sobota, 15 lipca 2017

E.Plantel "Oto jest dyktatura", czyli wszystko już było, ale wcale nie jest od tego lepiej

Ta książka powstała pod koniec lat siedemdziesiątych w Hiszpanii; została wydana w ramach serii "Książki jutra", składającej się z czterech tytułów (wszystkie wydało już w Polsce nieocenione wydawnictwo Tako).
Na Półwyspie Iberyjskim ukazała się ponownie w roku 2015, z nowymi ilustracjami. 


Sięgnęłam po nią kilka dni temu. Okazało się, że pewne rzeczy, stwierdzenia są uniwersalne. Nie znają języka, ani nazwisk poszczególnych polityków.

Różnimy się. Każdy z nas widzi to samo inaczej.
Każdy z nas może inaczej opisywać to samo. Dla jednego czarne będzie białe, dla drugiego białe będzie czarne.
Białe jednak zawsze będzie po prostu białym, a czarne czarnym, niezależnie od tego co kto będzie na ich temat twierdził.


Dyktatura jest jak dyktando.
Jakiś pan mówi, co należy robić, i wszyscy to robią.
Bo tak.”

 We wszystkich dyktaturach myślenie jest zakazane.
Można myśleć tylko tak, jak dyktator chce, żeby myślano.
Ci, którzy mają inne poglądy, są źle widziani i źle się ich traktuje.
Jeszcze gorzej mają ci, którzy nie tylko inaczej myślą, ale jeszcze głośno o tym MÓWIĄ.



Tak więc dyktator jest najdzielniejszy.
I najmądrzejszy, najlepszy i najwyższy…
Dyktator nie ma przyjaciół. On nie lubi ludzi (przecież jest najmądrzejszy, najwyższy i najprzystojniejszy).


Czasami bywa hojny dla swoich zwolenników i obdarowuje ich rzeczami, które wcale do niego nie należą: rozdaje im ziemie będące własnością innych, przyznaje nagrody; daje im to, co tak naprawdę jest dobrem wspólnym.


Dyktator jest bowiem prawem (gdyż tylko on stanowi prawo).
I jest też sprawiedliwością (tylko jego przyjaciele mogą być sędziami).

To co dzieje się dzisiaj w Polsce, dotyka mnie bezpośrednio.


Myślę: jak łatwo jest zdeprecjonować moją pracę. Wszystkie godziny, które wyrywam własnym dzieciom, o mężu nie wspominając. Lata spędzone w stanie przewlekłego stresu. Obrazy, których nie da się odzobaczyć. Tragedie, o których nie da się zapomnieć. Decyzje, które trzeba było podjąć, choć można było wybierać tylko między mniejszym a gorszym złem.
Jak łatwo uznać, że wszystko co robiłam dotychczas, jest nic niewarte. Bo jestem w jednym worku z tymi, którzy są zwykłymi idiotami (a statystyka jest nieubłagana: idioci są wszędzie, w każdej grupie zawodowej. Wśród lekarzy, sprzedawców, księży, fryzjerów, polityków i sędziów), przy czym to oni, a nie ja są punktem odniesienia i oceny.


Wszyscy pracują, produkują, ale także myślą.
No, a jak myślą, to z wielu rzeczy zaczynają zdawać sobie sprawę.


Zdają sobie sprawę, że dyktator wcale nie jest taki dzielny.


Ani taki mądry… Ani sprawiedliwy…

Nie liczę na jakieś masowe protesty – stwierdził wczoraj rzecznik prasowy Sądu Najwyższego, sędzia Michał Laskowski w rozmowie z jednym z dziennikarzy, pytany o spodziewaną reakcję społeczną w związku z ogłoszonym projektem ustawy o Sądzie Najwyższym. - Większość społeczeństwa wydaje się obojętna albo nierozumiejąca, albo przyzwalająca, widząca potrzebę radykalnych zmian.”

Niestety, jestem równie racjonalna jak pan rzecznik. W pełni podzielam jego pogląd. Co więcej, wydaje się, że znam przyczyny takiego stanu rzeczy (nie wiem jak pan rzecznik, choć mam wrażenie, że nasza perspektywa może znacznie się różnić).

Chciałabym wierzyć, że większość zacznie myśleć, rozumieć i zdawać sobie sprawę. Teraz, zaraz.
Ale to tak nie działa.
Dlaczego nie?
Bo nie da się w pięć minut nadrobić wielu lat zaniedbań. Przekonania, że my wiemy jak jest dobrze i nie musimy się nikomu z tego tłumaczyć. Braku szacunku do drugiego człowieka i zwykłej kultury.

Społeczeństwo nie rozumie dlaczego tak ważne dla niego jest istnienie kogoś/czegoś, do kogo będzie można się odwołać i kto/co w sposób niezależny od nikogo i niezawisły (to kolejne niezrozumiałe, a do tego budzące ostatnio irytację, słowo) rozstrzygnie spór. Nie rozumie, gdyż nikt tego dotychczas w wystarczająco jasny sposób nie tłumaczył. A i dziś, gdy stoimy w obliczu realnego zagrożenia zrujnowania zapisanego w naszej konstytucji porządku prawnego, ci, którzy zabierają głos podobno także i w moim imieniu czynią to tak, że mam ochotę schować się pod tapczan i nigdy spod niego nie wyjść.

