wtorek, 15 maja 2018

W.Chmielarz i seria o komisarzu Mortce, czyli rzecz o prawdziwej namiętności


Stało się.

Ja, dojrzała kobieta, kpiąca z męskich zachowań związanych z przeżywaniem kryzysu wieku średniego, zrobiłam dokładnie to samo co oni.
Zakochałam się.
W młodszym.

Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę, akurat! Opętał mnie. Myślę o nim cały czas. Myślę, gdy wstaję rano, myję zęby i resztę ciała, gdy robię i jem śniadanie, gdy jadę do pracy, gdy jestem w pracy, gdy z niej wracam, gdy udaję, że jestem w domu, choć tak naprawdę myślami błądzę gdzie indziej. Myślę o nim wreszcie wieczorem, wieczorem jest zresztą najlepiej. Wtedy nikt nam już nie przeszkadza, wtedy wreszcie mogę skupić się tylko na nim. Zarwana noc? Pal ją sześć, czymże jest zarwana noc wobec prawdziwej namiętności?!

Naprawdę się tego nie spodziewałam. Wprawdzie mówili, że powinnam zwrócić na niego uwagę, ale słyszałam to już wielokrotnie i zawsze kończyło się tak samo. Piękna okładka a w środku pusto. Przerost formy nad treścią, pozerstwo i nadęcie, a przede wszystkim brak głębi. Tymczasem mnie trzeba uwieść słowem, frazą, umiejętnym dobieraniem tembru głosu, och, aż mnie ciarki przechodzą, gdy tylko o tym piszę. W każdym razie dotąd się nie udawało. Owszem, niekiedy bywało przyjemnie, ale nic poza tym.
Tymczasem po pierwszym spotkaniu okazało się, że on faktycznie ma w sobie to coś. Niby od niechcenia, ale przykuł moją uwagę. Pomyślałam: „fajny gość”. 
Za drugim razem było równie dobrze. Podobał mi się coraz bardziej, jednak nie na tyle, by zaiskrzyło. Nie protestowałam jednak, gdy okazało się, że możliwe jest trzecie spotkanie. A wtedy, och, wtedy zaczęło się na całego.

Co na to mój mąż?
Mąż wie o wszystkim. Początkowo był zazdrosny, jednak potem zaproponował (nie spodziewałam się tego po nim!) wejście w trójkąt. Gdy dołączyła do nas jeszcze moja koleżanka, wcale się nie zdziwił. Owszem, czasem bywa to kłopotliwe. Każde z nas ma inne tempo, jednak dla możliwości wzięcia do ręki kolejnej książki o komisarzu Jakubie Mortce jesteśmy gotowi zrobić wszystko, nawet dogadać się, gdy wydaje się to niemożliwe.

Wojciech Chmielarz
w trakcie spotkania w Szczecinie
źródło zdjęcia

To trafiło mnie znienacka.

Niby słyszałam, że jest taki Chmielarz, który dobrze pisze, ale niespecjalnie byłam skłonna w to uwierzyć. O Mrozie słyszałam to samo, a potem okazało się (patrz tutaj), że jest to prawdą tylko, gdy ustawić go w kategorii „ilość”, nie zaś „jakość”. Inni też jakoś nie zachwycali, a blog mi świadkiem, że próbowałam (np. Ziomeckiego i Przygodzkiego; poza tym byli nieopisani Czubaj, Wroński, Ćwirlej i paru innych, zawsze ostatecznie z tym samym skutkiem. Przeczytać się dało, ale zachwycić już nie).

Być może tym razem stało się inaczej dlatego, że Wojciech Chmielarz wydaje się być całkiem fajnym, zwyczajnym facetem. W każdym razie takie wrażenie zrobił na spotkaniu autorskim, jakie odbyło się w miniony poniedziałek (14 maja) w Szczecinie. Facetem, dodajmy, który otwarcie mówi, że jego ambicją jest napisanie dobrego kryminału, książki, którą będzie się świetnie czytało na plaży i tyle. Aż tyle, chciałoby się dorzucić.




Naprawdę, dawno nie zdarzyła mi się sytuacja, w której zawaliłabym kilka dni z życia po to, żeby czytać. Wszędzie. Bo musiałam, żeby nie pęknąć. Stan ten narastał przy tym niczym gorączka. O ile bowiem „Podpalacz” (pierwsza część cyklu) jest po prostu niezły, „Farma lalek” (druga część) dobra, o tyle „Przejęcie” i „Osiedle marzeń” (części trzecia i czwarta) są naprawdę znakomite. Finałowe (jak na razie) „Cienie” plasują się tylko ciut niżej, a i to chyba wyłącznie z racji nieco zbyt, jak na moje potrzeby, hollywoodzkiego zakończenia.

Opowiedziane historie są wiarygodne, dopracowane w detalach, bohaterowie – zarówno pierwszo, jak i drugoplanowi - psychologicznie prawdziwi, realia ze wszech miar autentyczne, a nie efekciarsko upiększone. Niezależnie od tego, czy te historie w całości lub w jakiejś części wydarzyły się naprawdę (autor twierdzi, że nie), zdają się być wyjęte ze stron prasy codziennej. 

W Warszawie (gdzie toczy się akcja czterech z pięciu książek cyklu; fabuła jednej – „Farmy lalek” rozgrywa się w położonych w Karkonoszach Krotowicach), a także w innych polskich miastach z całą pewnością pracują policjanci podobni do komisarza Jakuba Mortki i jego kolegów (a także jednej koleżanki – pojawiającej się wprawdzie dopiero w trzeciej części, za to z dobrym efektem). Nie są płascy i jednowymiarowi – źli lub dobrzy. Każdemu z nich zdarzają się potknięcia i chwile słabości, często kładące się cieniem na ich pozornie prostej historii. Są ludzcy tak bardzo jak w życiu – jedni piją, inni biją, kolejnym po prostu się nie chce lub też robią wyłącznie to czego oczekują tego od nich przełożeni; jeszcze inni zapadają się w pracę, zawalając życie prywatne. Większość boryka się z problemem marnych zarobków, co autor świetnie pokazuje poprzez detale.

Chmielarz lubi swoich bohaterów, to widać. Lubi ich wszystkich, nawet tych złych. Doskonale zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę o każdym można opowiedzieć fascynującą historię, dlatego z szacunkiem podchodzi również do tych, których rola wydaje się być tylko epizodyczna. Być może dzięki tej konstrukcyjnej czułości mnie najbardziej poruszyła postać dziada w garniturze, pojawiająca się w „Przejęciu” - nawet nie drugo, lecz pewnie dziesiątoplanowa. Poznałam kilku takich „dziadów” (o bardzo różnych historiach), może dlatego scena, w której u Chmielarza ta postać pojawia się po raz ostatni do głębi mnie dotknęła. Tak bardzo jest prawdziwa.

