, miast udać się do domu po ciężkim dniu wypełnionym pracą, skierował się całkiem gdzie indziej, szczerze wierząc, iż jest to jedyny właściwy wybór.
To powinno wystarczyć, by wkurzył się wystarczająco mocno. A – co wiedzą wszyscy piszący z potrzeby serca relacje z nudnych spotkań – nie ma nic lepszego niż pisanie pod wpływem negatywnych emocji.

źródło zdjęcia

Bo też, gdybym na przykład ja miała napisać o spotkaniu, jakie w czwartek 12 stycznia odbyło się w Szczecinie i było dumnie i szumnie reklamowane jako pierwsze spotkanie w ramach nowego, ambitnego i jedynego w swoim rodzaju projektu pt. „Akademia Opowieści”, najpierw przypomniałabym sobie jak bardzo zdenerwowana (uwaga, eufemizm!) byłam mniej więcej od czterdziestej piątej minuty trwającego półtorej godziny spotkania. Jak coraz bardziej twarde i niewygodne stawało się krzesło, na którym siedziałam. Jak, chcąc nie chcąc, stawałam się coraz bardziej złośliwa i zgryźliwa, komentując pod nosem, niczym jeden z członków muppetowej loży szyderców, kolejne wypowiedzi. Potem wróciłabym do momentu, w którym wydawało mi się, że będzie to fantastyczny wieczór. Że – jak twierdzono zarówno na papierze, jak i w internecie – wezmę udział nie tylko w zwykłym spotkaniu z autorem, ale i w warsztatach. Że uwiedzie mnie opowieść autorki, którą lubię, o najważniejszym człowieku w jej życiu. Że nie tylko usłyszę, ale i zobaczę na własne oczy jak Michał Nogaś nawiązuje więź nie tylko z autorem, z którym rozmawia, ale i z publicznością. Że spędzę miło czas. Że usłyszę coś, co zapamiętam, co mnie w jakiś sposób poruszy.

źródło zdjęcia
„Akademia Opowieści”, według intencji jej twórców ma być szkołą pisania. Wirtualnym miejscem, dzięki któremu opowieści o pozornie zwykłych ludziach, snute przez osoby nieposługujące się na co dzień piórem, staną się pasjonującymi, zapadającymi w pamięć historiami. W papierowym „Dużym Formacie” zamieszczono, pewnie na zachętę, kilka dobrze skonstruowanych, pochodzących od zawodowców opowieści. W internetowym serwisie można odsłuchać (a może i obejrzeć, nie wiem, bo nie mam czasu sprawdzić) kolejne historie. 12 stycznia w Szczecinie, po raz pierwszy realnie a nie wirtualnie, miały się odbyć warsztaty, w czasie których jeden z trzech zaangażowanych w projekt dziennikarzy (ta trójka to Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak) miał poświęcić opowieściom ich uczestników „dużo więcej czasu niż akademicki kwadrans”.

Magdalena Parys w czwartek w Szczecinie kilkakrotnie powtarzała, że jeśli konstruuje się opowieść, koniecznie trzeba najpierw sporządzić konspekt, z którego będzie jasno wynikał początek, szczyt i koniec całej historii.
Spotkaniu jakie miało miejsce w Szczecinie 12 stycznia, zabrakło zarówno konspektu, jak i szczytu.

źródło zdjęcia
Są rozmówcy, których nie trzeba moderować i delikatnie nakierowywać na właściwe tory, bo sami mają doskonałe wyczucie i perfekcyjnie potrafią czarować słuchaczy. Magdalena Parys do nich nie należy. Nie wątpię przy tym w to, że ma do powiedzenia wiele mądrych i interesujących rzeczy – przeczytałam dwie jej książki („Tunel” i „Białą Rikę”) i obie mi się podobały, a autorkę zapisałam na liście „interesujących”. Nie każdy jednak, kto umie dobrze pisać, umie też porywająco opowiadać. Zadaniem osoby prowadzącej spotkanie z kimś takim jest więc nieustanne trzymanie ręki na pulsie i dbanie o to, by temperatura nazbyt nie opadła, a opowiadana historia nie zatraciła swojego sensu.
Niestety, Michał Nogaś w tej roli się nie sprawdził. Chwytanie się za czoło i wznoszenie oczu ku niebu, powtarzane wielokrotnie przez półtorej godziny to trochę za mało, by sprawić aby chaotyczna, pozbawiona nie tylko szczytu, ale i nawet małego wzgórka, opowieść Magdaleny Parys o jej dziadku Antonim, porwała. Jeśli chodziłoby o pokazanie, w najbardziej bolesny ze sposobów, jak nie konstruować historii, można by odtrąbić sukces.

