piątek, 2 września 2016

Oczy masz, mówią mi, czyli (jeszcze) żyję

Dla wszystkich, którzy zastanawiają się gdzie jestem i co robię, dzisiejszy dialog z mojego domu.
Pole do interpretacji szeroko otwarte:)

Matka (do Młodszego, zadumana): Wiesz co? Masz oczy zupełnie takie jak ja.
Młodszy (ze zgrozą): Czerwone?!

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

J.Moyes "Ostatni list od kochanka", czyli jednocześnie irytując i intrygując

Z Jojo Moyes mam problem.
Jej książki – a przeczytałam do tej pory trzy („Razem będzie lepiej”, „Ostatni list od kochanka” oraz „Zanim się pojawiłeś”)  – z jednej strony mnie irytują, z drugiej zaś przyciągają.
Wszystkie czytałam niemal na jednym wydechu, choć przyznaję, że gdy robiłam to w miejscach publicznych, starałam się w jakiś sposób zakryć ich – jedna w jedną kiczowate – okładki (wyróżniała się tylko „Razem będzie lepiej”, jednak w nowym wydaniu dołączyła do koleżanek).


W każdym razie.
To co przyciąga mnie do książek Moyes to jej umiejętność zgrabnego przemycania poważnych tematów i lekkość pióra.
W „Razem będzie lepiej” kluczowym był temat samotnego rodzicielstwa (właściwie: macierzyństwa), ze szczególnym uwzględnieniem a) problemów finansowych z jakimi zazwyczaj boryka się taki rodzic; b) problemów logistycznych, jakie musi rozwiązywać niemal co dnia, próbując pogodzić pracę i życie domowe; c) przyczyn, dla których osoby niepłacące alimentów na swoje dzieci powinny spotykać się z ostracyzmem społecznym.
W „Zanim się pojawiłeś” wątków jest jeszcze więcej, jeśli dobrze poszukać. Zaczynając od największego kalibru mamy tu bowiem do czynienia z próbą wywołania dyskusji na temat a) eutanazji; b) problemów z jakimi muszą na co dzień borykać się osoby niepełnosprawne; c) roli rodzica dorosłego dziecka; d) oczekiwań wobec życia i związków.

To co mnie irytuje, to fakt, że autorka idzie na łatwiznę. Wiem, za wiele wymagam. Czytając „Zanim się pojawiłeś” nie mogłam się jednak oprzeć wrażeniu, że gdyby niepełnosprawny główny bohater nie był superprzystojnym i megainteligentnym synem bardzo bogatych rodziców, posiadającym do tego spory kapitał własny, czyli gdyby nie należał do grupy stanowiącej (na moje oko) ledwie 0,01% wszystkich niepełnosprawnych na całym świecie, cała akcja przebiegałaby nieco mniej składnie niż to sobie pani Moyes wymyśliła, by nie powiedzieć brutalnie: wszystko by się rypło.
Także i konstrukcja fabuły „Razem będzie lepiej” oparta jest na założeniu, że jeśli już Kopciuszek ma spotkać swojego księcia, to nie może być on byle biedakiem. Tylko odpowiednio duża ilość gotówki gwarantuje bowiem odpowiednio szczęśliwe zakończenie. Cóż, nie od dziś wiadomo, że bogatemu nawet byk się ocieli. Nasze babcie potrafiły ująć to w jednym zdaniu, pani Jojo potrzebowała aż całej książki.

Wbrew pozorom, ten post nie ma mieć jednak charakteru prześmiewczego.
Nawet osadzając akcję w oderwanych od rzeczywistości realiach i wymyślając sytuacje, które raczej nigdy nie przytrafią się przeciętnej kobiecie (a polskiej to już na pewno), Jojo Moyes umie bowiem dotknąć sedna.


„Ostatni list od kochanka” można czytać po prostu tylko jako rozgrywającą się poniekąd równolegle historię dwóch romansów.
Pierwszy z nich to historia z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku.
Ona: piękna, młoda i – jakżeby inaczej! – bogata blondynka. Pytana o to, czym się zajmuje, odpowiada: „Wydaję koktajle i przyjęcia. Upiększam otoczenie. Wyglądam dekoracyjnie. (…) Robię to, co czego mnie przygotowano. Upolowałam bogatego męża i staram się, żeby był szczęśliwy.” Według mężczyzn jest „śliczna jak brzoskwinia, ale bez ani jednej oryginalnej myśli w głowie.”
On: nonszalancki dziennikarz, nadużywający alkoholu i kobiet. Pozornie bezczelny i arogancki, ale skrywający pod tą powłoką – tak, tak, dobrze się domyślacie! – wrażliwą i szlachetną duszę oraz serce gotowe do największych uniesień.
Historia tych dwojga to opowieść o miłości nieszczęśliwej, bo niespełnionej, okupionej cierpieniem, łzami i bólem. Drugoplanowe role grają fałszywi przyjaciele, hipokryzja, nieszczęśliwe wypadki i nawet – jak szaleć, to szaleć! – amnezja.
Szczyty kiczu, tony zużytych chusteczek. Oklaski.