Większość ludzi nigdy nie miała do czynienia z sądami. Bazują więc na tym, co mówią inni. A mówią różnie.
Ci, którzy mieli z nimi do czynienia i którzy wygrali swoje sprawy, zazwyczaj uważają, że tak musiało być, bo mieli rację, więc nie ma o czym mówić.
Ci, którzy przegrali, często tak bardzo zapiekli się w swoim poczuciu krzywdy, że nie sposób z nimi dyskutować. Niektórzy z nich mogliby mieć przy tym wiele do powiedzenia i warto byłoby ich posłuchać.
Ci, którzy mają styczność z jednymi i drugimi, z reguły nie umieją z nimi rozmawiać. Bo nikt ich tego nie nauczył. Bo nie rozumieją, że to ważne. Bo wydaje im się, że ich punkt widzenia, ich perspektywa jest jedyną właściwą. Bo tak.

Płacimy dziś rachunki za nieumiejętność słuchania. Za pychę i egoizm. Za oderwanie od rzeczywistości.
Ich wysokość będzie jednak niewspółmierna do zaniedbań. Jestem tego więcej niż pewna.

W planowanych zmianach nie chodzi bowiem o to, żeby było lepiej.
Wiem gdzie leżą źródła problemów, może nie wszystkich, ale sporej ich części. Bo problemy są, niektóre bardziej, inne mniej poważne i jest ich wiele. Z pewnością można je rozwiązać. Może nie dziś i nie jutro, ale niewykluczone, że za rok mogłoby się udać
Jednak nikt mnie ani innych, którzy mieliby w tej sprawie coś merytorycznego do powiedzenia, o zdanie nie pyta. A nie jestem głupia i doskonale wiem, że to, co próbuje się dziś przedstawić jako panaceum na wszystko, w niczym nie pomoże. W każdym razie nie mi i nie Wam. Bo im, owszem, przyda się.


Czterdzieści lat temu autor książki "Oto jest dyktatura" napisał: „najgorsze jest to, że dyktatury niemal zawsze trwają wiele, wiele lat.

Historia pokazuje, że to prawda. Ale tak bardzo żal, że nie umiemy uczyć się na cudzych błędach.

Equipo Plantel „Oto jest dyktatura”, ilustracje Mikel Casal. Przekład Tomasz Pindel. Wydawnictwo Tako, Toruń 2016.

niedziela, 9 lipca 2017

KaeReL i Krzywousty, czyli K jak komiks samo zło

Komiksy to zło.

Rozleniwiają (do czego innego może prowadzić oglądanie obrazków?), demoralizują (zazwyczaj nie niosą ze sobą żadnego przekazu, a już zwłaszcza o walorze dydaktycznym) i w ogóle są symbolem najgorszego zła, którym nauczyciele straszą rodziców („I tylko proszę nie dawać mu do czytania żadnych komiksów!”).

Jako dziecko (bodajże 9-10-letnie) zaczytywałam się komiksami historycznymi wydawanymi przez „Sport i Turystykę”. O ile dobrze pamiętam, moi rodzice nigdy nie przeczytali żadnego z nich, ale – oceniwszy je po okładce - żywili przekonanie, że może i jest to rozrywka, ale pożyteczna.

Czyż można było bowiem przypuszczać, że jakieś zło może czaić się w książeczce napisanej ze szczytnym zamiarem przybliżenia młodemu czytelnikowi pradawnych dziejów dawnych władców jego kraju? W książeczce, która nie dość, że uczy historii, to do tego czyni to w obcym języku (poszczególne komiksy były wydawane w wersjach dwujęzycznych: polsko-niemieckiej, polsko-angielskiej i polsko-rosyjskiej, o ile mnie pamięć nie myli)?
No ależ skąd, wiadomo.



Ach, gdybyż moi rodzice wiedzieli, że w wieku 10 lat sumiennie powtarzałam zamieszczone w słowniczku stanowiącym integralną część książeczki o Bolesławie Krzywoustym takie niemieckie zwroty:

ciała poległych – die Leichen der Gefallenen
oczy wyłupić – die Augen ausstechen
podpalać – in Brand setzen
trup – die Leiche






Ach, gdybyż kiedykolwiek przyszło im do głów, by zerknąć choćby na pierwszą planszę czytanego przeze mnie po wielekroć komiksu! („co robisz, córeczko?” – „uczę się o Krzywoustym, mamusiu!”) 

Być może wówczas udałoby im się uchronić mnie przed zgnilizną i zepsuciem.
Niestety, nigdy nie zerknęli i nie zainterweniowali.
Wobec czego stało się. Przegniłam do imentu. Po czym przeniosłam zarazę na moje dzieci.



„Łauma” KaeReL-a może zmylić czujnego rodzica, o ile ten nieopatrznie oceni ją tylko po okładce. Czyż może bowiem być niewłaściwą dla właściwie edukowanego potomka książeczka, której główną bohaterką jest urocza dziewczynka o wielkich oczętach, z fryzurą zwieńczoną starannie zawiązaną kokardą?


Fakt, gdy przyjrzeć się bliżej, widać, że w tle czai się czarne COŚ.
Ci z rodziców, którzy owo Coś dostrzegą, być może uchronią swoje dzieci przed następnym krokiem, tj. przeczytaniem tekstu zamieszczonego na pierwszej planszy.

Bowiem czy książka, która zaczyna się od zdania „Pewnego mroźnego dnia mój tata stał się mordercą”, może być odpowiednia dla dzieci?

