środa, 31 grudnia 2014

Nareszcie znów młoda, czyli żwawym krokiem w nowy rok!

W grudniu – powiedziała Katarzyna – zaczynam się zawsze niepokoić, czy sensownie przeżyję następny rok, czy będę miała dobry urlop, czy uda mi się być o rok młodszą, czy zrealizuję zimowy program: nauki francuskiego, intensywnej gimnastyki, wzbudzenia wielkich uczuć. Chciałabym też wiedzieć, czy nareszcie uda mi się pojechać na wycieczkę do Bułgarii, umalować włosy, zgubić kilka kilo… Ileż tego! Cóż się dziwić, że człowiek ugina się pod tym ciężarem.”


Nigdy nie robiłam noworocznych postanowień. Wystarczy, że od mniej więcej dwudziestu lat cyklicznie, co poniedziałek, planuję rozpoczęcie odchudzania.
Mimo to, tak samo jak Katarzyna przed pięćdziesięcioma laty, od pewnego czasu w grudniu zawsze jestem niespokojna.
Być może to przez to, że pracodawca zawsze przed świętami każe zrobić mi plan urlopów na następny rok.
A może dlatego, że podświadomie czuję, że oto już zaraz do mojej metryki zostanie dopisany kolejny rok?

Postanowiłam zrobić przegląd swojego dwudziestolecia. Tyle już napisano relacji na ten temat, a my kończymy rok bez żadnego podsumowania. Jak byś sformułowała odpowiedź na pytanie o twoje dwudziestolecie?
- Prościutko – odpowiedziała Dorota. – Wszyscy wiedzą, że najważniejsze są przemiany. I gdy spojrzę na siebie obiektywnym okiem, zauważam je od razu. Najpierw, w 1945 roku lubiłam podkreślać na każdym kroku, że jestem kobietą doświadczoną, uwielbiałam słowo „stara”. Przedwcześnie postarzała, sterana wojną kobieta. (…) Później weszłam w okres przejściowy, w którym zupełnie nie byłam pewna swego wieku. Dziś nie mam już żadnych wątpliwości. Jestem nareszcie bardzo młoda. Prawdziwa dwudziestolatka! Żadnej siwizny – włosy jasnoblond firmy Londa, usta poziomkowe firmy Cutex, różana cera spod maseczki Ziołolex, oczy jak gwiazdy, słowiki śpiewają w sercu. Nie dla mnie rozgoryczenie teen-agersów. Dwudziestolecie trzydziestolatki – to zapowiedź odrodzenia, dwudziestolecie czterdziestolatki – to nowa młodość połączona z rozsądkiem dojrzałości.

No tak, podsumowanie dwudziestolecia robione u progu roku 1965 niewątpliwie musiało wyglądać zupełnie inaczej niż to robione obecnie, u progu 1995 roku. Mimo to, wydaje mi się, że kobieca mentalność nie zmieniła się aż tak bardzo. I dzisiaj, i dwadzieścia, i pięćdziesiąt lat temu dwudziestolatki usilnie starają się stać się starszymi niż w rzeczywistości. Zamiast rozkoszować się swoją, jakżeż szybko przemijającą, świeżością, rozmyślają jak wydać się dojrzalszymi, bardziej doświadczonymi. Może mam pecha, ale ostatnio spotykam wyłącznie takie dwudziestolatki, które nadają się wyłącznie do tego, by silnie nimi potrząsnąć, krzycząc: „Dziewczyno, obudź się! Chwytaj chwilę, zanim ucieknie!”

„- A jakie mi dasz rady na to nowe życie, które zamierzam rozpocząć?
- Przede wszystkim, żebyś konserwowała odzyskaną młodość. Nie wystarczy zwalczyć siwy włos, zmarszczki i nadmierną tuszę, trzeba też zwalczyć pewne predyspozycje psychiczne, które nazwałabym siwieniem ducha. Na ten rodzaj siwizny nie ma farb, trzeba z nią walczyć własną bronią. Człowiek siwiejący duchem zatrzymuje się psychicznie w jakimś roku swego życia, nie idzie naprzód, wszystko co teraz przymierza do dawnego okresu, wlecze za sobą ogon wspomnień. Ubrane w te wieczne wspominki stajemy się równie staromodne, jakbyśmy ubrały się w krynolinę z tiurniurą. Zetrzyjmy więc tamte lata z twarzy – oto makijaż, który polecam na 1965 rok! (…) Planuj lekcje języków i ćwiczenia gimnastyczne, i wycieczki, i zabawy, i tysiąc i jeden drobiazgów, zawsze cos z tego wykonasz.”

Nie siwiejmy więc! Kroczmy pewnym krokiem wciąż naprzód! Planujmy, obiecujmy i marzmy!
Czego wszystkim, razem z wykopaną z archiwalnej prasy Katarzyną, w Nowym Roku życzę. 

Anna Lechicka „Nareszcie znowu młoda!”. Magazyn ilustrowany „Ty i ja”, nr 12 (56), grudzień 1964.

niedziela, 28 grudnia 2014

S. Barańczak "Książki najgorsze", czyli to tylko pretekst

Tak się złożyło, że od dobrych kilku miesięcy na mojej półce „przeczytane, do opisania” leżą „Książki najgorsze”.
Lektura znakomita, zwłaszcza dla kogoś, kto - jak ja - lubi sobie czasem uciąć zjadliwą recenzyjkę. Każdy z zebranych w zbiorze pamfletów krytycznoliterackich, napisanych przez zjednoczoną w jednej postaci trójcę: Feliksa Trzymałko, Szczęsnego Dzierżankiewicza i nadzorującego ich pracę Stanisława Barańczaka, jest zachwycająco złośliwy, a zarazem bezlitosny, jeśli chodzi o wytykanie nudziarstwa, nadmiernego politycznego zaangażowania (poszczególne teksty powstawały w latach 1975-1980) oraz zwyczajnej grafomanii (chyba najczęściej).