Drugi romans to rozgrywająca się współcześnie opowieść o trzydziestodwuletniej londyńskiej dziennikarce i jej żonatym kochanku.
Ellie Haworth ma życie jak marzenie. Często to sobie powtarza, budząc się rano z kacem po wypiciu zbyt dużej ilości białego wina, czując przypływ melancholii, w swoim idealnym mieszkanku, w którym nikt nie nabałagani pod jej nieobecność. (Czasem w skrytości ducha chciałaby mieć kota, ale obawia się, że stanie się banalna.) Pracuje jako publicystka w ogólnokrajowej gazecie, ma dobrze układające się włosy, jej ciało jest tam, gdzie trzeba, pulchne, a tam, gdzie należy, szczupłe. Jest wystarczająco ładna, żeby przyciągać uwagę – i wciąż udaje, że ją to obraża. Ma ostry język – według jej matki, zbyt ostry – nie traci rezonu. Posiada kilka kart kredytowych i mały samochód, z którym radzi sobie bez męskiej pomocy. Znajomi ze szkolnych czasów zazdroszczą jej, gdy opisuje swoje życie: jeszcze nie osiągnęła wieku, w którym brak męża lub dzieci mógłby zostać uznany za porażkę. Kiedy spotyka mężczyzn, widzi, że odhaczają jej cechy – świetna praca, dobre ciuchy, umie się bawić – jak gdyby była nagrodą do wygrania.
Ellie nie myśli o żonie swojego kochanka, a jeśli myśli, to źle i nie czuje się winna. Uważa, „że to by się nie stało, gdyby byli szczęśliwi”.
On to pisarz, „autor thrillerów, który zbił majątek, kiedy porzucił bardziej ambitną literaturę. (…) Wysoki, opalony mężczyzna; (…) szczupły i piegowaty, przypominał ogorzałego farmera z Afryki Południowej. Był zabawny, czarujący, autoironiczny i uważny.”
W tle: zdradzana żona, wredna naczelna gazety, wyciskająca z pracowników wszystkie soki i składanie, niczym z puzzli, przypadkowo odkrytej historii bohaterów nr 1.
Jak nietrudno się domyślić, w finale ukazuje się nam cały obrazek, numer jeden łączy się z numerem drugim w nadspodziewanie spójną całość, a wszyscy tańczą, trzymając się za ręce. Przesadziłam tylko trochę, jednak chyba nikt, kto zamierza zabrać się za czytanie takiej książki ani przez chwilę nie przypuszcza, że mogłaby się ona skończyć inaczej?

I gdyby chodziło tylko o to, mogłabym w tym miejscu złośliwie zachichotać, puentując całość jednym, zgrabnym acz wrednym, zdaniem.

Tak się jednak składa, że gdy trochę się skupić, można dostrzec w tym wszystkim także drugie dno.
A jest nim opowieść o kobietach, które, czasem przez swoją głupotę, a czasem dlatego, że świat jest poukładany tak a nie inaczej, zazwyczaj mają pod górkę.
O kobietach, które czasem są ranione przez mężczyzn, czasem to one same ich ranią (przez swoją głupotę, bezmyślność, a niekiedy także z wyrachowania), ale zdarza się, wcale nierzadko, że nóż w plecy wbijają im inne kobiety. Które potem także płacą za to wysoką cenę.
O kobietach, dla których życie – jakżeż inne od scenariuszy powieści Jojo Moyes – nie przewidziało dobrego wyjścia. Żadnych cudownych zbiegów okoliczności, szczęśliwych trafów, uśmiechów losu. Tylko konieczność dokonania wyboru między mniejszym a większym złem. Bo dzieci, bo opinia innych, a czasem dlatego, że okazało się, że własnymi rękami spaliły wszystkie mosty, myśląc że tak trzeba.
One też, niezależnie od tego jak bardzo są silne, potrzebują przytulenia. Moyes to wie.
Mimo wszystko, dzięki Jojo.

Jojo Moyes „Razem będzie lepiej”, tłumaczenie Nina Dzierżawska. Między Słowami, Kraków 2015.
Jojo Moyes „Zanim się pojawiłeś”, przełożyła Dominika Cieśla-Szymańska. Świat Książki, Warszawa 2016.
Jojo Moyes „Ostatni list od kochanka”, przełożyła Urszula Smerecka. Świat Książki, Warszawa 2014.  

czwartek, 11 sierpnia 2016

H.Nesser "Człowiek bez psa", czyli kryminał mający w sobie wszystko (poza psem)

Nie jest sztuką napisać byle książkę. Dziś potrafi to niemal każdy, a straszne tego skutki widać w Empikach (nie mylić z księgarnią).
Sztuką jest napisać książkę, która nie będzie tylko głupim czytadłem, ale pozostawi w sobie jakiś ślad w głowach czytelników. Po którą sięgnie wiele osób, bo mądrych książek, których nikt nie czyta mamy już dosyć. Która, będąc pozornie tylko rozrywką w sam raz do pociągu albo na plażę, zmusi do postawienia sobie kilku pytań.

Nie spodziewałam się tego po „Człowieku bez psa”, naprawdę. Tym bardziej, że kryminały o charakterystycznych czarnych okładkacch omijałam dotychczas szerokim łukiem, uznając, że seria, której czołową autorką jest Camilla Låckberg, nie może być dobra.
Nesser to jednak całkiem inna liga.

Jedna rodzina. Zwyczajna, jakich wiele zarówno w Szwecji, jak i w Polsce, a i w każdym innym kraju pewnie też.
Starsi już rodzice (ojca poznajemy tuż przed jego sześćdziesiątymi piątymi urodzinami), trójka dorosłych dzieci i wnuki. Pozornie wszystko wszystkim układa się znakomicie – oboje rodzice zakończyli właśnie aktywność zawodową i planują przeprowadzić się do słonecznej Hiszpanii. Ich dzieci (poza jednym – zakałą rodu, cóż taka zdarza się nawet w najlepszej rodzinie) są ustabilizowane życiowo, w trwałych związkach. Wnuki dają nadzieję na to, że w przyszłości będzie się kim chwalić. Rodzinne spotkanie zaplanowane z okazji urodzin, które w tym samym dniu obchodzi zarówno ojciec, jak i jedna z córek, może okazać się więc tylko szeregiem pięknych i szczęśliwych chwil.
Nic bardziej mylnego.

Jasne, jest w tej książce zbrodnia i to niejedna. Nie dążenie do rozwiązania zagadki jest jednak najważniejsze, zwłaszcza że autor niemal od początku celowo naprowadza na jego trop.
O czym więc Nesser chciał napisać? Na to pytanie można odpowiedzieć sobie według własnego uznania.
Poniżej parę pomysłów.

