Kiedy
ma się w domu więcej niż pięćset książek, nietrudno pogubić się w tym gąszczu i
zapomnieć, że gdzieś w zakamarku spoczywa taki czy inny tytuł.
Kiedy
ma się w domu więcej niż trzydzieści książek kucharskich, rozmyślania nad tym,
co by tu dziś ugotować, kończą się zazwyczaj tak samo, czyli wyguglowaniem
sobie jakiegoś przepisu z któregoś z licznych blogów kulinarnych.
Kiedy
dwa dni po powrocie z Węgier natknęłam się na jednej z półek na książkę Roberta
Makłowicza „Smak Węgier”, jęknęłam tylko z cicha.
Czemuż,
ach czemu nie przypomniałam sobie o niej przed wyjazdem?
Makłowicz
jest bowiem wielbicielem Węgier i tamtejszej kuchni i „wzrusza ramionami na niedorzeczne argumenty, że istnieją być może
krainy o piękniejszych krajobrazach, większej liczbie zabytków, ciekawszej
kuchni czy bardziej zrozumiałym języku. Ja chcę na Węgry” – pisze, a ja
doskonale go rozumiem.
Do
tej pory wydawało mi się, że nie jestem szczególnie mięsożerna.
Mam
w swoim życiorysie krótkotrwałe epizody wegetariańskie, a w okresie po
urodzeniu drugiego dziecka nawet wegańskie. I chociaż teraz jem mięso, jeszcze trzy tygodnie temu uważałam
że latem pochłaniam go znacznie mniej, a w zasadzie mogłabym doskonale się bez
niego obejść, zwłaszcza podczas upałów.
A
figa.
Nie
wiem, co wisi w węgierskim powietrzu, jednak podczas pobytu nad Balatonem cała
nasza czwórka była wiecznie głodna – mimo że temperatura na zewnątrz stale
przekraczała czterdzieści stopni Celsjusza – i to głodna na mięso.
Jeśli
ktoś podróżował kiedyś z małymi dziećmi, doskonale wie, że podczas gdy dorośli
chłoną zabytki i pejzaże, one zastanawiają się tylko nad jednym: czy chce im
się siku bardzo, czy tylko trochę. Moje dzieci do tradycyjnych okrzyków
dziecięcych: „Mamo, tato, siku, bo nie
wytrzymam!” dołączyły jednak jeszcze jeden ich rodzaj: „Mamo, tato, muszę coś zjeść, bo burczy mi w
brzuchu!”
Gdybym
miała kulinarnie, jednym zdaniem opisać Węgry, brzmiałoby ono tak:
To
nie jest kraj dla wegetarian.
Ok,
papryka (jak pisze Makłowicz: „nawet
kompletny laik myślący, że Strefa Gazy to sala operacyjna, od razu kojarzy
Węgry z papryką”). Ileż można jednak zjeść papryki sauté, względnie
faszerowanej (a czym faszerowanej? oczywiście, mięsem!)?
Ok,
arbuzy. Każdy, kto zjadł kiedyś samodzielnie pół arbuza, wie dlaczego nie jest
to najmądrzejszy sposób odżywiania.
Węgry
to kraj, w którym karta dań w kategorii „dania wegetariańskie” jest albo pusta,
albo zawiera góra dwie pozycje. Obie obsmażone na smalcu.
Już
słyszę głosy wołające: „a leczo?”
Hm.
Po pierwsze, jak pisze Robert Makłowicz, „tradycyjne
przepisy każą używać słoniny lub bekonu jako bazy dania”; po drugie jednak,
nigdzie gdzie jadłam – a były to miejsca od obskurnych (lokalna jadłodajnia III
kategorii, przynajmniej według tabliczki, osobiście obstawiałabym jeszcze niżej)
po ekskluzywne (restauracja w Budapeszcie; „mamo,
albo zjemy tutaj, albo umrę z głodu, zaraz!”), leczo nie figurowało w
karcie dań jako samodzielna pozycja. Owszem, w wersji jarskiej było – w
niewielkiej miseczce - podawane jako dodatek do dania głównego, ot, jakby surówka. Samodzielnie nie pojawiło się jednak ani razu.
Jeśli
jednak, jadąc na Węgry, szykujecie się na mięsną rozpustę, z pewnością
poczujecie się usatysfakcjonowani.
Po
pierwsze, paprykowana kiełbasa (kolbász). Doprawdy, nie rozumiem dlaczego nie
można – choćby w niewielkich ilościach – wytwarzać jej w naszym kraju.
Po
drugie, salami. W Polsce nie tykam, bowiem zazwyczaj bywa niejadalne. Tam
mogłabym jeść kilogramami. Wiem, tłuste i niezdrowe. I co z tego? Na coś w
końcu trzeba umrzeć.
Po
trzecie, bográcsgulyás, czyli zupa gulaszowa. Z przepisami na nią jest pewnie
tak, jak z tymi na polską pomidorówkę. Jedliśmy ją w kilku różnych
miejscach i za każdym razem smakowała nieco inaczej. Istota jest jednak zawsze
ta sama: mięso, wędzona słonina i papryka plus nieco warzyw. Oraz kociołek. We
wspomnianej ekskluzywnej budzińskiej restauracji tę rolę obsadzał zwykły
emaliowany garnek, wniesiony dumnie na stół w towarzystwie aluminiowej chochli.
W pozostałych miejscach były to różnego rodzaju misy i miski, stylizowane na
kociołki. Zawsze jednak było gorąco, paprycznie i smacznie.