„(…) warto chyba, choćby dla nauki i chwili zadumy, przypomnieć tę kartkę z dziejów beznadziejnej walki z hydrą PRL-owskiej grafomanii. Stwór, któremu łeb urwać próbowali połączonymi siłami panowie Feliks Trzymałko i Szczęsny Dzierżankiewicz (młodszym czytelnikom wypada może wyjaśnić, że w zamierzchłych latach siedemdziesiątych ten podwójny pseudonim był czytelną, choć z lekka absurdalną aluzją do otoczonej oficjalnym kultem postaci „żelaznego Feliksa” Dzierżyńskiego) – ten smok, podkarmiany przez pracowitych autorów w rodzaju Romana Bratnego, miał się doskonale przez następnych dziesięć lat, a i dzisiaj bynajmniej jeszcze nie zdechł. „Grafomania z państwową pieczątką”, o której pisałem we wstępie do książki, stanie się może już wkrótce reliktem przeszłości. Przemiany w mechanice życia literackiego Polski, jakie się obecnie dokonują, niosą jednak ze sobą niebezpieczeństwo niekontrolowanego powrotu do tradycyjnej grafomanii „wolnorynkowej” – i kto wie, czy przy wszelkich różnicach nie zacznie ona powstawać pod tymi samymi piórami, które tak energicznie marnotrawiły papier i zaśmiecały mózgi pod opieką dawnego państwowego mecenatu…

To fragment wstępu do będącego w moich rękach drugiego wydania „Książek…”, napisanego przez Stanisława Barańczaka w roku 1990, gdy jeszcze był w pełni sił i zdrowia. W tym samym roku w Polsce ukazał się pierwszy z przetłumaczonych przez niego dramatów Szekspira - „Hamlet”.


W datowanym na 23 lutego 1989r. liście do Andrzeja Wajdy Stanisław Barańczak pisał tak:
Powiem krótko i bez ogródek, o co mi chodzi: im więcej wgłębiam się w przekład Paszkowskiego, tym bardziej jestem przekonany, że ten przekład jest dzisiaj zupełnie nie do użytku, zwłaszcza scenicznego. Ja sam pewnych fragmentów nie rozumiem nawet czytając, a cóż dopiero może powiedzieć widz słysząc ten tekst ze sceny (…) Jednym słowem, odważam się Panu przedstawić propozycję, która stoi w sprzeczności z Pańskimi planami: przełożę dla Pana całego „Hamleta”. Jeśli po obejrzeniu gotowego przekładu uzna Pan, że pewne fragmenty lepiej wyszły Paszkowskiemu, to proszę takie fragmenty zachować i winkrustować w mój tekst (…). Jeśli w ogóle jest Pan przeciwny mojemu pomysłowi i pragnie użyć tylko monologów i tych paru innych fragmentów w moim tłumaczeniu, to się z tym też pogodzę. Chcę jednak przełożyć całość, żeby miał Pan możliwość porównania dwu wersji i dokonania wyboru. Nie ukrywam, że chcę też zrobić to po prostu dla własnej przyjemności, bo praca wciągnęła mnie i uważam, może nieskromnie, że coś dobrego z tego wyjdzie.
        
Nie pamiętam już jak to się stało, że w roku 1990 kupiłam „Hamleta” w tym właśnie tłumaczeniu, za całe – jak wynika z umieszczonej ciągle jeszcze na okładce naklejki z ceną – 19.500 zł. Skąd miałam na niego pieniądze? Dlaczego wybrałam właśnie tę pozycję? Nawet jeśli była to lektura szkolna, to przecież biblioteka była znakomicie zaopatrzona w szereg wcześniejszych wydań „Hamleta”, przetłumaczonych – do wyboru – przez Słomczyńskiego lub Paszkowskiego. Nie znałam wszak treści korespondencji Andrzeja Wajdy i Stanisława Barańczaka. 

Pamiętam jednak bardzo dobrze, że od tamtego czasu regularnie odwiedzałam szczecińską księgarnię dominikanów, gdyż tylko tam można było wtedy kupić kolejne tomy dzieł Szekspira w tłumaczeniu Barańczaka, wydawane przez „W drodze”.

Pamiętam też, jak czytałam kolejne dramaty – zazwyczaj w autobusie, w czasie drogi najpierw do liceum, a potem na studia. Zdarzało mi się wtedy płakać, a nieraz i chichotać, ściągając zdziwione spojrzenia współpasażerów.

Wiem też – i nie jest to kwestia pamięci, ale niczym niezachwiana pewność – że te lektury miały olbrzymi wpływ na ukształtowanie mnie jako czytelniczki. Lekkość pióra, pewien ściśle określony typ poczucia humoru, mistrzowska umiejętność dobierania najwłaściwszych w danym momencie słów – to tego właśnie ciągle od tamtego czasu szukam w kolejnych czytanych książkach. I niekiedy, jednak bardzo rzadko, zbyt rzadko, znajduję.

Potem były jeszcze „Sonety”. Te na pewno kupiłam już za samodzielnie zarobione pieniądze, natychmiast jak tylko pokazały się na rynku. Przez długi czas codziennie przed zaśnięciem czytałam jeden. Było też tak, że w tym samym czasie, w dwóch różnych miastach, w dwóch różnych domach, dwie różne osoby – kobieta i mężczyzna, ja i On, codziennie o tej samej porze sięgały po tę właśnie książkę.

Gdyby nie Stanisław Barańczak, to wszystko nie byłoby możliwe.
Ten post jest tylko pretekstem, by napisać jedno słowo.
Dziękuję.

Stanisław Barańczak „Książki najgorsze i parę innych ekscesów krytycznoliterackich”, wydanie drugie, zmienione. Wydawnictwo a5, Poznań 1990.
William Shakespeare „Hamlet, książę Danii”. Przekład: Stanisław Barańczak. „W drodze”, Poznań 1990.
William Shakespeare „Sonety”. Przekład, wstęp i opracowanie Stanisław Barańczak. Wydawnictwo a5, Poznań 1993. 

środa, 24 grudnia 2014

Pada, pada... deszcz, czyli czy to naprawdę Święta?

Niewątpliwie większość z nas pragnęłaby spędzić święta w takim oto otoczeniu:


Nic z tego! Nie w tym roku. I, kto wie, być może w następnym też nie, i w następnym też.
Niewykluczone, że przyjdzie nam na stałe przyzwyczaić się do całkiem innego świątecznego klimatu.


Zimno, wstrętnie, światełka smętnie mokną, kot odmawia wychodzenia na dwór. To mają być święta?!
A jednak.

Bo czy pada śnieg, czy deszcz, tak naprawdę ten jeden raz w roku chodzi o jedno.

O to, żeby mieć z kim wypić ciepłą herbatę.


I posiedzieć, patrząc w milczeniu przed siebie.