Gdybym była jednym z twórców „Akademii Opowieści”, obejrzałabym kilka razy (bez przewijania w miejscach dłużyzn, czyli co chwilę) nagranie tego spotkania (które podobno ma kiedyś gdzieś zostać zamieszczone). A potem wyciągnęłabym wnioski.
A ponieważ jestem sobą, pozostaje mi wyłącznie żałować, że ten falstart miał miejsce akurat w Szczecinie. 

wtorek, 3 stycznia 2017

W.Murek "Uprawa roślin południowych metodą Miczurina", czyli jak wyszło szydło z mojego worka

Są takie chwile, gdy nie jestem w stanie dłużej bronić się przed prawdą. Która, jak to prawda, bywa bolesna, wręcz okrutna.
W chwilach tych okazuje się, że jestem osobą małego charakteru, zwykłą zazdrośnicą i zawistnicą, która do tego nie potrafi pogodzić się z tym, że czas płynie i ci, których nie zaszczycałam dotąd nawet spojrzeniem, uznając ich za maluchy, wyrośli nad podziw a przy tym – o zgrozo! – niezwykle wręcz zmądrzeli.

Pal sześć, gdy idzie o takie osoby jak np. członkowie duetu Bisz/Radex. Po pierwsze, robią w innej branży niż ta, o której zawsze myślałam (kilka lat spędzonych w szkole muzycznej wystarczyło, bym zrozumiała, że dla dobra ogółu powinnam przerzucić się na inny rodzaj sztuki, na przykład szeroko rozumianą literaturę). Po drugie, różnicę wieku nieprzekraczającą dziesięciu lat jestem w stanie przełknąć.

Sytuacja wygląda znacznie gorzej, gdy w grę wchodzą osoby, dla których (wprawdzie przy odrobinie wysiłku, ale jednak zawsze) mogłabym być matką i które – co gorsza - parają się pisaniem. Naprawdę dramatycznie robi się jednak dopiero wówczas, gdy okazuje się, że łączy mnie z nimi także prawnicza branża, z której – jak widać na ich, a niestety nie moim, przykładzie – jednak można wybić się na literacką niepodległość, nie tworząc przy tym seryjnych gniotów (i cóż, że okupujących listy bestsellerów).

Tak, Weronika Murek, bo o niej mowa, stanowi poważną przeszkodę na drodze ku mojej (przyszłej) kanonizacji.


Jej debiutancki zbiór opowiadań czyta się znacznie lepiej niż zapowiada jego tytuł. „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” sugerowałaby bowiem, że może być to dzieło pasjonujące wyłącznie ogrodników. Tymczasem odbiorcami tej prozy mogą być w zasadzie wszyscy. O ile umieją podejść do literatury bez zadęcia. I są choć trochę walnięci.

Nie mam pojęcia co trzeba mieć w głowie, aby wymyślać takie historie, ale niewykluczone, że właśnie dlatego dotychczas nie udało mi się popełnić żadnego spektakularnego literackiego debiutu. Z całą pewnością nie umiałabym bowiem napisać historii o dziewczynie, która „o tym, że nie żyje, dowiedziała się jako ostatnia” i długo nie umiała przyjąć tego do wiadomości (opowiadanie „W tył, w dół, w lewo”; najdłuższe ze wszystkich, ze zdecydowanie najlepszym zakończeniem). Nie przyszedłby mi też chyba do głowy pomysł opisania nieco upiornego przedszkola, przypominającego ni to placówki funkcjonujące w Peerelu, ni to sanatoria dla dzieci („Organizacja snu w przedszkolu”; opowiadanie, którego pierwszoplanowymi bohaterkami są pracownice placówki, naszkicowane tak bardzo od niechcenia, że nie znamy nawet ich imion, a tylko funkcje („Jadalna”, „Spacerowa”, „kucharka”, „kierowniczka”). Nie sądzę również, abym potrafiła tak poetycko, a zarazem dosadnie, bawiąc się słowami, formą i treścią, opisać historię wsi, w której dobry gospodarz przyjął pod swój dach (choć nie za darmo) nerwowo chorych, dla których zabrakło wolnych łóżek w szpitalu psychiatrycznym („Ołówek, siekierka, kijek”).

Historie opowiadane przez Murek są nieprawdopodobne, choć rozpoznajemy w nich pewne zdarzenia, miejsca czy sytuacje. Dzieją się nigdzie, mimo że mniej więcej wiadomo gdzie. Nie mają przesłania, nie niosą ze sobą żadnych poważnych treści, a mimo to przyciągają, wciągają i nie pozwalają odłożyć się na bok. Są niepoważne i pozornie pozbawione sensu, a jednak dają do myślenia lub zmuszają do – chociażby – parsknięcia śmiechem.

Do tego (co gorsza!) Weronika Murek wydaje się być zupełnie normalna. Tak w każdym razie wynika z jedynej rozmowy z nią, jaką przeczytałam (tutaj).
A okładkę do jej książki zaprojektowała sama Iwona Chmielewska.
Zgroza, naprawdę zgroza.

