Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Węgry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Węgry. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 września 2015

J.Orringer "Niewidzialny most", czyli powieść z wartością dodaną

Kiedy miałam kilkanaście lat, ilekroć myślałam o II wojnie światowej nie mogłam zrozumieć, dlaczego w tym samym czasie, gdy w Polsce ginęli ludzie, w innych krajach życie toczyło się normalnie. W moim nastoletnim rozumie nie mieściło się to, jak tacy chociażby Amerykanie (w czasach, w których chodziłam do podstawówki Amerykanie byli symbolem wszelkiego zła) mogli ot tak, po prostu chodzić sobie do kina, śmiać się i żuć gumę.

Dzisiaj, po kilku miesiącach nieustannych doniesień o podróżujących do Europy uchodźcach z ogarniętych wojną krajów afrykańskich, mam coraz większy problem, by – chodząc do kina, śmiejąc się i żując gumę - uporać się z rosnącym poczuciem nieadekwatności i niestosowności własnego życia.

Kiedy miałam kilkanaście lat, zastanawiałam się jak było możliwe, że przed 1 września 1939 roku tak niewiele osób przewidziało to, co się za chwilę zdarzy. Nie rozumiałam dlaczego tak mało osób zareagowało i zrobiło cokolwiek, by chociażby uchronić siebie i swoją rodzinę przed piekłem.

Dzisiaj wiem, że świat jest dużo bardziej skomplikowany.

Nie wiem czy niewiele ode mnie starsza Amerykanka Julie Orringer w wieku kilkunastu lat miała takie same jak ja przemyślenia. Pięć lat temu napisała jednak książkę, która czytana dzisiaj okazała się czymś więcej niż skonstruowaną z rozmachem, osadzoną w historycznym tle powieścią z silnym wątkiem romansowym.


Gdybym przeczytała „Niewidzialny most” dwa lata temu, być może skupiłabym się właśnie na owym wątku romansowym. Pierwszoplanowymi bohaterami historii są bowiem młody węgierski Żyd, Andras Lévi i starsza od niego o dziewięć lat nauczycielka tańca, Claire Morgenstern. Ich historia zaczyna się tak samo jak pierwsze zdanie książki: we wrześniu 1937 roku „w Węgierskiej Operze Królewskiej w przededniu jego wyjazdu Ekspresem Zachodnioeuropejskim do Paryża”.
On – zdolny, lecz ubogi student architektury, któremu w Paryżu dane było, dzięki stypendium budapeszteńskiego stowarzyszenia Żydów, kreślić śmiałe projekty zachwycające samego Le Corbusiera. Ona – piękna nauczycielka tańca,  matka szesnastoletniej córki. W tle Paryż, Budapeszt i skrywana przez Claire tajemnica.

Gdybym nie miała nastroju na romanse, być może moją uwagę przyciągnęłaby historia pochodzącej z Konyáru rodziny Lévi. Matka i ojciec – właściciele wiejskiego składu drewna oraz trzech ich synów: Tibor, Andras i Matyas. Pierwszy – najstarszy i najbardziej stateczny, odkładający pieniądze na wymarzone studia medyczne. Drugi – uzdolniony artystycznie, mający tak samo jak jego ojciec, Béla Farciarz, sporo szczęścia w życiu. Najmłodszy – niepokorna dusza, nadspodziewanie samodzielny i obdarzony zdolnościami tanecznymi. Węgierscy Żydzi, w czasie wojny dzielący straszny los pozostałych europejskich Żydów. Kochająca się rodzina, dobrzy i mądrzy rodzice. 

Wreszcie, mogłabym potraktować „Niewidzialny most” po prostu jako quasi-historyczną powieść społeczno-obyczajową. Skupić się na opisach życia w przedwojennym Paryżu i wojennym Budapeszcie, zadumać się nad miejscem i rolą Węgier w czasie II wojny światowej. Pomyśleć o milionach ludzi, którzy - jeśli ocaleli - musieli nauczyć się żyć na nowo.

Gdyby podejść do książki krytyczno-literacko, można by z pewnością znaleźć w niej kilka słabych punktów. Mogłaby na przykład być krótsza. Choć autorce udało się wypełnić 740 stron treścią, lektura momentami nużyła. Niewątpliwie nie jest to też - pod względem literackim – opowieść na miarę chociażby „Spuścizny” Singera (by posłużyć się przykładem innej książki o tematyce „żydowskiej”). Nieco rozczarowuje też samo zakończenie, trochę nieprzystające do epicko-rozbuchanej całości powieści. Polskiemu wydawcy nie zaszkodziłoby też zastosowanie mniej łopatologiczno-kiczowatego podejścia do wyboru okładki.

We wrześniu 2015 roku wszystkie te kwestie zeszły jednak na dalszy plan. „Niewidzialny most” dzisiaj to bowiem dla mnie przede wszystkim książka o tym, że nic nie jest dane raz na zawsze. Nikomu.

Julie Orringer „Niewidzialny most”, przekład: Agnieszka Mitraszewska i Nina Dzierżawska. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2013.

Pewnie nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie Maniaczytania. Dziękuję! 

czwartek, 27 sierpnia 2015

T. Olszański "Budapeszteńskie ABC" i K. Varga "Czardasz z mangalicą", czyli jakże inaczej o tym samym

Tadeusz Olszański i Krzysztof Varga.
Dwóch półpolskich Węgrów lub – jak kto woli - półwęgierskich Polaków. Obaj piszący, w tym sporo o Węgrzech.
Mimo tych podobieństw ich książki różni wszystko. Dlaczego?
Hm, cytując klasyka, być może dlatego, że kiedy Tadeusz Olszański (rocznik 1929) pisał swoją książkę, Krzysztof Varga (rocznik 1968) na chleb mówił „bep”, a na muchy „tapty”?  