Ba! Dwie strony dalej, jedna obok drugiej, występują dwie – choć trudno to sobie wyobrazić – jeszcze gorsze plansze.


Pierwsza dotyczy samospalenia, i to w najbliższej rodzinie.
Druga jest przejawem tendencyjnego spojrzenia na kapłanów dominującej w naszym kraju religii.
Zgroza, zgroza, zgroza.

Wykorzystując niemieckie słownictwo, którego nauczyłam się w czasie lektury „Bolesława Krzywoustego”, mogłabym zakrzyknąć: „Hilfe!” (ratunku!), doradzić autorowi, że powinien Busse tun (odprawić pokutę), ewentualnie go gefangensetzen (uwięzić), co byłoby chyba najrozsądniejsze, gdyż uchroniłoby nas wszystkich przed dalszym zepsuciem.

Niestety, najwyraźniej za mało wkuwałam.
Nie tylko nie wykrzyknęłam, ale i przeczytałam „Łaumę” sama, po czym wręczyłam ją dzieciom z informacją: „przeczytajcie koniecznie!”.
To samo powtórzyłam z „Kościskiem”, autorstwa tego samego KaeReLa. Możecie spisać nas na straty.


Jeśli uważacie, że rozmawianie z dziećmi o śmierci to zło, nie bierzcie do ręki żadnej z tych książek.
W „Łaumie” to od śmierci wszystko się zaczyna; „Kościsko” mimo że pozornie całkiem o czym innym, ostatecznie także okazuje się niezwykle jej bliskie.


Jeśli Waszym zdaniem świat dawnych wierzeń i legend to bujdy, które źle wpływają na psychiczny rozwój Waszych pociech, czym prędzej spalcie obie książki na stosie. W „Łaumie” ani rusz bowiem bez dawnych wierzeń Jaćwingów. Z kolei w trakcie lektury „Kościska” przyda się znajomość bestiariusza słowiańskiego.


Jeśli stoicie na stanowisku, że zwrot „motyla noga!” to najstraszniejsze z przekleństw, z którymi mogą kiedykolwiek zetknąć się Wasze słodkie maleństwa, a słowo „skręt” powinno kojarzyć im się jedynie ze skrętem w lewo lub w prawo, ewentualnie ze skrętem kiszek, rozważcie złożenie zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa demoralizacji małoletnich.


Jednym z morałów „Łaumy” jest bowiem to, że człowiekowi do szczęścia potrzebne są wyłącznie „pagórki, zimne piwko i dobry skręt”. Czegóż jednak innego należałoby się spodziewać po książce, w której padają słowa (upraszam o wybaczenie!): „pysk szczerbaty jadem pluje, cycem plecy oklepuje!” oraz „pierdzi ogniem, charczy, zipie, trupiobladym okiem łypie”?



Wasze dzieci czytając „Łaumę” i „Kościsko” nie nauczą się żadnych przydatnych obcojęzycznych zwrotów (uwaga, przypominamy wiedzę zdobytą w czasie lektury "Krzywoustego": „znienawidzony” – „verhasst”).

Być może będą się bały. Albo nawet zapłaczą.


Jeśli są inteligentne (a z pewnością są), zaraz jednak zachichoczą. A Wy razem z nimi, zwłaszcza gdy niektóre z plansz okażą się wprost wyjęte z Waszych wspomnień.


Niewątpliwie docenią też moc płynącą z opartego na zaufaniu współdziałania.


Docenią czas spędzony z rodzicami na wspólnym czytaniu książek.


Po czym pomyślą o miłości – zarówno tej niemożliwej, tej romantycznej, jak i tej bezgranicznej - rodzicielskiej.


A potem odłożą książki na półkę i się uśmiechną. Do Was, do siebie i do autora.
Bo uśmiech dziecka kruszy najtwardsze serca. Nawet serca tych autorów, którzy jak Karol Kalinowski zapowiedzieli, że kończą z komiksami dla dzieci.

Karol Kalinowski (KaeReL) „Kościsko” i „Łauma”, Kultura Gniewu, Warszawa 2016.
"Bolesław Krzywousty/Boleslaus der Schiefmund" tekst Barbara Seidler, opracowanie graficzne Marek Szyszko, tłumaczenie Beatrysa Hirszenberg, Wydawnictwo "Sport i Turystyka", Warszawa 1984.

sobota, 1 lipca 2017

K.Makuszyński "Szatan z siódmej klasy", czyli nacobezu

By pozostać w szkolnym temacie, który przy okazji poprzedniego posta wzbudził tak duże emocje, a zarazem uciszyć blogowe sumienie, które czyni mi wyrzuty, że od dawna nie opisałam żadnej książki dla młodszego czytelnika, postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.
Będzie bowiem o szkole i nauczycielach, ale też o szkolnej lekturze szóstoklasistów.