Na szczęście przypuszczam, że jestem lepszą od niej prawniczką. Przynajmniej na razie.

Weronika Murek „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.

niedziela, 1 stycznia 2017

"Przekrój" nr 1134/1967, czyli 50 lat temu (odc. 14)

50 lat temu, 1 stycznia 1967 roku, redakcja „Przekroju” – tak samo jak wszystkie redakcje gazet ukazujących się obecnie - robiła podsumowania minionego roku i składała czytelnikom życzenia.




Wyliczano kto zmarł w roku 1966 (m.in. Jan Brzechwa, Stanisław Cat Mackiewicz, Anna Achmatowa, Evelyn Waugh, Stanisław Jerzy Lec, Zofia Starowiejska-Morstinowa, Montgomery Clift, Jan Kiepura, Tadeusz Bór Komorowski, Elizabeth Arden i Walt Disney).


Pytano czytelników co szczególnego przytrafiło im się w tymże roku (Aziza Święcicka, maturzystka: „Zdałam maturę. Pojechałam z mamą na wycieczkę do Budapesztu. Czy mogą być cudniejsze przeżycia na świecie?”).




Udzielano ostatnich sylwestrowych porad: „Przypadkiem nie wpadnij na pomysł w ostatniej chwili, że nie pójdziesz, bo nie masz w czym, zmuszając wszystkich, żeby cię błagali i psując wieczór Twojemu partnerowi. Oczywiście, że nie masz w czym, nikt nie ma w czym, albo jeżeli ma to jest to okropne. Albo fryzura straszna. Albo się dzisiaj właśnie brzydko wygląda. Znam to doskonale, bo też nie mam w czym pójść i okropnie wyglądam, więc Cię rozumiem Czytelniczko, ale niech to wszystko zostanie między nami.”

Tym zaś, którzy (a raczej które) chcieli nabyć na sylwestrowe i karnawałowe bale nową kreację, podsuwano propozycję wprost z Paryża, na każdą kieszeń:

Jeden z dyktatorów mody, Paco Rabanne, przedstawił niedawno kolekcję sukien wieczorowych z… papieru. Strój taki z odległości 2 metrów przypomina do złudzenia najwytworniejszą kreację, kosztuje zaś tyle, co 4 pary pończoch. Problem taniej sukni sprowadza się do tego, czy wytrzymuje ona bez uszczerbku kilka godzin zabawy czy balu. Francuska dziennikarka, Catherine Nay, postanowiła wytestować taki strój. Oto jej notatki:

21.00 Z wielkim trudem wciągam suknię (długa, princesse, ozdobiona różyczkami ze staniolu). Pęka jedno ramiączko. Naprawiam przy pomocy klejącej taśmy.
22.00 Wsiadanie i jazda samochodem niebezpieczne. Gubię 3 różyczki. Zimno mi.
23.00 Pierwsza próba – taniec. Mój partner, zauważając z bliska strój, jest nieco zdziwiony. Drugim tańcem jest szybki jerk. Nie mogę ryzykować zniszczenia sukni. Odpadają jeszcze dwie różyczki, wycofuję się z parkietu.
24.00 Pęka drugie ramiączko. Naprawiam, przyklejam różyczki. Zapalam papierosa. Znajomi pytają, czy nie boję się zapalić sukni.
24.30 Słyszę pękanie papieru i chłód w okolicy żołądka. Pierwsza poważna kraksa – spore zadarcie. Naprawiam.
1.00 Wyciągam rękę po szklankę i słyszę następny trzask. Tym razem pęknięcie na plecach. Nie mogę naprawić na sali. Wychodzę.
2.00 Wracam, naprawiwszy zniszczenia. Czuję, ze na plecach taśma klejąca przylgnęła do skóry. Trudno. Zgubiłam jeszcze kilka różyczek. Suknia jednak nadal jest piękna i wytworna.
Wnioski: Strój z papieru jest niewygodny, ale ogromnie zabawny w noszeniu. Kilka godzin prawdziwego suspensu, czyli nerwowego napięcia.”

Wreszcie, spisywano noworoczne postanowienia, życząc (sobie i innym), aby udało się je zrealizować:

Nie palić więcej niż 32 papierosy dziennie (wliczając w to noc);
Dobierać sobie starannie nieprzyjaciół (z Oscara Wilde’a);
Nie mówić źle o sobie, nawet o własnym zdrowiu;
Nie zadawać się z ludźmi, którzy są na diecie odchudzającej;
Nie kupować niczego tylko dlatego, że trzeba po to stać w ogonku;
Nie całować cudzych dziatek, chyba że ma się katar;
Nie dawać nikomu rad; te, które się ma, chować dla siebie;
Nie brać żadnych nowych leków, stare są wystarczająco szkodliwe;
Nie poznawać ze sobą swoich przyjaciół, sprzysięgną się prędzej czy później przeciwko tobie;
Nie obgadywać cudzych psów, nawet kiedy są poza zasięgiem twojego głosu;
Nie przepowiadać, nie wróżkować, chyba że się wie na pewno;
Nie pokazywać kolan nikomu, z wyjątkiem myśliwych;
Dotrzymywać terminów, choćby to cię miało narazić na miano nudziarza i wazeliniarza;
Na spotkania z kobietami spóźniać się tylko 10 minut, z mężczyznami tylko 15 minut (dla płci odmiennej odwrotnie);
Czytać jedną polską powieść miesięcznie, a jeżeli nawet nie czytać, to kupować;
Nie kupować za ciasnych pantofelków, żeby były nawet najpiękniejsze i najmodniejsze;
Nie jechać tramwajami na gapę. Trolejbusami też nie;
O żywych nie mówić nic złego; jeżeli już musimy się wyżyć, mówić źle o nieobecnych, na przykład o Dantem lub Juliuszu Cezarze;
Gadulstwo to wada. Nie bać się milczenia, od tego jeszcze nikt nie zachorował;
Pamiętać, że nie ma nic niemodniejszego niż zeszłoroczny ostatni krzyk mody;
Nie chwalić własnych dzieci, psów, własnego zdrowia, własnych utworów, mebli, przodków, przepisów kulinarnych, poglądów, powiedzeń, dowcipów, krewnych, pomysłów, własnych osiągnięć, zarobków, sukcesów, chorób, wyników sportowych, szczęścia w kartach i temu podobnych rzeczy, bo można to wszystko uroczyć, a co wtedy???”

A ponieważ wszystko to wydaje się nadal w pełni aktualne, zaś w świeżo reaktywowanym „Przekroju” nie zamieszczono (zdaje się, bo ciągle jestem w trakcie lektury) żadnych podobnie pogłębionych noworocznych życzeń, na tym poprzestanę.

Najlepszego! 

środa, 28 grudnia 2016

Simons i Szymiczkowa, czyli dlaczego czterdziestolatki zasługują na więcej niż stolnicę

Gdy pisanie postów na bloga staje się zajęciem wpisywanym na ostatnią pozycję na liście „do zrobienia”, nie wróży to niczego dobrego.
Bo kiedy już człowiek weźmie i usiądzie do komputera, nie bacząc ni to na ilość innych prac do wykonania, ni to na kręgosłup, który wziął się i wygiął bardziej niż zwykle, zmuszając do częstszego niż zwykle przybierania pozycji leżącej, pierwsze pytanie, na które musi odpowiedzieć, brzmi: „to o czym tu by najpierw napisać?

Na liście „do opisania” mam już kilkadziesiąt pozycji. Ba! Mam już szkice co najmniej kilkunastu postów. Niektóre z nich dotyczą książek, inne nie (od pewnego czasu nie mogę pozbyć się myśli, że powinnam zacząć pisać o rzeczach bardzo ważnych, by nie napisać – naprawdę ważnych, gdyż za chwilę może być na to za późno). Mam nadzieję, że kiedyś ujrzą one internetowe światło dzienne, jednak nie nastąpi to dzisiaj. Dzisiaj bowiem post całkiem nowy, wprost spod nerwowo przebierających po klawiaturze palców.

Paullina Simons i Maryla Szymiczkowa. Czy ktoś wpadł już na pomysł, by postawić je obie w jednym szeregu, do tego blisko stolnicy? Jeśli nie, zamierzam być pierwsza. Co więcej, posiadam dowody na to, że takie zestawienie nie jest pozbawione sensu. Oto one.

Szymiczkowa (a tak naprawdę Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński) bohaterką swojej debiutanckiej książki „Tajemnica domu Heclów” uczyniła Zofię Szczupaczyńską, dobiegającą czterdziestej wiosny żonę profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, Ignacego Telesfora Szczupaczyńskiego, kobietę bezdzietną, wyglądającą – mimo wieku (co podkreślają autorzy, a co wydaje mi się wyłącznie złośliwą promocją młodości) – wcale urodziwie. Przy pierwszym spotkaniu wydaje się, z przeproszeniem, zwykłym pustakiem. Jej myśli zaprzątają bowiem głównie kwestie towarzyskie, związane z uprawianą od szeregu lat konsekwentną wspinaczką po stopniach krakowskiej socjety. Męża, jak się wydaje, traktuje wyłącznie użytkowo. To dzięki niemu istnieje w krakowskim towarzyskim świecie i mimo nie najlepszego, bo przemyskiego, pochodzenia może cieszyć się udziałem w najświetniejszych wydarzeniach kulturalno-towarzyskich jakie mają miejsce w stolicy Galicji. Wie, gdzie bywać powinna i w jaki sposób trzeba tam dotrzeć (dorożką, zawsze dorożką). Kiedy trzeba, potrafi być przymilna (w stosunkach z bardziej od siebie znaczącymi), w innych okolicznościach – wymagająca i kapryśna (wobec tych, których nie poważa lub którzy wydają się jej nieprzydatni). O jej wcześniejszym życiu nie wiemy zbyt wiele, ale niewątpliwie już gdy miała lat kilkanaście, w głowie miała dokładnie ułożony plan na następną dziesięciolatkę: zdobyć odpowiednio ustosunkowanego męża i następnie mocno się go trzymać, aż do śmierci.
Reasumując, niekoniecznie miałabym z nią o czym gadać.