Niewiarygodne jest też to, jak niesamowicie autor potrafi budować napięcie, pokazując niemal wszystkie nitki, które trzyma w garści, a i tak zaskakując czytelnika. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak czułabym się, gdybym czytała książki z tej serii na bieżąco, gdy tylko się ukazywały. Jestem jednak pewna, że po przeczytaniu czwartej części, która ukazała się we wrześniu 2016 roku, nie mogąc dowiedzieć się od razu, co wydarzyło się dalej (kolejna część, „Cienie”, została wydana dopiero w styczniu tego roku), obgryzłabym ze złości wszystkie paznokcie, a autora, gdyby tylko się napatoczył, obrzuciłabym zgniłymi jajami, dopiero potem uświadamiając sobie, że taki akt agresji pewnie nie przyspieszy procesu twórczego.
Na szczęście, z racji polskokryminalnego zacofania, udało mi się przeczytać na raz prawie zamkniętą całość. Wprawdzie autor nie odżegnuje się od kontynuowania tej serii (wczoraj twierdził, że przyjdzie na to poczekać jakieś dwa, trzy lata), to jednak w „Cieniach” pozamykał większość najważniejszych, budujących stopniowo napięcie wątków, co pozwoliło mi rozładować czytelnicze napięcie.

A że Wojciech Chmielarz nie jest w ciemię bity i w zanadrzu pozostawił sobie szereg potencjalnych petard (ostatni rozdział „Cieni” zwiastuje jedną z nich, być może), dlatego jestem pewna, że po upływie niezbędnej higienicznej przerwy będzie w stanie stworzyć coś równie dobrego jak dotychczas.
A wtedy płomień mej miłości z pewnością rozgorzeje na nowo. 

Wojciech Chmielarz „Podpalacz”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.
Wojciech Chmielarz „Farma lalek”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.
Wojciech Chmielarz „Przejęcie”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.
Wojciech Chmielarz „Osiedle marzeń”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.
Wojciech Chmielarz „Cienie”. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018.

środa, 2 maja 2018

S.Majcher "Gotuję, nie marnuję", czyli nie marnuj papieru (i pieniędzy nań)

„Oszczędność, niestety, nie jest cechą charakterystyczną polskiej gospodyni. Prawdą jest również, że praca zawodowa kobiet ogranicza w poważnym stopniu czas przeznaczony na prowadzenie gospodarstwa domowego. Stąd dążenie do maksymalnego upraszczania prac związanych z utrzymaniem w porządku mieszkania, a zwłaszcza z przyrządzaniem posiłków.”

To wstęp do wydanej 35 lat temu książki kucharskiej – poradnika „Nie tylko dla jaroszów” autorstwa Zofii Zawistowskiej. Choć służył on wówczas przekonaniu czytelnika (czy raczej czytelniczki – autorce zdawało się nie mieścić w głowie, że codziennym gotowaniem dla rodziny mogą zajmować się mężowie i ojcowie) do dań jarskich, głównie z ekonomicznej konieczności (informacja dla młodszych wiekiem: w roku 1983 w Polsce obowiązywały kartki na mięso), to jednak wydaje się częściowo odpowiadać także na pytanie dlaczego dzisiaj, pod koniec drugiej dekady XXI wieku, marnujemy tyle jedzenia.

Niemarnowanie jedzenia to teraz temat trendy. Po okresie rozpusty i zachłyśnięcia się powszechną dostępnością wszystkiego (najgorzej wydaje się obecnie być z pieniędzmi, wszystko inne jest na wyciągnięcie ręki), przyszedł czas na opamiętanie.

Ratuj jedzenie, które dla innych jest marzeniem” – to hasło akcji prowadzonej przez polską Federację Banków Żywności. Kto jest jej adresatem?
Na pewno ja i moja rodzina. Niestety wyrzucamy, niestety nie przejadamy, niestety kupujemy za dużo i bez sensu. I tak już od pewnego czasu.

Nie wiem, czy marnowanie żywności jest tylko problemem lepiej sytuowanych mieszkańców większych miast. Ale owszem, z mojego punktu widzenia jest to rodzaj nowobogackiej, zglobalizowanej fanaberii (mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa!). Przeradzającej się coraz szybciej w chorobę.

Wszystko jest wszędzie i niemal zawsze.
Chcesz truskawek w środku zimy? Nie ma sprawy.
Masz ochotę dziś na kurczaka po tajsku, jutro na bigos, zaś pojutrze na łososia z grilla? Nic nie stoi na przeszkodzie, w końcu żyje się tylko raz.
Lubisz mieć wybór? Cóż prostszego – wystarczy kupić pięć gatunków sera i drugie tyle rodzajów warzyw (pomidor, ogórek, papryka, rzodkiewka i sałata), by potem móc wybrzydzać przy robieniu śniadania. A gdy okaże się, że masz ochotę na brie, podczas gdy w lodówce jest tylko rokpol, gouda, camembert, półtłusty twaróg i serek ricotta, zawsze możesz wysłać dziecko do sklepu.
Z drugiej strony, gdy wychodzisz codziennie z domu o siódmej rano, a wracasz o siódmej wieczorem, doprawdy ostatnią rzeczą, którą chcesz sobie jeszcze zaprzątać głowę, jest planowanie zbilansowanych posiłków na kolejny dzień.
Jeśli jednak mimo to przychodzi Ci do głowy myśl, że tym czego potrzebujesz jest świeżo wydana książka o tym jak nie marnować jedzenia, pamiętaj – bierz czym prędzej nogi za pas!



Sylwia Majcher jest – jak pisze o sobie na platformie „Z nami zdrowo” – „dziennikarką, blogerką i mamą, której dzieci najbardziej lubią czarne oliwki i hummus”.
Jakaż szkoda, że nie przeczytałam tego zdania, zanim kupiłam jej książkę. Byłabym kilkadziesiąt zeta do przodu, a w koszu miałabym dokładnie tyle samo niezużytego jedzenia, ile mam po zapoznaniu się z jej poradami.
Ale owszem, oficjalnie moje dzieci też najbardziej na świecie uwielbiają szpinak i kaszę pęczak. Gdybym miała konto na którymś z serwisów społecznościowych, ustawiłabym sobie jako profilowe ich zdjęcie, koniecznie bosonogich, nad miską z tymi boskimi pokarmami, a zachwyceni rodzice innych dzieci lajkowaliby mnie, spijając z mych internetowych ust wszystkie kolejne wyrazy. Kto wie, zachęcona sukcesem, może nawet wydałabym książkę o tym jak żywić dzieci. Choć może raczej o tym, jak ładnie ustawić je do zdjęcia.