 „Czardasz z mangalicą” jest opowieścią dużo bardziej osobistą niż ta, którą Varga uraczył nas we wcześniejszym „Gulaszu z turula”. Choć autor nadal spogląda na Węgry ze specyficznej, wyznaczonej chociażby przez dobrą znajomość języka, perspektywy, to tym razem wyraźnie skraca dzielący go od czytelnika dystans. O ile więc „Gulasz z turula” wydał mi się tchnąć pewnym poczuciem wyższości (nigdy nie będę na Węgrzech nikim innym niż turystką, a tych Varga zdawał się mieć w niezbyt dużym poważaniu), to czytając "Czardasz z mangalicą" poczułam się godna bycia dopuszczoną do Wielkiej Węgierskiej Tajemnicy. 

Tymczasem w przypadku książki Tadeusza Olszańskiego sprawa była oczywista. Wszak autor pisał ją dla mieszkańców Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w czasie gdy, jak ujął to w rozdziale zatytułowanym „Éljen Lengyelország!” (czyli: „Niech żyje Polska!”) „zwycięstwo ustrojów socjalistycznych jeszcze bardziej zacieśniło współpracę między Węgrami i Polską, przydało nowych treści naszym braterskim stosunkom”. Dostrzegając różnice między oboma krajami i jego mieszkańcami, autor na każdym kroku starał się więc podkreślić jak wiele nas łączy, podsuwając zarazem pod nos coraz to nowe opowieści o węgierskich triumfach.

Varga krytyczny, sceptyczny, ale i nostalgiczny, podczas gdy Olszański entuzjastyczny i trzeźwo stąpający po ziemi. Paradoksalnie jednak to pierwszy z nich swoimi opisami dużo bardziej oddziaływał na moje czytelnicze zmysły, podczas gdy Olszański, smakosz, autor węgierskiej książki kucharskiej („Nobel dla papryki”), ani razu nie pobudził moich kubków smakowych, że o śliniankach nie wspomnę.

Varga przemieszcza się po Węgrzech, zostawiając po sobie ślad w postaci kolejnych plam tłuszczu na ceratowych obrusach tanich jadłodajni. „Ja muszę zawsze iść na bazar i zjeść tam hurkę z marynowaną papryką jabłkową, kupić trochę warzyw i pogacze ze skwarkami, nabyć jakąś suchą paprykowaną kiełbasę na kolację, rozejrzeć się po straganach, zatrzymać się przy stoisku z tytoniem i pooglądać nieznane marki papierosów, popodsłuchiwać ludzi robiących zakupy, przystanąć przed beczkami pełnymi kiszonej kapusty i zachwycić się kapustą kiszoną w całości – wielkie głowy kapusty w drewnianych beczkach jak ludzkie obcięte głowy po zbiorowym wyroku śmierci.”

Olszański wędrował tymczasem raczej po miejscach znanych, jak – znakomicie prosperująca od roku 1904 do dzisiaj – budapeszteńska restauracja Mátyás Pince. „Do „Mátyáspince" przychodzi się bowiem nie tylko zjeść, lecz i przyjemnie się zabawić, posiedzieć, posłuchać cygańskiej muzyki. (...) Łkają skrzypki, dzwonią cymbałki, primas [pierwszy skrzypek] chodzi po sali i gra przy stolikach zakochanym parom rzewne węgierskie melodie" – pisał, a ja – czytając te słowa – gratulowałam sobie, że nie przyszło mi na myśl, by tam zajrzeć. Wystarczy, że byłam w innym reklamowanym przez Olszańskiego lokalu, tak przezeń opisywanym: „Obok tych ekskluzywnych lokali na Górze Zamkowej znajdują się dwie malutkie gospody „Pest – Buda” oraz „Old Firenze” wprawdzie z mniej wyszukanymi, ale nie mniej smacznymi potrawami, tanim winem i z autentycznymi historycznymi pamiątkami z okresu Wiosny Ludów w gablotkach na ścianach.” 
Jedzenie owszem, przyzwoite, jednak jego jakość nijak miała się do znacznie wygórowanej wysokości rachunku.

Tymczasem, wędrując śladami Krzysztofa Vargi, trafiłam w tym roku do jadłodajni „Tejivó”, mieszczącej się w Györze i wizytę tę jeszcze długo będę przechowywać w części pamięci przeznaczonej na miłe wspomnienia. Szliśmy tam, wiedzeni Vargową nostalgią: „w jadłodajni Tejivó przy Kisfaludy utca zjadłem rákott krumpli, zapiekankę ziemniaczaną z kiełbasą, boczkiem, jajkiem na twardo i śmietaną, dokładnie taką, jaką mój ojciec przyrządzał w niedziele wiosny mego życia i teraz ten smak powrócił. Rozkosz osiadającego w żołądku ciężaru jedzenia i wspomnień, bomba tłuszczowo-cholesterolowa i bomba pamięci, najwspanialszy smak, jaki mogłem sobie wyobrazić, pomyślałem od razu, że muszę wrócić do Györ, nie dlatego by znów przejść się po starej części miasta, ale by pójść do Tejivó i zjeść ponownie rákott krumpli, ponieważ to danie, za którym od razu zatęskniłem jak za kanapkami ze sznyclem u Wichmanna.”
Ponieważ do „Tejivó” trafiliśmy w porze obiadowej, nie zdecydowaliśmy się na rákott krumpli. Nie samo zaserwowane nam jedzenie (choć znakomite, a pyszny sernik z … koperkiem (węgierskiej nazwy nie pomnę) chyba najlepszy na świecie) chwyciło nas jednak za serce, lecz towarzystwo. Mimo bariery językowej udało nam się bowiem właśnie tam uciąć przemiłą pogawędkę z sympatycznym Węgrem, który w piętnaście minut opowiedział nam historię swojego życia i swoich – także polskich, a jakże! – miłości. W restauracji „Pest – Buda” tego rodzaju zbliżenie zdecydowanie nie było możliwe.