Z kolei Simons (ponoć autorka wyciskających ostatnią łzę bestsellerów – nie wiem, nie czytałam, książka o której niżej piszę, jest moim Simonsowym debiutem), pierwszoplanową bohaterką „Pieśni o poranku” uczyniła Larissę Stark, czterdziestolatkę, żonę legitymującego się tytułem MBA i znakomicie zarabiającego Jareda, matkę trójki dzieci. Piękna i bogata, wolna od trosk innych niż te związane ze zorganizowaniem rodzinnego życia, znakomicie ubrana i uczesana, wyposażona w odpowiednią liczbę koleżanek i znajomych, z którymi można umówić się na kawę, zakupy, ewentualnie poplotkować w czasie robienia manicure. Kiedyś studiowała teatr na Uniwersytecie Nowojorskim, czytała dużo książek, a jej rodzice bezwarunkowo wspierali ją we wszystkich, choćby najbardziej szalonych, planach. Teraz jest troskliwa, spokojna, nie narzeka, lubi biżuterię i sprzęty kuchenne. Znakomicie gotuje, spędza sobotnie wieczory z mężem i przyjaciółmi, lubi Bacha, kocha swoje dzieci. Męża w zasadzie chyba też.
Wydaje się, że bez specjalnego zmuszania się mogłabym zamienić z nią kilka słów. O ile oczywiście nie wymagałaby ode mnie wspólnego robienia manicure.


Po tym krótkim wprowadzeniu czas na rozwinięcie. Pozornie, najtrafniej byłoby zatytułować je: „znajdź różnice”, zaznaczając zarazem, że będzie to zadanie dla początkujących. Bo też:

1)   akcja „Pieśni o poranku” dzieje się współcześnie, w małym miasteczku Summit w stanie New Jersey w USA, zaś „Tajemnicy domu Helclów” w 1893 roku, w Krakowie;

2)   książka Szymiczkowej jest powieścią raczej kryminalną, zaś Simmons – obyczajową;

3)   bohaterki obu książek mają kontakt z wieloma mężczyznami, także młodszymi i przystojniejszymi niż własny mąż, jednak tylko jednej z nich przychodzi do głowy, by zrobić z tego użytek;

4)   amerykańska autorka pisze z rozmachem („Pieśń o poranku” liczy sobie 687 stron, z których co najmniej dwieście można byłoby bez żalu wyrzucić), podczas gdy polska (miło jest wierzyć w istnienie Szymiczkowej, wdowy po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie) mimo niezwykłej dbałości o szczegóły, równie mocno troszczy się o zwięzłość i jędrność opowieści (która dzięki temu zmieściła się na ledwie 283 stronach, licząc z epilogiem);

5)   Szymiczkowa – choć trupów u niej nie brakuje, troszczy się o to, by nie ścieliły się one zbyt gęsto, tj. by jedna umarła sztuka trafiała się nie częściej niż co osiemdziesiąt stron. Na sercu leży też tej autorce dobry humor czytelnika, którego nie chce pozostawiać w ponurym i nadmiernie nostalgicznym nastroju. Z pewnością dlatego ostatnie zdanie napisanej przez nią powieści (licząc bez epilogu) brzmi: „Była szczęśliwa jak bąbelek w szampanie” i jest jednym z najbardziej uroczych prawie-ostatnich-zdań, jakie kiedykolwiek czytałam.
Simmons tymczasem – znieczuliwszy czytelnika wcześniejszą nieco monotonną pisaniną, łupie go następnie między oczy wszystkim, co ma pod ręką (a co uprzednio starannie zgromadziła, działając niewątpliwie z premedytacją, co poczytałabym w tym przypadku za okoliczność obciążającą). Efektem jest czytelnik, którym po przeczytaniu ostatniego zdania miotają na przemian torsje (od nadmiaru wstrząsających swą kiczowatością i oczywistością scen) i wściekłość (na samego siebie, że zmarnował tyle czasu i jeszcze przypuszczał, że za tym wszystkim będzie stało głębokie przesłanie).

Mogłabym tak jeszcze długo (niczym Simons), jednak jako że po tak długiej przerwie w pisaniu każde zdanie wyszarpuję z głębi trzewi, krwawiąc przy tym obficie, przejdę czym prędzej do puenty.

