poniedziałek, 12 lutego 2018

A.Cieplak "Ma być czysto", czyli tematy do dyskusji (dla grup A i B)


Dzielnica, w której mieszkam, jest podzielona.
W starych budynkach, zbudowanych jeszcze nie w dzielnicy a w niewielkiej niemieckiej wsi, położonej blisko dużego miasta, mieszkają jedni, nazwijmy ich A.
Ich dzieci chodzą zazwyczaj do szkoły rejonowej ulokowanej za miedzą, w miejscu będącym czymś w rodzaju lokalnych slumsów. Po lekcjach robią nie wiadomo co, nie wiadomo gdzie. W dzielnicy nie ma wypasionych placów zabaw, skateparku czy choćby boiska.
Starsi do pracy dojeżdżają jedynym kursującym tu autobusem. O ile pracują. Jeśli nie pracują, można spotkać ich przemieszczających się niespiesznie na trasie pomiędzy domem a oznaczonym logo z płazem sklepem osiedlowym, zaopatrzonym we wszystkie niezbędne do przeżycia artykuły, w tym fajki i browar. 
Część z nich (zakwalifikujmy ich do podgrupy A minus), nie mieszka przy tym w poniemieckich budynkach, lecz na pobliskich działkach. Poznać ich można po charakterystycznej woni i ochrypniętych głosach.
Tak A, jak i A minus to autochtoni. Rdzenna tkanka tej dzielnicy, której DNA diametralnie różni się od DNA coraz ekspansywniej narastającej tkanki typu B. 

B zazwyczaj zamieszkują któryś z segmentów na jednym z wciąż pączkujących w dzielnicy osiedli domów szeregowych. Niektórzy z nich (będzie to podgrupa B plus) zasiedlają także nieliczne domy wolnostojące (ich lokalizacja uchodzi za prestiżową – na skraju puszczy, z widokiem na potok, rozmiary posesji liczone w tysiącach metrów kwadratowych.
Dzieci B dowożone są do szkół w centrum miasta (głównie do jednej, chlubiącej się pierwszym miejscem w rankingu szczecińskich szkół; w wywiadzie udzielonym dwa lata temu „Gazecie Wyborczej” jej wicedyrektorka informowała, przy czym jej wypowiedź nie robiła wrażenia popartej pogłębionej refleksją, że „nasza szkoła liczy około 740 osób, z czego tylko blisko 60 to dzieci "rejonowe"”. Jak przypuszczam, co najmniej setka z tych "pozarejonowych" to dzieci B z mojej dzielnicy).
Dzieci B nie sposób spotkać na terenie dzielnicy; nie mają na to czasu, gdyż w tygodniu biegają z jednych zajęć pozalekcyjnych na drugie, zaś w weekendy prowadzą bogate życie towarzyskie (urodziny, wycieczki, uprawianie sportów). Dzielnica, jako typowa sypialnia na przedmieściu, nie ma im w tym zakresie niczego do zaoferowania.
Tak rodzice, jak i dzieci typu B nie znają zazwyczaj nawet nazw poszczególnych, choćby leżących po sąsiedzku, ulic. Znają tylko te, przez które muszą codziennie przejechać samochodem z punktu C (dom) do punktów D (szkoła), E (zajęcia pozalekcyjne), F (praca), ewentualnie także G (inne rozrywki).

Życie A i B (oraz ich dzieci) toczy się tak osobno, że nie mają szansy się spotkać, choćby na zakupach w jednym z dwóch ulokowanych tu dyskontów spożywczych.
B wybierają bowiem dyskont z owadem. Dlaczego? To proste, tylko on jest na trasie ich codziennych przejazdów, sprytnie zlokalizowany przy głównej dzielnicowej ulicy dojazdowej.
A można z kolei spotkać w dyskoncie z czworonogiem. Czemu? Cóż, gdy trzeba samemu dźwigać ciężkie siaty, miast podwozić je wózkiem pod samootwierający się bagażnik auta-prosto-z-leasingu, idzie się tam, gdzie bliżej. A ów dyskont niemal graniczy z działkami i większością starych domów.

Nie robię zakupów w [tu padła nazwa dyskontu z czworonogiem], bo gdy patrzę na tych wszystkich ludzi, to obrzydzenie mnie bierze. Wydaje mi się, że wszystko co tam kupię jest brudne, bo przecież oni mogli tego dotykać”  – te słowa usłyszałam kilka miesięcy temu od znajomej. Osoby z wyższym wykształceniem, wykonującej prestiżowy zawód, po czterdziestce. Jedno dziecko w wieku przedszkolnym (więcej nie będzie), na wyposażeniu SUV i dobrze zarabiający mąż. Sympatycznej, uśmiechniętej, chętnej do pomocy. Komuś z B, rzecz jasna. Tym z A też pomaga, wiadomo. W pewnym wieku, na pewnych stanowiskach, z pewnym kręgiem znajomych to nawet wypada. Od tego są przecież jednak różne szlachetne akcje, nie trzeba tych ludzi oglądać na co dzień.


Gdybym miała zwięźle napisać o czym jest „Ma być czysto” Anny Cieplak, to napisałabym, że właśnie o tym. O „dzielnicy już samej w sobie wstępnie podzielonej czynszami, powierzchnią mieszkania i zawodami”. O dwóch, istniejących równolegle, światach. Świecie ludzi z aspiracjami i planami, i tym drugim, zamieszkałym przez tych, „którym nie chce się robić za wiele”, by nie powiedzieć: nic. Tak w każdym razie brzmi wersja oficjalna, milcząco aprobowana przez większość, zwłaszcza tych z B. Gdyby sięgnęli po tę książkę, mogliby się zdziwić.

Oliwka, piętnastolatka – uczennica drugiej klasy gimnazjum. Choć gimnazja wkrótce znikną, wraz z nimi niewątpliwie nie znikną Oliwki, ich życie i problemy. W związku z tym zła wiadomość dla B: nie da się zakwalifikować tej książki, jako poświęconej „gimbazie”, do kategorii powieści historycznych i odłożyć na odpowiednio zakurzoną półkę.
Oliwka mieszka z ojczymem i dwójką młodszego, przyrodniego rodzeństwa – piątoklasistą Oskarem i przedszkolaczką Sonią (dobór imion, jak sądzę, nieprzypadkowy). Ogarniająca codzienną rzeczywistość samodzielnie (trzeba obudzić na czas, przygotować jedzenie, odprowadzić do szkoły, przypilnować czystości, także głów). Ojczym pracuje, imprezuje, niespecjalnie radzi sobie z prozą życia i wiążącą się z nią odpowiedzialnością. Matka i babka pracują w Niemczech, do kraju zjeżdżają od wielkiego dzwonu, na święta (chyba, że trafi się kolejna ciąża, wtedy trzeba zostać dłużej, nawet na dwa lata). Oliwka ma na głowie kuratora i wysoce prawdopodobną wizję umieszczenia w Ośrodku („jak młoda Urbańska. Tyle ją wszyscy widzieli. Trafiła do zakonnic i zwariowała. Choć na ogół takie plotki są przesadzone. To znaczy nie te o zakonnicach, ale o ośrodkach. Większość wraca do Ząbkowic po dwóch latach i nic się nie zmienia. Stają się tylko trochę gorsi, więcej kombinują, a później wracają do ośrodków. Tych samych albo innych. Tak to się kręci.”).
Wszystko jasne i proste. O takich dziewczynach „źle się mówi”. Są zdemoralizowane, bo piją alkohol i uprawiają seks (w związku z tym czasem też zachodzą w ciążę). Źle się uczą, wagarują. Nikt się nimi nie interesuje. Oczywiście poza kuratorem, policją i sądem, a i to nieprzesadnie. Wiadomo, trzeba oczyszczać społeczeństwo ze złych elementów, to się oczyszcza. W przepisach nie ma jednak mowy o głębszym zainteresowaniu, nikomu nie można więc niczego zarzucić, wszystko na całkowitym legalu.