O banalności.
Zło jest banalne. Zło czai się wszędzie. Każdy może stać się zły – to tylko kwestia znalezienia się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. I wyboru. Bo zazwyczaj, niemal zawsze, wybór jest. I to tylko od nas zależy, co wybierzemy.
To jedna z tych chwil, kiedy ludzie dokonują wyborów, którymi rujnują sobie życie, pomyślała.
Co ciekawe, jest to tak głęboko ludzkie.
(…) Gdyby wszystko dobrze się skończyło, a powinno… to może, on i ona (…) za jakiś czas będą się z tego śmiać i będzie to dla nich miłe wspomnienie. Słodka tajemnica, tylko ich, którą do końca życia będą mogli nosić pod sercem. I wyjmować jedynie na krótkie, wybrane chwile.
Tylko w tym roku wyczytałam coś takiego w trzech książkach i pięciu kolorowych gazetach, pomyślała.
Te zdania, wyrwane z kontekstu, wydają się płytkie i banalne. Takie, jak sądzę, miały być. Bo życie złożone jest z pozornie banalnych sytuacji. Które jednak zazwyczaj mogą zakończyć się co najmniej na dwa sposoby. Można pójść drogą na wprost, ale można też skręcić w tę, na początku której stoi znak „zakaz wjazdu”. Czasem prowadzi to do odkrycia nieznanego dotąd przejścia do nowego, wspaniałego świata, a czasem jest wstępem na drogę do piekła. Kto nigdy nie był ciekaw, co pojawi się za zakazem, nie zrozumie. Kto zawsze dokonuje właściwych wyborów, niech nie czyta. U mnie ta akurat, zacytowana wyżej, bohaterka i jej wybory poruszyły jedne z najczulszych ostatnio strun.

O fasadowości.
Ludziom zależy na opinii innych. To stwierdzenie tak samo banalne jak wszystkie zamieszczone akapit wyżej. Wiele rzeczy robimy wbrew sobie, tylko dlatego, że tak wypada, albo inni uważają, że powinniśmy to zrobić. Jeśli ktoś postępuje inaczej, a jego zachowanie ma wpływ na nasz wizerunek, wstydzimy się za niego i siebie samych. Niektórzy z bohaterów Nessera zdają się wstydzić bez granic, do tego stopnia, że gotowi są odciąć się choćby i od własnych dzieci.
Fasadowe są też relacje wewnątrz rodziny głównych bohaterów. Nic nie pomoże tłumaczenie, że mowa przecież o zimnych Skandynawach, a oni są dziwni, w odróżnieniu od nas. Będące osią akcji spotkanie rodzinne większość jego uczestników traktuje jako przymusowe trzy dni w piekle. Wykonują gesty, które należy wykonać w takiej sytuacji, wymieniają uprzejme uwagi, wyrażają pozorne zainteresowanie, modląc się o to, by rozmówca nie pociągnął wątku. Ci, którzy są w oczach świata najlepsi, w finale okazują się największymi przegranymi. Chociaż nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę.

O relacjach.
To łączy się z tym co napisałam wyżej. Ze sztucznością. Z przerażającą klęską rodziny, która jest w istocie niczym innym jak tylko wydmuszką. Nesser niczego nie nazywa przy tym wprost, on tylko opisuje. W sposób, który mrozi. Scena, w której jeden z najmłodszych bohaterów rozmawia ze swoją matką, idealną kobietą sukcesu, która nawet rozmowy z dziećmi przeprowadza według najlepszych, polecanych przez specjalistów, schematów, będzie stała mi przed oczami chyba zawsze, ilekroć będę chciała przeprowadzić poważną rozmowę z którymś z moich synów.
Wyglądała teraz na zmartwioną, autentycznie zmartwioną. No przytul mnie, do kurwy nędzy, pomyślał. I tak nigdy nie spełnię twoich oczekiwań. Przytul mnie i olejmy sprawę.
- Chciałem tylko spróbować… tak mi się wydaje.
- Czego spróbować?
- Jak to jest.
- Co?
- Pić i palić, do kurwy nędzy. Skończ już, nie widzisz, że nie mogę…
Płacz i zrezygnowanie wezbrały w nim gwałtowniej i szybciej, niż się spodziewał; w pewnym sensie był z tego zadowolony. Skulił się nad stołem z twarzą wtuloną w rękaw i płakał. Ona jednak się nie poruszyła i nic nie powiedziała. Po minucie czy dwóch uspokoił się, wstał i poszedł urwać znad zlewu jakieś pół metra papierowego ręcznika. Wydmuchał nos i wrócił do stołu.
Siedzieli jeszcze przez chwilę w ciszy i pomału dotarło do niego, że naprawdę nie zamierza go przytulić. (…) Wymieniliby mnie, gdyby mogli, pomyślał (…). Tak, dawno już wymieniliby mnie na kogoś innego.”

O gliniarzu po czterdziestce.
Tak, to już wiele razy było. Rozwiedziony policjant rozwiązujący mroczne zagadki kryminalne. Nie czytałam zbyt wielu współczesnych powieści kryminalnych, być może dlatego Gunnara Barbarottiego postrzegam jako postać świeżą. Jest zdecydowanie porządniejszy niż Wallander z powieści Henninga Mankella, w każdym razie dużo mniej niż on pije. Jest też zdecydowanie bardziej od niego odważny, jeśli chodzi o branie własnych spraw w swoje ręce. No i te jego zakłady z Bogiem!
Istniało tak wiele nędznych dowodów na istnienie Boga, co do tego Gunnar Barbarotti i Nasz Pan byli całkowicie zgodni. (…) Gunnar poszukiwał – i Bóg zdawał się to całkowicie rozumieć – czegoś solidniejszego. Prostej i racjonalnej metody, która rozstrzygnęłaby kwestię raz na zawsze. (…)
Przedział czasowy ustalono na dziesięć lat. W tym okresie Gunnar Barbarotti będzie sprawdzał rzekome istnienie Pana, kierując do niego modlitwy tak często, jak będzie się to wydawało odpowiednie i uprawnione, a później – w specjalnie do tego celu założonym zeszycie – notował, czy zostały spełnione, czy też nie. (…)
- All right – powiedział Bóg.
- We have a deal – odparł Gunnar, tak jakby ubogi język szwedzki nie był w stanie właściwie wyrazić czy pomieścić w sobie porozumienia tego kalibru.

Tak, „Człowiek bez psa” zostawia ślad, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. A Håkan Nesser to facet, który żyje wystarczająco długo, by wiele zaobserwować, sporo zrozumieć i który do tego umie świetnie pisać.