„Szatan z siódmej klasy” to przykład lektury, którą „przerabia się” w szkole, bo przerabiało się ją od zawsze, wobec czego wszyscy nauczyciele doskonale wiedzą jak to robić i co mówić, a uczniowie jak w ulęgałkach mogą przebierać w zalegających w szkolnych bibliotekach jej egzemplarzach. A najchętniej w jej streszczeniach.
To książka, którą i ja czytałam w dzieciństwie, jednak niewiele z niej zapamiętałam. W roku 2017 kojarzyła mi się wyłącznie z – zupełnie nieksiążkową – piosenką „Lato, lato…” Poza tym – w głowie pustka.

plakat do filmu "Szatan z siódmej klasy"
źródło zdjęcia

Widząc Starszego, który jako solidne dziecko solidnych rodziców z zaciśniętymi zębami brnął przez kolejne strony tej lektury (a trwało to jakieś trzy tygodnie, co przy 275 stronach tekstu daje mało imponujący rezultat niewiele ponad dziesięciu stron dziennie. Dodam, że przeczytanie około pięciuset stron jednego z kilkunastu tomów „Zwiadowców” zajmowało mu zwykle nie więcej niż kilka dni), uznałam, że czas powiedzieć „sprawdzam”.

Przeczytałam.
I zrozumiałam dlaczego Starszy – indagowany o wrażenia – wyznał, że ledwo dał radę, bo „to takie nudne i monotonne”.

zdjęcie, baner czy jak to się fachowo nazywa autorstwa MoWi
zamieszczony cytat pochodzi z książki Marzeny Żylińskiej

Coś, co przed II wojną światową (w tym czasie toczy się akcja i wtedy też „Szatan…” ukazał się po raz pierwszy) mogło być uważane za pełne żywej i emocjonującej akcji, dziś jest niczym więcej aniżeli nudną jak flaki z olejem ramotą.
Używany przez Makuszyńskiego język, pełen archaizmów (równie stare, o ile nie starsze obcojęzyczne teksty, jak chociażby inną tegoroczną lekturę Starszego - „W 80 dni dookoła świata, można próbować uwspółcześnić przekładem; w przypadku książek polskich autorów ten patent niestety nie ma szans na zastosowanie) i erudycyjnych nawiązań zakładających, że czytelnik posiada solidne klasyczne wykształcenie, nie ma szans przebić się do umysłów dzieci urodzonych w XXI wieku.
Można na to utyskiwać, można się na to nie zgadzać – to bez znaczenia, tak po prostu jest.
Jeśli chcemy, by nasze dzieci czytały, nie możemy zabijać ich „Szatanem…” - oto moje zdanie.

I nie chodzi tu, doprawdy, o to, że krótki rzut okiem do zeszytu Starszego sprawił, że na gdybym miała sporządzić charakterystykę jego polonistki, nie nadawałaby się ona do publikacji.


Zapisany tam temat lekcji „Biuro Detektywistyczne „Adam” przyjmuje zlecenie” zapewne bowiem zupełnym przypadkiem zbieżny jest z tematem gotowego, bo umieszczonego w internecie scenariusza lekcji (proszę bardzo: tutaj). Kilka zadanych Starszemu pytań upewniło mnie, że lekcja przebiegła od początku do końca tak jak „powinna”. Żadnych odstępstw od scenariusza; żadnych „dziwnych” pytań. Wnioski tylko właściwe.
Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt.
To moje zęby.

Tymczasem, gdyby tylko jeden z drugim polonista zechciał wreszcie przeczytać „Szatana z siódmej klasy”, a nie jechał na brykach i internetowych gotowcach, zrozumiałby (on bowiem urodził się jeszcze w XX wieku, a więc jeśli się skupi, może zdoła), że to nie jest lektura dla jego uczniów, lecz dla niego.

Klasa spojrzała z niepokojem na pana profesora Gąsowskiego.
Siwy człowiek, dobry człowiek, usiadł za katedrą i splecionymi rękami zasłonił twarz. Wyglądał jak ten, co płacze i pragnie przed gawiedzią ukryć łzy. Musiało mu się coś popsuć w poczciwym sercu, bo wszystkim się wydało, że staruszek drży.
- Panie profesorze… - ozwał się ściszony głos z pierwszej ławki.
Profesor rozplótł ręce i niecierpliwym ruchem jednej z nich dał znak, aby mu nie mącono ciszy. Drugą zasłaniał sobie oczy. (…)
Trzydziestu chłopców wpatrywało się w niego spojrzeniem, w którym łzawił się ogromny smutek. Wszystko można znieść, tego jednak znieść nie można, aby dobry, och, jak dobry człowiek – dręczył się.”

Szacunek.
Bez niego nauczyciel nie ma szans.
To coś, na co trzeba zapracować, i to ciężko. To nauczyciel jako pierwszy musi obdarzyć swoich uczniów szacunkiem, a wówczas oni, być może, jeśli naprawdę się przy tym postara, odpowiedzą mu tym samym.

80 lat temu, jak wynika z książki Makuszyńskiego, uczniowie także oszukiwali. Wiedząc, że będą wzywani do odpowiedzi i oceniani, czynili wszystko, by uzyskać jak najwyższe noty jak najniższym kosztem.
Te lekcje, które profesor Gąsowski „przerabiał”, oni próbowali „zaliczyć”.
Te, do których naprawdę się przykładał, zostawały im w głowach na dłużej.

Pan profesor Gąsowski nauczał historii wedle własnej, nieco rozwichrzonej metody. Niektóre wielkie postacie, błąkające się po Elizejskich Polach albo krążące pośród gwiazd, bardzo miłował, o niektórych rozprawiał z drwiącym lekceważeniem, a w licznym, nieśmiertelnym tłumie były i takie, o których nie chciał mówić wcale. Omijał je przy spotkaniu, udawał, że ich nie dostrzega, nie kłaniał im się. O ukochanych osobistościach mówił z gorącym zapałem, piejąc na ich cześć górne hymny, po każdym zdaniu zasadzając wykrzyknik jak cyprys na grobie. O Napoleonie, z ukochanych najukochańszym, rozprawiał jak natchniony poeta.”