Dla mnie najbardziej wstrząsający fragment książki to ten, w którym Oliwka przypomina sobie przebieg rozprawy przed sądem dla nieletnich.
Wstrząsający, bo dobrze wiem, że prawdziwy. Codziennie (poza weekendami, bez przesady z tym zajmowaniem się nieletnimi) w polskich sądach odbywają się takie rozprawy, takie właśnie, takie samiuteńkie.
Za stołem sędziowskim siadają wypisz, wymaluj moje, przywołane na wstępie, znajome typu B. A może na rozprawie Oliwki to ona była właśnie?

Po co sędzina mówiła do niej tonem pani Frau? Dlaczego nie była jak Anna Maria Wesołowska? Czemu nie zapytała, czy zajmuje się młodszymi dziećmi, sprząta, robi zakupy, płaci rachunki, planuje poprawić oceny i normalnie chodzić do szkoły? Zapytała, czy Oliwka zamierza palić lub pić alkohol pomimo tego, że została dwa razy za to spisana. Odpowiedziała pytaniem: „A pani nie pali?”. I poleciało. Że demoralizacja, że opuszczone godziny w szkole, że brak nadzoru pedagogicznego, że opuszczanie zajęć w świetlicy kuratorskiej.”

Julka – piętnastolatka, uczennica tej samej klasy tego samego gimnazjum, do którego uczęszcza Oliwka. Jedyne dziecko rozwiedzionych rodziców, typowych B. Przeniesiona do niego po pierwszej klasie, gdy okazało się, że w poprzedniej szkole, bardziej prestiżowej, z wyselekcjonowanymi uczniami, trudno będzie uzyskać jej wysoką średnią ocen, automatycznie zwiększającą szanse przy rekrutacji do liceum.
Julka ma matkę, ojca i macochę, tę ostatnią dużo młodszą od jej rodziców, bo nieco przed trzydziestką. Mieszka trochę u matki, trochę u ojca. Ma się uczyć i realizować ułożony dla niej (przez matkę, ojciec biernie wszystko akceptuje i przyjmuje do realizacji) plan. To nie jest żadna patologia, to po prostu nowoczesna rodzina patchworkowa.
Julka mieszka w lepszej części dzielnicy, nie musi o nic się martwić, o nikogo troszczyć.
Tak w każdym razie widzą jej życie dorośli, ona sama problemów ma mnóstwo.
Zapłakana piętnastolatka wymaga więcej współczucia niż wyjące dziecko. Takie poryczą i zapomną, a dziewczyna, która ma okres, przetłuszczające się włosy i chłopaka dziewiętnastolatka? Jej smutek ma coś wspólnego z nieskończonością, leży zresztą zwinięta w kłębek, jakby na moment wróciła do stanu prenatalnego.”

Żeby było czystoto książka o nastoletnich dziewczętach, nie wiem czy dla nich przeznaczona. Jestem w wieku ich rodziców, jestem inna, a przede wszystkim - teraz to widzę - tak bardzo stara. Nie wiem czy urodzone w XXI wieku piętnastolatki nadal potrzebują – jak ja gdy miałam tyle lat, co one – czytać książki o życiu swoich rówieśniczek i ich problemach, często tych samych, z którymi i one się borykają. Nie wiem czy Anna Cieplak jest dla nich współczesną Krystyną Siesicką, Ewą Nowak albo Małgorzatą Musierowicz. Chociaż nie, wiem. Małgorzatą Musierowicz nie jest na pewno.

Historia opowiedziana przez autorkę jest bardzo prawdziwa. Opowiedziana autentycznym językiem (tak mi się w każdym razie z mojego, matczynego punktu widzenia, wydaje). Niektórzy będą się nim oburzać i już nawet oburzają (cytuję komentarz zamieszczony pod jedną z recenzji tej książki: „Niestety uważam, iż nie jest to odpowiednia książka, która może pełnić funkcję lektury gimnazjalisty. Zastanawiam się czy rodzice wiedzą jakie zwroty pojawiają się w niej”). Niestety, przypuszczam, że ci najbardziej oburzeni jej nie przeczytają, a tym samym nie dowiedzą się czym żyją ich dzieci, jakie są ich pragnienia, zmartwienia i potrzeby. Nie będą mieli więc szansy zorientować się, że ich świat w niczym nie przypomina świata ich młodości.   

Siłą „Żeby było czysto” jest to, że otwiera wiele płaszczyzn do dyskusji.
O pędzie do instytucjonalizowania wszystkiego i o tym, że tak wiele wymyka się z ram. Oraz o tym jak trudno nie dać się w tych ramach zamknąć.
O szkole. Która jest nie wiadomo po co, a w życiu nastolatków nie odgrywa żadnej istotnej roli (poza tą, że zajmuje sporo cennego czasu).
O życiu w dwóch różnych światach (A i B) i o tym do czego to prowadzi. Przykładanie odmiennych norm oceny jest początkiem, koniec można sobie wyobrazić. Chociaż może lepiej nie.
O tym dlaczego ludzie ze świata A czasem śmierdzą albo nie ściągają butów w cudzych mieszkaniach i co z tego powinno wynikać dla ludzi ze świata B.
O rodzinach „patchworkowych”, które pomału stają się normą (w każdym razie statystyczną), czy to się komu podoba, czy nie. I o roli macochy/ojczyma. Oraz ich uczuciach.
O tym, co piętnastolatki tak naprawdę rozumieją ze świata, który ich otacza.
O tym, co my, dorośli, możemy dla nich i z nimi zrobić.
Dyskusja na ten ostatni temat byłaby chyba najważniejsza. Bo gdybyśmy my, ich rodzice, macochy i ojczymowie, nauczyciele, kuratorzy i sędziowie spróbowali przez chwilę ich posłuchać, nie oceniając, może udałoby się nam dogadać. A nawet jeśli nie dogadać, to choć trochę zrozumieć.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, dlaczego to nie Anna Cieplak zdobyła tegoroczny Paszport „Polityki” (choć wiem, że przyznano jej Nagrodę Conrada i Nagrodę Gombrowicza). Nie deprecjonuję przy tym Marcina Wichy i jego nagrodzonej, naprawdę znakomitej, książki („Rzeczy, których nie wyrzuciłem”), ale – z całym szacunkiem – Wicha „twórcą młodego pokolenia” był już jakiś czas temu (raczej bardziej dawno temu niż mniej dawno). Doprawdy, czyżby po raz kolejny zdecydowała płeć?

