środa, 17 lipca 2019

Książki na wakacje, czyli na pomoc ginącemu czytelnikowi!


Przygotowuję się do wakacyjnego wyjazdu. Pal sześć ciuchy, buty, wałówkę. Książki! Jakie wziąć książki?!

Na domowych półkach setki (to nie hiperbola, to gorzka prawda) nieprzeczytanych pozycji. Krążę wokół nich, oglądam, odkładam. Ta za poważna, ta za głupia, ta nie pasuje do wakacyjnego nastroju. O ta, może ta?


Nie bez sensu, za gruba. Czytać jedną grubą książkę przez większość urlopu? Też coś!

Zaglądam do bibliotecznego katalogu. Mam 3 karty (wyrobiłam dla siebie i dzieci), na każdej 7 miejsc. 21 książek. Starczy, nie starczy. Po co tyle wozić, cztery-pięć najwyżej. Ale na których pięć się zdecydować? Jakieś mam już wypożyczone, ale czy trafią w swój czas?


Mąż podbija stawkę. Też chce coś do czytania. Nie wie co, ale ma być fajne. Nie ma czasu się zastanawiać, przed urlopem pracuje do późna. Jak mu nie pomóc? W sumie dobrze się składa, jeśli wezmę pięć książek dla niego i pięć dla siebie, razem będzie 10, powinno wystarczyć. Tylko które wybrać?


Dziś ostatnia szansa, by coś jeszcze zamówić przez internet. Do lokalnej księgarni nie pojadę, kręgosłup mnie uziemił. Złożoną samej sobie obietnicę, że ograniczę się do zamawiania maksymalnie jednej paczki na 2 miesiące, unieważniłam natychmiast po jej złożeniu. Wrzucam do wirtualnego koszyka kolejne pozycje, po czym natychmiast je odklikuję. Ta bez sensu, ta jest w bibliotece, może ta? Składam zamówienie, po czym natychmiast przypominam sobie, że zapomniałam o dwóch książkach, które muszę mieć teraz, zaraz, bo pęknę.

Kurier dostarczył z rana zamówione kilka dni temu książki. Do księgarni już w zasadzie nie chodzę. Na moim osiedlu nie ma żadnej, pewnie by się nawet nie utrzymała. Do miasta jeżdżę dość rzadko. Książki sprowadzam przez Internet, bo na półkach zazwyczaj nie ma tego, co chcę. (…) Lubię odbierać takie duże paczki. Rozcinam ją nożem w kuchni, oglądam każdą książkę z osobna, cieszę się jak dziecko. A potem przytulając do piersi, niosę na górę i jeszcze raz przeglądam.
Nie mam złudzeń – choć czytam codziennie, większość z moich książek nigdy nie zostanie przeczytana. Nie zdążę. Musiałabym nie mieć innych zajęć, prac domowych i zawodowych, wyjazdów, obowiązków rodzinnych i społecznych. Dlaczego je więc kupuję, skoro z góry wiem, jaki los je czeka? Może to nadzieja, że jednak oszukam czas? Może chęć, aby mieć je obok i zawsze móc sięgnąć? Szacunek dla czyjegoś wysiłku? A może to po prostu głód narkomana, który zawsze chce mieć przy sobie działkę? Wiele z nich jest mi też potrzebnych do pracy. Co za wspaniały pretekst!
Zagospodarowywałam dziś nową półkę w gabinecie. Nadzieja szybko prysła. Zapełniła się natychmiast książkami, które narosły na regale powciskane jedne na drugie. Zrobił się trochę porządku. Na krótko.

Ilekroć trafiam na tego rodzaju cytaty, uspokajam się. Nie jestem wariatką, jest nas przecież więcej. Więcej wariatów???

Nie wiem na czym to polega. Jestem przecież racjonalnie myślącą, inteligentną kobietą, starającą się walczyć z nadmiarem, nie tylko kilogramów. Jeśli to genetyczne, to odziedziczyłam z defektem. Moja babcia wprawdzie książek miała kilka tysięcy, ale każdą kupioną natychmiast czytała. Niektóre nawet więcej niż raz. Tylko co ona wtedy, biedaczka, zabierała ze sobą na wakacje? Może Rodziewiczównę, tę mogła czytać w kółko. Nie chcę Rodziewiczówny, nie ma mowy.

Zatem.
Iść w kryminały czy prozę kobiecą?



A może reportaż?


Coś pożyczonego od znajomych, co wypadałoby wreszcie oddać?


Nadrobić braki we współczesnej literaturze polskiej czy niemieckiej?



Niezłym pomysłem byłyby też powieści dla młodszych czytelników, może przy okazji zachęciłabym do czytania któreś z dzieci?


Fantastyka, zapomniałam o fantastyce. Takiej lżejszej raczej, przecież Lema nie wezmę.


No i rozwój duchowy. Samodoskonalenie. Parę mądrych słów od mądrych osób, rady na życie. W wakacje też przydatne, może lepiej mi wejdą?


Książki o zwierzętach. Sytuacja wymaga, bym którąś przeczytała.


W sumie te też powinnam. I w zasadzie chciałabym...


I – rany! – gazety! Wszędzie stosy gazet.
Dziesiątki niedoczytanych „Polityk” i „Tygodników Powszechnych”, kilka zaległych „Rymsów” i „Dużych Formatów”. 


Parę magazynów, zostawionych na moment, gdy będzie więcej czasu na ich lekturę.


Miotam się, wybieram, odkładam. Ciągle nie wiem czy dobrze zdecydowałam. Niech mnie ktoś walnie w łeb, żebym nie musiała nigdzie jechać, ratunku!

Jak nigdy, dziś rozumiem dlaczego Polacy nie czytają. Życie jest wtedy dużo prostsze, a wakacje wolne od trosk.