Otóż:
kobieta około czterdziestoletnia to postać, która żyje na tyle już długo, by mieć ochotę na zmiany; idealnie nadaje się więc do tego, by jej, związane z tym, perypetie opisać w książce. Choć wydawało się, że nikt nie zrobi tego lepiej niż inna kobieta, do tego taka, która sama nie tak dawno miała 40 lat (Paullina Simons w dacie pierwszego wydania „Pieśni o poranku” liczyła ich sobie 46), to jednak z zadaniem lepiej poradziło sobie dwóch znacznie od niej młodszych mężczyzn.

Dlaczego? Dlatego, że wiedzą, iż historia, którą pokochają czytelnicy musi być niczym czterdziestoletnia kobieta, taka jak wiele zyskująca przy bliższym poznaniu Zofia Szczupaczyńska:

Ignacy, każda kobieta, która chce być kochana przez męża, musi zachować odrobinę tajemniczości. W przeciwnym razie robi się płaska jak stolnica i nudna jak flaki z olejem.

Maryla Szymiczkowa „Tajemnica domu Helclów”. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2015.
Paullina Simons „Pieśń o poranku”, z angielskiego przełożyła Katarzyna Malita. Świat Książki, Warszawa 2013. 

sobota, 19 listopada 2016

Spotkanie z Katarzyną Kłosińską, czyli Mrs Hyde powraca

Z umiejętnością poprawnego używania języka polskiego nie jest dobrze.
Z jednej strony narzekamy na jego wulgaryzację i zaśmiecanie słowami bezmyślnie kopiowanymi z innych języków.
Z drugiej, rośnie grupa osób pozornie wykształconych, które niestrudzenie włanczają światło i blombują zęby (osobiście znam kilka, wszystkie z tytułem magistra, a niektóre nawet doktora habilitowanego, wcale nie nauk ścisłych).  

W sytuacjach, w których uszy nam więdną, a ręce opadają, często czujemy się zagubieni. Bo co jest lepsze? Zwrócić uwagę, ryzykując, że nasz rozmówca śmiertelnie się obrazi, czy zignorować, godząc się tym samym na to, że wirus językowy będzie się rozprzestrzeniał, atakując kolejne ofiary?

Jeszcze gorzej dzieje się, gdy sięgamy po pisma urzędowe.

Na jednym biegunie znajdują się teksty napisane językiem, którego nie da się zrozumieć, jeśli nie ma się ukończonego choćby podstawowego kursu kryptologicznego.
Dla przykładu jedno zdanie autorstwa sędziego Sądu Najwyższego, osoby niewątpliwie bardzo wykształconej: „Oznacza to, że rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego powinno zostać osadzone w stanie faktycznym odzwierciedlonym przez Sąd odwoławczy, a wszelkie modyfikacje postulowane przez skarżącego nie są nośne.
Jeśli o mnie chodzi, jedyne co potrafię z siebie wydusić po bezowocnej próbie przeczytania tego tekstu ze zrozumieniem, to „hę?”

Na biegunie przeciwnym mieszkają ci, którzy bardzo się starają. Tak bardzo, że czasem przekraczają granice własnych możliwości.
Cytat tylko z jednego bardzo urzędowego pisma, które trafiło w moje ręce w ciągu minionego tygodnia: „Biegły nie wziął pod uwagę dokumentów złożonych przez powoda, a tym samym wykazał się ignorancją.”
Miałam ochotę odpisać, parafrazując znaną prawniczą paremię, „ignorantio lingua nocet”, ale się powstrzymałam, gdyż moja znajomość łaciny, a w szczególności zasad deklinacji, jest na poziomie zbliżonym do tego, w jakim językiem polskim włada autor krytykowanego przeze mnie pisma.

Przeżywając takie rozterki, chętnie skorzystałam z możliwości spotkania z profesor Katarzyną Kłosińską, które odbyło się wczoraj w ProMedia, jednej z filii Miejskiej Biblioteki Publicznej w Szczecinie, a które poprowadziła dziennikarka Marta Zabłocka.

źródło zdjęcia

Wrażenia? Było umiarkowanie porywająco. Nie mogłam niestety wziąć udziału w poprzedzających otwarte spotkanie warsztatach z frazeologii, które podobno były atrakcyjniejsze; być może wtedy, uskrzydlona emocjami, byłabym bardziej entuzjastyczna.

Profesor Kłosińska jest bardzo sympatyczną, otwartą, a do tego niezwykle mądrą osobą, perfekcyjnie posługującą się piękną polszczyzną. W zasadzie to powinno wystarczyć, by wytrzymać dwie godziny na niewygodnych krzesełkach. Czegoś jednak zabrakło, choć nie do końca wiem czego.
Może moderacji? Może wiodącego tematu? A może w ogóle pomysłu na ciekawą rozmowę?
Nie dowiedziałam się niczego nowego, nie rozwiązałam żadnego językowego problemu; po prostu spędziłam piątkowy wieczór w towarzystwie interesującej osoby. Może za wiele oczekuję, może to powinno wystarczyć, nie wykluczam.