Håkan Nesser „Człowiek bez psa”, przełożył Maciej Muszalski. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2012.

wtorek, 2 sierpnia 2016

M. Ziomecki "Umierasz i cię nie ma", czyli prośba o usprawiedliwienie

Ja, niżej podpisana, zwracam się z uprzejmą prośbą o usprawiedliwienie mojej nieobecności na zajęciach Klubu Czytelników Zachwyconych Nowym Kryminałem Mariusza Ziomeckiego.


Na wstępie podkreślam, że bardzo chciałam wziąć w nich udział, zwłaszcza że dotychczasowym ich uczestnikom dobrze z oczu patrzy (o, tu patrzą, tam patrzą i jeszcze tutaj). Nastawiłam się odpowiednio, odświeżyłam w pamięci dobre wrażenia z lektury „Mr Pebble i Grudy”, co chwilę rzucałam okiem na blurba na okładce głoszącego, że oto mam w ręku „początek rewelacyjnego cyklu kryminałów”. Naprawdę bardzo przepraszam, nie wiem czemu nie wyszło.

Kiedy na początku dałam się zaciekawić, myślałam że będzie dobrze. Polskie realia, bohaterowie z krwi i kości, tematyka poniekąd mi bliska. Ba, był nawet seks małżeński, opisany w sposób, powiedziałabym, zaraźliwy. Tym bardziej nie wiem, nie rozumiem, tak bardzo mi przykro.

Elektrownia Wodna Dębe
źródło zdjęcia
Ja wiem, to żadne usprawiedliwienie, ale bardzo nie lubię książek, w których autor mruga do czytelnika okiem tak, że pod koniec dostaje od tego nerwowego tiku. Gdyby chodziło tylko o to, że akcja dzieje się w Rocku nad Zalewem Zegrzyńskim, z pewnością dałabym radę. I to nawet mimo tego, że wszystko dzieje się niedaleko zapory w Dębem, którą ostatnio widuję całkiem regularnie i bardzo nie lubię. Zniosłabym może też i niezweryfikowanego w roku 1990 Brunera, właściciela dobrze prosperującej firmy ochroniarskiej Smerf Security. Senator Złotokłos, paskudny typ, okazał się jednak ponad moje siły. Wiem, powinnam wytrzymać, wystarczyło tylko chcieć. Przepraszam.

Sędzia Dredd
źródło zdjęcia
W tym miejscu pragnęłabym jednak nadmienić, że próbowałam skupić się na postaci głównego bohatera. Wprawdzie Roman Medyna brzmi znacznie gorzej niż James Bond, ale nie zwykłam zniechęcać się na początku, zwłaszcza gdy chodzi o szczupłego faceta w wieku zbliżonym do mojego – takich bowiem ze świecą teraz szukać. Ze zrozumieniem przyjęłam więc, że jest to mężczyzna po przejściach, na wskroś uczciwy, nie konformistyczny, o złotym sercu (uratuje każdą niewiastę w potrzebie), wierny ukochanej żonie niczym pies, pełen pomysłów, a do tego wysportowany, zwinny i sprytny (wywinie się z każdej, no, prawie każdej, opresji) i do tego prezentujący się „w czarnym skórzanym motocyklowym kombinezonie i pełnym kasku z wizjerem jak filmowy Sędzia Dredd”. Niestety, zupełnie nie wiem dlaczego, ale przy Dredzie mnie zemdliło. Jeszcze raz przepraszam.

Wiem, że to głupio zabrzmi, ale naprawdę bardzo próbowałam znaleźć światełko w tym tunelu. Pomyślałam sobie: może zbrodnia? Skup się na zbrodni, a będzie dobrze. Ja nie wiem, może to ze mną jest coś nie tak, ale oczy mi tak latały z wątku na wątek, że ledwo dawałam radę czytać. Nie wiedziałam czy skupiać się na płatnych zabójcach ze Wschodu, femme fatale, szajce pedofilów, czy okrutnym, niezwykle krwawym morderstwie. Gdy już się prawie zdecydowałam, okazało się, że powinnam dostrzec także lokalne sitwy, zaginione dzieci, krzywdzone dzieci, hipokryzję, wykorzystywanie seksualne, przekupnych gliniarzy, korupcję i kumoterstwo na najwyższym szczeblu, a do tego wizję ekologicznej katastrofy. Ja rozumiem, świat jest zły, ludzie podli a życie brutalne, ale żeby aż tak?

Wreszcie, pomyślałam sobie, że to może pastisz, tylko nie zauważyłam, głupia. Bo okładka jak z westernu, ten Roman niczym miłości omam i w ogóle to wszystko nie może przecież być na serio. Potem jednak pomyślałam, że chyba jednak jest. Bo te dzieci, to absolutnie nie jest coś, z czego można żartować. A jeśli można, to tym bardziej nie chcę brać udziału w tych zajęciach.

Mając więc powyższe na uwadze, jeszcze raz zwracam się z prośbą jak na wstępie.
W razie pozytywnego jej rozpatrzenia, obiecuję, że kolejnej części tego cyklu nie wezmę do ręki. 

Mariusz Ziomecki „Umierasz i cię nie ma”. Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2015.

niedziela, 31 lipca 2016

"Przekrój" nr 1112/1966, czyli 50 lat temu (odc. 12)

„Przekrój” datowany na ostatni dzień lipca 1966 roku sporo uwagi poświęcał kobietom.


Już na pierwszej stronie Kajetan Kotowicz w poświęconym wędkowaniu tekście „Wszystkie rybki” z uznaniem opisywał wędkarskie przygody własnej żony. Odnotował przy tym, że Polski Związek Wędkarski liczył w owym czasie 269.793 członków, w tym tylko 1.182 kobiety (raptem 0,44% spośród wszystkich zrzeszonych w tym czasie w PZW osób). 
Patrząc na zdjęcia zamieszczane obecnie na internetowej stronie PZW, przypuszczam, że ów procent nie wzrósł jakoś bardzo znacząco. Z drugiej jednak strony, jeśli kobiety zabierają się za wędkowanie, zazwyczaj wkładają w to całe serce. Nie wątpię, że o niejakiej pani Beacie Radeckiej, która tydzień temu wygrała nocne zawody wędkarskie zorganizowane w Krapkowicach, można by napisać co najmniej to samo, co pół wieku napisał pan Kotowicz o swojej małżonce:
„(…) jeśli ta kobieta, która mdleje na widok karalucha, pieczołowicie faszeruje białe robaczki czosnkiem, to sami rozumiecie." 