Dzięki nadmiernemu przywiązaniu profesora Gąsowskiego do wymyślonego przez siebie systemu odpytywania i odkryciu przez jednego z uczniów, na czym ów system polega, siódmoklasiści uczyli się tylko tego co musieli i wtedy kiedy musieli.
Wypisz, wymaluj jak dzisiaj.
Jest jednak pewna istotna różnica.

Dzisiaj nauczyciele sami podają uczniom „na co będą zwracać uwagę”. „Nacobezu” (gdyby ktoś chciał pogłębić swoją wiedzę na jego temat, odsyłam tutaj) stało się ważniejsze od treści lekcji. Nieważne o czym, nieważne dlaczego, ważne nacobezu.
Po trzech latach pracy Starszego w takim systemie (w klasach IV-VI) wiem jedno: jego wiedza jest płytka i powierzchowna, a termin jej ważności upływa równocześnie z wyrzuceniem przez niego kolejnej "zaliczonej" już kartki z informacją na co dany nauczyciel bezu.

I - dziwna sprawa - również profesor Gąsowski, dowiedziawszy się, że każdy z jego uczniów „wiedział z pewnością z góry kiedy będzie pytany i na ten dzień był doskonale przygotowany”, wykrzyknął ze zgrozą i boleścią: „Człowieku! (…) Przecie w ten sposób nie umiecie nic!
Ależ doprawdy, panie profesorze, że też pan się tym przejmuje. Tylu nauczycieli doskonale o tym wie i ma się dobrze.

Szanowni nauczyciele przywiązani do tradycyjnego sposobu nauczania, polecam Waszej uwadze kolejny fragment „Szatana z siódmej klasy”, odnoszący się do rozmyślań siódmoklasistów, nakrytych przez profesora Gąsowskiego na oszustwie.

Profesor jest najzacniejszym człowiekiem pod słońcem, krzywdy nikomu nie uczyni, lecz może dotrzymać jednej groźby: nie z zemsty, lecz z żalu odsunie się od nich i wypowie im przyjaźń. To byłoby smutne, więcej niż smutne. Tak bardzo kochali tego cudownego, siwego, pełnego ufności człowieka z duszą jasną i sercem ślicznym, że utrata jego przyjaźni byłaby klęską sromotną i nie do odrobienia.

Drodzy nauczyciele: przyjaźń i szacunek uczniów. Na to bezu?
A potem może i nawet uda się Wam czegoś ich nauczyć. 

Kornel Makuszyński „Szatan z siódmej klasy”. Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2011.

piątek, 23 czerwca 2017

Świadectwo z czerwonym paskiem, czyli Mr Hyde ma się znakomicie

Mam dwójkę dzieci i schizofrenię.
Pierwszy raz pomyślałam tak rok temu. Podzieliłam się wówczas tą diagnozą z kimś, kto natychmiast stwierdził, że będzie to znakomity tytuł i muszę o tym napisać (nazwisko tej osoby pojawi się pod koniec posta1).

Z dzisiejszej perspektywy oceniam, że byłam wtedy w stanie remisji. Stan ostry mam dzisiaj. Dzięki temu wreszcie mogę dorobić do wymyślonego rok temu tytułu całego posta.

Zdaję sobie przy tym sprawę z tego, że gdyby podejść do tego ze ściśle medycznego punktu widzenia, mojej przypadłości nie należałoby diagnozować jako schizofrenii. Jestem po prostu niczym Doktor Jekyll i Mister Hyde.

rysunek z komiksu Dr Jekyll and Mr. Hyde
źródło zdjęcia
Rankami zrywam się śliczny,
Liryczny i apetyczny.
To musnę coś jak jaskółka,
To usnę w słońcu jak pszczółka,
Aż chmurki zbudzi mnie cień,
Bym brzęczał cały dzień.2

Szkoła to fajna sprawa. Dziecko poznaje świat, wykorzystuje swoją naturalną ciekawość, by doświadczać, badać, pytać i samodzielnie znajdować odpowiedzi.
To też miejsce socjalizacji. Nauka życia w grupie, wspólnego rozwiązywania problemów, uczenia się trudnej sztuki kompromisów.
Nikt nie krytykuje, nie ocenia. Każdy ma prawo do pracy we własnym tempie. Nie zalicza na czas. Nie ma lepszych i gorszych, wzorowych i nagannych uczniów.

Młodszy lubi swoją szkołę.
Ja też ją lubię.
Szkoda tylko, że muszę płacić za nią co miesiąc ciężkie pieniądze.

Lecz gdy spłynie mrok wieczorny
Typem staję się upiornym:
Twarz mi blednie, włos mi rzednie,
Psują mi się zęby przednie.

Nienawidzę szkoły.
Jakieś dwadzieścia lat temu nie przypuszczałam, że dorosłemu człowiekowi ostatni dzień roku szkolnego może kojarzyć się z ulgą porównywalną do usunięcia ropnia z tyłka, zaś sama myśl o 1 września będzie wywoływać dolegliwości psychosomatyczne.