Nie samym jedzeniem jednak człowiek żyje.
O ile Varga podrzuca więc czytelnikowi także strawę duchową, obficie snując literackie i ogólnokulturalne dygresje, o tyle Olszański najlepiej czuje się w świecie, w którym na wyścigi pną się do góry nowoczesne budynki oraz dane statystyczne obrazujące wzrost i rozwój.

Węgry Vargi to kraj wielkiej literatury („co rusz natykam się w jadłospisach węgierskich restauracji na dania noszące nazwiska sławnych pisarzy; albo to jest ulubiona gęś Józsefa Attili, albo jakieś danie à la Gyula Krúdy, czy też coś, co lubił Kosztolányi, przyznaję, że patrzę na te karty dań z niejaką zazdrością, ponieważ uważam, że nazywanie potraw nazwiskami wielkich psiarzy jest najwyższą formą oddawanego im szacunku, hołdem większym niż nadawanie ich imion szkołom i stawianie im pomników. Kuchnia jest tu zbyt poważną sprawą, by zaśmiecać ją byle czyimi nazwiskami, więc kiedy jem węgierskie jedzenie, to myślę o węgierskiej literaturze, a kiedy czytam węgierskich geniuszy – myślę o jedzeniu, to jest doskonała synergia duszy z ciałem, żołądka z mózgiem, melancholii i egzaltacji.”), zamieszkały jednak przez ludzi doskonale rozumiejących co to zdrowy dystans („Mam w domu na lodówce naklejkę, na której niewielki madziarozaur wpisany jest w figurę wielkiego dinozaura, jak dzisiejsze małe Węgry w obrys dawnych Wielkich Węgier. Być może Węgrzy mają bzika na punkcie swojej historii, ale potrafią też do niej podchodzić ironicznie, czego dowodem ta naklejka, w przeciwieństwie do Polaków, którzy wyłącznie mają bzika, a taka subtelność jak ironia jest w Polsce bardzo słabo znana.”).

Węgry widziane przez Olszańskiego to przemysłowy kraj, w którym ważną rolę odgrywają inżynierowie i robotnicy („Csepel jest największym zakładem pracy na Węgrzech. Csepel to zespół jedenastu wielkich fabryk. Od martenów, walcowni blach i rur, fabryki rowerów, motocykli, traktorów, aż po fabrykę maszyn precyzyjnych, od której rozpocząłem zwiedzanie (…) Robotnicy Csepel są świadomi problemów swojego kraju, zdyscyplinowani, dojrzali. O swoich sprawach dyskutują niejednokrotnie z pierwszym sekretarzem WSPR Jánosem Kádárem, który jest członkiem organizacji partyjnej w Csepel.”). Wszystko jest tu dobrze zorganizowane i kwitnące, pewnie dlatego, że centralnie zarządzane. Nawet młodzież („Całokształtem życia młodzieży zajmuje się na Węgrzech jedna organizacja KISZ, skupiająca w swoich szeregach blisko 800 tysięcy członków”) i … przyrost naturalny („sytuacja demograficzna wymagała przedsięwzięcia szybkich i konkretnych kroków, wyjścia ze strefy podnoszenia warunków bytowych, bo stale podnoszone bodźce przestają być bodźcami. Duża liczba legalnych i nielegalnych poronień, nieodwracalne skutki tych zabiegów, a zwłaszcza przedwczesnych i martwych porodów, skłoniła rząd do wprowadzenia w 1973 roku dużych obostrzeń przy przerywaniu ciąży. Nie oznacza to oczywiście zerwania z polityką świadomego macierzyństwa i regulacji urodzin, ale będą temu służyć przede wszystkim inne środki antykoncepcyjne – a zwłaszcza pigułki (każda dziewczyna i kobieta ma prawo otrzymać na receptę lub bez niej odpowiednie medykamenty) oraz wprowadzenie wychowania seksualnego już od pierwszych klas szkoły podstawowej.”).

Wreszcie, Węgry Vargi to liczne, drobne spostrzeżenia. Szczegóły, które budują ogół. Opisane w tak sugestywny sposób, że mimochodem wwiercają się w podświadomość, zakładając podróżującemu po Węgrzech z „Czardaszem…” w ręku vargowy filtr. To pewnie z tego powodu patrząc na węgierskie pomniki wszędzie dostrzegałam tylko ich brak monumentalności (oczywiście tylko Vardze zawdzięczam to, że zwróciłam uwagę na pomnik wody sodowej), znakomicie komponujący się z nieuchronną koniecznością bycia upstrzonymi przez ptactwo.

Tymczasem, Węgry Olszańskiego to raczej monumentalizm i triumfalizm. Najlepsze fabryki, mosty, inżynierowie, wina, kąpieliska. Świat piękny, ale raczej wyobrażony i mocno fasadowy, czego najlepszym dowodem to, że nie przetrwał do dzisiaj.

Z powyższego zestawienia można wyprowadzić prosty wniosek, że „Budapeszteńskie ABC” to książka nadająca się tylko na śmietnik. Byłoby to jednak dla niej mocno krzywdzące. Śmietnik historii to bowiem całkiem godne miejsce. Trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza gdy nie wiadomo jak za 40 lat kolejne pokolenia czytelników obejdą się z wynurzeniami Vargi.