Przeczytawszy „Gotuję, nie marnuję”, opatrzoną podtytułem „Kuchnia Zero Waste po polsku” (bo w tym kraju najlepiej sprzedają się angielskie nazwy, wiadomo), dowiedziałam się, że wszystko jest bardzo proste, a najlepiej zacząć od tego, że w sobotnie przedpołudnie wszyscy członkowie mojej rodziny usiądą razem i opowiedzą, na co mają apetyt. Wystarczy wówczas zanotować ich sugestie i wziąć pod uwagę przy tworzeniu domowego jadłospisu na najbliższy tydzień. Ponadto nie należy kupować na zapas, gdyż „nawet na niewielkich wsiach (…) sklepy otwierają się o świcie”, zaś „jeśli kończysz pracę w nocy, w drodze do domu na pewno spotkasz miejsce, gdzie uzupełnisz lodówkę”.
Dowiedziałam się również, że źródłem moich problemów jest chęć ugotowania posiłku z przeznaczeniem na więcej niż jeden dzień, gdyż na to, co zjadłam wczoraj, dziś nie będę już miała ochoty.
Poczułam się wprawdzie skonsternowana, gdy w innym miejscu dowiedziałam, że autorka zna „takie idealne domy, w których jadłospis powstaje na cały tydzień i nie ma odstępstw od ustalonej wizji. Zakupy robione są najczęściej w weekend i potem sukcesywnie wykorzystywane zgodnie z określonym harmonogramem.” Wytłumaczyłam to sobie jednak tym, że mieszkańcy owych domów z pewnością posiadają także idealne kubki smakowe, które zawsze mają ochotę na to, co na dany dzień z góry zaplanowano im w jadłospisie. Potem przypomniał mi się również mój nieżyjący sąsiad, który przez 30 lat niezmiennie żądał w niedzielę rosołu, w poniedziałek pomidorowej, we wtorek ogórkowej i tak dalej, a jego żona była z tego powodu zachwycona, gdyż nie musiała martwić się i wymyślać co by tu ugotować na obiad. Czym prędzej zapragnęłam być więc jak ona. No, może bez brodawki na policzku.

Wiem, to z mojej strony czysta złośliwość,
ale nie mogłam sobie odmówić umieszczenia
tej książki w mojej szafce z zapasami na czarną godzinę
Następnie okazało się, że nie powinnam mieć w domu więcej niż jeden rodzaj ulubionej kaszy i jedno opakowanie jednego rodzaju makaronu. Szkoda, że nie wiedzą tego moje dzieci, namiętnie jadające pomidorówkę z makaronem nitki, który jednak nijak nie nadaje się do innych niż zupa dań obiadowych. Poza tym promocja na włoskie makarony (50% zwykłej ceny, a to robi różnicę) nie zdarza się codziennie, ale być może nie da się jednocześnie oszczędzać i nie wyrzucać.
Dalej autorka zapewniła mnie, że moje życie odmieni się, gdy zacznę mrozić, suszyć, kisić i wekować. Ponieważ dotąd wykonywałam tylko pierwszą i ostatnią z wyżej wymienionych czynności (dzięki czemu moja zamrażarka od dawna jest najzimniejszym koszem na śmieci w całym domu, a regał w piwnicy stał się miejscem eksperymentów chemicznych [czy ten słoik wybuchnie po 10 latach od zawekowania, czy dopiero po 12?]), poczułam się mała i nic niewarta. A że naprawdę bardzo pragnę zmiany, postanowiłam czym prędzej wcielić w życie wszystkie przeczytane porady.

Wróciwszy zziajana do domu w sobotni poranek (wstałam o świcie, gdyż tylko wtedy mogę odpracować weekendową porcję sportu, którego niezmiennie domaga się mój kręgosłup), zjadłam szybko śniadanie, które przygotował mi małżonek (nie, żebym narzekała, ale zrobił mi kanapkę z nowym hummusem, podczas gdy na drugiej półce lodówki, w jej prawym rogu, tuż za słoikiem z musztardą, stało już otwarte opakowanie z połową starego), po czym odwiozłam młodsze dziecko do szkoły muzycznej, a następnie (odsiedziawszy w szkole czterdzieści pięć pełnych strasznych dźwięków minut) przywiozłam je stamtąd. Wówczas (a było południe) spróbowałam zlokalizować pozostałych członków rodziny (młodsze dziecko przezornie trzymałam na krótkiej smyczy). Niestety, okazało się, że w międzyczasie rozpełzli się w niewiadomych kierunkach.
Przekląwszy szpetnie pod nosem i skonsultowawszy się wyłącznie z Młodszym, udałam się na samodzielne zakupy. Kupiłam wszystko do sobotniego makaronu oraz niedzielnego kurczaka.
Gdy wróciłam, usłyszałam, że mąż nie chce makaronu w sobotę, zaś starszy syn kurczaka w niedzielę. Zgrzytnęłam zębami i oświadczyłam, że będzie makaron i już, a jak im się nie podoba, niech zrobią sobie coś innego. W odpowiedzi mąż ostentacyjnie udał się samodzielnie do najbliższego sklepu, po czym przystąpił do gotowania grochówki. W zamierzeniu miało być jej troszeczkę, jednak niechcący sypnęło mu się za dużo grochu.

W niedzielę przy śniadaniu nie obyło się bez zgrzytów, gdyż mąż zrobił wszystkim kanapki ze starym hummusem, który trzeba było skończyć. Niestety, nikt nie miał na niego ochoty (ja też).
Następnie starszy syn oświadczył, że na obiad to on zjadłby najchętniej szparagi, a kurczaka nie chce. Może ewentualnie zgodzić się na pomidorówkę (akurat nie było). Grochówki też nie chce.
Ostatecznie na obiad Starszy zjadł kanapki z dżemem (otworzył słoik truskawkowego, gdyż nie lubi porzeczkowego, którym zajada się z kolei Młodszy). Mąż grochówkę. Ja z Młodszym dojedliśmy wczorajszy makaron. Kurczak został się niczym sierotka.

W poniedziałek wstałam o świcie, aby kupić pieczywo (w sobotę zapomniałam, a w niedzielę sklepy były nieczynne). Niestety, najbliższy otwarty od rana sklep z  pieczywem jest oddalony od naszego domu o dwadzieścia minut drogi pieszo. Do listy zakupów czym prędzej dopisałam więc psa, uznając, że dzięki niemu poranny spacer będzie miał więcej sensu. Po powrocie zorientowałam się, że zapomniałam powiedzieć mężowi, który wstał w międzyczasie, aby przygotować śniadanie, żeby nie otwierał nowego opakowania sera, bo w lewym rogu trzeciej półki lodówki jest otwarte poprzednie. Kanapki ze świeżym serem są jednak znacznie smaczniejsze niż ze starym, przyznaję.
Oba słoiki z dżemem zostały tego dnia otwarte i nietknięte. Dzieci nie mogą jeść przecież codziennie tak niezdrowych rzeczy, nieprawdaż?
Przygotowanie wypełnionych zdrową zawartością śniadaniówek dla dzieci zajęło mi tak dużo czasu, że dla siebie zdążyłam chwycić tylko jabłko. Pocieszyłam się myślą, że w pracy zamówię zdrowy obiad z pobliskiej wegańskiej knajpy, a ugotowana w piątek kasza jęczmienna (przez jakiś czas łudziłam się, że zdążę wrzucić ją do termosu) wytrzyma jeszcze jeden dzień.

Tego dnia do domu wracałam o 20.30, marząc, by znaleźć się w nim czym prędzej i zalec w wannie. Na śmierć zapomniałam o kurczaku. Gdy dotarłam, okazało się, że starszy syn za nic nie umie zrobić zadań z matematyki, zaś młodszy zapomniał jak gra się gamę harmoniczną b-moll, którą miał tego dnia wyćwiczyć na blachę. Ponieważ w naszej rodzinie to ja mam wykształcenie muzyczne oraz udzielałam onegdaj korepetycji z matematyki, mąż spojrzał tylko wymownie i powiedział, że zrobi tego kurczaka, a ja mam zająć się dziećmi. Zanim powiedziałam mu, że w lodówce na drzwiach jest otwarta pomidorowa passata, przyniósł z piwnicy kolejny słoik i otworzył, dodając jego zawartość do sosu.
Myjąc tego dnia zęby, przewertowałam po raz kolejny książkę Sylwii Majcher, niestety nie znalazłam informacji na temat tego, jak poradzić sobie w takiej sytuacji.