Clementine Churchill
źródło zdjęcia
Połowę jednej ze stron poświęcono także żonie Winstona Churchilla, lady Clementine. Przyznam szczerze, tekst czytałam z rosnącym podziwem. Od dawna wiem jednak, że dyplomacja (również małżeńska) nie jest moją najmocniejszą stroną.
Nieznany autor zamieszczonego w "Przekroju" artykułu tak opisywał niektóre tylko z wielu wyzwań, jakie na co dzień stawały przed panią Churchillową:
Churchill był człowiekiem raczej uciążliwym w życiu codziennym. Miał pewne przyzwyczajenia, z których nie chciał rezygnować za żadną cenę. Takim przyzwyczajeniem były jego uroczyste niemal kąpiele. Brał ich co dzień dwie. W południe i koło wpół do ósmej wieczorem. Przez pięćdziesiąt kilka lat małżeństwa lady Churchill nigdy nie udało się go nakłonić do wcześniejszego wyjścia z wanny (siedział w niej strasznie długo), nawet jeśli na kolacji byli goście. W wannie recytował bez końca Szekspira albo powtarzał przemówienia, które wygłosić miał w Izbie Gmin.(…)
Churchill był człowiekiem niepunktualnym i… wielkim smakoszem. (…) [Lady Churchill] obliczyła, że w ciągu ich małżeństwa przygotowała ponad dziesięć tysięcy wykwintnych obiadów. Ulubionym daniem sir Winstona był kawior, wołowina, owoce w marcepanie. Tracił jednak wszelką miarę na widok bitej śmietany. (…) Oczywiście tył. Tu jednak lady Churchill była bezsilna. Równie bezowocna była jej walka z alkoholem. Osiągnęła tylko jedno, że sir Winston przesunął godzinę pierwszej whisky. Zwykle pijał ją o wpół do dziesiątej. Drogą kompromisu ustalono, że wypijać ją będzie o godzinę później.

Kobiece nawiązania (w tym razem klasycznym stylu) pojawiły się nawet w rubryce „Słuchać czy nie słuchać”, w tym numerze poświęconej omówieniu szeregu płyt z nagraniami Antoniego Dworzaka.
Nie wiem kto tworzył tę rubrykę, ale z pewnością gdyby osoby odpowiedzialne dziś za promocję muzyki poważnej przeczytały z uwagą wszystkie jego teksty, wyciągając stosowne wnioski, z pewnością od jutra filharmonie stałyby się najbardziej obleganymi miejscami w tym kraju. Ot, taka choćby wzmianka:
Czy zdarzyło ci się wracać wieczorkiem do domu, trochę skwaszonym – że nudno, że w domu nic ciekawego, kolacja z resztek obiadu, żona z wydatkami, którą znasz, zbyt dobrze wszystko znasz? (…) Otóż jeśli, ku twemu zdziwieniu, w pustym mieszkaniu zastaniesz kartkę od żony: „Wyjechałam na 3 dni z Zosią, cielęcina w lodówce”, oraz kopertę z nadrukiem a wewnątrz zawiadomienie, że na twoją ćwiartkę padło 125 tysięcy, a na dobitek w łazience będzie się kąpała szwedzka gwiazda filmowa Ursula Andress, bo w hotelu nie było pokoju, możesz śmiało zawołać: NIESPODZIANKA!
Otóż równie wielką niespodzianką będzie dla ciebie zapoznanie się z twórczością DWORZAKA Antoniego (1841-1904). Jak rzep przyczepiono mu określenie „epigon Brahmsa”. Jeśli nawet Brahms był artystą jeszcze wyższego lotu, to z tego nie wynika, że słuchanie Dworzaka nie da ci ogromnych rozkoszy.

Także redagowana przez niejaką Aleksandrę stała rubryka „Listy o filmie” poświęcona była premierom filmów, w których główne role grały kobiety. Polskim filmem, który wchodził latem 1966 roku na ekrany kin (premiera miała miejsce 20 lipca) był jeden z moich ulubionych filmów wszechczasów – „Lekarstwo na miłość”, adaptacja „Klinu” Joanny Chmielewskiej z będącą wówczas w rozkwicie urody Kaliną Jędrusik w roli głównej.
Nie będzie przesadą gdy napiszę, że to ten właśnie film stworzył (obowiązujący do dziś) mój wzorzec kobiety. To po jego obejrzeniu ukształtowały się moje wyobrażenia dotyczące tak typu urody, fryzury czy makijażu, jak i strojów.
Swego czasu na blogu „Agnieszka o modzie” zamieszczono świetną analizę tego filmu, dokonaną właśnie pod kątem mody. Szczerze polecam i tekst, i film.


By pozostać przy filmie: w „Mieszance firmowej” donoszono, iż „reżyser Jerzy Hoffman przygotowuje się do realizacji historycznego superfilmu „Pan Wołodyjowski” (kolor, szeroki ekran). Początkowo kandydatami do roli tytułowej byli Michnikowski i Łomnicki. Wydaje się jednak, że tych dwóch świetnych aktorów pogodzi amator, tyle że znakomicie władający szablą: Wojciech Zabłocki, jeden z naszych czołowych szermierzy.
Jak wiadomo, reżyser ostatecznie zdecydował się na Tadeusza Łomnickiego. I chyba dobrze, bo – szczerze powiedziawszy – nijak nie jestem w sobie w stanie wyobrazić Wiesława Michnikowskiego w roli Małego Rycerza.