Tadeusz Olszański „Budapeszteńskie ABC”. Iskry, Warszawa 1976.
Krzysztof Varga „Czardasz z mangalicą”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

sobota, 8 sierpnia 2015

O węgierskich książkach dla dzieci, czyli jak spociłam węgierskiego księgarza

A było to tak.
Od początku wiedziałam, że podczas tej wizyty na Węgrzech muszę odwiedzić jakąś księgarnię.
- Ale po co, mamo? Przecież i tak niczego nie zrozumiesz! – pytały moje dzieci.
Okazało się, że miały rację, choć nie w tym sensie, który wszyscy mają na myśli.

W pierwszym tygodniu pobytu, kiedy temperatura na zewnątrz przypominała te, z którymi aktualnie mamy do czynienia w Polsce (w chłodniejsze dni 35°C), dowiedziałam się tyle, że na kąpieliskach termalnych ani w dawnych fortecach (wybór podyktowany wyłącznie panującą wewnątrz temperaturą) książek nie sprzedają (w żadne inne miejsca nie byliśmy w stanie się udać).

W drugim zaś tygodniu, ho, ho! W drugim tygodniu dowiedziałam się o węgierskim rynku książki wielu rzeczy. Przy czym do dziś ni w ząb nic z tego nie rozumiem.

Wydawałoby się bowiem, że Węgry – jako kraj znacznie mniej liczebny niż Polska – powinny mieć jeszcze większy niż Polska problem z czytelnictwem. Księgarń powinno być więc jeszcze mniej niż w Polsce. Można by się też spodziewać, że liczba tytułów – nie licząc światowych bestsellerów w rodzaju G. Martina lub biografii Mourinho – będzie mocno ograniczona.

Nic z tego.

Być może to specyfika pogranicza węgiersko-słowackiego, ale zwykłą (nie sieciową), całkiem porządną księgarnię znalazłam w Nyergesújfalu (7,5 tysiąca mieszkańców), dwie inne widziałam w Komárom (około 20 tysięcy mieszkańców). Tymczasem w moim rodzinnym. polskim mieście, liczącym ponad 40 tysięcy mieszkańców, od wielu lat funkcjonuje wyłącznie jedna księgarnia, a i to głównie dzięki temu, że poszła dodatkowo w materiały szkolne i biurowe (oferta książkowa jest raczej nędzna).

Księgarnię, w której zatrzymałam się na dłużej znalazłam jednak w Szentendre, mieście reklamowanym w polskich przewodnikach jako „węgierski Kazimierz Dolny”. Być może, dawno nie byłam w Kazimierzu. Przypuszczam, że cechą wspólną może być liczba turystów, choć nie wiem czy Kazimierz jest tak samo intensywnie jak Szentendre wizytowany przez japońskie wycieczki.
Mam także wrażenie, że gdyby nie księgarnia (wchodząca zresztą, zdaje się, w skład jakiejś sieci) wizytę w Szentendre wspominałabym jako nieudaną, do czego walnie przyczyniło się odwiedzenie mieszczącego się na przedmieściach największego (podobno) skansenu węgierskiej wsi (jeśli ktoś chętny, niech pyta w komentarzach). Na szczęście jednak weszłam (do księgarni, nie skansenu) i … zamarłam. A moja rodzina, oczekująca na zewnątrz, zapuściła korzenie.


Okazało się bowiem, że choć półka z pozycjami dla nastolatków wygląda podobnie jak u nas, to w części dla dzieci rzecz przedstawia się całkiem inaczej.


Owszem, są tam książki znane i z Polski. Istotna różnica polega jednak na tym, że po pierwsze są one nadal dostępne w sprzedaży (choć przyznaję, że nie znam węgierskich dat wydań),

Hm, czyżby to "Pluk z wieżyczki"?
 zaś po drugie, węgierskie wydawnictwa nie poprzestały na wydaniu jednej części.

Drogie wydawnictwo "Hokus-Pokus", widzisz to i się nie wstydzisz?!
Zwraca też uwagę liczna reprezentacja węgierskich autorów.


Eva Janikovszky to oczywistość (swoją drogą, ciekawe czy w Polsce zostaną wydane lub wznowione kolejne – po „Gdybym był dorosły” - jej książki?), ale od innych – całkowicie mi nieznanych – nazwisk (wstydzę się, wstydzę!) można było dostać oczopląsu.



czy to na pewno książka dla dzieci?
Nie miałam oczywiście na tyle dużo czasu, by zdążyć przeprowadzić dogłębną analizę. Ograniczona okazała się też możliwość skomunikowania się z bardzo sympatycznym panem księgarzem (ja ni w ząb po węgiersku, on tylko trochę w językach innych niż węgierski).

Mam jednak wrażenie, że rynek węgierskiej książki dla dzieci został aktualnie zdominowany przez wydawnictwo Móra, mogące się pochwalić długą tradycją, a prowadzone – zdaje się, gdyż nie znając węgierskiego niczego nie mogę być pewna – przez syna Evy Janikovszkiej, Jánosa.
O dominacji tej mogę powiedzieć tylko tyle, że marzy mi się, aby któreś z polskich dobrych wydawnictw osiągnęło podobną pozycję na rynku polskim. Ich książki widziałam bowiem i w supermarketach (na głównych półkach, a nie w części z książkami na wagę), i we wszystkich innych księgarniach. Niemal każda z nich wydawała się być czymś porządnym, w każdym razie jeśli chodzi o formę, gdyż treści nie byłam w stanie ocenić.