Jeśli chodzi o moje problemy, do nierozwiązanych językowych doszedł jednak niestety jeszcze jeden, całkiem innej natury.

Od wczoraj nie wiem bowiem, czy naprawdę zainteresowanie czystością języka wyklucza zainteresowanie czystością własnych butów i schludnością ubioru?

źródło zdjęcia

Na szczęście siedziałam w jednym z dalszych rzędów, dlatego nie musiałam stale wpatrywać się w brudne buty, dżinsowe spodnie i zgrzebny sweter prowadzącej. Mimo to jednak nie do końca mogłam skupić się na wypowiedziach profesor Kłosińskiej. Zastanawiałam się bowiem nad tym, jak to jest, że dorosłej kobiecie, poproszonej o poprowadzenie spotkania z „pracownikiem naukowym na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, doktorem habilitowanym językoznawstwa, (…) sekretarzem naukowym Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN, [zajmującą się] w pracy naukowej (…) m. in. kulturą języka polskiego oraz językiem polityki i językoznawstwem kulturowym” (cytuję za informacją zamieszczoną na facebookowym profilu MBP w Szczecinie), nie przyszło do głowy, by ubrać się adekwatnie do okoliczności, a – przede wszystkim – by wyczyścić buty?!

Co jest ważniejsze? Wygląd czy sposób wyrażania się? To co na człowieku, czy to co ma w środku?
Czy można być kulturalnym niechlujem?
Czy to w ogóle ma znaczenie?

Doprawdy, trzeba było mi zostać w domu, oszczędzając tak cenny ostatnio czas.
Nie dość bowiem, że od wczoraj próbuję znaleźć odpowiedzi na postawione wyżej pytania, to jeszcze przerwałam blogowe milczenie w taki akurat, nie do końca dla wszystkich sympatyczny, sposób.
Ech!

niedziela, 2 października 2016

"Przekrój" nr 1021/1966, czyli 50 lat temu (odc. 13)

„Przekrój” datowany na 2 października 1966 roku sporo miejsca poświęcił książkom.




Poza stałym cyklem „Czytać albo nie czytać”, prezentującym wydawnicze nowości (tym razem nic ciekawego, poza nieznanym mi dziełem Antoniego Słonimskiego „Jawa i mrzonka”), całą stronę zajęła ankieta skierowana przez redaktorów „Przekroju” do dyrektorów czterech największych ówcześnie polskich wydawnictw, tj. Państwowego Instytutu Wydawniczego, Książki i Wiedzy, Czytelnika oraz Państwowego Wydawnictwa Naukowego. Każdy z nich miał odpowiedzieć na pięć pytań, w tym o wysokość nakładów i ilość zatrudnianych osób, najbardziej rozchwytywaną przez czytelników książkę, książkę uważaną za najwybitniejsze osiągnięcie wydawnictwa, wschodzącą młodą gwiazdę polskiej literatury oraz ulubioną książkę dyrektora wydawnictwa.


Po zapoznaniu się z treścią odpowiedzi popadłam w głęboką zadumę, by nie powiedzieć: w stupor dysocjacyjny.
Taką reakcję wywołały u mnie głównie podawane w tekście liczby.

Adam Ostrowski z PIWu wyznał bowiem, że jego wydawnictwo w każdym roku publikowało wówczas 220 książek w łącznym nakładzie 4 milionów egzemplarzy! Z kolei „Czytelnik” w roku 1966, licząc do lipca, wydał 5200 tytułów w nakładzie, phi!, ledwie 90 milionów egzemplarzy. Każde z wydawnictw zatrudniało zarazem imponującą liczbę pracowników: PIW – 158 osób, w tym 50 redaktorów i 19 korektorów („prawie wszyscy z wyższym wykształceniem, przeważnie polonistycznym”); „Książka i Wiedza” – 226 osób, w tym 92 redaktorów; „Czytelnik” – 145 osób, w tym 52 redaktorów, zaś PWN – 848 pracowników, w tym 298 redaktorów.
W stupor można popaść, rozważając każdą z tych kwestii z osobna, by nie wspomnieć o wszystkich naraz. Nie mam wprawdzie dostępu do jakichkolwiek aktualnych danych dotyczących jakichkolwiek wydawnictw, ale śmiem postawić tezę, że milionowych nakładów (nieważne: w przypadku pojedynczej książki czy wszystkich wydawanych łącznie) żadne z nich na oczy nie widziało. Zaryzykowałabym także uwagę, że gdyby zapytać obecnie o liczbę zatrudnianych osób, oczekując wyłącznie danych dotyczących osób zatrudnianych w oparciu o umowy o pracę (w 1966 nikt nie słyszał o „śmieciówkach” czy też o konieczności założenia własnej działalności gospodarczej), dane byłyby raczej nędzne (mam przy tym wrażenie, że niektóre ze współczesnych wydawnictw nigdy nie wpadły na możliwość zatrudnienia jakiegokolwiek redaktora, a słowo „korektor” kojarzy im się wyłącznie z przyrządem piśmienniczym).