Na zakończenie literackie doniesienia o nowościach sprzed półwiecza.
Jak zwykle sporo wśród nich pozycji dotyczących II wojny światowej. Dwadzieścia lat od zakończenia wojny to był zdaje się odpowiedni czas, by pewne historie dojrzały do tego, by je z siebie wyrzucić. W lipcu 1966 ukazały się więc (obie tak samo mi nieznane): „Dolina Jozafata” Małgorzaty Hołyńskiej („o grupie dziewcząt różnych narodowości; po przejściach więzienno-obozowych wywieźli je Niemcy do pracy we Francji i Niemczech. Przeżycia, często tragiczne, ale przez pryzmat młodości. Czasem i humor. Wartka akcja.”) oraz „Czysta krew” Salomona Strausa-Marko („Jedna z niezwykłych wojenno-okupacyjnych historii. Autor wspomnień, Żyd, przedzierzgnął się w Ukraińca i doszedł nawet do dość eksponowanego stanowiska w hitlerowskiej machinie wojennej. Spryt i odwaga pozwoliły mu przeżyć, mimo że prowadzi cały czas niebezpieczną grę, współpracując z ruchem oporu. Dokumentalne zdjęcia.”).



W rubryce znalazły się ponadto wzmianki o kilku innych - jak się wydaje, interesujących - książkach:
Waldemar Babinicz (czy ktoś kiedykolwiek słyszał o takim autorze?) „Ludzie to powiedzieli” – „5 opowiadań; oprócz jednego wszystkie o tematyce współczesnej, umieszczone w realiach wsi i jej obyczajów. Pisane trochę z przymrużeniem oka; w konwencji typowego dla wsi (autor zna ją dobrze) dobrotliwie żartobliwego patrzenia na życie.”
„Kryształowy sześcian Wenus” – „Wybór 12 opowiadań fantastyczno-naukowych, dający przegląd tego rodzaju najnowszej twórczości amerykańskiej. Czołówka autorska tego gatunku. Kto lubi – ma pasjonującą lekturę. Wybór i wstęp J. Stawińskiego.”



I wreszcie jedyna w tym zestawie książka, którą mam (co wcale nie znaczy, że czytałam) – „Ikar” Jana Józefa Szczepańskiego: „Temat i bohater – wzięci z historii: 20-letni emigrant Antoni Berezowski, który dokonał zamachu na cara przebywającego z wizytą w Paryżu (1867) skazany na dożywotnie galery w Nowej Kaledonii. Proza b. współczesna. Czyta się.

Wówczas (wydanie I) „Ikar” został wydany przez „Czytelnika” w nakładzie 10 tysięcy egzemplarzy; blisko 30 lat później, w roku 1982 ten sam wydawca do „Ikara” dorzucił jeszcze „Wyspę” (być może dlatego nie mogę się za to zabrać – grubość mnie odstrasza!), a nakład zwiększył do 30.320 egzemplarzy. Ech! 

czwartek, 28 lipca 2016

Ch.Cho "Sekrety urody Koreanek", czyli straszne skutki urlopu

Uwielbiam być na urlopie.
Tylko wówczas osiągam ten stopień wewnętrznego wyluzowania, który pozwala mi sięgać po książki, na widok których zazwyczaj snobistycznie spluwam ze wstrętem.
Na szczycie listy takich dzieł plasują się ostatnio wszelkie bestsellery napisane przez skośnookie panie.
Tym właśnie sposobem w ubiegłym roku przeczytałam fascynującą książkę pani Marie Kondo, w tym zaś sięgnęłam po „Sekrety urody Koreanek” autorstwa Charlotte Cho.
źródło zdjęcia

Życie Charlotte Cho dzieli się na dwa etapy: przed i po.

Charlotte Cho
źródło zdjęcia

W pierwszym wiodła życie Amerykanki koreańskiego pochodzenia. Jak sama stwierdza, była wówczas opalona, miała pryszcze i grube pasemka (przy okazji skończyła zdaje się, że nienajgorzej, studia, ale nie to odgrywa w tej historii znaczenie).

W drugim, po wyjeździe do Seulu, odkryła, że najważniejszym przejawem kultury jest „kultura dbania o cerę”. I tak już jej zostało.

Nie zamierzam w tym miejscu wcale naśmiewać się z pani Cho ani jej admiratorek. Przeciwnie, po pobycie nad polskim morzem, nad którym ciągle triumfy święci „leżing i smażing”, szereg jej uwag uważam za wręcz nieocenione.
Nie sposób bowiem nie zgodzić się z nią, gdy pisze: „Poznałam (…) mnóstwo osób, które starają się jeść tylko organiczne produkty albo wydają mnóstwo pieniędzy na lekcje jogi, by utrzymać dobre samopoczucie, a mimo to ochrona skóry przed słońcem znajduje się bardzo nisko na liście ich priorytetów. Z jakiegoś powodu wielu z nas wciąż myśli, że emulsja z filtrem przeciwsłonecznym to nieobowiązkowy element rytuału pielęgnacyjnego, co jest nieprawdą. (…)
Wspaniale jest czuć na ramionach ciepłe promienie, to prawda. No i od lat wmawia nam się, że opaleni wyglądamy lepiej. Mimo to słońce nie jest naszym przyjacielem i nie ma czegoś takiego jak „zdrowe opalanie” – w rzeczywistości może ono uszkodzić skórę, spowodować jej przedwczesne starzenie i zwiększyć ryzyko zachorowania na raka.”

Nie mogę także wykluczyć, że nie skorzystam z którejś z zamieszczonych w książce porad dotyczących pielęgnacji skóry, zwłaszcza tej z przebarwieniami (na marginesie: gdyby było zapotrzebowanie na post pt. „Jak wydałam bez sensu kupę forsy, próbując usunąć przebarwienia i do jakich wniosków doszłam”, jestem gotowa, proszę tylko dać znać).

Trudno byłoby też kwestionować trafność porad zamieszczonych w rozdziale 10, w tym o treści: „pij dużo wody”, „dobrze się odżywiaj”, „porządnie się wysypiaj” i „ogranicz stres”. Mam nadzieję, że nie zostanę uznana za zrzędę, gdy napomknę, że mimo wszystko wydają mi się one mało innowacyjne.

Główne moje wątpliwości są jednak związane z bezkrytycznym przenoszeniem kosmetycznego modelu koreańskiego na polski grunt.
Wydaje mi się bowiem, że jeśli należałoby za kimś podążać, to może niekoniecznie akurat za Koreańczykami. A w każdym razie nie w każdą stronę.