Otrząsnąwszy się nieco, przystąpiłam do dręczenia księgarza.
Przedstawiwszy się grzecznie („Nazywam się momarta i przybyłam z internetu”), zażądałam natychmiastowego dostępu do książek, które mnie zachwycą, mimo że niczego z nich nie zrozumiem.
Na czoło księgarza wystąpił pot. Spływał on tym intensywniej, im silniej kręciłam głową w geście przeczenia, odmawiając oglądania kolejnych przynoszonych mi książek (jeśli ja po węgiersku umiem powiedzieć: „wino”, „piwo” i „książka”, a on w językach innych niż węgierski zna mniej więcej tyle samo słów, doprawdy trudno jest o płaszczyznę porozumienia).
Aż wreszcie doszło do iluminacji.


On przyniósł, a mnie zatchnęło. Jak się okazało, ze wszech miar słusznie, gdyż chodzi o książkę wielokrotnie nagradzaną, umieszczoną w roku 2010 na liście białych kruków (White Ravens). Od pana księgarza udało mi się dowiedzieć tyle, że ilustratorka – Katalin Szegedi – jest jego zdaniem jedną z najlepszych węgierskich ilustratorek (tu można zerknąć na jej blog i zamieszczone tam przepiękne ilustracje). O treści książki nie dowiedziałam się niczego (nie jest to książka o winie, ani o piwie, stąd zasób wspólnych słów był ograniczony), ale i tak wysupłałam niemało forintów, by móc cieszyć nią swoje oczy.




I choć po powrocie do Polski dowiedziałam się, że „Királylány születik” zostało już jakiś czas temu przetłumaczone na język polski przez nieocenione (z punktu widzenia popularyzowania węgierskiej literatury dziecięcej) i niedocenione (bo któż o nim słyszał?) wydawnictwo Namas, to i tak nie żałuję ani forinta.

A przed węgierskim księgarzem gnę się w niskich ukłonach. 

wtorek, 4 sierpnia 2015

Dlaczego na Węgrzech jest lepiej, czyli prezent z okazji trzecich urodzin

Blogomilczenie ma to do siebie, że z czasem przechodzi w nawyk. Wygodny nawyk. Całkiem więc niewykluczone, że pomilczałabym jeszcze trochę, gdyby nie fakt, że właśnie dziś przypadają trzecie urodziny Absolutnie nieperfekcyjnej. Niniejszy post będzie więc poniekąd prezentem dla niej. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba.

Do Węgrów i Węgier można mieć wiele zastrzeżeń, z których najpoważniejsze dotyczą ich aktualnej polityki. Miłość potrafi jednak wiele wybaczyć, zaś zwłaszcza w fazie zakochania (w której ciągle się znajduję) przymyka oczy na szereg wad.


To zaś, co widzę, to:

Genialne jedzenie (moja wątroba zgłosiła w tym miejscu zdanie odrębne, ale zagłuszyłam je głośnym bekaniem spowodowanym nadużyciem węgierskiej wody sodowej).

Daje się tu zauważyć istotna prawidłowość – im lepsze miejsce, tym jedzenie gorsze i serwowane w mikroskopijnej ilości. Ot, choćby jak tutaj. Miejsce wyglądało tak:

Restauracja Primas Pince w Esztergomie


Zaś porcja zupy – tak:


Mąż płakał długo i rzęsiście.

Podłe warunki (jak na przykład na tej hali targowej w Budapeszcie, której uroda ma się nijak do urody Centralnej Hali Targowej, co pozostaje w relacji odwrotnie proporcjonalnej do jakości jedzenia i sympatyczności obsługi) sprzyjają natomiast jedzeniu nie dość, że taniemu, to jeszcze rozkosznie dobremu.


Na zdjęciu poniżej obiad, o który walczyły ze sobą mój żołądek i moja wątroba. Hagymaleves (zupa cebulowa), pacalpörkolt z kluseczkami galuska (nazwy dania nie tłumaczę celowo, przez wzgląd na co wrażliwszych, kto zechce, wrzuci sobie do internetowego tłumacza) oraz töltött paprika (faszerowana mięsem papryka, niczym nasze gołąbki, tyle że sos pomidorowy dużo bardziej słodki).


Wątroba wygrała, całości nie zmieściłam. Żołądek (po cichu) też odetchnął z ulgą.

Kąpielisko w każdym miasteczku.

Niby wiedziałam, że Węgry kąpieliskami (nie tylko termalnymi, choć przede wszystkim) stoją, ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć na własne oczy. Nie byliśmy w żadnych słynnych miejscach, a i tak w każdym było co najmniej siedem basenów, zjeżdżalnie, bicze wodne oraz niecki z wodą leczniczą do taplania się weń.
Dla ułatwienia osiągnięcia stanu zachwytu dodam, że w liczącym czterysta tysięcy mieszkańców Szczecinie z wielką pompą otworzono w ubiegłym roku pierwsze porządne kąpielisko miejskie. Cztery baseny, trzy zjeżdżalnie.
Siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców Tatabanyi, wyposażonej w takie oto miejsce do taplania się w wodzie, pękłoby w tym miejscu ze śmiechu. A gdyby się już po tym pęknięciu zeszyli, pogrążyliby się w rozważaniach, na które z szeregu innych, oddalonych o dwadzieścia parę kilometrów, kąpielisk, pojechać danego dnia.


Gdy dodać do tego fakt, że ilość osób starszych korzystających z kąpielisk wcale znacząco nie odbiega od ilości osób młodszych, można tylko pozazdrościć.

Umiejętność wykorzystywania transportu kolejowego.

W Polsce – wiadomo. Setki spółek, każda z kilkudziesięcioma związkami zawodowymi, zarządzających każda swoim kawałeczkiem kolejowego tortu. Skutek: tort nienadający się do konsumpcji.