Gdy kładłam się spać, była 23.30. Budzik nastawiłam na 5.00, bo starszy syn miał następnego dnia lekcje na 7.10, a przygotowanie zdrowego, zbilansowanego śniadania (najlepiej z resztek) zajmuje nieco więcej czasu niż posmarowanie chleba dżemem.
Tej nocy spałam fatalnie. Śniły mi się liście rzodkiewki wypełzające z kosza na śmieci i łypiące na mnie z wyrzutem. W związku z tym inne wyrzuty (sumienia) obudziły mnie o 4.58.
Rozpoczął się kolejny fascynujący dzień mojego życia.
W którym – wiem to już teraz na pewno – nie ma miejsca na książkę Sylwii Majcher z jej przepisami i poradami.

Być może mój problem polega na tym, że doskonale wiem, co należy zrobić, aby być tak świetnie zorganizowanym i uporządkowanym jak pani Majcher.
Rzucić mianowicie wszystko w cholerę. Męża i dzieci najlepiej też, bo tylko psują wszystkie plany.
Wiem również i bez czytania w książkach, że to co robię (marnuję jedzenie), jest złe.
Jeśli ktoś pogrozi mi w związku z tym palcem, przywołując szereg liczb (cytuję za autorką: „Federacja Polskich Banków Żywności policzyła, że czteroosobowa rodzina z powodu nieprzemyślanych zakupów i nieumiejętnie wykorzystanych produktów traci rocznie 2500 złotych”), z pewnością bardzo się zmartwię.
Jeśli jednak ów ktoś będzie przy tym epatował swoją doskonałością, rzucając co chwila, niby od niechcenia: „każdy może zmienić te liczby. Trzeba tylko dostrzec w resztkach potencjał”, trafi mnie jasny szlag. A w ślad za nim ciemna cholera.

Nie twierdzę, że zmiany nie są możliwe, nie szukam usprawiedliwienia dla własnej nieudolności. Moje życie wygląda jednak tak a nie inaczej i na razie nie zanosi się na to, aby mogło się zmienić (chętnie porozmawiam z panią Majcher za parę lat, gdy jej dzieci będą nieco starsze, a moje jeszcze starsze. Kto wie, może udzielę jej nawet wówczas kilku porad).
Nie chcę żyć wyłącznie w kuchni, przygotowując codziennie coś nowego (i cóż, że zgodnie z planem?), bo wiem czym to pachnie. Jakiś czas temu z przyczyn zdrowotnych przez pół roku musiałam skoncentrować się głównie na przygotowywaniu jedzenia: owszem, byłam wtedy dużo bardziej sprawna i zorganizowana, znacznie mniej marnowałam, lepiej też się odżywiałam. Przez te sześć miesięcy chodziłam jednak stale niewyspana (żeby zdążyć wszystko przygotować, musiałam wstawać wcześniej, później też chodziłam spać, gdyż np. dania obiadowe na następny dzień przygotowywałam wieczorem) i nie miałam czasu na nic innego poza planowaniem posiłków i ich przygotowywaniem. Przykro mi, na dłuższą metę chromolę takie życie.

Poza tym, w moim domu poszczególni członkowie rodziny mają różne preferencje. Ja jem mało mięsa, a okresowo wcale, mój mąż mógłby żywić się wyłącznie nim. W efekcie często każde z nas przygotowuje sobie inny posiłek, uwzględniając dodatkowo, co nie ułatwia sprawy, życzenia dzieci (każde z nich ma inne, jakież szczęście, że nie jesteśmy rodziną wielodzietną!).

Żywe są też wszelkiego rodzaju uprzedzenia: ugotowanie bulionu z obierek, na który przepis podaje Sylwia Majcher, spowodowałoby, że miałabym do dyspozycji dwa litry tego płynu wyłącznie dla siebie, gdyż nikt inny w moim domu nie tknąłby go nawet palcem u nogi. Ale tak, owszem, czy wspominałam już, że moje dzieci, mając do wyboru chipsy i szpinak, zawsze wybiorą szpinak?


Czepiając się jeszcze bardziej, dodam, że w książce „Gotuję, nie marnuję”, nie znalazłam najmniejszej choćby wzmianki o tym, że owszem, można z powodzeniem wykorzystywać w kuchni liście rzodkiewek czy obierki z ziemniaków, jednak pod warunkiem, że pochodzą z warzyw ekologicznych. Nie przeczę, że ideałem byłoby wykorzystywanie wszystkiego do ostatniego okruszka, jak to robiły nasze babcie (pani Majcher zachęca: „z kilograma ziemniaków można mieć nawet 300 gramów obierek, które zamiast do śmieci trafią na stół jako chrupiąca przekąska”). Babcie te jednak posiadały zazwyczaj własne grządki, na których hodowały własne, niepryskane marchewki czy rzodkiewki. Tymczasem te warzywa, które są współcześnie dostępne w sklepach, obfitują głównie w pestycydy (ziemniaki od lat znajdują się na tzw. liście „brudnej 12-tki”, czyli najbardziej zanieczyszczonych pestycydami warzyw). Z dwojga złego wolę więc wyrzucić, niż zmarnować swoje zdrowie.

Wreszcie, nie można zapominać, że nie każdy jest talentem kulinarnym, który potrafi „z teoretycznie pustej lodówki (…) wyczarować rewelacyjny posiłek”, jak „autorytarnie” stwierdza Sylwia Majcher. Otóż, ja jestem kulinarnym głąbem, który owszem, umie ugotować coś dobrego, a nawet bardzo dobrego, o ile ktoś najpierw mu powie jak ma to zrobić. Przez lata spędzone w kuchni wyuczyłam się wielu rzeczy, jednak brakuje mi owego kulinarnego zmysłu, polotu, który sprawi, że zwiędłe rzodkiewki zobaczę w innej niż tylko kompostowej roli. Potrzebowałabym więc książki dla nielotów, z prostymi jak budowa cepa poradami. Parę takich w omawianej książce znalazłam, za mało jednak, bym uznała, że jest ona warta wydanych na nią pieniędzy.

Spróbuj zawsze myśleć w taki sposób, który pozwoli ci zaoszczędzić czas, energię i w efekcie pieniądze”, zachęca Sylwia Majcher.
Następnym razem pomyślę zatem. Zanim kupię książkę.