Czego Wam i sobie z okazji tych Świąt życzę.

„Wigilia Mamy Mu i Pana Wrony” tekst Jujja Wieslander, ilustracje Sven Nordqvist; przełożył Michał Wronek-Piotrowski. Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2014.
„Pelerynek i pogoda pod psem” Wouter van Reek, przełożyła Iwona Mączka. Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa 2013.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Paszporty "Polityki", czyli bez przesady z tym parytetem

W ostatnim numerze „Polityki” (nr 50, 10-16 grudnia 2014r.) znalazł się między innymi artykuł Filipa Gańczaka „Panie przodem”, poświęcony działaniom, jakie w najbliższym czasie zostaną podjęte w Niemczech po to, by zamieszczony w art. 3 niemieckiej konstytucji zapis o tym, że mężczyźni i kobiety są równouprawnieni przestał być pustym frazesem.


Jedna Angela Merkel wiosny nie czyni”, stwierdza autor tekstu, by następnie szczegółowo wyłożyć sytuację za naszą zachodnią granicą i przyczyny wprowadzenia parytetów, dzięki którym być może „uda się poprawić szanse awansu kobiet i uczynić rynek pracy bardziej sprawiedliwym”.

W artykule w paru miejscach wspomina się też o Polsce, w której wszystko statystycznie znacznie lepiej wygląda (Polki podobno zarabiają tylko o 6% mniej niż Polacy, podczas gdy statystyczna różnica między zarobkami Niemek i Niemców to aż 22%). Wypada tylko zachwycić się i odetchnąć z ulgą, że taka piękna nasza Polska cała.

Być może dlatego, gdy po raz pierwszy przeczytałam listę osób nominowanych do Paszportów POLITYKI, nie wzbudziła ona u mnie żadnych żywszych uczuć.
Sześć kategorii, po trzy osoby nominowane w każdej z kategorii, no przecież wszystko w porządku.

Coś mnie jednak tknęło i wróciłam do lektury. A wówczas ze zdumieniem dokonałam spostrzeżeń całkiem innego rodzaju.

Sześć kategorii, z czego:
- w trzech (sztuki wizualne, literatura i muzyka popularna) nominowani wyłącznie mężczyźni;
- w dwóch (muzyka poważna i film) kobiety pojawiają się tylko w jednej z trzech nominacji w danej dziedzinie, jednak nie samodzielnie, ale wspólnie z jednym (film: duet Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski) lub dwoma mężczyznami (muzyka poważna: kwartet Kwadrofonik, złożony z dwóch kobiet i dwóch mężczyzn).
- tylko w jednej kategorii (teatr) pojawia się samodzielna kobieca nominacja (owacje dla Weroniki Szczawińskiej!).

Hm, ciekawe z czego to może wynikać.


Na pewno z tego, że nie mamy żadnej młodej obiecującej literatki, prawda?
Trzeba także założyć, że żadna kobieta nie stworzyła po prostu niczego godnego uwagi w muzyce popularnej.
Bądźmy szczerzy. Pewnie i w muzyce poważnej kobiety nie dałyby same rady, gdyby nie ciągnący je w górę mężczyźni.

Teatr? Cóż teatr, tam zazwyczaj jest ciemno, a Weronika Szczawińska na zamieszczonym w gazecie zdjęciu ma krótkie włosy. Pewnie ktoś się pomylił i wziął ją za mężczyznę.


Przeglądam listy nominujących w poszczególnych kategoriach. Łącznie 61 nazwisk, z czego 19 kobiecych. Jak na moją znajomość matematyki – 31%. Brawo, doprawdy, na pewno są w Europie kraje, w których ta średnia byłaby niższa.

A jednak marzy mi się, aby osoby odpowiadające za Paszporty „POLITYKI” przeczytały ze zrozumieniem tylko dwa zdania z artykułu Filipa Gańczaka:
„Większość badanych [chodzi o sondaż zlecony przez niemiecką telewizję N24] wątpi zarazem, czy parytet zwiększy rzeczywiste równouprawnienie. I chyba słusznie, bo łatwiej zmienić prawo niż mentalność.”

Filip Gańczak „Panie przodem”, tygodnik „Polityka” nr 50 z 2014r., str. 51-53.

PS. I żeby nie było wątpliwości: przynajmniej jeśli chodzi o kategorię „muzyka popularna” uważam za w pełni zasłużoną nominację dla Pablopavo i trzymam kciuki, aby to on zdobył Paszport. Ale jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował: to nie o to chodzi. 

piątek, 12 grudnia 2014

A. Kuźniak "Papusza", czyli jak ucywilizować Innego na śmierć

„O tym, że litery można poznać w szkole, mała Papusza słyszała już wcześniej. Ale dopiero tamtego dnia zobaczyła dzieci z książkami i pobiegła za nimi.
- Przepędzali mnie. Mówili, że złodziejka. Że zaraza. Nie wszystkie ludzie szlachetne. A nie da się uciec od tego, co się słyszy. Ani od tego, co się widzi. Samo w uszy i w oczy wchodzi. Co było robić, pokornie cierpiałam.
Pół dnia stała pod oknami szkoły.
- A jak dzieci wychodzili, zebrałam się na odwagę i poprosiłam, ażeby mi pokazali jakie parę liter.
Zgodziły się. Ale nie za darmo.”

„Cyganie w taborze pluli na mnie. Wytykali palcami. Śmiali się: „No, będziesz pani nauczycielka! Na co ci ta nauka?”. Darli gazety, kartka po kartce i wrzucali w ogień. Nie rozumieli, że to trzeba dla siebie, dla kawałka chleba. A ja dziś podpisać się mogę. Nie stawiam krzyżyków. Dumna jestem, że ja, Cyganka ciemna, potrafię czytać. Cichutko sobie w lesie popłakałam, a potem i tak swoje robiłam.”


Gdyby sądzić tylko po tym fragmencie, „Papuszę” należałoby postawić na półce z pozycjami dydaktyczno-umoralniającymi. „Patrzcie dzieci, jak niektórzy chcą się nauczyć czytać! A wy?! Marsz do książek, i to już!”

Można by też odetchnąć z ulgą, widząc, że nawet wśród tych strasznych Cyganów, jak powszechnie wiadomo, brudasów i złodziei, trafiają się porządne jednostki.