Na Węgrzech – nie mam pojęcia ile spółek, czy w ogóle i jakim kosztem, jednak to co widać gołym okiem, to rozbudowana sieć kolei, wykorzystywana zarówno do przewozów osobowych, jak i towarowych. 10 kilometrów od miejsca, w którym mieszkaliśmy znajdowała się stacja kolejowa, z której co dwa dni odjeżdżał nowy skład pociągu, zawsze tak samo po uszy załadowanego produktami pobliskiej fabryki Magyar Suzuki.

Stacja kolejowa w Almasfuzitö

Umiejętność używania inteligentnej ironii (także w celach publicznych)

W Polsce większość kampanii jest – mówiąc oględnie – grubo ciosana, a zazwyczaj mocno dęta. Zaangażowanie obywateli – żadne. Używanie inteligencji – źle widziane.

Tymczasem na tych okropnych Węgrzech, którymi gdzieniegdzie straszy się polskie dzieci, pojawiła się Partia Psa o Dwóch Ogonach, która w trzy tygodnie zamiast planowanych trzech zebrała ponad trzydzieści trzy miliony forintów, przeznaczając je na odpowiedź na rządową kampanię antyimigrancką. Skutek: 800 rozlokowanych w całym kraju billboardów, z których najsłynniejszy jest chyba ten:


Widzieliśmy ich jednak o wiele więcej (tyle, że rozwieszonych w miejscach, w których nijak nie dało się zaparkować celem sfotografowania), za każdym razem wzdychając z wielkiej zazdrości.
Więcej plakatów można zobaczyć tutaj, zaś o samej kampanii najlepiej poczytać u znakomicie (w odróżnieniu ode mnie) znającego węgierskie realia Jeża, autora najlepszego moim zdaniem polskojęzycznego bloga o Węgrzech.

Umiejętność stawiania najlepszych pomników na świecie.

U nas – wiadomo. Jan Paweł II w wersjach monstrualnie potworkowatych, tudzież coś w rodzaju szczecińskiego Anioła Wolności, upamiętniającego (podobno) ofiary zajść z grudnia 1970 roku.
źródło zdjęcia
Tam – owszem, też upamiętniają. 

Budapeszt

Można? Można. Godnie? Dla mnie i owszem. A że zęby przy okazji nie bolą, to czysty zysk.

Węgrzy doceniają jednak także i prostotę życia codziennego. Bo czy widział ktoś gdzieś pomnik wody sodowej?

Györ

Oczywiście, są i przykłady gigantomanii. Jednak jako że dotyczą one turula, mitycznej i oryginalnej (Magyar termek!) węgierskiej krzyżówki orła z gęsią, można je wybaczyć.

Największy na Węgrzech pomnik turula w Tatabanyi

Swoją drogą, tylko czekać na pojawienie się pierwszego pomnika gigant mangalicy (węgierskiej świni).

Sympatia do Polaków.

Wiem oczywiście, że należy ją rozpatrywać też i w takich kategoriach, o których niezwykle trafnie napisał Ludwik Stomma w felietonie zamieszczonym w 31 numerze tegorocznej Polityki (całość do przeczytania tutaj, w skrócie chodzi o to, że gdybyśmy byli syryjskimi imigrantami, nasze postrzeganie Węgrów byłoby całkiem inne), jednak tak się składa, że jestem blondwłosą Polką z blondwłosą rodziną, czego nie zamierzaliśmy nie wykorzystywać. Jedząc w podłych pozornie miejscach, zawsze – jako Polacy – dostawaliśmy najlepsze dania, okraszone dodatkowo sympatyczną pogawędką z tubylcami. Ba! Dostaliśmy nawet zniżkę na parking (to zasługa mojego męża, odzianego wówczas w węgierską koszulkę z runicznymi napisami, z których każdy może odczytać to, co chce, ale najlepiej jeśli będzie to: „Wielkie Węgry”), dzięki której mogliśmy wejść na jedno z kąpielisk (gdyby nie zniżka, zabrakłoby nam gotówki na bilety wstępu, a płatności kartą akurat w tym miejscu nie przewidziano).
Ale w sumie czego spodziewać się po kraju, w którym w sali obrad Parlamentu na honorowym miejscu wisi Orzeł Biały (formalnie jako godło Jagiellonów, ale współcześnie kojarzy się jednoznacznie)?

jakość zdjęcia nienajlepsza, ale ręka mi się trzęsła z wrażenia

Umiejętność wpływania na zagraniczne koncerny.

W Polsce – wiadomo. Na półkach z napojami zagranicznych koncernów syf i malaria.

Na Węgrzech – też syf, ale zamiast malarii rzeczy, które nawet nadają się do picia.
Taka na przykład niebieska Fanta o smaku czarnego bzu. Widział ktoś kiedyś w Polsce? Nawet ja, która nie tykam słodzonych napojów gazowanych, dałam się skusić.


Albo wody smakowe.
W Polsce dostatek, wszystkie tak samo obrzydliwie słodkie i sztuczne. Na Węgrzech nie dość, że mniej słodkie, to i jeszcze o smakach naprawdę bardzo zbliżonych do naturalnych. Taka na przykład woda jeżynowo-limonkowa… Albo porzeczkowo-agrestowa? Czemu u nich Coca-Cola może, a u nas nie, hę?



I tak mogłabym jeszcze długo, jednak muszę coś zostawić na dalszy ciąg.
A będzie (o ile mię trzyletnia wena nie opuści) o węgierskich książkach dla dzieci, o przewodnikach po Węgrzech oraz o polsko-węgierskim „Czardaszu z mangalicą” Krzysztofa Vargi.