Zamieszczony w poście cytat pochodzi z książki Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk „Kalendarze”. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

Na wszystkich zdjęciach (poza zdjęciem "Kalendarzy") książki, które chciałbym spakować do walizki. Wszelkie uwagi, sugestie, kategoryczne żądania mile widziane. Dziesięć, pamiętajcie tylko 10 książek!

wtorek, 9 kwietnia 2019

Dość długa bajka o tym, dlaczego popieram strajk nauczycieli, mimo że najchętniej część z nich wysłałabym na Marsa


(albo na Plutona, który podobno nie jest planetą, ale mnie nauczyciele uczyli, że jest, dlatego bym ich na niego wysłała, a poza tym jest dalej od Marsa)

źródło zdjęcia
Wcale nie dawno temu, ale teraz, nie za górami i lasami, ale w Szczecinie, żyje sobie Momarta.

Momarta dotychczas żyła modelowo. Mąż, domek opodal lasu (wprawdzie nie na kurzej łapce, ale za to na kredyt), dwójka zdrowych dzieci (Starszy i Młodszy), kariera w rozkwicie, rozmiar ubrań ten sam od 20 lat. 
W domku opodal lasu wszystko przebiegało zatem harmonijnie, a przez jego okna (o ile akurat zostały umyte, co niestety nie zdarzało się częściej niż 2 razy w roku) biła, opromieniając okolicę i świat cały, aura ogólnej szczęśliwości.

Dzieci rosły, a co za tym idzie, zaczęły uczęszczać do przedszkoli i szkół. Raz było lepiej, raz gorzej, jednak Momarta zawsze trzymała rękę na pulsie. Śledziła najnowsze rodzicielskie trendy, od czytania nocami mądrej literatury niszczyła wzrok, nie ustawała w wysiłkach, by uczestniczyć we wszystkich mądrych warsztatach, spotkaniach czy odczytach. A wszystko po to, by wspomniana wcześniej aura biła blaskiem coraz większym i jaśniejszym (bo przecież te okna tylko dwa razy do roku).

Zatem. Skoro Starszy, rocznik 2005, miał być według zapewnień Ministerstwa Edukacji Narodowej na-pewno-ostatnim-rocznikiem-który-nie-będzie-musiał-pójść-do-szkoły-w-wieku-6-lat-ale-w-przyszłym-roku-to-będzie-płacz-tłok-i-zgrzytanie-zębów-podwójnego-rocznika-więc-my-tam-byśmy-go-posłali-do-szkoły-już-w-tym-roku, Momarta (wespół z mężem, rzecz jasna), zaufawszy, posłali Starszego do szkoły (publicznej) jako sześciolatka.

źródło zdjęcia

Początkowo było ślicznie i lirycznie. Dziecię uczyło się na dywaniku, w życzliwej atmosferze, przez znakomicie do tego przygotowaną nauczycielkę edukacji wczesnoszkolnej, nie przysparzając sobie i rodzicom większych zmartwień. Niestety, gdy ukończyło klasę 3, liryka gwałtownie została zastąpiona szkolną prozą w postaci nauczycieli z piekła rodem, których główne zajęcie sprowadzało się do wykrzykiwania uczniom, że żarty się skończyły (po szczegóły odsyłam do książki Marcina Wichy „Klara. Słowo na Szy”).


Powyższe sprawiło, że Momarta (wspólnie z mężem, rzecz jasna) postanowiła, że Młodszemu należy tego wszystkiego oszczędzić. Skonsultowawszy się z mądrzejszymi i nieprzespawszy stu nocy, posłała Młodszego do szkoły Montessori. Niestety prywatnej, gdyż publicznych szkół montessoriańskich w tym kraju, póki co, nie robią. Momarta miała w związku z tym pewne wątpliwości, gdyż zawsze pilnie uczyła się historii, zwłaszcza najnowszej, co doprowadziło ją do ugruntowanego przekonania, że nigdy w życiu nie chciałaby znaleźć się w getcie. Nawet jeśli miałoby być to getto ludzi bogatych. Dyrekcja szkoły zapewniała ją jednak w gorących słowach, że wprawdzie liczy sobie za czesne 750 złociszów miesięcznie (plus obiady, plus wszystko inne, stawki sprzed 4 lat, pamiętajcie o inflacji i waloryzacji), to jednak dzięki stosowaniu bogatego systemu ulg i zwolnień wśród jej uczniów nie brakuje osób z rodzin mniej zamożnych. Momarta (i jej mąż, rzecz jasna, dalej jako: ijmrj), naiwna, uwierzyła.

źródło zdjęcia

Przez pierwsze dwa lata wszystko przebiegało pomyślnie. Aura szczęśliwości miała się świetnie i przebijała się nawet przez bardzo brudne szyby. Niestety, jak to w bajkach bywa, na horyzoncie wkrótce pojawiły się czarne chmury.

Rok 2017 nie był dobrym rokiem.

Najpierw okazało się, że – a kuku! – ministerstwo dokonało rewizji swych planów i uznało, że rocznik 2005 jest jednak skazany. Nie, nie na sukces, lecz na bycie podwójnym rocznikiem. To przed czym Momarta (ijmrj) chciała uciec, wystawiło znienacka łeb zza brudnych szyb domku opodal lasu.

Aura zawyła boleśnie, jednak planowała walczyć. Niestety, wróg zaszedł ją również od tyłu. Szkoła Montessori, przeniósłszy się do nowej wypasionej siedziby, postanowiła bowiem udoskonalić metodę nauczania, dostosowując ją tak do potrzeb nowoczesnego XXI wieku, jak i cen oraz rozmiarów aut, którymi dowożeni byli do niej jej uczniowie (system ulg i zwolnień słabo się przyjął).
Aura podkuliła ogon i uciekła do pobliskiego lasu (a było zamieszkać w centrum!), zostawiając Starszego, Młodszego oraz Momartę (ijmrj) na pastwę losu.
Los zaś bywa, nie tylko w bajkach, okrutny.