Płeć i jej wpływ na życie nie tylko Oliwki i Julii – o tym też można by podyskutować.

Anna Cieplak „Ma być czysto”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.

Wszystkie wyróżnione kursywą fragmenty pochodzą z omawianej książki. Starałam się nie wyrywać ich z kontekstu, choć niekiedy musiałam zmienić, dostosowując do potrzeb mojego tekstu, oryginalnie użyte formy gramatyczne.

niedziela, 4 lutego 2018

"Piotruś i Wilk" - koncert rodzinny, czyli rechot w filharmonii


Gdy wejdziecie na fanpage Filharmonii Szczecińskiej, odtworzy Wam się od razu krótki film. Zobaczycie wyelegantowanych ludzi w różnym wieku, kierujących się do chłodno-dystyngowanego białego budynku. Koronki, kamienie szlachetne, muszka i wyglansowane buty.


Wizyta w filharmonii to wydarzenie. Choćbyś bywał w niej co piątek (a może i częściej), wiesz, że to nie jest coś powszedniego. Idziesz tam, by oderwać się od rzeczywistości. To miejsce, w którym możesz przypomnieć sobie co to piękno i kultura. Skoro zaś tak, sam przenosisz się w inny, lepszy wymiar, starasz się zachowywać i wyglądać inaczej niż zwykle.
To, moim zdaniem, przekaz tego spotu. W pełni się z nim zgadzam.

Nieco ponad dwa lata temu Filharmonia wydała przeznaczony dla młodych czytelników komiks „Bon Ton”. „Komiks jest sztuką. Sztuką jest także muzyka. A to jest komiks, w którym odkrywamy finezyjny obszar sztuki jakim jest muzyka”, napisano w przedmowie. A dalej delikatnie zasugerowano, iż na jego planszach można znaleźć „podpowiedzi jak zachować się wobec muzyki, aby czerpać z niej radość i dobrze się bawić w towarzystwie innych. Jak przygotować się do koncertu i na co zwrócić uwagę w jego trakcie.”


Historia opowiedziana w komiksie dotyczy niejakiego Robina Nietakta, rozbitka odnalezionego na jednej z bezimiennych wysepek w Oceanii, który spędził w odcięciu od cywilizacji długie lata. Robin trafia na koncert do filharmonii, gdzie zachowuje się w sposób adekwatny do noszonego nazwiska (czyli niespecjalnie dobrze). W zabawny i nienachalny sposób twórcy komiksu nie tylko przemycają w nim informacje o tym w jaki sposób należy zachowywać się w czasie odbywających się w filharmonii koncertów, ale i wyjaśniają dlaczego jest to ważne.
Dla mnie bomba. Dla moich dzieci również. Młodszy przeczytał komiks jakieś trzydzieści razy i ciągle podoba mu się tak samo, czyli bardzo.

Od szeregu lat raz w miesiącu Filharmonia Szczecińska organizuje koncerty rodzinne, przeznaczone dla rodzin z dziećmi w wieku 6+. Bywało gorzej (w starym gmachu, choć w nowym też, o czym pisałam tutaj), i lepiej. Ostatnio (jest to drugi sezon, w którym w zasadzie nie opuszczamy żadnego koncertu) jest raczej tylko bardzo dobrze.

Idea koncertów jest prosta. W każdym razie dla mnie (nie czytałam nigdzie żadnego oficjalnego przesłania w tej sprawie, ale tak to odbieram): pokazać, że muzyka klasyczna może być dla każdego. Że nie trzeba się od razu puszyć i nadymać, wystarczy otworzyć umysł, uszy i serce. Serce koniecznie, muzyki klasycznej słucha się sercem.

Prowadząca Agata Kolasińska regularnie przypomina dzieciom o koncertowym savoir-vivrze („nie rozlewamy się na siedzeniach jak meduzy!”), choć zarazem dozwala na swobodę na co dzień w filharmonii zakazaną: można klaskać w trakcie utworów, machać, a niekiedy nawet wznosić dzikie okrzyki. Dzieci mają czuć się w filharmonii dobrze, jednak nie mogą zapominać o tym, że to miejsce wyjątkowe, któremu (tak miejscu, jak i temu co się w nim dzieje) należny jest szacunek.

Uważam, że to dobra droga.
Sacrum i profanum mogą znaleźć wspólny język. Sacrum nie zaszkodzi gdy spuści nieco z tonu, zaś profanum może się trochę uświęcić, od tego się nie umiera.
Koncerty rodzinne nie mogą być tylko odgrywaniem muzyki, bo dzieci umrą z nudów i nigdy już nie zmartwychwstaną, a na pewno nie w filharmonii. Musi być jakaś akcja, nieco gadżetów, wykorzystania multimediów.
Wydawało mi się, że zespół Filharmonii Szczecińskiej odpowiedzialny za edukację muzyczną doskonale wie czym jest ideał i konsekwentnie stara się do niego doskoczyć. Używam czasu przeszłego, bo niestety byłam na koncercie „Piotruś i wilk” (w niedzielę, 4 lutego 2018 roku).



Idea była słuszna.
Klasyczną bajkę symfoniczną Sergiusza Prokofiewa, powstałą w 1936 roku, przystosowano do potrzeb widza/słuchacza urodzonego w XXI wieku. Uczestniczyliśmy więc w procesie Wilka, oskarżonego o zjedzenie Kaczuszki. Prokurator (a w zasadzie prokuratorka, gdyż była rola kobieca, do czego jeszcze wrócę) odczytała przebieg zdarzeń odtworzony przez Narratora, będący w istocie skrótem Prokofiewowskiej historii: oto chłopiec, Piotruś, wyszedł z zagrody na łąkę, lekkomyślnie zostawiając otwartą furtkę, przez którą wymknęła się Kaczuszka. Pojawili się Ptaszek, Kot i Dziadek (w tej roli wszystkie instrumenty dęte drewniane), a wreszcie i Wilk (waltornie), który zjadł Kaczuszkę (tak w każdym razie twierdziło oskarżenie). Sprytny Piotruś jednak, przy pomocy Ptaszka, zwabił Wilka w pułapkę, schwytał i – w ramach kary – miał odstawić do zoo.
W tym miejscu zaczął się proces, w czasie którego sędzia miał ostatecznie zdecydować o tym, czy Wilk dopuścił się zarzucanego mu czynu.
Teoretycznie scenariusz był bez zarzutu: były multimedia, aktorzy (element akcji, ożywiający publiczność), muzyka, w nienazbyt długich fragmentach. Była też edukacja – po kolei wywołano instrumenty ze wszystkich grup, nazywając je i pokazując jak brzmią. Bawiąc uczy, ucząc bawi. Jakoś tak to szło.
Cóż, kiedy twórcy postanowili całość ulepszyć. Widz nierechoczący to widz niezadowolony, pozwólmy mu więc zarechotać.

Jeśli więc sędzia, to przygłupi. Słowo „metaforyczny” okazało się dla niego wyzwaniem nie do przejścia („nie używajcie słów, których znaczenia nie rozumiem!”). Sposób prowadzenia przez niego rozprawy dalece swobodny – żadnego poszanowania czyjejś godności, żadnego szacunku. Oddalenie sprzeciwu manifestowane rzucaniem młotkiem sędziowskim w głowę, pojęcie bezstronności nie istnieje.