A ponieważ zaś to urodziny, zaś każdy blogorok liczy się za dziesięć lat, więc jak na imprezę dla pełnoletnich przystało – częstujcie się!



 No i chlup! Za zdrowie Nieperfekcyjnej, rzecz jasna!


poniedziałek, 19 sierpnia 2013

R. Makłowicz "Smak Węgier", czyli smacznie i niezdrowo

Kiedy ma się w domu więcej niż pięćset książek, nietrudno pogubić się w tym gąszczu i zapomnieć, że gdzieś w zakamarku spoczywa taki czy inny tytuł.

Kiedy ma się w domu więcej niż trzydzieści książek kucharskich, rozmyślania nad tym, co by tu dziś ugotować, kończą się zazwyczaj tak samo, czyli wyguglowaniem sobie jakiegoś przepisu z któregoś z licznych blogów kulinarnych.

Kiedy dwa dni po powrocie z Węgier natknęłam się na jednej z półek na książkę Roberta Makłowicza „Smak Węgier”, jęknęłam tylko z cicha.
Czemuż, ach czemu nie przypomniałam sobie o niej przed wyjazdem?
Makłowicz jest bowiem wielbicielem Węgier i tamtejszej kuchni i „wzrusza ramionami na niedorzeczne argumenty, że istnieją być może krainy o piękniejszych krajobrazach, większej liczbie zabytków, ciekawszej kuchni czy bardziej zrozumiałym języku. Ja chcę na Węgry” – pisze, a ja doskonale go rozumiem.


Do tej pory wydawało mi się, że nie jestem szczególnie mięsożerna.
Mam w swoim życiorysie krótkotrwałe epizody wegetariańskie, a w okresie po urodzeniu drugiego dziecka nawet wegańskie. I chociaż teraz jem mięso, jeszcze trzy tygodnie temu uważałam że latem pochłaniam go znacznie mniej, a w zasadzie mogłabym doskonale się bez niego obejść, zwłaszcza podczas upałów.
A figa.

Nie wiem, co wisi w węgierskim powietrzu, jednak podczas pobytu nad Balatonem cała nasza czwórka była wiecznie głodna – mimo że temperatura na zewnątrz stale przekraczała czterdzieści stopni Celsjusza – i to głodna na mięso.
Jeśli ktoś podróżował kiedyś z małymi dziećmi, doskonale wie, że podczas gdy dorośli chłoną zabytki i pejzaże, one zastanawiają się tylko nad jednym: czy chce im się siku bardzo, czy tylko trochę. Moje dzieci do tradycyjnych okrzyków dziecięcych: „Mamo, tato, siku, bo nie wytrzymam!” dołączyły jednak jeszcze jeden ich rodzaj: „Mamo, tato, muszę coś zjeść, bo burczy mi w brzuchu!”

Gdybym miała kulinarnie, jednym zdaniem opisać Węgry, brzmiałoby ono tak:
To nie jest kraj dla wegetarian.

Ok, papryka (jak pisze Makłowicz: „nawet kompletny laik myślący, że Strefa Gazy to sala operacyjna, od razu kojarzy Węgry z papryką”). Ileż można jednak zjeść papryki sauté, względnie faszerowanej (a czym faszerowanej? oczywiście, mięsem!)?
Ok, arbuzy. Każdy, kto zjadł kiedyś samodzielnie pół arbuza, wie dlaczego nie jest to najmądrzejszy sposób odżywiania.

Węgry to kraj, w którym karta dań w kategorii „dania wegetariańskie” jest albo pusta, albo zawiera góra dwie pozycje. Obie obsmażone na smalcu.
Już słyszę głosy wołające: „a leczo?”
Hm. Po pierwsze, jak pisze Robert Makłowicz, „tradycyjne przepisy każą używać słoniny lub bekonu jako bazy dania”; po drugie jednak, nigdzie gdzie jadłam – a były to miejsca od obskurnych (lokalna jadłodajnia III kategorii, przynajmniej według tabliczki, osobiście obstawiałabym jeszcze niżej) po ekskluzywne (restauracja w Budapeszcie; „mamo, albo zjemy tutaj, albo umrę z głodu, zaraz!”), leczo nie figurowało w karcie dań jako samodzielna pozycja. Owszem, w wersji jarskiej było – w niewielkiej miseczce - podawane jako dodatek do dania głównego, ot, jakby surówka. Samodzielnie nie pojawiło się jednak ani razu.

Jeśli jednak, jadąc na Węgry, szykujecie się na mięsną rozpustę, z pewnością poczujecie się usatysfakcjonowani.

Po pierwsze, paprykowana kiełbasa (kolbász). Doprawdy, nie rozumiem dlaczego nie można – choćby w niewielkich ilościach – wytwarzać jej w naszym kraju.
Po drugie, salami. W Polsce nie tykam, bowiem zazwyczaj bywa niejadalne. Tam mogłabym jeść kilogramami. Wiem, tłuste i niezdrowe. I co z tego? Na coś w końcu trzeba umrzeć.

Po trzecie, bográcsgulyás, czyli zupa gulaszowa. Z przepisami na nią jest pewnie tak, jak z tymi na polską pomidorówkę. Jedliśmy ją w kilku różnych miejscach i za każdym razem smakowała nieco inaczej. Istota jest jednak zawsze ta sama: mięso, wędzona słonina i papryka plus nieco warzyw. Oraz kociołek. We wspomnianej ekskluzywnej budzińskiej restauracji tę rolę obsadzał zwykły emaliowany garnek, wniesiony dumnie na stół w towarzystwie aluminiowej chochli. W pozostałych miejscach były to różnego rodzaju misy i miski, stylizowane na kociołki. Zawsze jednak było gorąco, paprycznie i smacznie.