źródło zdjęcia
Przez kolejny rok Momarta (ijmrj) tułała się od lekarza do lekarza, od szpitala do szpitala, próbując zdiagnozować i wyleczyć to jedno, to drugie dziecko. Bóle głowy, bóle brzucha, ogólne osłabienie organizmu, infekcje - jedna za drugą, zapalenia płuc, każde trwające miesiąc (dygresja prawnicza: razy dwoje dzieci równa się dwa miesiące, co już prowadzi do wyczerpania zasiłku opiekuńczego przysługującego na dzieci w wymiarze 60 dni rocznie, a gdzie reszta chorób?). Hospitalizacja tu i tam, diagnostyka taka i owaka. Lekarze, rozkładający ręce i mówiący, że to już wprawdzie ente takie dziecko, które widzą, jednak z medycznego punktu widzenia to oni nie są w stanie postawić diagnozy innej niż chwcmjajchnjmk (w swobodnym tłumaczeniu z lekarskiej łaciny: „ch… wie co mu jest, ale ja ch… nie jestem, może kolega”).
I tak minął cały rok 2018.
Naszedł rok 2019.

źródło zdjęcia
Starszy zobojętniał i zapatyczniał. Nauczyciele z jego szkoły przestali już nawet ukrywać, że nie są w stanie w dwa lata zrealizować programu przewidzianego dotychczas na trzy lata gimnazjum (fuj gimnazjum, fuj!) i zaczęli jawnie sugerować konieczność korzystania z pozalekcyjnego wsparcia, napominając, że bez tego to ciężko będzie dobrze zdać egzamin ósmoklasisty, a co za tym idzie – dostać się do szkoły innej niż branżowa (wiadomo, podwójny rocznik). Starszy zaczął przesiadywać przy biurku godzinami, wpatrując się w ścianę i powtarzając, że jest debilem i idiotą, szczególnie głośno po każdej kolejnej ocenie niedostatecznej (szczegóły tutaj). Zrozpaczona Momarta (ijmrj) postanowiła zorganizować mu korepetycje. Niestety, przy planie lekcji Starszego (zajęcia od 7.10 do 16.30, w porywach do 14.30, patrz tutaj) okazało się, że można wcisnąć mu je tylko w weekendy, co też uczyniono. Wobec faktu, iż miesięczne wydatki z tego tytułu przekroczyły kwotę przekazywaną co miesiąc na konto nowej, lepszej szkoły Młodszego, małżonek Momarty zaczął bywać w domu tylko w weekendy, z uwagi na konieczność zdwojenia wysiłków w celu dostarczenia potrzebnych rodzinie środków utrzymania. Starszy przywykł do tego, że codziennie rano musi łyknąć proszek od bólu głowy, a do już i tak napiętego grafiku dorzucił wizyty u logopedy-specjalisty od jąkania. Aura szczęśliwości, do której jakimś cudem dotarły wieści w tej sprawie, zawyła tylko głośno z oddali, szczęśliwa, że nie musi już brać w tym udziału.

Równolegle Młodszy zaczął chorować intensywniej niż wcześniej. Okazało się, że nie zwizytował jeszcze szeregu oddziałów szpitalnych, toteż rozpoczął nadrabianie braków. Momarta (tym razem samodzielnie) uruchomiła wszystkie znajomości (również w banku), dzięki czemu mogła zapoznać się z przebogatą ofertą świadczeń medycznych tylko teoretycznie refundowanych przez NFZ. W przerwach od korzystania ze świadczeń Młodszy wracał do swojej szkoły, czasem na tydzień, czasem na dwa, po czym spektakularnie rozpoczynał prezentowanie nowej gamy objawów klinicznych. Momarta pomału zaczęła przywykać do tego, że co drugi poniedziałek stawia się w pracy jako zombie (o ile się stawia), zaś personel dziecięcego SOR-u zaczął witać ją (zazwyczaj po ukraińsku) w każdy niedzielny wieczór jak starą znajomą.

I tak żyliby sobie jeszcze być może długo, choć niezupełnie szczęśliwie, gdyby nie nastąpił trach. I krach.

W tym miejscu dygresja, niezbyt bajkowa.
Zgodnie z policyjnymi statystykami (dostęp tutaj), w roku 2017 dwadzieścioro ośmioro dzieci z grupy wiekowej od 7 do 12 lat targnęło się na swoje życie, z czego tylko jedno skutecznie. W grupie wiekowej od 13 do 18 lat takich dzieci było 702 (115 zamachów zakończyło się śmiercią dziecka). W roku 2018 w grupie wiekowej od 7 do 12 lat prób samobójczych było 26, z czego już 5 skutecznych, zaś w grupie wiekowej od 13 do 18 lat – 746, z czego śmiercią dziecka zakończyło się 92.

Psychiatria dziecięca w Polsce przeżywa kryzys. Lawinowo wzrasta liczba dzieci potrzebujących pomocy psychiatrycznej (o czym alarmował m.in. Rzecznik Praw Dziecka – tutaj), zaś maleje liczba dostępnych lekarzy specjalistów i łóżek szpitalnych. W listopadzie 2018 roku działający przy Ministerstwie Zdrowia zespół ds. zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży podał, że według jego ustaleń „rozpowszechnienie zaburzeń psychicznych w populacji dzieci i młodzieży dotyczy około 10%, co oznacza, że w Polsce ponad 600 tys. osób poniżej 18 roku życia wymaga zapewnienia profesjonalnej opieki. Wśród czynników wpływających na rozwój zaburzeń, oprócz czynników biologicznych, genetycznych i epigenetycznych, coraz większe znaczenie odgrywają czynniki rodzinne i społeczno-kulturowe. Na przestrzeni ostatnich lat obserwuje się narastanie częstości zaburzeń zależnych lub częściowo zależnych od uwarunkowań cywilizacyjnych i kulturowych (np. zaburzenia depresyjne, próby samobójcze, samookaleczenia, zaburzenia odżywiania, uzależnienia, zaburzenia związane ze stresem). Szczególnie poważnym problemem są próby samobójcze. Stanowią one w chwili obecnej w Polsce pierwszą przyczynę zgonów w wieku pomiędzy 14 a 19 rokiem życia.” (całe stanowisko zespołu dostępne tutaj).

Wróćmy jednak do naszej bajki.

Momarta (ijmrj) starała się być dobrym rodzicem. Wsłuchiwała się w potrzeby dzieci, starała się nie wywierać na nie nadmiernej presji, próbowała trzymać rękę na pulsie. Być może dlatego zorientowała się, że tonie, dopiero gdy znalazła się na samym dnie. Razem z Młodszym.