Sylwia Majcher „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia Zero Waste po polsku.” Buchmann, Warszawa 2018.

niedziela, 22 kwietnia 2018

A.Bikont "Sendlerowa. W ukryciu", czyli prawda i jej kryjówki


W tekście „Cesarz bez poddanych”, napisanym krótko po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego (do przeczytania tutaj), Piotr Bratkowski podzielił się między innymi taką refleksją:

„ (…) oto wcale nie oddajemy hołdu prawdziwemu Ryszardowi Kapuścińskiemu, lecz jego stworzonemu przez media wizerunkowi; wizerunkowi wielce dla nas wygodnemu, pozwalającemu się łączyć we wspólnej żałobie, lecz zarazem zwalniającemu od stawiania sobie trudnych pytań. Ten wizerunek składa się z kilku stereotypów. Chłopca, który wychodząc z ubogiego, poleskiego miasteczka, ruszył w świat i zyskał sławę. Polaka przyjmowanego na światowych salonach, mędrca obsypanego nagrodami, odznaczeniami i honorowymi doktoratami. Starszego, niezwykle sympatycznego pana, który od czasu do czasu pojawiał się w telewizji, wygłaszając kilka przemyśleń na tyle mądrych, by zatrzymały na chwilę uwagę widza, i na tyle ogólnych, by niemal każdy widz mógł uznać je za swoje.

Rok 2018, w którym już za chwilę, 12 maja, przypadnie 10 rocznica śmierci Ireny Sendlerowej, uchwałą Sejmu RP został ustanowiony rokiem jej imienia. W uchwale, przyjętej 8 czerwca 2017 r. czterysta trzydziestoma pięcioma głosami za, przy jednym wstrzymującym i braku głosów przeciw, posłowie stwierdzili:

Irena Sendlerowa, pseudonim okupacyjny „Jolanta”, to wybitna polska działaczka społeczna. Urodziła się 15 lutego 1910 roku  w Warszawie, gdzie zmarła 12 maja 2008 roku.
W czasie II wojny światowej jako kierowniczka referatu dziecięcego Rady Pomocy Żydom „Żegota” zorganizowała siatkę ludzi i instytucji, z którymi niosła pomoc dzieciom z getta. Przyczyniła się do ocalenia z Holokaustu około 2500 żydowskich dzieci. Z narażeniem życia, heroizmem, w największej konspiracji wyprowadzała dzieci z warszawskiego getta, a następnie znajdowała im schronienie w polskich rodzinach, klasztorach i domach opieki.
W październiku 1943 roku Irena Sendlerowa została aresztowana, była przesłuchiwana i torturowana w siedzibie Gestapo przy alei Szucha i więziona przez 100 dni na Pawiaku. Nawet pod groźbą kary śmierci nie zdradziła swoich współpracowników ani nie ujawniła żadnych informacji. Prowadzony przez Irenę Sendlerową rejestr uratowanych dzieci pozwolił im na poznanie ich własnej tożsamości, a także odnalezienie bliskich po zakończeniu II wojny światowej.
Irena Sendlerowa została uhonorowana w 1965 roku medalem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata, w 2003 roku – Orderem Orła Białego, w 2007 roku – Orderem Uśmiechu. Od 1990 roku Honorowa Obywatelka państwa Izrael.

Powyższa uchwała jest hołdem złożonym stworzonemu w ostatnich latach wizerunkowi Ireny Sendlerowej, miłej starszej pani, którą znają nawet w Ameryce, listkowi figowemu, który tak pięknie przesłania to, czym niekoniecznie chcielibyśmy się chwalić.

Irena Sendlerowa
źródło zdjęcia

Niestety, przywołane w niej fakty niekoniecznie odpowiadają historycznej prawdzie. Ani 2500 dzieci, ani 100 dni na Pawiaku. To znaczy owszem, uratowane dzieci tak i Pawiak tak, jednak przywołane liczby niekoniecznie się zgadzają z twardymi danymi.

Czy Sendlerowa byłaby treścią uchwały ucieszona? Pewnie tak. W każdym razie ta Sendlerowa, jaką była w ostatnich latach życia.
Czy jej działalność w czasach okupacji, która przyniosła jej sławę i chwałę, jest dziś przedmiotem głębszej analizy ogółu, w tym zwłaszcza czterystu trzydziestu pięciu głosujących „za” posłów? Śmiem twierdzić, że niekoniecznie.


 „Sendlerowa. W ukryciu” autorstwa Anny Bikont może być potraktowana jako książka, która rozbija mit, co jest ogromnie szkodliwe w dzisiejszych czasach, w których tak są potrzebne autorytety. Która zasmuci tysiące dzieci ze szkół imienia Sendlerowej. Tak uważa Elżbieta Ficowska, urodzona w 1942 roku, wywieziona z getta jako półroczne niemowlę, twierdząca publicznie, że życie zawdzięcza właśnie Sendlerowej. 

Tymczasem Bikont próbuje wyłącznie powiązać ze sobą w zgrabną całość, nie zaś w splątany kłąb, szereg sznurków, po których plotła się historia Ireny Sendlerowej. Po kolei, od początku, od narodzin małej Irenki, wówczas jeszcze Krzyżanowskiej, aż do czasów współczesnych.
Podjętej przez autorkę próbie towarzyszył wielki wysiłek, niestety jeśli chodzi o efekty zbliżony do tego jaki przypadł w udziale Syzyfowi.

I tak już będzie cały czas z tą opowieścią. Spędziłam setki godzin w archiwach, rozmawiałam z dziesiątkami osób, już, już wydawało mi się, że chwytam jakąś nitkę, że mogę powiedzieć coś pewnego o życiu Ireny Sendlerowej, po czym okazywało się, że znowu coś się nie zgadza.” – uprzedza lojalnie autorka już na początku trzeciego rozdziału (łącznie jest ich dwadzieścia).

Margarita Turkow dziś
źródło zdjęcia
W czasie lektury początkowo można odnieść wrażenie, że postać Sendlerowej jest tylko pretekstem do opowiedzenia o zagładzie Żydów z warszawskiego getta. O straszliwych czasach. O rozrywających serce losach żydowskich dzieci. Bikont opowiada bowiem o Sendlerowej przez pryzmat indywidualnych historii osób, które się z nią zetknęły.

Czytelnik pozna więc między innymi historię córki Jonasa Turkowa, Margarity. Uratowanej, a jednak od czasów wojny aż do teraz mającej poczucie, że nie żyje.
Coś we mnie pękło na zawsze, kiedy mieszkałam u Borcińskiej [osoba, u której była ukrywana]. Ja wtedy w Zielonce błagałam rodziców, żebym mogła zostać z nimi. Wiedziałam, że jak przeżyję, będę w środku martwa. Odesłali mnie. Dlaczego nie kochali mnie tak, żeby chcieć ze mną umrzeć?

Renata Skotnicka-Zajdman
źródło zdjęcia
Bikont opowie także o Renacie Skotnickiej-Zajdman, która poznała Sendlerową w roku 1993 i od tego czasu zaprzyjaźniła się z nią, stając się jej ambasadorką na drugiej półkuli (Skotnicka-Zajdman mieszkała w Montrealu), mimo że jej wojenna historia nie była z nią związana (życie zawdzięczała rodzinie Bartczaków).
Jak tylko zobaczyłam Irenę, zapragnęłam, by była częścią mojego życia” - powie Annie Bikont krótko przed swoją śmiercią.

W opowieści pojawi się także wiele innych nazwisk (zamieszczony na końcu spis postaci liczy blisko sześćdziesiąt osób), bardziej lub mniej znanych. Są wśród nich między innymi pisarz i literaturoznawca Michał Głowiński - z całą pewnością uratowany dzięki Sendlerowej; współpracownik Sendlerowej z Wydziału Opieki - Jan Dobraczyński, powojenny pisarz; Adam Celnikier (od czasów wojny - Stefan Zgrzembski) – drugi mąż Sendlerowej; Helena Radlińska – pedagożka i mentorka Sendlerowej czy rodzice pisarki Joanny Papuzińskiej – Stanisław Papuziński i Zofia Wędrychowska.