Szkoła to miejsce, w którym uczeń ma same obowiązki, a z praw tylko jedno, a i to wymuszone – do przerw pomiędzy zajęciami lekcyjnymi, choć i te skraca się do minimum (5 minut przecież wystarczy).
To miejsce, w którym odbywa się przymiarka do późniejszego wyścigu szczurów, postrzeganego ciągle nazbyt powszechnie jako jedyny i najlepszy pomysł na życie.
Wyścig o stopnie, nagrody. Zakuwanie, odrabianie zadań domowych po nocach, robienie wszystkiego bo trzeba, choć nie wiadomo po co.
Uczenie się na pamięć regułek słowo po słowie, bez zrozumienia i umiejętności odniesienia tego do zwykłego życia i występujących w nim problemów.

A rano znów jestem śliczny,
Liryczny i apetyczny…

Maria Montessori
źródło zdjęcia

Decyzja o wypisaniu Młodszego z publicznego systemu oświaty i wejściu z nim w nauczanie metodą Montessori, podjęta dwa lata temu w bólach, po wielokrotnych i burzliwych konsultacjach z mądrzejszymi ode mnie, okazała się być najlepszą rzeczą, jaką mogłam dla niego zrobić w tych realiach, w których żyjemy (co oznacza, że gdybyśmy żyli gdzie indziej, być może wybrałabym nauczanie inną metodą, a może po prostu zwyczajną-niezwyczajną szkołę publiczną z bliskim mi podejściem do kwestii uczenia).

Uczeń jest podmiotem a nie przedmiotem.
Nauczyciel towarzyszy i wspiera, a nie naucza i nie robi z siebie dzięki temu idioty w czasach, w których nie ma prawd objawionych, bo wszystko – mądre i głupie, jak leci (któż w dzisiejszych czasach potrafi odróżnić jedno od drugiego? Hm, może ci, którzy byli uczeni a nie nauczani?) – uczeń szybciej od niego znajdzie w internecie, przeglądanym w umieszczonej pod ławką komórce.
W szkole, w której nie ma ocen, rodzic – po przejściu niezbędnej kwarantanny, gdyż nie jest tak prosto samemu nauczyć się myśleć w inny sposób – w naturalny sposób wypada z roli bezwzględnego nadzorcy, batem egzekwującego perfekcyjne wykonywanie obowiązków.

Lecz gdy spłynie mrok wieczorny
Typem staję się upiornym…



W tradycyjnej szkole, wyposażonej w dziennik elektroniczny, rodzic jest uzależnionym do komputera tyranem, który wcześniej od dziecka wie o wszystkich jego sukcesach i klęskach. Zwłaszcza o klęskach.
Ile razy dziennie logujecie się do dziennika elektronicznego? Ja, pracując niemal ciągle przy komputerze, potrafiłam zrobić to kilkanaście razy dziennie.

Nie wiem jak to się dzieje, ale w przypadku Młodszego jestem po prostu spokojna. Nie ma ocen? To nie ma. Dziecko nie umiało liczyć, a teraz umie. Nie umiało pisać i czytać, a teraz umie. Znaczy, chyba wszystko w porządku. Robi błędy ortograficzne? Trudno, kiedyś przestanie. Albo i nie. Ale za to jakie ma pomysły!

Moje oczekiwania wobec Młodszego są całkiem inne niż wobec Starszego.
Jesteś zmęczony po zajęciach w szkole? Odpocznij, zajmij się czymś przyjemnym. Jasne, możesz pojeździć na rowerze.
A Ty, Starszy, dokąd? Przecież masz jutro sprawdzian z matematyki i kartkówkę z historii. Jak to: umiesz? Ostatnio też tak mówiłeś i dostałeś trójkę.

Drogi Jekyllu, co tak naprawdę myślałeś o Hydzie?
Bo ja mojego Hyde’a nienawidzę, ale nie umiem się z nim rozstać.
A system karmi Hyde’a, kopiąc w tym samym czasie Jekylla po kostkach nogą obutą w korki.

Czytam, dyskutuję, przekonuję samą siebie.
Z tyłu głowy zaś ciągle dobiega mnie gorzki wyrzut.


źródło zdjęcia

Przez całą (ośmioletnią wówczas) podstawówkę miałam średnią 5,0 (szóstek wtedy nie było). Brałam udział w licznych konkursach i często wygrywałam.
Gdy w liceum zaczęło iść mi nieco gorzej (trafiła się i ocena mierna z fizyki na semestr), miałam naprawdę poważny problem z samą sobą.
Okres liceum wspominam bardzo źle.
Odżyłam dopiero na studiach. Może późno, ale dojrzałam i postanowiłam przestać zwracać uwagę na oceny bardziej niż to było potrzebne (z uwagi na swoją ówczesną sytuację socjalną potrzebowałam stypendium, także naukowego).
Od ukończenia przeze mnie studiów upłynęły niemal dwie dekady. Umiem myśleć samodzielnie, iść pod prąd, jeśli to konieczne, by zachować się przyzwoicie. Czemu więc w głowie nadal czai się coś całkiem innego?