źródło zdjęcia

Momarta nigdy nie myślała, że zobaczy to, co zobaczyła i usłyszy to, co usłyszała.

Nie sądziła również, że kiedykolwiek zapragnie, by jej dziecko znalazło się w jakimś bezpiecznym miejscu, najlepiej wyposażonym w pasy i postawnych pielęgniarzy lub pielęgniarki, dzierżących w dłoniach strzykawki z dużą ilością mocnych środków uspokajających. A jednak zapragnęła.

Nie przypuszczała też, że sama będzie potrzebowała fajnych proszków, aby funkcjonować. Zawsze była wszak świadomą i nietracącą kontroli kobietą. A jednak zaczęła potrzebować.

Nigdy nie mów nigdy – to mógłby być morał tej przydługiej bajki, ale jednak nie będzie. I nie tylko dlatego, że jest mało błyskotliwy.

źródło zdjęcia
Momarta bowiem, opróżniwszy duszkiem znalezioną na dnie fiolkę z fajnymi proszkami, chwyciła Młodszego w objęcia w ostatniej chwili, tuż przed ostatecznym atakiem strasznego potwora (w porządnej bajce muszą być wszak potwory).
Potwór gonił ich długo, wykrzykując różne rzeczy i przybierając różne postacie.
Raz był którymś ze szkolnych kolegów i koleżanek Młodszego, wyśmiewającym się z niego stale i systematycznie, dzień po dniu; drugi raz - nauczycielem, nie reagującym na takie sytuacje. Innym razem przybrał postać innego nauczyciela, surowo mówiącego do Młodszego, że jest idiotą, który niczego nie rozumie, ale to nic dziwnego, bo pewnie nocami gra na komputerze, więc dorzuci mu jeszcze więcej zadań do zrobienia, to może zrozumie i wreszcie się nauczy. Kolejny raz był przedstawicielem dyrekcji szkoły, żyjącej w przekonaniu, że jeśli dzieciom trzy lata wcześniej mówiło się, że białe musi być białe, to można teraz, w związku z doraźną potrzebą, pomalować białe na czarno i twierdzić, że takie było zawsze, a dzieci i tak się nie zorientują. Różne, związane ze szkołą rzeczy wykrzykiwał potwór, a z każdym jego słowem Młodszy stawał się mniejszy i mniejszy, smutniejszy i smutniejszy.

źródło zdjęcia
Na szczęście dla Momarty, której kondycja fizyczna pozostawiała wiele do życzenia, gdyż wieczorami zamiast gnać na siłownię, gnała do biurka, by skończyć to, czego nie zdążyła zrobić w pracy (i działo się tak każdego wieczoru, gdyż czas pracy Momarty jest określony wymiarem jej zadań, a czego jak czego, ale zadań do wykonania to jej nigdy nie brakuje, buchacha), nagle zza węgła wyskoczył jakiś zbłąkany psychiatra dziecięcy (być może dlatego, że odwołali mu lot do Irlandii, ale nie wiadomo na pewno, bo Momarta bała się zapytać) i bach potwora po pysku! Niestety, zaraz potem poinformował, że następne bach może odbyć się dopiero za trzy miesiące, a i to tylko dlatego, że w trybie pilnym, po czym przeprosił i słaniając się na nogach, udał się ratować kolejne dziecko. To jednak wystarczyło, by zziajana Momarta złapała oddech (w przeciwieństwie do potwora) i odskoczyła w bok, cały czas tuląc Młodszego do obfitej piersi (co wieczór znakomicie jej się bowiem pracowało przy małych przekąskach, w sam raz na stres).

I w ten to sposób, moi drodzy, dobrnęliśmy niemal do końca tej przydługiej bajki. Momarta stoi sobie bowiem aktualnie z boku świata (razem z Młodszym) i duma.

Duma o tym, że rozpoczęty właśnie strajk nauczycieli tylko pozornie niczego w jej sytuacji nie zmienia. Teoretycznie jest jej przecież wszystko jedno, czy lekcje się odbywają, czy nie, skoro Młodszy i tak do szkoły nie chodzi, a Starszy nie zachowuje się jak osoba, która ma z tego powodu jakiś problem (o egzaminie ósmoklasisty Momarta nie myśli, gdyż przestała myśleć o rzeczach, na które nie ma wpływu).
Praktycznie jednak Momarta wie, że zależy jej na tym, aby każde dziecko w tym kraju zaczęło mieć realny, a nie tylko teoretyczny dostęp do darmowej EDUKACJI, niestety mylonej dotychczas z tresurą. Zależy jej na tym, aby jej dzieci spotykały w szkołach PEDAGOGÓW, a nie absolwentów kierunków pedagogicznych. Na tym, by wykonywanie pracy nauczyciela stało się na tyle prestiżowe, by garnęli się do niej nie tylko nieuleczalni zapaleńcy, gotowi do daleko idących poświęceń lub spadkobiercy rodzinnych fortun, niemuszący troszczyć się o finanse, ewentualnie ci, którym nic w życiu nie wyszło.
Momarcie marzy się bowiem świat, w którym szkoła jest miejscem, w którym szczęśliwi nauczyciele zapewniają szczęśliwym uczniom, każdemu z osobna i wszystkim razem, warunki niezbędne do ich rozwoju oraz przygotowują ich do wypełniania obowiązków rodzinnych i obywatelskich w oparciu o zasady solidarności, demokracji, tolerancji, sprawiedliwości i wolności (Momarta przeprasza za patos, ale przepisała tylko, wzruszając się do łez, fragment obowiązującej od ładnych kilku lat preambuły do ustawy – Prawo oświatowe).

Dlatego ja, Momarta, popieram strajk nauczycieli. Bo ja na dnie już byłam. I wiem, że nie sposób tam żyć.

piątek, 22 lutego 2019

Budzący się rodzice szukają budzących się nauczycieli, czyli głos wołającego na (szczecińskiej) puszczy

Na wczorajszym (21 lutego) spotkaniu BSS Szczecin (i nie tylko) pt. "Rodzice sojusznikami zmiany w edukacji" większość uczestników stanowili... rodzice.
W grupie uczestniczących w spotkaniu nauczycieli (świetnych, otwartych!) większość - jak na moje oko - stanowili ci spoza Szczecina. 