Im dalej w lekturę, tym z jednej strony lepiej, gdyż kończą się (a w każdym razie nie są już tak skondensowane) dramatyczne opowieści, sprawiające, że przeczytanie jednego rozdziału trzeba rozłożyć na kilka dni. Z drugiej, rośnie konsternacja. Pojawia się bowiem coraz więcej wątpliwości, nieścisłości, zmyśleń, często wprowadzanych, bardziej lub mniej świadomie przez samą Sendlerową. Trudno w takich okolicznościach wierzyć w mit.

źródło zdjęcia
Anna Mieszkowska, autorka pierwszej książki traktowanej jako biografia Sendlerowej, wydanej po raz pierwszy w roku 2004 pod tytułem „Matka dzieci Holocaustu. Historia Ireny Sendlerowej”, opowiadała jak wyglądała, wspólna z Sendlerową, jej praca nad tą książką.
„Irena Sendlerowa postawiła mi trzy warunki: proszę nie nagrywać, nie notować i nie zadawać bolesnych pytań. Spisywałam coś na skrawku papieru, podarła przy mnie i wrzuciła do kosza. Ten tekst był dwukrotnie autoryzowany, skakało jej ciśnienie i cukier. (…) Miałam bardzo mało czasu i bohaterkę, która nie nadawała się na dziennikarskie śledztwo.

Czy godzi się „grzebać” w historii Sendlerowej, skoro ona sama wyraźnie sobie tego nie życzyła? Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista (to samo pytanie stawiano zresztą także po śmierci przywołanego na wstępie Ryszarda Kapuścińskiego, zwłaszcza w kontekście jego biografii autorstwa Artura Domosławskiego).

Bikont odpowiada na nie pozytywnie, opisuje więc także powojenną działalność Sendlerowej, epizody dla których brak jest miejsca w hagiografii.

Bo jak powiązać z tą sympatyczną starszą panią fakt, że była między innymi członkinią partii komunistycznej, wcale nie wbrew własnej woli?

Jak pogodzić ze świętością to, że nie była w stanie ułożyć sobie życia prywatnego, żyjąc – z katolickiego punktu widzenia – w grzechu? Z pierwszym mężem, Sendlerem, rozwiodła się, po latach pobrała ponownie, by znów się rozwieść; z drugim, Celnikierem – Zgrzembskim wprawdzie się nie rozwiodła, jednak faktycznie rozstała na cztery lata przed jego przedwczesną śmiercią.

Czy pasuje do świetlanej postaci to, że jej dzieci miały do niej żal o to, że według ich pamięci nigdy nie było jej w domu. „I oni nigdy mnie, np. dziś, nie pocałują, bo mówią: „Teraz chcesz nas całować – a gdzie byłaś?? jak myśmy byli mali i czekaliśmy na Twe pocałunki?? – to ty byłaś na rozmaitych zebraniach?”  - żaliła się Sendlerowa w liście do przyjaciółki, Wandy Rotenberg.

Ktoś, kto nad wszystko przedkłada wielbienie pomników, kto uwielbia się chełpić cudzymi zasługami, traktując je niemal jak swoje (co sprzyja wszak ich wyolbrzymianiu), nie będzie zadowolony.
Nie spodoba mu się z pewnością bezceremonialność, z jaką Anna Bikont pisze (a warto przypomnieć, że książka ukazała się pod koniec października ubiegłego roku, na długo przed, mówiąc delikatnie, zamieszaniem z przegłosowaną w styczniu tego roku nowelizacją ustawy o IPN) że „Irena Sendlerowa wraz z Janem Karskim stała się sztandarowym produktem eksportowym Polski. Dla narracji patriotyczno-obronnej, która żywi się odpieraniem wyimaginowanych ataków godzących w dobre imię kraju, oboje są darem Opatrzności.”

Nie wydaje się również, aby ów ktoś dobrze odebrał to, iż w innym miejscu Bikont stwierdza, że „by dopasować Sendlerową do obowiązującego w dzisiejszej Polsce wzorca bohatera, trzeba było wiele faktów z jej życia przykroić, dosztukować i doszyć. Chodziło przy tym nie tylko o umieszczenie Sendlerowej w panteonie aktualnych narodowych świętych. Celem było także przenicowanie doświadczenia Sprawiedliwych – ich dojmującej samotności, poczucia, że walczą nie tylko z niemieckim okupantem, ale także z polskim otoczeniem – na doświadczenie całego narodu, wystawiające dobrą notę Polakom en bloc. Jak to trafnie ujął tygodnik „Niedziela”: „dziś historia jej życia podawana jest w mediach i na lekcjach historii jako piękny przykład postawy Polaków wobec Holocaustu.”

Pomnik Sendlerowej w Moskwie
źródło zdjęcia
W mity, legendy i żywoty świętych przyjemnie jest wierzyć. Poza tym podobizny świętych ładnie wyglądają, oprawione w złote ramki i postawione na komodzie wśród rodzinnych portretów.

To, że życie nie jest czarno-białe, a postaci ludzkie jednowymiarowe, choć oczywiste, jest znacznie mniej fotogeniczne.

Anna Bikont podeszła do Ireny Sendlerowej z najwyższym szacunkiem. W napisanie książki o niej włożyła olbrzymi nakład pracy. Niemal każde zdanie jest tu znakomicie udokumentowane, dzięki czemu czytelnik w każdej chwili może powiedzieć: „sprawdzam”. Wydawałoby się, że nie sposób zarzucić jej, że dopuściła się przekłamania, jednak nie ma dziś u nas rzeczy niemożliwych.

Owszem, Bikont obtłukła ze wszystkich stron kryształową figurę Sendlerowej. Ci, którzy lubią piękne, lśniące formy mogli poczuć się zawiedzeni. Warto jednak, by otarłszy łzy sprawdzili, czy kryształ nie był przypadkiem plastikową podróbką, a w jego wnętrzu nie kryło się coś dużo cenniejszego. Choć znacznie mniej ostentacyjnego.

Anna Bikont „Sendlerowa. W ukryciu.” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

R.J. Palacio "Cud chłopak", czyli o trzech prawidłowościach


Nie jestem wzorowym uczniem. Wiem, że są tacy, którzy lubią szkołę, ale ja do nich nie należę, mówię otwarcie. Tylko niektóre rzeczy mi się podobają, na przykład wuef i zajęcia komputerowe. No i przerwy między lekcjami, zwłaszcza ta na lunch. Ale w sumie szkoła mogłaby dla mnie nie istnieć. Najbardziej nie znoszę prac domowych, które nam ciągle zadają. Jakby nie wystarczyło, że siedzimy tyle godzin na lekcjach, starając się nie zasnąć, a nauczyciele wciskają nam do głów rzeczy, z których prawdopodobnie nie będziemy mieć żadnego pożytku, na przykład wzór na pole powierzchni całkowitej sześcianu czy definicje energii kinetycznej i potencjalnej. Kogo to obchodzi, zastanawiam się. W życiu nie słyszałem, żeby moi rodzice użyli słowa „kinetyczny”!
Najbardziej nie cierpię przedmiotów ścisłych. Tyle musimy się uczyć, że to przestaje być zabawne. Nasza nauczycielka, pani Rubin, czepia się wszystkiego – nawet tego, jak zapisujemy tematy zadań! Któregoś razu odjęła mi dwa punkty, bo nie napisałem daty na górze kartki z pracą domową. Obłęd!