Ja jednak, jako że od kilku już lat w okolicach 10 grudnia zajmuję się tematyką praw człowieka i dyskryminacji, myślę że „Papusza” jest przede wszystkim opowieścią o alienacji.

Jak radzić sobie z Innymi? Tak niepasującymi do naszego świata, psującymi starannie opracowany wizerunek, wprowadzającymi smród na wyperfumowane salony?


Kiedy czytałam opisy cygańskich zwyczajów, zwłaszcza tych dotyczących relacji damsko-męskich, nie umiałam zrozumieć.

„Papusza wiele opowiada o miłości. Mówi, że u Cyganów jest inna niż ta w książkach.
- Nie taka prosta. Cyganka kochała, nie kochała, musiała być dobra dla męża. A posłuszna żona zna swoje obowiązki lepiej niż Ojcze nasz: nie bądź leniwa, bo znudzisz się mężowi. Mąż zawsze ma rację. On jest górą, on twoim panem.”

Nie rozumiem nadal. Nigdy, przenigdy nie mogłabym być cygańską żoną.
Wydaje mi się też, że powinno się tłumaczyć tym kobietom, jak wiele tracą, będąc aż tak podporządkowane mężom, edukować je, oświecać.
Ale czy na pewno one tego chcą i potrzebują?


Nie rozumiem też i pewnie nigdy nie zrozumiem, jak można nie mieć domu i być szczęśliwym.

Oj, jak pięknie nie spać nocą
i słuchać, jak kumkają żaby i rechocą.
Na niebie Wóz Cygański, Kura z Kurczętami błyszczą,
wróżą Cyganom całą przyszłość,
a miesiączek srebrny,
ojciec pradziadów z Indyj,
swoim blaskiem nam świeci,
w cygańskiej budzie patrzy na dzieci,
Cygankę obdarza światłem,
żeby dziecko jej przewinąć było łatwiej.
Oj, jak pięknie w niebo patrzeć wciąż od nowa
i bławaty jego różne w sercu chować,
oj, jak pięknie
czarne oczy, śniadą twarz całować…”

Jasne, któż nie lubi pobłąkać się czasem po lesie, poobcować z naturą. Ale przecież potem trzeba wziąć prysznic i gdzie, do cholery, jest moja suszarka do włosów?!

Nie mam też szans, by pojąć jak można – jak Papusza – do końca być wiernym społeczności, która cię niesprawiedliwie i okrutnie potraktowała, nieodwracalnie krzywdząc.

Była połowa grudnia 1953 roku, gdy Cyganie wpadli do mieszkania Papuszy w Żaganiu. Opowiada o tym w filmie dokumentalnym Grega Kowalskiego „historia Cyganki” dorosły już Tarzan [przybrany syn Papuszy]:
- Wysłannicy taborów. Krzyczeli, że zdradziła tajemnice. Grozili, że ją do wozu przywiążą i będą wlec. Wtedy na ratunek przyszedł Karol, chłop wielki, syn Anielki, siostry Dyźka [męża Papuszy] i rzucił się do bicia. Dyźko, zgarbiony, o lasce, stanął na środku pokoju. Ja chwyciłem pogrzebacz, ale byłem mały, więc mnie odepchnęli.”

Po tej lekturze, która w moim przypadku nałożyła się na wizytę w Muzeum Historii Żydów Polskich i trzy dni burzliwych rozmów o stereotypach i dyskryminacji, wiem, że choć może nigdy nie zrozumiem Innych, to najgorsze, co mogłabym zrobić, to próbować ich zmienić na własną modłę. Uładzić, umyć, ostrzyc i przyodziać. W dobrej wierze. Po mojemu.

To właśnie zrobił Jerzy Ficowski, przerabiając Papuszę – niewykluczone, że wyłącznie z dobrymi intencjami – na poetkę. Tak, na pewno ocalił ją dzięki temu od zapomnienia, ba! poinformował świat o jej istnieniu. To dzięki niemu przeczytałam tę książkę, dzięki niemu o Papuszy powstał film, a znacznie wcześniej wydano tomiki jej wierszy. Czy nie zniszczył jednak przy okazji tego, co w Papuszy było najcenniejsze, najpiękniejsze? Jej samej?

„Moja poezja to jest cicha łza. Ja śpiewam sobie, nie komuś. Ze mną od dziecka było coś nie tak. Bałam się, bo nie wiedziałam co, skąd się takie słowa biorą, kto nauczył mnie. My mówimy „liść”, „ptak”, „trawa”, a czy to prawda, co mówimy? Może to Bóg sprawił, że my się do takiego mówienia umówili?
Ficowski powiedział do Dyźka:
- Pan ma żonę poetkę.
Cyganie zaczęli się śmiać.
- I teraz się śmieją – mówi Papusza. – „A co to jest, panie – ta poetka?” – pytałam wtedy. Ja nawet nie wiedziała. Naprawdę nie. I do dziś dobrze nie wiem.”

Świat opisany w „Papuszy” jest światem historycznym, którego już dzisiaj nie ma. Teraz nie ma już nawet Cyganów – ukradkiem przemianowaliśmy ich na Romów, a Unia Europejska nie ustaje w wysiłkach, by zamknąć ich w ramach któregoś z rozporządzeń lub dyrektyw.

W Muzeum Historii Żydów Polskich jedna z części wystawy stałej jest poświęcona XVIII i XIX wiekowi. Fragmentem tej ekspozycji jest multimedialny stół, na którym przedstawiono ścierające się pod koniec XVIII wieku pomysły dotyczące tego, co zrobić z Żydami. Jeśli możecie, idźcie tam i poczytajcie.
Bo choć w Polsce od dawna nie ma już sztetłów i nie krążą po niej barwne cygańskie tabory, to tak naprawdę ciągle drepczemy w miejscu. Nadal, tak samo jak w roku 1790, nie mamy pojęcia co zrobić z Innymi.

Angelika Kuźniak „Papusza”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

wtorek, 2 grudnia 2014

P.Wakuła "O czym szumi las" i M. Fajak-Słomińska "Król naszego lasu", czyli z dreszczykiem lub słitaśnie, wybór należy do Ciebie

O zwierzątkach i lesie można pisać na dwa sposoby.