 Pod postem Doroty Trynks (siły sprawczej szczecińskich spotkań) "budzący się rodzice szukają budzących się szkół" (post tutaj), jak dotąd można znaleźć wyłącznie komentarze poszukujących rodziców. Odpowiedzi nauczycieli brak.

Popyt przewyższa podaż. Miałam to na zajęciach z ekonomii.
Cytuję za internetową "Encyklopedią zarządzania": „nadwyżka wartości popytu nad wartością podaży skutkuje zwiększeniem konkurencji wśród konsumentów dóbr, a w rezultacie wzrostem cen. Kiedy ceny rosną, zmniejsza się zapotrzebowanie na dane dobro, co jednocześnie skłania producentów do powiększenia rozmiarów podaży.”

Jak skłonić „producentów” dobrej edukacji do powiększenia rozmiarów podaży, przy jednoczesnym pominięciu etapu wzrostu cen?

Oto jest pytanie.
Hamlecie, Ty ze swoim wysiadasz, przykro mi.

środa, 13 lutego 2019

T.Noah "Nielegalny", czyli śmiech przez łzy


Być może gdybym przeczytała „Nielegalnego” w ubiegłym roku, zaraz po tym gdy ukazał się w Polsce, uważałabym – jak Marcin Meller, który podzielił się swoją opinią na temat tej książki na jej okładce – że to „przezabawna opowieść o koszmarnych czasach”.
Chociaż, po zastanowieniu, prostuję. Nie sądzę, abym użyła przymiotnika „przezabawna”. Noah pisze wprawdzie lekko i żartobliwie, ale nie po to, by czytelnika rozbawić. Raczej, by zmiękczyć swoją, jakżeż gorzką, opowieść o – tu zgodzę się z Mellerem – koszmarnych czasach.


Trevor Noah urodził się w roku 1984, a w książce opisał swoje dzieciństwo w RPA. To wystarczy, by stępić czujność polskiego czytelnika i zasugerować mu, by potraktował tę książkę jako egzotykę (nie dość, że do RPA daleko, to jeszcze wszystko działo się tak dawno temu); kolejną rzecz, którą przeczyta na luzie, ciesząc się, że „nas to nie dotyczy”. 

W Polsce nie mamy obecnie wielokulturowego, wielokolorowego i wielojęzycznego społeczeństwa. Nie istniał u nas nigdy problem apartheidu, ani tego co po nim (a co zdaniem Noaha i wielu innych nie było i nie jest wcale wiele lepsze). Mieliśmy jednak i mamy inne dylematy, których podłoże i skutki są podobne jak w RPA i innych miejscach na świecie.

Wykluczenie. Z tego czy innego powodu – koloru skóry, języka, statusu społecznego i majątkowego, wyglądu, poglądów politycznych czy orientacji seksualnej. Wszystko może okazać się nie takie. Zdecyduje o tym jakaś grupa, do której – z tych lub innych względów – nie będziesz należeć.

Lektura „Nielegalnego” porusza nie tylko ze względu na literacką sprawność autora książki, ale także (a może przede wszystkim) z uwagi na fakt, iż jest to opowieść osoby, która urodziwszy się z nielegalnego związku białego mężczyzny i czarnej kobiety, musiała odnaleźć swoje miejsce w świecie, w którym nie przewidziano przestrzeni dla takich jak ona.
To także opowieść o kobiecej sile, a w szczególności – by znów posłużyć się okładkowym sloganem – hołd złożony matce autora.

matka autora
źródło zdjęcia
Patricia Nombuyiselo to kluczowa postać tej historii, kobieta silna mocą płynącą z jej wnętrza, choć także i z wiary (gdyby „Nielegalny” został zekranizowany, Jezus miałby spore szanse na Oscara za rolę drugoplanową). Choć jej metody wychowawcze wywołują sprzeciw („Co roku zwyciężałem w zawodach w dzień sportu (…) i co roku mama wygrywała rywalizację mam” – pisze Trevor Noah. – „Dlaczego? Bo wiecznie za mną biegała, żeby mi spuścić lanie, a ja wiecznie przed nią uciekałem, żeby tego uniknąć.. Nikt nie biegał tak szybko jak mama i ja. (…) Lubiła też rzucać przedmiotami - wszystkim, co się akurat napatoczyło. Jeżeli to było coś delikatnego, musiałem to złapać i odstawić. Gdyby się zbiło, byłaby to moja wina i dostałbym jeszcze większe lanie.”), to nie sposób nie zgodzić się z jej rozumieniem roli matki, tak opisanym w książce przez jej syna:
 „Mama lubiła powtarzać: „Moim zadaniem jest karmić twoje ciało, twojego ducha i twój umysł.” I tak właśnie robiła.”
I dalej, w innym miejscu: „Mama wychowywała mnie tak, jakby świat stał przede mną otworem. Z perspektywy czasu widzę, że wychowywała mnie jak białe dziecko – nie w sensie kulturowym, ale w sensie wiary w swoje możliwości, wyrażania własnych opinii, przekonania, że moje poglądy, myśli i decyzje są ważne. Powtarzamy ludziom, żeby podążali za swoimi marzeniami, ale człowiek jest w stanie marzyć jedynie o tym, co potrafi sobie wyobrazić, a nasza wyobraźnia, w zależności od tego, skąd się wywodzimy, bywa mocno ograniczona. Marzeniem ludzi dorastających w Soweto był drugi pokój. Marzył nam się podjazd. I to, że może kiedyś na końcu tego podjazdu stanie brama z żelaza. Taki był nasz horyzont. Tymczasem najwyższy szczebel tego, co możliwe, zawsze jest daleko poza zasięgiem naszego wzroku. Matka pokazywała mi te możliwości.”