Korea to kraj, który ma najwyższy stosunek zabiegów chirurgii plastycznej do liczby mieszkańców na świecie. (…) Wydaje mi się, że popularność takich operacji wynika z kulturowej presji, aby dążyć do bycia idealnym, także idealnie pięknym.
Wszystkie kultury cenią atrakcyjność fizyczną, ale rozwijająca się gospodarka, pieniądze w kieszeni i atmosfera rywalizacji sprawiają, że Koreańczycy i Koreanki uznają inwestowanie w chirurgię plastyczną za rzecz niezbędną, aby pozostać w grze. Piękno, bogactwo lub status społeczny zapewniają wiele korzyści.”

Pomijam głębokość myśli zawartej w ostatnim zdaniu przytoczonego fragmentu książki (nie pastwmy się nad autorką); jeśli mam jednak traktować życie jako rodzaj takiej gry – wybieram inną planszę.

Obawiam się też, że gdyby przyszło mi pracować w Korei, mogłabym nie odnaleźć się tam tak dobrze jak autorka książki. Dotychczas zazwyczaj ucinałam bowiem sobie w pracy pogawędki na inne niż ona tematy.

Ludzie w biurze dokuczali mi, bo miałam potargane, nieokiełznane włosy, i patrzyli na mnie nierozumiejącycm wzrokiem, kiedy próbowałam im wyjaśnić, że pofalowane włosy, jak po dniu na plaży, to fryzura w stylu boho. Uważali za barbarzyństwo, że nie nakładam na twarz esencji, i śmiali się (ze mną czy ze mnie – trudno powiedzieć), kiedy przyznałam, że nie wiem, co to takiego. (…)
Moi współpracownicy rzucali uwagi typu: „Twoje podkrążone oczy widać z drugiego końca biura” albo „Co ci tam wyrosło na twarzy?” Moja ulubiona – bo troska o moje dobre samopoczucie i wygląd dla wielu zaczęła się stawać prawie udręką – brzmiała: „Błagam cię, uczesz w końcu włosy.”

Wreszcie, wstyd się przyznać, choć łasa jestem na komplementy, te prawione przez Koreańczyków mogłyby nie spełnić moich oczekiwań.

To, że skóra jest najważniejsza, wynikało jasno z wielu codziennych interakcji. Podczas jazdy windą do mojego mieszkania podsłuchałam, jak starszy mężczyzna wita stojącą obok mnie kobietę słowami: „Pani cera wygląda dziś wspaniale”. (…)
Reakcja kobiety świadczyła o tym, jak dumna się poczuła, usłyszawszy komplement. Otwarła szerzej oczy z radości i zachichotała, grzecznie przysłaniając dłonią usta."

Wszystkich, którzy w tym miejscu otwarli szerzej oczy, uspokajam. Następny urlop mam dopiero za rok.

Charlotte Cho „Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji”, tłumaczenie Joanna Dziubińska. Znak Literanova, Kraków 2016.

piątek, 22 lipca 2016

"Przekrój" nr 1111/1966, czyli 50 lat temu (odc. 11)

22 lipca 1966 roku, tak samo jak dzisiaj, był piątek.
Nie był to jednak zwykły piątek, taki jak dzisiaj. Był to bowiem piątek świąteczny – 22 lipca (obecnie E. Wedel).


Na drugiej stronie datowanego na ten szczególny dzień numeru „Przekroju” redakcja zamieściła krótkie objaśnienie. Z myślą o młodszych czytelnikach tego bloga, mając także na uwadze to, że nasza obecna rzeczywistość (w każdym razie polityczno-społeczna) coraz bardziej zaczyna przypominać tę sprzed pół wieku, zamieszczam poniżej obszerne cytaty:

Przed 22 laty na wyzwolonym skrawku ziemi w Chełmie Lubelskim objął władzę Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego – pierwszy rząd Polski Ludowej. Metryką jej urodzin stał się Manifest Lipcowy. Sprecyzował wizję Polski społecznie sprawiedliwej, gospodarczo silnej, politycznie znaczącej na mapie świata.(…)
Stało się tradycją, że w każdą rocznicę lipcową dokonuje się bilansu dorobku, który jest wspólnym dziełem umysłów i rąk naszych. Tak jest i teraz w dwudziestą drugą rocznicę. Ale tę rocznicę obchodzimy w roku wyjątkowym, zamykając TYSIĄCLETNI rozdział historii Polski.(…)
Jaka jest Polska roku 1966, otwierającego nowe tysiąclecie?
- Jesteśmy jednym z najmłodszych społeczeństw Europy. Ponad 40 proc. obywateli liczy poniżej dwudziestu lat. Blisko 70 proc. nie przekroczyło czterdziestki, 65 lat i więcej ma zaledwie 6,5 proc.
- W tym roku zrówna się ilość mieszkańców miast i wsi. Po raz pierwszy w dziejach kraj nasz przekroczy próg, oznaczający wysoki stopień urbanizacji i rozwoju gospodarczego. Zajmiemy szóste miejsce w Europie.
- Wkrótce także zrówna się ilość Polaków zatrudnionych w rolnictwie i leśnictwie z liczbą pracujących w przemyśle i innych dziedzinach gospodarki narodowej.(…)
A przecież nie tak bardzo odległe są czasy kiedy 70 proc. Polaków zajmowało się tylko rolnictwem i należeliśmy do krajów o najniższym odsetku ludności miejskiej. Nie tak dawne są czasy, w których likwidowaliśmy zmorę przeszłości – analfabetyzm.”