Pani prokurator – długowłosa blondynka, w sposób do bólu stereotypowy ogrywająca swoją kobiecość (ach, ta noga w mini spódniczce wystająca spod togi; ach, ten gest odgarniania włosów z oczu!).

Wilk – nieokrzesany (i nieuczesany), ale inteligentny przeciwnik. Bezlitośnie wykpiwający poszczególnych świadków – muzyków. Drwiący z ich sposobu grania, a także wyglądu.

Finał – będący jedną wielką aluzją polityczną, zrozumiałą raczej tylko dla dorosłych (pojawiający się znienacka akt prezydenckiego ułaskawienia oczywiście winnego Wilka).

źródło zdjęcia

Nie tego spodziewałam się w filharmonii, drodzy Państwo.
Jasne, widzom się podobało, widzowie zarechotali. Dzieci obśmiały się do rozpuku z tego głupiego sędziego i głupich muzyków (moje dzieci również). Udało im się wysłuchać muzyki, może nawet zapamiętały, że fagot to ta długa drewniana rura.

Cóż, kiedy nie prowadzę moich dzieci do filharmonii po to, żeby zetknęły się z tym, czego na co dzień mają w nadmiarze.
Filharmonia to nie jest miejsce dla chamstwa i braku kultury.
Nie życzę sobie, żeby pokazywano w niej przemoc (czym innym jest rzucaniem sędziowskim młotkiem w głowę tych, którzy ośmielają się mieć inne zdanie?). Nie chcę, aby wykpiwać kogokolwiek stojącego na scenie, choćby w żartach. Nie interesują mnie dowcipy o zarobkach muzyków orkiestry, nie chcę słuchać w filharmonii o polityce.

Bo filharmonia jest miejscem, w którym powinniśmy przypominać sobie, że możemy być lepsi niż jesteśmy. 
Bo możemy, wystarczy nie schlebiać naszym najbardziej prymitywnym instynktom i wykonać minimalny wysiłek. 

Drogi Zespole Filharmonii, Ty to wiesz.
Nie sięgaj więc po importowane z Poznania wynalazki, zdaj się na lokalne pomysły.
A jeśli ci ich brakuje, graj po prostu muzykę.
Proszę.

Piotruś i Wilk. Koncert rodzinny w Filharmonii Szczecińskiej, 4.02.2018 r.

wtorek, 21 listopada 2017

A.Czerwińska-Rydel, R. Piątkowska "Moje prawa - ważna sprawa!", czyli pójdźcie dzieci, nauczać o waszych prawach was będziemy

Teoretycznie wszystko jest fajnie.

Mamy Konwencję Praw Dziecka, Rzecznika Praw Dziecka, a cytatami z wypowiedzi Janusza Korczaka wytapetowana jest co druga polska szkoła.

W preambule Konwencji (do przeczytania np. tutaj) stoi czarno na białym, że „dziecko powinno być w pełni przygotowane do życia w społeczeństwie jako indywidualnie ukształtowana jednostka, wychowana w duchu ideałów zawartych w Karcie Narodów Zjednoczonych, a w szczególności w duchu pokoju, godności, tolerancji, wolności, równości i solidarności”.
Super, nie?

W art. 72 Konstytucji RP mowa jest o tym, iż „w toku ustalania praw dziecka organy władzy publicznej oraz osoby odpowiedzialne za dziecko są obowiązane do wysłuchania i w miarę możliwości uwzględnienia zdania dziecka." "Rzeczpospolita Polska zapewnia" zaś, rzecz jasna, "ochronę praw dziecka". 

Niestety, wszystko to się jakoś słabo przyjmuje. Konstytucja – wiadomo, postkomunistyczna, można zrozumieć. Z kolei Konwencja to akt prawa międzynarodowego, a każdy Polak co sił w płucach przecież od maleńkości śpiewa, że nie będzie żaden obcy pluł nam w twarz i dzieci nam bisurmanił.

Dzieci mają prawa, ok, nie będziemy tego negować. Pozwólmy jednak dorosłym zdecydować, jakie prawa są im przynależne, a na jakie są jeszcze zbyt małe, niedojrzałe. W końcu to dorośli są dorośli i odpowiedzialni. Nawet w Wikipedii napisali przecież, że dziecko to młody człowiek, który nie osiągnął jeszcze pełnej dojrzałości!

na wyklejce książki, o której piszę niżej,
nadano definicji z Wikipedii należną jej rangę

Weźmy więc takie art. 28 i 29 Konwencji (tudzież art. 70 Konstytucji, bo w obu mowa jest o tym samym – prawie do nauki). Przepraszam, ale muszę zacytować:

Art. 28 ust. 2: Państwa-Strony będą podejmowały wszelkie właściwe środki zapewniające, aby dyscyplina szkolna była stosowana w sposób zgodny z ludzką godnością dziecka i z niniejszą konwencją
Art. 29 ust. 1:  Państwa-Strony są zgodne, że nauka dziecka będzie ukierunkowana na:
a) rozwijanie w jak najpełniejszym zakresie osobowości, talentów oraz zdolności umysłowych i fizycznych dziecka;
b) rozwijanie w dziecku szacunku dla praw człowieka i podstawowych swobód oraz dla zasad zawartych w Karcie Narodów Zjednoczonych;
c) rozwijanie w dziecku szacunku dla jego rodziców, jego tożsamości kulturowej, języka i wartości, dla wartości narodowych kraju, w którym mieszka dziecko, kraju, z którego dziecko pochodzi, jak i dla innych kultur;
d) przygotowanie dziecka do odpowiedzialnego życia w wolnym społeczeństwie, w duchu zrozumienia, pokoju, tolerancji, równości płci oraz przyjaźni pomiędzy wszystkimi narodami, grupami etnicznymi, narodowymi i religijnymi oraz osobami rdzennego pochodzenia;
e) rozwijanie w dziecku poszanowania środowiska naturalnego.

Straszne nudy, a do tego niezrozumiałe. Na szczęście zwłaszcza dla dzieci.

Ludzka godność dziecka”? Co to w ogóle jest? W szkole dziecko jest uczniem, a w szkole musi panować właściwa uczniom, a nie dzieciom dyscyplina, to chyba oczywiste.
Gdyby nie było to jasne, zawsze można sięgnąć po odpowiednią lekturę.


Wydana pod patronatem Rzecznika Praw Dziecka z okazji dwudziestopięciolecia Konwencji o Prawach Dziecka książka „Moje prawa - ważna sprawa!” to kwintesencja takiego podejścia.

Jedna z historii (rozdziałów jest 16, każdy dotyczy innego artykułu Konwencji i innego prawa dziecka) poświęcona jest narzekającemu na szkołę Przemkowi. Przemek, dziecko w wieku nieokreślonym (sądząc jednak z tytułu jego lektury – dziewięcio- lub dziesięciolatek), nie miał dobrego dnia w szkole.