„Cud chłopak” to książka, która mimo że na polskim rynku pojawiła się cztery lata temu, dopiero teraz, za sprawą gwiazdorsko obsadzonej ekranizacji, doczekała się jakiegokolwiek rozgłosu.
Nie wiem na czym skupia się film, gdyż do kina niestety nie dotarłam, jednak przypuszczam, że na tym, co jest głównym tematem książki, a więc na odmienności, w tym przypadku spowodowanej uwarunkowaną genetycznie deformacją twarzy głównego bohatera, dziesięcioletniego Augusta, ucznia – o zgrozo! – piątej klasy (najwyraźniej w USA nikt nie uratował maluchów). Temat to ważny, w książce poruszony po mistrzowsku (przy założeniu, że jej odbiorcami docelowymi są nastolatki). Choćby z tego powodu warto „Cud chłopaka” przeczytać lub przynajmniej obejrzeć, najlepiej razem z nastoletnim dzieckiem.
Ja tu jednak nie o tym.


Literacki pretekst do opowiedzenia historii Augusta stanowi ważne w życiu głównego bohatera wydarzenie, jakim jest rozpoczęcie przez niego edukacji w prawdziwej szkole. Nie żadna tam prowadzona przez mamę edukacja domowa, z jakiej dotychczas korzystał, lecz zwykła (choć prywatna) szkoła, z całym jej, nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu, okrucieństwem.

Uważni czytelnicy tego bloga zdążyli się już z pewnością zorientować, że szkoła jest od pewnego czasu moim fiksum dyrdum. Im dłużej moje dzieci do niej uczęszczają, tym bardziej nienawidzę tego, czym zazwyczaj jest i tym bardziej chciałabym, aby była czymś całkiem innym.
„Cud chłopak”, jak wynika już choćby z przywołanego na wstępie cytatu (stanowiącego wypowiedź jednego ze szkolnych kolegów Augusta, Jacka), nie jest książką, która może wywołać w polskim czytelniku wrażenie, że nasze szkoły są jakimś tragicznie złym wyjątkiem od generalnie dobrej światowej reguły. Wynika z niej bowiem jasno, że także amerykańskie prywatne szkoły zatrudniają nudnych nauczycieli zadających zbyt wiele zadań domowych, a uczęszczające do nich dzieci nie są bynajmniej ideałami.
Uważna lektura pozwala jednak równie jak ja zafiksowanemu czytelnikowi na dostrzeżenie szeregu prawidłowości.

Prawidłowość pierwsza: w szkole najważniejszy jest dyrektor.

Dyrektor ma władzę. Władza zaś często deprawuje, zwłaszcza ludzi małych i zakompleksionych.
Jak przypuszczam, tak w Polsce, jak i w USA, dyrektorami szkół często zostają ludzie, którzy nie powinni zarządzać nawet kurnikiem (z całym szacunkiem do kur, tak bardzo im należnym zwłaszcza w okolicach Wielkanocy). Ze wszystkiego jednak, także i z władzy, można uczynić dobry użytek.
Dyrektor może być liderem, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wiedząc i widząc często więcej od pozostałych, może delikatnie ukierunkowywać, wspierać, ale przede wszystkim pokazywać własnym przykładem, co jest najważniejsze.
Dobry dyrektor pociągnie za sobą nauczycieli. Tych dobrych. Jeśli uda mu się zyskać wsparcie mądrych decydentów (np. władz samorządowych), doprowadzi do tego, że zatrudnieni w jego szkole źli nauczyciele, prędzej czy później, po nieuniknionym okresie buntu i naporu, odejdą. I nikt nie będzie po nich płakał.

Stoicie na progu, moi drodzy, wychodzicie z dzieciństwa i wkraczacie młodość. Jesteście na etapie przejściowym. Zebraliśmy się tutaj, razem z waszymi rodzinami, przyjaciółmi i nauczycielami (…) nie tylko po to, żeby uhonorować wasze tegoroczne osiągnięcia, lecz również po to, żeby wyrazić uznanie dla waszych bezgranicznych możliwości. (…)
Chcę, żeby moi wychowankowie, kończąc szkołę podstawową średnią, mieli niezachwianą pewność, że w przyszłości, którą sobie wybudują, wszystko jest możliwe. Jeżeli każdy na tej sali przyjmie zasadę, że zawsze i wszędzie będzie starał się postępować ciut lepiej niż trzeba, to nasz świat rzeczywiście stanie się lepszym miejscem. Jeżeli się postaracie, jeżeli będziecie ciut lepsi niż trzeba, to pewnie ktoś kiedyś rozpozna w każdym z was twarz Boga. (…) Albo, zgodnie z wymogami politycznej poprawności, duchową emanację uniwersalnego dobra, jeśli tak mówi wasza wiara.

Tak przemawiał wicedyrektor szkoły, do której uczęszczał August, na zakończenie roku szkolnego. Och, jakżeż inne to przemówienie od tego, które słyszałam w szkole Starszego w minionym roku. Ani słowa o czerwonych paskach, srebrnych tarczach, piątkach i szóstkach. Jasne, to ważne, ale nie najważniejsze. Cudownie, gdy dyrektor szkoły o tym wie.

Prawidłowość druga: uczniowie uczą się najwięcej i czerpią największą satysfakcję z tego, na co mają jakiś wpływ.

Wszystkim uczniom z klas piątych przydzielono jakiś obiekt, który miał być zaprezentowany w stworzonym przez nas muzeum podczas Dnia Kultury Egipskiej w grudniu. Nauczyciele zapisali nazwy obiektów na osobnych kartkach i wrzucili je do szklanej misy, a potem na apelu uczniowie po kolei losowali kartki.(…)
W dniu otwarcia muzeum egipskiego wszyscy byliśmy szalenie przejęci i rozgorączkowani. (…)
Muzeum mieściło się w sali gimnastycznej. Na stołach znajdowały się wykonane przez uczniów obiekty, a pod nimi karteczki z wyjaśnieniami co każdy przedstawia. W większości były naprawdę świetne, ale uważam, że nie dorównywały mojemu i Augusta. (…) August zrobił piramidę schodkową z kostek cukru. Miała ponad sześćdziesiąt centymetrów wysokości i tyle samo szerokości. Pomalował ją sprayem albo czymś na piaskowy kolor. Prezentowała się wspaniale.
Wszyscy włożyliśmy egipskie stroje. Niektórzy przebrali się za archeologów, jak z filmów o Indianie Jonesie, inni za faraonów. August i ja przebraliśmy się za mumie.(…)
Przybywający rodzice zbierali się w holu przed salą gimnastyczną. Gdy zjawili się już wszyscy, podeszliśmy do nich i każdy miał oprowadzić mamę czy tatę po zaciemnionej sali, oświetlając sobie drogę latarką. (…) Zatrzymywaliśmy się przy każdym eksponacie, szeptem wyjaśniając, co przedstawia i odpowiadając na pytania. (…) Zabawa była świetna, dokoła słyszało się w mroku szepty, smugi światła przecinały się w powietrzu.