Wybierając tradycyjny, można zacząć na przykład tak:

Pani Wiewiórka i pani Zającowa są najbliższymi sąsiadkami. Pierwsza z nich mieszka w obszernej, wygodnej dziupli starego klonu z mężem i czwórką dzieci. Pani Zającowa z czterema małymi zajączkami i mężem zajmuje dużą, pięknie urządzoną norę w korzeniach tego samego klonu. Obie panie żyją w zgodzie i wielkiej przyjaźni. Czasem pożyczają sobie szklankę soli albo zapraszają się nawzajem na herbatkę i ciasto.”




W takim przypadku trzeba jednak być konsekwentnym aż do końca. Skoro to książka dla dzieci, nie obejdzie się bez odpowiedniego zilustrowana. Obrazki muszą być więc śliczne i odpowiednio rozkoszne.

Gwarantuje to sukces wśród niewyrobionych czytelniczo trzylatków. Zasną nie później niż w połowie pierwszego rozdziału.



Metoda nowoczesna zakłada natomiast znajomość podstawowych hitchcockowskich zasad. Rozpocząć trzeba więc koniecznie od czegoś w rodzaju trzęsienia ziemi:

Leśniczy Piątek spojrzał niebezpieczeństwu prosto w oczy.
Głodny tygrys, waląc ogonem po zapadniętych bokach, sprężył się do skoku. Z ogłuszającym rykiem odbił się od ziemi…
Za późno! Piątek złapał pierwszą z brzegu lianę i cudem unikając ostrych jak brzytwa pazurów, skoczył w przepaść.


Potem będzie już z górki. Wystarczy osadzić akcję w pozornie zwykłym lesie, zaludniając go jednak szeregiem dziwolągów.
Weźmy takiego niedźwiedzia. W polskich lasach zdarzają się, owszem, ostoje niedźwiedzia brunatnego. O jąkających się niedźwiedziach brutalnych chyba nikt jednak do tej pory nie słyszał. Nie trzeba też dodawać, że mało kto uwierzy w to, że w lesie można spotkać wilkołaki, leśne licha, skrzaty, błędne ogniki, dziwożony, bagienniki i żabony. Całą masę żabonów.

Niedowiarków odsyłam do pierwszej książeczki, życząc im dobrej nocy.
Ciekawskich, otwartych i obdarzonych poczuciem humoru zachęcam natomiast do lektury opowieści o perypetiach leśniczego Piątka. Nie powinni się rozczarować.

Gdybym musiała umieścić Pawła Wakułę w jakiejś przegródce, byłaby to ta sama, w której znalazłby się Tomasz Samojlik.
Obu sporo łączy: obaj i piszą, i rysują, obaj mają specyficzne (mi bardzo odpowiadające) poczucie humoru, obaj odwalają kawał dobrej roboty na trudnym ekologicznym ugorze.
Obaj też umiejętnie żonglują wątkami i skojarzeniami. O ile jednak Samojlikowi bliżej do popkultury (dysząca niczym Darth Vader Norka Zagłady już na zawsze pozostanie w mojej głowie), o tyle Wakuła sięga raczej do klasyki, naginając ją zgrabnie do współczesnych realiów.
Jeśli pojawi się więc płanetnik z problemem miłosnym, to będzie snuł swoją opowieść na poligonie, wśród świstu pocisków.
Kiedy leśniczy Piątek sięgnie po książkę, będzie to ulubiona lektura jego dzieciństwa - „Winnetou” Karola Maya, która naprowadzi go na trop oszusta Dzikiego Billa alias Rączego Mustanga, także – jak Old Shatterhand – z pochodzenia Niemca.
Nawet Baba Jaga (trzystuletnia, a więc w sile wieku) okaże się być na bieżąco z technologicznymi nowinkami:

         „Wyciągnęła z szafy opalizującą szklaną kulę. Przez chwilę wpatrywała się w nią ze zmarszczonymi brwiami. Brodawki na jej nosie ustawiły się w znak zapytania.
         - I jak? Widzi pani coś? – szepnął z przejęciem Piątek.
         - No właśnie, że nic nie widzę! – odparła zdegustowana. – Chyba mi kula nawaliła!
         Grzmotnęła w nią pięścią jak w telewizor.
         - Co za szmelc teraz robią!
         - Szkoda – westchnął rozczarowany leśniczy. – Prawie się przekonałem do tego wróżenia.
         - Czekaj! Mam coś jeszcze!
         Baba-Jaga wyszła z pokoju, a gdy wróciła, Piątek aż otworzył usta ze zdumienia. W rękach niosła ni mniej, ni więcej tylko najprawdziwszy laptop. 
         - Trzeba iść z duchem czasu! – mrugnęła do niego wesoło.”
        
Przy okazji nie zabraknie też wątków pedagogiczno-edukacyjnych, zaserwowanych bez jakiejkolwiek dydaktycznego smrodu. Dzieciom przyda się przypomnienie o tym, że w lesie nie wolno niszczyć żadnych grzybów, nawet trujących, zaś dorosłym o tym, że naturalnym środowiskiem motorów crossowych nie jest ekosystem leśny oraz, że da się przeklinać inaczej niż wulgarnie.

Mi niestety ciągle nie udaje się w chwilach zdenerwowania wykrzyknąć w ślad za Piątkiem: „A niech to cetyniec mniejszy do spółki z większym!”. Za to moi synowie do lasu najchętniej chodziliby teraz codziennie. I już nie mogą się doczekać momentu, w którym staną się dorośli.
Dlaczego?
To przecież jasne. Bo wtedy wreszcie będą mogli zostać leśniczymi.

Paweł Wakuła „O czym szumi las”, „Na tropie sześcioptaka”. Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012 i 2013. 
Pierwsza przywołana w poście książka to zaś:
Mariola Fajak-Słomińska "Król naszego lasu", ilustrowała Eliza Gruszczyńska. "Novae Res" Wydawnictwo Innowacyjne, Gdynia 2012.

czwartek, 20 listopada 2014

H.Fielding "Bridget Jones: szalejąc za facetem", czyli o potrzebie posiadania białej koszuli

Według tradycjonalistów w listopadzie powinno być funeralnie. A w każdym razie patetycznie i smutno.
Z kolei według nowoczesnych i wpatrzonych w Amerykę: potworzaście i zmorzaście (w każdym razie na początku listopada, bo potem raczej dziękczynnie).
Mam w zanadrzu coś, co zadowoli obie grupy – trzecią część historii o Bridget Jones.