Nogi już niosły Przemka do domu, ale jemu wydawało się, że nadal jest w szkole, stoi w ławce, a pani czepia się go i strofuje przy całej klasie:
- Nie przeczytałeś lektury, a przecież miałeś na to cały miesiąc? Co masz na swoje usprawiedliwienie?
Przemek wzruszył ramionami i zwiesił głowę. Wtedy ktoś z końca klasy szepnął, ale na tyle głośno, by wszyscy usłyszeli:
- No bo Przemuś nie potrafi jeszcze czytać.
Śmiech przetoczył się przez salę. Pani skarciła dowcipnisia, a do Przemka powiedziała:
- Stawiam ci jedynkę. Jednak na tym nie koniec. Poprawiłam wasze wczorajsze dyktanda i twoje wypadło najgorzej. Zrobiłeś mnóstwo błędów. Tak więc zarobiłeś dzisiaj dwie jedynki za jednym zamachem.
- Oj, to z pisaniem u naszego orła też cieniutko – rozległo się gdzieś z tylnych ławek.
Pani uspokoiła klasę i patrząc na Przemka z przyganą, dodała, że w tej sytuacji z pozytywną oceną na półrocze mogą być kłopoty.

Pomyślmy teraz cóż tutaj mamy?

Dobrze pojętą troskę o rozwijanie w jak najpełniejszym zakresie osobowości, talentów oraz zdolności umysłowych i fizycznych dziecka? Dbanie o szkolną dyscyplinę? Poszanowanie ludzkiej godności dziecka?

A może przeciwnie? Wyśmiewanie, napiętnowywanie na klasowym forum? Zabijanie motywacji do nauki? Brak jakiejkolwiek empatii? Poniżanie? Straszenie? Zachęcanie do agresji?

Na szczęście wątpiący w dalszej części opowiadania znajdą gotową odpowiedź, wygłoszoną ustami dziadka, któremu Przemek żali się po przyjściu do domu (pewnie, głupi dzieciak, oczekuje wsparcia w domu), pytając „I po co się tyle mówi o prawach dziecka? (…) Niby mam tyle praw, a potem dostaję dwie jedynki na jednej lekcji, uwagę w dzienniczku na drugiej a telefon jest do odebrania u dyrektora!”.

Mądry dziadek (wiadomo, starszy to mądry, młody to jeszcze głupi) nie może się „nadziwić tym wszystkim pretensjom.
Myślę, że sam sobie nawarzyłeś tego piwa. A jeśli chodzi o te wasze prawa, to za moich czasów nikomu nawet się o nich nie śniło. W szkole różne kary były na porządku dziennym. Zazwyczaj bito nas linijką po dłoni. (…) Jeszcze gorsza była chłosta kijem albo trzciną na wypiętą pupę. Jeśli ktoś coś zbroił, to musiał położyć się na ławce lub krześle, a nauczyciel wymierzał mu karę. (…) I nie daj Boże, żeby poskarżyć się w domu, bo rodzice uważali, że jak nauczyciel zbił, to widocznie miał powody i ojciec jeszcze łapał za pas, żeby poprawić.
A żeby Przemek zrozumiał jeszcze jak złe jest gadanie na lekcji, dziadek wspomina:
Cisza była jak makiem zasiał. (…) Każdy uczeń musiał mieć ze sobą patyczek o długości mniej więcej ołówka i jak w klasie zapanowało jakieś poruszenie, nauczyciel kazał trzymać te patyczki w ustach. Podczas odpowiedzi kijki wyjmowano z buzi, a po skończeniu wkładano je tam na powrót. Sposób prosty a skuteczny. Taką mieliśmy, wnusiu, w szkole dyscyplinę i z godnością niewiele to miało wspólnego. A ty mi tu narzekasz, że zabrali ci na chwilę telefon albo że dostałeś zły stopień, bo się nie przyłożyłeś do nauki?

No. Szybko, prosto i rzeczowo. Lekcja poglądowa jak skutecznie wybijać dzieciom z głów fanaberie o jakichś ich prawach. I jakżeż przy tym skutecznie!
Przemek bowiem, wysłuchawszy z uwagą dziadka, dochodzi do wniosku, że „za nic w świecie nie chciałby chodzić do szkoły, w której uczył się dziadek.
To ja już wolę moją. Jak się tak zastanowić, to ona wcale nie jest zła – pomyślał i pobiegł do swojego pokoju czytać lekturę o najfajniejszej szkole pod słońcem, czyli o Akademii Pana Kleksa.

W pozostałych piętnastu rozdziałach schemat pozostaje mniej więcej taki sam: mądry dorosły naucza głupiutkie dziecko o jego prawach. Ono zaś, po spiciu słów z jego ust, nie ma już żadnych pytań.

Idealna nowoczesna lektura szkolna dla postępowych nauczycieli. Można zamknąć usta rodzicom narzekającym na starocie typu „O krasnoludkach i sierotce Marysi”, pokazać, że jest się światłym i dbającym o prawa ucznia, naszych milusińskich, a zarazem pozostać w sferze betonu. Zbrojonego.

fragment scenariusza apelu
źródło zdjęcia i link do dyskusji
Sięgnęłam po tę książkę, zainspirowana wpisem na fb Budzącej się szkoły, poświęconym apelowi, jaki miał się odbyć w jednej ze szkół podstawowych w Pabianicach.
Nauczyciele (sądząc z wymiany zdań na fb – 2 nauczycielki) uznały, że lepiej od dzieci wiedzą jaki ma być scenariusz apelu. Przygotowały gotowca, które dzieci miały po prostu odczytać (a reszta z uwagą wysłuchać).

W szkole nie mamy do czynienia z dzieckiem, ale z uczniem.”
„Jest oczywiste, że uczeń i nauczyciel nie mają równych praw.

To dwa najbardziej bulwersujące mnie zdania. I nie, wcale nie mam ochoty przeczytać całego scenariusza; za bardzo boję się, że mogłaby trafić mnie apopleksja.

To nie przypadek. Taki mamy teraz klimat, nie tylko w tej szkole, jak napisała jedna z matek, ale w całym odgórnie narzucanym (od lat) myśleniu o tym czym jest i być powinna polska oświata.

Dlatego tak ważny jest głos rodziców. Choćby mieli oni być wołającymi na puszczy (wiem, co piszę, w miniony piątek wołałam na jednej z wywiadówek, a odpowiadało mi echo).
Nie zgadzajcie się na to.
Nie pozwólcie, by zmuszano do tego Wasze dzieci.

I, jak rany, nie czytajcie tej książki! To może grozić śmiercią lub kalectwem!

Anna Czerwińska-Rydel, Renata Piątkowska „Moje prawa - ważna sprawa!”, ilustracje Kasia Kołodziej. Wydawnictwo Literatura, Łódź 2015.

PS. Na szczęście znam inną książkę poświęconą tej samej tematyce, znakomitą. Jeśli PT Czytelnicy wyrażą takie życzenie, chętnie o niej napiszę:) 

niedziela, 19 listopada 2017

M.Chmielewska "Dobro jako choroba zakaźna", czyli na Światowy Dzień Ubogich i każdy kolejny dzień

Dzisiaj kościół rzymskokatolicki obchodził Światowy Dzień Ubogich, ustanowiony ledwie w tym roku przez papieża Franciszka. Dzień, który wedle słów papieża ma pomóc wspólnotom i każdemu ochrzczonemu w refleksji nad tym, że ubóstwo znajduje się w samym centrum Ewangelii oraz nad faktem, że dopóki Łazarz leży u drzwi naszego domu, nie może być sprawiedliwości ani też pokoju społecznego.
W mojej parafii dzień ten przemknął bez echa. Znalazło się bowiem szereg tematów ważniejszych niż skupianie się na tych, którzy i tak nie wesprą finansowo budowy nowej świątyni ku czci Pana.