Nie wiem, bo nie oglądam telewizji i staram się nie czytać wiadomości (w każdym razie tych krajowych), ale mimo wszystko mam wrażenie, że 50 lat później tchniemy nieco mniejszym optymizmem. Kołacze mi się coś o jakiejś ruinie…

Rubryka „Czytać albo nie czytać” także bardzo optymistyczna.
Jej przełożenie na współczesne realia już niekoniecznie.
W lipcu 1966 roku ukazał się bowiem (w nakładzie 20.000 egzemplarzy!) m.in. „Piłat” Magdy Szabó, opisany przez „Przekrój” jako „powieść współczesna, o kobietach. Życie matki i córki pod jednym dachem. Konflikt pokoleń, problem starości, narastający dramat. Dobra proza”.
Sprawdzam dostępność w mojej bibliotece. Odpowiada mi tylko informacja "egzemplarze wycofano".
50 lat, jak widać, dla książki to zbyt wiele…

W dziale „Sensacyjne” redakcja donosiła z kolei o ukazaniu się drugiej „przyjemnej i dowcipnej” powieści pewnej autorki. Notka o treści nader lakoniczna, acz zachęcająca: „Środowisko warszawskich architektów. Czyta się.”
Owszem, chodzi o Joannę Chmielewską i „Wszyscy jesteśmy podejrzani” (pierwszą wydaną jej książką był „Klin”).
Jakieś dwa miesiące temu ponownie (nie zliczę już który raz) przeczytałam. Niestety, nie w wydaniu z 1966, w serii „z jamnikiem”, ale i tak czytało się znakomicie.

I wreszcie najważniejsza, zdaje się, wydana ówcześnie pozycja.
źródło zdjęcia
Henryk Elzenberg. Nazwisko, które – przyznaję uczciwie – mówi mi niewiele. Coś tam się kołacze, coś dzwoni, ale żebym kiedykolwiek czytała? Nie, nic z tych rzeczy.
Tymczasem redaktor „Przekroju” nie ustaje w zachwytach:
Autor jest równie wybitnym pisarzem jak filozofem. Co za polszczyzna! Proza brzmi jak dobra muzyka. Zdania jasne, zrozumiałe – to znów są skutki, gdy ma się talent, a na domiar studia odbywało się we Francji. Prof. Elzenberg wydał trzy książki. Jego dziennik w formie aforyzmów pt. KŁOPOT Z ISTNIENIEM, określono: wielka przygoda intelektualna. Słusznie, ale z dodatkiem: i moralna, gdyż autor przede wszystkim jest moralistą. (…) Druga książka, WARTOŚĆ I CZŁOWIEK, trudniejsza, dla czytelników zaawansowanych, broni podstawowego pojęcia w życiu ludzkim: wartości. Obecnie ukazała się oczekiwana trzecia: PRÓBY KONTAKTU, tak z czytelnikiem, jak i z… współczesnością. 21 esejów: o Gandhim, o Brutusie, o Benedetto Croce (czy tylko ja nie wiem kto to?), o Lukrecjuszu (ale ciekawie!), o Żeromskim, Rabindranath Tagore… Pasjonująca lektura dla dorosłych. Mały nakład, pośpiesz się. (Wyd. Znak, 4 tys., str. 222, cena 38).

Pomijając już to co wiem o Henryku Elzenbergu i jego twórczości, chciałabym zwrócić uwagę na co innego. Na „mały nakład”, mianowicie. W roku 1966 było to 4 tysiące egzemplarzy.
W roku 2016, śmiem twierdzić, 4.000 to nakład całkiem spory.
Postawię tezę jeszcze śmielszą: Elzenberg wydany dziś choćby w 400 egzemplarzach miałby marne szanse na sprzedanie się. Chyba że wystąpiłby (pośmiertnie) w jakimś talent show. Studia we Francji mogłyby jednak nie wystarczyć do odniesienia sukcesu. No, chyba że pan Henryk mógłby zaprezentować światu kaloryfer na brzuchu, wtedy to zupełnie inna gadka!


Rubryka „Savoir vivre w odcinkach” Jana Kamyczka tym razem także blisko czytelniczych realiów. Pisze bowiem Ewa B.:
Czy rzeczywiście nie można, mocząc się w wannie, przejrzeć gazety? Babcia twierdzi, że w wannie czytają tylko osoby upośledzone umysłowo, tymczasem i ja i plejada koleżanek oraz kolegów, a także rodzice niektórych z nich, zażywają rozkoszy lektury w wannie, chyba nie jesteśmy wszyscy nienormalni?”
Mimo że w tym kontekście obecne masowe montowanie pryszniców zamiast wanien może otwierać pole do daleko idących interpretacji (ja jestem czysta; mam w domu dwie wanny, żadnego prysznica), warto jednak zapoznać się z pochodzącą sprzed półwiecza odpowiedzią Kamyczka:
I mnie się zdarza, bo właściwie w wannie jest dość nudno, a oczywiście mam się za normalnego, babcia przesadza.”


Na zakończenie zaś utwór Ludwika Jerzego Kerna, który – choć odnoszący się do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, jakie w roku 1966 odbyły się w Londynie – wydaje się być całkiem trafny także w odniesieniu do zakończonych właśnie ME we Francji.

W Londynie mieście, panowie i panie,
Wielkie się właśnie zaczeno kopanie,
Zjechało ci sie zewsząd kupe chłopa
Na Świento Kopa.
Że to poważna sprawa a nie lipa,
Wziena Królowa swojego Filipa
I przeczytała futbalowe mowe,
Mowe kartkowe.

Dziadek to widział na swoim „Lotosie”
I w sercu dziadka zrobiło błogo sie,
Że tak przejmują wszyćkie inne kraje
Polskie zwyczaje.

Potem sie walki zaczeli zaciente,
Na śmierć i życie, jak w ZUS-ie o rente.
Każden chciał zdobyć dla siebie publikę
I złote Nike.

Te Nike gwizdnoł jeden złodziej hardy,
Ale odbiły mu jom skotlandjardy,
A pomógł im w tym piesek przypadkowy
Nieetatowy.

Cienżka jak diabli jest piłkarska dola,
Każden drugiemu pragnie strzelić gola,
Bo za te gole dudki som i wikty
I stond konflikty.

Dziadek, niestety, gola już nie strzeli,
Może najwyżej przy świentej niedzieli
Patrzonc w „Lotosie” na kopanom fete
Strzelić se sete.

Gwoli wyjaśnienia:
W 1966 Polska nie brała udziału w finałach mistrzostw. Portugalia zajęła trzecie miejsce.
Natomiast L.J.Kern ewidentnie pisał o tym samym, o czym w tym roku śpiewał niejaki Ryszard Makowski, z którego wszyscy tak bardzo się śmiali. I co, łyso Wam teraz?