Choć broniłam się przed tym rękami i nogami, na prośbę Starszego, któremu na tym zależało, poszłam dziś z nim do szkoły na uroczystość zakończenia roku szkolnego (skończył szóstą klasę i od września rozpocznie naukę w nowej szkole, bo „kontynuacja” nauki w siódmej klasie to obecnie fikcja – większość szkół w naszym regionie nie ma takich możliwości lokalowych by z dnia na dzień stworzyć uczniom taką możliwość).
Nie chciałam tam iść. Byłam pewna, że Hyde przegryzie kraty. Nie pomyliłam się.


sala gimnastyczna w szkole Starszego przed rozpoczęciem apelu
W 22-osobowej klasie Starszego trzynaścioro dzieci otrzymało świadectwa z czerwonym paskiem (informacja dla niebędących na bieżąco: otrzymują je dzieci ze średnią ocen minimum 4,75 i wzorową lub bardzo dobrą oceną z zachowania). Nie było wśród nich Starszego. Jego średnia to 4,63.
Rodzicom jedenaściorga dzieci z jego klasy dyrektorka szkoły wręczyła imienne listy gratulacyjne (za średnią ocen minimum 5,0). Mojego nazwiska nikt nie wyczytał.
Dzieci odebrały nagrody za stuprocentową frekwencję w szkole i na basenie. Starszy przez cały rok szkolny opuścił trzy dni nauki, bo był chory. Nie opuścił żadnych zajęć na basenie, jedynie raz siedział na ławce (było to tuż po owej chorobie), gdyż nie chciałam, żeby wchodził zimą do zimnej wody. Nie dostał żadnej nagrody, nie zasłużył.

Pozwoliłam Starszemu wcześniej na podjęcie ostatecznej decyzji co do wyboru szkoły na przejściowe dwa lata. Wybrał taką, do której chce chodzić, o której dobrze myśli, której nauczycieli (część zna) lubi i szanuje.
Cóż, kiedy z obowiązującego w niej (a ogłoszonego publicznie na początku maja tego roku, bo przecież wszyscy mieli mnóstwo czasu, by przygotować się do zmian w systemie oświaty, nieprawdaż?) regulaminu rekrutacji do klasy VII wynika, że decydować będzie suma punktów: za test, który kandydaci napisali na początku czerwca oraz za „świadectwo z wyróżnieniem”. Bez znaczenia jest to za co i jakie są oceny, liczy się wyłącznie biało-czerwony pasek.
Można napisać test słabo; liczba punktów za „pasek” pozwoli zniwelować dystans do tych, którzy napiszą go bardzo dobrze.
Spośród tych dzieci z klasy Starszego, które także wybierają się do tej szkoły, tylko on nie dostanie dodatkowych punktów.

Poradziłam sobie z problemem jak umiałam. Dorobiłam pasek. Na własnej twarzy.
W trakcie dzisiejszego apelu na zmianę bladłam i czerwieniłam się. Targały mną sprzeczne uczucia. Wstyd. Gniew. Złość.
Na system.
Na siebie, że „nie dopilnowałam” dziecka, przez co znajomi patrzą na mnie z pogardą przynależną „złym” matkom. („Agnieszka powiedziała swojemu, że nie będzie mógł mieć psa, jeśli nie będzie miał paska na świadectwie. I proszę, jak się zmotywował! Nie mogłaś też czegoś takiego wymyślić?”)
Znów na system. Który każdego dnia zmusza mnie do tego, bym zapisała dziecko na listę startową zawodów, w których ani on, ani ja nie mamy ochoty brać udziału.
Na ważną dla mnie i mądrą osobę, która – widząc Starszego, tłumaczącego się dlaczego „nie poszedł na poprawę” - powiedziała po prostu: „Widzę, że on jest bardzo zestresowany. Czy Ty wiesz jakie stres wyrządza spustoszenie w jego organizmie?”, a ja po jej słowach odpuściłam mu sugerowaną w licznych wiadomościach od wychowawczyni konieczność poprawiania dwój ze sprawdzianów.3
Bo przecież, gdyby je poprawił, miałby może teraz lepszą średnią, bez problemu dostałby się do szkoły, którą wybrał a ja mogłabym, dumna niczym pawica (choć może raczej pawianica), przedefilować przed zebranymi w auli, odbierając list gratulacyjny.

Możemy mówić o sukcesie. Średnie ocen jakie uzyskaliście dobrze wróżą waszej przyszłej edukacji. (…) Jako szkoła jesteśmy z Was bardzo dumni. Uważamy, że dobrze przygotowaliśmy Was do życia we współczesnym świecie” – to fragment z długiego przemówienia pani dyrektor szkoły Starszego. Było o średnich, wzorowych ocenach z zachowania. Nie było ani słowa o tym, że to dobre dzieci. Albo, że ktoś zrobił coś bezinteresownie dla innych. Albo cokolwiek innego. Dziś liczyły się tylko piątki i szóstki, i zwycięstwa w konkursach.

Robimy dzieciom krzywdę, a od 1 września na skutek wdrażanej pseudoreformy, demolującej treści, sposób i przekaz uczenia (doprawdy, to czy nauka będzie odbywać się w systemie 6+3 czy 8+4 ma tu najmniejsze znaczenie, choć oczywiście wprowadzanie zmian w taki sposób jak czyni się to obecnie, będzie miało fatalne skutki), będzie ona jeszcze większa.

Na chorobę afektywną dwubiegunową (bo chyba temu właśnie schorzeniu najbliżsi są Jekyll z Hydem) są tabletki, ale wyleczyć się z niej do końca i na zawsze nie można.
Trudno, ja będę stosować się do zaleceń lekarskich, może jakoś przetrwam. Cóż jednak, skoro mam nieodparte wrażenie, że to akurat schorzenie przenosi się z rodziców na dzieci.