Aby pochylać się nad ubogimi, nie trzeba być ochrzczonym. Przeciwnie, wydaje się, że w naszym kraju chrzest może stanowić przeszkodę, gdyż często powoduje skutki uboczne w postaci usztywnienia kręgosłupa w stopniu uniemożliwiającym jakiekolwiek pochylanie się.
Nierzadko zdarza się, że ochrzczeni uważają się za lepszych i wywyższonych (to nasza religia jest jedyną słuszną, tylko my wiemy jak należy postępować); sądzą, że nie muszą dzielić się z innymi a zamiast tego mogą dzielić innych. Na lepszych i gorszych. Do tych pierwszych zaliczają siebie, rzecz jasna, zaś do drugich tych, którym z jakichś względów się nie udało i trafili na margines życia. Mogą to być bezdomni, alkoholicy, narkomani, ale też niepełnosprawni, chorzy psychicznie czy osoby, które straciły dach nad głową i teraz próbują zbudować swoje życie w innym miejscu. Słowo „uchodźca” stygmatyzuje, „bezdomny” – wyklucza. A tymczasem, według zamysłu papieża Franciszka, dzisiejszy dzień „powinien zwrócić uwagę wierzących, aby przeciwstawili się kulturze odrzucenia i marnotrawstwa, a uczynili kulturę spotkania swoim stylem życia. (…) Bóg stworzył niebo i ziemię dla wszystkich, niestety ludzie wznieśli granice, mury i ogrodzenia, zdradzając pierwotny zamysł i dar przeznaczony dla ludzkości, z której nikt nie miał być wykluczony”.

Można by w tym miejscu załamać ręce i popomstować trochę na „onych”, którzy mieniąc się jedynie mądrymi głosicielami boskich prawd, w rzeczywistości w ogóle się do nich nie stosują.
Można, tylko po co. Czy to zmieni coś na lepsze? Raczej nie, a jeśli nie, czyż nie lepiej zabrać się po prostu do roboty?
To trudne, owszem. Trzeba wyjść z ciepłego domu, rozejrzeć się wokół, przełamać lęk a niekiedy obrzydzenie. Posłuchać drugiego człowieka, a nie tylko wsłuchać się w swój, niezwykle z siebie zadowolony, wewnętrzny głos.

W dzisiejszym świecie często bycie dobrym jest nieoczywiste. Wydaje nam się, że jeśli wrzucimy pieniążek do puszki z takim czy innym logo, możemy odejść w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Przyznajemy sobie prawo do oceniania innych, nie czując jednocześnie potrzeby ich wysłuchiwania. Uważamy, że jeśli mamy już komuś pomóc (oczywiście tylko temu, którego uznamy za godnego naszej pomocy), to wyłącznie na naszych warunkach.
Tylko nieliczni od razu wiedzą, że to droga donikąd. Inni, do których ja także się zaliczam, żeby to zrozumieć, muszą wykonać naprawdę olbrzymią pracę.
Aby nie wyważać otwartych drzwi, dobrze jest czasem w takiej sytuacji posłuchać innych, którzy przed nami taką drogę przeszli.

siostra Małgorzata Chmielewska
źródło zdjęcia
Jedną z takich osób jest niewątpliwie siostra Małgorzata Chmielewska, przełożona wspólnoty „Chleb życia”, prowadzącej domy dla bezdomnych, chorych, samotnych matek oraz noclegownie dla kobiet i mężczyzn. Żyjąca razem ze swoimi podopiecznymi, nie obok nich. Osoba nietuzinkowa i odważna.


„Dobro jako choroba zakaźna” to książkowa wersja prowadzonego przez siostrę Małgorzatę bloga (można go poczytać tutaj). Z okładki dowiedziałam się, że już druga. Poprzednia – „Cerowanie świata” – obejmowała zapiski z lat 2009-2011; ta zajmuje się kolejnym okresem, przypadającym na lata 2012-2014.

Siostra Chmielewska pisze o codzienności. Swojej, swoich ubogich podopiecznych, z którymi mieszka w Zochcinie, swoich przyjaciół i współpracowników. Dzieli się tym co osobiste, ale nawiązuje także do wydarzeń publicznych. Pisze prostym, niekiedy dosadnym językiem. Nie owija w bawełnę. Dobro jest dobrem, zło złem.
Pisząc o codzienności najbiedniejszych, o ich problemach, siostra Małgorzata stawia wyzwanie lenistwu zadowolonego z siebie czytelnika. Mieszkając w większym mieście, nie mając większych problemów z utrzymaniem rodziny, radząc sobie (raz lepiej, raz gorzej) z wyzwaniami jakie stawia codzienność, łatwo popaść w przekonanie, że wszyscy tak mają, a jeśli nie mają, to dlatego, że zbyt mało się starają.
Tymczasem to zupełnie nie tak.

11 września 2013, cztery lata temu, siostra Chmielewska zanotowała:

Wysyp kontroli, jak zwykle jesienią. Wszystkie służby powróciły z wakacji i służą uprzejmie kontrolą. Rytuał coroczny. Warszawscy urzędnicy wymyślili nowe badania, oczywiście przy pomocy firmy zewnętrznej (…); wszystko po to, żeby stworzyć system. System mający skomputeryzować miłosierdzie i zapobiec ekscesom w rodzaju zjedzenia dwóch obiadów przez bezdomnego w jadłodajni. To będzie ekstra! Już nie będziemy musieli patrzeć w oczy ubogiemu.
Będziemy patrzeć na ekran monitora. Jaka ulga! Pozostaje jeszcze podzielić społeczeństwo na kategorie i każdego zaczipować. Przejście z jednej kategorii do drugiej nie będzie możliwe, bo system się zawiesi. Zamiast rozmowy z uczniem – klik w komputer i wyskakuje informacja o dzieciaku oraz instrukcja dla nauczyciela, wyliczona według odpowiedniego algorytmu. Zamiast rozmowy z człowiekiem bezdomnym, wpisujemy jego dane i system wyrzuca nam rokowania na powrót do społeczeństwa, instrukcję postępowania lub – jeśli algorytm pokaże szanse zerowe – skrzekliwym głosem wyda nakaz: zostawić na mrozie, brak szans na poprawę.
Czy mam zbyt bujną wyobraźnię? Oby. Ale nasza potrzeba bezpieczeństwa i skatalogowania życia oraz prostych recept na cierpienie i trud powoli popychają nas w tym kierunku. Niezauważalnie. No i oczywiście wszystko musi mieć swoją cenę. Nazywa się to standaryzacją usług. Kiedyś nazywało się to wychowaniem, pomocą bliźniemu, leczeniem. Teraz mamy usługi. Czy zmiana nazwy nie wskazuje na zmianę mentalności? Przychodzi klient i otrzymuje usługę. W pomocy społecznej tak właśnie nazywa się ludzi, których się wspiera. Klientami. Łatwiej przecież wyrzucić klienta niż bliźniego za drzwi. A co jeśli ktoś wciśnie przy naszym nazwisku „delete”? Oby to nie był Święty Piotr.