W swojej książce Robert Makłowicz oddzielne miejsce poświęca potrawom z ryb, zwracając uwagę na to, że mimo – a może właśnie z powodu – posiadania do 1918 roku dostępu do morza, obecnie Madziarzy jedzą wyłącznie ryby słodkowodne, zaś szczególnym uznaniem cieszy się u nich karp.
Jeśli więc ktoś lubi karpia, polecam. Jeśli nie, powiem tylko tyle: potrawy rybne dają mułem jak cholera.

Nie można oczywiście zapomnieć o deserach.
„Kawa i coś słodkiego to codzienny obowiązek prawdziwych środkowych Europejczyków, jakimi są Węgrzy. Wszechobecne cukiernie są często najważniejszymi adresami w miasteczkach, a na stolik w sezonie lub w dzień świąteczny często trzeba czekać.”
Być może, jednak podczas takich upałów, jakie nawiedziły Węgry w tym roku, najwyraźniej zapał do jedzenia słodyczy opadł, bowiem cukiernie nie były najbardziej obleganymi miejscami, jakie widziałam.
I choć Robert Makłowicz opiewa jakość węgierskich strudli, a inni zachęcają do skosztowania rolady winnej, serwowanej w Keszthely w rodzinnej cukierni, będącej zarazem muzeum marcepanu, mi najbardziej smakowało upiornie słodkie ciasto - kürtőskalács, pieczone na rożnie węglowym, a następnie obsypywane rozmaitymi ingrediencjami. Na nasze nieszczęście sprzedawano je przy samym jeziorze – a jedna sztuka ledwie wystarczała nam na drogę do naszego tymczasowego domostwa. 

Wreszcie, choć w książce nie poświęcono temu oddzielnego rozdziału, warto wspomnieć i o napojach wyskokowych.


Mam świadomość tego, że każdy region szczyci się innym alkoholem. Z pewnością więc gdybym odwiedziła na przykład południowe krańce Węgier, wychwalałabym zalety innych niż obecnie trunków. Byłam jednak na północnym brzegu Balatonu, podczas okrutnych upałów, które nawet mnie, zagorzałą wielbicielkę czerwonego wytrawnego wina, zmusiły do sięgnięcia po lżejszy biały (z rzadka zaś różowy) napój.


Nie zliczę tu wypróbowanych odmian i smaków. Część z win kupowaliśmy w przydrożnych sklepikach, część na straganach rozstawionych w Balatonfűred w związku z trwającym akurat festiwalem wina, jednak bezkonkurencyjne okazały się te, kupowane bezpośrednio od producentów, w małych lokalnych winniczkach i piwniczkach, a nalewane – o zgrozo! – do ohydnych plastikowych kanisterków o pojemności 5 1/6 litra (chętni mogli skorzystać też z możliwości zakupu mniejszej ilości, w 1,5 litrowych butelkach po wodzie mineralnej, jednak my nie chcieliśmy się rozdrabniać).

I tak mogłabym jeszcze długo.




O strąkach papryki, splatanej w sznury.
O papryce wędzonej, której u nas nie uświadczysz, a która tworzy w kuchni całkiem inną jakość.


O skwarkach, które na każdym stoisku mięsnym są do kupienia na kilogramy.
O paprykowanej wędzonej słoninie, wędzonych golonkach oraz kościach szpikowych, które do tej pory w moim życiu były niczym yeti.





O różnego rodzaju kiszonkach, wśród których na pierwszym miejscu stawiam kiszone malutkie arbuzy.





Aby jednak nie znęcać się zbytnio, poprzestanę na przytoczeniu zawartego w książce R. Makłowicza, a wypróbowanego już przez nas, przepisu na węgierską zupę gulaszową.
Wierzcie mi, jeśli ugotujecie ją według przepisu, macie szansę choć przez chwilę przenieść się w okolice Budapesztu. Warto!

Składniki:
800 g wołowiny bez kości
50 g wędzonej słoniny lub 2 łyżki smalcu
2 duże cebule
1 łyżka słodkiej papryki w proszku
2 świeże żółte lub zielone papryki
1 duży pomidor
1-2 ząbki czosnku
3 marchewki
2 pietruszki
600 g ziemniaków
1 suszona papryczka czereśniowa lub czuszka
1 łyżeczka kminku
sól
świeżo zmielony czarny pieprz

Słoninę wytopić w rondlu (lub roztopić smalec). Wrzucić drobno posiekaną cebulę, lekko ją zezłocić. Zdjąć naczynie z ognia, wsypać paprykę w proszku, wymieszać. Dorzucić wołowinę pokrojoną w drobną kostkę i dusić całość przez około 2 minuty, ewentualnie wlewając odrobinę wrzącej wody (papryka nie może się przypalić). Dolać szklankę gorącej wody, wrzucić drobno posiekaną paprykę, pokrojonego w ćwiartki pomidora bez szypułki i wyciśnięty czosnek, pokrojone w małą kostkę marchewki i pietruszki oraz kminek. Dusić na niewielkim ogniu, w razie potrzeby podlewając nieco wodą (wody nie może być zbyt dużo, mięso winno się dusić w tzw. krótkim sosie). Kiedy mięso zmięknie, wrzucić ziemniaki pokrojone w kostkę i dolać tyle wody, by całość miała konsystencję gęstej zupy. Gotować, aż ziemniaki będą miękkie.  Przyprawić solą i pieprzem, podawać z białym pieczywem.

Robert Makłowicz „Smak Węgier”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2006.