Siłą „Nielegalnego” jest jego wielopłaszczyznowość. Można w czasie lektury skupiać się na tym, w jaki sposób przedstawione są tam kobiety. Lub mężczyźni, jak kto woli. Można także szczególną uwagę zwracać na kwestie edukacji. Albo religii. Albo na wiele innych spraw, o których tam mowa (rasizm i jego źródła, przemoc domowa, państwo, prawo, cokolwiek sobie wymarzycie). Co jednak ważne, każda z tych czytelniczych dróg prowadzi nie tylko do poszerzenia wiedzy o południowoafrykańskiej rzeczywistości, lecz i do, niestety gorzkich, uniwersalnych konstatacji. Mimo bowiem że główny bohater, „nielegalny” Trevor Noah jest kolorowy, a znaczna część bohaterów jego książki czarna, w postawionych przed nimi lustrach odbijają się nader często białe twarze. Moja na pewno, może też Twoja, a może i sąsiada zza rogu.

Jak wychowujemy nasze dzieci? Czy jak „białe dzieci”, czy może „czarne”, zamknięte w kokonie naszych bojaźni i lęków? Czy pokazujemy im ich możliwości, wspieramy w marzeniach? Czym karmimy ich umysły?
Czy zastanawiamy się jak ulotne i ocenne jest to, co – żyjąc w bezpiecznym świecie – wyznacza nasz status? I jak łatwo to stracić? 

Język niesie ze sobą tożsamość i kulturę, a przynajmniej pewne wyobrażenie o niej. Wspólny język mówi: „Jesteśmy tacy sami”. Bariera językowa mówi: „Jesteśmy różni”. Architekci apartheidu to rozumieli. Obok fizycznej separacji jednym ze sposobów na wzmocnienie podziałów wśród czarnej ludności była separacja językowa. (…) Jeżeli jestem rasistą i spotykam kogoś, kto wygląda inaczej niż ja, różnice językowe wzmacniają moje rasistowskie uprzedzenia: ten człowiek jest inny, mniej inteligentny. Meksykanin, który zamieszkał w Ameryce, może być naukowcem, ale jeśli mówi łamaną angielszczyzną, ludzie powiedzą:
- Ee, nie ufam temu facetowi.
- Ale to naukowiec.
- Kto ich tam wie, co to za meksykańska nauka. Nie ufam i już.

Jakżeż łatwo przychodzi nam zaszufladkowanie mówiących po arabsku i śniadych (2 w 1) uchodźców z Afryki. Wiadomo, nie mogą reprezentować sobą niczego dobrego.
Równie dobrze radzimy sobie również z przybyszami zza wschodniej granicy. Wyglądem wprawdzie nie różnią się od nas, językiem niby również nie za bardzo, ale nie dalej niż po drugim wypowiedzianym przez nich z charakterystycznym zaśpiewem zdaniu, wiemy z kim mamy do czynienia.

„- Mamo, a oni na tej Ukrainie to chyba nie są za mądrzy? Bo strasznie dużo u nich sprzątaczek.” – oznajmiło w ubiegłym miesiącu moje własne dziecko. Które – żeby nie było wątpliwości – nigdy nie widziało ani we własnym domu, ani w domu nikogo z bliskich żadnej sprzątającej Ukrainki. W czasie każdego pobytu w szpitalu spotykało jednak i spotyka salowe mówiące wyłącznie z charakterystycznym zaśpiewem. Słuchało również wielu rozmów na temat pracowników zza wschodniej granicy, w tym w szkole. Wystarczyło, by nasiąknął stereotypowym myśleniem.

I tak doszliśmy do mojego konika. Edukacji. W kontekście roli jaką ma do odegrania także w zakresie zapobiegania wykluczeniom, nie do przecenienia. 

W Niemczech każde dziecko uczy się w szkole o Holokauście. Nie tylko poznaje fakty, ale również genezę i znaczenie tego zjawiska. Dzięki temu młodzi Niemcy wchodzą w dorosłość z odpowiednią wiedzą i poczuciem skruchy. Szkoła brytyjska do pewnego stopnia podobnie traktuje kolonializm. Brytyjskie dzieci poznają historię imperium  z wyczuwalnym między wierszami zastrzeżeniem: „Trochę jednak wstyd, co?”.
W RPA do dziś nie uczy się w ten sposób o potwornościach apartheidu. Nie uczy się u nas krytycznej oceny ani wstydu. Nauka historii wygląda jak w Ameryce, gdzie mówi się dzieciom: „Najpierw było niewolnictwo, potem Jim Crow, potem Martin Luther King i skończyło się.” U nas jest podobnie: „Apartheid był zły. Nelson Mandela wyszedł na wolność. Porozmawiajmy o czym innym.” Garść faktów z pominięciem wymiaru emocjonalnego i moralnego. Tak jakby nauczycielom, nadal w przeważającej części białym, powiedziano: „Róbcie, co chcecie, tylko nie denerwujcie dzieci.”

Człowiek wykształcony jest człowiekiem wolnym, a przynajmniej tęskniącym za wolnością”, napisał Noah w innym miejscu.

Dla moich dzieci nie marzę o niczym innym niż o wolności.

Trevor Noah „Nielegalny”, przełożył Łukasz Witczak. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2018.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Cz.Centkiewicz "Anaruk, chłopiec z Grenlandii", czyli lektura w sam raz do d...


Kiedy miałam 9-10 lat, zaczytywałam się książkami Aliny i Czesława Centkiewiczów.

Była to połowa lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Zamierzchłe czasy, w których nie istniał internet i telefony komórkowe, by nie wspomnieć o konsolach. W telewizji dostępne były wyłącznie dwa kanały TVP, z umiarkowanie atrakcyjnym repertuarem. Egzotyczne kraje mogłam sobie co najwyżej pooglądać w programach Toniego Halika i Elżbiety Dzikowskiej, ewentualnie w czterotomowej Encyklopedii Powszechnej PWN, niezbędnym wyposażeniu biblioteczki każdej polskiej rodziny (tak, to były czasy, gdy wypadało mieć biblioteczkę, choćby w meblościance).