Cztery lata to kawał czasu. Można było wyciągnąć wnioski. Zostały wyciągnięte niewątpliwie; mam wrażenie, że system staje się coraz doskonalszy, zaś człowiek, pardon, klient, który korzysta z jego usług, coraz mniej ważny.

20 września 2014. Słowa pisane trzy lata temu, dziś brzmią niemal proroczo.

Rozmowa z młodą dziewczyną, wykształconą, inteligentną. Na temat możliwości obejścia wysokich składek ubezpieczeniowych. Poprzez KRUS. To znaczy przez zakup działki i płacenia w KRUS-ie zamiast w ZUS-ie. Nie chodziło o techniczne możliwości. Raczej o zasady. Moralne zasady. Są dwie szkoły: mam swoje zasady moralne, swój kodeks przyzwoitości, w których ramach stosuję prawo, a druga: to, co jest dozwolone prawem, jest moralne, przyzwoite. Druga opcja jest niestety groźna. W końcu każdy totalitaryzm na tym właśnie się opiera: prawo stanowione przez ludzi jest wyznacznikiem tego, co dobre i co złe. Wystarczy się podporządkować i problemy etyczne z główki.
Główkę się jednak szybko traci. Duszę można też, przy okazji. Można jeszcze szukać w tym prawie dziur i lawirować. I znowu: dla korzyści własnych lub dobra wspólnego, jeśli prawo jest głupie i szkodliwe. Tylko jaki drogowskaz ma nam podpowiedzieć, kiedy w dziurę wpadać należy, a kiedy się nie godzi? Niestety nasze życie zaczyna być coraz bardziej omotane prawem. W imię wolności oczywiście. Przepisy zastępują ludzkie relacje i zdrowy rozsądek. Ich twórcy kierują się różnymi względami, nie zawsze czystym dobrem tych, którzy będą się musieli im podporządkować. Często interesem silniejszych albo po prostu dają upust radosnej twórczości.
(…) Bycie porządnym człowiekiem to ciężka praca. I czasem boli. Bycie wiernym zasadom kosztuje.

Nieco wcześniej, bo 30 maja 2014 siostra Chmielewska zauważa:
Marzymy o wielkich dziełach. Wspaniałych budowlach, a utykamy nosem w drobiazgach i zostawiamy brudne naczynia komuś do zmywania. Marzymy o pokoju, a kłócimy się o szczegóły. Marzymy o pięknie, a rzucamy papier na ulicę. Marzymy o miłości, a skąpimy jej najbliższym. Marzymy o wolności, a pozwalamy się wodzić za nos głupocie. Marzymy o sprawiedliwości, a słabemu rzucamy resztki ze stołu. Marzymy o przebaczeniu i miłosierdziu, ale tylko dla swoich. Marzymy o bohaterstwie, a odwracamy się od cierpiącego wzywającego milczeniem ratunku. Szukamy wielkich duchowych przeżyć i świateł, zostawiając w samotności Boga – Człowieka w skromnym kawałku chleba.”

Takie proste. Takie banalne. Być może dlatego takie niepopularne.

I wreszcie wpis z 8 czerwca 2013 roku, zatytułowany „Co mamy i komu to zawdzięczamy”. Idealne myśli przewodnie na dzisiejszy dzień.

Wczoraj miałam chwilę ciszy w samochodzie i przyszło mi do głowy, ile zawdzięczam innym. Tu i teraz. To, co uważam za przeszkodę, za ciężar, za tak zwaną karę boską lub ograniczenie – w rzeczywistości jest źródłem. Słabość moja i innych, ustawiczne braki: czasu, kasy, siły, ciszy, spokoju (nie zawsze świętego). I zamiast stale tęsknić za tym, żeby było wreszcie dobrze, wystarczy stwierdzić, że dobrze już jest, ale może być lepiej.
Gdybym nie siedziała na końcu świata z kilkunastoma ludźmi, których życie jest na końcu listy ułożonej przez ten świat, gdybym nie miała za kumpla Artura, całkowicie zależnego od innych, którego obecność nie pozwala na robienie tego, co by się niby chciało, bo trzeba się dostosować do jego rytmu i potrzeb…, to nie pisałabym pewnie tego bloga, nie widziałabym tego, co widzę, i zapewne byłabym o wiele gorsza i głupsza. I nieszczęśliwa.
Trzeba umieć zakwitnąć tam, gdzie nas posadzą, powiedziała mi kiedyś stara zakonnica.”

Trzeba umieć. A wszystkiego można się nauczyć, o ile się chce.

S. Małgorzata Chmielewska „Dobro jako choroba zakaźna”. Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 2016.

Dla tych, którzy chcą się nauczyć, podpowiedź gdzie odbywają się ćwiczenia praktyczne.

Ci ze Szczecina mogą spróbować wziąć udział w Pierwszym Szczecińskim Tygodniu Ubogich. Szczegóły tutaj.
Ze swojej strony mogę dodać, że wiadomym jest mi z urzędu (my prawnicy lubimy to sformułowanie), że Stowarzyszenie Feniks, które prowadzi schronisko przy ulicy Zamkniętej 5 w Szczecinie, robi naprawdę dobrą robotę, wspierając tych, od których odwracają się wszyscy inni.

Ci ze świata, mogą wziąć udział w Robótce. To już ósma edycja – wiwat Kaczka i Bebe! To wiele nie kosztuje, tyle co znaczek na list. Ale to samo dobro, uwierzcie!

niedziela, 12 listopada 2017

M. Wójcik "Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu", czyli dlaczego nie pożądam tej książki

Nie czytałam żadnej rozmowy z Marcinem Wójcikiem, nie uczestniczyłam w żadnym jego spotkaniu autorskim, nie obejrzałam w internecie żadnego zapisu spotkania z jego udziałem. Nie mam więc pojęcia po co napisał tę książkę.


Wiedza ta nie byłaby mi do niczego potrzebna, gdybym po lekturze miała choćby cień przypuszczenia czemu to wszystko miało służyć.
Po co autor spotykał się z ludźmi (ksiądz też człowiek), wydobywając z nich intymne zwierzenia. Po co poświęcił tyle czasu na spisanie ich wyznań, nadanie im zgrabnej formy. Po co wydawca zainwestował w tę książkę swoje środki (ok, wydawcą jest Agora, więc pewnie parę spiskowych teorii uda się dorobić). Po co wreszcie ktoś owe dzieło kupił (na szczęście nie byłam to ja, tym razem skorzystałam z dobrodziejstwa jakim jest darmowy dostęp do publicznej biblioteki).

Bo po co ja to przeczytałam, wiem. Z grzesznej ciekawości mianowicie.
Przeczytałam, krzywiąc się niemiłosiernie, im dalej w lekturze, tym bardziej, po czym zaczęłam się zastanawiać o czym to właściwie. I po co mi to było.

Marcin Wójcik
źródło zdjęcia

Wójcik był klerykiem, tego się dowiedziałam. Oznacza to, że temat zna niejako od podszewki. Być może dzięki temu miał większe możliwości dotarcia do rozmówców. Być może dzięki temu wiedział, gdzie w ogóle ich szukać. Ale dzięki temu wcale nie udało mu się napisać czegoś przekonywującego i spójnego.