Dalsza lektura tej ankiety dostarcza kolejnych wstrząsów, kto wie, czy jeszcze nie groźniejszych dla zdrowia.
Dyrektor PIW-u, Adam Ostrowski, wyznaje bowiem oto: „Niemal wszystkie książki PIWu znikają błyskawicznie z księgarń, a większość z nich sprzedaje się praktycznie spod lady. Od wielu lat sprzedajemy ok. 95% naszych książek już w roku ich wydania, co jest oczywiście zjawiskiem anormalnym i niezdrowym, gdyż książki powinny znajdować się w księgarniach w niektórych wypadkach nawet po 10 latach od wydania.

Czy widział ktoś dyrektora, menadżera z prawdziwego zdarzenia, który chciałby sprzedawać swój towar w ciągu 10 lat?

Czy widział ktoś książkę, która jest w stanie przeleżeć cierpliwie 10 lat na księgarnianej półce?
Łatwiej chyba bezpańskiemu psu z Nowego Jorku umknąć ze szponów rakarza (tak, byłam z dziećmi w kinie na „Sekretnym życiu zwierzaków domowych”), niż współczesnej książce uniknąć skierowania na przemiał po ledwie kilku latach od jej wydania.

Jeszcze gorzej robi się czytającemu, gdy zapozna się z dalszym wyjaśnieniem dyrektora Ostrowskiego, odnoszącym się do tej samej kwestii (tj. zbyt szybkiego znikania książek z półek).
Tłumaczy on bowiem tak: „Przyczyny tego stanu są ogólnie znane: ciągle jeszcze mamy zbyt mało papieru, a ponadto – co obecnie jeszcze bardziej daje się we znaki – nasz zacofany przemysł poligraficzny nie jest w stanie zaspokoić potrzeb wydawców”.

Czyli: gdyby było więcej papieru, a przemysł poligraficzny nie był zacofany, nakłady w roku 1966 byłyby jeszcze wyższe?
Doprawdy, zwykłe westchnięcie (choćby głębokie) nie pozwala na danie upustu emocjom.

Na szczęście (w każdym razie z punktu widzenia czytającego ten tekst w roku 2016), także w roku 1966 nie wszystko udawało się tak, jak sobie to panowie dyrektorzy wyobrażali.
Stanisław Wroński z „Książki i Wiedzy”, opowiadając o najwybitniejszym, jego zdaniem, osiągnięciu wydawnictwa, twierdził bowiem tak: „mogę wymienić dwutomowy album pt. „Polska 1944-1965”. Do tego co o nim napisał Karol Małcużyński, prof. Konstanty Grzybowski, dyr. R. Tomaszewski i wielu innych, mógłbym dodać moje osobiste przypuszczenie, iż w miarę upływu czasu będzie on coraz bardziej interesujący. Za lat 20 czy 50 pożółkłe jego kartki przeglądane przez nowych czytelników będą swego rodzaju przenośnikiem chwili historycznej, atmosfery przeszłości, której rangę właściwą nada dopiero odległa przyszłość.”

Obawiam się, że dziś, czyli 50 lat później, pożółkłych kartek tego albumu nie przegląda niemal nikt (i to mimo że bez problemu, za całkiem małe pieniądze, można go kupić czy to na allegro, czy to w antykwariatach), toteż i nikt nie jest w stanie poczuć zapowiadanej atmosfery przeszłości we właściwej randze. Gdyby jednak ktoś był gotów podjąć to wyzwanie, proszę donieść o wrażeniach. Jeśli nie uda się dziś, to może za kolejnych 50 lat?

PS. Szanownych PT Czytelników tego bloga pragnę w tym miejscu poinformować, że mimo wszelkich starań nie jestem w stanie obiecać, że kolejne wpisy będą pojawiały się w miarę regularnie. Co więcej, nie jestem w stanie obiecać, że będę mogła czytać cokolwiek, co pojawia się na innych, zacnych i wielce przeze mnie cenionych, blogach. Borykam się ostatnio z szeregiem problemów, natury znacznie poważniejszej niż brak weny i brak czasu. Czy i kiedy uda mi się je rozwiązać, nie wiem. Zapewniam jednak, że nie ustaję w wysiłkach:)

piątek, 2 września 2016

Oczy masz, mówią mi, czyli (jeszcze) żyję

Dla wszystkich, którzy zastanawiają się gdzie jestem i co robię, dzisiejszy dialog z mojego domu.
Pole do interpretacji szeroko otwarte:)

Matka (do Młodszego, zadumana): Wiesz co? Masz oczy zupełnie takie jak ja.
Młodszy (ze zgrozą): Czerwone?!