Książki Centkiewiczów, opisujące mroźne, skute lodem krainy i brnących przez nie dzielnych polarników, stanowiły wówczas pożywkę dla mojej dziecięcej wyobraźni, niezainfekowanej przez (nieistniejącą wtedy) imponującą komputerową grafikę i nieskażonej oglądaniem szeregu filmów z fantastycznymi efektami specjalnymi (pierwszy kinowy seans "Gwiezdnych wojen" dopiero mnie czekał).

Po upływie nieco ponad trzydziestu lat świat, nie tylko dziecięcy, wygląda zupełnie inaczej.
Wiedzą o tym wszyscy.
Wszyscy poza polską szkołą.

W polskiej szkole bowiem nadal lekturą dziewięcio- i dziesięciolatków (trzecio- i drugoklasistów, zależnie od decyzji nauczyciela) jest nader często, niezmiennie od wielu, wielu lat, „Anaruk, chłopiec z Grenlandii”.



„Anaruk…” to książeczka napisana przez Czesława Centkiewicza w roku 1937, jakby nie patrzeć, ponad osiemdziesiąt lat temu.
W opatrzonym przyjazną okładką (autorstwa Joanny Rusinek) wydaniu z 2014 roku to ledwie nieco ponad 46 stron (jednak bitego druku, bez obrazków). 46 stron dziecięcej czytelniczej męki.

Męka to jednak uświęcona dążeniem do celów szlachetnych, w tym zwłaszcza do zdobycia wiedzy. Wydawca podkreśla wszak na odwrocie okładki, że to „opowieść o życiu, obyczajach i wierzeniach mieszkańców Grenlandii – Eskimosów.” Dorzuca, że „bohaterem utworu jest mały Eskimos od dzieciństwa nawykły do trudnej pracy myśliwego i egzystencji w warunkach polarnych”.
Niestety, nie dodaje, że wiedza jaką można zdobyć dzięki tej lekturze ma walor wyłącznie historyczny. Grenlandia tam opisana już bowiem w zasadzie nie istnieje, a zamieszkujące ją dzieci nie parają się bynajmniej myślistwem (użycie zwrotu „w zasadzie” służy zabezpieczeniu moich tyłów, na wypadek gdyby jednak moja internetowa wiedza okazała się być nie w pełni kompatybilna z rzeczywistością).

W poście, zamieszczonym kilka dni temu na fejsbuku, Dorota Trynks podzieliła się swoją rozpaczą, w jakiej pogrążyła się razem ze swoją córką, trafioną „Anarukiem…” jako lekturą.
Jej sprzeciw wzbudziła w szczególności konieczność zmierzenia się m.in. z opisami polowań na polarne zwierzęta. Ani ona, ani jej córka nie chcą bowiem czytać o zabijaniu fok, nie interesują ich tego rodzaju krwiste kawałki.
Jak zwykle w takich przypadkach głosy się podzieliły.
Byli tacy, którzy wyrazili zrozumienie dla jej postawy i tacy, którzy uznali, że przesadza i powinna „ochłonąć”. Bo przecież „nie można dzieciom tworzyć wyidealizowanego świata, gdzie wszyscy są piękni i młodzi i żyją długo i szczęśliwie”. A ponadto „ja to też czytałem. Nie płakałem i nie pamiętam, aby ktoś z mojej klasy się uskarżał.
Czyli jak zwykle.

Próbując znaleźć ucieczkę z tej drogi donikąd, zastanówmy się zatem po co są drugo- i trzecioklasistom lektury szkolne.

Najprościej będzie zajrzeć do obowiązującego w tym zakresie prawa, czyli stosownego rozporządzenia określającego tzw. podstawę programową. Obecnie jest to rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z 14 lutego 2017 roku o bardzo długiej nazwie, dostępne tutaj.
Stanowi ono m.in., że:

- „kształcenie ogólne w szkole podstawowej ma na celu formowanie u uczniów poczucia godności własnej osoby i szacunku dla godności innych osób”;

- „do zadań szkoły w zakresie edukacji wczesnoszkolnej należy planowa realizacja programu nauczania szanująca godność uczniów, ich naturalne indywidualne tempo rozwoju, wspierająca indywidualność, oryginalność, wzmacniająca poczucie wartości, zaspokajająca potrzebę poczucia sensu aktywności własnej i współdziałania w grupie”;

- „edukacja na tym etapie jest ukierunkowana na zaspokojenie naturalnych potrzeb rozwojowych ucznia. Szkoła respektuje podmiotowość ucznia w procesie budowania indywidualnej wiedzy oraz przechodzenia z wieku dziecięcego do okresu dorastania”;

- „ważne jest, aby zainteresować ucznia czytaniem na poziomie szkoły podstawowej. Uczeń powinien mieć zapewniony kontakt z książką, np. przez udział w zajęciach, na których czytane są na głos przez nauczycieli fragmenty lektur, lub udział w zajęciach prowadzonych w bibliotece szkolnej. W ten sposób rozwijane są kompetencje czytelnicze, które ukształtują nawyk czytania książek również w dorosłym życiu”.

Co istotne, w zakresie lektur w klasach I-III, rozporządzenie nie posługuje się żadną sztywną „listą lektur”, a podaje tylko „propozycję lektur do wspólnego i indywidualnego czytania”. Wśród proponowanych tam 24 tytułów nie ma jednak „Anaruka…”

Warto również dostrzec, że Minister Edukacji Narodowej oczekuje, że uczeń będzie „czytał samodzielnie wybrane książki”, nie zaznaczając zarazem, że mają być to książki wybrane przez nauczyciela.
Ba, użyte w innym miejscu sformułowanie, że taki uczeń będzie „słuchał z uwagą lektur i innych tekstów czytanych przez nauczyciela, uczniów i inne osoby” sugeruje nawet, że dopuszczalne, a wręcz pożądane jest wspólne czytanie fragmentów książek w klasie, podczas lekcji.