W
swojej książce Robert Makłowicz oddzielne miejsce poświęca potrawom z ryb,
zwracając uwagę na to, że mimo – a może właśnie z powodu – posiadania do 1918
roku dostępu do morza, obecnie Madziarzy jedzą wyłącznie ryby słodkowodne, zaś
szczególnym uznaniem cieszy się u nich karp.
Jeśli
więc ktoś lubi karpia, polecam. Jeśli nie, powiem tylko tyle: potrawy rybne
dają mułem jak cholera.
Nie można oczywiście zapomnieć o deserach.
„Kawa i coś słodkiego to codzienny obowiązek
prawdziwych środkowych Europejczyków, jakimi są Węgrzy. Wszechobecne cukiernie
są często najważniejszymi adresami w miasteczkach, a na stolik w sezonie lub w
dzień świąteczny często trzeba czekać.”
Być
może, jednak podczas takich upałów, jakie nawiedziły Węgry w tym roku,
najwyraźniej zapał do jedzenia słodyczy opadł, bowiem cukiernie nie były
najbardziej obleganymi miejscami, jakie widziałam.
I
choć Robert Makłowicz opiewa jakość węgierskich strudli, a inni zachęcają do
skosztowania rolady winnej, serwowanej w Keszthely w rodzinnej cukierni, będącej zarazem
muzeum marcepanu, mi najbardziej smakowało upiornie słodkie ciasto - kürtőskalács,
pieczone na rożnie węglowym, a następnie obsypywane rozmaitymi ingrediencjami.
Na nasze nieszczęście sprzedawano je przy samym jeziorze – a jedna sztuka ledwie
wystarczała nam na drogę do naszego tymczasowego domostwa.
Wreszcie,
choć w książce nie poświęcono temu oddzielnego rozdziału, warto wspomnieć i o
napojach wyskokowych.
Mam świadomość tego, że każdy region szczyci się innym alkoholem. Z pewnością więc gdybym odwiedziła na przykład południowe krańce Węgier, wychwalałabym zalety innych niż obecnie trunków. Byłam
jednak na północnym brzegu Balatonu, podczas okrutnych upałów, które nawet
mnie, zagorzałą wielbicielkę czerwonego wytrawnego wina, zmusiły do sięgnięcia
po lżejszy biały (z rzadka zaś różowy) napój.
Nie
zliczę tu wypróbowanych odmian i smaków. Część z win kupowaliśmy w przydrożnych
sklepikach, część na straganach rozstawionych w Balatonfűred w związku z
trwającym akurat festiwalem wina, jednak bezkonkurencyjne okazały się te,
kupowane bezpośrednio od producentów, w małych lokalnych winniczkach i
piwniczkach, a nalewane – o zgrozo! – do ohydnych plastikowych kanisterków o
pojemności 5 1/6 litra (chętni mogli skorzystać też z możliwości zakupu
mniejszej ilości, w 1,5 litrowych butelkach po wodzie mineralnej, jednak my nie
chcieliśmy się rozdrabniać).
I
tak mogłabym jeszcze długo.
O
strąkach papryki, splatanej w sznury.
O
papryce wędzonej, której u nas nie uświadczysz, a która tworzy w kuchni całkiem
inną jakość.
O
skwarkach, które na każdym stoisku mięsnym są do kupienia na kilogramy.
O
paprykowanej wędzonej słoninie, wędzonych golonkach oraz kościach szpikowych,
które do tej pory w moim życiu były niczym yeti.
O różnego rodzaju kiszonkach, wśród których na pierwszym miejscu stawiam kiszone malutkie arbuzy.
Aby
jednak nie znęcać się zbytnio, poprzestanę na przytoczeniu zawartego w książce R. Makłowicza,
a wypróbowanego już przez nas, przepisu na węgierską zupę gulaszową.
Wierzcie
mi, jeśli ugotujecie ją według przepisu, macie szansę choć przez chwilę
przenieść się w okolice Budapesztu. Warto!
Składniki:
800 g wołowiny bez kości
50 g wędzonej słoniny lub 2 łyżki smalcu
2
duże cebule
1
łyżka słodkiej papryki w proszku
2
świeże żółte lub zielone papryki
1
duży pomidor
1-2
ząbki czosnku
3
marchewki
2
pietruszki
600 g ziemniaków
1
suszona papryczka czereśniowa lub czuszka
1
łyżeczka kminku
sól
świeżo
zmielony czarny pieprz
Słoninę
wytopić w rondlu (lub roztopić smalec). Wrzucić drobno posiekaną cebulę, lekko
ją zezłocić. Zdjąć naczynie z ognia, wsypać paprykę w proszku, wymieszać.
Dorzucić wołowinę pokrojoną w drobną kostkę i dusić całość przez około 2
minuty, ewentualnie wlewając odrobinę wrzącej wody (papryka nie może się przypalić).
Dolać szklankę gorącej wody, wrzucić drobno posiekaną paprykę, pokrojonego w
ćwiartki pomidora bez szypułki i wyciśnięty czosnek, pokrojone w małą kostkę
marchewki i pietruszki oraz kminek. Dusić na niewielkim ogniu, w razie potrzeby
podlewając nieco wodą (wody nie może być zbyt dużo, mięso winno się dusić w
tzw. krótkim sosie). Kiedy mięso zmięknie, wrzucić ziemniaki pokrojone w kostkę
i dolać tyle wody, by całość miała konsystencję gęstej zupy. Gotować, aż
ziemniaki będą miękkie. Przyprawić solą
i pieprzem, podawać z białym pieczywem.
Robert
Makłowicz „Smak Węgier”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2006.