Uważam się za świadomego rodzica.
Czytam, myślę, dyskutuję. Staram się zmieniać.
To, co zaszczepili we mnie moi rodzice tkwi jednak we mnie bardzo głęboko („Dostałaś pięć minus? A za co ten minus? A piątki w klasie były? Czyli można było, prawda?!”).
Wkurza mnie to, że mam w sobie takie uczucia i takie myśli.
Cieszy mnie, że umiem nie wypowiadać ich głośno przy moim dziecku.

Proszę, nie piszcie w komentarzach pod tym postem, że nie rozumiecie o co mi chodzi i że jestem jakaś dziwna, bo przecież Wy…
Ja też jestem jak Wy. Jeśli skupię się tylko na Jekyllu, a Hyde’a zamknę w schowku na szczotki i mocno zarygluję drzwi.

Poza tym, dziwna sprawa, w otoczeniu, w którym funkcjonuję na co dzień, widuję głównie Hyde’ów, w których towarzystwie i mój odżywa.
Dla niego dziwne jest to, że nie zapisałam dziecka do szkoły, do której w Szczecinie wożą dzieci wszyscy, którym „leży na sercu dobro ich dzieci i myśl o właściwym zorganizowaniu procesu ich dalszej edukacji”. Do szkoły, która reklamuje się zupełnie otwarcie pisząc, że wyróżniają ją „bardzo wysokie wyniki w nauce i zachowaniu, bardzo wysokie wyniki sprawdzianu po kl. VI, bardzo wysokie wyniki testów zewnętrznych po klasie III i V.” A przy okazji wprowadza we własnym regulaminie wewnętrznym zapis, że uczeń powinien „poprawiać słabe oceny (tj. niedostateczne, dopuszczające, dostateczne).”4
To szkoła, która w lokalnej opinii publicznej funkcjonuje jako „najlepsza podstawówka w Szczecinie”.
W której dzieci mające gorsze wyniki w nauce traktowane są jako zbędny balast.
To szkoła, która buduje podziały. Efekty ciężkiej pracy jej i podobnych jej placówek widać ostatnio w naszym kraju na każdym kroku.

Proszę, nie piszcie też o tych wszystkich rzeczach, o których dobrze wiem, gdyż dowiedziałam się o nich od mądrzejszych ode mnie osób. To znaczy wie o nich Jekyll.
Niepokoić powinna (…) ewentualność, że opór dzieci wobec naszej presji na lepsze wyniki może się wyrazić słabszym przykładaniem do nauki, z oczywistym rezultatem: wyniesieniem ze szkoły mizernej wiedzy. Mniejsza o świadectwo, które nie spełnia naszych oczekiwań: jeżeli będziemy wywierali na dziecko zbyt dużą presję, ono może myśleć mniej samodzielnie.
Oczywiście, istnieje szansa, że przymus zaprocentuje, i w dniu, w którym mocniej przykręcimy śrubę, dzieci rzucą się do książek i przyniosą właśnie takie stopnie, jakich oczekujemy. Może nawet powiedzie się nam umieszczenie ich w dobrej szkole średniej. Jednak podobnie jak w wypadku stosowania dyscypliny, słono zapłacimy za takie zwycięstwo. Co nasze interwencje mają wspólnego z samopoczuciem dzieci i z ich uczuciem do nas? Jak stres wpływa na ich zdrowie psychiczne? Co dzieje się z zainteresowaniem czytaniem i myśleniem? Jeżeli stopnie same w sobie mogą sprawić, że nauka wydaje się katorgą, to wyobraźmy sobie, jak bardzo taki efekt zwielokrotnia ciągła presja rodziców na poprawianie tychże stopni.”5

Dobrych wakacji!
Dopieśćcie przez ten czas Jekylla. 1 września Hyde powróci ze zdwojoną mocą, jestem tego pewna.

Przypisy:
1)   Osobą, którą wielokrotnie wymieniałam w poście, nie podając jej nazwiska, jest Marzena Żylińska. Marzena – razem z coraz większym gronem osób podobnie do niej myślących - próbuje zmieniać polską szkołę i ciągle tryska optymizmem. Wierzę, że ich działania, prowadzone pod szyldem „Budzącej się szkoły” (pisałam o niej tutaj - klik, ale najlepiej sięgnąć do źródła, czyli tutaj - klik) kiedyś wreszcie przyniosą dostrzegalną na większą skalę rezultat.
2)   Ten i kolejny cytat to oczywiście fragment piosenki „Upiorny twist”, której tekst napisał Jeremi Przybora
3)   Tak, tu znów chodzi o Marzenę Żylińską:)
4)   Chodzi o tę szkołę. Podaję ją jako przykład, bo o jej istnieniu i sposobie działania wiem sporo, z różnych źródeł. Szkół podobnych do niej jest ciągle bardzo wiele, a zapotrzebowanie na ich istnienie nie maleje.
5)   Alfie Kohn „Wychowanie bez nagród i kar. Rodzicielstwo bezwarunkowe”, przełożyła Bogumiła Malarecka. Wydawnictwo MiND, Podkowa Leśna 2013.

A tym, którzy są zaniepokojeni moją różnicującą dzieci postawą, wyjaśniam, że Starszy nie może/nie mógł chodzić do szkoły Młodszego, gdyż nie ma tam jeszcze starszych klas.