Tradycjonaliści winni więc skupić się na wątku Marka Darcy’ego. Do Bridget, po kilkunastu latach od ostatniego spotkania, powracamy bowiem w momencie, gdy mija pięć lat od nagłej i dość spektakularnej śmierci Marka. Bridget, nosząca już nazwisko Darcy, jest więc pięćdziesięciojednoletnią wdową, a do tego matką dwójki małych dzieci – pięcioletniej Mabel i ośmioletniego Billy’ego. W czasie lektury będzie można nurzać się we wspomnieniach, wysmarkując od czasu do czasu nos w chusteczkę.

Wielbiciele amerykanizmów, nienasyceni po halloweenowych zabawach, z ukontentowaniem przyjmą natomiast pojawienie się w książce szeregu dziwów. Największym z nich jest sama Bridget, tak opisana przez swojego syna:
         „Rano jak budzimy mamę to jej włosy są jak z wariatkowa. Łaaa! Jakby gdzieś blisko wybuchła bomba! Potem ona mówi, że jesteśmy w wojsku więc bez paniki brać sprzęt na raz dwa! raz dwa! Ale później dramatyczna porażka! Wsypała musli do pralki a nam dała persila. Mabel się spóźniła do przeszedszkola bo ją tak popędziło. (…) Dramatyczna porażka lewel 3!! Jak mama pracuje to pisze na komputerze i gada przez telefon i wtedy też żuje nicoret. Jak się nie dostałem do chóru w zeszłym roku to powiedziała że to nie dramatyczna porażka tylko X factor i że za rok! I tak było! I potem znalazła puffla numer dwa który był zaginiony w akcji i mnie przytuliła ale potem zeszedłem w nocy na dół i ona tańczyła sama… do killer queen. Auć! Graaaang! Dziwne bardzo dziwne.

W rzeczy samej, dziwne to, bardzo dziwne.
Nigdy nie utożsamiałam się z Bridget, która – gdy pierwszy raz czytałam o jej perypetiach – była ode mnie znacznie starsza, choć i tak młodsza niż ja teraz. Mimo to śmiałam się i wzruszałam razem z nią, że o pałaniu uczuciem do Marka Darcy’ego nie wspomnę. Po kilkunastu latach rozłąki więź między nami mocno osłabła. Teraz jednak, po przypadkowym w gruncie rzeczy spotkaniu, czuję że lubię ją znacznie bardziej niż wcześniej. Bo mimo że nadal nie najmądrzejsza (jak można myśleć, że „Heddę Gabler” napisał Czechow?!... Hm, Heddę Gabler? A co to w ogóle jest?), to jednak nie wstydzi się mówić tego, co i ja często, coraz częściej myślę.

„Bridget Jones. Szalejąc za facetem” nie jest książką, która literacko powala. Gdyby przeprowadzić porządną literacką analizę, okazałoby się być może, że gdyby nie sukces i ówczesna świeżość pierwszej części opowieści o perypetiach Bridget oraz sentyment większości czytelników (w tym niżej podpisanej), dzieło powinno się od razu oddać na makulaturę. W końcu ileż można czytać o tym, że Bridget się odchudza (tym razem osiągając jednak spektakularny sukces), szuka faceta, szuka akceptacji.
Mimo niezaprzeczalnych wad, czyta się to jednak dobrze. Może dlatego, że autorce udało się (podobnie jak w pierwszej części) dotknąć w jakiś sposób prawdy.
Owszem, można zżymać się, że żywot Bridget ma się nijak do żywotu przeciętnej kobiety. Gdyby bowiem Bridget była Polką, to jako wykonująca wolny zawód wdowa z dwójką dzieci z pewnością nie zastanawiałaby się nad tym jak schudnąć i jak znaleźć faceta, lecz nad tym, jak znaleźć jakiekolwiek pieniądze na przeżycie. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można też założyć (uwaga, spoiler!), że po tragicznej śmierci męża, który wybrał się ze szlachetną misją do kraju Trzeciego Świata, dowiedziałaby się raczej nie o tym, że ma na koncie pokaźną sumkę, umożliwiającą jej dalsze prowadzenie życia na wcześniejszym poziomie (prywatna szkoła dla dzieci, wygodny i duży samochód, możliwość zaspokajania szeregu zachcianek przy jednoczesnym braku stałej pracy), lecz o tym, że ZUS odmawia jej przyznania prawa do renty rodzinnej, albowiem mąż wprawdzie pojechał z misją rządową (cześć jego pamięci!), jednak był zatrudniony na podstawie umowy o dzieło, co oznacza, że ostatni tytuł ubezpieczenia ustał wcześniej niż 18 miesięcy przed dniem jego śmierci, w związku z czym koniecznym stało się orzeczenie jak na wstępie. Wydaje mi się jednak, że nie o to w tej książce idzie.

Idzie o to, że także dojrzała kobieta, wdowa z dwójką dzieci, ma spore potrzeby. Zarówno emocjonalne, jak i seksualne.
Że może i ma już sporo lat, ale w głębi duszy ciągle jest tą samą osobą, co piętnaście lat wcześniej. Może i głupią, co z tego, skoro to właśnie ona?
Że chociaż bardzo, bardzo kocha swoje dzieci, to ma też prawo do własnego życia. Do bycia kimś osobnym.
Że czasem, często, po prostu nie wyrabia.
Oraz że - jak większość kobiet – nie miałaby nic przeciwko spędzeniu paru chwil, a nawet więcej niż paru chwil z muskularnym mężczyzną o silnych ramionach, przyodzianym w białą koszulę (z obowiązkowo rozpiętymi kilkoma górnymi guzikami).


źródło zdjęcia
 Wtuliłam się w niego, siąkając i pociągając nosem.
- Dajesz radę, Bridget – powiedział cicho. – Jesteś dla nich dobrą mamą i zastępujesz im tatę lepiej niż ludzie, którzy mają osiem osób służby i mieszkanie w Monte Carlo. I nie ma znaczenia, że zasmarkałaś mi koszulę.
         I wtedy ogarnęło mnie to uczucie, jakie się miewa przy wysiadaniu z samolotu po przylocie na wakacje – drzwi się otwierają, a człowieka ogarnia podmuch ciepłego powietrza. Jakbym wreszcie mogła usiąść i odpocząć po męczącym dniu.

Bo każdy człowiek potrzebuje się czasem do kogoś przytulić. Najlepiej zaś do kogoś w zbliżonym do siebie wieku. Bo o tym także jest ta książka.