Lekcję na każdy temat można przeprowadzić w sposób tradycyjny, tj. omawiając temat, a jeszcze lepiej (czytaj: łatwiej dla nauczyciela), czytając na lekcji jego opracowanie zamieszczone w podręczniku, a następnie polecając uczniom zrobienie odpowiednich zadań zamieszczonych w zeszytach ćwiczeń.
Efekt? Nuda, zniechęcenie i absolutny brak zainteresowania tematem.

Gdy Starszy wybierał szkołę, podniecił się m.in. widokiem znakomicie wyposażonej pracowni chemicznej i obietnicą, że będzie tam odbywać się spora część lekcji.
Od początku roku szkolnego miał tam lekcje dwa razy; ani razu nauczycielka nie namawiała ich do samodzielnego wykonywania jakichkolwiek doświadczeń w domu (nawet rozumiem, też nie lubię osmalonych ścian w salonie, jednakowoż choćby mały wulkanik z sody chyba nikomu by nie zaszkodził?). Zamiast tego kuje wzory, mozolnie rysuje struktury (rzecz jasna, w ramach zadań domowych) i coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że w szkole kochać można tylko wuef oraz dużą przerwę.

Tymczasem nawet w zwykłej szkole publicznej, całkowicie podporządkowanej ministerialnej podstawie programowej, można czynić cuda. Bo wszystko tkwi w głowach. Ale wymaga odwagi, koniecznej choćby do tego, by zaufać uczniom i pozwolić im na samodzielne podejmowanie decyzji w sprawach ich dotyczących, także gdy chodzi o sposób w jaki chcą się uczyć.

Prawidłowość trzecia: najważniejsze są relacje.

„Nauczyciel, bardzo wysoki pan z żółtawą brodą, pisał coś na tablicy. (…)
Gdy zadzwonił drugi dzwonek, wszyscy się uciszyli, a pan odwrócił się twarzą do nas. Powiedział, że nazywa się Browne, i zaczął opowiadać o tym, co będziemy czytać w tym semestrze.(…)
Duże drukowane litery na tablicy tworzyły słowo:
W-S-K-A-Z-A-N-I-E
- Napiszcie to na pierwszej stronie w zeszycie do angielskiego, na samej górze.(…)
Pan Browne kiwnął z uśmiechem głową i napisał na tablicy:
WSKAZANIA = ZASADY DOTYCZĄCE NAPRAWDĘ WAŻNYCH RZECZY (…)
– A teraz zastanówcie się, jakie rzeczy waszym zdaniem są naprawdę ważne. Słucham.
Kilkoro uczniów podniosło ręce, a pan wskazywał jednego po drugim i zapisywał każdą odpowiedź na tablicy strasznie, strasznie nieporządnym pismem.
REGULAMIN. NAUKA. ODRABIANIE LEKCJI.(…)
RODZINA. RODZICE. ZWIERZĘTA DOMOWE.(…)
- Rekiny, bo zjadają zdechłe stworzenia w morzach! – zawołał chłopak o imieniu Leo i pan zapisał to na tablicy.
REKINY. (…)
- No dobrze. – Gdy pan Browne skończył wszystko zapisywać, znów stanął twarzą do nas. Ale nikt nie wymienił najważniejszego.
Wbiliśmy w niego wzrok, nie mając już pomysłów.
- Bóg? – odezwał się jeden z uczniów.
Widziałem, że pan Browne miał co innego na myśli, choć dodał słowo „Bóg”. A potem dopisał:
KIM JESTEŚMY.
- Kim jesteśmy – powiedział, podkreślając oba słowa, i powtórzył: - Kim jesteśmy. My sami. Rozumiecie? Jacy z nas ludzie? Jakim jesteś człowiekiem? Czy nie to jest najważniejsze ze wszystkiego? Czy nie powinniśmy ciągle zadawać sobie pytania, jakim jestem człowiekiem? – Po chwili milczenia zapytał: - Zauważyliście tablicę wiszącą tuż przy wejściu do naszej szkoły? Czy ktoś z was przeczytał, co tam jest napisane?
Rozejrzał się, ale nikt się nie odezwał.
- Napis brzmi: „Poznaj samego siebie” – oznajmił z uśmiechem. – Jesteście tu właśnie po to, żeby poznawać siebie.
- A ja myślałem, że mamy się uczyć angielskiego – wypalił Jack i wszyscy się roześmiali.
- Również po to, no pewnie – potwierdził pan Browne, co dla mnie zabrzmiało luzacko.
Odwrócił się i napisał wielkimi drukowanymi literami, na szerokość całej tablicy:
WRZEŚNIOWE WSKAZANIE PANA BROWNE’A: KIEDY MOŻESZ DAĆ DOWÓD ALBO SWOJEJ RACJI, ALBO DOBROCI, DAJ DOWÓD SWOJEJ DOBROCI.”

Szkoła, w której nauczyciele uważają, że są w niej wyłącznie po to, by nauczyć dzieci matematyki, polskiego czy fizyki, nie będzie dobrą szkołą.
Nauczyciel, który, z lęku przed tym, że nie zdąży „przerobić” całego materiału, będzie unikał rozmawiania ze swoimi uczniami o tym, co ważne dla nich i dla niego, nigdy nikogo nie porwie, nie zainspiruje. Nie zauważy także wielu wartościowych osób, wymagających jednakże choćby niewielkiego wsparcia, pomocy w odnalezieniu ich mocnych stron, także tych niemierzalnych przy pomocy szkolnych ocen. Nie zada pytań, które powinien zadać. Nie usłyszy odpowiedzi, które powinny paść.

W najnowszym, świątecznym numerze „Tygodnika Powszechnego” znalazł się wstrząsający tekst Anny Goc „Moi rodzice są z innego kraju”, traktujący o słyszących dzieciach głuchych rodziców.
Jedną z jego części stanowi niewysłany list jednego z takich, obecnie już dorosłych, dzieci do jego nauczycielki. Opowiadając o swojej trudnej dziecięcej rzeczywistości, niewyobrażalnej dla większości osób, które – jak ja – nigdy wcześniej nie zetknęły się z tym problemem, jego autor kieruje zarazem pod adresem swojej wychowawczyni z najmłodszych klas podstawówki szereg pytań. W jego słowach nie ma wyrzutu, są to raczej pełne rezygnacji stwierdzenia. Pełne jednak żalu, przede wszystkim o to, że nauczycielka ani razu nie zapytała go ona o jego dom, o to czy u niego wszystko dobrze, „nie tyle z ciekawością, co z troską”.

„Cud chłopak” to książka dla nastolatków. Ale także dla nauczycieli i rodziców. W każdym razie tych, którzy nie uważają, że życie składa się ze stałego udowadniania innym, zwłaszcza tym młodszym, że ma się rację.

R.J.Palacio „Cud chłopak”, z angielskiego przełożyła Maria Olejniczak-Skarsgård. Wydawnictwo Albatros A.Kuryłowicz, Warszawa 2014.