Czemu zatem w realiach polskiej szkoły w XXI wieku to – co do zasady (przypominam: zabezpieczam sobie tyły, dopuszczając możliwość istnienia wyjątków) nauczyciel samodzielnie i odgórnie wybiera uczniom lektury do obowiązkowego przeczytania w ściśle określonym czasie?
Czemu w polskiej szkole w roku 2019 dzieci muszą czytać lektury samodzielnie w całości w domu, pod groźbą niezaliczenia „testu z lektury”?
Czemu w polskiej szkole uczeń nie może powiedzieć nauczycielowi, że wybrana przez niego książka mu się nie podoba, bo jest dla niego za trudna, albo wzbudza złe emocje? Czemu nie może zaproponować przeczytania w zamian innej książki, o zbliżonej tematyce?
Dlaczego?

Bo nie.
Bo dziecko w tym wieku ma „ćwiczyć samodzielne czytanie”.
Bo wszystkie dzieci od wielu lat czytają tę książkę i wszystkim się podoba, więc ma nie wydziwiać.
Bo niech nie przesadza z tą nadwrażliwością. Ogląda kreskówki i żyje? Więc tę książkę też przeczyta i przeżyje.

Jak to szło?
Respektuje podmiotowość ucznia.
Szanuje jego godność i indywidualne tempo rozwoju.
Albo jakoś tak.
Pitu-pitu, bez znaczenia.

Wróćmy jednak do „Anaruka…”.
Który – mimo całej mojej sympatii do Centkiewiczów – nie jest moim zdaniem dobrym pomysłem na lekturę dla współczesnych trzecioklasistów.

Po pierwsze, to książka napisana językiem – z punktu widzenia dzisiejszego dziesięciolatka - przeraźliwie nudnym. Niewiele się w niej dzieje, a nawet jeśli się dzieje, to jest opisane w sposób wywołujący samoczynne ziewanie. Wątpiących odsyłam do tego posta, w którym jedna z blogerek (dodam, że matka-wielce-czytająca-a-nawet-pracująca-w-wydawnictwie) opisuje udrękę swojego syna (a przy okazji i własną), zmuszonego do przeczytania tej książki.

Czy dziecko, które zostanie przymuszone do przeczytania kilkudziesięciu nudnych stron, dlatego, że jeśli nie przeczyta, to będzie kara (czyli zła ocena), będzie kojarzyło czytanie z czymś przyjemnym? Czy „rozbudzi to u niego zamiłowanie do czytania” oraz będzie działaniem „sprzyjające zwiększeniu jego  aktywności czytelniczej”? Czy „ukształtuje postawę dojrzałego i odpowiedzialnego czytelnika, przygotowanego do otwartego dialogu z dziełem literackim”? (tak, to wszystko to cytaty z przywołanego wcześniej rozporządzenia) Śmiem wątpić.

Po drugie, dlatego, że poznawcze walory tej książki są wątpliwe. Jest ona uważana za rodzaj reportażu – cóż, kiedy, jak się wydaje (podkreślę: tak mi się wydaje, to wyłącznie mój pogląd, oparty o taki research, jaki byłam w stanie zrobić na potrzeby tego posta), Centkiewicz napisał ją, bazując na cudzych opowieściach, sam nigdy w owym czasie na Grenlandii nie będąc.


Wspominałam już, że uwielbiałam książki Centkiewiczów, prawda? Czytałam w związku z tym również autobiograficzną powieść Czesława Centkiewicza „Wyspy mgieł i wichrów”, w której opisuje on swoje polarnicze wyprawy w latach 30-tych. Był wówczas dwukrotnie na Wyspie Niedźwiedziej, na Grenlandii jednak ani razu, a już na pewno nie spędził tam – jak narrator książki – całego roku polarnego. Skąd więc opowieść o Anaruku?
Może autor opierał się na opowieściach jednego ze swoich kolegów, z którymi spędził na Wyspie Niedźwiedziej kilkaset dni (niektórzy z nich byli na Grenlandii)?
A może, co mi wydaje się bardziej prawdopodobne, wykorzystał przeżycia Fridtjofa Nansena, który istotnie, pod koniec XIX wieku zimował w Grenlandii, mieszkając razem z jej mieszkańcami i przyglądając się ich zwyczajom. Opisał je nawet w jednej ze swoich książek, przetłumaczonej dość szybko na język polski. Centkiewicz z pewnością ją znał.

W takiej sytuacji „Anaruk…” nie jest jednak ani reportażem, ani „opowiadaniem, z którego bohaterem nadal mogą identyfikować się młodzi czytelnicy” (jak entuzjastycznie stwierdza jedna z jego recenzentek).  
Oczywiście, mimo to można by wykorzystać go twórczo w czasie lekcji.
Można by, ale czy aby jednak na pewno tak się dzieje?

Czy przypadkiem nie jest tak, że dziewięcio- i dziesięciolatki, pozostawione same z lekturą (przecież muszą doskonalić samodzielne czytanie), już na zawsze pozostaną z pierwszym skojarzeniem: Eskimos = straszny głuptas, który je mydło, a wyrzuca czekoladę (proszę sprawdzić recenzje w internecie) i który nie umie liczyć więcej niż do dwudziestu (że zacytuję Centkiewicza: „tylko bardzo niewielu Eskimosów, specjalnie zdolnych do rachunków, umie liczyć ponad dwadzieścia. Biorą wtedy do pomocy ręce i nogi innego człowieka”)?
Hm, a czy nie było to tak, że szkoła ma formować w uczniach „poczucie szacunku dla godności innych osób”?

Po trzecie, jednak, i chyba najgorsze.
Polska szkoła A.D. 2019 poprzez lekturę „Anaruka…” uczy polskie dzieci brzydkich eskimoskich wyrazów.
Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować fragment książki „Nie mieszkam w igloo” autorstwa Adama Jarniewskiego, Polaka, od 2006 roku mieszkającego na Grenlandii (cytat dzięki uprzejmości autora, jego blog dostępny tutaj):

Słowo anaruk to dość dziwne złożenie, składające się z czasownika „srać” w trybie rozkazującym oraz zaimka rzeczowego „to”, co daje rezultat w postaci nieszczęsnego „sraj to”.

Co proszę potraktować jako puentę. 

Czesław Centkiewicz „Anaruk, chłopiec z Grenlandii”. Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.