Helen Fielding „Bridget Jones: Szalejąc za facetem”, tłumaczyli Jan i Katarzyna Karłowscy. Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2014. 

niedziela, 16 listopada 2014

Nieładnie jest przerywać, czyli to nie jest post dla obrzydliwych ludzi

W naszym domu staramy się zachowywać kulturalnie i grzecznie. Uczymy dzieci, że nie należy przerywać innym, że najlepiej jest się wypowiadać pełnymi zdaniami. Istny Wersal.
Młodszy co wieczór przed myciem udaje się do łazienki na dłuższą nasiadówkę. Jej koniec oznajmia światu zawsze tak samo modulowanym okrzykiem: „Juuuż zrooo-biiiii-łeeeem kuuuu-pęęęęę!
Nie inaczej było dziś wieczorem.

Młodszy w łazience.
Ja w pokoju obok.

Młodszy: Juuuż zroooo…
Matka (przerywając bezczelnie): Poczekaj synku, zaraz przyjdę.
Młodszy (z oburzeniem): Nie pozwoliłaś mi dokończyć zdania!
Matka (potulnie): Faktycznie, przepraszam. Ale przecież wiem, co chciałeś powiedzieć.
Młodszy (butnie): Wcale nie! (Zmieniając ton na płaczliwy): A mówiłaś, że nie wolno przerywać!
Matka (ze wstydem): Rzeczywiście, masz rację. W takim razie proszę, dokończ.
Młodszy (triumfalnie): biiiii-łeeeeem kuuuu-pęęę!

wtorek, 11 listopada 2014

Z. Stanecka "Nasza Paczka i niepodległość", czyli bez zadęcia

W minionych latach było już patriotycznie-straszno oraz patriotycznie-inaczej (raczej nowocześnie, dla wielu jednak niezadowalająco).

W tym roku miało nie być w ogóle. Nie dość bowiem, że – działając po raz pierwszy na własny rachunek - nie wywiesiliśmy flagi (aby wywiesić, trzeba ją mieć, a do sklepu z flagami było nam dotąd nie po drodze), to jeszcze zaplanowaliśmy na dzisiejszy dzień leżenie do góry brzuchami i nicnierobienie, stanowczo wykluczające uczestnictwo w jakichkolwiek obchodach.

Wczoraj jednak rozpakowując kolejny karton natknęłam się na należący jeszcze do moich dziadków, oprawny w ramki, jedwabny portret Piłsudskiego i zmiękłam. Może nie na tyle, by zająć się klejeniem kotylionów, ale wystarczająco mocno, aby wszcząć poszukiwania odpowiedniej na dzisiejszą okazję książki.

„Nasza Paczka i niepodległość” nadała się znakomicie.


Starszy, który od tego roku jako czwartoklasista uczy się w szkole szeregu odrębnych przedmiotów, szczerze nie cierpi dwóch z nich. Pierwszym jest religia (to temat na osobny post), zaś drugim historia. Wcale mu się nie dziwię. Gdyby mnie uczono historii w taki sposób jak jego (z zadęciem i w całkowitym oderwaniu od tego, co go interesuje), z pewnością czułabym to samo. Podejrzewam, że jego nauczycielka nigdy dotąd nie wsłuchała się w głosy neurodydaktyków, zwracających uwagę na to, że uczymy się dzięki emocjom. Innym niż nuda.

Zofia Stanecka chyba nie jest nauczycielką (w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo), ale nowoczesne i skuteczne metody nauczania ma w małym palcu.
Daniel de Latour raczej nigdy nie zilustrował żadnego podręcznika, ale najwyższa pora, by to zmienić.
W duecie stworzyli książkę, która ma szansę stać się nowoczesnym narzędziem pomocnym w nauczaniu historii, przydatnym nawet dla takich patriotycznych leniwców jak ja. Dlaczego?

Po pierwsze, narratorem jest dziecko (Jacek), lat pewnie około dziesięciu, szef Paczki, którą oprócz niego tworzą jeszcze jego rówieśnicy: Malinowski, Jagoda i Wiktor (obsadzający niezbędną w przypadku takiej książki rolę mądrali, udzielającego mimochodem niezbędnych wyjaśnień) oraz szczerbata Maśka, młodsza siostra Jagody.

Po drugie, niezbędne historyczne informacje (podane w przystępny, choć mocno skondensowany sposób) poprzedzone są każdorazowo krótką fabularną historyjką, nawiązującą do tego, czym żyją dzieci. Można oczywiście wybrzydzać, że bohaterowie nie mają tabletów i nie grają w Minecrafta, ale akurat w przypadku moich synów (którzy wprawdzie nie mają tabletów, za to namiętnie tworzą minecraftowe światy), osadzenie akcji w mieszczącej się na drzewie bazie okazało się strzałem w dziesiątkę. Minione wakacje spędzili bowiem głównie w krzakach, rosnących opodal naszego starego mieszkania, gdzie – wespół z grupą innych dzieci – zajmowali i odbijali kolejne bazy, następnie pieczołowicie je rozbudowując. Pełni emocji słuchali więc o przygodach członków Paczki, którzy – podjudzeni przez Dziadka (a jego ojciec walczył jeszcze pod Piłsudskim) – rzucili się walczyć z najeźdźcami, próbującymi odebrać im Bazę. „Nie dajcie sobie wydrzeć niepodległości!” – nawoływał Dziadek, a moi synowie kiwali głowami z pełnym zrozumieniem, dobrze jeszcze pamiętając, jak sami walczyli ze wstrętną Maryśką, jej koleżanką Lidką oraz ich braćmi.

Po trzecie, na barwnej historyjce opowieść się nie kończy. Pojawiają się w niej i historyczne daty, i nazwiska, a nawet nuty. W opowieści o 11 Listopada było to kilka pierwszych taktów „My, Pierwsza Brygada”, a ja, przypominając sobie lekcje solfeżu i odśpiewując przytoczony fragment, ze zdziwieniem odkryłam, że Starszy śpiewa razem ze mną. Okazało się, że podczas szkolnego apelu ów utwór odśpiewała taka ładna Kaśka z Vb… Ot, siła emocji!

Po czwarte, ilustracje i szata graficzna. Nowoczesna, ale zarazem ładna (co nie zawsze idzie w parze); sympatyczna, zachęcająca do czytania. Są czarno-białe i kolorowe rysunki, ale także archiwalne zdjęcia. Całość została przy tym skomponowana z zachowaniem umiaru; mimo używania różnych krojów czcionek i różnych kolorów druku udało się – o dziwo! – uniknąć wywoływania oczopląsu.