„Celibat” to zbiór luźno ze sobą powiązanych opowieści, z księżmi w rolach głównych. Podtytuł – „opowieści o miłości i pożądaniu” – powinien w zasadzie już na wstępie pozbawić czytającego  jakichkolwiek wątpliwości.
Nie należy spodziewać się teologicznych dysput na temat tego czym jest celibat i czemu służy. Dowiemy się natomiast, że po sześciu latach studiów również sami klerycy nie mają na ten temat pogłębionej wiedzy – w tekście „Intymny dziennik kleryka” jeden z nich zastanawia się dlaczego nikt nie rozmawia z nimi o seksualności. Z kolei inny odnotowuje, że na szóstym roku znajduje się czas na zajęcia praktyczne z całkiem innej dziedziny („uczymy się jak odprawiać mszę, na jaką wysokość rozkładać ręce i co zrobić, jeśli przy ołtarzu dopadną nas problemy żołądkowe”).


Lektura „Celibatu” pozostawia czytelnika z wrażeniem, że istota życia księży skupia się niemal wyłącznie wokół sfery wokołoseksualnej. Jeśli nie hetero, to homo, nieważne jaki, ważne, że seks. I choć nie przypuszczam, aby autor którąkolwiek z opowiedzianych historii zmyślił (przeciwnie, zakładam, że wszystkie są – niestety – prawdziwe, a jeśli ktoś podkoloryzował, to raczej rozmówcy Wójcika niż sam Wójcik), to jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wszystkie one nie składają się na żadną całość. Bo tak jak moje życie nie składa się wyłącznie z seksu, tak i życie duchownych nie tylko wokół niego się kręci.

Czy zamiarem autora było zdemaskowanie kościelnej hipokryzji? Pokazanie biskupów, zezwalających księżom na prowadzenie podwójnego życia, a zarazem odmawiających ofiarom seksualnych nadużyć jakiejkolwiek pomocy? Opowiedzenie o cynicznych księżach, rozbijających rodziny i szastających pieniędzmi? Spowodowanie, że ludziom otworzą się oczy?
Jeśli tak, nie wróżę sukcesu. Bo nie jest nim raczej przekonanie już przekonanych. Inni po książkę albo w ogóle nie sięgną (w końcu dobrze wiedzą czego należy się spodziewać po czymś firmowanym logo Agory), albo przeczytają i pozostaną z absmakiem, jak ja. Bo w 2017 roku nie odkrywa już ona Ameryki, nie oszukujmy się. O tym, że moralna kondycja katolickiego duchowieństwa nie jest najlepsza, wiadomo od pewnego czasu. Mnożą się doniesienia o nadużyciach czy wręcz przestępstwach, w tym także na tle seksualnym. Sposób rozwiązywania tych problemów jest niewątpliwie, oględnie mówiąc, niewystarczający. Jest tu więc spore pole do popisu, także dla reportera. Można by też pogłębić, zarysowany w jednym czy dwóch tekstach, temat niedojrzałości większości kandydatów na księży i tego w jaki sposób seminaryjna formacja tylko tę niedojrzałość umacnia. Ciekawe byłoby też skupienie się na tym, kim są partnerki (lub partnerzy) księży. Wszystkie te tematy Wójcik zarysowuje, jednak boi się postawić kolejnego kroku, w każdym razie ja odniosłam takie wrażenie. Ani na chwilę nie wyłania się zza pleców swoich bohaterów, nie opatruje ich opowieści jakimkolwiek komentarzem. To jego wybór, do którego jako autor ma pełne prawo. Być może jednak dlatego jego książka ostatecznie nie wypada przekonywująco, jest letnia, takie ni to, ni sio.

Być może jest to książka dla księży, byłych księży i przyszłych księży, nie wiem. Być może tylko oni potrzebują nazwania tego, o czym większość wie, choć nie mówi o tym głośno. Może im potrzebne jest przeczytanie kilku szokujących historii, okraszonych paroma „mądrościami” (jak w najnudniejszym – celowo? – rozdziale „Uwiąd rdzenia”, zawierającym swego rodzaju rys historyczny dotyczący celibatu lub w tekście „Większa miłość” złożonym niemal wyłącznie z wypowiedzi seksuologów), wgląd w to, jak odchodzenie od przestrzegania celibatu się zaczyna i jak może się skończyć. Każdy z nich znajdzie coś dla siebie – są tu historie o księżach, którzy odeszli z kapłaństwa, bo się zakochali i potem dobrze/źle* (*niepotrzebne skreślić) skończyli, jak również o takich, którzy nie odeszli i nie odejdą, ale nie dlatego, że wierzą w celibat, tylko dlatego, że takie odejście nie jest im do niczego potrzebne. Pokazana jest perspektywa zakochanej kobiety, ale także ofiary księżowskiego molestowania. Ba! Jest nawet, choć jakiś taki cichy, głos księdza wierzącego w celibat i starającego się go dochować. I wreszcie na koniec, waląca po łbie niedomyślnego czytelnika, puenta w postaci opowieści o tym, że zniesienie celibatu wcale nie oznacza końca problemów, a raczej tylko otwarcie worka z nowymi.

Tak, autor naprawdę się postarał. Tylko nadal nie wiem po co. Skończyłam czytać, przepłukałam usta, bo owszem, momentami zbierała się w nich gorycz, i jestem, znów nówka sztuka. Dajcie mi następną książkę, chętnie przeczytam.

A tymczasem, dziesięć lat temu w tym samym kraju ukazał się zbiór reportaży Wojciecha Tochmana „Wściekły pies” (pisałam o nim tutaj, choć skupiałam się wówczas na całkiem czym innym). Okładka jednej i drugiej książki jakby podobna, niestety nie zawsze inspiracje formą idą w parze z inspiracją jakością.

źródło zdjęcia

Tak bowiem jak okładka „Wściekłego psa” jest autorskim pomysłem grafika, Jakuba de Barbaro, podczas gdy okładka „Celibatu” bazuje na zdjęciu wziętym z banku gotowych zdjęć, tak tekst Tochmana  - tytułowy „Wściekły pies”, jeden z kilku tylko reportaży w zbiorze - jest czymś więcej niż tylko zgrabną historią, dobrze pasującą do banku opowieści. Niewygłoszona nigdy, zajmująca niewiele ponad dwadzieścia stron druku, homilia homoseksualnego księdza zakażonego wirusem HIV robi większe wrażenie i skłania ku głębszej refleksji niż blisko trzysta stronic tekstów Wójcika. U Tochmana jest życie, z jego niejednoznacznością, są wybory, dramaty, jest cierpienie. U Wójcika niby też, a jednak jakieś mniej przekonywujące. Jak gdyby autor wiedział, co chce napisać, ale jednak cofnął się wpół słowa.
Można, jasne. To bardzo wygodne i bezpieczne.

Ja jednak sięgnę po kolejną książkę Marcina Wójcika, poświęconą tematom okołokościelnym, dopiero wówczas, gdy będę pewna, że autor wyszedł już z własnej strefy bezpieczeństwa.  

Marcin Wójcik „Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu”. Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017.