Po piąte, opowieść o 11 listopada jest ledwie pierwszą z sześciu. Kolejnych pięć traktuje o innych ważnych dla Polski (i nie tylko) datach: 1, 2 i 3 maja, 4 czerwca i 15 sierpnia. Będzie więc o czym czytać także i przy okazji kolejnych świąt, z czego już się cieszę.

Zofia Stanecka „Nasza Paczka i niepodległość. O sześciu polskich świętach”. Ilustrował Daniel de Latour. Egmont, Warszawa 2014. 

niedziela, 9 listopada 2014

T.S.Eliot "Wiersze o kotach", A. Frączek "Kotostrofy", czyli koty rządzą

Ostatnio słabo mi idzie. Innymi słowy: ledwo zipię.
Nie czytam niemal niczego, a nawet jak przeczytam, to i tak nie mam czasu i siły, bo cokolwiek o tym napisać.
Dlatego dziś, w celu dania oznak życia, samograj.
Będzie o kotach.



Właścicielką kota jestem od niedawna. Choć należałoby raczej napisać, że od niedawna jestem tą szczęściarą, którą ma jakiś kot.
Nasz kot jest stary i doświadczony życiem. Z niejednego pieca chleb jadł i niejednego psa już pogonił (ostatnio zrobił pokazówkę, po której nie wątpimy, że poradziłby sobie nawet z rottweilerem). Pierwsze tygodnie współobcowania były raczej trudne (w użyciu były zęby i pazury), ale to tylko dlatego, że nie wiedzieliśmy podstawowych rzeczy. Między innymi tego jak się zwracać do kota.

         „Milcz – jak powiada jedna z zasad –
         Jeśli kot pierwszy się nie zwraca”.
         Ja bym się do teorii skłonił,
         Że sam się możesz zwracać do nich,
         Lecz pamiętając, że szalenie
         Oburza je spoufalenie.”
                     T.S. Eliot „Jak zwracać się do kota”

Godność. To właśnie to, czego od dwóch miesięcy brakuje mi każdego poranka (popołudniami i wieczorami także, ale rano ów brak najbardziej rzuca się w oczy). Za każdym razem, gdy rano wychodzę z domu („wychodzę” to nie jest właściwe słowo, adekwatniejsze byłoby „wybiegam” lub „wypadam”), po głowie kołacze mi się tylko jedna myśl: „Żeby choć raz wyjść z domu z godnością…” Zazwyczaj zerkam przy tym na kota, który – obrzucając mnie przeciągłym, zdegustowanym spojrzeniem – z godnością (a jakże!) układa się w swoim ulubionym miejscu.

         „Więc gdy w głębokiej jest kot kontemplacji
         I siedzi bez ruchu w skupionym milczeniu,
         To ta kontemplacja jest zawsze z tej racji,
         Że myśli i myśli o Trzecim Imieniu,
         O swym zmyślnym, przemyślnym, wymyślnym,
         Niedodododomyślnym,
         Tajnym, niedosięgłym, jemu tylko właściwym
         Imieniu.”
                   T.S.Eliot „Kocie imiona”


Zbiór wierszy T.S. Eliota o kotach był w moim domu od zawsze, choć nie wiem dlaczego, bo nikt z mojej rodziny nigdy nie miał kota. Po wielu latach sięgnęłam po niego i wreszcie, po raz pierwszy, zrozumiałam. Wcześniej zmyliły mnie rozkoszne ilustracje Janusza Grabiańskiego, na których widać puchate futerka i wielkie oczy. Teraz jednak przeczytałam te wiersze na nowo i odkryłam, że T.S. Eliot dobrze wiedział, w co należy grać z kotem. O ile on, rzecz jasna, na to pozwoli.
W przedmowie do pierwszego polskiego wydania tłumacz Andrzej Nowicki wskazał, że „zawarte w tej książeczce wiersze zyskały w Anglii ogromną popularność, choć nie wszystkie są łatwe, proste i „wpadające w ucho”, jak to często wiersze dla dzieci bywają. Są żartobliwe, ale jest też w nich jakaś dociekliwość, trud dotarcia do sedna zagadkowej kociej natury, kociej tajemnicy; a może przez to – dotarcia do głęboko ukrytych ludzkich tajemnic, własnych tajemnic?



Pochodzące sprzed II wojny światowej wiersze Eliota to zupełnie inna liga niż współczesne wierszyki Agnieszki Frączek. O ile Eliotem zachwycać się mogę ja (moje dzieci łaskawie zgodziły się wysłuchać, ale zachwytów zabrakło), o tyle Frączek celuje w bardzo młodszego czytelnika, któremu kotek kojarzy się wyłącznie z puchatą, mruczącą kulką. Dotyczy to zarówno formy, jak i treści. Proste, niekiedy aż za proste rymy, sympatyczne króciutkie historyjki, krążące jednak raczej wokół kociego zewnętrza niż wnętrza (całkiem inaczej niż u Eliota), milutkie filcowe ilustracje Iwony Całej.

Nie można jednak odmówić Agnieszce Frączek znajomości kociej natury.

         „Skąd wiem, że kończy się jesień?
         Bo słucham radiowych doniesień?
         Nie…

         Skąd wiem, że zima się zbliża?
         Bo strzyka mnie gdzieś koło krzyża?
         Eee…

         (…) A podglądam własne koty.
         Gdy się biorą do roboty,
         gdy pakują wszystkie graty,
         gdy przenoszą je na raty
         w torbach, w siatach, w wielkich pakach,
         w walizeczkach i w plecakach,
         gdy z kącika na kanapie
         z bagażami w każdej łapie
         wprost na grzejnik pielgrzymują,
         wtedy wiem już: zimę czują!”

Do tej pory mieliśmy w domu dwa kocyki, którymi dzieliliśmy się sprawiedliwie. Niestety, teraz jeden został zajęty. Aż do wiosny chyba na stałe.



T.S.Eliot „Wiersze o kotach”. Przełożył Andrzej Nowicki, ilustrował Janusz Grabiański. Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia”, Warszawa 1970.
Agnieszka Frączek „Kotostrofy czyli o kotach strofy”. Ilustrowała Iwona Cała. Wydawnictwo BIS, Warszawa 2012.